Across The Cursed Lands III – 20 – Hall, Hill i Hamilton

Po tym, że wokół otoczonego drewnianym płotkiem pola walki zebrał się już spory tłum, poznali, że turniej albo miał się zaraz zacząć, albo już się zaczął. Ludzie będący z tyłu widzieli, co się działo na ringu, bo stali na długich ławkach, przez co byli wyżej. Malvin i Eddie spróbowali odnaleźć spojrzeniem Isaaka, ale było trudno. Szukali go głównie na uboczu, bo żaden z nich nie spodziewał się, że będzie oglądał walki. Zaskoczyło ich, kiedy ujrzeli go stojącego na jednej z długich ław. Eddie prawie się zaśmiał.
— A jednak! — rzucił, kiedy już byli za nim i klepnęli go w bok, żeby ten zauważył, że do niego mówią. Przyłączyli się do niego, także chcąc zobaczyć walkę.
— Jesteście. Co wam tak długo zeszło? — zapytał Hamilton, ale tylko na sekundę na nich spojrzał, bo głównie obserwował ring.
Jak się okazało — było co. Dwójka kogutów właśnie została wypuszczona i nastroszyła pióra. Oba wydały też jakieś dźwięki, ale nie sposób było ich usłyszeć, bo tłum zaczął się przekrzykiwać i dopingować ptaki.
— Sprawdzaliśmy okolicę i czy jednak nie ma jakichś zmutowanych ptaków gdzieś na uboczu — skłamał Eddie i wsunął swoje duże dłonie w kieszenie, patrząc na ring. Nie kręciło go to. — Stawiałeś jakieś zakłady?
— Tak, na jednego ptaka, którego jeszcze tu nie ma. Widziałem go jednak. Wydaje się duży i silny.
Malvin tymczasem przystanął po prawej stronie kowala i spojrzał z zaintrygowaniem na ring. Nie podobało mu się to, że koguty są wykorzystywane do ludzkiej uciechy. Były przymuszane do takiej walki, w przeciwieństwie do bokserów, którzy decydowali się na taką karierę z własnej woli. A i niejednokrotnie ptaki umierały na ringu. Trudno mu się na to patrzyło, ale też chciał zobaczyć mutacje. Na razie jednak mógł tylko obserwować, jak koguty skaczą na siebie, dziobią i próbują rozerwać przeciwnika szponami. Kilka piór już wylądowało na suchej ziemi.
— To niczym współczesne walki gladiatorów! — spróbował przekrzyczeć tłum i zwrócić się do Eddiego.
— Bardziej lwów. Boks to bardziej gladiatorzy. Tak mi się wydaje. I wolę boks. — Eddie poparł tok rozumowania Malvina, nawet nie będąc go świadom. Patrzył przy tym na ludzi i jakoś zastanawiał się, ile osób dziś zostanie okradzionych. Nie lubił tłumów także dlatego, że zawsze znalazła się w nich osoba z lepkimi palcami.
— Także jestem większym zwolennikiem boksu, chociaż nie przepadam za żadnym działaniem związanym z przemocą — odpowiedział głośno Malvin. — To niepotrzebnie wzbudza agresję. Ile to burd ma miejsce po walkach bokserskich!
— Panie Berry, człowiek to zwierzę! — Isaac wychylił się do niego przez dzielącego ich Eddiego, żeby dodać swoje pięć groszy w tym temacie. — Potrzebujemy silnych emocji! Agresja jest w nas zakorzeniona od zawsze! Lepiej tak ją pożytkować, niż chociażby polować na podróżnych i wycinać im narządy!
— Widocznie masz za mało wysiłku fizycznego w ciągu dnia, że cię do tego ciągnie. Mnie jakoś nie brakuje, żeby komuś przywalić — wtrącił Eddie, bo argument wydawał mu się idiotyczny. Chociaż wierzył, że każdemu chociaż raz w głowie pojawiła się myśl, żeby komuś utoczyć krwi w ten czy inny sposób, kiedy słowa przestają wystarczać.
— To nie jest zależne od ruchu, Eddie. Zapewniam cię, że znalazłaby się sytuacja, w której i ty podniósłbyś na kogoś rękę — odpowiedział Isaac, a po tłumie przebiegł głośny aplauz.
Trójka towarzyszy szybko spojrzała na pole walki i dowiedziała się, co tak poruszyło tłumem. Jeden z kogutów zdołał wyłupić dziobem oko drugiemu, przez co na suchej ziemi znalazły się plamy krwi.
Kowal skrzywił się, widząc, że walki nie przerwano. Najwidoczniej spisali rannego koguta na straty, bo kiedy ten zaczął słaniać się i tracić równowagę przez nagłą ślepotę, jego przeciwnik podleciał i ostrogami zaczął go dotkliwiej ranić. Trudno było na to patrzeć.
— Nie powiedziałem, że nie — odparł Hamiltonowi. Nie miał ochoty się z nim spierać, ale nie uważał, że człowiek potrzebuje agresji w życiu.
Wyglądało jednak na to, że ten tłum jej potrzebował, bo gdy tylko ranny kogut poległ, rozległy się głośne wiwaty. Jeden z mężczyzn zapisał na drewnianej tablicy wynik walki, a właściciel zwycięskiego ptaka zabrał go do wielkiego wora i schował ponownie do klatki. Jego kolej miała znów nadejść za chwilę. Miał czas na odpoczynek.
— Drogie panie i drodzy panowie! Teraz walka, po której możecie się spodziewać wszystkiego! — zawołał jeden z mężczyzn zbierających zakłady. Wskoczył na środek ringu, żeby być dobrze widocznym. — Do walki stanie zwycięzca z pamiętnej, lipcowej potyczki, kogut Ringo! A jego przeciwnikiem będzie… — zrobił pauzę, oglądając się na tłum wokół — nieznany jeszcze nikomu Demon, zmutowany ptasi samiec, którego… oooj, moi drodzy, sami powinniście się bać!
— Może to być twoja mutacja. — Eddie po wysłuchaniu całej przemowy zwrócił się do Malvina. Był przy tym zgaszony, bo już spodziewał się, że będzie kolejna rzeź i nawet ich „champion” nie pożyje dłużej niż inne ptaki.
