Newton’s Balls – 40 – Problematyczne zaproszenie

Nie była idealna, cycki jednak były mniejsze niż myślał, cipka mniej ciasna, a laska dziwnie nisko stękała, ale… było zajebiście według Marshalla. W końcu doczekał się i mógł zanurzyć kutasa w prawdziwej kobiecie. Nie był skazany na swoją rękę, sztuczne waginy produkcji więziennej czy na inne ocieranie się o rzeczy do tego nieprzystosowane. Pieprzył całkiem młodą, szczupłą i chętną laskę na kanapie w domu swojego brata i nie miał żadnych, dosłownie żadnych wyrzutów sumienia, że to robi. Że Courtney może wrócić, że może ich zobaczyć albo wcześniej usłyszeć. Bo Kim? Tak, Kim, tak miała na imię, była strasznie głośna, ale nie zawsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Brał ją sobie od tyłu, ona dzielnie klęczała, a jej długie włosy falowały w przód i w tył, gdy w nią wchodził. Ściskał przy tym jedną dłonią jej pierś, a drugą trzymał za biodro i posuwał. Dobrze, że wyposażył się w gumki. Mógł bez krępacji i strachu ją dymać, a ona poddawała mu się chętnie, zaciskając dłonie na podłokietniku kanapy. Byli zupełnie pochłonięci tym numerkiem, dlatego nie usłyszeli otwierania drzwi wejściowych. O nadejściu gospodarza poinformowało ich głośne „kurwa!”, a następnie szybkie kroki. Marshall zdążył tylko zadrzeć głowę, by ponad oparciem kanapy zobaczyć swojego brata, który okręca się na pięcie i pospiesznie wychodzi z mieszkania. Nawet nie odłożył teczki, tylko wypadł tak, jak wszedł.
Marshall zerknął za nim, na moment zwalniając.
— Hę? Co jest? — Kim zauważyła jego brak działania, a raczej poczuła.
— Nic, nic — Marshall uspokoił ją i nacisnął mocniej na jej ramię, żeby bardziej się wypięła. Od razu wznowił tempo, mocniej ją dymając. Bratem się nie przejął. Mógł przecież przejść, nie zrobiłoby mu to różnicy, a nie uciekać jak jakaś nastka.
Teraz jednak miał spokój. Courtney najwyraźniej wyszedł z domu, a on mógł dalej posuwać Kim i dawać swojemu kutasowi radość z przebywania w mokrym i gorącym miejscu. Zresztą, mógł się poczuć z siebie dumny, bo jeśli wierzyć odgłosom dziewczyny, doszła już dwa razy. A jemu było jeszcze mało. Bynajmniej nie dlatego, że partnerka była doskonała. On zwyczajnie się stęsknił tak za kobietami, że chciał chociaż odrobinę nadrobić. I posuwał ją jeszcze dobrych kilka minut, aż w końcu, po orgazmie, który zasygnalizował niskim stęknięciem i wydechem, wysunął się z jednonocnej przygody.
— O kurwa, zajebista byłaś — rzucił jako lubiany przez wszystkich frazes i usiadł ciężko na drugim końcu kanapy, żeby ściągnąć prezerwatywę. Zawiązał ją i odłożył na bok.
Kimberly za to uśmiechnęła się do niego z zadowoleniem i sięgnęła po swoje majteczki z podłogi. Reszta jej ciuchów też została tam rzucona po namiętnej grze wstępnej.
— Z ciebie też niezły kogucik — odpowiedziała i rozejrzała się. — Mm… mogę skorzystać z łazienki?
— Ta, jasne. Jest tu — mężczyzna wskazał jej drzwi po prawej od głównego wejścia do domu. — I czekaj, dam ci ręcznik — zaoferował się, żeby dziewczyna po prostu wyszła z mieszkania, a nie rzucała się, jak zacznie ją wypraszać.
Wstał więc nago i przeszedł z nią do łazienki. Tam wyjął z szafki świeży ręcznik, po czym zgarnął wiszący na wieszaczku obok pralki, biały szlafrok Courtneya. Zostawił ją samą, wychodząc, żeby znaleźć brata.
Ten siedział na schodku przed swoim domem, tak samo jak on ostatnio, czekając na jego powrót z pracy. Miał telefon w ręce i chyba przeglądał pocztę. Usłyszawszy, że drzwi się otwierają, obejrzał się na brata i ściągnął brwi.
— Miało nie być, kiedy będę w domu, pamiętasz? — rzucił zdecydowanie, niezadowolonym tonem.
— Nie było cię, kiedy ona tu przyszła. Więc to ty w sumie trochę oszukujesz, bo nie znam twojego grafiku, nie? — Marshall odparł, opierając się ramieniem o framugę drzwi i czekając, aż bratu przejdzie. — Zresztą, mi to nie robi. Mogłeś się zająć sobą, a nie tu koczować.
— Salon znajduje się w centrum mieszkania. Wszystkie pokoje są z nim połączone oprócz garderoby. Wolałem tu poczekać. — Courtney uniósł się i schował telefon do kieszeni. Sięgnął jeszcze po teczkę. — Dziwka? — zapytał, gdy już stanął przed bratem.
— Nie. Kim — Marshall odparł z wyższością w głosie, zadowolony, że nie złamał obietnicy. — Zresztą na dziwkę nie miałbym kasy. Ledwo co mi grosza dałeś. Nawet na taksówkę nie było.
