Across The Cursed Lands III – 17 – Łagodny i zadufany

Wszystkie za i przeciw pojawiały się w głowie Isaaka Hamiltona i każdy z punktów był dokładnie analizowany, gdy mężczyzna po raz kolejny czytał wiadomość od generała. Wyciągnął z kieszonki w swojej czarnej, eleganckiej marynarce srebrny zegarek kieszonkowy i sprawdził godzinę. Rozkład pociągów miał w głowie, więc doskonale wiedział, który kiedy odjeżdża. Pytanie tylko… w którą stronę się udać?
— Panie generale… obawiam się, że będzie pan musiał na mnie troszeczkę poczekać — zamruczał do siebie, gdy wreszcie podjął decyzję i uniósł się z miękkiego krzesła przy biurku, z którego już dawno zniknęły ważne dokumenty.
Wciąż nie odkrył, kto może być pluskwą w kwaterze, choć miał pewne podejrzenia. Trzeba więc było być ostrożnym.
Zapakował swoje rzeczy do torby, którą łatwo można było przytroczyć do siodła. Potem ubrał się ciepło, gdyż wraz z początkiem października zawitały chłodne wiatry. Wzbogacony jeszcze w elegancki cylinderek, wyszedł ze swojego gabinetu w kwaterze i podążył szybkim marszem w dół.
— Och, pan Hamilton. — Usłyszał, kiedy skręcał na schodach, żeby zejść jeszcze piętro niżej.
Znał ten głos i nieszczególnie chciał w tej chwili rozmawiać z jego posiadaczem. Jednak zanim się na niego obejrzał, przywołał na swoją pociągłą twarz nieszczery uśmiech widoczny pod cienkim, czarnym wąsikiem.
— Doktorze… — Skłonił się, unosząc cylinder.
— Gdzież to się pan wybiera, panie Hamilton? — doktor Lund zaciekawił się, zbliżając się do rozmówcy. Miał przy tym głowę lekko przechyloną na bok, jak ciekaw nowego odkrycia ptak.
— Ważne sprawy wzywają, doktorze — odpowiedział i wyprostował się dumnie. — A doktor cóż robi na tym piętrze? Gabinet, jeśli mnie pamięć nie myli, znajduje się na dole.
— I dlatego mam się do niego ograniczać? — spytał Lund, zakładając dłonie za plecami. Nie miał na sobie dziś fartucha, ale zdobnej kamizelki sobie nie odpuścił. — Ostatnio mało raportów dociera do kwatery. Zaczynam się niepokoić o naszych przyjaciół.
— To prawda. To bardzo niepokojące. Nawet nie wiemy, gdzie teraz są, ale miejmy nadzieję, że los im sprzyja w tych trudnych czasach. Może pan ma jakieś przypuszczenia, doktorze? Co się mogło z nimi stać? — zagadał Isaac spokojnie, nie okazując niecierpliwości czy zdenerwowania. Choć było mu spieszno, bo przed odjazdem pociągu musiał jeszcze załatwić kilka niecierpiących zwłoki spraw.
— Niestety. — Lund wzruszył ramionami i zbliżył się do niego. — Nie takie zagadki są moją domeną. To wy, młodzi, bardziej ciągniecie za przygodą i lepiej rozwiązujecie takie sprawy. Ale jak tylko będzie miał pan wieści o generale Orkenzy, proszę dać mi znać. Niepokoję się.
— Z wielką przyjemnością poinformuję doktora, gdy tylko przybędą dobre wieści. Miejmy nadzieję, że będą tylko takie. — Isaac posłał Lundowi uśmiech i skłonił się.
A gdy tylko odwrócił się na pięcie i ruszył w dół schodów, uśmiech spłynął z jego twarzy. Nie miał czasu na tego mężczyznę, choć powinien poświęcić więcej czasu na obserwacje. Ale skoro generał uznał, że są obecnie dla niego ważniejsze zadania niż odnalezienie szczura, to niech tak będzie.
Opuścił budynek poczty, niknąc w tłumie ludzi. O tej porze kolejki były niebotyczne i takich samych spodziewał się na dworcu. Dlatego nie ociągał się i pospieszył prosto do stajni, by przygotować swojego konia do drogi.
Nie chwalił się nim tak, jak ten przygłupi Ranger, ale też uważał, że jego wierzchowiec jest najlepszy. Głęboko wierzył w to, że pokonałby Oficera Jeffersona w każdej konkurencji.
— Pomóc panu? — Stajenny chłopak podszedł do niego z nadzieją na zarobek i obsmarkanym rękawem koszulki.
— A niech będzie, młody człowieku — odpowiedział z łaską, ale sam też poszedł do boksu swojego ogiera, by dopilnować szybkiego przygotowania do drogi.
Uwielbiał swojego konia. Był szybki i wytrzymały, a do tego bardzo elegancki przez swoje unikatowe umaszczenie. Przód jego ciała, cały brzuch i nogi były czarne. Grzywę i ogon także miał w tym kolorze, ale zad i grzbiet były już białe, miejscami poprzetykane czarnymi plamkami. Wielu ludzi podziwiało Kupida… choć wadą był jego charakter. Jak Isaac Hamilton był osobą nieprzyjazną i zdystansowaną, tak jego młody rumak miał tendencje do okazywania miłości każdej osobie, na jaką się natknie.
