Bonus – Atrakcje dla żywotnego chłopaka

Sobota była szczególnie lubianym przez Josha dniem, bo nie dość, że jechał na basen, to na dwie godziny, a nie jedną, jak we wtorki. Dużo czasu spędzonego na ruchu było czymś, czego zdecydowanie potrzebował. Kiedyś Mason drażnił się z nim, że jest kanapowym pieskiem, ale Josh stanowczo uważał siebie za ogrodowego. W żartach mógł się z siebie w ten sposób śmiać, co według jego pana było całkiem urocze.
Kierowca czekał już od kilku minut, ale Josh jeszcze się pakował. Przynajmniej starał się, ale nie mógł nigdzie znaleźć kąpielówek. Przetrząsnął wszystkie szafki w sypialni Masona i nigdzie ich nie było, więc coraz bardziej się denerwował. Aż nagle wpadł na pomysł, że przecież mogły się jeszcze suszyć po ostatnim razie. Anna w końcu miała mnóstwo roboty, bo do Masona przyjechał kilka dni temu jakiś ważniak z urzędu na kontrolę, by sprawdzić, czy radzi sobie z aż czwórką chorych. Musiała więc ładnie posprzątać dom i dodatkowo jeszcze zrobić jakiś lepszy poczęstunek. Na domiar złego wszyscy byli podenerwowani, bo istniała groźba, że przy złej ocenie urzędnika odbiorą Masonowi jednego z ich czwórki. Skrycie każde z nich analizowało, kogo Mason najchętniej by się pozbył i mimo że Anna, Robert i Eliot byli pewni, że Josh ma sto procent gwarancji, że by został, ten też denerwował się jak głupi. Na szczęście kontrola przeszła dobrze… ale kąpielówek nie było. Dlatego Josh już z plecakiem z wszystkimi potrzebnymi rzeczami wybiegł z pokoju i ruszył pospiesznie na dół, żeby w pomieszczeniu z pralką i suszarkami poszukać kąpielówek.
Na schodach zobaczył Masona. Ten akurat wchodził na piętro i zdziwił się, kiedy wpadł na chłopaka.
— Co ty tu robisz? — spytał chłodno, a po chwili Josh zobaczył, jak zza załomu na pierwszy stopień wchodzi Anna. Z kawą, na pewno dla ich pana.
— No już lecę na basen, ale nie mogłem znaleźć kąpielówek — jęknął Josh, chociaż mimo że dosłownie marszem szedł na dół, przy Masonie się zatrzymał. Przyciągnął go nie tylko jego widok, ale i zapach, który dla jego nozdrzy był nawet mocniej wyczuwalny niż zapach kawy. A już na pewno lepszy. — A ty?
— Idę na górę poczytać i Anna niesie mi kawę. A… kąpielówek mógłbyś nie mieć, jakbyś był tam sam, ale chyba… Anna? — Mason odwrócił się do dziewczyny, która już była za nim z kawą. — Widziałaś jego kąpielówki?
— Tak… — Dziewczyna ściągnęła brwi i dodała przepraszająco do Josha: — Dopiero wczoraj dałam do prania, więc pewnie są jeszcze na suszarce. Ale już powinny być suche.
Chłopak odetchnął z ulgą i zapiął zamaszyście zamek w swojej jasnozielonej, cienkiej bluzie.
— Super. Dzięki, to lecę po nie!
— Tylko się za bardzo nie zmęcz. Masz mieć później siły! — zawołał za nim Mason i ruszył znów na górę.
Josh tymczasem zbiegł na dół i gorączkowo przeszukał całą suszarnię. Aż wreszcie dojrzał swoje czerwone, krótkie kąpielówki i wybiegł z rezydencji z takim zapałem, że gdy już był w samochodzie i jechał na basen, zdążył się zdyszeć. I jak zawsze, gdy jechał, z jednej strony miał nadzieję, że będzie dość miejsca, żeby popływać, ale z drugiej, że będzie z kim pogadać.
Do celu dotarł szybko. Jak kiedyś na nowojorskich ulicach były wieczne korki, tak teraz były tylko zamknięte ulice, ale tak samo jak całe strefy miasta. Po drogach poruszali się wyłącznie uprzywilejowani.
Basen znajdował się w jednym z wieżowców, w jego podziemiach. Kierowca miał przyjechać po Josha za dwie godziny, a na razie ten został oddany pod opiekę pracowników. W soboty od godziny trzeciej popołudniu był czas dla chorych. Wcześniej mogli pływać zdrowi, a przed wejściem na basen musieli podać swoje numery identyfikacyjne. Pilnowano tego bardzo restrykcyjnie, unikając wszelkiego kontaktu z chorymi na basenie. A teraz, gdy Josh w końcu wszedł na dużą halę z dwoma basenami i jednym mniejszym, z bąbelkami, zobaczył samych chorych. I cóż… także poczuł. Miał zawsze wrażenie, że chorzy pachnieli zupełnie inaczej, ale nie wiedział, czego to była zasługa. Może tego, co mieli w lekach.
Teraz w to nie wnikał, tylko powiesił swój ręcznik na długiej, metalowej poręczy wbudowanej w błękitną ścianę z rybimi, białymi wzorkami i ruszył do basenu.
Na torach do pływania były już dwie osoby. Josh mógł się tylko domyślać, co mogą robić w życiu, żeby stać ich było na korzystanie z basenu. Było to luksusowe dobro.
Wszystkiego pilnowało dwóch ratowników, a za szybami, z tarasów, gdzie dało się oglądać pływających, przyglądali się im także dwaj strażnicy z bronią. To zawsze Josha przerażało. Gdy był tu po raz pierwszy, był zaskoczony ich obecnością, ale szybko zrozumiał, dlaczego tu są. Ale przecież brał lekarstwa, nie zachowywał się agresywnie, więc wierzył, że nie ma się czym martwić.
Podszedł do skraju basenu, usiadł na nim, zamoczył nogi i… wskoczył. Chłodna woda otoczyła jego ciało, a on sapnął głośno, gdy tylko się wynurzył. Zawsze pierwsze wrażenie było nieprzyjemne, a żeby szybko się rozgrzać, zaczął już płynąć na drugą stronę basenu.
Miał motywację. Zarówno ruch, potrzebę zmęczenia się, wyładowania energii, ale też… wyglądanie dobrze. Dzięki pływaniu nabierał ciała, nie był szczególnie chudy i miał nadzieję, że dzięki temu podoba się Masonowi jeszcze bardziej.
Jedynie żałował, że Mason nie może pływać razem z nim. Od czasu do czasu udawało mu się z kimś zgadać i zrobić małe wyścigi, czy zwyczajnie powymieniać się wskazówkami. Ale dzisiaj najwyraźniej nikt nie chciał rozmawiać. Jeden mężczyzna, chyba w wieku Eliota, robił zawrotnie kolejne długości basenu i nawet raz nie obdarzył go spojrzeniem, a młoda dziewczyna wyglądała na zainteresowaną tylko i wyłącznie ratownikiem. Bardziej niż wodą. Josh więc trochę monotonnie pływał tam i z powrotem, ale i tak go to cieszyło. W domu nie zawsze miał jak wyładować swój nadmiar energii.
I pływał tak dość długo, kiedy w pewnym momencie do ratowników podszedł jakiś mężczyzna w pełnym mundurze, z bronią przewieszoną przez ramię. Chwilę ze sobą rozmawiali, a później, nim czegokolwiek ktokolwiek z odwiedzających się dowiedział, wprowadzono tu kilka osób. Po ich strojach Josh zgadywał, że korzystali z siłowni. I kiedy już każdy przestał pływać, jeden z ratowników ogłosił:
— Niestety, basen zostaje zamknięty! Musimy wszyscy się tu zebrać, bo w naszej okolicy, kilka ulic dalej, pojawili się dzicy.
Josh zamrugał i otrzepał głowę z wody. Już sama obecność mundurowego mocno go spięła, ale teraz taka informacja… I to do tak bardzo oszczędna! Przecież kompletnie nic nie wyjaśniała!
Mężczyzna i kobieta, którzy poza nim pływali, wyszli z wody i ruszyli do reszty. To samo zrobił Josh i mimo że już kilka osób zagadywało ratowników, tworząc zalążki do ogólnej paniki, zapytał szybko:
— Jak to dzicy? Skąd?
Ratownik w białym t-shircie i niebieskich kąpielówkach do kolan starał się ich wszystkich uspokoić, a mundurowy udał się do wyjścia, żeby zamknąć tu wszystkich.
— Tyle co mi zostało powiedziane, już są poszukiwani. Ale władze nie chcą, żeby ktokolwiek stanął na drodze, więc oczyszczają teren. Nie wiemy, jacy dzicy, nie zostało mi to podane.
— Ale czemu nas zamykacie? Nie możemy wrócić do domu z kierowcą? — zapytał Josh.
— Właśnie. Mój właściciel ma terenowy samochód — dodała wymownie dziewczyna w sportowym stroju do fitnessu. Jeśli Josh dobrze widział, miała nad lewą piersią maleńki tatuaż z męskim imieniem i nazwiskiem. Od razu skojarzyło mu się to z medalikiem, który znajdował się na jego penisie.
— Słuchajcie, ja naprawdę tylko tu pracuję, to nie ze mną te rozmowy. Sam tu jestem zamknięty — ratownik, z którym rozmawiali, starał się im wytłumaczyć, a drugi sam poszedł sprawdzić, czy faktycznie zostali tu zamknięci.
Josh rozejrzał się bezradnie i w końcu poszedł po swój ręcznik. Żałował, że byli w podziemiach i nie można było zobaczyć przez okno, co się dzieje. Był zaniepokojony, bo nic nie wiedział. Czy to jeden dziki? Czy kilku? Na jak długo zostaną zamknięci?
Zarzucił ręcznik na ramiona i podążył po mokrych kafelkach na drugą stronę basenu, gdzie mundurowy stał przy przeszklonych drzwiach, którymi szło się do szatni. Trochę się stresował, ale zapytał:
— Przepraszam, czy można zadzwonić do swojego pana?
Ten spojrzał na niego i nie wyglądał na zachwyconego, że w ogóle zadaje mu się pytania.
— Nie możesz wyjść poza teren basenu. Taki rozkaz.
— To pan nie ma żadnej komórki? — naciskał Josh.
— Dzieciaku, jestem na służbie, nie mam telefonu. Mogę ewentualnie poprosić kogoś, żeby do niego zadzwonił, ale ty nie dostaniesz telefonu, bo nie masz jak stąd wyjść — odpowiedział mu wojskowy zmulonym, pewnie przez leki, głosem.