Traper tylko przytaknął i popatrzył ze skupieniem na ring. Przemawiający mężczyzna już z niego zszedł, a na pole walki wypuszczono ostatniego zwycięzcę turnieju. Kogut był niezwykle jasny i puszysty, choć miejscami widać było, że był na tyle poraniony, że pióra na nowo nie urosły. Chodził wokół z dumnie uniesioną główką, już strosząc pióra. Musiał wiedzieć, co go czeka. Dostał wiele oklasków, ale to nie on był teraz gwiazdą.
Wreszcie pewien łysy, niechlujnie ubrany jegomość wypuścił swojego ptaka. Demona. I wcale nie było się co dziwić, że otrzymał takie imię. Malvin widział raz na oczy konie pracujące w kopalniach upiorytu i to one pierwsze przyszły mu na myśl, gdy ujrzał Demona. Ptak na pewno był nielotem, bo… nie miał piór. Był całkowicie łysy, przez co na swój sposób wyglądał groteskowo. A raczej wyglądałby tak, gdyby nie jego mięśnie. Był pod względem wzrostu nawet mniejszy niż Ringo, ale masą zdecydowanie go przekraczał. Tak samo jak konie w kopalniach, miał on przerost masy mięśniowej, przez co widać było każde jego zagłębienie i można było się tylko domyślić, jak wielkich szkód może narobić tak nieduży kogut.
— Wygląda dziwnie. Na niego postawiłeś? — spytał Eddie, zaciekawiony, czy to właśnie zmutowane zwierzę stało się właścicielem pieniędzy Hamiltona. On sam nie postawiłby na niego. Tym bardziej, kiedy oba ptaki zaczęły chodzić wokół środka ringu i jak opierzony ptak stroszący pióra wyglądał na ogromnego, tak Demon wyglądał, jakby właśnie uciekł z rosołu.
— Nie. Stawiałem na tego opierzonego — odpowiedział spokojnie Isaac, obserwujący wszystko w ciszy, w przeciwieństwie do gapiów.
Malvin za to zupełnie wyłączył się z rozmowy, bo obserwował Demona. Może ludzie tu zgromadzeni tego nie widzieli, ale miał odbiegający od normy kolor skóry. Jakby trochę niebieskawy. Nie miał jednak pomysłu, co to mogło oznaczać.
Nagle wszyscy się skrzywili, gdy Demon zapiał. Nie było to typowe kogucie pianie, ale skrzek przypominający drapanie paznokciami o śliski, twardy kamień. Nawet Ringo skulił łeb, a jego mięsisty przeciwnik od razu to wykorzystał i wskoczył na niego, powalając na ziemię. Przytrzymawszy go szponami, zaczął szaleńczo dziobać.
Nie potrwało to jednak długo, bo po chwili duży kogut, leżący na plecach, odepchnął swoimi długimi nogami przeciwnika. A że ten był ciężki i nagi, jego szpony zacięły go głęboko po skórze. Ptak też nie mógł podlecieć, żeby uniknąć obrażeń, więc po chwili stał z piachem przylepionym do ran, z których płynęła zaskakująco ciemna, prawie czarna krew.
Ludzie stojący wokół ringu darli się w niebogłosy, przerażeni obrotem sytuacji. Większość z obserwatorów stawiała właśnie na tego mięsistego koguta, a ten oto krwawił. Jego przeciwnik był zadowolony z siebie i zapiał głośno, trzymając się jeszcze z dala, by odzyskać siły i za chwilę znów przypuścić atak. I chyba nawet ten pierzasty nielot był zaskoczony obrotem sytuacji… gdy Demon zachwiał się na nogach, zrobił kółko i głucho padł. A wraz z tym cichym „pac” nastała absolutna cisza.
Zwierzę zaczęła otaczać wciąż rosnąca kałuża czarnej krwi, która wsiąkała w piasek. Ptak krwawił, jakby obcięto mu łeb, a nie podrapano go pazurami. Nikt długo nic nie mówił, nie wierząc, że właśnie stracił sporo pieniędzy. Ci, którzy wygrali, w tym Hamilton, dyplomatycznie milczeli, jakby na nich miała spaść wina za porażkę zmutowanego ptaka. I to w takich okolicznościach.
— Te mutacje są upiorne… — szepnął poruszony Malvin, który nie myślał o pieniądzach, tak jak reszta, lecz o tym, co dzieje się ze zwierzętami.
Tymczasem mężczyzna zapisujący punkty na tablicy otrząsnął się i ogłosił Ringo zwycięzcą. I w jednym momencie wszyscy zaczęli się drzeć.
— Gdzie ten skurwiel?! Dawać oszusta!
— Tam! Dawać go na ring!
Ludzie krzyczeli, szukając właściciela zmutowanego ptaka, którego tak wychwalał, a który okazał się wręcz żałośnie słaby. A jak chwilę temu trójka towarzyszy miała bezpieczne i stabilne miejsce na jednej z ław, teraz nią zachwiało, gdy ludzie zaczęli się przepychać. Isaac sapnął z irytacją i spróbował przedrzeć się na ubocze, popychany cały czas przez kogoś, a Malvin poczuł pchnięcie z lewej strony i spadłszy na ziemię, stęknął i odruchowo zasłonił głowę. Eddiemu udało się nie wywalić, ale tylko dlatego, że złapał się ramienia jednego z ludzi przed sobą. Zauważył przy tym, że nie tylko Malvin nie wytrzymał chaosu, jaki nagle powstał. Kilka osób także zostało zepchniętych, ktoś już zdążył zacząć się z kimś bić, aż nie wpadła na nich kolejna osoba, wywracając ich na ziemię. Kowal szybko sięgnął do trapera i podciągnął go w górę,
— Trzeba stąd wyjść!
— Panowie! Ludzie, spokojnie! To tylko jedna przegrana! — krzyczał jeden z prowadzących turniej.
Ten, który był właścicielem Ringo, darł się z paniką, że jego kogut uciekł. Inni już… zwyczajnie prali się po mordach, a Malvin cudem odzyskał swój kapelusz spod czyichś nóg.
— Tak, wydostańmy się do koni… Może tam dotrze też pan Hamilton — wydusił i spróbował przepchać się przez tłum.
