Newton’s Balls – 41 – Bo moja laska to gej

Timmy znalazł dżdżownicę i było to dla niego olbrzymie odkrycie, o którym musiał poinformować nawet nieznajomą babcię, siedzącą na ławce w parku. Było wilgotno po wczorajszym deszczu, więc ślimaki i dżdżownice powychodziły, a chłopczyk miał z tego wielki ubaw. Jego młodsza siostra, Marg, nie była uradowana, że jej je pokazuje i zostawiła go samego ze swoją zabawą na rzecz huśtawki. David popychał ją co raz, kiedy za bardzo zwalniała i marudziła.
Było wtorkowe popołudnie i był to jeden z nielicznych, cieplejszych ostatnio dni, więc wykorzystał go, żeby zabrać dzieci do parku. Jego była żona, Grace, miała dziś dużo pracy, więc dała mu dzieci pod opiekę, a dodatkowo Lucy zaoferowała się, że wybierze się z nimi. Tak jakby co, by pomóc w upilnowaniu dzieciaków, bo wiedziała, że kondycja Davida przez pogodę nie była najlepsza.
— Jeszcze trochę, słoneczko, a dostaniesz skrzydeł i będziemy musieli budować samolot, żeby cię ściągnąć z chmurek! — Lucy zawołała radośnie do cieszącej się huśtaniem Marg, opierając się biodrem o metalową barierkę, będącą częścią konstrukcji huśtawki.
— Nie wiem jak ty, Lu, ale ja nie mam takich zdolności, więc będziemy musieli małą huśtać słabiej, żeby nam nie odleciała. — David zaśmiał się, zadowolony z popołudnia spędzonego z dziećmi i z tego, że Lucy sama zaoferowała się, żeby z nim pójść. Było mu miło z tego powodu.
— Noo, bo ja, kurczaki, umiem tylko z papieru budować odrzutowce, to trochę kiepściutko…
— Ooo! Umieeesz?! — Marg popatrzyła na Lucy wielkimi oczami i zamachała żywo stopami odzianymi w różowe kalosze. — To ja chcę z tobą zrobić!
Lucy zaśmiała się i pokiwała głową, aż jej rudy, wysoko związany, luźny kok, poruszył się niebezpiecznie, jakby konstrukcja miała się rozwalić.
— Spoczko, spoczko, ale to wiesz, w domciu już, nie? Jak tata mnie zaprosi, gdy będziecie u niego następnym razem.
— Tata! — Marg wychyliła się do tyłu, oglądając na ojca. — Zaprosisz? — spytała niemalże z nakazem w głosie.
— Oczywiście. Zresztą ciocia Lucy nie musi pytać o zaproszenie — David odparł, huśtając dalej swoją córkę i rozglądając się co jakiś czas, co robi Timmy. Babrał się w błocie, więc nie było w tym niczego niebezpiecznego, nie licząc zabrudzeń. Ale to można było wyprać i umyć. Na szczęście Timmy też był odpowiednio ubrany, więc nie groziło mu przeziębienie.
— To wpadnę, obiecuję. I zrobimy kolorowe samoloty albo na jednym mi narysujesz flagę i zobaczymy, czy w ogóle umiesz — odpowiedziała Lucy z wyzwaniem w głosie.
— Umiem! Uczymy się w przedszkolu! — Marg od razu odpowiedziała z dumą w głosie.
David uśmiechnął się do siebie.
— A uczyli was też wymieniać, jakie mamy stany? — spytał, przypuszczając, że mogło być to za dużo dla dzieci jak na razie, ale w sumie nie znał programu kształcenia.
Marg zamyśliła się, usiłując sobie przypomnieć, a w tym czasie do Lucy nadszedł sms. Wyciągnęła więc komórkę i odczytała wiadomość od Chase’a Lasha. „Możesz gadać?”.
— Ja wiem tylko, że mieszkamy w Milwaukee — powiedziała Marg.
— To jest miasto, słoneczko, nie stan — wtrąciła Lucy i odpisała chłopakowi. „Jasne.”
— To w Wisconsin! — krzyknęła Marg z olśnieniem. — Bo mi się to, tatusiu, myli.
— Nauczysz się, jak będziesz powtarzać. — David na moment zatrzymał ją na huśtawce i poczochrał jej włosy. Przy okazji zerknął na rudowłosą kuzynkę swojego chłopaka, bo rozdzwonił się jej telefon.
— Sorka — rzuciła do niego dziewczyna i odeszła na kilka kroków, żeby odebrać. Stanęła tak, by móc kontrolować sześcioletniego chłopczyka i jego zapędy odkrywcy, gdy zbliżał się za blisko chaszczy. — Siemano, psiarzu!
— Siema, jak tam? — zaczął Chase dość pokracznie, nie zapędzając się od razu za bardzo w to, po co dzwoni. Lucy więc miała lekkie deja vu, bo ostatnio też dzwonił po to, by zapytać, „co tam”, a tak naprawdę trochę nie miał gdzie się podziać. Była więc ciekawa, co się stało tym razem.
— A spoczko, jestem w parku z facetem Shane’a i jego dzieciakami z poprzedniego małżeństwa. Pogoda trochę się poprawiła, nie? Korzystamy — odpowiedziała ze śmiechem, trąc czerwonym trampkiem o wydeptaną przez dzieci ziemię.
— No, poprawiła. Fajnie jest. Tank ciągnie na spacer. W ogóle, w którym parku jesteście? — Chłopak dalej krążył wokół tematu.
— W Coopera. Tym wiesz, pomiędzy Enerdis a tym dużym golfowym — wyjaśniła Lucy, nieświadoma, że trochę ponad tydzień temu w parku Enerdis Chase ruchał swoją „dziewczynę”. — A co, też jesteś gdzieś z psem? Byś chciał go dzieciaczkom przedstawić? — Zachichotała.
— No Tank ciągnie, ale jesteście trochę daleko. A ja mam tylko rower, nie? — burknął Chase z niezadowoleniem, po czym dodał niespodziewanie szybko: — Bo ty nadal jesteś les, nie?
Lucy zamrugała z zaskoczeniem, a potem zaśmiała się chrumkowato.
— Noooo, nic się nie zmieniło. Wiesz, lecę na laski, dalej mam cycki, z tego co widzę — aż zerknęła na swój spory biust, ale teraz całkiem zakryty pod czerwoną, ciasną, skórzaną kurtką — więc tak. Ale co jest? Bo tak dziwnie, kurka wodna, gadasz — dodała ze śmiechem.
— A bo… ee… no bo jest w sumie taka sprawa, bo, no… potrzebuję dziewczyny. No tak na już — Chase wydukał. Musiało mu sprawiać wiele problemu powiedzenie tego wszystkiego.
Lucy jednak rozumiała z tego coraz mniej. Zawołała jeszcze do Timmy’ego, żeby za bardzo się nie oddalał, więc kiedy chłopczyk przeniósł swoją dżdżownicę na ławkę i tam się z nią albo nią bawił, odpowiedziała rozmówcy:
— Ale to nie masz dziewczyny? Rozeszliście się?
— O ja pierdolę… — zaklął Chase, a dziewczyna niemalże widziała, jak się miota. — No niby mam, ale kumplom jej nie pokażę. Potrzebuję więc innej, a że jesteś les, to raczej moja nie będzie… zła. Chyba.
Lucy uniosła wyżej brwi i najpierw się zaśmiała, bo sytuacja była podobna do tej, kiedy sama potrzebowała swojego kuzyna, żeby zagrał jej chłopaka. Ale trochę nie rozumiała, dlaczego Chase nie mógł pokazać swojej dziewczyny kumplom, więc o to zapytała.