Josh zacisnął wargi, dodatkowo irytując się, że facet traktował go jak dzieciaka. Miał, do cholery, dwadzieścia dwa lata.
— Okej, to niech ktoś zadzwoni, bo będzie się martwił. Mój pan się nazywa Mason Awordz. Mogę podyktować numer.
Mężczyzna za szklanymi drzwiami sięgnął do krótkofalówki.
— Tu 135, jeden z cywilów uprasza się o kontakt ze zdrowym. Da się coś z tym zrobić?
Josh stał w napięciu, patrząc na wojskowego i jego krótkofalówkę niczym na mędrca z artefaktem mającego wygłosić proroctwo. Aż usłyszał upragnione:
— Niech będzie. Pamięta numer?
— Pamiętam! — odparł Josh od razu i szybko podyktował ciąg liczb. Mason zresztą swego pewnego dnia kazał mu recytować numer jego komórki, za każdym razem dając mu w tyłek, gdy się pomylił. Wszystko po to, żeby w nagłej sytuacji mógł poprosić o pomoc. A własnej komórki oczywiście nie miał.
— Dobra, mam, przekażemy mu. Niech siedzą tam dalej — po chwili znowu padło z krótkofalówki.
— Okej. Bez odbioru — odpowiedział krótko mężczyzna, który rozmawiał z Joshem i w końcu zwrócił się do chłopaka: — Już zostanie zawiadomiony, wracaj do reszty.
— Dzięki — odparł Josh z krótkim uśmiechem i ulgą.
Pewnie Mason wkurzyłby się, gdyby nie dostał żadnej informacji. A nie będzie na niego, że nic nie zrobił w tym względzie…

***

— Co, kurwa?! — Mason wydarł się do telefonu i naprawdę trudno było mu, żeby nie zagotować się w środku.
Był wściekły tym, co usłyszał od jakiegoś pieprzonego żołnierzyka, który właśnie obwieścił mu, że jego chory nie wróci na czas do domu. Bo niby jest zamknięty na basenie, wokół którego rozpierzchł się tuzin dzikich, wcześniej przetrzymywanych w piwnicach domu niedaleko.
— Em… No tak, jak powiedziałem. Zamknięto kilka ulic w dzielnicy i nie możemy wyjść. Przy okazji mogę zapytać, o jakiej porze pana chory bierze lekarstwo? Nie wiem, jakie tu są zasoby, ale pewnie jakieś są… Muszę dopytać pracowników basenu — mówił jego rozmówca z zamyśleniem i ewidentnie brakiem pewności co do własnych słów.
— Macie go przywieźć do mnie, a nie cholerni nieudacznicy trzymać na tym basenie! Ile tych dzikich jest? Nie umiecie sobie z tym poradzić?! — Mason nie uspokoił się ani trochę, tylko bardziej irytował się z każdą sekundą.
Był w kuchni, przez co Anna i Eliot oglądający telewizor w salonie obok bardzo dobrze go słyszeli. Ale nie wtrącali się i udawali, że nic się nie dzieje. Mason jednak coraz bardziej irytował się, stojąc przy oknie obok lodówki. Na ulicy, na której mieszkali, był spokój, ale już czuł ochotę, żeby przełączyć Annie i Eliotowi ich program i zobaczyć, czy coś mówią w telewizji o zamknięciu ulic.
— Nie ode mnie to zależy, proszę pana. Zresztą, niech się pan nie denerwuje. Pana chory jest tu bezpieczny. Tak sądzę.
— Tak sądzisz?! — znowu krzyknął Mason, nie mogąc opanować zdenerwowania. Jeśli Joshowi stanie się tam krzywda, to nabije każdego z tych impertynentów na pal.
Jego rozmówca westchnął ciężko.
— To o jakiej porze te leki? — zapytał, ignorując wcześniejszą wypowiedź.
Mason wysyczał odpowiedź i nie pożegnał się z rozmówcą, a cisnął telefonem o ścianę, roztrzaskując go. Był wściekły. Na wojsko i na siebie, że w ogóle puścił Josha na basen. Samego.
— Eliot! — ryknął, nie zamierzając czekać tu bezczynnie.
Były wojskowy, obejmujący za ramię swoją dziewczynę, spiął się. Cmoknął ją w policzek i szybko wstał. Od razu po wejściu do kuchni zapytał:
— Tak?
— Szykuj samochód. Zamknęli Josha na tym pierdolonym basenie. Ruchy! — krzyknął na niego, wyładowując złość na kim popadnie. Nie miał zamiaru czekać, aż jego pupil sam wróci do domu. Był za niego odpowiedzialny, do tego wiedział lepiej niż ktokolwiek, jak ten reaguje na izolację.
— Zamknęli…? — powtórzył Eliot. — Coś odwalił? — dopytał, chociaż widząc minę Masona odchrząknął i skinął usłużnie głową, a potem wyszedł, żeby ogarnąć się i być gotowym na… sam w sumie nie wiedział co.
Mason za to postanowił znaleźć Roberta. Kiedy zawołał go dwa razy, ten musiał być na tyle daleko, że nie słyszał, bo odpowiedziała mu cisza. W końcu jednak znalazł go tam, gdzie ten powinien być — w swoim małym biurze, gdzie prowadził całą dokumentację i finanse domu.
— Przygotuj mi wszystkie dokumenty Josha, o jakie mogłoby pytać wojsko.
Mężczyzna siedzący za biurkiem ze skupioną miną zawiesił się na chwilę i już miał zapytać, o co chodzi, ale… tak jak Eliot, po minie Masona spostrzegł, że to nie jest dobry czas na pytania.
— Oczywiście — odpowiedział więc i porzuciwszy swoją dotychczasową pracę, wstał, żeby z szafki wyciągnąć dokumenty Josha. Przy okazji jego apteczkę z lekarstwami. Na wszelki wypadek.
Pan tego domu patrzył, jak ten się krząta, aż w końcu dodał:
— I moje oraz Eliota. On w ogóle wie, gdzie jest tan przeklęty basen, na który Josh chodzi?
— Oczywiście. Zawoził go tam kilka razy. — Robert spakował wszystko do grubej teczki i razem z nią oraz apteczką podszedł do Masona. — To są jego papiery, ostatnie badania lekarskie i potwierdzenie, że jest pod kontrolą. Jego zameldowanie tutaj, funkcja i wszystko inne. A czy mogę zapytać, co się dzieje?
— Dzwoniło do mnie przed chwilą wojsko, żeby poinformować, że jacyś dzicy uciekli. Zamknęli Josha na basenie. Jadę po niego — wyjaśnił zwięźle, zabrał teczkę, żeby już wyjść i odzyskać swoją własność.
Przed budynkiem, na Columbus Avenue, czekał na niego Eliot w terenowym, ale niedużym samochodzie. Gdy tylko Mason wsiadł do środka i polecił jechać na basen, Eliot ruszył bez zawahania. A przy tym z radia samochodowego popłynęły wiadomości lokalne.
— … mogą być niebezpieczni. Niestety z jedenastki zbiegłych wojsko na razie odnalazło tylko trzy osoby. Kolejne osiem wciąż znajduje się w okolicy, dlatego uprzedzamy o objazdach…
— Nie jestem pewien, czy nas przepuszczą, proszę pana — mruknął Eliot, widząc, że są jedynym samochodem jadącym w tamtą stronę.
— I pewnie nie będą tego chcieli, ale nie zamierzam pozwolić na to, żeby Josh siedział tam cały ten czas, kiedy wojskowi będą szukać tych dzikich — jego właściciel odparł posępnym głosem, mocno zaniepokojony tym, że jego pupil jest tam całkiem sam. Musiał się denerwować.
— Taa… Znając Josha, może wpaść na pomysł, że zwieje i sam stamtąd wróci do domu jak zagubione szczenię — mruknął Eliot.
— A po drodze na pewno coś mu się stanie. W najgorszym wypadku go zastrzelą. Nie ma mowy, żebym na to pozwolił — odparł lodowatym głosem Mason, kiedy jechali do strefy zamkniętej.
Eliot tylko przytaknął i prowadził dalej. Do czasu, aż ujrzeli na skrzyżowaniu wojskowe samochody i kilku żołnierzy z bronią w rękach. Ci, gdy tylko ujrzeli, że ktoś jedzie w ich stronę, zrobili powoli kilka kroków do przodu, a Eliot zatrzymał samochód. Zerknął pytająco na swojego pana, który położył mu dłoń na ramieniu.
— Zostań w aucie — poradził i zabrawszy ze sobą teczkę z dokumentami, wysiadł. Nie uniósł dłoni jak każdy, do którego celuje się z broni. — Gdzie jest wasz dowódca?!
Dwójka żołnierzy popatrzyła po sobie, a jeden ostrzegawczo uniósł broń. Obaj byli ubrani w pełne mundury, wysokie, ciężkie buty i wyposażeni w cały zestaw broni. Byli przygotowani na każdą ewentualność, a Mason domyślał się, że poza zwykłą bronią mają też usypiacze na dzikich. Chociaż tego używano rzadziej, niż by można. Bardziej na rękę rządowi była po prostu eliminacja dzikich i chorych.
— Proszę się zatrzymać! To strefa zamknięta!
— Nie strasz mnie strefą zamkniętą! Widzę przecież siatkę i barykady, ślepy nie jestem. Wołać mi dowódcę albo pociągnę was do odpowiedzialności za to, że podnieśliście mi ciśnienie i mam złe wyniki badań. Już! — odpowiedział chłodno Mason i machnął na jednego z żołnierzy jak na niegrzecznego chłopca.
Ci unieśli wysoko brwi, aż te niemal schowały się pod hełmami, które mieli na głowach.
— Kurwa, stary, co jest…? — mruknął jeden do drugiego.
— Nie wiem. Daj Robertsa na krótkofalówkę.
Żołnierz skrzywił się, ale podszedł do cywila, który właśnie bezczelnie ich zbeształ. Nawiązał połączenie przez krótkofalówkę. A gdy ktoś odebrał, żołnierz podał swój numer identyfikacyjny i wyjaśnił pokrótce sytuację.
— Co…? Dobra, daj go — odparł głos w urządzeniu, a żołnierz podał je Masonowi.
Ten wyrwał ją mundurowemu.
