Across The Cursed Lands III – 24 – Strach

Jefferson wstał chyba wtedy, kiedy Flap kład się spać po całonocnym polowaniu. A przynajmniej o podobnej porze, bo za oknem jeszcze było szarawo, gdy otworzył oczy. Wszyscy wokół spali, a on uznał, że poczeka ze wstawaniem, aż pierwsza osoba się obudzi. Trwało to nieskończoność, tym bardziej, że na zmianę było mu zimno i gorąco. Winił za to zdenerwowanie tak poważną misją.
Pierwszy musiał się obudzić Maverick, co było chyba regułą. Jefferson usłyszał jego krzątanie w przedpokoju. Mężczyzna jednak nie wszedł do salonu czy kuchni, a musiał wyjść z domu. Tak przynajmniej Rangerowi podpowiadał słuch.
Sam również zebrał się ze swojego posłania i w ciszy ubrał się, aby także wyjść. Liczył, że tam spotka Mavericka, a przy okazji skończy przygotowania do swojego wyjazdu.
Mężczyznę zobaczył już na ganku. Kucał przy drzemiącym w samym rogu Flapie i delikatnie głaskał go po futerku między łuskami. Flap był spokojny i nie uchylał powiek, a jedynie jego granatowy ogon zwisający pomiędzy belkami powoli się poruszał.
Jefferson przystanął, przyglądając się temu obrazkowi.
— Chyba długo już go masz.
Maverick obejrzał się na niego i uśmiechnął lekko.
— Od małego — przyznał. Sam był odziany jedynie w koszulę, lniane spodnie i wysokie buty, mimo że na zewnątrz było chłodno. Widać jednak było na jego przedramionach gęsią skórkę. — Will i Eddie śpią?
— Kiedy wychodziłem, spali. A Nick? — Jefferson podszedł bliżej Flapa i Mavericka. — Dotykał go kiedyś ktoś obcy?
Maverick zerknął na jego dłoń i ujął ją w nadgarstku. Po tym powoli przesunął ją na kark Flapa, a gdy palce zetknęły się z futrem, zwierzak tylko prychnął cicho przez nozdrza.
— Nick śpi. A ty masz bardzo ciepłe ręce.
Jefferson dawał poruszać swoją dłonią. Nigdy nie dotykał jeszcze takiego zwierzęcia. Dziwne było uczucie łusek między kępkami futra.
— Bo jest mi ciepło. Bezruch chyba mi nie służy — prychnął cicho.
— Więc dobrze, że ruszasz w trasę. Ale pamiętaj, żeby zostać niezauważonym. W Kansas City może być ktoś, kto ochrania Lunda. A ani ja z Nicholasem nie chcieliśmy stracić takiego człowieka jak ty, ani tym bardziej twój lekarz.
Ranger odruchowo skinął głową. Chwilę też milczał, po czym odparł:
— Nie planuję ginąć. Jeszcze wiele przede mną. Przed wami także. Dobrze, że macie drzwi — dodał z uśmiechem i w końcu zabrał dłoń. Dawno nie podróżował sam, dlatego cieszył się, że ma Oficera.
Maverick uniósł się.
— Możesz spakować się do drogi. Zrobię śniadanie, a potem poszukam ci trochę amunicji.
— Mhm, dzięki.
Ranger udał się do stajni, żeby sprawdzić, jak miewa się Oficer i dopiero po tym przystąpić do pakowania. Czekała go długa droga.
Kiedy dobre trzy, cztery godziny później Nicholas dokładnie wypytał Jeffersona, czy ma wszystko, czego potrzebuje i czy pamięta, jak ma się zachować w kwaterze, William wreszcie mógł pożegnać się ze swoim partnerem. Nie mógł tego zrobić zanadto czule, bo Eddie stał za jego plecami, ale uścisnął Jeffersona mocno.
— Uważaj na siebie — powiedział mu poważnie do ucha, a odsunąwszy się, wyciągnął do niego maleńkie pudełeczko. — To jest to, co przywiózł Isaac. Jakbyś miał problemy ze snem, jedna pigułka powinna pomóc.
Jefferson spojrzał na lek podejrzliwie. Zwykle może by to zbył i kazał Williamowi nie przesadzać, bo nie będzie łykał niewiadomo czego… ale faktycznie nie sypiał ostatnio najlepiej. Zabrał więc pudełko i schował je do juków Oficera. Ten już rwał się do drogi, ale Ranger wiedział, że musi nad nim zapanować. Pierwszy dzień musiał być dla nich rozgrzewką, a dopiero później może trochę przyspieszą. Dawno obaj nie jechali szybciej niż kłusem. A Oficer przecież uwielbiał galop. Czuł się w nim zawsze najlepiej. Dlatego też nie obiecywał reszcie, w jakim czasie wróci, bo to wszystko zależało od pogody i ich samopoczucia.
— Dzięki. Ale będzie dobrze. Trochę świeżego powietrza zaznamy. A ty też weź tę swoją krowę na spacer, poćwicz trochę z Maverickiem. Może będzie lepszym nauczycielem.
— Nie wiem, czy znajdzie się czas. Mam sporo pracy przed sobą. Ale spróbuję — obiecał William i cofnął się trochę, żeby Ranger mógł dosiąść konia.
Nicholas, Maverick i Eddie już stali kilka kroków dalej. Wiał mocny i zimny wiatr, ale chcieli pożegnać Jeffersona i życzyć mu powodzenia w tej samotnej misji.
— Pamiętaj, jak nie dasz rady go sprowadzić, zastrzel. Byle nie zwiał — rzucił Zwierzak.
Jefferson puścił mu oczko jako znak, że się z nim zgadza.
— Załatwione. Przycisnę skurczybyka — odparł, a Oficer zarżał pod nim i podrobił nogami, przypominając jeźdźcowi, że jest gotowy do drogi. Williama zawsze niepokoiło, jaki ten koń jest narowisty i pełen energii. A jednocześnie podziwiał, jak Ranger kontroluje go w większości samym dosiadem.
— Powodzenia — powiedział do Jeffersona i rzucił ostatnie, długie spojrzenie na jego przystojną twarz. Miał nadzieję, że ujrzy ją znowu niebawem. I to żywą, nie zaś w trumnie czy rowie.
Jefferson jeszcze im pomachał i pozwolił Oficerowi na krótki trucht radości z tego, że znowu ruszają w drogę. Sam wziął głęboki oddech chłodnego powietrza, czując się znów na właściwej ścieżce.
Pozostała czwórka patrzyła chwilę za jego znikającą sylwetką, nim Zwierzak roztarł dłonie, by je ocieplić, a Eddie uznał, że pora zabrać się do pracy. William na widok tego, dokąd kowal idzie, zawołał za nim:
— Jakbyś potrzebował pomocy, będę w domu! Chcę popracować chwilę nad czymś innym.
Dla wiadomości Nicholasa i Mavericka miał pracować nad notatkami swoimi i swojej matki odnośnie serc. Nie zamierzał im zdradzać, że chodzi o coś zupełnie innego. Nie miał pojęcia, w jakim stanie wróci Jefferson, a sam wciąż nie wiedział, czy jest w stanie uratować jego serce. Jego życie. A nie zamierzał tracić ani chwili, bo czuł, że czas ich goni znacznie bardziej, niż reszta jest tego świadoma.