— No spoko, dla mnie żaden problem, ale co z twoją lalą nie tak? Mi mówiłeś, że całkiem niezła i gorąca.
Chase najpierw się musiał ucieszyć, że Lucy się zgodziła, po czym znowu burknął z małym zadowoleniem:
— No… Bo jest, ale no, raczej nie w oczach chłopaków. Wiesz, jest starsza, ale to im nie robi, ale… no… kurwa, no. Bo to nie do końca laska.
Lucy zgłupiała, niemądrze rozchyliła usta i zagapiła się na listek powoli spadający z wielkiego drzewa, naprzeciwko placyku dla dzieci.
— Jak to… „nie do końca”?
— Eee… no, bo moja laska to gej. Ale, kurwa, nie rozgaduj tego! — syknął na nią groźnie na koniec.
Lucy uniosła obronnie rękę, jakby chłopak miał to zobaczyć, a równocześnie bardzo, bardzo się zdziwiła. Nie wyczuła w ogóle, że Chase jest gejem, bi, czy tam krypto. A do tego przez myśl przeszło jej, że los zabawnie zakpił z Shane’a, który na nim testował odzew kolegów z pracy na wieść, że jest gejem.
— To masz laskę, ale ta jest laską dla wszystkich poza tobą, bo to facet — podsumowała i pokręciła głową. — Szaaalone. Ale dobra, no, to faktycznie trochę kiepściutko tę „laskę” kumplom przedstawić.
— No w chuj kiepściutko, dlatego… no… dzwonię — zaczął Chase ostro, ale bardzo szybko przeszedł na dużo łagodniejszy ton. — To pomożesz? Muszę wiedzieć, bo jeszcze z Courtneyem muszę pogadać.
— Nooo, luzik, nie? Ale mi byś musiał wszystko opowiedzieć, co mówiłeś o niej kumplom, bo tak łatwiej grać. I Courtney, tak? Ładnie… — Lucy na koniec zaśmiała się, wciąż jednak w szoku po zdobytych informacjach. — Tylko kiedy byś chciał?
— W czwartek — odparł Chase najpierw odnośnie terminu. — I no jasne, opowiedziałbym ci wszystko. Dużo tego nie było, co by nie ściemniać za bardzo.
— To jakoś z dwie godziny przed spotkaniem byś mógł do mnie wpaść? Byś mi przy okazji pomógł ciuch jakiś wybrać, co pasuje do twojej lali. Opowiedziałbyś przy okazji — Lucy zasugerowała lekkim tonem. Widziała w tym zresztą plus, bo może i kiedyś Chase się odwdzięczy, gdyby zaistniała taka potrzeba.
— No dobra, spoko. Na szczęście już wiem, gdzie mieszkasz. — Nastolatek zaśmiał się już luźniej. Dużo luźniej niż na początku rozmowy. — W ogóle dupę mi strasznie ratujesz. Chłopaki będą zazdrosne jak cholera.
— Taaaak? — dopytała Lucy, przeciągając sylabę. Co z tego, że leciała na laski? Zawsze miło było słyszeć pozytywną uwagę.
— No raczej. — Chłopak zaśmiał się znowu. — Serio, to naprawdę zajebiście, że to nie problem. I że jesteś starsza, chociaż będzie też git, jak będziesz udawać jeszcze starszą. Ale, uch, super, jestem dłużnikiem.
— Luzik — odpowiedziała z rozbawieniem. — Napisz mi jeszcze smsa, o której byś był dokładnie. A ten twój gej wie, że będę jego zastępstwem? — dopytała z zaciekawieniem.
— Jeszcze nie, muszę do niego zadzwonić teraz, ale wolałem mieć już jakiś konkret, nie?
— Uhm, jasne jak słonko o poranku — stwierdziła z głupim uśmiechem i obejrzała się na Davida i Marg. Zauważyła, że teraz dziewczynka przeniosła się na sprężynowego konika, a jej brat do niej dołączył. — To co, do czwartku, nie?
— Mhm, napiszę ci, o której będę, jak tylko będę wiedział. Jeszcze raz dzięki — odparł Chase z entuzjazmem, po czym się rozłączył. Nie tracił czasu na pożegnania.
Lucy za to, gdy tylko wcisnęła telefon do kieszeni, podeszła pospiesznie do Davida i mało delikatnie klepnęła go w łopatkę.
— Ty! Chase dzwonił, ten od Shane’a, nie? Jest gejem! — oznajmiła z rozbawieniem, mimo że miała nikomu nie mówić.
Davida najpierw zamurowało, a potem spojrzał na kuzynkę swojego faceta jak na nienormalną.
— Co?
— Nooo! Dobra, może bi albo co, ale właśnie mnie poprosił, żebym robiła przed jego koleżkami za jego lalę, bo jego własna ma kuśkę — streściła Lucy radośnie, a kiedy Marg bujająca się żywo na koniku dopytała, co to jest „kuśka”, wyjaśniła: — Ptaszek, słoneczko, taki, jakiego chłopcy mają, a dziewczynki nie.
— Weź jej nie mów o… wiesz, o czym mówię. Potem będzie powtarzać — David upomniał Lucy, ale też szybko wrócił do tematu. — Czyli co? To wszystko, co mówił, to bzdury były? Nieźle Shane sobie sprawdzał, jak zareaguje heteryk.
— No nieee?! — Lucy roześmiała się wesoło.
Na szczęście Marg przestała się im przysłuchiwać, bo skupiła się na złapaniu rączki brata, bujającego się obok, żeby zsynchronizować ruchy.
— Ubaw niezły, ale wygląda na to, że Chase też ma trochę problem ze sobą, jak się nie przyznaje i ukrywa faceta. Szkoda, fajny z niego koleś — dodała rudowłosa dziewczyna z większym zamyśleniem.
— Cóż… — David wzruszył ramionami, wsuwając jedną dłoń w kieszeń spodni. Drugą podpierał się na lasce. — Pewnie nie on pierwszy i nie ostatni. Ale przyznam szczerze, że mnie zaskoczyłaś. Wydawał się naturalny, kiedy mówił o nim, jak o dziewczynie.
Lucy wskazała na niego, podłapując jego słowa.
— Też mnie się tak, cholerka, zdawało. W żyyyciu bym nie powiedziała, że ma faceta. Ale życie. Będę się musiała wczuć w heteryczkę. — Zachichotała.
— Myślę, że sobie poradzisz. Nie będziesz w tym sama. I miło z twojej strony, że mu pomagasz. Nawet w kłamstwie.
Lucy pokiwała głową, a potem przyłożyła palec do ust, żeby przypadkiem dzieci nie usłyszały.
— Czuję się zła i dobra zarazem — podsumowała z rozbawieniem i w końcu doskoczyła do zsuwającej się z konika Marg, żeby podnieść ją w górę ze śmiechem i pociągnąć ją dalej, do jeżdżącej na łańcuchu opony. Miała radosny nastrój, niezmącony nową informacją i wizją udawania laski, która lubi kutasy. W końcu to wszystko na niby, a w domu, w sypialni, mogła pomiętosić cycuszki swojej Ellen.
David też już zostawił ten temat. Na razie. Nie było to coś na tyle pilnego, żeby dzwonić do Shane’a i informować go, jak bardzo dał się nabrać. Tym bardziej, że już odważył się przed kolegami i pomijając sytuację z Darrenem, wszystko układało się dobrze.