Wszystko to wyglądało jak chory obłęd. Walka, która miała być tą najważniejszą, okazała się farsą. Zmutowany kogut był tylko napompowaną górą mięśni, bardziej nadającą się do zupy niż na ring.
A Eddie nie zamierzał dłużej tu zostawać. Prowadząc Malvina przed sobą, dotarł poza tłum, przy okazji niechcący nokautując jednego z mężczyzn, który złapał go za ramię i zaczął mu bluzgać. Kiedy odwrócił się, łokciem akurat trafił mu w nos. Aż poczuł, że naprawdę nie chce wpaść na Hamiltona, żeby ten mu to później wypominał.
Było potwornie głośno, a stróże prawa z miasteczka żywo zabrali się za rozdzielanie bijących się ludzi. Było trudno, a Malvin… Malvin po dotarciu do czekających przy znaku z nazwą miasta koni miał wyrzuty sumienia.
— Eddie, przepraszam, że was tu zabrałem. Wszystko zapowiadało, że będzie to widowiskowy turniej, a nawet trzech walk nie obejrzeliście i… — jęknął, patrząc na to, co się działo. Ktoś musiał wpaść na klatki, bo zaraz kilka kogutów z głośnym pianiem przebiegło przez drogę.
Eddie, widząc to, z początku się skrzywił, a kiedy zobaczył, że za ptakami biegnie pięciu mężczyzn, zwyczajnie się zaśmiał.
— To jest bardziej widowiskowe niż zabijające się ptaki — zwrócił się do Malvina i poklepał go po ramieniu. — Muszę tylko znaleźć tego swojego napuszonego koguta — dodał, już poważniej myśląc o Hamiltonie.
Malvin przytaknął i spojrzał na tłum, a tam po chwili dostrzegł Isaaka, który właśnie otrzepywał swoje ubranie z ziemi. Musiał również upaść. Zaś dostrzegłszy dwójkę towarzyszy, ruszył w ich stronę pospiesznie.
— Niewiarygodne. Pański turniej jest zaiste widowiskowy! — zawołał ze sztucznym uśmiechem do Malvina, a potem zwrócił się do Eddiego. — Zostajemy na noc w miasteczku. I tak jest zbyt późno, żeby ruszać w drogę, a ja zamierzam rankiem odzyskać swoje pieniądze.
— Jeśli w nocy nie zabiją ci tego bukmachera — odparł Eddie i spojrzał na Malvina. — Zostajesz w mieście do rana? — spytał, w głębi duszy zadowolony z tego, jak wszystko się potoczyło. Tak niefortunnie, a jednocześnie na korzyść dla niego. Bo w końcu mógł trochę dłużej odetchnąć od podróży sam na sam z Isaakiem.
— Chyba nie… Obiecałem Gerry’emu, że wrócę, a mimo że jest ciemno, droga nie jest długa — odpowiedział Malvin z zamyśleniem. To wszystko, co się przed nimi działo, było zdecydowanie zbyt wielką agresją, by zakwalifikować ją do tej, którą Isaac określał jako rzekomo potrzebną.
— W takim razie uważaj na siebie. I nie tylko na zwierzynę — odparł Eddie i spojrzał na Isaaka, by upewnić się, czy ten już chce iść na poszukiwania noclegu. Chciał i wyglądał na zniecierpliwionego, ale to było u niego normą.
— Tak, bo z tego co widzę, kilka ptaków pouciekało. Nie życzę natknięcia się na innego, zmutowanego koguta — odpowiedział Hamilton i pospiesznie uścisnął mu rękę, by zaraz odwiązać Kupida od belki.
Malvin obejrzał się na niego, a widząc, że mężczyzna znów jest zajęty walką ze swoim, w obecnej sytuacji mocno pobudzonym i zainteresowanym wszystkim rumakiem, uśmiechnął się cieplej do Eddiego.
— Tak jak mówiłem… bardzo miło mi było cię poznać. Jeśli kiedyś zawitasz do Frankfort, będę szczęśliwym człowiekiem, gdy mnie odwiedzisz.
Eddie także odpowiedział uśmiechem i mocno chwycił go za dłoń.
— Nie omieszkam. Z chęcią zawitam, jeśli tylko będzie sposobność — odpowiedział i skoro Isaac był zajęty, potarł kciukiem wierzch ściskanej na pożegnanie dłoni.
Poczuł mocny uścisk w odpowiedzi, a na twarzy młodszego mężczyzny ujrzał dużą niechęć do żegnania się. Obaj jednak wiedzieli, że jest to konieczne.
— Będę tego wyczekiwał. Zatem… do zobaczenia, panie kowalu.
— Do zobaczenia, panie pogromco szakeldastów — odparł Eddie i kiedy puścił jego dłoń z żalem, jeszcze poklepał się po piersi, gdzie wisiał wisiorek, który dziś wygrał. Miał nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczy Malvina. Nie tak jak Hamiltona, z którym miał zaraz znowu wrócić do relacji milczącej niechęci.
Jeszcze chwilę patrzył, jak traper wskakuje na swojego ogiera, unosi kapelusz w geście pożegnania i żwawym kłusem odjeżdża z powrotem na południe, do Frankfort. Isaac Hamilton za to pociągnął swojego niesfornego wierzchowca, zatrzymał się z nim przy kowalu i spojrzał na niego z góry, z siodła.
— Eddie? Nie wiem jak ty, ale ja już naprawdę byłbym wdzięczny za kąpiel, posiłek i sen. Nic tu po nas.
— Mhm, idę — odmruknął kowal znów znużonym głosem, bo towarzystwo tego mężczyzny nie było nawet w połowie tak ciekawe jak towarzystwo tego pogodnego trapera. Zabrał więc swoją klacz, wsiadł na jej grzbiet i wskazał Hamiltona. — Prowadź — zachęcił, chociaż wiedział, że ten tego nie potrzebuje. Był zbyt władczy i pewny siebie, żeby nawet pomyśleć o oddaniu nawet na chwilę dowództwa komuś innemu.
Nie zdziwiło go więc, że nawet nie zapytał go o zdanie, gdzie zechciałby nocować, czy może chciałby zatrzymać się w konkretnym miejscu na jedzenie. Poprowadził do gospody, uznając, że skoro on przewodził tej wyprawie, to będzie jej przewodził cały czas. I bynajmniej nie dawał się namówić obcym traperom na wycieczki na walki kogutów…