***

Dwa dni nieobecności Jeffersona dały Williamowi nie tylko nieustanny niepokój, ale i więcej czasu na zajęcie się swoją pracą. Oba ranki spędził w stodole, w pracowni z Eddiem, wspomagając go w budowie protez, bo sprawował w tym względzie pewną rolę nadzorczą. A po obiedzie szedł do swojej bardziej tajemniczej pracy, kiedy kowal wracał do pracowni i dalej kuł protezy. Dzięki takiej sprawności już trzeciego dnia mogli spróbować przykręcić pierwszą część do ciała generała.
Jak William się spodziewał, Nicholas nie był chętny do współpracy. Można było na swój sposób się do tego przyzwyczaić. Eddie zresztą podchodził do tego tak, jakby było to coś całkiem normalnego.
— Dlaczego uważasz, że koniecznie muszę wszystko zdjąć, żebyś mógł się tym zająć? — spytał generał, kiedy byli znowu w domu.
On siedział na kanapie, William próbował namówić go do rozebrania się do pasa, a Eddie stał z rzeczami krok z tyłu i cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń.
Maverick stał w progu kuchni, oparty o futrynę ramieniem i też obserwował, żeby w razie czego zareagować. William miał więc na razie najtrudniejsze zadanie.
— Muszę sprawdzić, czy proteza dobrze leży, porównać jej budowę z twoim zdrowym ramieniem i sprawdzić przeciwwagę — powiedział cierpliwie, ale i zdecydowanie.
Nicholas ściągnął brwi. Znów wyglądał, jakby był zmuszany do czegoś skrajnie niekomfortowego. Nawet popatrzył z pretensją na Mavericka, czemu on go nie popiera.
— Show nie miał tylu wymagań — mruknął i zdjął koszulę. Pod nią nadal miał koszulkę bez rękawów.
Widząc, że nie zamierza jej ściągnąć, William bezczelnie pochylił się, chcąc podwinąć mu ją do góry. Reakcja była natychmiastowa. I całkiem bolesna, bo kiedy palce zacisnęły się na nadgarstku Williama, ten miał wrażenie, że miażdżą mu go jak obcęgi. A to była tylko ta zdrowa dłoń.
— Co ty wyprawiasz?
William stęknął, a Maverick szybko do nich podszedł i odciągnął dłoń Nicholasa od ręki lekarza.
— Puść go, Nick. Nie bądź niepoważny — mruknął. — Pozwól mu to zrobić. To potrwa tylko chwilę. Prawda, Will? — dodał już z naciskiem do lekarza, który właśnie rozmasowywał sobie zaczerwieniony nadgarstek.
— Potrwa, jeśli Nick nie będzie wszystkiego opóźniał przez swój opór — odparł sucho.
Generał spojrzał na niego mściwie. Eddie nadal za to zachowywał się, jakby był myślami kompletnie gdzie indziej. I może faktycznie tak było.
— Bo zachowuje się, jakbym był jakimś pieprzonym obiektem! — prychnął Nicholas, a Maverick, nie bacząc na jego agresywne podejście do każdego poza nim, zdjął z niego resztę odzienia.
Teraz cała trójka mogła zaobserwować ciało generała. Co prawda masywne, silne i imponujące, ale dodatkowo poznaczone pomarszczonymi bliznami i jakby na boku trochę zniekształcone.
— Jesteś moim pacjentem, Nick. Jako takiego cię traktuję. I nie wiem, czy zauważyłeś, ja również mam skazę na twarzy, więc nie masz się tu czego obawiać — dodał William, a Maverick rzucił mu groźne spojrzenie.
— Nie pogarszaj tego. Zróbcie, co macie zrobić i pozwólcie mu się ubrać — powiedział, odkładając odzienie ukochanego na bok.
Eddie mruknął na zgodę i pierwszy podszedł do Nicholasa. Przyklęknął obok niego, kładąc narzędzia tuż obok. Bez patrzenia na generała chwycił go za jego metalową rękę i zaczął ją rozmontowywać. Metal zaskrzypiał, a Nicholas skrzywił się brzydko. Nic jednak nie powiedział, tak samo jak kowal, który zdecydowanie nie litował się nad pacjentem lekarza.
W tym czasie William wziął konstrukcję, którą wspólnie z kowalem skręcił. Była to tylko część do łokcia, bo nie zrobili jeszcze do końca stawów. Chcieli jednak sprawdzić, czy metalowe ramię będzie się trzymało i czy Nicholas będzie w stanie nim poruszać.
— Zamontuję je teraz i musisz mi powiedzieć o każdym zadarciu, jakie czujesz — zwrócił się do Nicholasa, gdy Eddie pozbył się starej protezy, a on mógł się pochylić do ciała generała. — Nie może ci nawet drapać skóry, bo wszystko może prowadzić do zakażenia.