— Dam ci dziś trochę więcej, ale mam nadzieję, że nie spędzasz czasu tylko na szukaniu chętnych kobiet, a szukasz pracy? — młodszy z Cornów dopytał poważnie, wchodząc do mieszkania. W przedsionku zdjął grubą marynarkę, którą w obliczu ostatnich chłodnych dni zakładał na wierzch.
Starszy mężczyzna uniósł ręce w obronnym geście.
— Nawet idąc do baru, pytałem kelnera, czy wie o jakiejś robocie — odparł, żeby kurator miał pożywkę i się nie czepiał. Tak naprawdę też nie kłamał całkowicie, bo faktycznie pytał barmana, ale nie o byle jaką robotę, a dobrze płatną. Odpowiedź była więc oczywista, że ten nie słyszał, bo jakby słyszał, przecież nie pracowałby tam, gdzie pracuje.
Courtney popatrzył na niego ostro i postawił teczkę na szafce, zdjął buty, a następnie wszedł głębiej. Od razu, mimo chłodu na zewnątrz, uchylił okno w salonie, żeby trochę tu przewietrzyć.
— Pewnie nie wiedział? Marshall, musisz robić coś więcej niż pytać kelnerów. Połaź po mieście, dam ci więcej kasy na transport, jak trzeba. Ale żeby to coś dało. Ostatnio byłeś u mnie dwa miesiące, bo nie chciało ci się stąd ruszyć.
— Weź, dziwisz mi się? Masz zajebiste lokum. Ale spoko — Marshall uspokoił go w ostatniej chwili, bo brat już chciał coś mu odpowiedzieć na ten średnio zabawny dla niego żarcik — szukam. Mówię, że teraz pytałem nawet mimo wypadu na rozluźnienie. Kupiłem nawet gazetę z ofertami pracy. Serio. Jest w kuchni, jak chcesz mnie sprawdzać. Nie cykorz — dodał i klepnął go mocniej w ramię, idąc znów do kanapy i zbierając ubrania Kim, żeby je podrzucić do łazienki.
Courtney popatrzył za nim z małym przekonaniem. Nie lubił tego uczucia, że ma intruza w domu. Dobra, może samo przebywanie tu Marshalla jeszcze tak mu nie przeszkadzało, ale irytował go fakt, że nie wie na czym stoi, nie ma pojęcia, kiedy ten coś sobie znajdzie, ani jak długo to potrwa. Zdecydowanie słabym punktem Courtneya była kontrola i to nie tylko związana z jego atakami agresji, kiedy ją tracił. Męczyło go to niemalże fizycznie, kiedy widział, jak z każdym dniem rzeczy Marshalla zaczynają przejmować większą przestrzeń, a on ewidentnie swobodnie się tu czuje.
— Jak odpocznę, posiedzimy razem nad tą gazetą w takim razie! — rzucił za swoim bratem, samemu podążając do kuchni. Żeby zrobić sobie kawę i żeby nie musieć oglądać kobiety Marshalla.
— Jutro. Dziś odpocznij, pracoholiku! — starszy Corn odpowiedział i na moment zniknął w łazience, gdzie była jego jednonocna przygoda.
Gospodarz nie zamierzał za nim podążać. Słuchał tylko ich rozmowy, nastawiając ekspres, a następnie robiąc sobie kawę z podwójnego espresso. Był padnięty, ale było zbyt wcześnie, żeby iść spać. Chciał jeszcze napisać maila do Chase’a albo pogadać z nim przez telefon. Tanka podrzucił mu przedwczoraj i nie pogadali zbyt wiele, bo nie było czasu. Nie wiedział więc, jak chłopak się sprawował, jak się czuł i… no cóż, czy choć trochę za nim tęsknił. Ale żeby z nim pogadać, musiał zaszyć się w sypialni, a żeby zaszyć się w sypialni, musiał się umyć. Czekał więc, aż nieznajoma mu kobieta wyjdzie, w tym czasie pijąc kawę nad gazetą, którą zapewne dla pozorów kupił Marshall. Niby wyglądała na ruszoną, strony były pozaginane, ale kiedy czytał na czym, nie było wątpliwości, że zawód kosmetyczki nie jest tym, o czym marzy Marshall. Był podłamany tym, ile ten wkładał wysiłku w to, żeby udawać przed nim swoje zaangażowanie.
Rozmyślania nad kawą przerwał mu dźwięk dający nadzieję. A mianowicie trzask frontowych drzwi. Zaraz po nim zobaczył brata w przejściu do salonu.
— I już.
Obejrzał się w jego stronę i zamknął gazetę. Kawę zdążył wypić tylko w połowie, więc razem z nią i z magazynem uniósł się.
— To chodź to salonu. I jak w ogóle było? Warto? — spytał, głową wskazując w stronę wyjścia, za którym zniknęła dziewczyna.
Marshall wzruszył ramionami. Nadal był w białym szlafroku, który rozchylał mu się mocno na klatce piersiowej. Był typem faceta, który we wszystkim czuł się męski.
— Była spoko. Nie najlepsza, ale zdecydowanie było warto. Młody, nawet nie wiesz, jak tęskniłem za cipeczkami.