***

Trzy dni po wyjeździe z Frankfort, siódmego października, Isaac Hamilton i Edward Hill zbliżali się do domostwa Adeli Allen. Eddie nie miał pojęcia, kim dokładnie jest ta kobieta, ani tym bardziej, jakie są jej stosunki z Isaakiem. Mimo to w trakcie zbliżania się do celu miał dziwne przeczucie, że jego inteligentny, acz zuchwały towarzysz wydaje się jakiś bardziej… podekscytowany.
— Adela ma dwójkę dzieci. Postaraj się ich nie wystraszyć żadnymi opowieściami o tym, w co się pakujemy i jakie to niebezpieczeństwo na nich czyha — mówił poważnie, prowadząc dziś spokojnego Kupida po szerokiej, wydeptanej ścieżce. — Będziemy swobodnie rozmawiać tylko z jej mężem.
— To on, jak rozumiem, jest w domu? Jej nie ma? — spytał spokojnie Eddie, nie zamierzając jako tako w ogóle się wtrącać w całe to spotkanie. Czuł się nawet trochę jak żywy towar, który musi zostać przetransportowany, a jeszcze sam nie wie dokładnie gdzie.
— Tak, Adela wyjechała, ale zostawiła notatki u męża. U niego też byli Black i Lockerbie, więc jest równie narażony na niebezpieczeństwo jak Berry. Chociaż ten ostatni wydaje mi się takim lekkoduchem, że pewnie wcale nie weźmie naszego ostrzeżenia do serca i wciąż dostęp na jego posesję będzie śmiesznie łatwy…
— To już jego sprawa, jednak myślę, że się przejmie. Z drugiej strony, wydaje się faktycznie nic nie wiedzieć o tym wszystkim. Nie, żebym ja wiedział, gdzie w ogóle jadę — odpowiedział Eddie, nie patrząc na Isaaca, tylko na równiny wokół. Wolał osiadły tryb życia, tego był pewny.
— Na razie jedziemy do męża Adeli. Potem pojedziemy na zachód, tak jak mówiłem. Dowiesz się wszystkiego na miejscu. — Isaac jak zwykle wiele Eddiemu nie wyjaśnił.
W ciszy spędzili kilka kolejnych minut, aż ich oczom ukazał się piętrowy budynek postawiony w dziczy. Na tle wzbogaconym w złote i brązowe liście drzew o tej porze roku, wydawał się bardzo przytulny. Eddie aż lekko się uśmiechnął. Gdyby nie fakt, że to miasto zapewniało mu dochód, nie miałby nic przeciwko, żeby mieszkać w takim miejscu. Co jednak niepokoiło, takie odludzie było też niebezpieczne. Bo jeśli mieszkającą tu rodzinę ktoś chciałby zaatakować, byliby zdani tylko na siebie. Żaden sąsiad nie przybyłby na czas. Mordu też nie trzeba by było dokonywać po cichu. Mieszkanie w takim miejscu niewątpliwie miało plusy i minusy.
Podjechali spokojnie aż pod ganek. Od razu widać było, że mieszkają tu dzieci, bo przed domem leżało kilka drewnianych zabawek. Było też rozwieszone pranie. Zarówno męskie ubrania, jak i dziecięce.
— Przywiążmy konie i zapukajmy — zasugerował Isaac, zeskakując z Kupida.
— Mhm. — Eddie nie negował pomysłu. Wolał być tu stroną bierną, skoro i tak w nic nie był wtajemniczany.
Zszedł z siodła i trzymając nadal lejce swojej klaczy, patrzył, jak Isaac zostawia Kupida i podchodzi do drzwi, żeby zaanonsować swoje przybycie.
Drzwi do domu otworzyła dziewczynka. Młoda, z uroczymi warkoczykami i… strzelbą na ramieniu. Spojrzała w górę na twarz gościa i przekrzywiła głowę z wyrazem nieprzekonania.
— Pan Hamilton. Mamy nie ma, nie trafił pan dobrze.
— Dzień dobry, Flo. Wiem, że mamy nie ma. Tym razem przyjechałem do twojego taty — wyjaśnił spokojnie.
Florence zmrużyła oczy w wyrazie podejrzliwości i krótko zerknęła przez ramię gościa na drugiego z mężczyzn.
— Tak? To od dzisiaj podrywa pan mężczyzn?
— Nie… Nic mi o tym nie wiadomo.
Eddie prawie zaśmiał się pod nosem. Ale powstrzymał się i skinął na powitanie dziecku.
— Więc po co pan do taty? — spytała Flo i pociągnęła zadziornie nosem.
— Żeby porozmawiać z nim o ważnych sprawach — zbył ją Isaac, uważając, że dziecku nie należą się wyjaśnienia. Choć za każdym razem, gdy patrzył na twarz córki Adeli, wiedział, że za kilka lat będzie piękną kobietą. Tak jak mama.
— Och, a…
— Flo, wpuść go. Idź pomóż Quinnowi przy krowach.
Naraz w progu pojawił się postawny mężczyzna z bujną brodą. W oczach Isaaka wyglądał bardzo podobnie do Eddiego, choć nie miał takiego brzucha, jego włosy były ciemniejsze, a brwi krzaczaste. Dla Hamiltona był on zdecydowanie bardziej odrzucający, choć był świadom, że ocenia go tak przez swoją niechęć. Wiele razy chciał być na jego miejscu. Gavin jako jedyny wiedział, jak Adela wygląda pod spódnicą.
Dziewczyna spojrzała mściwie na Isaaka, ale w końcu przepchnęła się obok niego, żeby pójść do krów, tak jak kazał jej ojciec. Nic nie powiedziała o tym, czy jej się to podoba, czy nie, tylko spełniła polecenie. Eddiemu przeszło przez myśl, że była dobrze wychowana.