***

Chase leżał na nieposłanym łóżku w swoim zamkniętym na klucz pokoju. Tank spał na podłodze obok niego, bo chłopak miał w głębokim poważaniu opinię dziadków, że pies nie powinien być w domu. Znowu wpuścił go przez okno, w sumie samemu do domu dostając się tą drogą. Ze strony dziadków nie czuł tu akurat zagrożenia, bo ani Ester ani Barney nie byli na tyle sprawni, żeby się wtarabanić na drabinę, a co dopiero wejść mu do pokoju przez okno.
Był po niedawnej rozmowie z Lucy i teraz musiał już tylko upewnić się, że jego faktyczna dziewczyna nie będzie miała nic przeciwko.
Wybrał numer swojego kuratora i czekał. W trakcie jeszcze usłyszał, jak jego babcia kłóci się ze swoim mężem na temat cieknącego kranu, ale w końcu zamiast na jej bluzgach skupił się na głosie Courtneya.
— Siema. Miło, że dzwonisz. Co słychać?
— A spoko. Jestem u siebie. Dziadki się drą, Tank jest ze mną. I… no, nie miałeś czasem ty dzwonić? — spytał Chase, w ciągu sekundy zmieniając swój plan odnośnie rozmowy, którą miał zamiar przeprowadzić. Bo przecież Courtney powiedział, że się odezwie, kiedy będzie miał czas. A skończyło się tym, że to on dzwonił, dopytywał, a do tego miał zakaz odwiedzin.
Usłyszał ciche westchnienie mężczyzny.
— Wiem, ale ciężko znaleźć czas, jeszcze Marshalla mam na głowie i odwraca moją uwagę od swojego braku pracy, jak może. Sorry. Ale pisałem ci smsa ostatnio — wytłumaczył się i rzeczywiście Chase dostał w trakcie lekcji smsa od kuratora, że u niego na razie wszystko okej, że ma nadzieję, że się sprawuje i tęskni.
— Ale później już mi nie odpisałeś — burknął Chase bez szczególnego zadowolenia. — Ale, to w sumie nawet nieźle się składa, że nie masz czasu. Nie powinieneś mieć wątów, że też będę zajęty w czwartek.
— Hm…? Masz jakieś szczególne plany?
— Kumple zaprosili mnie do siebie… ze swoją dziewczyną. Bo chcą ją poznać. Ale znalazłem zastępstwo.
— Zastępstwo? — W głosie Courtneya dosłyszał lekkie zaskoczenie, ale po następnych słowach miał wrażenie, że nie było w nim negatywnych emocji. — Dziewczynę, która zgodziła się zagrać twoją laskę?
Chase zaciął się. Nie miał żadnych obiekcji? Ale tak… żadnych?
— Ta. Bym miał laskę z cyckami.
— Super. Będziesz miał większy spokój z kumplami. Co to za dziewczyna?
Chase jeszcze bardziej się naburmuszył, a przy tym w ogóle nie pomyślał nad kolejnymi swoimi słowami, co nie było wyjątkowo zaskakujące.
— Nie robi cię to w ogóle?
Courtney przez kilka sekund nie odpowiadał.
— Mm… Domyślałem się, że prędzej czy później sam będę musiał ci zasugerować takie rozwiązanie — powiedział w końcu ostrożnie. — Wolałbym pokazać się tam z tobą, ale… wiem, na czym to polega. Nie zawsze mogę być dla ciebie pomocny… a w tym wypadku nawet zbędny.
Chase słuchając głosu swoje „dziewczyny” w telefonie, miał coraz bardziej kwaśną minę.
— Idę tam z leską — burknął. — A ty się miło baw z… bratem — prychnął na koniec z kpiną co do tego, czy Courtney ma w mieszkaniu rzeczywiście brata. Nie dzwonił do niego, szarpnął się na jednego smsa, a teraz nie był w ogóle zazdrosny i zachowywał się, jakby to nie on był zbędny, tylko właśnie Chase był mu zbędny.
Po swoich ostatnich słowach, nawet nie poczekał na odpowiedź, tylko się rozłączył. Nie musiał czekać więcej „kurew” dobiegających do niego zza ściany, z ust jego babci, niż dwie, gdy jego telefon się rozdzwonił. Oczywiście był to Courtney.
Nie miał ochoty odbierać. Specjalnie robił wszystko, żeby Courtney nie był na niego zły, że zabiera dziewczynę na spotkanie z kumplami, która ma go udawać, a ten po prostu miał to w głębokim poważaniu.
— Co? — burknął, kiedy po dość długiej chwili odebrał. Musiał, Tank zaczął się budzić.
— Czemu się rozłączasz? — zapytał mężczyzna ostro i z lekkim wyrzutem słyszalnym w głosie.
— Bo już cię poinformowałem i pożegnałem. Co miałem więcej gadać? — burknął Chase w ogóle bez humoru.
— Chase… Chodzi o to, że nie dzwonię, że mam brata w domu, czy że zareagowałem nie tak, jak chciałeś? Wiem, że to nie jest przyjemna sytuacja, więc nie chcę ci dowalać tym, że mi smutno, że nie mogę się w ten czwartek z tobą spotkać i idzie w moim zastępstwie jakaś dziewczyna — powiedział Courtney niby spokojnym tonem, ale było czuć w nim ciężką nutę. — Jeśli nie obawiasz się komentarzy Marshalla, możesz wpaść w weekend.
Nastolatek prychnął pod nosem butnie.
— Nie, dzięki, wiesz? I tak masz pewnie lepsze rzeczy na głowie. Dzwoniłem tylko spytać, czy cię to nie robi, że będę miał leskę za dziewczynę, ale słyszę, że nie robi, więc spoko — burknął oschle. Co miał mu niby więcej powiedzieć? Że nie tego się po nim spodziewał? Też coś. Jego kurator miał lepsze zajęcia niż jakiś tam nastolatek. Zresztą, może i dobrze się działo. Kumple poznają Lucy, potem wymyśli jakąś bajkę, że z nią zerwał i będzie… normalnie.
— Hej… co jest znowu? Pomyśl, że też nie mam lekko, w czasie wolnym jedyne, na co znajduję czas, to sprzątanie po Marshallu i szukanie mu roboty, a w pracy jest jak zwykle tyle do zrobienia, że nie mam czasu na zadzwonienie. Za co przepraszam, ale nie jest to moją winą. Nie mówię już, że na trzepanie sobie miałem czas i siły ostatnio w piątek — odpowiedział Courtney na koniec z ledwie wyczuwalną frustracją. — Nie bądź na mnie znowu wściekły.
Chase podparł brodę o rękę, leżąc nadal na łóżku. Nie do końca wierzył, żeby to wszystko było prawdą, a jeśli było, to niby co miał zrobić? Nic.
— Nie jestem… Sorry. To w takim razie… nie wiem. Nie ma sprawy. Z Lucy pójdę do kumpli w czwartek i tyle. Tak, co byś wiedział. Nie będziemy pić, bo to u aniołków na chacie, jak ich starzy będą śpiewać w kościele. To tak, jakbyś jeszcze chciał wiedzieć. A tak poza tym to tyle.
— Mhm… — odpowiedział Courtney spokojniej i chwilę milczał, a Chase tylko słyszał jego oddech. — Ale… wpadnij w weekend, hm?
— Miałem nie wpadać… — Chase od razu przypomniał mężczyźnie jego nakaz.
— Wiem… Ale może za bardzo się martwię, a Marshalla albo nie będzie, albo oleje sprawę. Wpadnij. Chcę cię zobaczyć.
Chase nadal byś średnio przekonany. Od czasu rzekomego wprowadzenia się brata, Courtney nie był szczególnie zainteresowany widzeniem się z nim.
— Nie wiem. Kurna no… sorry, ale jak nie chcesz i masz dużo roboty czy tam czego, to nie kombinuj. Najwyżej… nie wiem, będzie tak, jak mówiłeś wtedy. Może kiedy znajdziesz czas.
— W porządku… nie będę cię cisnął, jeśli nie chcesz mnie widzieć — odpowiedział Courtney z delikatnym zawodem w głosie, którego na pewno nie chciał pokazać. — Ale nie wiem, ile to potrwa, a dawno się nie widzieliśmy.
— No, to moja wina akurat nie jest. — Chase nie powstrzymał języka za zębami. Courtney mógł się zdecydować. Chciał go widzieć, nie chciał go widzieć. Miał czas, czy też go nie miał. Naprawdę myślał poważnie, czy z tym bratem, nie bratem, nie było podobnie.
— Jednak jesteś na mnie wściekły. Jak nie chcesz rozmawiać, możemy to przełożyć — mruknął mężczyzna i dodał na koniec: — Jakby co, chciałbym, żebyś wpadł, więc będę w domu, jeśli się zdecydujesz, okej?
Chase spojrzał na Tanka, leżącego na podłodze. Ściągnął usta w wąską kreskę, zaciskając mocniej palce na telefonie.
— Ta, okej — burknął na odczepnego.
Zanim usłyszał ostatnie słowa swojego kuratora, chwilę w telefonie panowała cisza, jakby ten czekał na coś jeszcze, zastanawiał się, co powiedzieć albo wsłuchiwał się w jego oddech.
— Tęsknię, skarbie. — Usłyszał w końcu ciche słowa i Courtney w końcu się rozłączył.
Chase więc odrzucił telefon na bok i sam się przekręcił, żeby sięgnąć dłonią do grzbietu śpiącego psa. Nie rozumiał Courtneya. Najpierw nie chciał, żeby widział jego brata, żeby w ogóle zbliżał się do jego domu, kiedy go gościł, a teraz mówił mu, żeby wpadł. Nie było w tym żadnej konsekwencji i nastolatkowi się to nie podobało. Czuł się trochę jak odstawiony na boczny tor. I mężczyzna w ogóle się nie przejął Lucy. Nawet brzmiał, jakby się ucieszył, że znalazł sobie nową dziewczynę. Ciekawiło go, czy by był jeszcze bardziej zadowolony, jakby jego przykrywka nie była lesbijką. Może Courtney chciał, żeby Chase znalazł sobie prawdziwą dziewczynę i sam chciał być już zbędny, co brzmiało trochę jak „wolny”.
— Ale chujnia — burknął do psa, w tej chwili nie mając ochoty iść ani do „aniołków” w czwartek, ani do swojego kuratora w weekend.