— To może powinieneś jakąś znaleźć na stałe? — Courtney zasugerował i poklepał go zrolowaną gazetą w klatkę piersiową, ruszając do kanapy. Rzucił na stolik na razie jedyne, potencjalne źródło pracy jego brata i usiadł z filiżanką kawy. Zignorował to, że chwilę temu Marshall dymał tu jakąś dziewczynę. W dzieciństwie przywykł do spania w miejscu, w którym matka obsłużyła setki facetów. Nie było to więc aż tak odrzucające, jak mogło być.
— Ej, ale bez pośpiechu. To, że tęsknię do cycków i cipek, nie znaczy, że tęsknię do całej reszty kobiet. Jak taka zacznie gadać, to gorzej niż matka, kiedy miała ciotę.
— Aż tak źle? — Courtney uśmiechnął się lekko i wskazał miejsce obok siebie. — Siadaj, poprzeglądamy oferty. Może jakaś matrymonialna się znajdzie, w której kobieta będzie chciała dać z siebie tylko cycki i cipkę.
Marshall zwalił się na kanapę, ale kiedy brat wziął gazetę, zabrał mu ją z dłoni i znowu odrzucił na stół.
— Jutro, mówiłem. Pogadaj z bratem! — fuknął na niego, wskazując siebie i Courtneya na zmianę.
— O popatrz, jaki z ciebie złakniony braterskiego kontaktu człowiek, akurat kiedy trzeba poszukać pracy — Courtney odpowiedział ze śladowym rozbawieniem i tylko napił się kawy, zamiast sięgnąć po gazetę. Weźmie ją jutro do pracy, żeby przejrzeć w porze lunchu. Wiedział, że Marshall i tak jej nie dotknie, więc prędzej on sam mu coś znajdzie.
— Nie, kiedy trzeba poszukać pracy, tylko kiedy jesteś po swojej i chyba wolisz odpocząć. Zresztą tyle czasu się nie widzieliśmy. Niby bracia, a zaczynam mieć podejrzenia, że ty jednak z tych, co to lubią ze swoją dziewczy… — zaciął się, krzywiąc — z tą drugą osobą se pogadać. Czy jednak się mylę?
— Tak, lubię pogadać, w końcu to mój chłopak, a nie jednorazowa dziewczyna poderwana w barze na tanie piwo — odpowiedział Courtney, doskonale wiedząc, jak Marshall zarywał kobiety. — O czym chcesz ze mną gadać? Jak ci minął dzień?
— Raczej jak minęły mi te dwa lata?
Na ustach kuratora pojawił się niezbyt radosny uśmiech. Przytaknął i oparł się wygodniej, gdy już odstawił filiżankę. Zaczął powoli rozwiązywać krawat i rozpinać koszulę.
— W więzieniu jest rutyna, domyślam się, jak mogły ci przebiec.
— Dzień za dniem. Dokładnie. Więc zamiast mnie gnębić, ty coś powiedz. Dorobiłeś się faceta z psem. Nowego telewizora i lodówki. Zmieniłeś też chyba stół, ale tu już nie jestem pewien.
— Tak, zmieniałem. Jednak samochód ten sam, adres też na twoje szczęście. Ostatnio chyba tylko nosiłem małe kolce, a teraz kuleczki. — Courtney wskazał na swoje uszy z małymi, okrągłymi, srebrnymi kolczykami i odrzucił krawat na oparcie fotela obok. Rozpiął dwa górne guziki koszuli, żeby było mu wygodniej.
— Nawet bym nie zauważył — Marshall odparł szczerze. — A jak z głową? — spytał, stukając go palcem w czaszkę. Był świadom problemów brata, chociaż sam miał całkiem długą listę własnych.
Courtney odsunął głowę lekko i zagryzł wnętrze policzka, nie wiedząc do końca, jak odpowiedzieć na to pytanie.
— Jest w porządku, póki nie dzieje się nic, co… sprawia, że nie jest w porządku. Ale panuję nad sobą. A z twoją? Bo wiem już, że zapędy do ekshibicjonizmu wciąż masz — dodał na koniec dla rozluźnienia, wskazując na jego odsłonięty tors.
— To tylko goła klata — Marshall prychnął, zbywając temat. Mógłby nawet przed bratem gejem chodzić nago. Nie wadziło mu to w ogóle, ku własnemu zaskoczeniu. — A reszta też stabilnie. Tak mówią przynajmniej.
— Czyli nie masz żadnego nakazu chodzenia na terapie? To ważne, Marshall, bo niechodzenie na nie, jeśli musisz, może cię wyrwać z warunkowego z powrotem do paki.
— Nie, mam tylko wizyty co mniej więcej dwa tygodnie, żeby pokazać, że ogarniam. Ale tak to luz, bardziej niż ostatnio. I nie musisz mnie pouczać, wiem tak samo jak ty, jak działa warunek, a nie robiłem sobie z tego roboty. — Marshall zaśmiał się krótko. Bawiło go, że jego brat znał teorię, on praktykę.
— Masz rację, ty masz w tym doświadczenie. O kilka razy za duże, ale powiedzmy, że nie będę się czepiał — stwierdził Courtney, który, ze względu na pracę, znał nie tylko swojego brata, ale i wiele innych osób wychodzących i wracających do więzienia wielokrotnie. Żeby nie szukać daleko, chociażby ojciec Chase’a. I kiedy tylko o nim pomyślał, rzucił: — Kojarzysz Lasha?
— Lasha? — Starszy mężczyzna ściągnął brwi w wyrazie zastanowienia. — Coś mi to mówi, ale powinienem kojarzyć? To ktoś z dzielnicy?