Stajenny chłopak podziękował i zaczął przygotowywać konia do drogi. Kiedy zapinał mu siodło, ten poskubał go po włosach, na co młody chłopak roześmiał się i pogładził ogiera po pysku.
— Fajny koń, psze pana.
— Nie wiem, czy użyłbym takiego określenia dla tego nicponia, ale niech będzie — odmruknął Isaac, stojący nieopodal z rękami splecionymi z tyłu i torbą leżącą u jego stóp.
Widział, że Kupid już chce i z nim się przywitać, ale celowo i sadystycznie stał poza zasięgiem jego pyska.
Chłopak jeszcze się zaśmiał, ale przy tym sprawnie zajmował się koniem. Po chwili ten już był gotowy do drogi i, co dla rumaka ważniejsze, mógł wyjść z boksu i okazać trochę uczucia Isaakowi.
— Tylko nie kapelusz… — Mężczyzna uniósł dłoń ostrzegawczo, ale Kupid już był przy nim i potarł z prychnięciem pyskiem o jego twarz, przy tym zrzucając mu kapelusz na ziemię. — Czego mogłem się spodziewać…?
Isaac westchnął i podniósł swoje nakrycie głowy, po czym dopiął torbę do siodła rumaka. Rzucił jeszcze monetę stajennemu i wyprowadził swojego konia ze stajni.
Kolejny przystanek… kowal. Nie zamierzał jechać prosto do generała, bo obiecał Adeli podjechać do jej męża po dokumenty na temat kamieni, które tam zostawiła. Ale nie miał też czasu wracać później do kwatery, więc musiał załatwić sprawę z kowalem już teraz. Bo tylko tutaj mieli jednego naprawdę zaufanego. Wskoczył więc na siodło, szarpnął lejce i pokierował Kupida w dobrze znanym sobie kierunku.
Kowal był prostym człowiekiem. W sumie Isaac domyślał się, że Nicholas nie będzie zadowolony z tego, że wplątuje go w całą ich sprawę. Wyrywanie go z zacisza na obrzeżach miasta było niemalże jak zabieranie niewinnemu dziecku cukierka, ale jednocześnie mężczyzna ten miał niezwykły talent w rękach. Isaac wiedział, że będzie się nadawał, bo nie raz generał odwiedzał go w kryzysowych sytuacjach, kiedy jego protezy już odmawiały posłuszeństwa.
Wyjechał za gęste zabudowania i dotarł do obrzeży. Tutaj było tylko kilka domów mieszkalnych i nieliczne budynki usługowe. Było też ciszej i spokojniej.
Dostrzegł duży, drewniany szyld z młotem i kowadłem, do którego skierował się z nadzieją, że zastanie właściciela przybytku. Zeskoczył z Kupida i przywiązał jego lejce do belki przed piętrową chatą, po czym załomotał w drzwi.
— Idę, idę! — Usłyszał głos z głębi, a potem ciężkie kroki. Zaraz drzwi się przed nim otworzyły i zobaczył potężnego mężczyznę o szerokich ramionach i ogromnych rękach oraz dłoniach. — Och, pan Hamilton, co pana sprowadza? — spytał kowal, uśmiechając się słabo, ale ciepło. Był definitywnie typem poczciwego człowieka o dość okrągłej twarzy i oczach z opadającymi kącikami.
— Sprowadza mnie bardzo ważny interes, panie Hill — odpowiedział gość z uśmiechem. — I obawiam się, że musi się pan spakować.
Kowal zmarszczył się z brakiem zrozumienia.
— Rozumiem, ale czemu spakować?
— Bo mamy ważną misję. Pozwoli pan na chwilę, że przekroczę próg pana zacnego przybytku i wymienimy informacje w miejscu, gdzie nikt nie będzie nas ani widział, ani słyszał? — zapytał uprzejmie Hamilton.
Gospodarz nie wyglądał na przekonanego, ani nawet na zafrasowanego. Raczej na zrezygnowanego faktem, że jego spokojna sielanka została właśnie przerwana.
— Jeśli jest to aż tak konieczne… — Westchnął i wpuścił gościa.
Isaac skinął mu grzecznie głową i wszedł, zdejmując z głowy cylinder. Pod nim miał ułożone, ciemne włosy, a samo odzienie bardzo zadbane i uszyte z dobrego, nie najtańszego materiału. Wiedział, że samo przebywanie w tym miejscu pozostawi na jego płaszczu ślady, ale nie przejmował się tym, jak niektórzy eleganci.
Poczekał, aż gospodarz wskaże mu jakieś miejsce, gdzie będzie mógł spocząć i przedstawić całą sytuację.
— To niech pan siada, panie Hamilton.
Kowal wskazał mu stołek przy drewnianym stole. Prostym, ale z okutymi metalem rogami. Zresztą, nogi u krzesła i stołu były nim wzmocnione. Samo wnętrze było gorące, parne i pełne specyficznego zapachu. Do tego przedstawiało sobą całą surowość, jaką też gospodarz prezentował we własnym wyglądzie. Meble bez większej finezji, ale solidne i ciężkie, mało ozdób… Jedynie na jednej ścianie wisiały dziwne metalowe konstrukcje, trochę przypominające narzędzia tortur.