— Hamilton — przywitał się Gavin z kamienną twarzą, a dostrzegłszy drugiego mężczyznę, ściągnął brwi, ale uniósł dłoń. — Dzień dobry! Zapraszam.
— Dzień dobry! — odparł Eddie i w końcu postanowił przywiązać swojego konia przy Kupidzie. Podszedł do wejścia i dwójki mężczyzn. — Edward Hill, ale może być Eddie — przedstawił się i uścisnął dłoń gospodarza.
— Gavin Hall — odpowiedział mężczyzna z lekkim uśmiechem wywołanym przez podobieństwo nazwisk. — Hall, Hill i Hamilton… Jak to dobrze, że nie mamy nazwisk na K…
— Zaiste — podsumował Isaac i uśmiechnął się ze sztuczną uprzejmością. — Możemy wejść i porozmawiać?
Gavin spojrzał na młodszego z przybyłych. Nie chciał z nim rozmawiać, tym bardziej, że tak jak jego dziecko wiedział, jak ten patrzy na jego żonę.
— Jeśli trzeba — odparł i zaprosił ich do salonu z dużym stołem na środku. W kominku palił się ogień i dodatkowo oświetlał wnętrze.
Goście weszli do środka i zostawili swoje wierzchnie odzienia na wieszakach. W środku było przyjemnie ciepło w porównaniu z chłodem na zewnątrz.
— Napijecie się czegoś rozgrzewającego? Whisky, herbata? — zapytał gospodarz odziany w białą, znoszoną koszulę, szelki i starte spodnie. Wyglądał, jakby korzystał z tego stroju do pracy fizycznej.
— Za whisky będę wdzięczny — odpowiedział Isaac, zbliżając się do kominka, żeby ogrzać dłonie.
— Cokolwiek, może być herbata. Dziękuję — odparł Eddie, czując przyjemny zapach ziół w powietrzu, przez co nabrał ochoty, żeby się ich napić. Przysiadł przy stole. — Ładny dom — dodał grzecznościowo.
— Dziękuję. Florence pomaga w aranżacji — wyjaśnił Gavin z lekkim uśmiechem. Zanim poszedł zagotować wodę, jeszcze sięgnął po koszyk na jednej z półek i postawiwszy na stoliku, otworzył. Jak się okazało, w środku były duże, płaskie i pachnące ciastka zbożowe. — Proszę się częstować. Zaraz wrócę z napitkiem.
— Mmm, dziękujemy — odparł Eddie i pierwszy wyciągnął dłoń do ciastek. Pachniały apetycznie, a on lubił takie słodkie wypieki, tak samo jak kawałek dobrego mięsa.
Isaac jeszcze potarł dłonie o siebie, czując na nich przyjemne ciepło z kominka i również usiadł przy stole, by skosztować przekąski.
— Doprawdy, ładny dom. Ale Adela rzadko tu bywa. Poznałeś ją w ogóle? — zapytał swojego towarzysza podróży.
— Nie miałem okazji. Kiedyś tylko generał z jej polecenia odbierał ode mnie drobne opiłki metalu oraz obudowy do jej bomb. Ale jej nie miałem okazji poznać, tylko jej schematy. A ty już tak? Słyszałem tę małą — odparł Eddie i zaraz zapchał sobie usta ciastkiem.
— Tak, mamy stały kontakt. Przebywa czasami w kwaterze i sporo pracuje z generałem. Niesamowita kobieta. Trudno znaleźć tak inteligentną damę. I ten cięty języczek… mmmm…
— Hamilton, jesteś w domu jej męża — burknął nagle Gavin, który wrócił do pokoju z ceramicznym kubkiem z parującą herbatą i szklanką z whisky dla drugiego gościa.
— Dostałem pytanie, czy znam dobrze Adelę, więc odpowiedziałem na nie. Czy jest to niby niestosowne? — odpowiedział Isaac, kiedy przyjął szklankę.
— Owszem, kiedy wydajesz takie dźwięki, opowiadając o mojej żonie — mruknął gospodarz i postawił przed Eddiem jego napitek. Po tym sam usiadł po drugiej stronie stołu.
— Powinieneś wziąć to za komplement, Gavin. Masz niesamowicie urodziwą żonę, ale jeśli już o niej mowa, to podobno zostawiła tu dla mnie jakieś dokumenty — Isaac bez skrępowania przeszedł do interesów i napił się mocnego trunku.
Eddie nie wtrącał się, popił ciepłego napoju i zagryzł to wypiekiem. Nie była to jego sprawa. Gavin za to zmarszczył się i odetchnął ciężko z niezadowoleniem.
— Tak, zostawiła dokumenty. Dla agencji, nie konkretnie dla ciebie. Jesteś tylko posłańcem.
— Na szczęście tak się składa, że właśnie udaję się prosto do generała, więc chętnie przekażę te informacje. Dawno była w domu?
— A to ma jakikolwiek związek ze sprawą?
— Żaden. Jestem zwyczajnie ciekaw, czy miałeś żonę na chwilę dla siebie. Jest zabiegana, a ty… chyba wciąż jesteś mężczyzną, mimo że zajmujesz się domem i dziećmi — odpowiedział Isaac z uśmiechem, który wywoływał mordercze skłonności.
Gavin zerknął na Eddiego, jakby żałował, że ten tu jest i jest tego wszystkiego świadkiem… bo jego pełne agresji myśli coraz silniej emanowały w stronę Isaaka.