— Nie, Tyson Lash, kibluje w oddziale, w którym też byłeś. Kradzieże i rozboje, ma taki duży, orli nos — Courtney wyjaśnił dokładniej, przy okazji sięgając po kawę, żeby ją dopić.
— A, było mówić z tym nosem od razu. — Marshall stuknął brata pięścią w ramię. — No, kojarzę Tysona, a co? Idzie na twój warunek? Chyba nie? Jeszcze trochę mu zostało.
— Tak, jeszcze posiedzi, ale nie, mam z nim do czynienia przez wzgląd na podopiecznego — Courtney wyjaśnił, nie mówiąc jednak zbyt wiele. Szczególnie po tym, jak ostatnio palnął niefortunnie przy profesorze Petersonie na temat Chase’a. A Marshall nie był prawym człowiekiem i gdyby posiadł taką informację, jak ta, że daje się posuwać podopiecznemu, mógłby to wykorzystać. Nie zważając na fakt, że są braćmi. Tak przynajmniej mu się wydawało. — Jest w porządku?
— W miarę. Da się dogadać, może tak. Ale szału nie ma. Jest na swój więzienny sposób uczciwy, wiesz, jak ma być tyle, to jest tyle. Ale też byś go za wzór resocjalizacji nie uznał.
— Myślę, że tak. Jest zresztą trochę jak ty, też wychodzi i wraca. Chyba ma w celi swój drugi, niechciany dom. Ale on już ma około czterdziestki. — Przy tym Courtney popatrzył poważniej na twarz brata. — Mam nadzieję, że do tego wieku nie będziesz wracał do paki. A jeszcze co do Lasha, nie byliście więc jakoś bliżej, hm?
— A co tak dociekasz?
— Bo załatwiłem podopiecznemu częste spotkania z nim i nie wiem, czy Tyson będzie miał na syna dobry wpływ czy przeciwnie. Wiesz, że zawsze rozmawiając z kuratorem, każdy gra grzecznego, prawego obywatela.
— To raczej koleś nie nastawi ci podopiecznego do siebie pozytywnie — Marshall stwierdził ze skrzywieniem, ale też wyczuwalną powagą. Czasami umiał się zachować.
Jego młodszy brat zamyślił się głębiej i odruchowo podmuchał na i tak już chłodnawą kawę.
— Nie przepada za urzędasami?
— A myślisz, że ktoś w pace przepada za urzędasami? — Marshall zakpił z pobłażaniem dla brata. — Nie te rejony. Ale wiem, że Tyson też średnio przepada za swoją rodziną. Może dlatego mu się nie spieszy do wyjścia.
Courtney pokiwał głową ze zrozumieniem. Z tym nie zamierzał się kłócić i bynajmniej nie dziwił się staremu Lashowi. Jego rodzice byli koszmarni, chociaż dla syna mógłby się postarać o wcześniejsze wyjście, tak jak Marshall się o to postarał. Jakkolwiek to zrobił, było skuteczne, a Chase potrzebował osób, którym na nim zależało.
— Nie ma takiego dobrego brata jak ty, hm? — rzucił w końcu ze słabym uśmiechem i przeciągnął się. — Pójdę się odświeżyć i wezmę laptopa do sypialni, bo mam jeszcze trochę rzeczy do sprawdzenia.
Marshall pokręcił głową z rozbawionym uśmieszkiem.
— Bylebyś nie był za głośny — rzucił i wstał, żeby zabrać pilota z półki. Miał zamiar pooglądać telewizję. Jedyne czego mu brakowało to piwa.
No tak, nie było co zwodzić brata, Courtney wiedział, że co jak co, ale Marshall głupi nie był. No i był sprytny, co mu często ułatwiało życie. Ale liczył na to, że włączy telewizor odpowiednio głośno, a on przed snem rzeczywiście będzie mógł sobie jakoś ulżyć. Ostatnio przez stres związany z powrotem brata do swojego życia miał większą potrzebę seksu, ale z tego samego powodu tego seksu nie mógł mieć. Trochę go to frustrowało.
— Postaram się — odpowiedział tylko i już miał wyjść do łazienki, ale jeszcze wskazał zużytą gumkę na stoliku. — I wyrzuć to, Marshall, bo twoich plemników dotykać nie będę — dodał i dopiero ruszył dalej.
Brat roześmiał się za jego plecami.
— Schowam do lodówki, co byś miał na pamiątkę! — krzyknął z rozbawieniem. — O, albo żeby ktoś, kurwa, Cornów podtrzymał! — Zarechotał głośno. Miał niski i zaskakująco przyjemny śmiech. Tak, był atrakcyjnym mężczyzną, który po wyjściu z więzienia nie wyglądał na zabiedzonego, a na gwiazdę. Nie był ofiarą i powroty nie byłyby dla niego tak złe, gdyby nie brak cipeczek, jak sam mówił i jak się okazywało, telewizji.
— Pewnie już jakiś po świecie chodzi, bo nie wierzę, że zawsze miałeś pod ręką gumkę — Courtney dodał przez ramię z lekkim rozbawieniem i już nie czekając na odpowiedź brata, zamknął się w łazience. Liczył, że ten dojrzał już na tyle, że nie wleje mu tej spermy do kartonu mleka waniliowego. Kiedyś bardziej by się tego obawiał, ale pokładał wiarę, że trzydzieści lat na karku zmusi go już do trochę bardziej odpowiedzialnych zachowań. Miał nadzieję, że się nie łudził…