***

Przyjechali autobusem. Lucy rozglądała się ciekawsko po okolicy, ubrana jakoś bardziej dojrzale niż zwykle. Chase powiedział jej, że dobrze by było, żeby wyglądała na starszą od niego, więc założyła ołówkową spódniczkę, koszulę w granatowo-czerwoną kratę i buty na obcasie. Nawet pomalowała się trochę mocniej niż zwykle, żeby sprawiać wrażenie osoby, która maluje się codziennie. Jakimś cudem udało się jej nawet spiąć włosy w kok. Oczywiście jej dzisiejszy chłopak pochwalił, że biust był nieźle widoczny i chłopaki będą srały w gacie z zazdrości, bo co jak co, ale Lucy piersi miała cudowne.
W połowie drogi z przystanku do mieszkania braci „aniołków” dziewczyna złapała go za dłoń, żeby bardziej sprawiać wrażenie pary i wyglądała domu, do którego zmierzali.
Chase spojrzał na ich splecione palce, a potem na dziewczynę. Lekko się uśmiechnął, przy okazji się rumieniąc. Potarł jej szczupłą, bardzo delikatną dłoń swoimi palcami. Jego „dziewczyna” miała tak zupełnie inne dłonie.
— Dzięki.
Lucy odpowiedziała promiennym uśmiechem, musząc nieźle zadzierać głowę, by na niego spojrzeć. W sumie tak, jak patrzyła na Shane’a.
— Spoko. W ogóle wiesz, dobrze, że tak mało im mówiłeś o swojej lasce, łatwiej mi będzie grać — pochwaliła.
— Nie jestem najlepszym kłamcą — przyznał jej szczerze nastolatek. — I mam nadzieję, że w ogóle będziesz się jako tako bawić. Że nie uznasz ich za dupków, jakimi czasami są — dodał na koniec z rozbawieniem.
— Mój kuzyn też dupkiem potrafi być, luz. Zresztą, tyle buraków, co ja miałam w sąsiedztwie na wsi, to nigdzie nie ma, więc przywykłam — rzuciła Lucy ze śmiechem. — Tylko pamiętaj, by nie palnąć do mnie „Lu”.
— No, postaram się. Co powiesz na… Coney? — spytał Chase, mając nadzieję, że tak zapamięta. Do Courtneya nigdy się tak nie zwracał, ale co szkodziło mówić tak do Lu?
— Styknie — zgodziła się dziewczyna i nie dodała nic więcej, bo Chase właśnie zatrzymał się przy furtce wiodącej do niedużego, ale zadbanego ogródka.
Spojrzała w górę na piętrowy domek i pokiwała z uznaniem głową. Sama mieszkała teraz w starej kawalerce swojego kuzyna i jak cieszyła się z samodzielności, tak trochę zazdrościła mu własnego domku. I jak widać, nie tylko jemu się powodziło.
Chase zauważył jej spojrzenie i westchnął ciężej.
— Na pocieszenie ci powiem, że mają rąbniętych starych — rzucił i nadal trzymając ją za rękę, zaprowadził pod drzwi i nacisnął dzwonek.
Raphael krzyknął jeszcze z wewnątrz „Idę!”, a zaraz po tym Lucy i Chase zobaczyli go w drzwiach.
— Siema. — Uśmiechnął się do nich od progu i… zlustrował dziewczynę — Wchodźcie, wchodźcie.
— Hej, Courtney — przedstawiła się dziewczyna, wchodząc z naturalną ciekawością wymalowaną na twarzy.
Zanim zdążyła zdjąć buty w niedużym przedsionku, którego ściany w całości obite były drewnem i… krzyżami, usłyszała bardzo głośne tupanie, kiedy Gabriel niczym mamut zbiegł ze schodów na dół. Potem nagle zatrzymał się z głośnym „wow, wow…!” i cofnął o dwa kroki na widok dziewczyny.
— Wow… siema — wydusił, czerwieniejąc trochę i gapiąc się na nią jak ciele w malowane wrota.
Chase, który był za plecami Lucy, uśmiechnął się do siebie pod nosem. Dobra, był zadowolony z reakcji kumpla. I tylko żałował, że to faktycznie nie jest jego dziewczyna. Trudno.
— Siema. — Lucy podała dłoń drugiemu z braci.
— To Gabriel — przedstawił brata Raphael. — A ja jestem Raphael. Chase pewnie ci mówił, jak na nas wołają?
— Taaa, opowiada czasami o was jak najęty i że ty chyba poza nim jako jedyny ustatkowany — odpowiedziała błyskotliwie, bo już zdążyła wyciągnąć z Chase’a podstawowe informacje o kumplach, żeby nie wyglądać na totalnie zieloną.
Ściągnęła przy tym buty, a kiedy i jej „chłopak” to zrobił, weszli dalej do domu braci.
— Taa, i chyba zaczynam żałować, że tylko on i Chase… — mruknął głupio Gabriel, chyba bardziej oszołomiony wyglądem Lucy niż Raphael. Musiała być w jego typie. — A i Roy się pała spóźni jak zwykle — dodał do Chase’a.
— Nie jestem zaskoczony. — Chase naturalnie objął Lucy ramieniem. — Gdzie będziemy?
— W salonie. Jak matki z ojcem nie ma, to tam jest więcej miejsca — zasugerował Raphael, wskazując im kierunek dłonią.
Ich goście zgodzili się na to i po chwili siedzieli w przestronnym, ale specyficznym salonie. Na kanapie i fotelach były położone gryzące koce, które właśnie Raphael ściągał, na ścianach wisiały religijne obrazki, a telewizor był… przedpotopowy, jak to określali bracia.
Niewątpliwie miało to swój klimat, ale chyba tylko dla Lucy, która nie była świadoma tego, jacy byli rodzice ich obecnych gospodarzy. Chociaż musiała przyznać, że wszędobylskość religijnych „gadżetów” była trochę straszna.
— To będę dzisiaj jedyną dziewczyną, nie? — zagadała Lucy, starając się unikać swojego specyficznego przeciągania sylab, które pozostało jej po życiu na wsi. Usiadła przy tym u boku Chase’a delikatnie opierając się o jego ramię.
— Tak, Shirley, moja dziewczyna, jednak nie dała rady — wyjaśnił Raphael z lekkim smutkiem, którego za to nie było w ogóle widać po jego bracie. Ten był całkowicie zafascynowany ich dzisiejszym kobiecym gościem.
— Ale dobrze, że ty jesteś — palnął, siadając na jednym z foteli.
— Nie zapominaj się, Gabe — zwrócił mu uwagę Chase, obejmując lekko w talii swoją udawaną dziewczynę.
Raphael za to na moment wyszedł do sąsiadującej z salonem kuchni, żeby przynieść jakieś picie i coś do jedzenia. Starał się, chociaż widać było, że nie gapi się na Lucy tak, jak jego brat. Chase i tak zauważył, że obaj wyglądali bardziej reprezentacyjnie niż zwykle. Gabriel miał swoją „wyjściową” bluzę z podobizną kreskówkowej postaci z grupy Gorillaz na klacie i chyba się dokładniej ogolił. Za to Raphael założył jasne, przetarte jeansy i ciepłą kamizelkę bez rękawów w niebieskim kolorze.
— To mówicie, że wakacyjny romans przerodził się w coś więcej — zagadał, gdy wrócił z paterą z waflami przełożonymi karmelem i sześciopakiem puszek Sprite’a.
— Tak, nie jesteśmy stereotypowi i nie urwało się z nadejściem roku szkolnego. Pewnie dlatego, że romanse wakacyjne zwykle na wyjazdach są, nie? A my mieszkamy w tym samym mieście — odparła Lucy.
— I dlatego, że nie mamy siebie dość. Bo jednak nie widzimy się aż tak często, jak wam się wydaje — Chase dodał do kumpli, nadal jednak czując się skrępowanym tą całą szopką z przedstawianiem dziewczyny. — Ale no, kurcze, chyba nie będziemy gadać przez dwie godziny o naszym byciu razem, nie?
— Eee… no, poznaliśmy Courtney, to chcemy coś o niej wiedzieć. Nie będziemy gadać o tym, jak się wczoraj Gabriel wyjebał ryjem w trawę — odpowiedział Raphael, zajmując drugi fotel, a jego brat od razu się wychylił i rąbnął go w ramię.