— Miałem ją bardzo długo. Spędziliśmy razem cudowne chwile. Zresztą Adela pisze do mnie często jak do męża, za którym tęskni. Zabawnie jest nawet, kiedy wspomina, jaki z ciebie jest frajer.
Isaac zmrużył powieki i utrzymał na ustach uśmiech, chociaż całym sercem zazdrościł temu mężczyźnie. Seks z Adelą… Gdyby miał ją na takim odludziu, sprawiłby, żeby krzyczała z rozkoszy. Długo i głośno.
— Jestem pewien, że nie mówi o mnie źle. Zresztą, Gavin… mój drogi. Czy frajer fatygowałby się do ciebie, żeby cię uprzedzić o niebezpieczeństwie…?
— Zakładam, że jeśli cokolwiek do mnie masz, to robisz to tylko przy okazji, bo przyjechałeś tu po dokumenty — odparł gospodarz, tak samo jak Isaac ignorując w tej chwili trzeciego mężczyznę w tym ciepłym saloniku.
Atmosfera coraz bardziej gęstniała, ale odpowiedź Hamiltona przerwał powrót Florence, która wpadła do domu z ubrudzoną błotem białą bluzeczką.
— Tato, Quinn jest taki słaby! Nawet nie mogłam z nim przenieść wiader z mlekiem! Nieśliśmy dwa na belce, żeby od razu je przenieść, a on nie utrzymał i wpadłam w kałużę — jęknęła, prezentując się ojcu.
— Na Boga, Flo! — jęknął Gavin i zaraz uniósł się, żeby pomóc córce. Musiał ją przebrać i namoczyć ubranie, żeby plamy nie zostały na zawsze. — Chodź, szybko, zaraz zajmiemy się mlekiem. Gdzie jest Quinn?
Isaac, mimo że szanował dzieci Adeli, uśmiechnął się z politowaniem. Uważał, że to kobieta powinna zajmować się takimi rzeczami, a jeśli Adeli nie było w domu, powinna im pomóc jakaś gosposia. Gavin w jego oczach był mało męski.
— On nie upadł… — burknęła urażona Florence, idąc z ojcem do łazienki. — Doi jeszcze Kołysankę.
— To może pójdę pomóc młodemu przynieść to mleko? — zaproponował spokojnie Eddie, żeby jednocześnie jeszcze nie oberwać rykoszetem.
— Będę wdzięczny! — zawołał Gavin, właśnie znikający za drzwiami z córką.
Isaac spokojnie po nich popatrzył i tylko założył nogę na nogę, popijając whisky. Zamierzał odpocząć w trakcie tej wizyty, a nie nosić ciężkie wiadra. Niebawem mieli ruszyć.
Eddie tylko na niego spojrzał, ale nic nie powiedział. Poszedł do obory, żeby pomóc małemu dziecku przynieść mleko. Chociaż tak mógł się odwdzięczyć za poczęstunek.
Ostatecznie to Isaac wyszedł najgorzej, bo nudził się przez dobre pół godziny. Gavin użył pomocy Eddiego w kilku rzeczach wymagających siły. Florence i Quinn dostali czas wolny i poszli się bawić w polu, a gospodarz na koniec jeszcze poprosił kowala, żeby zniósł razem z nim trochę drewna do składziku w domu z drewutni znajdującej się nieopodal studni.
— Wybacz, że tak cię wykorzystuję. Jeśli przesadzam, powiem słowo. Bo wiem, że podróżowanie z tym dupkiem jest bardziej męczące niż ucieczka przed stadem bizonów — powiedział gospodarz, otwierając drzwi drewutni.
— Nie jest to najlepszy kompan, przyznaję. Ale intencje o tym, żeby cię ostrzec, są prawdziwe. Jesteś tu sam z dziećmi, a ponoć ktoś może podążać śladem Blacka i… tego drugiego — odparł Eddie, kiedy bez większego wysiłku dźwignął duży kosz wyładowany drewnem po brzegi.
Gavin musiał już przygotowywać się na nadejście zimy, bo drewutnia była pełna palenek. Do wiosny powinno wystarczyć.
— Lockerbie. Tak, byli u mnie jakiś czas temu. Wiem, że ich misja jest bardzo ważna dla rządu, więc cokolwiek Hamilton nie mówił, zdaję sobie sprawę, że muszę być ostrożny — odparł Gavin, również biorąc kosz, choć z nieco większym wysiłkiem. Był duży, ale nie tak silny jak kowal.
— Właśnie, cokolwiek by nie mówił. Mało mówi, kiedy by się to przydało, a dużo, kiedy ma się ochotę, żeby zamilkł. Długo się znacie? — spytał Eddie, idąc spokojnie w stronę domu.
— Od może siedmiu, ośmiu lat. Kiedy zaczął więcej pracować dla TABiW, a ja byłem z Adelą i Flo w Kansas. Adela była bliska porodu, więc chcieliśmy, żeby urodziła w mieście. Mamy ze sobą niezłą historię. Miał już nie raz limo ode mnie — odmruknął Gavin, wchodząc po schodkach za Eddiem.
— Muszę przyznać, że sam zobaczyłbym na jego twarzy więcej koloru. Ale jeszcze bym niechcący zabił — odparł z rozbawieniem kowal i łokciem otworzył drzwi, żeby wnieść drewno do składziku w domu.
Jak zauważyli, Isaac przeniósł się od stołu na fotel, który nawet przysunął sobie bliżej kominka. Siedział z półprzymkniętymi powiekami, ale rozchylił je, gdy usłyszał nadejście dwójki mężczyzn.
— Och, panowie.
— Och, pasożyt — odmruknął Gavin i poprowadził kowala do małego składziku, do którego wiodły drzwi nieopodal kominka.