***

Wielki, ciężki worek treningowy poruszał się za każdym razem, gdy Gabriel w niego uderzał, mimo że Roy trzymał go mocno. Jakby nie patrzeć, starszy z braci „aniołków” był z nich wszystkich najsilniejszy i lubił to pokazywać. Uderzał więc w swój cel raz za razem, mając już nieźle przepoconą koszulkę, a czarnoskóry chłopak krzywił się, choć trwał dzielnie.
Obok, na sprzętach do podnoszenia obciążenia, siedzieli Raphael i Chase. Ten pierwszy miał trochę mniejsze ciężary, ale był wytrwały. Czasem jednak przerywał na dłużej, żeby wtrącić coś do tematu. Jakoś ciężko mu się mówiło, gdy wysilał mięśnie, więc odpoczywał, kiedy miał swój głos. A że rozmawiali akurat o szkole, to miał do powiedzenia najwięcej. W końcu najmniej wagarował.
— Mogę wam potem dać zerżnąć, ale stawiacie mi piwo — dodał na koniec odnośnie jakiegoś strasznego zadania na matmę.
— A nie możemy wziąć od Toma, czy Tysona, czy jak mu tam? — Roy zagadał, mając na myśli kujonka podobnego do Philipa Newtona, z którego wyciskali kasę. Z Toma wyciskali jego wiedzę.
— Pisze za dobre te prace. Myślisz, Roy, że nikt się nie połapie, jak nagle dostaniesz dobrą ocenę? — Chase odparł, przerywając, kiedy wyciskał w górę, a mięśnie klatki piersiowej na tyle się obkurczały, że nie był w stanie mówić.
— To się mu powie, żeby zrobił trochę błędów. Co za problem? — Roy prychnął z pewną siebie miną i zaraz potem skrzywił się, bo Gabriel uderzywszy w worek, sprawił, że ten pacnął go w policzek.
— Ou, sorry, stary, to zmiana teraz — zasugerował, a wdzięczny mu kumpel zamienił się z nim miejscami i ustawił się w odpowiedni sposób.
— W sumie żaden — Chase przyznał rację kumplowi, wracając do ćwiczeń, ale dodając jeszcze do młodszego z braci, że on od niego odpisze.
— Pamiętacie, że w sobotę jest ta impreza u Amandy, nie? — zagadał Roy po kilku minutach, uderzając w worek treningowy z mniejszą siłą niż wcześniej Gabriel.
Byli sami w tym sektorze siłowni, bo poza sprzętami, na których siedzieli, były tu jeszcze tylko poukładane na metalowej podstawie hantle. Ale inni goście siłowni, którzy widzieli, że czwórka nastolatków tu plotkuje, a chcieli poćwiczyć ręce, brali hantle na matę kawałek dalej. Siłownia zresztą była całkiem spora, dobrze wyposażona i zazwyczaj pełna ludzi. Było przyjemnie się tu czasem spotkać, a nie tylko widywać się w szkole. A w lato jej wielkim plusem była naprawdę dobrze działająca klimatyzacja. Teraz zresztą też temperatura była taka akurat.
— Pamiętamy, ale nie wiemy jeszcze, czy będziemy — Raphael odparł ze spokojem, nie planując specjalnie się tłumaczyć ze swoich wątpliwości. Ale liczył, że przyjdzie. Miał ochotę. Tak samo jak Chase, który tylko mruknął na znak, że pamięta.
— Ty, Raphi, będziesz zabierał Shirley, jak jednak przyjdziesz? — Roy obejrzał się na chłopaka i zrobił kilka podskoków w miejscu, by lepiej się rozgrzać, bo mięśnie za szybko zaczynały go boleć.
— Myślę, że tak. Nawet was lubi, o dziwo, więc… — chłopak darował sobie dalsze podnoszenie ciężarów i zaczął się rozciągać, żeby nie mieć potem zakwasów.
— O dziwo. Sam jesteś o dziwo, pało — prychnął Gabriel, kręcąc głową z głupim uśmiechem i skinął na Roya, żeby się nie ociągał. Już sam nawet złapał worek, żeby przygotować się na kolejną serię ciosów, ale nagle go puścił i wskazał na wyciskającego Chase’a. — Ej, ale, kurwa! Ty byś się mógł w końcu pokazać z tą swoją dziunią! Nie bądź pała, nawet foty nie widzieliśmy. Nie może być aż taka sztywna, żeby się nie pokazywać.
Chase na moment się spiął. Sam by zobaczył teraz jakaś fotę Courtneya, bo miał wrażenie, że zapomina, jak mężczyzna wygląda. Nie mieli kontaktu ze sobą już tydzień i było mu z tym… dziwnie.
— Założysz się? — odparł kpiąco zamiast szczerze, bo nie miał pomysłu, jak się wykpić. Nie mógł im przecież pokazać swojego kuratora.
— To nie musi iść z nami na imprezę, możemy się do jakiejś knajpy, kurde, wybrać albo co — dodał Roy, który mimo że był skrycie zazdrosny, że Chase zapina ją w dupę, to był też ciekaw, jak wygląda. Znali tak właściwie tylko jej imię i wiedzieli, że była nauczycielką.
Nawet Raphael zerknął na niego z boku, rozciągając prawą rękę.
— Nie daj się tyle prosić, musisz mieć nasze błogosławieństwo — rzucił z lekkim uśmiechem.
— Jakbyś ty jakieś błogosławieństwo potrzebował! — Chase fuknął i w końcu zostawił sztangę. — Ale no co wy mnie ciśniecie? To nie mój wymysł, a wy co najwyżej będziecie ją jak debile zarywać i to będzie wasze błogosławieństwo.
Cała trójka jego kumpli spojrzała po sobie z kwaśnymi minami. Gabriel zostawił w spokoju worek, Roy założył ramiona na klatce piersiowej, a Raphael odwrócił się na sprzęcie bardziej w stronę Chase’a.
— Wstydzisz się jej? Coś z nią nie tak? Przecież jesteśmy jak bracia, nie wyśmiejemy jej, jakby co — rzucił ostrożnie, a jego starszy brat pokiwał głową gorliwie.
— Nie ma czego w niej wyśmiewać! — Chase odparł od razu groźnie i bojowo. — Ja pierdolę, nie łapiecie, że nie chce po prostu być widziana z nastolatkiem?
— Spoko, to zrobimy posiadówę u nas na chacie, nie, Raphi? — Gabriel od razu żywo zasugerował, kiwając na brata. — Starzy mają te jebane warsztaty gospel w środy i czwartki wieczorem. Będzie wolna chata na dwie godziny.