— Ta… Wiem. I nie jest za małe to? Z czego to wykute? — spytał Nicholas, na razie patrząc krzywo na nową protezę.
Eddie dokręcał właśnie główny jej trzon, imitujący w dużej mierze kość do tego, co wystawało mu z ciała. Czasami sam nie wierzył, jakim cudem jego skóra obrosła tak te kawałki metalu, jakie w niego wpakował Show.
— Z tego samego metalu, co generał ma w środku. Znam ten stop, nie wywoła zaczerwienień. Do tego wzmocniłem go według własnej wiedzy.
Z początku William był sceptyczny do zmian, jakie proponował Eddie. Jego pierwotny plan był odpowiednio wyważony i trwały, ale Eddie zasugerował, że Nicholas przyzwyczajony do siły, jaką zapewniała mu dotychczasowa proteza, może być wściekły, kiedy nowa będzie zbyt słaba. Trochę więc zmienili plany i dzięki temu ich wspólna praca zakończyła się nie tylko trwałymi i nieobciążającymi protezami, ale też wciąż mogącymi powodować duże szkody.
— Powinna mieć ostatecznie wagę twojej prawej ręki, ale na razie tego nie poczujesz, bo jak widzisz, to dopiero ramię — dodał William, dokręcając małą śrubkę przy łopatce generała.
Ten mruknął, że rozumie i czekał. Na razie wiedział, że nie może się ruszać, bo jego nowa kość ramieniowa była przymocowywana do barku. Był tam skomplikowany układ, co do którego Nicholas był najbardziej sceptyczny i nie podobało mu się, że William w nim grzebie. Tym bardziej, że było to już w… nim. Nie udało mu się jednak przekonać go, że tam nic nie jest do zrobienia. Teraz więc z markotną miną patrzył, jak do jego ciała przykręcany jest nowy, metalowy kawałek, który był dziwnie mały.
— Na razie jest to małe… Takie ma zostać?
— Nie, będzie obudowane, ale na razie chcemy sprawdzić, czy pasuje i czy w tej części coś trzeba zmienić — wyjaśnił William i odsunął się, gdy dokręcił ostatnią część.
Maverick przyglądał się temu wszystkiemu z dystansu. Nie chciał na razie oceniać, bo nie wiedział, jak Nicholas będzie się czuł z nowymi protezami. To do niego w końcu należała ostateczna opinia, ale miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze i kończyny nie będą mu ciążyć.
— Spróbuj poruszać — zasugerował William. — I powiedz, czy gdzieś cię obciera.
Nicholas spojrzał na kawałek protezy, który jeszcze nie był w pełni skończony. Spróbował poruszyć ręką… i o mało nie uderzył przy tym Williama, bo nie spodziewał się, że będzie to tak lekko pracować. Zaraz po tym zakręcił prototypem protezy.
— Hm… Chyba jest dobrze.
— Jest bardziej mobilna, czujesz? — dopytał William z większym entuzjazmem w głosie. Już pierwsza pozytywna opinia Nicholasa go ucieszyła.
Najlepiej zmianę widział, oczywiście poza samym generałem, Maverick. Wiele lat obserwował, w jaki sposób Nicholas poruszał kończynami i jak każdy ich ruch wymagał od niego dużo wysiłku fizycznego. Teraz proteza poruszała się, jakby Nicholas miał w tym miejscu zdrową rękę. Miał nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej, bo na razie widział światełko w tunelu, a nie chciał, żeby później coś poszło nie tak.
— Czuję. Ale będziecie musieli pokazać mi ten metal, bo nie chce mi się wierzyć, że się nie zegnie. — Nicholas jeszcze dotknął metalowej protezy drugą ręką, żeby sprawdzić, jak bardzo może ją nagiąć. Możliwości starej znał na wylot.
— Nie ma problemu — odparł Eddie. — Mamy próbny egzemplarz.
— Do jutra powinniśmy skończyć staw i część przedramienia. Później Eddie będzie pracował nad nogą, a ja zajmę się drobnymi elementami w palcach i śródręczu — dodał William, obserwując z zadowoleniem generała. Miał nadzieję, że do czasu powrotu Jeffersona skończą całość. — Myślę, że w ciągu pięciu dni uda nam się skończyć rękę, jeśli nie będzie potrzeby większych poprawek.
— Byłoby dobrze. I że jak mówiłem, będzie się sprawdzać. — Nicholas jak zwykle nie dawał im wielkich nadziei, ale chyba Eddie już do tego przywykł, a William przyzwyczajał się.
— Będzie dobrze, generale — rzucił kowal i postukał jego nową rękę kluczem, którym odkręcał poprzednią protezę.
