Across The Cursed Lands III – 21 – Spokojny finisz uporczywej podróży

Kolejne osiem dni w trasie z Isaakiem Hamiltonem nadszarpnęło cierpliwość, jaką z natury miał w sobie Eddie Hill. Cieszył się więc, kiedy jego okropny towarzysz oznajmił mu, że już docierają na miejsce. Byliby tam już wczoraj, gdyby nie zaskoczyła ich ulewa. Dziś na szczęście na niebie nie było chmur, a oni już w okolicy południa ujrzeli na horyzoncie ranczo.
Cokolwiek i ktokolwiek miał tam czekać, Eddie cieszył się, że już nie będzie zdany na sam na sam z Hamiltonem. Nie pojmował kompletnie tego człowieka. Był uszczypliwy, zadufany w sobie i nie wiedział, kiedy się zamknąć. Eddie więc patrzył z nadzieją na ranczo, mając nadzieję, że jego udręka się wreszcie zakończy.
— Nareszcie… — wyrwało mu się, kiedy już do niego zmierzali.
Isaac rzucił mu krótkie spojrzenie i westchnął z politowaniem.
— To wcale nie była taka ciężka podróż.
— Zależy dla kogo — odparł spokojnie Eddie, już nie chcąc zaczynać z nim rozmowy. Isaac lubił mówić. Najgorsze, że o sobie i w mało ciekawy sposób. — Ale czy w końcu mogę dowiedzieć się w pełni, po co tu jesteśmy?
— Już niebawem się tego dowiesz. W każdym razie mogę zdradzić, że mieszka tutaj bardzo bliski przyjaciel generała — odpowiedział Hamilton.
Oczom Eddiego ukazywało się coraz więcej szczegółów. Dostrzegł nawet… jakiegoś mężczyznę idącego z wiadrami z wodą od studni. W kapeluszu i chyba z zarostem.
— O. I oto twój gospodarz na kilka następnych dni — powiadomił go Isaac.
— Och… — odparł Eddie bez szczególnego entuzjazmu, bo niby jak inaczej miał zareagować?
Jechał dalej za Hamiltonem, aż w końcu byli na tyle blisko, że wskazany mężczyzna zatrzymał się, popatrzył na nich, wytężając wzrok, aż w końcu zaklął pod nosem i wznowił swój spacer do domu. Tam już w środku siedział Nicholas razem z Williamem, który nadal pracował nad jego protezami.
— Przyjechał Hamilton — powiadomił Maverick swojego kochanka, niosąc wiadra w stronę kuchni. — I chyba wziął tego kowala. Wreszcie.
— Och, tak? — Lekarz od razu się ożywił, odkładając narzędzia. — Chętnie się przywitam i go poznam.
— Tak, ale nie tak prędko — zatrzymał go Nicholas ostrym tonem. — Najpierw mnie skręć — rozkazał i zawołał jeszcze do kuchni: — A Black jeszcze nie wrócił?
— Nie widziałem go! — odkrzyknął Maverick.
William za to nie miał wyboru i znów sięgnął po narzędzia. Podszedł z całą już złożoną ręką do generała, podsunął sobie krzesło i zaczął dokręcać mu protezę.
— To jest kowal pracujący dla agencji, tak?
Nicholas spojrzał na niego. Lekarz już długo zajmował się jego protezami. Zrobił mu też już małą operację, gdzie wyciął kawałek blizny, żeby ta nie ciągnęła go, ale wciąż dziwnie się czuł, kiedy ktoś zajmował się nim w taki sposób.
— Tak. Już swego czasu dorabiał mi części…
— Och, to dobrze. Cieszy mnie, że jest sprawdzony. Mam dla niego już całe plany twoich protez. Z nimi na pewno poczujesz się lepiej, ale to zależy od tego, czy kowal dobrze je wykona.
— Albo czy dobrze wykonałeś plany — dodał jeszcze Nicholas i brzmiałoby to dość gorzko, gdyby na koniec nieznacznie się nie uśmiechnął. Było to rzadkie, ale William zauważał to zdecydowanie częściej, niż kiedy dopiero tu przyjechali. Teraz obaj członkowie dawnej Boosy jakby przywykli do nich.
I kiedy lekarz już miał odpowiedzieć, usłyszeli pukanie do drzwi.
— Otworzę — powiedział Maverick, wychodząc z kuchni.
William zresztą miał jeszcze kilka śrubek do dokręcenia, więc Zwierzak poszedł do drzwi i otworzył.
— Dzień dobry, sierżancie — przywitał go Hamilton z uprzejmym, acz mało szczerym uśmiechem. — Dawno się nie widzieliśmy.
— Jakie szczęście, prawda? — odparł Maverick srogo i spojrzał na jego towarzysza. — Pan Hill, jak rozumiem?
— Dokładnie tak. — Postawny gość za plecami Hamiltona skinął głową.
— Niech wejdą! — zawołał Nicholas z salonu, z kanapy.