Isaac usiadł na wskazanym miejscu, założył nogę na nogę, a na kolanach położył kapelusz.
— Niech pan też spocznie. To poważna sprawa.
— Tego się właśnie obawiam jeszcze bardziej, kiedy na pana patrzę… — Kowal westchnął i przysiadł naprzeciwko na drugim stołeczku. Odetchnął ciężko i obiema dłońmi potarł zarośniętą twarz. — Więc słucham, tyle na pewno mogę zrobić.
— Na sam początku musi pan wiedzieć, panie Hill… — Isaac zaczął powoli i wyraźnie, żeby upewnić się, czy ten prosty człowiek przyswoi każde jego słowo. — Że prawdopodobnie w kwaterze mamy szpiega. I to jest pierwszy argument za tym, że musimy czym prędzej opuścić miasto.
— Oh… i jak rozumiem, jestem poza podejrzeniami, tak samo jak pan? — spytał kowal z wyraźna miną człowieka, który coraz bardziej żałuje, że otworzył drzwi. — Ale nim pan przejdzie dalej… Czemu w ogóle mi pan to mówi? Generał Orkenzy wtajemniczył mnie w całą tę organizacje po to, żeby nie musieć kręcić, kiedy przychodziło zlecenie na jakąś dziwną broń. I to w sumie całe moje związki z takimi jak pan.
— Mówię to panu, panie Hill, bo będzie mi pan towarzyszył przez pewien czas w podróży. Dobrze, żeby pan wiedział chociaż trochę, by komfort tej podróży był przynajmniej śladowy. Dodam również, że rozkazy przychodzą od generała. Jest mu pan potrzebny w miejscu oddalonym od Kansas.
Mężczyzna skrzywił się i westchnął z rezygnacją. Jego twarz mówiła wszystko o tym, jak nieucieszony jest z tego, że został w to wplątany.
— I nie mam szans zobaczyć tych rozkazów, bo są ściśle tajne? — spytał i wstał od stołu. — Kiedy ruszamy?
Isaac westchnął ciężko, rozpiął płaszcz, następnie sięgnął do kieszonki po zegarek i spojrzał na tarczę.
— Za… dwie godziny i czterdzieści trzy minuty.
— Ile…? — Kowal zapomniał o kurtuazji.
— Tyle, że musi się pan spieszyć, panie Hill — podsumował Isaac i uniósł się. — Załatwię jedną sprawę w banku, kupię dla nas bilety i spotkamy się punkt druga na dworcu. Proszę wiele nie brać. Możliwe, że będziemy podróżować w pewnym momencie konno. Och… ma pan w ogóle jakiegoś konika?
— Tak — wydusił gospodarz, nadal nie wierząc, że miał za niecałe dwie godziny wyruszyć w jakąś podróż. — I po co w ogóle jadę z panem, bo nadal tego nie wiem? — wydusił, już podświadomie wiedząc, że to nieuniknione.
— Niestety nie mam konkretnych informacji. Dotarła do mnie wiadomość… — Isaac podszedł do niego i położył mu dłoń na piersi, bo do ramienia musiałby się za bardzo wyciągać z racji postawy mężczyzny. Wychylił się do jego twarzy, by wyszeptać: — Musimy pojechać na ranczo, na którym ukrywa się generał wraz z naszymi ludźmi. Potrzebuje pomocy przy protezach i, jak się domyśliłem, w naszej głównej sprawie, nad którą pracuje pewna dwójka. Dowiemy się na miejscu, ale nikt nie może wiedzieć o naszym wyjeździe. Proszę nie uprzedzać nawet klientów, z którymi jest pan umówiony.
Po tym odsunął się i zapytał spojrzeniem, czy go zrozumiał.
— Sporo stracę na tym, wie pan? — spytał kowal, ale i tak już myślał, co zabrać. Miał nie brać dużo, ale na Boga, musiał zabrać narzędzia, a tych nie miał w jednej małej skrzyneczce. Nie powinien przeciągać, ale odmówić sobie zrezygnowanego westchnięcia nie mógł.
— Spokojnie. Koszta zostaną panu zwrócone z nadwyżką. Rząd opłaca misję — zapewnił go gość. — Proszę nie zapomnieć podstawowych narzędzi do pracy. Będziemy potrzebowali pana zdolności.
Po tych słowach Isaac skinął mu głową i bez zbędnych słów wyszedł z budynku. Było mu spieszno.
Kowal aż rozłożył ręce w szoku. Nie tego się spodziewał po dzisiejszym dniu, ale też wiedział, że nie ma wyjścia i musi szybko zacząć się pakować. Było naprawdę mało czasu, więc nie miał co go tracić na rozmyślanie nad tym, czy powinien się wywiązać. Musiał, w końcu był związany rządową umową.
— Żeś się wpakował, Ed… — mruknął do siebie i ruszył po juki, by spakować w nie narzędzia. Nawet, do cholery, nie wiedział, czy cokolwiek jest na miejscu. Wątpił.