Maverick złapał spojrzenie swojego partnera i uśmiechnął się do niego łagodnie. Patrzył, jak William i Eddie na nowo odkręcają część, żeby móc dalej nad nią pracować. Widział, że ta dwójka dobrze się komunikuje. Nie było między nimi żadnych scysji, dzięki czemu ich praca szybko szła do przodu. Właściwie jedyną upartą osobą był tu ich pacjent… którego teraz Zwierzak pragnął objąć. Dla tego, gdy tylko lekarz i kowal podążyli ze wszystkim z powrotem do pracowni, Maverick podał Nicholasowi koszulkę i usiadł obok niego.
— Jak ci się podoba?
Nicholas wzruszył ramionami. Jeszcze nie przykręcił sobie na nowo dawnej protezy. Dopiero był w trakcie.
— Nie wiem. Boję się, że będzie za słaba, ale Eddie zna się na tym, więc wierzę, że nie posłuchał za bardzo tego lekarza.
— Obaj się na tym znają. Mam wrażenie, że Will pracuje nad precyzją i równowagą, a Eddie nad siłą. Na razie wygląda to obiecująco. — Zwierzak nie przysunął się do niego tylko dlatego, że wiedział, jak niechętny do zbliżeń był Nicholas, kiedy nie miał protez.
— Myślisz, że dobrze to się skończy? — spytał spokojnie. Znowu byli sami. To była ulga. Tak samo jak ponowne ubranie się.
Maverick na moment utrzymał spojrzenie i nie odpowiedział od razu. Jakby delektował się tą chwilą, jakby chciał ją zatrzymać. Była taka… prosta, taka bezproblemowa. Kiedy byli obaj na ranczu, kiedy żaden z nich nie bał się jutra i jakby… nie bał się słów. Od niedawna mówili więcej niż kiedyś i starali się nie zatrzymywać myśli w sobie, lecz na nowo się poznawać.
— Masz na myśli protezy, Smitha czy nas? — zapytał w końcu.
— Myślałem o protezach. O Smicie wolę nie myśleć, nie mówić też przy Hillu. A o nas coraz mniej się martwię — odpowiedział Nicholas, nieświadomie potwierdzając myśli ukochanego o tym, że znowu się do siebie zbliżali.
— Ja myślę, że protezy się sprawdzą. Wierzę też, że Jeff pozbawi Smitha kolejnego człowieka. A my… — Maverick w końcu podsunął się na kanapie, ujął zdrową dłoń partnera i ucałował jej wierzch. — Między nami jest znacznie lepiej.
Nick sapnął głęboko.
— Żałuję w tej chwili, że jednak mamy gości — wymruczał i pogładził kciukiem dłoń, która go trzymała.
— Możemy się wybrać któregoś dnia razem nad jezioro — zasugerował Maverick, starając się już nie bać takich propozycji. Wcześniej zaniechałby tego, pewien, że Nicholas czymś się wywinie albo zgodzi się z łaską i cały czas będzie widać na jego twarzy niechęć oraz zmęczenie. Ale starał się przekonywać swój umysł, że to tylko jego głupia wyobraźnia.
— Mógłbyś zabrać też Pigmenta. Lekarz nie zajmuje się nim tak, jakby robił to Ranger. — Nicholas spojrzał na drzwi. Wziął głębszy oddech i pocałował ukochanego. — Pomożesz mi z tym? — Wskazał w końcu na protezę.
Maverick przytaknął i podniósł się, żeby usiąść z drugiej strony. Pomógł Nicholasowi dokręcić protezę do ramienia. Za każdym razem, gdy jej dotykał, był pod wrażeniem, jak Nicholas z nią funkcjonuje. Była niesamowicie ciężka. Show odwalił kawał dobrej roboty, ale równocześnie skazał jego ukochanego na nieustanny wysiłek fizyczny.
— Duch się ucieszy, gdy będziesz lżejszy — rzucił, dokręcając ostatnią część.
— Pewnie tak. — odparł Nick z mocno bijącym sercem. Nie lubił, kiedy ktoś dotykał jego protez, a tym bardziej Maverick. Bo na jego opinii zależało mu najmocniej. — A ty?
— Będę się cieszył, kiedy nie będziesz cierpieć — ten odparł spokojnie i odłożył narzędzia na stolik. Nienawidził protez Nicholasa, ale nie dlatego, że go obrzydzały, lecz dlatego, że sprawiały mu ból.
Nicholas odruchowo przewrócił oczami.
— Od razu cierpieć. Takie już moje życie. Nic na to nie poradzę. Żałuję cię, że musisz na to patrzeć.
— Nick, podnieca mnie twoja siła, więc nie żałuj mnie tak. Ale jeśli Will nie podoła, to może już zacząć budować sobie szałas za płotem — dodał mrukliwie Maverick i usiadł znów obok kochanka.
Tą uwagą w końcu wywołał krótki śmiech u swojego partnera.
— Wątpię, żeby dał sobie radę.