— Zapraszam — powiedział więc gospodarz i usunął się z przejścia.
Isaac Hamilton, jak to on, wszedł do środka pierwszy. I od razu spojrzał z lekkim zaskoczeniem na Williama w salonie.
— Pan Lockerbie. A gdzie pana niepokorny towarzysz? — spytał, ale William nie zdążył odpowiedzieć, bo Nicholas chrząknął znacząco.
— Może byś zdał najpierw raport, Hamilton, i przedstawił wszystkich? — spytał ostro, nie wspominając, że wypadałoby się przywitać.
Isaac skinął głową uprzejmie i wskazał swojego rosłego towarzysza.
— Panie Lockerbie, niech pan pozna Edwarda Hilla. Eddie, to jest William Lockerbie, lekarz, którego śladami podążaliśmy przez ostatnie kilka dni…
— Jego śladami? — wtrącił się Maverick, stojący w progu salonu z rękami założonymi na piersi.
Hamilton obejrzał się na niego pytająco, milczał chwilę, aż teatralnie zrobił z ust małe „o”.
— Och tak, zapomniałem wyjaśnić, że nie podążyliśmy do was prosto z Kansas. Wpadliśmy jeszcze do Gavina po dokumenty od Adelki. Wszystko mam ze sobą i udało mi się nie utracić tego skarbeńka po drodze — wyjaśnił, klepiąc po ramieniu milczącego kowala.
Ten aż spojrzał po tym geście na Hamiltona jak na końskie odchody. Nie był zachwycony i okazywał to delikatnie w porównaniu do Nicholasa, który ściągnął groźnie brwi.
— Miło, że wszystkich przestawiłeś, ale jeszcze raz zdrobnisz imię Ad w ten sposób, a stracisz zęby. Wszyscy wiedzą, co myślisz, Gavin przede wszystkim i nie wiem, jak jeszcze cię nie odstrzelił.
Zapadła chwila ciszy, w czasie której Isaac spokorniał, jak zdarzało mu się to tylko przy generale.
— Oczywiście. Przepraszam — odparł w końcu z trudem.
William za to w końcu uniósł się i podszedł do Eddiego. Wyciągnął do niego dłoń.
— Miło mi pana poznać. W wiadomości od generała, z tego co wiem, nie było wielu szczegółów, więc od razu wyjaśniam, że głównie ze mną będzie pan pracował.
Eddie uścisnął dłoń lekarza, która niemalże nikła w jego potężnej i szerokiej. Miał jednak wyczucie i nie zmiażdżył mu jej, co pewnie byłby w stanie zrobić.
— W takim razie miło mi pana poznać. A można wiedzieć, nad czym będziemy tu pracować?
— Nade mną… — wtrącił się Nicholas, ignorując w tej chwili Hamiltona i jego przeprosiny.
Ten więc stał trochę bezradnie z boku. Maverick tylko obserwował ich wszystkich, a William uściślił wypowiedź generała:
— Tak, będziemy robić protezy dla generała. Mam wszystkie plany, jednak jest kilka rzeczy, które powinny być dość drobne. Wiele z nich wymaga dużej precyzji, zaczynając od prozaicznej kwestii, by protezy nie skrzypiały, aż po takie, żeby nie zahaczały o ubrania i nie zacinały się.
— To nie powinno być problemem. Mam trochę swoich narzędzi… a i z generałem jestem jako tako zaznajomiony — odpowiedział Eddie, faktycznie czując ulgę, że chodziło o taką pracę, a nie o coś bardziej w terenie. — Kiedy zaczynamy?
— Jeśli nie jest pan nadmiernie zmęczony podróżą, chciałbym dzisiaj przynajmniej pokazać panu plany. Jeśli chodzi o surowce, wczoraj byłem z Jeffem… moim towarzyszem, którego pan niebawem pozna, w mieście i coś już mam na sam początek. Gdyby potem miał pan jakieś sugestie, możemy znów wybrać się do miasta.
Kiedy William mówił, Isaac uznał, że wróci się do Kupida i juków po dokumenty, które zabrał od Gavina. Maverick przepuścił go w progu, odprowadzając go wrogim spojrzeniem.
— Zaparzę wam ziół. Głodny? — zapytał Eddiego po drodze do kuchni.
Ten skinął głową na znak, że dziękuję i że tak, jest głodny.
— Tak, będę wdzięczny. A podróż była długa — dodał do Williama. — I jeśli to nie problem, to byłoby wygodniej, jakbyśmy pominęli to pan. Jestem Eddie.
Nicholasa już nawet swego czasu ten kowal do tego przekonał.
— Will — odpowiedział od razu lekarz.
— Podgrzeję ci w takim razie pieczeń z wczoraj. Nick, chyba będzie spał tutaj, odsunie się stół — zwrócił się do swojego partnera Maverick, przystając jeszcze w progu kuchni. Wiedział, że Jeffersonowi i Williamowi nie będzie to w smak, ale nie widział innego rozwiązania. Było już zbyt zimno, żeby nocować w stodole.