— Kurwa, weź nie pierdol! Wszystko i tak przez twój plecak, który jak zjeb jakiś zostawiłeś na środku chodnika!
— Albo przez to, że myślałeś o niewiadomo czym? Było patrzeć pod nogi, jak łazisz — odparł od razu obronnie młodszy brat.
— Debile jesteście! — Chase zaśmiał się z nich i podał Lucy puszkę picia, biorąc też jedną dla siebie.
Dziewczyna dla większej wiarygodności pocałowała go za to w policzek i otworzyła sobie puszkę.
— Boziu, ja nadal pamiętam, jak się tak wyrąbałam, ale to przez psa, co się pałętał pod nogami. Miałam cały nos rozwalony, cud, że nie jest krzywy — prychnęła i siorbnęła napoju. — A Chase ma fajnego psiaka i jest cudny, że tak o niego dba — dodała z uśmiechem, patrząc na chłopaka.
Chase zaśmiał się, trochę skrępowany jej publicznymi pochwałami.
— No… zresztą wiecie, jaki jest Tank — wytłumaczył, trochę zbywając temat.
— Ta… wiemy. — Raphael zaśmiał się, ruszając w znaczący sposób brwiami. Shirley aż tak mu nie słodziła. Ale ponoć Courtney robiła mu czasami jedzenie, więc może miała po prostu bardziej opiekuńcze zapędy.
— Dobra, dosyć. Kiedy będzie Roy? Mówił coś? — Chase po raz kolejny spróbował zmienić temat.
— No, spóźni się, zaraz ogarniemy. To może jakąś nutę puszczę — zasugerował Gabriel i podniósł się, żeby podejść do wieży.
Na to Lucy od razu się poderwała i dobiegła do niego z ochoczym „Pomogę wybrać coś czadowego!”. Raphael tylko obejrzał się na nich i wychylił się do Chase’a.
— Ale laska! Stary, wymiary ma… cudo. Jędrne je ma? — zapytał cichutko, by dziewczyna nie słyszała.
Chłopak uśmiechnął się szerzej na to pytanie.
— No, chyba widać. — Zaśmiał się, zerkając co raz na Lucy, ale w myślach będąc bardziej przy pośladkach swojej prawdziwej „dziewczyny”. — Bardzo, bardzo przyjemne. I jak leżą do dłoni — pochwalił ją, zadowolony, że na razie kumple są pełni zazdrości.
— Nieźle się ustawiłeś. Jakbym taką miał, też bym się jej trzymał — przyznał Raphael i naraz usłyszał dźwięk dzwonka do drzwi, więc ze słowami „pewnie Roy” wstał, żeby otworzyć.
Chase nie miał więc okazji, żeby odpowiedzieć. Skierował tylko wzrok na Lucy i Gabriela, który kucając obok dziewczyny, co raz na nią spoglądał. Może i by był jakoś zazdrosny, ale po pierwsze nie była to tak naprawę jego dziewczyna, a po drugie nikt z tu obecnych nie miał szans u rudowłosej, jeśli ta była faktycznie lesbijką.
Z głośników poleciały pierwsze nuty jakiegoś zespołu z rodzaju alternatywnego rocka, kiedy do salonu wszedł ostatni z kumpli Chase’a, Roy. I jak bracia się odwalili, tak Roy przeszedł samego siebie. Albo jego pomarańczowa bluza z dużym znaczkiem Nike na piersi była nowa, albo prał ją trzy dni.
— Siema, amigos! — zawołał i jego wzrok padł na Lucy.
Dziewczyna odwróciła się do niego i uśmiechnęła na powitanie.
— Cześć, Courtney — przywitała się, wyciągając do niego rękę, kiedy się podniosła od wieży.
Roy szybko przeszedł przez skrzypiącą podłogę salonu, ujął jej dłoń i cmoknął jej wierzch.
— Hej. Roy — powiedział z przyjemnym dla oka uśmiechem, patrząc jej w oczy. — Strasznie miło mi poznać.
Lucy odparła z uśmiechem, starając się jak najlepiej grać uroczą i jakkolwiek zainteresowaną płcią przeciwną.
— Mi także. W ogóle wszystkich kolegów Chase’a.
Chase zaśmiał się do siebie w duchu. Nie wyobrażał sobie, żeby prawdziwy Courtney się tak zachowywał. Był taki… miły i towarzyski. A może zwyczajnie go nie znał. Tak, istniała też taka możliwość. W końcu ostatnio, kiedy rozmawiali telefonicznie, dobrze się o tym przekonał.
— Dobra, Roy, nie bajeruj, tylko sadzaj tyłek — popędził go Raphael, a czarnoskóry chłopak wreszcie usiadł na kanapie po drugiej stronie Chase’a. Stuknął go łokciem w bok i pokręcił głową z niemym „jaja se robisz, że taką zarwałeś”.
Wyglądało na to, że Lucy zrobiła dobre pierwsze wrażenie, a to było przecież najważniejsze. Podobała się. Chase więc, jak każdy nastolatek tego potrzebujący, miał akceptację swojej paczki.
— Chase gadał, że nie chcesz za bardzo łazić na imprezy. Szkoda, bo nie wyglądasz na taką, co nie lubi tańczyć — zagadał Roy, bez pytania częstując się puszką Sprite’a i dwoma wafelkami.
— Nie męcz jej — burknął Chase najpierw do Roya, a potem zwrócił się do dziewczyny: — Coney, ignoruj tego debila.
Lucy jednak zamiast tego zrobić zaśmiała się krótko.
— Bez przesady — zbyła swojego „chłopaka” ręką i przysiadła na kanapie. — To nie tak, że nie lubię tańczyć, ale jestem jednak od was trochę starsza, a nigdy nie wiadomo, kto na takich imprezach się pojawia. Wiem to z doświadczenia. A nie czuję aż takich ciągot do nastoletnich imprez, żeby ryzykować jakimiś problemami.
— No i jesteś nauczycielką, nie? Trochę pod górę macie, jakby to wyszło — zauważył rozsądnie Raphael, również pojadając ciasteczka.
Chase i Lucy zostali tylko przy napojach. Chase nie był specjalnie głodny przez nerwy, jakie mimo wszystko towarzyszyły mu przez tę mistyfikację, a Lucy wmawiała sobie, że trzyma linię.
— Właśnie, dlatego jednak wolę nie chadzać na imprezy z waszą grupą wiekową. Chociaż mam do niej… słabość. — Lucy uśmiechnęła się ładnie do Chase’a, a ten w odpowiedzi puścił jej oczko. To była jedna z rad, jakie otrzymał przed wyjściem na to spotkanie od dziewczyny.
Prawie czuł na sobie pełne zazdrości spojrzenie Gabriela. Chłopak dosłownie nie mógł przestać się na nich gapić.
— Ale to co, Chase nie jest twoim pierwszym nastolatkiem? — palnął, chyba cudem opanowując się przed gapieniem się na jej biust.
— Nie, jest pierwszym moim chłopakiem o tyle młodszym. Ale… — Lucy westchnęła i lekko wzruszyła ramionami — nie będę przecież go chwalić przy kolegach.
— I tak ma zbyt zajebiście, mając taką laskę — Roy rzucił z uśmiechem i uniósł puszkę, składając w ten sposób niemo w jej stronę toast.
— Zazdroooosny! — Gabriel roześmiał się w jego stronę szyderczo, jakby sam nie był.
Lucy zaśmiała się, także miło tym połechtana. Może i nie gustowała w facetach, ale zawsze było miło być docenionym. Nawet fizycznie.
Po tym i po kilku kolejnych pytaniach o nią, o to co lubi, jak się poznali, czy często się widują, temat pary, jaką tworzyła z Chasem, został zmieniony na jej wspominki ze szkoły, seriale, obgadywanie ludzi i wszystko, co tylko im przyszło do głowy. Przez to czas na spotkanie minął błyskawicznie. W sumie było im to trochę na rękę, bo jednak w kłamaniu zawsze istniała możliwość zaplątania się. Starali się jednak być ostrożni i dzięki temu, kiedy wychodzili, kumple Chase’a byli w stu procentach przekonani, że to jego dziewczyna.