— To pomoże mu kowal, bo obaj tam zamieszkają… Do czasu, aż Eddie nie ucieknie, gdy Will będzie miał co pięciominutowe wzwody.
— Ja ciekaw jestem, czy go nie zgwałci, skoro nie ma jego Rangera. — Nicholas podłapał ten luźniejszy ton i lekko położył dłoń na udzie Mavericka.
Wiedział, że teraz mają chwilę dla siebie. Był środek dnia, kiedy to William i Eddie pracowali. Zresztą tym razem Flap krążył wokół domu i zawiadamiał ich skrzekiem za każdym razem, gdy któryś z nich wychodził ze stodoły. Może i dla Nicholasa było to uporczywe, ale przynajmniej działało jak mały alarm.
— Tak, wydaje się dość niewyżyty… Ale może ręka mu wystarczy. — Maverick przechylił do partnera głowę i oparł ją jego masywne ramię.
Ten spojrzał na niego i okręcił głowę, żeby pocałować ukochanego w czubek głowy.
— Mav? — spytał cicho, nagle tworząc dziwną atmosferę intymności, kiedy byli tak blisko siebie i dotykali swoich ciał.
— Mhm? — Nick usłyszał ciche mruknięcie i poczuł dotyk na swojej dłoni, która wciąż spoczywała na nodze Zwierzaka. Nie był pewien czy go tam przytrzymywała, czy zabraniała posunąć się w którąś stronę.
— Ty to robiłeś, kiedy byłeś sam?
Miał wrażenie, że palce na jego dłoni drgnęły. Maverick nie odsunął głowy, ale odetchnął cicho.
— Czasem… tak.
— Myślałeś wtedy o mnie?
— Za każdym razem — odpowiedział i w końcu spojrzał w piwne oczy ukochanego. — Zawsze z zamkniętymi oczami — dodał z bardzo delikatnym uśmiechem, ledwie widocznym za zarostem. — Myślałem, że jesteś obok i to ty mnie dotykasz.
— To podniecające — odpowiedział Nick i pocałował delikatnie te ukochane usta. — Ja też. Myśląc czasem, czy akurat nie robisz tego w tym samym czasie.
— Mmm… To było okropne, że tak do ciebie tęskniłem, a gdy już wracałeś… bałem się po ciebie sięgnąć.
— Pewnie nie pomagałem, hm? — spytał Nicholas i ostrożnie poruszył kciukiem dłoni, która leżała na udzie ukochanego.
— Absolutnie nie — odparł Maverick ze śladowym rozbawieniem. — Teraz nie bój się po mnie sięgać, gdy mnie zapragniesz. Ja też spróbuję… i między innymi dlatego chcę pojechać nad jezioro…
— Aż wspominam, co ostatnio się działo, kiedy opuściliśmy na chwilę ranczo. Będę o tym myślał cały czas — zamruczał generał i ścisnął udo partnera.
Zwierzak zmrużył oczy i spróbował opanować bicie serca. Było zdecydowanie zbyt szybkie przez to, co już kumulowało się w jego kroczu.
— Zaraz mi stanie — powiedział nisko i z ciężkim sercem odsunął dłoń ukochanego od swojego uda. — Zostawmy to na jutro. Chcesz mi w czymś pomóc? Muszę oskórować tego mulaka, którego rankiem upolowałem.
Nicholas wziął głębszy oddech i pozwolił partnerowi się odsunąć.
— Mmm, nie wiem. Może dobrze mi to zrobi. Krew, patroszenie, może nie będę myślał o tym, o czym nie powinienem.
— Jeff mówił, że Willowi zdarzało się mieć erekcję przy operacji. Tak podobno uważa sam lekarz — rzucił Maverick, bo nagle przypomniała mu się jedna rozmowa z Jeffersonem. Przy tym już wstał, żeby sięgnąć po kapelusz i wyjść z Nicholasem na zewnątrz. Mulaka miał w końcu w stodole.
Twarz generała wykrzywiła się z niesmakiem.
— To jednak dla mnie wciąż niezdrowe. Czasami obawiam się, że ujrzę tę erekcję, jak będzie coś robił… nawet przy bliznach — mówił, wstając.
W głowie Mavericka od razu pojawiła się myśl, że kopnąłby wtedy Williama w krocze, gdyby mu stanął przy jego partnerze. Jakkolwiek szanował lekarza za to, że działał dla dobra TABiW i na rzecz komfortu Nicholasa, tak uważał go z opowieści Jeffersona i własnych obserwacji za jednostkę chorą na umyśle. Przynajmniej w jakimś stopniu.
— Miejmy nadzieję, że powstrzyma to przynajmniej przy kowalu — rzucił ciężkim głosem i wyszedł z domu z Nicholasem, czując, że dobrze im zrobi wspólne pracowanie nad czymś. Nawet jeśli było to tylko oskórowanie zwierzyny. Uważał, że takie drobne chwile powinni ze sobą dzielić. Tak jak kiedyś. Bo od czasu wypadku z płazerem każdy z nich szukał pretekstu, żeby robić wszystko samemu. Maverick już tego nie chciał. Chciał dzielić się z Nickiem wszystkim.