— Mhm, trzeba będzie się jakoś pomieścić — zgodził się Nicholas i że lekarz skończył już z jego protezami, wstał z kanapy. — Pomogę ci w kuchni, pokaż im, gdzie mogą zostawić rzeczy — zasugerował, żeby właśnie Zwierzak pokazał im, gdzie mają się rozłożyć, nie on.
Maverick przytaknął, zaś William zaczął zbierać wszystkie swoje narzędzia ze stołu, żeby można było zrobić miejsce na kolejne posłanie. W tym czasie do domu wrócił Isaac ze skórzanym zawiniątkiem, w którym znajdowały się dokumenty.
— Eddie, podejrzewam, że spędzisz tu trochę czasu. Nie pomyślałeś o tym, żeby przenieść tu swoje rzeczy?
— Pomyślałem, ale nie muszę o tym wszystkim mówić, bo nie jest to nic nadzwyczajnego — odparł Eddie i kręcąc głową na to, jak Isaac się zachowywał, pomógł jeszcze przestawić w inne miejsce stół. Po tym dopytał gospodarza: — Zaprowadziłbym konia do stajni. Coś muszę wiedzieć?
— Jeśli masz ogiera, postaw go dalej od kasztanki — odparł Maverick, już zamierzając pójść do sypialni po zapasowe koce.
— Spokojnie, mam klacz. — Eddie już chciał wychodzić, ale zatrzymał się z uprzejmości, która w nim nie zginęła. Cudem przy Isaaku, do którego dodał: — A Kupida też zaprowadzić?
— Nie, Kupid niech na mnie czeka. Jestem pewien, że generał ma dla mnie jakieś rozkazy — odpowiedział Isaac, przysiadając sobie na podsuniętym pod ścianę krześle.
Eddie nie odpowiedział, tylko wyszedł. Musiał dać chociaż swojemu koniowi odpocząć.
Nicholas w tym czasie udawał, że nie słyszy Isaaka. Na razie go ignorował, pilnując potrawki na ogniu.
W mieszkaniu zrobiło się chwilowo małe zamieszanie. William porządkował swoje narzędzia i próbował za sugestią Mavericka spakować wszystko, żeby móc w stajni zrobić miejsce pracy dla Eddiego. Isaac siedział i czytał dokumenty od Adeli, Nicholas zajmował się strawą i ziołami dla gości, a Maverick przygotowywał miejsce spoczynku kolejnego gościa. Całe szczęście, że dziś na ranczu nie było Flapa, bo zdecydowanie byłoby zbyt tłoczno. A i kolejna osoba dotarła, gdy William akurat z naręczem wszystkich potrzebnych kowalowi rzeczy, w tym wielką torbą z zakupionymi surowcami, wyszedł z domu.
— Och… Jeff… — wydusił, bo wszystko było niemożliwie ciężkie, a on jedynie łokciem mógł zamknąć za sobą drzwi. — Wróciłeś…
— Mhm. I widzę, że mamy gości… — Ten zauważył, bo właśnie Oficer stał tuż przy Kupidzie, który witał się z kolegą i jego jeźdźcem. Znali się już ze stajni w Kansas City i w przeciwieństwie do właścicieli, bardzo się lubili. Kupid cieszył się bowiem, jakby widział starego przyjaciela i właśnie próbował dać mu buzi. — I pomogę ci, ale zaniosę zające.
— Nie musisz, dam sobie radę — odpowiedział William, zupełnie nie jak William, którego Ranger poznał na trasie do Austin. Zszedł przy tym z ganku trudem, ale nie stękał i nie marudził. — W środku jest Isaac Hamilton, a w stajni ten kowal. Wydaje się profesjonalny.
Jefferson już był na schodach do domostwa, kiedy usłyszał nazwisko wywołujące w nim obrzydzenie. Podbiegł więc za Williamem z dwoma martwymi zającami.
— Postaw to. Poniesiesz je, ja to wezmę i opóźnię spotkanie z tym chujem z wąsikiem.
Lekarz obejrzał się na dom i w końcu położył wszystko, co niósł, na ziemi przed gankiem. I o mało nie krzyknął, gdy poczuł mokre chrapy na szyi. To Kupid próbował się z nim zapoznać, wyciągając głowę, prychając i niemal drepcząc radośnie w miejscu.
— Konie… — wymruczał William, odchodząc na kilka kroków, za Jeffersona. Jego podejście do tych zwierząt zdecydowanie nie zmieniło się od początku ich wspólnej drogi.
A Kupid, skoro nie mógł przywitać się z Williamem, zbliżył się do Jeffersona, pochylił łeb i… przytulił się nim do jego piersi.
Ranger oddał tylko martwe króliki swojemu partnerowi, który miał taką samą dietę jak one, po czym pogładził konia.