Chase skrzywił się w duchu. Kumple naprawdę go cisnęli, żeby przedstawił im swoją dziewczynę, a to zwyczajnie było niemożliwe.
— Nie wiem, czy się zgodzi — burknął, czując, że przegrywa.
— Ja liczę, że ty zadbasz o to, by się zgodziła. Powiedz, że wszyscy robimy zrzutę na ciasto powitalne. Laski uwielbiają ciasta — Roy rzucił jakąś mądrość życiową, którą poznał dzięki swojemu wielkiemu doświadczeniu w podrywie. — I lubią w ogóle, jak się im daje prezenty. Mówię ci, stary, nie oprze się.
— To jak, w ten czwartek u nas o piątej? — Gabriel dodał z zadowoleniem, zacierając ręce.
Chase zacietrzewił się. Czuł się, jakby był dźgany patykiem do czasu, aż nie wybuchnie.
— Nie wiem. Mówię wam przecież, że to nie ode mnie zależy, z babami to jak z babami! Jak się zaprze, to nie ma przebacz. To, że jest zajebista w łóżku, nie znaczy, że nagle nie jest pod tym względem babą! — syknął, po czym odetchnął głęboko i pojednawczo spojrzał na kumpli. — Ale spytam. Okej? Możemy teraz pogadać o czymś innym?
Gabriel i Roy zaśmiali się, a Raphael sięgnął po butelkę wody stojącą obok.
— Ale to daj znać, co powiedziała, jak zapytasz. I o czym chcesz gadać? Teraz ty coś powiedz, jak nas zjechałeś jak psy, że chcemy wiedzieć, z kim nasz kumpel chadza — zasugerował spokojnie, bez wyrzutu i napił się.
— No myślę, że nie jak psy, bo psom nie proponowałbym wyjazdu na mecz hokeja do Saint Paul. Mam trzy bilety z noclegiem na koniec listopada — pochwalił się kumplom i czekał na ich reakcję.
Ci najpierw spojrzeli na niego jak na głupiego, a potem popatrzyli po sobie.
— Jak to, kurwa, bilety na mecz? Co ty odwalasz, wiem, że cię nie stać! — Gabriel pierwszy zareagował, z szokiem i niedowierzaniem.
— Bez jaj! — dodał Roy.
Chase zaśmiał się z szerokim uśmiechem wypływającym mu na usta. Podobał mu się ich szok.
— No, nie stać, ale dostałem od państwa. Kurator mi załatwił w ramach jakiegoś tam programu. Ale są tylko trzy, więc na jeden musimy się zrzucić.
Raphael się nie odzywał, bo tylko się gapił jak wmurowany w Chase’a. Gabriel i Roy za to nagle roześmiali się i wydarli z radości, dodatkowo przybijając sobie piątkę. Dosłownie każdy klient w siłowni obejrzał się na nich, co niby takiego mogło się stać przy tych sprzętach, że dzieciaki się drą, jakby podnoszenie ciężarów powiększyło ich przyrodzenia o kilka centymetrów.
— Staaaary, ale akcja, aaaale akcja! — Gabriel jarał się najbardziej ekspresyjnie. — W listopadzie? To za miecha, kurwa! Weź, to ja też rozjebię jakiejś parówie bańkę na szybie, jak się za to na mecze, kurwa, jeździ!
Chase nadal z uśmiechem pokręcił głową.
— No, na mecz raczej jeździ się za przeproszenie Newtonów i zapierdalanie co niedziela do schroniska. Więc ja tam nie wiem, czy ten twój plan jest taki dobry. Ale to w ogóle bym wam podesłał szczegóły i trzeba by było domówić bilet jeszcze jeden. Bo Raph, ty też chcesz, nie? — zwrócił się do najmniej uradowanego. Wiedział, że ten nie podniecał się tak hokejem jak oni, ale kiedy zdarzało im się razem oglądać mecze, to włączał się do komentowania i nie marudził. Zwyczajnie cenił ich wspólne spędzanie czasu, a sposób nie był istotny.
— No, jasne, chciałbym. To lepiej zamówić bilet wcześniej, bo jeśli są miejscówki, to dobrze by było mieć wszystkie obok siebie — powiedział rezolutnie i podał mu butelkę z wodą.
— No, Raph dobrze mówi. To co, panowie? Zrzuta na jeszcze jeden bilet i nocleg i jedziemy, nie? Szybka decyzja i zawiadomię może tego swojego kuratora, to coś pomoże ogarnąć te bilety, żeby były wszystkie cztery miejsca razem — Chase zachęcił ich jeszcze, zadowolony ze zmiany tematu i entuzjazmu kumpli.
— No pytasz, kurwa, jasne, że się zrzucamy. Niech się menda do czegoś przyda i zamiast trucia ci dupy, sprawdzi, ile to wyjdzie. To się zrzucimy. — Roy wychylił się i poklepał Chase’a po ramieniu. — Swój chłop jesteś, że nas zapraszasz.
— A kogo innego miałbym niby zaprosić? Philipa i Iana? — Chase odparł kpiąco i sam wybuchnął śmiechem ze swojego żartu. Nie, nawet nie miał z kim innym iść na ten mecz. Co, poszedłby sam w towarzystwie dwóch biletów? Też coś.
Kumple też się zaśmiali, a Chase widział w ich oczach, jak bardzo podjarani są faktem wyjazdu na mecz. Nie raz zdarzało im się o tym fantazjować. Oglądając wspólnie mecze, myśleli, jak to by było móc być na trybunach i drzeć się tak głośno, jak nie mogli przed telewizorem, bo sąsiedzi bili pianę. A teraz mieli taką szansę. Mogli pojechać do Minnesoty i obejrzeć na żywo prawdziwy mecz NHL.
— Dobra, to zbieramy się, kurwa, ja mam dość, a teraz myślę tylko o tym zajebanym meczu! — Roy roześmiał się, ocierając czoło koszulką.
— Mhm i wszamałbym coś. Jakiegoś burgera — Gabriel ochoczo podchwycił pomysł kolegi.
Za nim ze swoich miejsc ruszyło dwóch pozostałych chłopaków. Mieli jeszcze okazję gdzieś pojechać, zjeść coś niezdrowego i pogadać o meczu, o wyjeździe, o planach. Zapowiadało się miłe popołudnie. Tylko Chase coś musiał wymyślić względem zaproszenia, jakie otrzymał dla siebie i dla swojej dziewczyny. Był w kropce.