***

Jefferson ziewnął głośno. Pokonał już połowę drogi, jechał mniej uczęszczanymi drogami i polował w drodze. A teraz miał mały kryzys energetyczny. Chciało mu się spać, ale Oficer niósł go bez zmęczenia na swoim grzbiecie. Aż zaczęło robić się na tyle późno, że jego jeździec wypatrywał miejsca na postój.
Wolał rozpalić ognisko przed tym, jak zrobi się ciemno. Nie chciał zmarznąć w poszukiwaniu drewna, a obecna pora roku sprawiała, że różnice temperatur w dzień i w nocy znacznie się różniły. Głównie też przez to miał w jukach dwa grube koce, jeden dla siebie, drugi dla Oficera.
Kiedy tylko rozsiodłał ogiera i przykrył go, żeby spocone ciało za szybko się nie wyziębiło, zajął się układaniem kamieni na ognisko. Zaraz po tym zabrał się za znoszenie drewna. Szybko robiło się zimno. Nie zwlekał i nie myślał o tym, że ostatnio faktycznie nie czuł się tak, jak chyba powinien. Był bardziej nerwowy i czasami było mu zwyczajnie duszno. Od niczego. A miał nadzieję, że to wszystko zniknie, kiedy opuści ranczo.
Ognisko płonęło, gdy już było całkiem ciemno. W takich chwilach cisza wydawała się jakby bardziej dotkliwa. A raczej w ten sposób zawsze na to patrzył William. Bał się dziczy i tego, co skrywa natura, ale dla Jeffersona było to ukojeniem. Mógł więc uspokoić się i wsłuchać w te nikłe dźwięki, czy to wiatru, czy to ptaków. Ogrzewał przy tym dłonie, siedząc przy ognisku, z rewolwerami u boku. Maverick w końcu przestrzegał go przed różnymi mutacjami, a już kilka widział po drodze. Nie zagrażały mu, ale widział je. Było to czasami niepokojące, bo jak ze zwykłymi zwierzętami zawsze wiedział, jak postępować, tak mutacje go czymś zaskakiwały. I często nie były to miłe niespodzianki.
Okrył się mocniej kocem i patrzył w stronę ognia, aż zauważył coś niepokojącego, co nie odpowiadało temu, co spodziewałby się w tej chwili zobaczyć. Był to całkiem spory wąż, pełznący w jego stronę albo w stronę ognia.
Oficer też go zauważył, bo zarżał krótko i ostrzegawczo. Wąż był większy niż zwykły, niezagrażający niczemu gad. Nie wydawał się też spłoszony obecnością dwóch innych istot, a gdy znalazł się całkiem blisko ogniska, uniósł łeb i poruszył swoim rozdwojonym językiem, cicho przy tym sycząc.
Jefferson ściągnął brwi. Wąż był stosunkowo blisko i zdecydowanie patrzył w jego stronę. Nie widział powodu, żeby ten to robił, ale nie przestawał, więc Ranger uznał, że każde mięso jest dobre jako posiłek. Sięgnął po rewolwer i wymierzył. Musiał aż mocniej ścisnąć kolbę, bo dłoń dziwnie mu zadrżała. Mimo tego wycelował i nacisnął spust.
Wąż syknął, ale… nie z bólu. Kulka utkwiła w ziemi, a gdy gad zareagował gwałtownie i wyskoczył do przodu, zmiażdżyło go twarde kopyto Oficera. Dosłownie wgniotło w ziemię.
Jefferson patrzył, jak końskie kopyta rozrywają ciało węża, mieszają go z ziemią z pełną nienawiścią. A sam mężczyzna nie mógł uwierzyć, że spudłował. Chyba nie zdarzyło mu się to nigdy z tak bliska. To wywołało w nim nagły atak strachu.
Gdy odłożył rewolwer na koc i spojrzał na swoje dłonie, zobaczył, jak mocno te się trzęsą. Nie był w stanie nad tym zapanować. Było mu też przy tym duszno i mimo że panowały niskie temperatury, czuł wilgoć na skroniach i czole.
Od razu poderwał się ze swojego miejsca ze strachu. Kompletnie zapomniał w tej chwili o wężu i poszukał w jukach leków, które dał mu William. Jeśli do stu czortów spudłuje tak w Kansas, to zginie.
Nie miał pojęcia, czego to wina, czy był przeziębiony, czy coś innego go brało, ale to nie był dobry moment na chorowanie. A jeśli wąż był jadowity, gdyby nie Oficer, mógłby mieć teraz duży problem. Więc może jak kiedyś był oporny przed jakimikolwiek lekami, teraz wręcz gorączkowo połknął tabletkę z pudełeczka podarowanego mu przez Williama. Poczuł przy tym gorący oddech na ramieniu i ciepłe chrapy swojego rumaka, ocierającego się o niego. Od razu położył dłoń na nosie konia. Pogładził go i wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić. Niewiele to pomogło, ale musiał zachować spokój. Był zdany na siebie.
— Dzięki, przyjacielu — powiedział do konia i w końcu uniósł się, żeby przytulić się do jego pyska i do szyi. Wsłuchał się w jego bicie serca. Było równe i spokojne. Nie jak jego.
Sam nie wiedział po kilku minutach, czy to spokój Oficera mu się udzielił, czy to leki od Williama zaczęły działać. Cokolwiek było powodem, ręce przestały mu się trząść, a jemu samemu nie było już tak gorąco. Czuł się spokojniejszy i opanowany. Jedynie wewnętrznie czuł niepokój wywołany myślą, kiedy to znowu w niego uderzy. Nie mógł sobie pozwolić, żeby jego organizm tak szalał. Wiedział też przy tym, że zmęczenie na pewno mu nie pomoże, więc kiedy tylko podziękował Oficerowi za to, że jest, wrócił na posłanie i udał się na spoczynek.

11 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 24 – Strach

  1. TigramIngrow pisze:

    To na bank po tych iglach azjaty. Nigdy nie lubiłam azjatow -.- Ciekawe czy jak Jeff umrze i jak Maverick zostanie zastrzelony to Nick i Will będą razem…?

  2. Katka pisze:

    Wadera, wiemy, że żałoba po bohaterach jest ciężka… Same przeżywałyśmy ją po NBTS jakby nam dzieci umarły XD Ale teraz wszystko w rękach Williama, nie w naszych. Musi lekarzyna dać z siebie wszystko. haha a erekcje Willa przejdą do legendy XD aż dziw, że teraz o tym w książkach historycznych czytać nie można XD Co do Eddiego – zdecydowanie tak, to takie ZEN… Przydałby się czasem jego spokój i cierpliwość. Dziękujemy za życzenia czasu! To się baaardzo przydaje.