— Nigdy nie mogłem pojąć, jak taki skurczysyn może mieć takiego konia — skomentował Kupida, poklepał go jeszcze po karku i w końcu zabrał rzeczy, które niósł lekarz, żeby zanieść je do stajni. — W ogóle, mówił coś? Z sensem?
— Właściwie tylko przedstawił mnie kowalowi — wyjaśnił William, podążając za swoim partnerem. Gdy Jefferson cmoknął na Oficera, ten podążył za nimi, nieciągnięty za uzdę. — Potem został uciszony przez Nicka, gdy spoufalał się wobec Wybuchowej Ad, a później już rozmawiałem z tym kowalem, więc nie miał okazji nic powiedzieć. Właściwie dopiero przyjechali.
— Mógłby w sumie już pojechać — pomarudził Jefferson. Jego nienawiść do Hamiltona i vice versa była powszechnie znana.
Kiedy weszli do stajni, zobaczyli, że tam swoim koniem zajmuje się obcy Rangerowi mężczyzna. Jako pierwszy skinął mu na powitanie głową.
— Witam.
— To jest właśnie Eddie Hill — przedstawił go William, podchodząc bliżej z Rangerem. — Eddie, to jest Jefferson Black, wspólnie z którym badałem sprawę powierzoną nam przez TABiW.
Starał się mówić, nie wdychając zapachów ze stajni, bo wciąż do nich nie przywykł i nie były mu one miłe. Cieszyło go, że konie są w boksach i nie mogą mu okazać żadnych uczuć, jak Kupid. Na samym końcu była Nacoma, spokojnie jedząca siano. Obok niej odpoczywał Duch, potem było jedno wolne miejsce i następne przeznaczone dla Pigmenta oraz Oficera. Zaś na drugim końcu stajni znajdowała się drabinka na piętro. Pod nim było jeszcze trochę miejsca, więc William właśnie tam upatrywał dobrą przestrzeń do pracy dla Eddiego.
— Witam, miło mi poznać. — Eddie przywitał się z Rangerem, dopiero kiedy ten wrócił do niego już z pustymi rękoma, po tym jak właśnie tam odłożył przyniesione rzeczy lekarza.
— Mi także. Jak udała się podróż z naszym… z Hamiltonem? — Black przełknął dumę, żeby już na dzień dobry nie powiedzieć czegoś niestosownego o tym człowieku.
— Długa. Specyficzny jegomość — przyznał Eddie, nie brzmiąc, jakby szczególnie się polubili.
— Taa… bardzo. Współczuję.
— Dziękuję.
William w tym czasie próbował skusić Oficera do wejścia do boksu bez konieczności dotykania go, ale kiedy mu się to nie udało, wrócił do dwójki rozmówców i zwrócił się do Eddiego.
— Tutaj zrobimy twoją pracownię. W domu nie było miejsca. Jeff, myślisz, że udałoby się zbudować tu jakiś mały, bezpieczny piecyk do wypalania narzędzi i metali?
— W stajni? Nie. Ale zrobimy go na zewnątrz, będzie bezpieczniej. Nic nie spłonie tak jak Vincennes, pamiętasz, Will. — Jefferson, nie przerywając rozmowy, zajął się Oficerem. Widać na pierwszy rzut oka, że robił to bardzo często, bo szybko i sprawnie.
Koń Eddiego też trafił już do boksu, a William czekał z martwymi uszatymi w dłoni.
— Tak, pamiętam aż za dobrze. I nie chciałbym już nigdy doświadczyć żadnego pożaru — odpowiedział ponuro. Ogień bardzo źle mu się kojarzył. — Więc dzisiaj poza planami, które ci pokażę, może pomyślimy też, jak zorganizować twoją pracownię? — zwrócił się na koniec do Eddiego. Wiedział, że nie mają czasu do stracenia.
— Dobrze, mi pasuje — odparł kowal i jak nawet przy Isaaku zachowywał spokój, to teraz tym bardziej.
Po chwili konie miały wodę i pasze, więc ich właściciele udali się całą trójką do domu Mavericka. W salonie nastąpiło już całkowite przemeblowanie. Stół stał pod ścianą przy kominku, a krzesła były mocno do niego dosunięte. Pod oknem znajdowało się już nowe posłanie dla Eddiego. Kanapa, którą rozkładał Jefferson i William do snu, także była trochę przesunięta na prawo, pod komodę. Na blacie tej ostatniej leżał za to talerz z dużym kawałkiem mięsa, pajdą chleba i słodkim, choć dość rzadkim dżemem. To samo w rękach miał Isaac siedzący na kanapie, jedzący i słuchający rozkazów Nicholasa. Maverick opierał się plecami o ścianę i pił herbatę ziołową.