***

Isaac zapłacił za to, żeby w przedziale, w którym mieli swoje miejsca, nikt inny nie przebywał. Był więc tylko on i Edward Hill. Ten drugi dopiero na dworcu dowiedział się, dokąd jadą. Na razie czekała ich podróż do Frankfort, ale Isaac uprzedził go, że to nie jest ich ostateczny cel. Mieli tam zresztą dojechać dopiero za dwa dni, gdyż w Vincennes mieli przesiadkę i nocleg.
— Skoro mamy chwilę na uprzejmości… — Isaac odezwał się, gdy minęły pierwsze minuty od opuszczenia przez pociąg stacji w Kansas City. — Mam nadzieję, że pana zakład w mieście nie straci wiele przez tę chwilową nieobecność.
— Pytanie, ile będzie trwała ta chwila.
Kowal odetchnął i spojrzał za okno. Znowu potarł dużymi dłońmi twarz i w końcu oparł łokcie o kolana. Gruba koszula w kratę, którą miał na sobie, aż napięła się na jego plecach. Obok leżała jego brązowa kurtka ze skóry, która na pewno dawała więcej ciepła niż wykwintne ubrania dżentelmena naprzeciwko niego.
— Trudno mi powiedzieć, bo ostatnio nic nie jest pewne na tym padole. Na razie jedziemy w… odwiedziny — wyjaśnił Isaac z uśmieszkiem. Jego cylinder leżał obok na siedzeniu, a na stoliczku cienka książka, którą zabrał dla zabicia czasu. — Potem sprawdzimy jeszcze jeden trop. Pozwoli pan, że nie będę zarzucał szczegółami. Ale potem już spróbujemy udać się prosto do generała. Jednak ile czasu tam pan spędzi, trudno mi powiedzieć. Wie pan, panie Hill, że nasz drogi generał nie należy do ludzi o długim języku.
— Pan za to ma swój bardzo pokrętny — odparł kowal z lekkim znużeniem w głosie, który był odpowiednio niski do jego postury. I spokojny, tak jak jego brązowe oczy, co uspokajało, bo ktoś o porywczym charakterze i takiej muskulaturze mógłby być kłopotliwy w obyciu.
Isaac westchnął w duchu. Czasem trudno się rozmawiało z niewykształconymi ludźmi, chociaż cenił ich zdolności fizyczne. Trzeba jednak było do nich podchodzić bardziej jak do dzieci albo zwierząt.
— Staram się pomóc panu odnaleźć się w tym, ale widzę, że z marnym skutkiem. Spokojnie. Będziemy pana używać tylko do czasu, aż będzie pan użyteczny. Ani chwili dłużej.
— Ciekawie brzmi to w pana ustach. Ale w ogóle, jak rozumiem, mamy razem podróżować więcej niż dwa dni? — spytał kowal, opierając się znowu o oparcie kanapy w przedziale.
— Niewątpliwie. Obecnie czekają nas dwa dni drogi pociągiem. Potem, podejrzewam, spędzimy jakieś… pięć dni w siodle, jeśli nic nas nie zatrzyma. Załatwimy coś, a następnie znów podążymy koleją, aż do celu zostanie nam… trzy, cztery dni konno. Tak wyglądają moje obliczenia. Więc jeśli nie spotkają nas niespodzianki, czekają nas wspólne dwa tygodnie.
— Cudownie… — mruknął drugi mężczyzna z kwaśną miną. Nie wyglądał jednak na złego, a tylko przybitego tym faktem. — Może więc dla ułatwienia nie obrazi się pan, jak będę zwracać się po imieniu?
Isaac zaciął się na moment, bo właściwie było mu to nie w smak. Miał jednak do czynienia z osobą, jeśli dobrze pamiętał życiorys, starszą od siebie. Może więc niech mu już będzie…
— Jeśli powie mi pan, jak pan by chciał, bym się do pana zwracał.
— Ed, Eddie, cokolwiek, co nie będzie dla pana udręką.
— Tak więc, Eddie… — Isaac uśmiechnął się i założył nogę na nogę. — Powiedz mi, dlaczego zgodziłeś się pracować dla rządu? Wydajesz mi się bardziej człowiekiem skupionym na tym, by zadbać o swoje cztery kąty i już to, co dzieje się poza twoim progiem, jest poza zasięgiem twojego zainteresowania.
— Poza zasięgiem? — odparł Eddie, unosząc przy tym leniwie brwi. Pokiwał zaraz głową. — Ta, nie dziwię się, że tak na to patrzysz, ale wbrew pozorom zależy mi, żeby jednak nikt się nie zabijał pod moimi drzwiami.
— Więc zrobiłeś to dla pokoju i walki z bezprawiem? Może gdyby nie te czasy, zostałbyś członkiem Boosy — zakpił lekko Isaac i sięgnął po swoją książkę. — Ale chyba właśnie takich ludzi szukał generał… — dodał już bardziej do siebie, otwierając okładkę. — Prawych, dobrych i gotowych na poświęcenie.
— Jakim chociażby jest podróżowanie z kimś poniżej swojego poziomu? — spytał spokojnie kowal, patrząc za okno na mijane widoki. Był spokojny, mimo że głuchy nie był na to, jak Isaac do niego podchodzi.
A ten już tylko zamruczał do siebie „dokładnie tak, chociażby to”, zapewne myśląc o jego słowach w odwrócony sposób.
Zagłębieniem się w lekturze dał Eddiemu sygnał, że na teraz jest to koniec rozmowy. Kowal nie narzekał. Na pewno łatwiej było znieść tę podróż w milczeniu niż na rozmowach z Hamiltonem…