  3. Wadera pisze:

    Biedny Jeff, aż strach pomyśleć co może być dalej. Naprawdę mam nadzieję, że Will znajdzie lekarstwo albo przynajmniej coś co powstrzyma chorobę przed rozwojem do czasu wynalezienia tego lekarstwa. Miejmy nadzieję, że Jeff będzie brał pigułki od doktora, a Oficer będzie czuwał, bo ta misja może skończyć się tragicznie.
    SPOJLER do NBTS i IOI
    Mam nadzieję, że nie uśmiercicie znowu głównego bohatera, już po chłopakach w NBTS przeżywałam żałobę, jak teraz powtórzycie numer i to bez „zmartwychwstania” to musicie się liczyć z masową depresją czytelników (w tym moją). Wiecie o tym?
    KONIEC SPOJLERU
    Mav i Nick są naprawdę fantastyczni, takie stare dobre małżeństwo. W dodatku teraz jak są bardziej pewni swoich uczuć to, aż miło się robi jak się ich czyta.
    Willowe erekcje to już chyba naprawdę nie powinny nikogo dziwić. Zresztą może gdzieś pokątnie dorwał się do Waszych opowiadań. Wtedy wszystko było by jasne. Gdybym była facetem Wasza twórczość uczyniła by mnie na obraz i podobieństwo Willa XD
    Eddie to naprawdę fajny facet, wydaje się wypełniony spokojem, taki ZEN (który kiedy trzeba potrafi ustrzelić ptaszka ;) ) Mam nadzieję, że jeszcze będzie miał swój romans w tym opowiadaniu :D
    Pozdrawiam i czasu życzę (normalnie życzyłabym weny, ale jej raczej Wam nie brakuję, a czasu brakuję każdemu).

  4. Katka pisze:

    O., haha prokreować ku chwale ojczyzny XD Ale tak, smutne, bo dzieci z tego nie będzie. Szkoda w sumie, bo Will ma zadatki na ojca całkiem sporej gromadki XD Gdyby tylko był waginolubny… A Eddie nie ma tak cieżko, jak mogloby się wydawać. Na pewno mu lepiej na ranczu niż w drodze z Hamiltonem XD

    Kasia, nooo, bo tak po Willciu jeżdżą, a on tak się stara! Nie doceniają i faktycznie może zazdroszczą, hehehe. Ale jeszcze wszyscy dojdą do wniosku, że jednak dobrze mieć takiego lekarza przy sobie. A już na pewnie jeśli chodzi o protezy – jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem, więc Nick może się stać dłużnikiem naszego lekarzyny :) Co do Jeffka – tak, przestraszył się :( A skoro sam zaczyna widzieć swoje objawy, a nie tylko Will, to widać, że już się robi poważniej… Dzięki i też pozdrawiamy! :)

  5. Kasia pisze:

    No poczułam się oburzona w imieniu Willa, tak się nabijać z lekarza… a on się naprawdę stara pomóc i w ogóle jest taki kochany ostatnio, co prawda rzeczywiście myśli w zupełnie innych kategoriach niż reszta, no ale przecież to z tego powodu został lekarzem. Natomiast popęd seksualny tylko dobrze świadczy o jego zdrowiu i młodości, pewnie panowie po cichu mu zazdroszczą 😆 No może Nick nabierze do niego większego szacunku jak mu te protezy odpicuje :) Bardzo mi smutno czytać o Jeffie w takim stanie, widać że się na serio przestraszył tego co się z nim dzieje. Will ratuj!
    Dzięki dziewczyny i pozdrawiam serdecznie ☺

  6. O. pisze:

    Od razu Will chory.. Właśnie reakcje jego ciała wskazuja na to, że jest zdrowy, zwarty i gotowy prokreować się ku chwale ojczyzny. W sumie na taka mniejsza chwałę bo bez dzieci ale liczą się chęci! xD
    O chorym sercu Jeffa nie umiem czytać..
    A Eddiemu trochę współczuję, pewnie cały czas woli być myślami gdzie indziej niż na tej farmie osobowości. Miło też że tworzy udany team z Willem :)

  7. Katka pisze:

    Porebula, przez Twój komentarz przebija się skrajna rozpacz XD Wszystko jest teraz w rękach Willa, bo bez niego Jefferson nie przeżyje, chociaż sam doktorek nie ma pojęcia, jak mu pomóc… Ale może coś go niespodziewanie olśni…

    Saki, no właśnie, Lund jest tak blisko, wystarczy go dorwać i zlikwidować, ale pozostaje pytanie, czy Jefferson podoła. Skoro nie jest w swojej najlepszej formie, to cała misja może się okazać porażką. Bo niestety Nick i Mav nie są świadomi, że wypchnęli go na nią samego, niestety w kiepskim stanie… Co do Eddiego, haha, no z Isaakiem by się jednak nie spełnił nasz kochany kowal :D on może jest spokojny i nieźle zniósł Hamiltona, ale jednak na dłuższą metę to by nie wyszło. Tym bardziej, że Eddie go nawet nie lubi XD Ale wizje tej dwójki razem tak czy tak są zabawne XD Z Malvinem może się jeszcze kiedyś spotka :) Możliwość tak na pewno istnieje, chociaż na tę chwilę Eddie ma co robić i niestety Frankfort nie jest w zasięgu jego obecnych planów. A czy kowal już się czegoś domyśla? Nie wiadomo. Może jest spostrzegawczy, ale się nie zdradza? Wszystko jest możliwe, ale na pewno łatwiej by chłopakom było, gdyby wszyscy o wszystkim wiedzieli.
    Bardzo dziękujemy za komentarz! :)

    Luana, oj tak, przywiązanie do postaci potrafi być czasami mega straszne… Ale to z drugiej strony dla autora mega miłe. No cóż, musisz mocno trzymać kciuki za Jeffersona, żeby udało mu się to przeżyć. Hahaha, a William jako jednostka chora na umyśle… XD Oj, pewnie Jeff mocno przekoloryzował to w swoich opowieściach, więc Maverick sobie wyrobił takie a nie inne zdanie XD Ale taki urok naszego doktorka, że normalny nie jest :D Dzięki za literówkę!