— Posiłek dla ciebie — zwrócił się od razu do kowala, wskazując talerz i kubek na komodzie.
— Dziękuję. — Eddie był wdzięczny za jedzenie. Droga była długa, a Hamilton nie lubił się zatrzymywać.
Podszedł do stołu, żeby zjeść. Jednocześnie słyszał, jak generał rozmawia z jego towarzyszem podróży.
— Dlatego musimy dowiedzieć się, jaki był cel Jess. Nie zasadziła się tu na nas z pułapką, chociaż mogła. Wiedziała, gdzie jest Maverick, gdzie my będziemy. Nie wydaje mi się też, żeby z jakiegoś powodu zwlekała. Dlatego… — Nicholas westchnął, a Maverick w międzyczasie dostał upolowane przez Jeffersona zwierzęta. — Masz dowiedzieć się teraz wszystkiego, co tylko możesz o tym, gdzie była od rozwiązania Boosa.
— Rozumiem. Czyli muszę dowiedzieć się, gdzie była panna Jessica Orkenzy od 1860 roku — podsumował Isaac, skutecznie ignorując obecność Rangera.
Ten nie był mu w tym dłużny. Także traktował go jak powietrze, co otoczeniu wychodziło na dobre, bo nie musieli słuchać ich docinek, które mogły się różnie skończyć.
— Mniej więcej. Dowiedz się, co ludzie mówią. Może przy okazji wyjdzie, dla kogo pracuje, co też będzie dla nas pomocne. Nawet bardzo.
— Dobrze. Postaram się dowiedzieć jak najwięcej. W jaki sposób będziemy w kontakcie? Planuje tu generał z resztą być dłużej? — dopytywał Isaac, już tworząc w głowie plan swoich kolejnych dni i co raz pojadając dobrze wypieczone mięso.
— Jeśli nie dowiesz się niczego przełomowego, działasz jak najdłużej sam. W innych okolicznościach pisz tu, ale żeby nikt nie dowiedział się, że tu jesteśmy. Zalecam ograniczyć korespondencję — odpowiedział generał, czując, że oni jednak zostaną tu na dłużej. Musieli skończyć kończyny, do tego utknęli w ślepym zaułku.
Pójście po śladach Jess wydawało mu się w tym momencie dobrym tropem. Skoro ona dotarła do tej dziwnej… organizacji, czy czym to było, to i oni mogli dać radę. Innego tropu teraz nie mieli, chociaż wciąż pamiętał o tym, czego ponoć dowiedzieli się Black i Lockerbie — że Smith pojechał do Waszyngtonu. Jeśli sprawa z Jess nie wypali, mogli po prostu tam pojechać na zwiady, ale wolał pierwszy plan, który dawał im pewien dystans. Po akcji w Chicago wolał na razie nie narażać Rangera i lekarza na kolejny atak, póki nie dowiedzą się czegoś więcej.
— Rozumiem. A gdyby okazało się, że musicie stąd wyjechać? — dopytywał Hamilton, by mieć w razie czego plan B. — Może w takim wypadku przekażecie wiadomość do naszych wszystkich kryjówek? Na pewno do którejś na swojej trasie wstąpię, więc wiedziałbym, jak się z wami kontaktować.
Nicholas zadumał się. Tak wiele ułatwiałoby, gdyby cały czas wiedział, gdzie kto jest, ale było to tylko w sferze marzeń. Jak był w stanie uwierzyć, że człowiek kiedyś będzie podróżował wyłącznie maszynami i pisał słowa przesyłane liniami, tak przecież te nie mogły być wszędzie, więc zawsze poza ich zasięgiem człowiek był zdany sam na siebie.
Musiał myśleć racjonalnie.
— Myślę, że jeśli mielibyśmy opuścić to miejsce i jeszcze podać, gdzie ruszamy, to informowanie wszystkich miejsc byłoby dość ryzykowne… Maverick, podasz mapę? Ustalimy kod na miejsca, który będzie można nadać nawet telegramem.
— Mhm — odmruknął jego partner i podszedł do kredensu, a po chwili już usiadł obok generała i wraz z Isaakiem zaczęli ustalać kody.
William, który dotąd tylko się temu przysłuchiwał, uznał, że nie ma co marnować czasu. A że Eddie powoli kończył posiłek, sam wziął swoje plany i sięgnął po kapelusz.
— Eddie, może przejdziemy na ganek, by omówić naszą pracę? — zaproponował.
— Może być — zgodził się kowal i jeszcze zgarnął pieczywem resztki sosu, czyszcząc niemal do czysta talerz, w którym dostał posiłek.
Jefferson, nie widząc w propozycji Williama nic ciekawego, chcąc nie chcąc dosunął się do generała, Mavericka i Isaaka, żeby także zapoznać się z planem, jakby cokolwiek niekorzystnego się stało i też musiał mieć tę wiedzę.