***

Widok za oknem pociągu był monotonny, ale nie usypiał mężczyzny, który się w niego wpatrywał. Eddie Hill był człowiekiem opanowanym, ceniącym sobie spokój, więc bezczynność nie wywoływała u niego znużenia, a jedynie miłe odprężenie.
— Chyba niedługo dojeżdżamy? — spytał swojego towarzysza, z którym nie dzielił się wieloma przemyśleniami, bo wiedział, że ten ani ich nie doceni, ani nie podzieli się swoimi.
Isaac Hamilton, który dotychczas był zajęty książką, zerknął na zegarek kieszonkowy.
— Tak, masz rację. Za siedemnaście minut planowo będziemy w Vincennes. Będziemy musieli poszukać noclegu blisko dworca. Wyjeżdżamy skoro świt.
— A jeszcze rozumiem, że nie zaplanowałeś, gdzie będzie ten nocleg? — spytał Eddie ze spokojem, ale w tonie słychać było powątpiewanie.
— Nie. Zaplanowałem za to, że nie będziemy dzisiaj nigdzie wychodzić ani wystawiać nosa z pokoju. Cały czas musisz brać pod uwagę, że jesteśmy obserwowani — powiedział poważnie Isaac. Zamknął książkę, uniósł się i schował ją do torby. Przy tym kowal zobaczył jego rewolwery schowane pod płaszczem. — Masz zręczne dłonie, czy może też bystre oczy?
— Chodzi, czy umiem strzelać, czy tylko walić młotem? — Kowal nie zbierał się jeszcze. Miał wszystko w jukach, a nie musiał poprawiać sobie stroju jak Isaac.
— Brawo, dokładnie tak, Eddie, miałem właśnie to na myśli, mój ty błyskotliwy chłopcze — odpowiedział przymilnie jego młodszy rozmówca, oglądając się na niego krótko, gdy grzebał przy torbie.
Kowal popatrzył na towarzysza z politowaniem.
— Umiem strzelać. Rzut młotem też nie jest mi obcy — odparł, a po jego tonie i barwie głosu ciężko było nawet Isaakowi być pewnym, czy to żart, czy mówi poważnie.
— Jeśli to prawda, to może nasz wróg ucieknie na sam widok, gdy zamachniesz się młotem — podsumował Hamilton i położył torbę obok swojego kapelusza na siedzeniu.
Pociąg powoli zwalniał, a oni widzieli zza okna, że zbliżają się do miasta. Było już ciemno, dawno po zachodzie. Isaac lubił podróżować pociągami. Nie tylko ze względu na szybkość, ale też komfort pozwalający chociażby na rozrywkę przy książce. Uważał, że Eddie Hill marnuje te godziny jazdy niepomiernie, siedząc i po prostu tępo gapiąc się przez okno. Widoki przecież nie były aż tak zajmujące. Na tę myśl zapytał z ciekawości:
— Podróżowałeś gdzieś już? Bo jeśli dobrze pamiętam, urodziłeś się w Kansas.
— Ale nie mieszkałem tam całe życie. Nie ma tego w moich dokumentach? — spytał, samemu też już wstając. Przeciągnął się, aż zahaczając dłońmi o sufit wagonu. Jeszcze nie mógł w pełni przyzwyczaić się do tego, żeby mówić do Isaaka po imieniu, ale sam tego chciał i wiedział, że tak będzie rozsądniej.
— Gdzieś tam na pewno jest, ale lepiej posłuchać o tym z pierwszej ręki. Więc pociągi to nie nowość dla ciebie? — drążył Isaac, jakby Eddie był pięcioletnim dzieckiem, które pierwszy raz widzi taką maszynę.
W trakcie rozmowy słyszeli, że niektórzy pasażerowie wychodzą już z przedziałów i przeciskają się do wyjścia.
— Nie, widziałem już trochę świata. Może nie tyle co pan — zapomniał się, ale pociągnął dalej: — ale myślę, że byłbyś zaskoczony — mruknął, przygotowując się do wyjścia. — Ale jednocześnie nie jest to nic, co powinno i musi być interesujące dla takiego światowca.
— Rozumiem — odparł krótko Isaac.
Chciał jeszcze dopytać swojego towarzysza o kilka kwestii, jednak uznał, że to nie jest odpowiednie do tego miejsce. Było tu zbyt wielu ludzi, żeby rozmawiać na utajnione tematy.
Pociąg z głośnym gwizdem zatrzymał się kilka minut później, a oni wreszcie mogli wyjść na zewnątrz. Powietrze było chłodne. Mimo że była jesień, to czuć w nim było już zapowiadający się mróz. Isaac miał nadzieję, że zima nie zawita w tym roku zbyt wcześnie, bo wyglądało na to, że tej nie spędzi tak, jak rok temu, w kwaterze, lecz bardziej… w terenie.
— Chodźmy po koniki — rzucił do swojego wielkiego towarzysza, gdy udało im się odsunąć od tłumu wysiadającego z wagonu. Na całe szczęście dworzec był dobrze oświetlony.
Eddie nie skomentował tego, jak przy tym, jakim dupkiem był Isaac, jednocześnie jak zabawnie mówił o koniach. Zresztą, już podczas załadunku zobaczył, że wierzchowiec Hamiltona jest całkiem zabawnym „konikiem”. Jego własna klacz, która już była dojrzałą panią, aż się trochę przy nim ożywiła.
Kupid z wielkim zaangażowaniem dziękował pracownikowi dworca za wypuszczenie go z wagonu, a na widok Isaaka prychnął głośno z uciechy i nawet zadrobił kopytami po bruku, pokonując dzielący ich dystans i wyrywając uzdę z rąk swojego wybawcy.
— Uspokój się i naucz ogłady, bo mi robisz wstyd — skarcił go Isaac, zatrzymując go i wzdychając cierpiętniczo.
Naraz został klepnięty w ramię przez Eddiego, który szedł do swojej spokojnej klaczy.
— Uroczy konik.
Isaac zmrużył powieki i spojrzał na Kupida, jakby mu wypominał błąd. Rumak się nie przejął i znów spróbował go pocałować, a gdy mu się nie udało i został pociągnięty za kowalem, to jego zaczepił, próbując poskubać mu gęstą brodę. Ten, mimo że był zajęty swoją bułaną klaczą, i tak pogładził wesołego natręta po pysku.
Po chwili już byli gotowi, żeby poszukać wygodnego noclegu.
Ulice były prawie puste, szczególnie te oddalone od dworca. Isaac doszedł do wniosku, że nie było to miasto pełne ludzi skorych do zabawy wieczorami, chociaż na zastany przez nich stan rzeczy mógł mieć wpływ sam fakt poniedziałku i zmęczenia pracą tutejszych mieszkańców.
— Był tu nie tak dawno pożar — zwrócił się do swojego towarzysza, podążając z nim ciemną ulicą i szukając szyldu z gospodą. — Choć obecnie nie jest to największe utrudnienie, jakie mogłoby nas spotkać.