Eddie tylko uśmiechnął się pod nosem. Aż zaczął się zastanawiać, kto lubił Isaaca poza jego koniem.
Kilka kolejnych minut znosili drewno, aż wreszcie ku uldze Hamiltona umyli ręce i wrócili do domu. Również usiedli na kanapie przy kominku. Może i zgrzali się przez wysiłek fizyczny, ale miło było posiedzieć przy cieple.
— Więc może pomyślę poważniej nad psami. — Gavin podjął wcześniej urwany temat czyhającego na nich niebezpieczeństwa. — Adela mówiła, że zna znawcę zmutowanych zwierząt, więc może sprowadziłaby od niego jakieś obronne psy.
— W ogóle, jeśli pies jest dobrze ułożony, to też jest dobry dla dzieci. Tak słyszałem — mruknął Eddie i zabrał jeszcze swoje zioła, które już były chłodne, ale chętnie je wypił.
Odetchnął głośno i głęboko. Mógłby spędzać tak więcej czasu. Mieć kogoś, z kim miałby taki dom, psy, może jakieś bydło i mieszkał w spokoju, ogrzewając się wieczorami przy kominku.
— Podobno tak — przyznał Gavin.
— Cóż, tak się składa, że zmierzamy między innymi do tego znajomego. Mogę mu szepnąć o tym słowo. Choć do tego czasu musisz dbać o bezpieczeństwo swoje i dzieci, aż nic nie wymyślimy. Ale, Gavin… — Isaac spojrzał na niego cierpliwie, jak na dziecko, które miało posprzątać w pokoju, a tego nie zrobiło. — Mógłbyś mi wreszcie przynieść dokumenty od Adeli?
Gavin westchnął ciężko. Już miał dość tego mężczyzny.
— „Poproszę” by nie zaszkodziło. I jedziecie już teraz? — spytał i trudno było powiedzieć, czy ma co do tego nadzieję, czy obawy.
— Tak. Jeszcze jest kilka godzin do zachodu, więc jeśli dziś wyjedziemy, dotrzemy do Newport już pojutrze — odpowiedział Isaac, tym samym zdradzając Eddiemu, jaki jest ich następny cel drogi.
— Jeśli tak chcecie — odparł mruknięciem gospodarz i wstał z kanapy, żeby pójść po dokumenty.
Eddie odprowadził go spojrzeniem i spytał Isaaka:
— Czyli dalej na północ. Nie jedziemy do Chicago?
— Broń nas przed tym Boże! — zawołał Hamilton, tęsknie patrząc na swoją pustą szklankę. — Z Newport pojedziemy koleją do Davenport. Davenport jest na zachód, w na granicy stanu Iowa i Illinois — wyjaśnił, jakby kowal nie wiedział.
— I rozumiem, że to nadal wszystko, co mogę wiedzieć? — spytał spokojnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi.
— Na razie tak. Nie mogę ci zdradzić, dokąd dokładnie jedziemy, bo jest to tajna informacja. To nie moja złośliwość, Eddie. Generał nie życzył sobie, żeby ktokolwiek wiedział o tej kryjówce. Przykładowo teraz jesteśmy w miejscu, które jest oznaczone na tajnej mapie dla agentów naszej agencji w razie niebezpieczeństwa. Ale miejsca, do którego zmierzamy, na niej nie ma. To zupełnie coś innego.
Eddie machnął swoją dużą dłonią.
— Dobra, naprawdę mnie to nie robi. Gavin daje nam… tobie dokumenty i jedziemy? — upewnił się i jeszcze wziął jedno ciastko ze stołu, kiedy wstał, żeby ogrzać się na do widzenia przy ogniu.
— Zgadza się.
Eddie zdążył tylko skinąć głową, zaś do pokoju wrócił Gavin z dokumentami zawiniętymi w skórzany materiał. Podał je Isaakowi. Nie było tego dużo, lecz Adela słynęła z dokładności, więc Hamilton nie obawiał się, że dostaje bezużyteczne notatki.
— Dziękuję ci bardzo. Podziękuj Adelce, gdybyś widział ją wcześniej niż ja.
Gavin zmierzył go spojrzeniem.
— Dla ciebie pani Allen — burknął i odsunął się, żeby przepuścić gości, a szczególnie jednego, do drzwi. Nie chciał już widzieć jego obłudnego uśmiechu.
Eddie dojadł do końca ciastko i wyszedł za Isaakiem, a gdy odziali się, wyszli całą trójką na ganek.
— Do zobaczenia, Gavin — pożegnał się Hamilton z lekkim skłonem i dumnie poszedł do swojego konia.
A Kupid, jak to Kupid, powitał go buziakiem i zrzuceniem mu kapelusza, który został zwiany na kilka stóp. Hamilton szybko go złapał, a gdy wrócił do rumaka, patrzył na niego mściwie. Ten za to zaprychał głośno, niemalże jakby się śmiał i już drobił kopytami w suchej ziemi, czekając na dalszą przejażdżkę. Eddie chyba tylko w takich momentach lubił patrzeć na Isaaka. Wydawał mu się on wtedy naprawdę zabawny. Ale zamiast patrzenia, jak zmaga się z miłością swojego konia, zwrócił się do Gavina.
— Dziękuję za gościnę i życzę bezpieczeństwa.
— Mam nadzieję, ze względu na dzieci, że będzie dobrze. — Gospodarz uścisnął dłoń kowala. — Dobrej drogi.
— Dziękuję. — Eddie odpowiedział uściskiem dłoni i zaraz zszedł do swojej bułanej klaczy. Znów zapowiadała się długa droga z irytującym towarzyszem.