Pożegnali się w progu i jeszcze na chwilę złapali za ręce, kiedy pokierowali się do przystanku. Chase dobrze wiedział, że kumple będą się gapić z okien za tyłeczkiem Lucy.
— Fajni są — skomentowała, kiedy przeszli na drugą stronę i skręcili w drogę wiodącą obok większego marketu. — Ale na pierwszy rzut oka widać, że Gabriel pakuje, a Roy tak, jak mówiłeś, puka co drugą spotkaną laskę — dodała ze śmiechem.
— Pod tym względem są dość… przewidywalni, nie? — odparł Chase, nadal trzymając się z nią za ręce. Jakoś mu to nie przeszkadzało. — Ale też jakoś przeżyliśmy. Jesteś w tym dobra.
— Tak? A chociaż trochę podobnie się do niego zachowuję? — zagadała Lucy ze śmiechem i małą nadzieją, że tak jest. W końcu „dziewczyną” chłopaka był facet. Ale też istniało prawdopodobieństwo, że zniewieściały facet, więc wszystko było możliwe.
Chase spojrzał na dziewczynę, po czym zaśmiał się krótko.
— Średnio. Chociaż nie wiem, jak się zachowuje tak… przy ludziach — wytłumaczył, faktycznie nie znając odpowiedzi na pytanie Lucy. Bo czy Courtney tak wybierałby muzykę, tak żartował, czy opowiadał o szkolnych czasach jego kolegom? A może byłby poważny albo skrępowany. Nie miał pojęcia.
— Hm… — Lucy zamyśliła się, popatrując pod nogi na płytki chodnikowe. — Spróbuj go gdzieś wyciągnąć? Nawet w jakąś zamkniętą grupkę, nie? Gdzie jesteś pewien, że nic wam nie grozi.
Chase skrzywił się, samemu tracąc dość szybko humor. Jego kumple nie nadawali się na wspólne spotkania, ale także znajomi Courtneya się do tego nie nadawali przez to, jakie stosunki ich łączyły.
— Średnio z tym trochę, ale… no… zobaczę. Na razie i tak nie mam jak się z nim widzieć.
— Rzadko się widujecie? Coś… trochę gaśniesz, jak o nim mówisz… — spostrzegła Lucy ostrożnie i pocieszająco trąciła go ramieniem.
— Bo jest dziwnie. Sam nie wiem do końca, na czym to polega. A teraz jeszcze jakiś koleś u niego mieszka, niby brat, więc się nie widujemy i… no. W sumie tyle. Pomijając, że jest w chuj dziwnie z kimś o tym gadać — opowiedział jej wszystko Chase, niemalże to z siebie wyrzucając. Naprawdę czuł się specyficznie, rozmawiając o tym, że był z facetem.
— Wiesz, dobrze mieć z kim o tym pogadać. Mnie tam to rybka, nie? Czy facet, czy laska. Ja mam dziewczynę, mój kuzyn faceta, jest okej. Ale to coś się psuje? Zależy ci na nim? — dopytywała i przystanęła z nim na światłach tuż przed przystankiem, z którego mieli pojechać pod jej mieszkanie. Chase się w końcu zaoferował, że ją odprowadzi. Uważała to za bardzo miłe z jego strony, bo ani nie było specjalnie późno, ani ona nie była małą dziewczynką, która by sobie nie poradziła.
— Sam nie wiem. Jest spoko, seks jest zajebisty… Nie wiem, no, koleś jest zresztą ode mnie starszy, z zupełnie innego świata. To takie… sam nie wiem.
— Coś dużo nie wiesz. Jakbyś nie powiedział, że rzadko się widujecie, to bym ci powiedziała, żebyś trochę od niego odpoczął i zobaczył, czy tęsknisz i chcesz z nim być. Ale tak to klops, nie?
Chase zaśmiał się pod nosem i kiedy podjechał autobus, wsiadł z nią do środka. Mieli dużo szczęścia, że nie czekali na niego długo.
— No, klops. Ale… cholera. Chciałbym się z nim widzieć, ale najpierw mi mówi, żebym się nie pojawiał, potem w ogóle nie dzwoni, a potem jeszcze stwierdza, że dobrze, że jesteś i się z tobą widzę.
— Nooo, bo inaczej miałbyś ociupinkę przerąbane, nie? — Lucy zaśmiała się i usiadła na wolnym siedzeniu od strony okna. Autobus nie był niestety zupełnie pusty, ale zajęli miejsca na tyłach, by mieć częściowy spokój. — Ale jak ma serio brata na chacie, a też tak jak ty nie chce problemów… Jakbyś ty miał Roya na chacie, to byś go zaprosił? Pewnie tak by się mu nie gapił na dupę, jak mi na cycki — dodała z rozbawieniem.
— No, ale to mógł, kurna, zadzwonić czy co, albo gdzieś nawet wyjść z Tankiem i ze mną na spacer? — fuknął Chase, nie przyjmując tłumaczenia dziewczyny tak całkiem do siebie. Niby jej słowa podburzały jego teorie, ale nadal mu dużo nie grało.
Lucy zmrużyła swoje żywo zielone oczy i popatrzyła na niego uważniej.
— Czyli jednak tęsknisz i chcesz z nim być — oceniła.
Chase od razu spojrzał na nią z jawnym wyrzutem i… rumieńcem na policzkach.
— Co to za oskarżenia? — fuknął na nią z pretensją, a ona zareagowała śmiechem.
— Weź, tylko mówię. Widzę, że ci źle, że coś nie gra. Ale to wiesz… trzeba zrobić coś, żeby zaczęło grać.
— Niby co? Kwiatki wysłać? — zakpił Chase, coraz bardziej nie w humorze. Courtney od ostatniego telefonu też się nie raczył odezwać.
— Zależy, kto tu kogo ma przepraszać. Spotkajcie się, pogadajcie, a nie wiesz, jak lama olewać sprawę. Ale! — Uniosła od razu obronnie dłonie i poklepała go po kolanie. — Ja tylko mówię, bo wiesz, zawsze chyba łatwiej działać, niż się chować i zamykać. Shane kiedyś zamiast kogoś o pomoc prosić, to się ciął — dodała z krzywą miną i politowaniem w oczach.
Chase ściągnął brwi srogo, pytaniem wymalowanym na twarzy.
— Shane? Ale że jak ciął? Przecież to kawał chłopa.
— No, kiedyś był nienapakowany, naiwny, głupi i miał loczki — wyjaśniła ze śmiechem. — David go zostawił bez słowa, jak byli w szkole, nie? Tak totalnie bez słowa i wyjechał. A Shane był zakochany jak dzierlatka wzdychająca do urodziwego pastuszka. Ty więc uważaj. Wiesz, byś w tym olewaniu sprawy się nie zapędził. Bo złamane serce zawsze boli, mówię ci.
Chase fuknął z pretensją.
— Nie jestem przecież w nim zakochany, bez takich — ostrzegł Lucy i wyjrzał za okno. — To chyba następny przystanek, nie? — spytał, żeby szybko zmienić temat. Jak miało go boleć złamane serce, skoro nie miało jak być złamane? A przynajmniej miał taką nadzieję.
— Uhm, następny — przyznała Lucy i już nie naciskała. W końcu to nie była jej sprawa, chociaż polubiła Chase’a i chciałaby, żeby mu się wiodło. No ale, był nastolatkiem. Ile ona miała miłostek jeszcze tych kilka lat temu…?
Westchnęła ciężko i wstała za chłopakiem, kiedy wreszcie autobus zatrzymał się na jej przystanku. Jak zwykle obsadzonym lokalnymi menelami. Przywykła.
Chase podążył za nią jak wierny pies, przy tym łypiąc na tych, którzy się na nią gapili. Pod tym względem Lucy kojarzył się z Shanem. A sam chłopak, swoimi spojrzeniami i odprowadzaniem dziewczyny, odrywał się od własnych problemów. Swoich i tych, jakie miał przez Courtneya. I chyba też przez siebie i przez to, że nie wiedział, co robić. Jedyne co go pocieszało, to fakt, że bracia i Roy byli zazdrośni o jego dziewczynę. Pewnie dostałby w twarz, jakby dowiedzieli się, jak naprawdę wygląda jego dziewczyna, ale na tę chwilę mógł pocieszyć się tym małym zwycięstwem.