10 thoughts on “Newton’s Balls – 40 – Problematyczne zaproszenie

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, dum dum dum… już niebawem się dowiemy, co to się kryje za tytułem następnego rozdziału… Widzę, że ogólnie pobudza wyobraźnię. I to urocze, że chcesz tyle szczęścia dla Chase’a. Zupełnie jak Kukurydz. On też by najchętniej otoczył go jakąś barierą, przez którą nic złego do niego by się nie przedostało. Ale życie jednak bywa podłe…

  2. kaczuch_A pisze:

    Haha Kukurydz się wyda, znaczy wyjdzie na jaw w następnym rozdziale, że Chase woli facetów tak wnoszę po tytule i szczerze mówiąc nie mogę się tego doczekać komu to zostanie przekazane i jak ten ktoś zareaguje. Mam nadzieję, że dobrze, bo nie chcę by ten chłopak miał jeszcze bardziej pod górkę, serio. Mógłby zaznać samych zajebistości.

    Weny~!

  3. Katka pisze:

    Mati, dokładnie! Oczy mu mogło wypalić. Marshall w ogóle o niego nie dba XD A co do pracy… taa, jak widać, Marshallowi się nie spieszy do znalezienia jakiejś…

  4. Mati pisze:

    Hahahaha, „biedny” Courtney :D Toż to oczy mogło mu wypalić :D I mam dziwne wrażenie, że Marshall szybko tej pracy nie znajdzie, nawet z pomocą brata. Jest mu u niego za dobrze.
    Ale cisną tego Chase’a, ale cisną. Ciekawe jak wybrnie.