— Czy rozmawiam z dowódcą? — spytał, zamiast się przywitać, a kiedy padła twierdząca odpowiedź, od razu podał swój identyfikator świadczący o tym, że jest zdrowym. — Więc niech w końcu ktoś się tu ruszy. Ty do mnie albo rozkaż swoim ludziom mnie do siebie zaprowadzić. Mamy do pomówienia.
— Proszę pana. Jestem po drugiej stronie dzielnicy. W moim imieniu w tym momencie mówi sierżant Spott. Jeżeli ma pan jakieś pytania, na pewno udzieli odpowiedzi — odpowiedział cierpliwie mężczyzna po drugiej stronie połączenia.
— W takim razie niech pana ludzie mnie do niego zaprowadzą. — Mason odetchnął, kapitulując trochę, ale na pewno się nie poddając.
Dowódca zgodził się i po chwili żołnierz już odebrał swoją krótkofalówkę, a następnie skinął na Masona, żeby za nim poszedł. Drugi został w tym czasie na posterunku, kiedy jego kolega z cywilem ruszyli dalej. Przeszli obok wozów, skręcili za róg i tam Mason ujrzał grupkę innych żołnierzy skupionych wokół siebie i dyskutujących nad czymś z dużym planem dzielnicy w rękach.
— Sierżancie! — zawołał żołnierz. — Cywil chce z panem rozmawiać. Kapitan Roberts zezwolił.
Mason nie wyglądał jak ktoś, kto cierpliwie poczeka, wiec ruszył od razu do tego, który pierwszy się obejrzał po usłyszeniu magicznego „sierżancie”.
— Musimy zamienić kilka słów. I naprawdę nie chcesz mnie rozczarować.
Sierżant, mężczyzna wzbogacony w ciemną bródkę, skrzywił się po takim powitaniu.
— O co chodzi? — zapytał sucho, gdy przeszedł z cywilem kilka kroków dalej, żeby nie rozmawiać przy grupie.
Ulica, na której się znajdowali, była całkowicie opustoszała. Nie było na niej ani jednego przechodnia, co w centrum Manhattanu wyglądało bardzo osobliwie. Zupełnie jak podczas apokalipsy w niektórych filmach. Puste sklepy, porzucone samochody i gazety podrzucane mocnym wiatrem.
— Spierdolili wam dzicy, tak? Ja chcę jednego swojego odzyskać, a wy zamknęliście mi go na basenie — powiedział sucho zdrowy obywatel, patrząc na żołnierza z góry pogardliwym wzrokiem.
— Och tak. Dzikiego, mówi pan? — mruknął sceptycznie sierżant. — Obszar jest zamknięty, proszę pana. Pana „dziki” jest tam bezpieczny.
— Mój dziki jest bezpieczny ze mną w moim domu, a nie na waszym pseudo zamkniętym terenie, gdzie nie możecie wystrzelać tuzina dzikusów — odpowiedział Mason i powstrzymał się, żeby nie stuknąć palcem w tors żołnierza.
— Proszę się uspokoić. Nie wpuszczę samego zdrowego w zagrożony teren, żeby ryzykować jego życiem dla życia jakiegoś dzikiego. Pana dziki ma teraz dla mnie zerową wartość w obliczu pana życia — powiedział ostro Spott.
Mason widział, że pozostali żołnierze przysłuchują się im dyskretnie. Zmrużył groźnie oczy i popatrzył najpierw na rozmówcę, po tym na resztę.
— I jak niby mnie zatrzymacie? Siłą?
Mężczyzna sapnął, po czym zapytał twardo:
— Proszę mi podać chociaż jeden przekonywujący argument, dla którego miałby pana przepuścić.
— Możecie iść ze mną, nie zamierzam ustąpić — odparł sucho. — Albo go tu natychmiast sprowadzić.
— Proszę mi podać lokację. Jeżeli znajduje się w miejscu, w którym znaleziono już trójkę dzikich, nie ma szans.
— Basen. Ile tu jest, do cholery, basenów? — syknął na niego Mason i zaraz wziął głęboki oddech. Irytowało go, że to tyle trwa. Josh był sam i na pewno się bał, a on przez samą tę myśl dostawał kurwicy. — W podziemiach wieżowca przy dziewiątej.
— Proszę zaczekać.
Sierżant Spott wrócił do grupki swoich podwładnych, a Mason widział, że coś sprawdza na planie. Zabrał komuś czerwony marker, zaznaczył jakiś obszar, a następnie powiedział coś do dwójki wojskowych. A gdy wrócił do Masona, ten wreszcie usłyszał pocieszającą odpowiedź.
— Pojedzie pan z dwójką moich ludzi. Ma pan papiery swojego „dzikiego”?
— Tak. — Mason westchnął z irytacją i pomachał mu przed oczami teczką, którą miał ze sobą. — W ogóle powinniście się cieszyć, bo nie narobi wam dodatkowych problemów.
— Problemów? — Mężczyzna ściągnął brwi. — Mam nadzieję, że ma tam pan jego leki. Ale nie ma czasu. Proszę go tylko zabrać i wrócić. Nie chcę narażać pana bezpieczeństwa dłużej niż trzeba — dodał, a dwójka żołnierzy właśnie podjechała do nich terenowym, wojskowym samochodem.
— Nie mam zamiaru być tu dłużej niż trzeba — odpowiedział Mason i wsiadł do samochodu, nie żegnając się w żaden miły sposób z sierżantem.
Ten odprowadził go tylko ponurym spojrzeniem, a dwójka żołnierzy, już poznawszy dokładny adres, ruszyła w drogę. Nie musieli się zatrzymywać, bo nie dość, że nie było tu przechodniów i innych kierowców, to sygnalizacja świetlna była wyłączona. Wojskowi jednak nie jechali zbyt szybko, żeby móc kontrolować otoczenie i ewentualnie wypatrzeć dzikich. Do Masona też nic nie mówili, skupieni na trasie i obserwacji, a on na swoich myślach, w których próbował zgadnąć, co teraz może robić jego pupil w opałach.

***

Nawet nie pozwolono im się ubrać. Kilka osób już mocno narzekało na to, że musieli się kisić w jednym pomieszczeniu w strojach kąpielowych i tych do ćwiczeń. Ratownicy i facet z bronią byli jednak nieubłagani. Wszyscy z obecnych byli pewni, że gdyby chodziło o zdrowych, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, ale jako chorzy mieli znacznie mniej praw. Joshowi jednak udało się w pewnym momencie przekonać wojskowego, żeby puścił go do toalety. Dlatego właśnie trzymał swojego penisa wzbogaconego w „identyfikacyjny” medalik i sikał.
Aż niespodziewanie wszystkie światła zgasły i zrobiło się zupełnie ciemno. Josh zastygł z szeroko otwartymi oczami i przez kilka sekund słychać było jedynie płynącą po krawędzi pisuaru strużkę moczu. Do czasu, aż rozległ się alarm oznaczający, że ktoś włamał się do budynku. Josh momentalnie schował penisa do kąpielówek i poczuł strach, który chwilowo przesłonił inne racjonalne myśli.
W łazience było totalnie ciemno, chociaż jego wyczulone zmysły pomagały mu w poruszaniu się. Przynajmniej trochę. Dlatego impulsywnie wdrapał się na spłuczkę w jednej z kabin, a potem spróbował odsunąć właz do szybu wentylacyjnego. Jego umysł przesłoniła potrzeba ukrycia się, bo już oczami wyobraźni widział dzikich, którzy wpadają do środka i wszystkich rozszarpują. Wdrapał się więc do ciemnego tunelu, boso, czując chłód na jeszcze niedawno wilgotnej skórze.
Kiedy tylko zamknął za sobą właz do ciemnego, brudnego szybu, usłyszał trzask drzwi. Ktoś wpadł do środka i nie był przy tym delikatny. Ani w tym wejściu, ani w tym, jak chodził. O tym, że byli to dzicy, upewniło go niskie powarkiwanie.
Jego serce zaczęło bić znacznie szybciej niż powinno, ale starał się nie oddychać, ani nie poruszać. Jego instynktowna ucieczka okazała się zbawieniem, bo gdyby wyszedł przed drzwi, wpadłby na tę trójkę, jak ocenił po krokach, dzikich. Nie miałby najmniejszych szans ani żadnej drogi ucieczki.
Strach trawił jego ciało i starał się zmusić go do ucieczki szybem dalej, ale walczył z tym, chcąc przeczekać obecność dzikich w łazience i dopiero podążyć dalej w poszukiwaniu wyjścia.
Kiedy dzicy na dole obwąchiwali kolejne kabiny, w pewnym momencie wszyscy wpadli w popłoch, bo gdzieś z oddali padły strzały. Josh zamarł, a ci, którzy zagrażali mu w najbliższej okolicy, wybiegli z łazienki, żeby zaatakować.
Gdy tylko nastała cisza, Josh zaczął głośno oddychać ze strachu. Poczuł, że jest mu znacznie, znacznie goręcej niż przed chwilą, gdy kafelki w łazience wydawały mu się strasznie chłodne. Rozejrzał się niemrawo po ciasnym, dusznym szybie i zapragnął znaleźć się pod kołdrą w sypialni Masona.
A co, jeśli dzicy wszystkich wybiją, a potem i jego znajdą? Przecież nikt nie będzie robił akcji ratunkowej dla niego, jakiegoś chorego!
Starając się być cicho, obrócił się w miejscu i zaczął podążać powoli wzdłuż szybu wentylacyjnego, żeby zobaczyć, dokąd on prowadzi i czy może uda mu się nim uciec z budynku.
I jak na dole, kiedy światła zgasły, było ciemno, tak teraz wydawało mu się, że robi się jeszcze gorzej. W pewnym momencie trafił do rozwidlenia, ale żadne z nich nie było tym właściwym, bo szyb, którym się czołgał, stał się mniejszy. Josh mógł tylko spróbować dostać się do pomieszczenia, jakie było pod nim, bo pamiętał, że chwilę temu szorował brzuchem po kratce, podobnej do tej, jaką uciekł z łazienki.
Nie miał pojęcia, co czeka go na dole, ale spróbował coś wywęszyć lub usłyszeć. I znów drgnął, gdy rozległy się strzały. Jedyne, co go pocieszało, to że były daleko. Powoli więc odsunął kratkę i złapawszy się skraju szybu, opuścił się na dół.
Upadł miękko, bo wciąż był boso. Rozejrzał się szybko. Wyglądało na to, że był w jakimś gabinecie. Musiał należeć do personelu całego centrum sportowego. Zdecydowanie stał na drewnianej podłodze i widział jakieś regały. Niestety, wciąż był w podziemiach, więc nie miał szans uciec żadnym oknem.