— A jakie jest? — spytał Eddie, także się rozglądając, ale z mniejszym entuzjazmem.
Miał dziwne przeczucie, że nawet jeśli zaproponuje jakieś miejsce, to nie spodoba się to temu mężczyźnie. Zdał się więc tylko na niego i patrzył wokół, zwracając przez to uwagę na szczegóły, które Isaac omijał, bo był skupiony na czymś innym.
Rzeczywiście widział ślady pożaru tu i tam. Ale widział też, że miasto było zadbane, choć teraz wydawało się puste. Ani za nimi, ani przed nimi nikt nie szedł. Minęli się tylko z jednym jeźdźcem na skrzyżowaniu, a nad ich głowami przeleciał kruk.
— Szpiedzy. Bądź, co gorsza, ludzie kogoś, kogo próbujemy od kilku miesięcy złapać — wyjaśnił pokrętnie Isaac, mając na myśli Johna Smitha, o którym jednak Eddie nie miał pojęcia. — O. Chyba widzę miejsce, w którym będziemy się mogli przespać!
— Dobrze — odparł Eddie i jeszcze się raz rozejrzał po okolicy.
Jeśli faktycznie był tu pożar, to nieźle sobie z nim poradzono, bo nie wyglądało, jakby pół miasta odbudowano. A kiedy wszystko było wokół z drewna, o poważne straty nie było trudno.
Weszli do budynku, zostawiając konie przy belce przed wejściem. Wewnątrz było bardzo prosto, ale nie przesadnie spartańsko. Dało się domyśleć, że Isaac Hamilton nie zrobiłby sobie takiej krzywdy.
— Jeden pokój, dwa łóżka, jedna noc — Isaac zwrócił się do otyłej, podstarzałej kobiety siedzącej za ladą i podjadającej suszone owoce. Wyglądała, jakby przysypiała, ale godzina na zegarze na drewnianej ścianie nie wskazywała, żeby było po godzinach, w których można się było zameldować. — Gorącą kąpiel również i stajenny dla koni. Posiłek nie jest konieczny, jedliśmy w pociągu — dodał, odpowiadając, miał nadzieję, na wszystkie pytania, które mogłaby zadać i przeciągnąć rozmowę. Nie zamierzał zbyt długo przebywać w miejscu publicznym. A w holu tej małej gospody było kilku gości.
Kobieta popatrzyła na nich znużonym wzrokiem, odwróciła się i położyła klucz na dzielącym ich blacie.
— Proszę. Najlepszy pokój dla pana — zwróciła się bezpośrednio do Hamiltona. Można było wyczuć, że to on tu potrzebuje lepszych standardów.
— Dziękuję pięknie — odpowiedział Isaac i razem ze swoją torbą ruszył na piętro gospody.
Gdy usłyszał za sobą ciężkie kroki towarzyszącego mu mężczyzny, musiał przyznać, że jego postura była imponująca. Oczywiście trudno było to porównać do generała Orkenzy, który był nie tylko mocno umięśniony, ale też… metalowy. Jednak Eddie Hill również miał się czym pochwalić. Miał zresztą chyba większe dłonie, jakby już od urodzenia jego ciało przystosowywało się do tego, że będzie kowalem.
W końcu w ciszy weszli do jednego pokoju. Dwa łóżka, dwie szafki nocne, stolik dzielący to wszystko, także z dwoma krzesłami. Jedyne, co było wyróżniające pokój i dlaczego był tym „najlepszym” ze wszystkich, to balkon wychodzący na ulicę.
Po zapaleniu dwóch lampek w pokoju Isaac podszedł do balkonu i wyjrzał na zewnątrz. Nie było jednak co podziwiać, bo miasto powoli zapadało w sen. On sam z kolei miał nadzieję, że Eddie nie chrapie.
Położył swoją torbę na stoliku i wyciągnął z niej zaszyfrowaną wiadomość od Nicholasa. Usiadł i przysunąwszy bliżej światło, zadumał się nad jej tekstem w ciszy, ignorując obecność swojego towarzysza. Ten aż uniósł brwi w niedowierzaniu. Nie chciał atencji, ale myśl, że ten mężczyzna więcej mówił do swojego romantycznego konia, była trochę kująca w dobry smak.
Na razie zignorował to i położył się ciężko na plecach na swoim łóżku.
— I co?
— Och… — Isaac uniósł na niego wzrok, jakby sobie przypomniał o jego istnieniu. — Eddie. Jeśli chcesz, zażyj pierwszy gorącej kąpieli — zasugerował, przeczesując palcami swoje ciemne włosy. Rozluźnił też muchę pod szyją, samemu mając ochotę już się położyć, lecz musiał ułożyć w głowie cały plan, co do ostatniego punktu.
— Wiesz, że nie taka była intencja tego pytania, prawda? — spytał kowal, okręcając głowę nieznacznie w jego stronę. Przy okazji zauważył coś za oknem, ale nie podzielił się z towarzyszem tym, co zobaczył. — Zresztą, jak chcesz — mruknął, wstając, żeby się umyć.
— Jeśli chcesz o coś zapytać, postaram się potem odpowiedzieć — dodał Isaac za jego plecami, ale od razu też wrócił spojrzeniem do kartki, którą studiował.
Eddie nie skomentował. Wyszedł tylko z pokoju, żeby skorzystać z ciepłej wody i pobyć z dala od Isaaca.
Łazienka była nieduża, ale było w niej bardzo ciepło, co dawało przyjemne doznanie po krótkiej podróży z dworca do gospody na chłodnym powietrzu. W wannie czekała na niego gorąca, parująca woda, był też ręcznik i mydło. Drewniana podłoga była miejsca mokra, co oznaczało, że niedawno ktoś się kąpał, ale teraz miał chwilę całkowicie dla siebie.
Zamknął drzwi i rozebrał się do naga. Nawet w ubraniu było widać, że jest potężny, ale bez okrycia jego masa jakoś bardziej rzucała się w oczy. Był zresztą dość korpulentnym mężczyzną, o zdecydowanie silniej umięśnionych rękach niż nogach. Nie był też najszczuplejszy i zależnie od pory roku zbierało mu się trochę więcej ciała, które lubił nazywać „warstwą grzewczą”, głównie na brzuchu. Był też owłosiony, jak na pełnego testosteronu mężczyznę przystało.
Mydło zostawiało na jego skórze wiele piany, a on porządnie umył się na całym ciele, relaksując się przy okazji w ciepłej wodzie. To było miłe po podróży z Hamiltonem, która bynajmniej do lekkich nie należała. A dopiero kończył się pierwszy dzień.
Siedząc w wodzie, przemył twarz, pocierając ją mocno dłońmi. Nie miał pojęcia, jak wytrzyma z tym człowiekiem i tylko w swojej umiejętności wyłączania się widział nadzieję. Nie spieszył się z kąpielą, ale w końcu udał się do pokoju, żeby przespać się do rana.