***

Ku uldze wszystkich obecnych domowników Isaac Hamilton wyjechał z rancza już po drugiej po południu. I nagle zrobiło się jakby… spokojniej. Wyglądało na to, że jedyną istotą, którą cieszyło towarzystwo tego mężczyzny, był Kupid.
— Piękny koń… — rzucił Maverick, odprowadzając spojrzeniem postać Hamiltona, już powoli niknącą w oddali.
William, który chwilę temu skończył rozmawiać z kowalem na temat planu protez i wciąż siedział z nim na ganku, nie był do tego za bardzo przekonany, ale nie kłócił się. Nie znał na zwierzętach tak, jak Zwierzak.
— I jest chyba jedynym sympatycznym elementem tego człowieka — rzucił Eddie do gospodarza, bo słyszał go, a William akurat nic do niego nie mówił. — Jak to się dzieje, że aż tak mu ufacie? Nie, żebym ja był tu najbardziej zaufaną osobą.
— Wiele razy dowiódł swojego oddania — odpowiedział Maverick, opierając się bokiem ciała o belkę podtrzymującą daszek nad gankiem. — Ma też olbrzymią wiedzę. No i rodzinę w Waszyngtonie, ale to akurat jedynie bodziec, dzięki któremu u nas w agencji wylądował.
— Niemniej, dziwny typ. Jakby nie zauważał, że… no… nie jest najlepszym kompanem — dodał jeszcze Eddie, bo może coś w tym było, ale on sam źle chyba by się czuł, jakby każdy mimo doceniania i tak go nie lubił.
Maverick tylko zamruczał i już miał wrócić do domu, gdy jego wzrok utkwił w czymś na piersi kowala. Podszedł do niego, pochylił się i ujął w palce rzemyk, na końcu którego uwieszony był dobrze znany mu kieł.
— Miałeś do czynienia z szakeldastami? — zapytał.
Eddie popatrzył na Zwierzaka pod wrażeniem, że ten tak poznał, co to jest.
— Nie, to prezent, a raczej wygrana z zakładu z niejakim Malvinem Berry. Ponoć wy go znacie? — dodał ostatnie zdanie do lekarza.
— Och, tak — odpowiedział ten z zaskoczeniem. Aż bardziej odwrócił się do kowala, a Maverick postanowił jednak jeszcze nie wracać do domu. — Byliście we Frankfort?
— Mhm, żeby ostrzec go, że może też mieć nieproszonych gości gorszych od Hamiltona — wyjaśnił Eddie i schował pamiątkę po Malvinie znowu pod koszulą. Nie chciał jej stracić. Dobrze wspominał tego mężczyznę.
William zakodował w głowie te informacje, które nagle wydały mu się bardzo… przydatne. Nie teraz. Na przyszłość. Coś znowu nieprzyjemnie ścisnęło go za serce i miał ochotę wejść do domu, by móc przytulić Jeffersona. Zamiast tego znów zwrócił się do kowala.
— Rozumiem więc, że zastaliście go całego i zdrowego?
— Tak, potem nawet udaliśmy się z nim na walki kogutów. — Eddie krótko i nisko się zaśmiał. — Istna farsa, ale Hamilton nawet się wkręcił, póki nie zrobiła się chryja z jakimś zmutowanym bydlakiem, co zamiast być nieziemsko mocny, zdechł im na arenie.
— Był wyłysiały? — zapytał od razu Maverick.
— No… tak. — Eddie skrzywił się, bo Maverick brzmiał, jakby tam był i to widział.
Zwierzak ściągnął brwi z zafrasowaniem.
— Powinniśmy Isaaka też chociaż poniekąd wciągnąć w dział wynaturzeń. Wiedziałby, że w takiej sytuacji ma aresztować właściciela. Kilka miesięcy temu nasi ludzie zamknęli nielegalną hodowlę nielotów. Pojawiły się wtedy większe podejrzenia, że upioryt działa niszcząco na naturę. Ptaki były hodowane w pomieszczeniach z upiorytem i niewypuszczane z nich aż do pełnego rozwoju.
— O czym mowa? — Do rozmowy wtrącił się Jefferson, który wyszedł, żeby sprawdzić, jak im idzie i upewnić się, czy już Hamilton zniknął z pola widzenia, ale usłyszał jeszcze coś o wynaturzeniach i zwyczajnie się zaciekawił.
— O zmutowanym drobiu i Berrym. Ponoć go znacie — dodał Eddie, ale nie pociągnął myśli, bo to właśnie Jefferson powiedział to, co sam chciał powiedzieć, ale nie wiedział, czy powinien.
— Och, znamy go. Jest całkiem dobrym traperem i ma trochę dziwnych zwierząt u siebie.
— To aż zaskakujące, że radzi sobie z tym zupełnie sam — dodał William dyplomatycznie, nie patrząc na Rangera. Co do Malvina jako takiego nie miał wiele żalu, ale przyjemne nie było wspominanie tego, że Jefferson się z nim pieprzył.
— Och, bo teraz z kimś tam mieszkał… — wtrącił Eddie, nie darząc sympatią tego „przyjaciela” Malvina. — Z jakimś przyjacielem czy z kimś, kto niby mu pomagał.
Jefferson po tych słowach popatrzył z konsternacją na lekarza, ale i na kowala. Najwyraźniej młodsza wersja Zwierzaka sobie jednak kogoś znalazła.
— Naprawdę? Ostatnio nikogo tam nie było poza panem Berrym — odpowiedział zafrasowany William. Był też jednak zaciekawiony, więc dopytał: — I kim jest ten ktoś?
— Ponoć jego przyjaciel, starszy mężczyzna, który widać, że lubi i zjeść, i się napić. Nie miałem na szczęście okazji z nim dużej rozmawiać — wyjaśnił Eddie, patrząc bardziej na plany, które miał przed sobą, niż na rozmówców. Nie chciał osądzać, ale typ wydawał mu się nieciekawy, a nie był najlepszym kłamcą.
— Och… — William zerknął porozumiewawczo na Jeffersona. — Rozumiem.
— Ważnie, że jest bezpieczny — przerwał im Maverick i w końcu sam ruszył do domu.
— Niby. — Jefferson był podobnego zdania.
I tak w tej chwili nie miał nic innego, co mógłby zrobić. A Malvin był dorosły, mógł mieszkać z kim chciał, chociaż nie pasowało mu to do niego. Ale też niewiele go znał. Chociaż mało zachęcająco w jego uszach brzmiało „starszy mężczyzna”, który lubił się napić i zjeść. A skoro mówił to mężczyzna po trzydziestce, który sam miał większe gabaryty, to wizja „przyjaciela” Malvina wyglądała dość nieciekawie.
Nie było jednak teraz co o tym myśleć. Niebawem zresztą wrócili do domu, bo zaczęło robić się chłodno, a i Maverick powoli szykował ich kolację. Przez to w całym domu cudownie pachniało, zaś Eddie i Jefferson mieli jeszcze do omówienia plany budowy pieca i całej małej pracowni kowala.