Wiedział, że na korytarzu może czekać go coś bardzo złego, ale instynkt kazał mu znaleźć drogę ucieczki, a nie czekać tu na atak. Powoli więc, drżąc ze strachu, nacisnął klamkę i uchylił drzwi, modląc się, żeby nie zaskrzypiały. I chyba jego modły zostały usłyszane, bo te otworzyły się gładko, a sam Josh mógł ruszyć na palcach korytarzem w jedną ze stron.
Nic nie widział, więc ostrożnie sunął palcami po ścianie, aż w pewnym momencie zaczął czuć w nozdrzach zapach krwi. Nie wiedział tylko, skąd dokładnie dochodzi. Aż nagle potknął się o… coś. Szybko niestety zdał sobie sprawę, że to „coś” było ciałem zastrzelonego dzikiego. Czuł nie tylko krew, ale i smród, jakby osobnik był przetrzymywany w złych warunkach lub przebywał drogę do basenu kanałami.
Zatkał sobie dłońmi usta, by nie krzyknąć, a w klatce piersiowej aż go zabolało. Wpadł szybko do najbliższego pomieszczenia i schował się za szafką. Skulił się mocno, przylepił do mebla i ściany i niemal wyrwał mu się żałosny jęk. Chciał do Masona… Był przerażony.
Nasłuchiwał, nie ruszając się. Skoro zastrzelono tu dzikiego, mogło być ich tu więcej. A do tego wojskowy czy ratownik, który użył broni, też jego mógł pomylić z dzikim w tych ciemnościach.
Czuł się jak zwierzę zapędzone w kozi róg. Skulił się jeszcze bardziej, zaciskając mocno oczy, gdy skądś rozległ się kobiecy krzyk. Długi, kobiecy krzyk, nie tylko wywołany przerażeniem, ale też jakby… bólem. Strach wręcz go zamroził. Kompletnie nie mógł się ruszyć.
Znowu usłyszał kolejne strzały. A potem… potem czyjś głos. Nie słyszał tego wcześniej w tym chaosie, a ciemność jakby wyostrzała jego słuch. Nie poznał głosu ani słów, ale ktoś w końcu mówił. Czyli nie byli tu tylko dzicy.
To napełniło go nadzieją i sprawiło, że mógł w końcu ruszyć swoim nieposłusznym ciałem. Powoli najpierw przeszedł na czworakach kilka kroków, aż dotarł do drzwi, którymi tu wpadł. Oddychając płytko ze strachu, rozejrzał się i nasłuchiwał dalej.
Dźwięki dobiegały z prawej strony, skąd wcześniej słyszał głos kobiety. Bał się tam pójść, bo tam na pewno byli dzicy, ale… teraz słyszał rozmowy, więc musieli tam być i zdrowi.
Ruszył skulony w tamtym kierunku, dotykając ścian obok. Aż dźwięki się nasilały. Słyszał jakichś mężczyzn, usłyszał nawet w końcu wyraźniejsze „Zostaw ją już, kurwa! Nie żyje!”. Z coraz szybciej bijącym sercem odważył się trochę przyspieszyć.
Kiedy był już coraz bliżej, zobaczył, jak zza załomu ściany pada światło latarki. Tak, zdecydowanie byli tam panujący nad sobą ludzie.
— Chuj mnie obchodzi, czy żyje! To wasz zasrany porządek? Że będzie tu bezpieczny? Sam was zastrzelę po wszystkim! — Josh usłyszał kolejny krzyk, który… tak pragnął usłyszeć.
Aż pisnął cicho i zdecydowanie nieczłowieczo. Poderwał się, żeby wybiec zza ściany, ale gdy tylko to zrobił, zobaczył broń w rękach dwójki mężczyzn, więc szybko cofnął się i poczuł kropelki potu na plecach i czole. Mogli go zastrzelić!
— Mason! — zawołał więc tylko zarówno z wielką ulgą, jak strachem, a przez nadmiar tak skrajnych emocji aż… zachciało mu się znowu sikać.
— Tam jest… — Jeden z żołnierzy chciał coś powiedzieć, ale nie udało mu się nawet pożałować swoich słów, bo zaraz jęknął, najpewniej uderzony przez wściekłego zdrowego.
— Josh! — zawołał Mason i zaraz dodał do żołnierzy: — Pilnujcie, czy inny dziki się nie zbliża i nawet do mojego nie celować! — syknął i trzymając, jak po chwili Josh zauważył, broń, wyjrzał zza róg. Karabinek był wyposażony w latarkę, więc z początku światło oślepiło chłopaka, ale zaraz jego pan przestał świecić mu na twarz.
Josh zamrugał kilka razy, po czym podniósł się z kucek, podbiegł do mężczyzny i dosłownie przylepił się do niego całym ciałem. Dyszał już zupełnie głośno, nie hamując się, za to trzęsąc ze strachu.
Mason nie opuścił broni, ale objął w ramionach swojego pupila jedną ręką.
— No już. Unoś się. Musimy stad iść. I koniec z tym jebanym basenem — dodał, klepiąc go szybko, żeby naprawdę się odsunął, bo nie mieli czasu. Nadal było tu ciemno i cholernie niebezpiecznie.
Dwójka żołnierzy za plecami Masona tylko po sobie popatrzyła, ale wciąż osłaniali ich z bronią uniesioną w górę.
— Chodźmy tą samą drogą — powiedział jeden z nich. — Jest krótka.
— Mason, co tu robisz? — wydyszał Josh, trzymając się blisko niego i boso podążając u jego boku.
— A na co ci to wygląda? — Mason pociągnął go mało delikatnie za sobą, żeby się nie guzdrał. — Przyszedłem po ciebie. I na Boga… kurwa, to krew?
— Tak, dzikiego ktoś zabił… — wydusił Josh i… skrzywił się, gdy poczuł, że wdepnął w coś mokrego. Na pewno właśnie w krew. Przez to mocniej przylgnął do boku Masona, chcąc znaleźć się daleko stąd. — Ilu ich…
Nie skończył swojego pytania, bo gdy jeden z wojskowych otworzył kolejne drzwi, tym razem dwuskrzydłowe, prowadzące już do holu, przez nie do środka wpadła dwójka dzikich. Nawet nie było co się zastanawiać, czy nie są zwykłymi chorymi. Na ciałach mieli dosłownie resztki czegoś, co kiedyś było ubraniem. Włosy i zarost mieli długie i zaniedbane, a ich sylwetki były zwierzęco skulone.
Jeden rzucił się na żołnierza, powalając go na podłogę, ale drugi z wojskowych strzelił, zanim dziki zdążył wgryźć się w tchawicę mężczyzny. Rozległ się skowyt, ciało padło ciężko, a drugi z dzikich… a raczej już dosłownie zdziczałych, bo nie poruszał się nawet na dwóch nogach, jak człowiek, a podpierając się rękami o podłogę, w biegu rzucił się w stronę Masona i Josha.
Zdrowy mężczyzna odepchnął od siebie swojego pupila, żeby ten nie został zaatakowany, taki bezbronny, i wystrzelił w stronę tego… kiedyś człowieka. Nie był najlepszym strzelcem, ale z takiego bliska udało mu się podziurawić jego twarz nabojami.
Jeden z żołnierzy obejrzał się na niego i widząc, że ten żyje, odetchnął z ulgą. Josh za to znów znalazł się pod ścianą, skulony i drżący.
— Dobra, dalej! Spierdalamy z tego gówna! — krzyknął drugi z wojskowych, podchodząc do Josha, po czym brutalnie szarpnął go w górę i pchnął do przodu jako pierwszego.
Chłopak nadal się bał, ale Mason nie miał teraz głowy, żeby go pocieszać i uspakajać. I jak nie cierpiał wojskowych tak samo jak jego pupil, tak teraz zgadzał się z tymi, z którymi tu przyszedł. Swoją część misji ratunkowej już wykonali. Teraz warto było przeżyć.
Udało im się cudem dotrzeć bez innych przeszkód do wyjścia z budynku. Już na parterze było jasno i… pusto. Żadnych dziwnych dźwięków, żadnych dzikich. Nie ociągali się mimo to i nie tracili czujności.
Mogli odetchnąć dopiero w momencie, kiedy weszli do wozu wojskowego. Jeden z żołnierzy odpalił samochód bez zbędnego ociągania i ruszył spod budynku, a drugi szybko sięgnął do radia, żeby przekazać informacje do dowództwa. Dwójka pasażerów za to mogła już spokojnie usiąść na tylnych siedzeniach, chociaż Josh wcale nie był spokojny. Emocje nie potrafiły tak szybko z niego zejść, więc siedział z wciąż szeroko otwartymi oczami, oddychając płytko przez nos i rozglądając się za okna.
Mason, który siedział obok niego, mając nadal karabinek oparty o udo, sięgnął do chłopaka. Objął jego ramiona i przyciągnął go do siebie.
— Już. Oddychaj. Już jesteś przy mnie.
Josh, który miał ochotę wleźć mu na kolana, tylko przytulił się do niego mocno, ale nic nie odpowiedział. Wiedział, że bezpiecznie poczuje się dopiero, kiedy wyjdą z tego samochodu i wejdą do domu. Gdzie będzie mógł zmyć z siebie pot i krew. Ale już było mu lepiej. Był u boku swojego pana.
Sam Mason także czuł się lepiej. Josh był już z nim, miał na niego oko. To go uspokajało, ale jednocześnie czuł jeszcze złość, że ten w ogóle musiał to wszystko przechodzić. Głaskał go więc pocieszająco i patrzył, dokąd jadą. Z tego co się orientował, wracali do punktu, z którego ruszyli.
— Zaraz będziemy — poinformował jeden z żołnierzy, samemu chyba się z tego ciesząc.
W trakcie drogi otrzymali jeszcze informacje, że kolejna dwójka dzikich została zastrzelona całkiem niedaleko. Nie mówiono jednak nic o ofiarach, a Josh już wiedział, że kilku ludzi, z którymi dzisiaj był na basenie, na pewno nie miało szczęścia.
— Dobra, wysiadać. To wciąż nie jest bezpieczna strefa — powiedział kierowca, kiedy już zaparkował na rogu ulicy, na której Mason dyskutował z sierżantem Spottem. Tam wciąż była grupka żołnierzy pilnująca granicy.