7 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 20 – Hall, Hill i Hamilton

  1. TigramIngrow pisze:

    „Malvin i Eric” Eric to skrót od Edwarda?
    I jednak Iaasac coś do Ad czuje. Myślałam, że to coś romantycznego, ale zniesmaczyl mnie ten fragment „Seks z Adelą… Gdyby miał ją na takim odludziu, sprawiłby, żeby krzyczała z rozkoszy. Długo i głośno.” I już po romantycznosci, sama samcza chuć.

  2. Katka pisze:

    Kasia, zgadzam się! Lenny dla Isaaka! Boże, jak ktoś taki by go utemperował! Normalnie aż to widzę. Zamknąłby się… może na kilka godzin XD Ale ogólnie genialna opcja. Nawet na nią nie wpadłam. Co do walk, mam podobne podejście. Walki zwierząt są w ogóle złe, bo jak człowiek może jeszcze wybrać, że chce się z kimś prać na ringu, tak zwierzę jest niewinne. Smutne. A do dziś przecież coś takiego się odbywa. Dziękujemy za komentarz i też pozdrowionka!

  3. Kasia pisze:

    Jeśli Isaak miałby przejść przemianę to musiałby trafić na kogoś takiego jak Lenny. Lenny by się z nim nie opierdalał, a i jest odporny na gadanie 😆 No ale oczywiście to nie może być Lenny, może jakiś jego dziadek? Hehe ☺ Walki kogutów, w ogóle jakichkolwiek zwierząt raczej mnie odpychają, bo po prostu jest mi ich żal. Zresztą ludzkie walki też są okropne, jak się bić to z jakiegoś konkretnego powodu a nie tak dla sportu. Dobrze że jakoś specjalnie się nad tym nie rozpisywałyście. Taki trochę przejściowy ten rozdział i trudno mi coś napisać bo niewiele emocji wzbudził , ale przyjemnie było poczytać jak wszyscy dokuczają Isaakowi. A to taka odporna bestia, tylko do konia ma cieplejsze uczucia. A Kupid jest przeuroczy, mam nadzieję że jeszcze nie raz zawstydzi Hamiltona ☺ Dziękuję bardzo i ślę pozrowionka 😀

  4. Shivunia pisze:

    Wadera>> Dziękować dziękować :D Zdrowie się przyda jak zawsze. Towar deficytowy i bardzo drogi po utracie do odzyskania. Wena też nie głupie ;) Heheheh, dziękować w ogóle i ściskam mocno (koperty z datkami zbieramy po mszy :p)

  5. Katka pisze:

    Luana, haha, Isaac dalej irytuje XD Cóż, taka jego rola. Trudno go lubić, choć jak spojrzy się na niego z dystansu, to można się pośmiać. Jednak na dłuższą metę taki towarzysz to mega irytująca rzecz. Facet by mu się serio przydał. Taki, który zrobiłby mu mega dobrze, a Isaac by kwilił pod nim z rozkoszy. Ech, marzenia XD Może kiedyś w jakimś bonusie XD Chociaż może tak jak Will przeszedł zmianę, to Isaac faktycznie też dałby radę… ale chyba dla niego trzeba by przewidzieć na to więcej czasu. A co do chłopaków na ranczu – już bardzo niebawem dowiemy się, co u nich słychać! ;)

    Wadera, najwyraźniej Isaac ma również dużo szczęścia, że nikt go dotąd nie zamordował, bo mnie samą czasami to bardzo dziwi… ale na pewno już nie raz dostał w pysk. Jednak jak widać, nie nauczył się na tym niczego. Eddie i Malvin – no niestety musieli się rozstać. Malvin nie mógł zostawić wszystkich swoich zwierząt bez opieki, a nie miał też powodów, żeby jechać dalej z Eddiem. Ale może kiedyś jeszcze się spotkają ;) Obaj są młodzi, mają czas! ;)

  6. Wadera pisze:

    Och to zdanie: „Eddie tylko uśmiechnął się pod nosem. Aż zaczął się zastanawiać, kto lubił Isaaca poza jego koniem.” uśmiałam się za wszystkie czasy. Hamilton rzeczywiście ma w sobie coś takiego, że nawet największy pacyfista ma mu ochotę przywalić. Aż się zastanawiam jak to możliwe, że nikt go jeszcze nie zamordował, gość się o to prosi.
    Flo jest świetna! Cięty języczek pewnie ma po mamie ;) (ona też wydaje się mieć ochotę przywalić Hamiltonowi XD )
    A teraz żale: No jak mogłyście odesłać Malvina co? Jak Eddie sobie teraz poradzi w towarzystwie Pana Dupka? Już nie wspominając o tym jak ja sobie poradzę bez scen namiętnego seksu Eddiego z Malvinem co? Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkają :D
    P.S.: Shivunia: Wszystkiego Najlepszego! Dużo zdrowia, energii i radości. Jeszcze więcej świetnych pomysłów na opowiadania, ale przede wszystkim dużo czasu i pieniędzy żebyś mogła bez zmartwień realizować swoją pasję!

  7. Luana pisze:

    „Gavin w jego oczach był mało męski.” A ty Isaac jesteś dupkiem. No rany co za typek! Już ja bym mu dała faceta, żeby to on krzyczał z rozkoszy długo i głośno. Jak z początku podróży z Eddie’m jeszcze Isaac mnie nie wkurzał, tak kiedy poznaje się go lepiej, ma z nim do czynienia cały czas, nie dziwię się temu jak Ranger go nie znosi i nie tylko on. Może jest jakaś osoba, która z nim wytrzymuje. A co do Adeli to ma takie myśli jakby mu chodziło tylko o jedno. Brakuje mu dobrego pieprzenia i tyle. Pomyślcie nad tym facetem dla niego. ;) Ale dobra, jak ma być hetero to nad bardzo silną, świetną babeczką, która go zmieni (i tak głosuje na faceta). Wierzę, że można go przerobić. Will przeszedł gruntowną przemianę. Ale on to co innego. Nie był takim denerwującym dupkiem. Dał się lubić. Co tam, że Ranger miał inne zdanie na ten temat. Co do przemiany Isaaka trudno powiedzieć czy by się udała. Takie dupki też są potrzebne, aby kogoś wkurzać. :)
    „Tak? To od dzisiaj podrywa pan mężczyzn?” Ta mała jest genialna. Dobrze z tym trafiła. Rośnie Adelka z ciętym językiem. :D
    Smutek, bo Eddie i Malvin musieli się rozstać. A Eddie ma takie fajne myśli o domu itd. Mógłby go dzielić z traperem. Dobrze by im było razem. Wierzę, że się jeszcze spotkają. :)
    A co do walk kogutów to podzielam zdanie Malvina i Eddiego. To obrzydliwe barbarzyństwo, męczenie zwierząt/ptaków itd. A Hamiltona jak widać to nie ruszało. Jeszcze sobie zakłady zrobił.
    Tęskni mi się już za pozostałymi chłopakami. Co tam u nich się dzieje, jak się czuje Jeff. Mam nadzieję, że Isaac i Eddie szybko do nich dotrą, tylko boję się, że tym samym przywiozą poważne niebezpieczeństwo. Liczę jednak, że będzie czas na zrobienie nowej protezy dla Nicholasa, bo żal serce ściska jak on się z tą co ma męczy.
    Pozdrawiam. :*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s