12 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 17 – Łagodny i zadufany

  1. TigramIngrow pisze:

    Kruk! No nie :( i jeszcze kowal widział go przez okno, a nic Iaasacowi nie powiedział, więc będzie chryja, bo niczego nieświadomi zaprowadza go zarówno do męża Adeli jak i do chłopaków! Nieee…

  2. Katka pisze:

    Fumishi, hehe, ciekawa jestem, jaka jest właśnie zasługa Kupida w tym, że polubiłaś Isaaka XD Pewnie duuuża. A para Eddie i Hamilton na bank byłaby ciekawa! Pytanie, czy realna XD

    Luana, uważam, że ogólnie Isaakowi ktoś by się przydał, tylko pytanie, kto go zniesie. No może gdyby jakimś cudem Kupid zamienił się w człowieka… Hm, to w sumie dobra myśl na alternatywny koszmar Isaaka XD Jak budzi się, a Kupid, będący człowiekiem, nagle go liże i okazuje mu całą swoją miłość XD

  3. Luana pisze:

    Katka, też się nie dziwię, że Isaac jest sam. Ale może stanie się coś co sprawi, że na dużo spraw spojrzy inaczej. Adela wolała kogoś innego. :D
    Jak fajnie, że nie tylko ja widzę Isaaca i Eddiego razem. Niestety nie można wszystkich postaci „zgejić”. Ale pomarzyć można. :)

  4. fumishi pisze:

    Jakoś tak w tym rozdziale nawet polubiłam Isaaka. Relacja pomiędzy nim a jego koniem jest super. Takie dwa przeciwieństwa. :v
    I ja też już połączyłam w głowie Hamiltona i Eddiego. To mogłaby być ciekawa para. :D

  5. Shivunia pisze:

    Levi >> Brak czasu i stukanie w klawisze jest chyba całkiem wprost proporcjonalny do tego jak jest ostatnio łączony Eddie z Isaackiem :P To drugie jest naprawdę ciekawą wizją, nie mogę zaprzeczyć. Daje niezłe pole do popisu i… to gej-westernu. Jakby komukolwiek tu to przeszkadzało :P W końcu, bądźmy jak Kupid, kochajmy wszystkich i wszystko :D dewiza na dzisiejszy dzień :* Co do imienia nie wiem, ale obstawiam, że miał takie imię, ale nie chce mówić na 100% bo nie jest to mój koń (jeśli wiesz co mam na myśli)
    Eddie zdecydowanie nie jest tak głupi jak Hamilton go uważa, ale ten uważa za głupich wszystkich chyba że go zmuszą aby tak nie myślał. Ewidentnie dziwny człowiek.
    Dziękujemy za własną mobilizacje do pisania komentarzy :*

    Kaczucha >> Złe okresy to złe okresy. Ja ostatnio NON STOP jestem śpiąca. To dość niepokojące, tym bardziej u mnie, bo ja i tak przesypiam połowę życia. Ale do rzeczy. Dzięki że jednak skomentowałaś.
    „będzie wesoła, powiązana z BOOSĄ gejowa rodzinka” – takie wizję zawsze mnie bawią i mam do nich własne podejście, bo z jednej strony nie chce „zgejać” wszystkich postaci… z drugiej strony, oni razem tak słodko wyglądają i chciała bym aby się pomiziali i nie tylko tak niewinnie. Konflikt interesów tak bardzo.
    Zazdrosny Mavcio? Całkiem możliwe, on w ogóle ostatnio kradnie moje serce, wiec jest nadzieja, ze wasze też skradnie :* Wszystko wiec może się zdarzyć.
    Dziękuję za wenę, staramy się ją magazynować. Przyjmujemy też dary w kawie XD
    Pozdrawiamy :*

  6. kaczuch_A pisze:

    Mam tak samo jak Levi, czytam na bieżąco, ale się nie udzielam. Zbyt intensywne tygodnie nastały dla mnie i nie ogarniam. Tak bardzo.