Na widok oddziału Josh znowu się spiął. Każdy miał broń, mundur… a on był tylko w kąpielówkach, boso, brudny od krwi i kurzu z szybu wentylacyjnego. Zimno nie było mu tylko dlatego, że był rozemocjonowany.
Mason spojrzał na niego, pilnując go, żeby ten był blisko. Oddał broń wojskowemu.
— To doprowadźcie to miejsce do porządku — rzucił do jednego z nich i lekko pchnął Josha, żeby poszedł do samochodu, w którym zostawił nic niewiedzącego Eliota.
Wojskowi obejrzeli się za Masonem, po tym wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia i podążyli do swojej grupy. Tymczasem Mason i Josh minęli barykady, przeszli obok dwóch samochodów i dojrzeli wreszcie jeepa z Eliotem w środku. Ten zaparkował na poboczu i dopóki ich nie zauważył, siedział pochylony do przodu, oparty przedramionami o kierownicę z lekko znużoną miną. Ale gdy tylko jego oczom ukazał się idący boso Josh i jego pan, szybko się poderwał i wysiadł.
— Wszystko w porządku? — zapytał już z odległości kilku kroków. Zdjął też swoją ciężką, jasnobrązową kurtkę i wyciągnął ją do Josha.
— Będzie dobrze, jak zapanują nad tym pierdolnikiem — syknął Mason i otworzył drzwi do samochodu. Spojrzał na Josha. — Pakuj się. — Chciał go już w domu, w wannie albo pod kołdrą, czystego i spokojnego.
Chłopak, założywszy na siebie kurtkę Eliota, wszedł szybko i bez słowa do samochodu. Eliot jeszcze popatrzył za nim z napięciem, a Mason podał mu pogniecione w kopercie dokumenty Josha z jego lekami, które w trakcie akcji ratunkowej musiał po prostu wcisnąć za pasek spodni. Po wsadzeniu ich do schowka Eliot pospiesznie zajął miejsce kierowcy. Odpalił auto, wycofał i podążył w kierunku apartamentu Masona.
— W radiu w końcu podawali dokładniejsze informacje o tym, co się stało — powiedział żeby nie jechać w totalnej ciszy. — Podobno jakiś idiota eksperymentował nad chorymi. Chciał wynaleźć lekarstwo całkowicie usuwające wirusa i zbić majątek. Ale obiekty mu spierdoliły — dodał ponuro.
— Mam nadzieję, że jego też zeżarły — mruknął Mason, siedząc z Joshem na tylnim siedzeniu.
Znowu objął go w ramionach i teraz lekko pocałował w czubek głowy. Ten cały czas oddychał płytko, jakby wcale nie rozumiał, że już bez bezpieczny. Trzymał się blisko swojego pana i patrzył czujnie za okno, na dość puste ulice Nowego Jorku. Tu jednak, w przeciwieństwie do zamkniętej strefy, widać było przechodnich.
— Tak, podobno tak. Prawdopodobnie w momencie, kiedy zgłaszał, że mu zwiali, bo nieoficjalne informacje mówią, że połączenie zostało przerwane, a faceta znaleźli już martwego.
— To ma za swoje — mruknął posępnie Mason i znowu spojrzał na Josha, ale zwrócił się do kierowcy. — Eliot, podaj mi lekki — rozkazał, bo prośbą to nie było. Josh nadal nie mógł się uspokoić. Wolał mu to trochę ułatwić i dać mu dodatkową dawkę leku. Na wszelki wypadek.
— Tak jest — odparł mężczyzna i zwolnił trochę, żeby sięgnąć po leki ze schowka. Podał je ponad siedzeniem swojemu właścicielowi i znów przyspieszył. Mieli jeszcze z pięć minut jazdy do domu.
Mason odpakował pojemnik, przygotował zastrzyk i skinął głową na Josha.
— Daj rękę — polecił, żeby ten nagle nie wierzgnął, jakby zwyczajnie zrobił mu to z zaskoczenia.
Chłopak wydobył z obszernego rękawa kurtki Eliota rękę i wyciągnął ja do swojego pana.
— To może jednak coś innego zamiast basenu…? — rzucił, czekając z nadzieją na zastrzyk.
Jego pan nie zawahał się nawet chwili. Jak może kiedyś nie lubił igieł, tak nowa rzeczywistość aż za dobrze go do nich przyzwyczaiła.
— Na razie nic. Siedzisz w domu, aż ochłoniesz… i ja też — mruknął, kiedy tłokiem wpuścił lek w ciało chłopaka.
Ten najpierw skrzywił się na uczucie igły wbijającej się w ciało, ale potem wziął głęboki oddech i znowu położył głowę na ramię swojego pana. Już czuł się lepiej. Z każdą chwilą coraz bardziej… spokojnie.
Gdy kilka minut później dojechali do domu i weszli do środka, Anna i Robert niemal na nich weszli. Każde z nich było przerażone tym, co się działo, a do tego musieli nasłuchać się z radia czy telewizji o ucieczce dzikich. Mason przekonał się o tym, kiedy weszli głębiej, bo słyszał dźwięk telewizora nawet tu, w przedpokoju.
— Wszystko w porządku? Boże, Josh, czy to krew? — Anna zasłoniła sobie usta dłonią.
— No, ale nie moja, spoko — odpowiedział szybko chłopak, odwieszając kurtkę na wieszak. — Chodziłem tylko po śladach, gdy uciekaliśmy z basenu przed dzikimi.
I zamiast uspokoić tym Annę, sprawił, że jej oczy niemal wyskoczyły z orbit.
— Boże!
Mason przewrócił oczami.
— Dobra, już. Nie histeryzuj, tylko idź szybko na górę, napuść wody do wanny — srogo przerwał troskę dziewczyny i jeszcze pogonił ją gestem dłoni.
Anna cała się spięła.
— Tak jest! — I dosłownie pobiegła do schodów na piętro.
Eliot w milczeniu to obserwował, chociaż zawsze było mu specyficznie, kiedy Mason tak ostro zwracał się do jego dziewczyny. Anna jednak zapewniała go, że jej to nie przeszkadza, a i tak jest wdzięczna Masonowi za trzymanie ich wszystkich w tym domu.
— Masz, Robert, to dokumenty Josha — powiedział tylko do lokaja, podając mu to, co Mason zabrał wcześniej z domu.
Mężczyzna przyjął wszystko i jeszcze zwrócił się do pana domu.
— Przygotować coś dla pana i Josha do jedzenia?
— Tak. I przynieś to później na górę. I ściszcie ten telewizor — dodał Mason i popchnął swojego pupila w stronę schodów, bo nie zamierzał tu z nim stać w nieskończoność.
Zostawili Roberta i podążyli na piętro wąskimi schodami. Josh wyglądał już na spokojnego… a raczej na nieprzestraszonego, bo spokojny nie był.
— Ale to było koszmarne. Ostatnio coś takiego widziałem na tym horrorze, który oglądaliśmy w ostatni weekend — mówił z wypiekami na policzkach. — Tym drugim z kolei, kiedy oni wszyscy zostali zamknięci w tym spa. No nie?
— Naprawdę chcesz to teraz roztrząsać? Nie wolisz zapomnieć? — spytał Mason, idąc o stopień za nim, do swojej sypialni, przy której była największa łazienka w domu.
Sam był zmęczony. Nie było to dla niego naturalne, żeby do kogokolwiek strzelać, czy biegać z bronią po ciemnych podziemiach, właśnie jak z horroru. Adrenalina sprawiała, że się nie bał, ale już wiedział, że nie będzie miło wspominał widoku dzikich próbujących rozszarpać innych ludzi. Zresztą cały czas miał wrażenie, że czuje ich smród.
— Wolę. Ale cały czas o tym myślę — odparł Josh, wchodząc do sypialni, z której właśnie wychodziła Anna.
Poinformowała ich, że kąpiel jest przygotowana, a Josh rozejrzał się po całym pomieszczeniu. Tutaj czuł się bezpiecznie. Wreszcie w domu. A w tym wszystkim najbardziej zaskakujące dla niego było, że kiedyś chciał stąd uciec.
— Skradałem się szybem wentylacyjnym — mruknął do Masona, już tutaj zdejmując kąpielówki.
Miał brudne nie tylko stopy, kolana i dłonie, ale właściwie całe ciało. Nawet na policzku skądś znalazła mu się szara plama.
— To dlatego tak wyglądasz — podsumował Mason i pierwszy wszedł do łazienki, żeby sprawdzić wodę. Była przyjemnie ciepła. — Właź. Trzeba cię umyć, nim wykąpię się z tobą.
Josh rzucił kąpielówki byle gdzie i szybko przeszedł po chłodnych kafelkach do dużej wanny. Jasność łazienki i dobre oświetlenie sprawiały, że czuł się bezpiecznie. A jeszcze bardziej przez to, że Mason był obok. Chciał móc go w końcu dotknąć, więc nie ociągał się i dosłownie wskoczył do wanny. Musiał aż zamknąć oczy, bo ta się rozchlapała. Usłyszał zaraz ciężkie westchnienie swojego pana.
— Musiałeś tę wodę rozchlapać? — stęknął, ale zdjął tylko skarpetki i boso podszedł do wanny. Kucnął obok niej i pogładził mokre włosy swojego pupila. — Umyj się i opowiedz mi w ogóle, jak znalazłeś się w tym szybie wentylacyjnym. Nie mieliście być na basenie?
Josh, który wręcz automatycznie wyciągnął głowę do ręki Masona, po tym szybko na niego spojrzał i pokiwał głową.
— Mieliśmy. Przyprowadzili nawet ludzi z innych zajęć i wszyscy siedzieliśmy na basenie — opowiadał, przy okazji wyciskając żel na gąbkę, którą od razu zaczął się szorować. — Ale musiałem się odlać i akurat zgasło światło, jak sikałem — dodał ze szczekliwym, krótkim śmiechem. I widocznie dla Masona się wzdrygnął. Może i teraz był spokojny, ale myśl o tym, co się działo, prześladowała go. Wtedy wcale nie był pewien, czy przeżyją i czy wróci do swojego pana.
— Nikt z tobą nie poszedł do łazienki? — ten za to spytał ostro. Nie był zły na chłopaka, ale na tych nic niewartych żołnierzy, którzy nie mogli dopilnować jego pupila.
— Było tylko dwój ratowników i jakichś dwóch żołnierzy. A na basenie nas było sporo i chyba uznali, że będą tamtym pilnować — wyjaśnił Josh, klękając i sięgając gąbką za siebie, żeby umyć tyłek. — A ja szybko wlazłem do tego szybu. I dobrze, bo jakbym wyszedł, to bym wpadł na dzikich. Weszli akurat, gdy zamknąłem kratę — zachrypnął na koniec.