9 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 21 – Spokojny finisz uporczywej podróży

  1. marvolor pisze:

    A nawet myślę że masz rację :) odmieniając imiona obce w j. polskim się spolszcza. Tyle zapamiętałam z zajęć stylistyki polskiego :P

  2. Katka pisze:

    Marvolo, uff, fajnie, że mimo tej chwilowej sielanki jednak spoko się czyta. Wiem, że to nie jest aż tak dynamiczna część jak poprzednie, bo chłopcy nie są cały czas w drodze, ale staramy się, żeby coś się działo :D Niebawem też się szykuje pewna niespodziewana akcja :) Eddie przesympatyczny – to w sumie dobre określenie. On jest taki ciepły i spokojny. Hahaha no i nie wierzę, Isaac ma fankę! :D Miło, miło, nie jest biedactwo opuszczone, hehehe. Ale co do Kupida masz zdecydowaną rację – jest piękny i naprawdę szybki, choć nie było możliwości teraz, żeby to pokazać. Ale może jeszcze kiedyś się z nim spotkamy :) Co do odmiany imienia Isaaka – szczerze, to jeśli byśmy miały wydawać ATCL w druku, musiałabym dokładnie w słownikach sprawdzić, ale generalnie na razie jako samo Isaac zawsze piszemy przez „c”, a jak odmieniamy, to przez „k”. I wcale nie jestem pewna czy to poprawne XD Muszę ogarnąć w wolnym czasie :)

  3. marvolor pisze:

    Niby tak spokojnie na tym ranczu ale mnie się bardzo fajnie czyta bo i tak sporo się tu dzieje :) obie pary są świetne a i Eddie wydaje się przesympatyczny.
    Ale śmiesznie się złożyło że dołączył do nich jeszcze jeden pan preferujący panów :D Nick znowu by się zdziwił :P
    A ja tam Isaaka lubię :) poza tym że jego koń wydaje się pięknym koniem i bardzo sympatycznym to bardzo lubię wredne, cyniczne i sarkastyczne postacie :D także nie martw się Isaak! Masz 1 fana oprócz Kupida ;)

  4. Katka pisze:

    Kasia, Hamilton miał swoje pięć minut i spełnił swoją rolę – wszyscy go znielubili XD czy Eddie się zorientuje – cóż, myślę, że to właśnie wszystko zalezy od tego jak się chłopcy będą pilnować. Jeśli dobrze, to może wszystko przejdzie bez echa. Ale czasem można łatwo wpaść i nic się na to nie poradzi… Czas pokaże. Hehe, a William na pewno już jakoś działa, ale chyba bardziej na zasadzie gorączkowego myślenia, co w ogóle może zrobić, żeby mu pomóc. Bo bez pomysłu nie może nic zrobić. Ale na pewno spać mu to nie daje. Posiadówa na ranczu trochę potrwa, ale mam nadzieję, ze nie będziecie się nudzić :)

    O., no cóż, są sprawy ważne i ważniejsze, więc Will podszedł do tego bardziej rozumiem niż sercem. Czy tam kutasem XD o dziwo też tak potrafi. Dojrzał nam ziemniaczek. Jeszcze trochę a zacznie kiełkować XD Haha a czy Eddie pogadałby z Jeffem o pieprzeniu Malvina? Nie wiem, nie wiem XD to by było dziwne, haha.

    Luana, no troszkę czasu musieliśmy poczekac na powrót chłopaków z rancza, bo nam wątek zboczył, hehe, ale już jesteśmy „w domu” XD teraz na pewno będzie można się dużo naczytać o tych dwóch parkach. Malvin i Maverick – zgadzam się po całości! Non stop gadaliby o mutacjach, przez co całą misję szlag by trafił XD więc może lepiej, żeby na razie Malvin się nigdzie nie ruszał, haha. A Willuś zdecydowanie nie zamierza dać umrzeć Jeffersonowi. Zobaczymy tylko, czy jest w stanie spełnić to postanowienie… Dziękujemy i pozdrawiamy!

  5. Luana pisze:

    Nareszcie dotarli (moja tęsknota za tymi dwoma parami poniekąd zaspokojona, ale wciąż mi ich mało), a Hamilton sobie pojechał. YEY! Ale taka prawda, że cokolwiek by o nim nie mówić, jest jedyną osobą w agencji (poza Adelą), której mogą ufać. Podobało mi się to, że w paru słowach Nicholas sprawił, że Isaac spokorniał itp.
    Jestem ciekawa kiedy Eddie zobaczy, że pozostał na rancho z dwoma parami homoseksualnych mężczyzn i kiedy zapragnie, aby Malvin do nich dojechał. Traper doskonale dogadałby się z Mavem. Całymi dniami rozprawiali by o swojej pasji, dzieliliby się informacjami.
    Will dobrze zareagował na wiadomość o Malvinie i już coś tam mu siedzi w głowie.
    Nadal mnie martwi serce Rangera. Wierzę jednak, że Will nie da mu umrzeć.
    I jeszcze bardziej kocham Kupida. :D
    Pozdrawiam, weny życzę. :*

  6. o. pisze:

    Myślałam, że Will z jakąś zazdrością wystartuje, czy z widoczną niechęcią, a tu potrafi podejść profesjonalnie. Ciekawe jakby się Eddie zachował gdyby się dowiedział, że z Jeffem pieprzyli tego samego faceta, może by sobie o tym pogadali? Wiem, że nie xD

  7. Kasia pisze:

    W końcu Eddie pozbył się towarzystwa Hamiltona :) Ależ okropną postać z niego zrobiłyście…Dobrze że chociaż koń go go lubi :) Ciekawe czy Eddie zorientuje się że na ranczu są dwie pary? Jest niezłym obserwatorem ale panowie chyba będą się raczej pilnować :) Ciekawe co Willowi chodzi po głowie z tym sercem Jeffa, myślę że powinien zacząć działać żeby nie było za późno. Na wspomnienie o Malwinie najpierw pomyślał o lekarstwie dla Jeffa a dopiero później zrobiło mu się niewyraźnie bo przypomniał sobie o przygodzie Blacka. I jak tu go nie kochać :)
    Widać że panowie posiedzą jeszcze trochę czasu na ranczu, to może być interesujące :)
    Dziękuję bardzo i weny Wam życzę :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s