    Hamilton i Eddie, albo się porządnie popieszczą, albo się popieszczą i będą razem i będzie wesoła, powiązana z BOOSĄ gejowa rodzinka xD Nie dziwię się, że każdy ich widzi razem, albo każdy przeczuwa smeksy, to aż wisi w powietrzu. Ewentualnie jak dotrą do reszty, to któryś z panów będzie o któregoś zazdrosny, strzelam, że generał będzie zazdrosny, bo Eddie jest duży i będzie kminił w swojej łepetynie, że Maverickowi się na pewno będzie musiał podobać, bo też taki duży, ale bez dodatku metalu xD

    Zupełnie coś nowego się pojawiło, nowi-starzy bohaterowie i to było takie miłe zaskoczenie. Co w cale nie oznacza, że nie chcę czytać o sielance na ranczu :)

    Weny~!

  7. Levi pisze:

    Oj, jak ja dawno nic u Was nie komemtowałam, aż mi wstyd. Ale nadrobie komentarze, bo rozdziały czytam na bieżąco.
    Największym pozytywnym aspektem rozdziału jest oczywiście konik Hamiltona – Kupid *.*
    Swoją drogą ciekawe imię, zastanawiam się czy to Hamilton sam go tak nazwał, czy jednak ktoś inny. A sam koń wręcz słodko-uroczy i aż ewenementem jest dla mnie to, że taka ‚para’ istnieje i Hamilton słownie w miarę go oszczędza. Może i on ma w sobie jakieś pokłady miłości i dobroci, ale są chyba zbyt głęboko schowane pod pedantyzmem i zgryźliwościami.
    A co do samego Eddiego, to uważam tak samo jak inni, że nie jest taki głupi za jakiego go Hamilton bierze, i jakby jego towarzysz podróży zwracał się do niego po ‚dorosłemu’ a nie jak do dziecka czy zwierzaka, to kowal wiedziałby o co chodzi. I przy dobrych porywach wiatru to właśnie Ed pierwszy zauważy ich ‚szpiega’, a nie Hamilton z nosem w książkach. Bo przecież kruk niczego dobrego nie zwiastuje XD

  8. Katka pisze:

    Kruha, to znak, że musimy wolniej wydawać rozdziały! XD

    O., logika różne ma imiona XD Nicholas kazał zabrać kowala, więc Isaac zabrał. A Eddie i Will faktycznie mogą stworzyć niezły team. O ile Isaac i Eddie dotrą w całości do kwatery…

    Luana, dzięki za literówkę. Ten rozdział nie był betowany, więc coś się tam trafić mogło. Isaac do dupek, ale chyba własnie póki się o nim czytanie, a nie że samemu trzeba się z nim męczyć, to nawet da się go przeżyć XD Haha i spoko, wszyscy tu mamy coś z głową, bo wszędzie widzimy pary. Isaac ogólnie nikogo nie ma (jak się do kobiet odnosi tak samo jak do niektórych mężczyzn, to w sumie się nie dziwię XD). Uderzał do naszej słodkiej Adeli, ale nic mu z tego nie wyszło ;)

    Kasia, tak, Eddie tylko pozornie jest taki prosty i nieskomplikowany, za jakiego ma go Isaac. Ale najwyraźniej Eddiemu się nie spieszy, żeby zmieniać mu myślenie. „ Chociaż dobry seks potrafi zdziałać cuda więc może nasz przylizany chujek by się trochę rozluźnił” – haha no może by się udało penisowi Eddiego sprawić, żeby nasz przylizany nadęty człowieczek trochę się zmienił. Wszyyystko jest możliwe. I ja też uwielbiam konika Hamiltona! Jest rozkoszny, choć wydaje się dość głupawy XD Ale Isaac zdecydowanie nie oddałby go za żadnego innego :) Pozdrowionka!

  9. Kasia pisze:

    Myślę że Isaak nie docenia kowala. Eddie nie wydaje się być takim prostym człowiekiem jak myśli o nim Hamilton, no ale zobaczymy. I hehe ja też ich już w głowie połączyłam,ale nieee… to chyba trochę dziwne. Chociaż dobry seks potrafi zdziałać cuda więc może nasz przylizany chujek by się trochę rozluźnił 😉 A poza tymi romantycznymi skojarzeniami to uwielbiam konika Hamiltona, jest słodki i ponieważ jego właściciel też go uwielbia to czuję że mogę jeszcze zmienić o nim zdanie i go polubić 😁Bardzo jestem ciekawa relacji tej dwójki, dwa tygodnie to sporo czasu, napewno w jakiś sposób zbliży ich ta podróż do siebie ☺
    Dziękuję bardzo i pozdrawiam

  10. Luana pisze:

    Potwierdzam, Isaac to dupek. Ale mam nadzieję, że ta podróż sprawi, że coś się w nim zmieni. Ale mimo wszystko lubię go, chociaż na nerwy działa. Lubię jego konika. Już widzę jak dobiera się z pocałunkami do Willa. :D
    A Eddie spokojny, łagodny człowiek, który nikomu nie wadzi.
    Co ja mam z tą głową, że ich też łączę ze sobą. Nie wiem, może Isaacowi przydałby się porządny seks.W ogóle on kogoś ma czy taki samotnik z niego?
    Oj, będzie się działo na farmie. Ale boję się, że tym samym mogą tam zaprowadzić jakiś niepotrzebny ogon i będzie gorąco.

    Pozdrawiam.

    „Jego własna klacz, która już była dojrzałą panią, aż trochę się trochę przy nim ożywiła.” Jest dwa razy „trochę”.

  11. O. pisze:

    Szpieg w kwaterze to wezmę kowala. Mądre posunięcie :o ale! Umiejętności Eda i zamysły Willa mogą stworzyć dobrą drużynę ;)

  12. Kruha pisze:

    Ledwo przeczytałam Project Dozen a już nowy rozdział, chyba żyję w innej czasoprzestrzeni :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s