Mason zaklął szpetnie. Nie był zachwycony tym, co słyszał.
— Na pewno już nie pójdziesz sam na żaden basen — mruknął, bo chyba rozpętałby piekło, gdyby dzicy zabili jego Josha. Nie mógł sobie tego wyobrazić.
Brak basenu był dla Josha dość dołującą wizją. Teraz chyba by na żaden nie wszedł, ale potrzebował jakiejś aktywności fizycznej. Jakiejkolwiek. Oczywiście poza seksem, w którym Mason dbał, żeby miał dużo wysiłku fizycznego.
— To gdzie mogę chodzić? — zapytał, siadając i zaczynając się żywo opłukiwać z mydlin. Woda była już lekko brunatna od krwi i brudu.
Mason nadal kucał przy wannie, opierając łokcie o jej skraj i patrzył sobie na swojego pupila.
— Pomyśli się o tym później. Na razie chcę cię mieć bezpiecznie w domu, aż nie przejdzie mi złość na to wszystko.
Josh zerknął na niego krótko, po tym spuścił wzrok na swój brzuch, który właśnie opłukiwał i zaśmiał się.
— Ale to dziwne, jak nie jesteś zły na mnie.
— Kto powiedział, że nie jestem?
Chłopak od razu uniósł na niego spojrzenie i skrzywił się.
— Nic nie zrobiłem — burknął, odkładając gąbkę.
— Poza tym, że byłeś w ogóle na tym basenie? A nie ćwiczyłeś na dole w siłowni? — spytał retorycznie Mason, bo nie był zły głównie na Josha, ale to jego jęczenie w ogóle spowodowało, że był na basenie w pierwszej kolejności.
Miał potrzebę, żeby zamknąć tego chłopaka w złotej klatce, ale nie zamierzał za to kogokolwiek przepraszać. Wyglądało jednak na to, że jego pupil miał inne zdanie. Naraz wstał, stanął przodem do swojego pana i pokazał na swoje ciało, mimo że nagie, z widocznym medalikiem na członku.
— A myślisz, cholera, że dla kogo ja to wszystko robię?!
Mason uniósł wzrok w górę na niego. Odetchnął ciężko, dając znać, że nie życzy sobie takich wybuchów.
— Siadaj — polecił.
— Ale mówisz do mnie z pretensją, a przecież też z tego korzystasz — upierał się Josh, nie słuchając go.
Mason ściągnął brwi, już wyraźnie się irytując.
— Siadaj, bo cię zmuszę! — syknął na niego.
Wargi Josha zacisnęły się, ale… nie usiadł. Schylił się tylko do wanny i wyciągnął korek.
— Brudna jest — burknął.
Czuł się złajany za to, że chciał zrobić coś dobrego. Tak samo jak z tamtą pamiętną szarlotką. Wziął ją na strych specjalnie dla Masona, żeby mógł spróbować pysznego ciasta, a zamiast tego mu się oberwało. A na basen oczywiście chodził też dla siebie, bo uwielbiał ruch, ale robił to też dla Masona! Żeby mu się podobać, żeby być seksownym, a Mason miał do niego o to pretensje. Znowu go nie docenił.
Mason zacisnął zęby. Dzisiejszy dzień odbije mu się na zdrowiu, jak nic.
— Josh. Siadaj z powrotem w tej wodzie, bo zawołam Eliota, żeby pomógł mi cię związać jak prosię. Jeśli jednak usiądziesz, to pomówimy.
Widział, że jego pupil jeszcze chwilę ze sobą walczy, ale w końcu usiadł w wannie, w brudnej wodzie, która powoli znikała w odpływie. Patrzył z zacięciem na swojego pana. Czuł się niedoceniony.
Mason westchnął ciężko i wstał, żeby się rozebrać, skoro mogli już napuścić świeżej wody do wanny.
— Nie mów mi, że nie chciałeś łazić na ten basen, żeby wyładować energię. Nie jestem zły głównie na ciebie, ale to, że tam byłeś, też mnie nie uspokaja.
Chłopak, który wciąż był rozsierdzony, ukradkiem zerkał na odkrywające się ciało mężczyzny. Podkulił kolana, gdy woda prawie już zniknęła.
— Ale byłem tam, żeby też ci się podobać. I o mało dzisiaj tam mnie ktoś nie rozszarpał, byłem, kurwa, przerażony w tym szybie. Myślałem tylko o tobie, myślałem, że cię nie zobaczę, a teraz mnie opieprzasz — mruknął. — To jak to moja wina, to w ogóle powinienem nie wychodzić z domu. Zamknij mnie może na strychu znowu, to będzie cudownie…
Mason zamyślił się.
— Czasami o tym myślę. Może niekoniecznie na strychu, ale w swoim pokoju chętnie bym cię zamknął — odparł, rozbierając się i rzucając rzeczy na podłogę. Anna się nimi zajmie.
Nago podszedł do wanny i puścił wodę z szlaucha, żeby opłukać Josha i wszystko naokoło, a dopiero po tym napuścić świeżej wody. Nie był w tym delikatny, bo na początku poleciał zimny strumień. Josh sapnął i skulił się, po czym zacisnął tylko zęby, gdy woda była już normalna. Mydliny i resztki brudnej wody spływały z niego do końca i lądowały w spływie, a Josh mruknął tylko pod nosem ledwo słyszalnie „dupek”.
— Słyszałem — mruknął szorstko Mason i dłonią sprawdził wodę w wannie. Dopiero kiedy upewnił się, że jest ciepła, wszedł do środka. Od razu wychylił się do Josha i złapał go za brodę. — Jesteś tak czy tak słodki. Nie bocz się tak.
— Nie boczę się, tylko mnie jeszcze bardziej dobijasz — mruknął Josh, chociaż już bardziej łagodnie, widząc spokojne podejście swojego pana. — Bo już się bałem, że byś mnie po tym dzisiejszym dniu identyfikował po medaliku…
— Dobrze więc, że go masz — odparł Mason z wisielczym humorem. — Ale nie dziw mi się. Byłeś, do diabła, tam sam. To nie oczywiste, że jestem w ogóle zły, że tam byłeś? Wolę mieć cię zachudzonego w domu, bezpiecznego, niż żebyś łaził gdzieś i wyglądał jak młody bóg.
Josh skrzywił się, bo wcale mu się nie podobała ta wizja. Ale… chciał usłyszeć coś miłego. Cokolwiek! Żeby Mason w jakichś najmniejszy sposób chociaż trochę go docenił. To, że dziś wręcz narażał swoje życie, żeby mu się podobać.
Powoli się do niego podsunął, trochę zagryzając wargę ze skrępowania. Przełożył nogi nad uda Masona, żeby po przytuleniu się, niby przypadkiem, czubek członka mężczyzny dotknął jego rowka. I objąwszy go za szyję, zapytał:
— Ale wiesz, że podobno przy kraulu aż siedemdziesiąt procent pracy przypada na ręce?
Mason objął go w pasie i oparł się do tyłu o brzeg wanny. Pogładził chłopaka po plecach.
— Może Eliot by z tobą chodził na ten basen. Ale nie teraz, Josh, naprawdę, nie chcę cię teraz puszczać nawet na chwilę. Myślę, żeby cię przykuć gdzieś blisko siebie.
Josh najpierw się skrzywił, po czym poszedł za ciosem i wiedząc, że Mason to lubi, zasugerował:
— To może przykuć tylko do łóżka do seksu, żeby mnie wydymać? — Jego policzki przy tym były czerwone, jakby kąpali się we wrzątku.
— Mogę cię przy okazji wydymać. Ale nie myśl, że w ciągu tygodnia znikniesz mi gdzieś z oczu. Wiesz, jak wyglądałeś tam w tych pierdolonych podziemiach? — spytał Mason i odwrócił sobie jego twarz, żeby ją zobaczyć.
Chłopak wciąż był czerwony, spojrzenie miał dość zacięte, ale z drugiej strony patrzył na Masona tak, jakby mimo własnych słów wcale nie chciał być teraz gdziekolwiek indzie niż w jego ramionach.
— Pewnie jak kundel jakiś — rzucił z krótkim śmiechem.
— Bardziej jak skradziony mi szczeniak, którego ktoś bardzo źle traktował. — Mason pogładził go po włosach i pocałował w czoło. — Dobrze, że jesteś cały, Josh…
Tym razem chłopak już uśmiechnął się bardziej entuzjastycznie i podsunął się bardziej. Przytulił się do mężczyzny i potarł policzkiem o jego szyję i drapiący zarost.
— To może jednak kilka dni w ogóle nie będę wychodził. Strasznie było tam samemu — mruknął, choć bardziej błogo, bo teraz zdecydowanie czuł się dobrze w tych ramionach. — Tutaj zawsze ktoś jest.
Mason zerknął na niego i nie puszczał. W ogóle nie chciał go puszczać. Nie chciał wchodzić do podziemi tego budynku, ale był tam Josh. Nie zamierzał go zostawiać. Jeszcze jakiś dziki albo niekompetentny żołnierz by go zastrzelił. Pamiętał, jaką ulgę poczuł, kiedy go zobaczył.
— I ty też powinieneś. Tutaj jest twoje miejsce. Przy mnie.
— Mmm… — odmruknął Josh, zgadzając się z nim. Wcale nie był pewien, czy by wyszedł na spacer, gdyby Mason pozwolił mu na to teraz.
Chwilę tak siedział tuż przy mężczyźnie, aż usłyszeli wołanie z sypialni. Robert poinformował ich głośno, że przyniósł jedzenie i postawił je na stole. Jego pan tylko odkrzyknął, że może już sobie iść i żeby zamknął drzwi. Josh chyba trochę lubił w Masonie tę jego władczość. W ogóle lubił z nim być, nawet kiedy ten nie był najmilszym człowiekiem świata. Ale dla niego on sam był najważniejszym elementem tego świata. Nawet, jak czasami Mason zamknąłby go w złotej klatce.

***

Skutki panoszenia się dzikich po kilku ulicach Manhattanu były gorsze, niż z początku się wydawało. Sporo chorych i zdrowych straciło życie, w tym podobno dwójka dzieci. W mediach mocno o tym trąbiono, wojska na ulicach zrobiło się jeszcze więcej, a Mason przez fakt bycia w środku tego chaosu przez kolejne trzy dni musiał łazić po lekarzach, kontrolach i zdawać idiotyczne sprawozdania. Miał też ostrą dyskusję z jakimś ważniakiem, który próbował mu wmówić, że w takiej sytuacji powinien pogodzić się z utratą swojego chorego, którego życie jest mniej warte niż jego. Mason oczywiście był innego zdania, a ciśnienie nieźle mu przez to skoczyło. Ale przez to wszystko prawie w ogóle nie przebywał z Joshem.