11 thoughts on “Newton’s Balls – 41 – Bo moja laska to gej

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, Shane może też się dowie niebawem. Nigdy nie wiadomo, a przecież jest dość… bezpieczną osobą XD A co do Lucy, zgadzam się, ona się nadaje na taką spoko przyjaciółkę, nawet dla Chase’a (bo wiemy po Shanie, że radzi sobie z takimi osobami XD). Haha, i z tą zazdrością zdecydowanie masz rację XD To MUSI oznaczać coś głębszego XD Dzięki za wenę! :D

    O., hm, hm, sceny rodzinne… pisałyśmy NB tak dawno temu, że w sumie nie pamiętam XD Myślę, że coś będzie, ale nie na 100%. Ale jeśli nie w tej części, to postaramy się o to rozdziałach po tym 75 ;) A Marshall – tak, psuje wszystko, ale przynajmniej wprowadza mały dreszczyk XD Lepiej, żeby musieli sobie radzić z wyrodnym braciszkiem niż większymi problemami…

  2. O. pisze:

    Fajnie, że Lucy znalazła sobie laskę i nie będzie sama ;D Jeśli chodzi o sceny rodzinne, czy będzie jakaś z Shane’m Davidem i dzieciakami? ;D
    Hah, czyżby Chase chciał wyprzeć się kiełkujących uczuć ;) Ach ten Marshall wszystko psuje :(

  3. kaczuch_A pisze:

    A jednak obstawiałam, że jakoś Shane się dowie, że laska Chase’a to facet xD nie wiem dlaczego ale tak jakoś mnie naszło. Z Lucy może młody niezłą przyjaźń zawiązać, dlaczego by nie i szacun za to, że się zgodziła i jak się zachowała. I jaka zazdrość w serducho młodego, że Kukurydz nie kipi zazdrością i nie zabiega o jego względy <3 miłość się rodzi~!

    Weny~!

  4. Katka pisze:

    Erwina Smith, aż się winna czuję tego, że takie problemy ze snem spowodowało nasze opko XD Cieszę się jednak, że mogłam uspokoić ;) Zatem do następnego komentarza :)

  5. Erwina Smith pisze:

    Dziękuję bardzo za odpowiedź :)
    Taka w zupełności zaspokaja moją ciekawość.
    Mogę spać spokojnie, naprawdę zasnęłam nad ranem bo po takiej dawce wrażeń..
    Będę się jeszcze odzywała :D

  6. Katka pisze:

    Kasia, tak, Chase już chyba powolutku zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że to nie jest tylko seks. No i to, co robi, też trochę o tym świadczy. Bo wcale nie musiał prosić Lu o pomoc, nie musiał w ogóle się w to wszystko angażować, od kiedy zaczęło być kłopotliwe. Mógł to przerwać i nie mieć problemów, a jednak coś go do Courtneya ciągnie. Hehe, a co będzie jak spotka Marshalla? Nie wiadomo, ale już chyba wszyscy widzimy, że to nieuniknione… Opowiadanie rzeczywiście jest raczej ciężkie. Taki lekki dramat obyczajowy chyba. No ale radzą sobie chłopcy, jak mogą. Ważne, że mają siebie i jakoś problemy wspólnie mogą pokonywać. Dziękujemy za komentarz!