  5. Katka pisze:

    Levi, jeszcze nie ogarnęłam następnego rozdziału, wiec nie mogę zapewnić czy będzie relacja Chase-Courtney niestety. Ale zabawnie czasem, jak swego czasu mam wrażenie, że był tego przesyt, bo w komentarzach pojawiało się, że za dużo ich samych razem XD Czasem truuudno wypośrodkować, jak się pisze ciurkiem, a potem w dzieleniu na rozdziały różnie wychodzi.

    Yaoistka, chyba że jakimś cudem uda się tę tajemnicę uchronić, ale kłamstwo zawsze ma krótkie nogi… hahaha, a Marshall w dwie strony… Moooże XD

    Kasia, myślę, że tak, że bracia w jakiś pokrętny sposób się o siebie troszczą. W dzieciństwie de facto mieli tylko siebie, więc chyba trochę weszlo im to w krew. No i myślę, że mimo wszystko jeden kocha drugiego. Ale trudno powiedzieć, czy coś nie jest w stanie tego zepsuć… A Lucy jest starsza od Chase’a… hm, nie wiem dokładnie, ale zakładam, ze jakieś 2-3 lata. Ale jakby się umalowała, na pewno zdołałaby zrobić tak, żeby wyglądać na starszą XD

    Ive, już mamy dwie teorie, co może się dziać w następnym rozdziale ;D W takich momentach mam ochotę robić zakłady XD Ach ta dusza hazardzisty. Ale tak, wszystko co mówisz, jest prawdopodobne… :)

    Wadera, Roy faktycznie mógłby zareagować ciężko, ale Gabriel to też dość ryzykowny osobnik. Chyba tylko Raphael nie wydaje się takim wrogiem nr wszystkich gejów. Haha a Courtney nie dał mu w zęby, bo zdecydowanie Marshall odwalał już znaaacznie gorsze rzeczy niż seks z przygodną laską u niego w domu. Mają za sobą długą historię, a Courtney zdążył wytrenować trochę cierpliwości XD hehe, a nacieszenie się sobą – no przydałoby im się… Pozdrówki! ;)

  6. Wadera pisze:

    No proszę proszę, czyżby szykował się comming out Chase’a ? Będzie musiał w końcu jakoś kumplom wytłumaczyć dlaczego tak chowa tą swoją laskę i może wreszcie się przyzna. Mam tylko nadzieję, że zachowają się w miarę w porządku i nie będą po nim jeździć. Boję się trochę że Royowi może odwalić, ale miejmy nadzieję, że się mylę.
    W ogóle to muszę pochwalić Courtney’a, że nie dał bratu w gębę (ja bym się pewnie nie powstrzymała – więc szacun;) zwłaszcza, że nawet nie może w pełni dać upustu swojemu ciśnieniu. Mam nadzieję, że nie będziecie okrutne i w następnym odcinku pozwolicie chłopakom spuścić trochę pary i nacieszyć się sobą XD
    Pozdrawiam serdecznie i weny życzę!

  7. Ive pisze:

    Sprawdziłam tytuł następnego rozdziału 😃Czyżby Chase miał się wysypać przed kumplami 😉 Aaaalboo… dziewczyny dobrze wymyśliły, przyzna się Lucy i poprosi ją by udawała „jego laskę” . Tak czy siak będzie działo.
    I ja też bym chciała Chase’a i Courtneya znów razem.

  8. Kasia pisze:

    Węszę wpadkę przed Marshallem, mam jednak nadzieję że solidarność braterska okaże się wystarczająco silna aby nie narobił Courtneyowi kłopotów. Oni mają dość specyficzne relacje, ale ma się wrażenie że troszczą się o siebie, tak jakby ciężkie dzieciństwo ich razem trzymało? Nie wiem czy to dobre słowo. Bardzo mnie ciekawi jak Marshall zareaguje na chłopaka swojego braciszka.
    W ogóle to bardzo urocze jak chłopcy za sobą tęsknią, Courtney tłumaczy to sobie brakiem seksu, natomiast Chase czuje się „dziwnie” hehe, ciekawe kiedy mu zaświeci żaróweczka? ☺ No i co wymyśli z tą swoją dziewczyną, rzeczywiście Lucy byłaby tu dobrym rozwiązaniem, ale czy ona tak sporo starsza jest?
    Dzięki dziewczyny, super rozdział 😀

  9. Yaoistka^^ pisze:

    Uj… Tajemnica chyba długo nie pociągnie xD ale hym… Coś sie dzieje ^^ brat naszego kuratorka chyba ten tego w dwie strony by chciał jak mu z ta Kim było za cisno ale dobrze xD huehu

    Weny!:)

  10. Levi pisze:

    Kolejny fajny rozdział Wam wyszedł dziewczyny, ale mi jednak brakuje bezpośrednich relacji Chase i Corna, steskniłam się za nimi razem.
    Chyba czas żeby Lucy wkroczyła do akcji i stała się na jedno spotkanie Courtney. Chłopakom by szczęki opadły na jej widok.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s