Dopiero czwartego dnia po ucieczce dzikich wrócił do domu z kolejnego instytutu już po drugiej po południu i mógł zobaczyć swojego pupila. A przynajmniej tak mu się wydawało, bo w sypialni go nie zastał. Uznał więc, że pójdzie po kawę i zasięgnie informacji od służby, bo nie chciało mu się szukać wszędzie tego szczeniaka. A przecież Anna zawsze kręciła się w okolicach kuchni. Takie było jej zadanie, tak samo jak robienie mu kawy.
— Anna?! — zawołał, już wchodząc do kuchni. — Zrób mi kawy — zażądał, kiedy ją tylko zobaczył.
Dziewczyna, która standardowo o tej porze przygotowywała jakiś deser, obejrzała się na niego, jakby zaskoczona, że jej pan się tu pojawił.
— Oczywiście. Już robię — odpowiedziała szybko i odłożyła na bok deskę z częściowo pokrojonymi owocami.
Jak zawsze w kuchni miała na sobie fartuszek. Mason nie miał pojęcia, jakim cudem utrzymuje to pomieszczenie w tak idealnej czystości, skoro ogarniała cały dom. Dom, w którym mieszkała piątka ludzi. W tym czwórka mężczyzn.
— Dzisiaj dali panu spokój wcześniej? — zagadała nieśmiało, już przygotowując gorący, czarny napój, potrzebny mężczyźnie jak tlen.
Mason usiadł na jednym z wysokich stołków i oparł łokcie o blat wyspy na środku kuchni.
— Tak. Na szczęście. Już mi się ulewało. I w ogóle, gdzie Josh?
— Hm, chyba tam, gdzie siedzi ostatnie trzy dni non stop. Na strychu — wyjaśniła dziewczyna, podstawiając filiżankę pod ekspres. — Znowu nie chciał ze mną pójść na zakupy.
Pan tego domu ściągnął brwi z konsternacją.
— Nie?
Jako że ekspres dalej pracował, Anna w końcu odwrócił się przodem do Masona i poprawiła opaskę na swoich lekko falujących włosach.
— Nie. To dziwne, bo zwykle sam mnie dopytywał, kiedy w końcu pójdziemy. Wykorzystywał każdy pretekst, żeby wyjść z domu. A teraz nawet moje namawianie nie pomogło.
Mężczyzna słuchał tego i nie mógł wyjść ze zdziwienia, bo faktycznie nie brzmiało to nijak jak jego Josh. I do tego ten strych… To było niepokojące.
— Dobra, daj szybciej tę kawę. Zobaczę, co się z nim dzieje.
Anna wyciągnęła słodzik, zrobiła kawę trochę w ukropie, nie chcąc zawieść swojego pana. Ten więc po chwili już mógł wyjść z kuchni ze swoim ulubionym napojem, który smakował tak cudownie tylko i wyłącznie w wykonaniu tej dziewczyny. Nie podziękował jej mimo tego, tylko odwrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni, żeby udać się na górne piętro, a potem aż na strych. Tę trasę swego czasu praktykował aż nader często.
Obecnie nie miał powodów, żeby tu wychodzić. A tym bardziej tego unikał, od kiedy Anna i Eliot zrobili sobie z tego miejsca swój romantyczny kącik. I najwyraźniej Josh zamierzał ten kącik przejąć, bo Mason rzeczywiście go tam znalazł. Po wyjściu przez właz i przejściu długiego korytarzyka dotarł do głównego pomieszczenia i zobaczył swojego pupila. Leżał na brzuchu w samych bokserkach, na tej specyficznej, czerwonej pościeli i oglądał stary telewizor. Leciał akurat jakiś starszy film science-fiction.
— Nie musiałeś tu wietrzyć? — spytał Josha, idąc co niego bez krzty skrępowania. Josh należał do niego, tak samo jak ten cały dom. Ale bawiło go, że chłopak wybrał akurat to miejsce przy swoim czułym węchu.
— Wietrzyłem przedwczoraj. Potem Anna i Eliot nie wchodzili — odpowiedział chłopak, uśmiechając się na jego widok.
Wyglądał naprawdę… uroczo. Był już może właściwie młodym mężczyzną, ale dla Masona jakoś zawsze wyglądał jak szczeniak. Szczególnie gdy się tak uśmiechał. Te jego zielone oczy też jakoś go odmładzały, do tego lekko rozwichrzone włosy i zabawne, żółto-szare, luźne bokserki.
Podszedł do łóżka i usiadł na nim. Napił się kawy.
— I nic niby już nie czuć? Jakoś ciężko mi uwierzyć. Ale w ogóle, co tu, do diabła, robisz?
Josh odwrócił wzrok na telewizor i wzruszył ramionami.
— No… oglądam film — odparł jakby nigdy nic, ale Mason głupi nie był.
Stuknął go w bok kolanem.
— Nie kombinuj. Wiesz, o co pytam.
Chłopak cicho sapnął i w końcu podniósł się. Pomasował się dłońmi po łydkach, siedząc sztywno po turecku.
— Sam nie wiem. Dobrze się tu czuję jakoś ostatnio — odmruknął.
— Myślałem, że dobrze czujesz się w mojej sypialni — odparł spokojnie Mason, bo jeszcze miał całkiem niezły humor. Jeszcze.
— Też… — przyznał Josh, zerkając na niego krótko, jakby sprawdzał jego stan. — Ale ciebie nie było ostatnio często, więc tu przyszedłem.
— Żeby poczuć zapach pieprzącej się Anny z Eliotem? — Mason nie odpuszczał mu, kiedy wypytywał bezpośrednio z nieschodzącą z twarzy obojętnością. Była jakby wyraźniejsza przez leniwe popijanie kawy.
— Oż, wietrzyłem. Uparłeś się na tę Annę — mruknął Josh i poderwał się nerwowo z łóżka. Podszedł do telewizora i wyłączył go. — Tu jest wysoko, bezpiecznie i nie muszę słuchać tych cholernych patroli przejeżdżających obok przez ulicę.
Mason siorbnął kawę i cały czas patrzył na swojego miotającego się podopiecznego.
— Słychać ich z dołu? To tylko jedno piętro.
— Tu słychać mniej… Nie chcę o tym myśleć… — odparł Josh, jakby trochę speszony. Mason doskonale widział to po jego postawie, unikaniu wzroku i próbie zachowania dystansu. Nie wykonał jednak żadnego kroku do chłopaka, tylko znowu napił się kawy.
— Boisz się? Że znowu ktoś będzie na ciebie polował? Pamiętasz jeszcze, jak dzicy wdarli się do domu? — spytał, przypominając chłopakowi sytuację, jak kiedyś z jego winy wdarli się tu dzicy i sam skrył się na strychu.
Te słowa i wspomnienia zdecydowanie nie pomogły Joshowi. Wręcz przeciwnie. Chłopak mimowolnie się rozejrzał i wykrzywił usta. Kucnął pod telewizorem.
— Nie boję się — skłamał burkliwie i miał już zamilknąć, ale i tak dodał z pretensją: — I czemu mi o tym przypominasz?!
— Żebyś wiedział, że chowanie się pod łóżkiem nic ci nie da.
Josh odwrócił wzrok na bok, nie odpowiadając. Krępowało go to, że Mason tak łatwo go przejrzał i że tak otwarcie i wprost to wszystko mówi. Nie chciał znowu wychodzić na jakiegoś spłoszonego zwierzaka. Zwyczajnie czuł się… niekomfortowo z myślą, że po mieście biegają dzicy i jeździ mnóstwo patroli wojska. Nie chciał tam wychodzić. Tutaj, na strychu, czuł się z dala od tego wszystkiego. Łatwiej było mu tu nie myśleć o brudnym szybie wentylacyjnym i odgłosach warczenia. O plamach krwi i rozdartych ciałach.
Jego pan przyglądał mu się w tym czasie. Był całkiem cierpliwy jak na siebie w tej chwili.
— Josh. Chodź tu — rozkazał po chwili, kiedy już znudziło mu się oglądanie jego spłoszonego spojrzenia.
Ten najpierw spróbował upewnić się, o co chodzi, ale w końcu podniósł się i podszedł do łóżka. Usiadł tuż obok swojego pana.
— Połóż się — Mason wydał kolejne polecenie. Sam siedział na skraju łóżka i właśnie dopijał do końca kawę.
— Po co…? — zaczął Josh, ściągając brwi, ale już wiedział, że nie uzyska żadnego wytłumaczenia, więc po prostu wykonał rozkaz. Leżał teraz na plecach na czerwonej pościeli, patrząc pytająco na mężczyznę.
Ten odstawił kubek na bok i odwrócił się do niego. Przesunął dłonią po jego policzku i odgarnął my włosy z czoła.
— Masz czego się bać, ale siedzenie tutaj nic ci nie da.
Josh skrzywił się znowu. Dotyk był bardzo miły, ale znowu czuł się głupio. Poza tym, nawet jeśli Mason miał rację, to trudno mu było to przełożyć na swoje zachowanie.
— Myślałem, że przeczekam to, co się teraz u nas dzieje — spróbował się wytłumaczyć. A przy tym przesunął dłonią po pościeli i sięgnął palcami do spodni Masona.
Ten zerknął tam i lekko rozsunął kolana.
— Nie krępuj się, jeśli masz ochotę mi possać — zachęcił i jeszcze raz przeczesał mu palcami włosy. I od razu zobaczył rumieńce na twarzy chłopaka.
— Bo nie było cię ostatnio — rzucił, zerkając na krocze mężczyzny i mimowolnie oblizując wargi. Przekręcił się i zerknąwszy mu krótko w oczy, sięgnął w końcu do jego paska w spodniach.
— To teraz masz okazję, żeby to nadrobić — odparł Mason, nie pomagając mu w dobieraniu się do jego krocza.
Sam tego chciał, nawet tęsknił za tym, ale dużo słodsze było oglądanie, jak to właśnie jego pupil sam się prosi, żeby tak, a nie inaczej spędzić wspólny czas. Domyślał się, że Josh, może nawet nieświadomie, chce w ten sposób rozładować swoje emocje i stres. Seks był w tym względzie naprawdę przydatny.