    Rehab-e, hehe, niby tylko Lucy, ale zaaawsze to coś! Małymi kroczkami dojdzie na szczyt. Konfrontacja z Marshallem – na pewno będzie ciekawa! Pytanie tylko, czy pozytywna, czy negatywna i jak to się odbije na Courtneyu i Chasie… Tu się wszystko może wydarzyć. Hehe, fajnie, że teraz komentujesz i bardzo, bardzo nas cieszy, że NB Ci się podoba! :D Nie dzieje się tu zawsze radośnie, ale fajnie, jak ciekawi i wzbudza emocje ;) Także pozdrawiamy :)

    Mati, biedny Courtney, nagrabił sobie. Ale nikt nie jest idealny i nie dziwi mnie, a wręcz cieszy, kiedy postać wywołuje różne emocje. „ A przecież każdy od czasu do czadu musi coś z siebie wyrzucić.” – dokładnie tak! A tym bardziej w przypadku Chase’a takie chowanie w sobie wszystkich emocji nie jest dobre. Więc może Lucy mu jakoś z tym wszystkim pomoże :)

    Erwina Smith, hej! :) Witamy bardzo, bardzo serdecznie :D Spoko, skoro komentarz jest w jakiś sposób powiązany z rozdziałem, to luz ;) Superowo, że spodobało Ci się NBTS i tak bardzo poruszyło! Ogólnie wydaje mi się, że to właśnie to opowiadanie wywołuje najwięcej takich skrajnych emocji, bo po zakończeniu każdy pisał własnie o tym poruszeniu (oczywiście powód jest wiadomy). Ale też super, że zachęciło Cię ono do czytania innych opowiadań! Bo wiem, że wielu czytelników po nim miało traumę i jednak była ta obawa, że znowu kogoś zabijemy… Ale super, że zabierasz się za In Out In. Moim zdanie to bardzo dobry wybór, bo jest to opowiadanie powiązane z NBTS. Jako następne po IOI bym poleciła właśnie NB, bo tutaj też mamy te postacie. I od razu odpowiem na Twoje kluczowe pytanie – tak, tu też jest Shane. Ale nic więcej nie powiem, bo too many spoilers XD Wiem, że niektórzy je lubią, ale jako że ja ich nie znosze, to mój kodeks każe mi też nimi nie rzucać XD W ogóle jesteśmy bardzo, bardzo ciekawe Twoich opinii o innych opowiadaniach, więc będzie nam bardzo miło, jak coś naskrobiesz po przeczytaniu ;) Hehe, no i mamy nadzieję, że miło spędzisz wakacje przy naszych pisadłach :D I spoko, nie martw się błędami! To tylko komentarz, więc no worries ;) Pozdrawiamy cieplutko!

  7. Erwina Smith pisze:

    Witam, z góry przepraszam ,że nie chodzi tu o rozdział :/
    Dzisiaj o drugiej w nocy skończyłam czytać NEVER BE THE SAME.
    Jestem w szoku to mało powiedziane.Po jakimś czasie po zakończeniu czytania ocknęłam się i uświadomiłam sobie ,że całe policzki mam mokre.Kiedy tak się popłakałam nie mam pojęcia.
    Opowiadanie jest świetne.Żałuję ,że nie można wszystkich opowiadań na raz czytać.Dobrze ,że zaraz zaczną się wakacje bo chyba dostałabym szału gdybym nie miała czasu na czytanie.
    Zaraz zabieram się za In, Out, In.(żeby nic nie przegapić i więcej do czytania na zajebistym blogu)
    Ale o co mi chodziło wchodząc na ten rozdział…a więc na bloggerze zobaczyłam w obserwowanych kawałek tegoż rozdziału a w tym kawałku imiona dzieciaków Davida no to od razu wchodzę wiedząc ,że akcja dzieje się po NBTS ,które przeczytałam i pokochałam(taki szczegół) No i zamarłam widząc Davida (no w sensie ,że jest) żyję noo :’) kurde pieką mnie oczy :/ A więc czy SHANE też jest?(żyje?) Pytam bo i tak już się wkopałam trochę a nie chcę czytać wybiórczo rozdziałów szukając jego imienia.A zanim skończę następne opowiadanie z tymi postaciami to chyba coś sobie zrobię..
    Czy zdradziłabyś mi to czy on jest jeśli to nie tajemnica? A jeśli tak to pod napisem ‚spojler’ coś w tym stylu. plis
    Zabiorę się za komentowanie rozdziałów ,które wychodzą na bieżąco jak nadrobię wcześniejsze.
    A więc tak NBTS jest jedynym opowiadaniem ,które przeczytałam na tym blogu ,ale nie ostatnie.
    Kłaniam się.
    To jak mój kochany Shane jest na ziemi i chodzi po niej w swoich zajebistych ciężkich butach ale nie jako zombie?
    Z góry przepraszam za nachalność jeśli taka się pojawiła z mojej strony i błędy.(starałam się ich unikać)

  8. Mati pisze:

    Biedny Chase. Skoro tak tęskni i denerwuje się na Courtney’a, to znaczy, że coraz poważniej o nim myśli. I, chyba pierwszy raz, nie spodobało mi się zachowanie kuratorka. Raz mówi, że nie, raz mówi, że tak. Nikt by tego nie mógł normalnie znosić.
    Ale jest plus. Wreszcie Chase komuś o sobie powiedział. No i mógł się wygadać Lucy. A przecież każdy od czasu do czadu musi coś z siebie wyrzucić.

  9. rehab-e pisze:

    Tak! Nareszcie! W końcu komuś się przyznał… I nieważne, że tylko Lu, i to dlatego, że potrzebował jej pomocy xD
    Mam nadzieję, że szybko dogada się z Courtney’em i czekam na jego konfrontację z Marshallem. To może być ciekawe ^^
    Wiem, że dawno nic nie komentowałam (wstyd), ale nadrobię. I muszę Wam powiedzieć, że cholernie mi się podoba to opowiadanie <3
    Pozdrawiam!

  10. Kasia pisze:

    Pośmiałam się trochę jak Chase nieporadnie prosił Lu o pomoc. Fajnie że się w końcu komuś przyznał i wygadał. Tym bardziej że Courtney ostatnio mniej uwagi mu poświęca i Chase wybitnie czuje się samotny. Być może uświadomi sobie że łączy ich coś więcej niż tylko seks. Chociaż on już chyba powoli przyswaja sobie to wszystko, no oprócz zakochania się ale kto wie jakie będą jego przemyślenia po tej rozmowie z Lucy. Stawiam na to że pójdzie w weekend do Courtneya. Tylko co z tego będzie jak spotka Marshalla? To opowiadanie jest takie raczej ciężkie, dużo problemów mają nasi biedni chłopcy. Ale wierzę w Chasea, jeszcze się okaże dobrym wsparciem :) Dziękuję bardzo i przesyłam buziaki 😘

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s