    Jelis, jak płakać się chce, gdy się czyta o takim Jeffie, to pomysl, jak się William czuje, kiedy go takiego widzi i wie, co zwiastują objawy… :(

  8. Jelis pisze:

    Kurde aż płakać mi się chce jak czytam o takim Jeffie :c ma być zdrowy i nie przewiduje innej opcji

  9. Luana pisze:

    Martwię się o Jeffa coraz bardziej. Z każdym dniem jest gorzej i żyję w napięciu czy on zdoła poradzić sobie z Lundem i wrócić na farmę. Jak wyjeżdżał to płakać mi się chciało. To tak jakby mnie opuszczała jakaś bliska osoba. Ot co robi przywiązanie do jakiejś postaci, zżycie się z nią i strach o nią.
    Cieszę się, że coraz bliżej do zrobienia protez dla Nicholasa, który jak zwykle jest uparty jak osioł. :) Niezmiernie podoba mi się relacja Mav/Nick. Jest coraz lepiej i o to chodzi. Powinni więcej rzeczy robić razem i nie bać się sięgać po tego drugiego. :)
    „Jakkolwiek szanował lekarza za to, że działał dla dobra TABiW i na rzecz komfortu Nicholasa, tak uważał go z opowieści Jeffersona i własnych obserwacji za jednostkę chorą na umyśle.” Hahahahahahahahaha. Biedny Will. :DD

    Pozdrawiam i dzięki za kolejny rozdział mojego ukochanego ATCL. :*

    „Potrwa, jeśli Nick nie będzie wszystkie opóźniał przez swój opór” ‚wszystkiego’.

  10. saki2709 pisze:

    Jeśli Jefferson pudłuje, to wiedz, że coś się dzieje. Martwię się o rangera i mam nadzieję, że Willowi uda się znaleźć antidotum. Wiem, że robi wszystko, co może, ale czasami i to nie wystarczy. Od tamtego fragmentu o przesądzonym losie Jeffa, martwię się o niego i te moje złe przeczucia niestety okazały się słuszne. Mam nadzieję, że uda mu się wypełnić misję i bezpiecznie wrócić na ranczo. Lund zdemaskowany, teraz tylko wystarczy go znaleźć i przycisnąć. Oby tylko Jeff w najmniej odpowiednim momencie nie dostał ataku drgawek czy innych niepokojących objawów. Na szali waży się jego życie i Will się chyba załamie, jak coś się stanie jego ukochanemu.
    Rozwaliły mnie te docinki w stosunku do Willa i te myśli Mava o nim. Dobrze, że lekarz tego nie słyszał, bo by się jeszcze obraził i nie skończył tych protez dla Nicka XD
    Dobrze, że między Nickiem a zwierzakiem jest coraz lepiej. Najwyższa pora, bo naprawdę te ich obawy były bez sensu.
    Eddie… polubiłam gościa. Jest bardzo sympatyczny i uczynny. No i nie daje wleźć sobie na głowę (tak, Hamilton, o tobie mówię). Ja nie wiem, jak on wytrzymał tę długą podróż z tą irytującą jednostką, ale szacun dla niego. Przez chwilę myślałam o tym, jak by to było, gdyby wylądowali razem w łóżku. To jest złe, wiem, szkoda by było Eddiego, za dobry jest dla niego. A jak się spotkali z Malvinem, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna podrywa naszego kowala. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy na serio coś do niego ma, czy przypadkiem nie koloryzuję zbytnio faktów. Aż tu nagle, podczas bitwy kurczaków, bardzo przyjemna scena (nie chodzi mi tu bynajmniej o te awantury po incydencie z lichą łysą mutacją, a sytuacją po siłowaniu na rękę). Aż mi się zrobiło szkoda, jak się musieli rozstać. Nie dość, że kowal znowu był skazany na wyłączne towarzystwo Isaaca, to ta znajomość z Malvinem mogłaby się tak pięknie potoczyć… Ale jeszcze nic straconego. Może gdy zakończy swoją misję z protezami generała, to pojedzie do niego z powrotem… i może tam już zostanie.
    No i brawa dla Eddiego za spostrzegawczość. Gdyby nie zauważył tego dziwnego ptaszyska i go nie ustrzelił, to mogło się to źle skończyć nie tylko dla niego, ale i dla wszystkich, którzy znajdowali się na ranczu Mavericka.
    Isaac… szkoda o nim gadać. Zadufany w sobie pacan z chętką na cudze żony. Dobrze, że sobie pojechał dalej. Może na coś się przyda.
    Co ja tu jeszcze chciałam? A… Gdyby Will, Jeff, Mav i Nick wiedzieli, że kowal gra w ich drużynie, byłoby im o wiele wygodniej. Nie musieliby się tak pilnować. Zastanawiam się, czy Eddie do samego końca będzie nieświadomy ich orientacji, czy w jakiś sposób chłopcy się wydadzą. A może kowal już się czegoś domyśla?
    Ok, to chyba wszystko. W każdym razie na tę chwilę więcej sobie nie przypomnę.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny

  11. porebula pisze:

    Nie.na.wi.dze.was.jak.mo.ze.cie.to.ro.bic.u.mie.ram.wew.netrz.nie.pra.wie.jak.jeff.jak.cos.mu.sie.sta.nie.to.za.bi.je.jeffi.zyj.dasz.rade.will.rusz.dupe.plis.złe.jes.teś.cie.(i.tak.kc.).kropka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s