Jak często w łóżku, Josh mniej myślał, a więcej robił to, czego pragnął. Dlatego zamiast speszyć się tym, jak Mason podchodzi do jego chęci zrobienia mu dobrze, coraz chętnie rozpinał mu spodnie. W żaden sposób się nie oburzył, czy nie krygował, a nawet uśmiechnął się do niego krótko i położywszy na brzuchu, podparł się łokciem na materacu.
Penis, który teraz wystawał ze spodni mężczyzny, był bardzo kuszący. Może jeszcze nie całkiem sztywny, ale samo wyobrażenie sobie jego smaku i zapachu sprawiło, że w ustach Josha zebrała się ślina. Wychylił więc mocno głowę i zaczął go powoli oblizywać ze wszystkich stron.
Mason to lubił. W ogóle lubił seks z Joshem, ale to, co ten chłopak nauczył się robić ustami, było zawsze genialne. Miał do tego słabość. Znowu więc pogładził jego włosy i jeszcze szerzej rozsunął nogi.
— Smakuje ci?
— Noo… Taki jesteś tu… no jak jakiś taki samiec alfa, jakbym zlizywał z ciebie testosteron normalnie — odpowiedział Josh z krótkim, szczekliwym śmiechem.
Ale nie kontynuował rozmowy, bo nie chciał marnować ust na mówienie. Od razu zajął je członkiem swojego pana, bo wziął główkę między wargi i zamlaskał na niej całkiem głośno, jakby ze smakiem.
Penis nieznacznie drgnął w jego ustach, a na głowie chłopaka już na stałe spoczęła dłoń jego pana.
— Dobrze. To jak ci tak smakuje, to może w przyjemny sposób zapracujesz na pewną wycieczkę. Mógłbym cię gdzieś zabrać, jak się ładnie postarasz.
Josh zawahał się, bo słowo „wycieczka” w pierwszej kolejności wzbudziła w nim euforię, a z drugiej strony… strach. Wykręcił więc lekko głowę i spróbował popatrzeć na Masona. Ale przez to, że wciąż miał pełne usta i nie za bardzo go widział, na chwilę zostawił jego członek.
— A dokąd? I pójdziesz ze mną, tak?
Mason najpierw skinął głową, po czym ściągnął brwi.
— A nie… chyba jednak to była zła propozycja. Przecież chciałeś zostać na strychu. — Westchnął i chwycił swojego penisa, żeby postukać nim po wargach i policzku Josha.
Ten, momentalnie czując, że Mason może na serio zrezygnować z tego pomysłu, szybko polizał penisa i otarł się o niego bardziej twarzą.
— Nie, chcę na tę wycieczkę! Zrobię ci najlepszą laskę!
— A nie bałeś się przez przypadek wychodzić?
— Z tobą mogę wyjść. Możemy zabrać broń, a ja będę się ciebie trzymał — zapewnił chłopak, czując podenerwowanie. Nie wiedział przecież, czy Mason tylko się z nim drażni, czy naprawdę mógłby z tego zrezygnować. Przecież bywał sadystą i nie byłoby zaskoczeniem, że najpierw by mu pomachał kiełbasą przed nosem, a potem sam ją zjadł. Ale na wszelki wypadek chciał go przebłagać, więc wsunął całą twarz pod penisa, trącając nosem powoli ściągające się jądra i zerknął na niego w górę prosząco. — No Mason…
Pan tego domu uniósł brew z zaciekawieniem. Podobało mu się, co widzi między swoimi nogami, ale nie byłby sobą, jakby jeszcze trochę tego nie wykorzystał.
— Tak? O co tak prosisz?
W głowie Josha pojawiło się „o wycieczkę”. Ale Josh głupi nie był. Wiedział, że to nie wystarczyłoby Masonowi, który zdecydowanie lubował się w wyuzdanych tekstach. Josh więc przełknął z trudem ślinę i czując kumulujące się w piersi i na twarzy gorąco, liznął czule sam czubek.
— Żebyś pozwolił mi połknąć twojego penisa i wypić z niego wszystko do samego końca i żebyśmy mogli pójść dzięki temu na wycieczkę — wyrzucił na jednym wydechu. Z penisem tuż przy ustach.
Mason uśmiechnął się pod nosem. Podobała mu się ta odpowiedź. Była taka urocza, chociaż Josh nigdy nie był najlepszy w bezpruderyjnych tekstach. I coś w tym było takiego, co go wyróżniało.
— Mmm… na razie w takim razie sprawdźmy, czy umiesz spełnić swoją rolę. Z wycieczką jeszcze zobaczymy, jak się spiszesz i nie schowasz się pod łóżkiem, kiedy przyjdzie co do czego.
Josh sapnął i tylko pokiwał głową, żeby już wziąć się do rzeczy. Podsunął się bardziej i chwycił już wilgotnego penisa u nasady. A po tym otworzył usta i zaczął go sobie wsuwać. Zwykle, gdy robili to ot tak, umiał być w tym dobry, ale kiedy się naprawdę starał, był wręcz genialny. Robił to tak wiele razy, że nauczył się niektórych wspomagających technik. Wiedział, jak się ustawić, żeby się nie zakrztusić i póki sam nadawał sobie tempo, mógł zmieści tego dużego penisa w całej okazałości. Tak jak teraz, gdy Mason miał widok na jego poruszającą się głowę i czuł, że co jakiś czas jego zdolny pupil dotyka mu podbrzusza nosem.
Lubił to czuć i widzieć. Czasami obie te rzeczy były porównywalne. I jedyne co było zabawne w tej sytuacji, że Josh robił to za to, żeby wyjść na zewnątrz, przed czym wzbraniał się przez ostatnie dni.
Pogładził go najpierw po włosach, po czym zsunął dłoń pod brodę Josha i dotknął jego gardła, żeby może coś poczuć, kiedy ten będzie przełykał ślinę albo jego preejakulat.
Josh najpierw na chwilę zastygł, ale czując, że Mason nie robi nic innego, wznowił ruchy. Mężczyzna dzięki temu mógł poczuć, jak się przy tym wysila i rzeczywiście, gdy tylko jego penis w całości znajdował się w ustach chłopaka, ten chyba mimowolnie naciskał na niego językiem, a gardło wyczuwalnie się ściskało. Uczucie było… niesamowite.
Mason czuł, że nie jest wcale aż tak daleko od tego, żeby dojść. Ale nie chciał, żeby się to kończyło takim szybkim obciągiem na strychu.
— Rozbierz się.
Chłopak odsunął się od jego penisa ustami, ale nie pozostawił go w samotności, bo wciąż poruszał po nim dłonią. Podobało mu się uczucie wilgotnego, twardego mięcha w ręce.
— A nie mogę skończyć? Bo chciałem połknąć.
— Połkniesz, nie bój się. — Mason uśmiechnął się do niego przebiegle. — Ale też chcę, żebyś się w tym czasie dotykał. Nie tylko w ustach w końcu go chcesz, nie?
Josh trochę się speszył, ale zgodził się skinieniem głowy. Położył się szybko na plecach i zdjął bokserki jednym, zamaszystym ruchem. Jego penis wręcz odskoczył, cały sztywny, pokazując się w całej okazałości z medalikiem bujającym się na końcu. Po tym chłopak zszedł z łóżka i uklęknął na starych deskach tuż przed Masonem.
— Mogę tu?
— Jeśli tylko będzie ci dość wygodnie. Nie chcę potem słuchać, że cię kolana bolą — ostrzegł go pan domu, przekręcając się na łóżku bardziej przodem do Josha. Teraz obie nogi miał na podłodze.
Jego pupil od razu to wykorzystał i podsunął się bliżej. Chciał usłyszeć coś miłego, dlatego znów wziął do ust sztywny członek, jakby był cudownym smakołykiem, po czym zerknął w górę na swojego pana i przekręciwszy głowę na bok, niczym szczeniak, wypchał sobie policzek główką.
Mason westchnął ciężko i nisko. Jego pupil był uroczy w tym, co robił i bardzo bezpruderyjny. Kiedy byli sami ze sobą. Ale teraz byli, więc dodał:
— Dobrze. Podotykaj się, chcę popatrzeć.
Od razu poczuł na własnym penisie, jak chłopak przełknął ślinę. Zapewne ze wstydu. Ale to nie przeszkodziło mu w wypełnieniu polecenia. Na pewno motywowała go do tego obietnica wycieczki, ale też po prostu… lubił to. Lubił poddawać mu się, wypełniać jego rozkazy, a władczość sprawiała, że sztywniał.
Zobaczył, że ręka Josha wędruje powoli do tyłu, ale przy tym nie przestawał mlaskać i ssać penisa. I na chwilę zacisnął mocniej oczy, gdy podotykał szparkę i spróbował naciągnąć ją jednym palcem.
Mason wyciągnął głowę w górę, żeby coś widzieć. Josh, który sam sobie robił palcówkę, był zawsze dobrym widokiem.
— Powoli, możesz się bardziej wypiąć.
Josh zerknął na niego krótko i podparłszy się o jego udo, uniósł tyłek. Przez to musiał trochę przesunąć się kolanami do tyłu i znów mógł zacząć poruszać głową na penisie Masona. Teraz jednak miał lepsze pole manewru przy swojej dziurce, a Mason lepszy widok. Dlatego mógł zobaczyć, jak palce odsuwają pośladek, a potem jeden zaczyna wschodzić do środka. A Josh wydał przy tym zduszone, ciche „mn!”, które było dla Masona dowodem, że nie tylko on czerpie przyjemność z tego, co się dzieje. Rozsunął jeszcze trochę uda i pogładził Josha po włosach, kiedy patrzył, jak ten ostrożnie dotyka swojej niedotykanej od kilku dni dziurki.
Wiedział, że będzie go cudownie ściskać. Może nawet lepiej niż teraz wargi Josha, które poruszały się na jego członku i gardło, które starało się przyjąć go w całości. Bo widział, że szparka naprawdę się zamyka. Nie poddawała się łatwo palcom chłopaka, ale ten pracował nad zmienieniem tego z determinacją i kręcił palcem na boki, naciągając ją w różne strony. Mason nie widział jego krocza, ale domyślał się, że penis już był wilgotny. Josh pod tym względem reagował bardzo prawidłowo. Musiał przyznać, że chyba nie sprawiałoby mu nawet połowy przyjemności z seksu, gdyby ten nie był sztywny, kiedy go pieprzył.
— I jak? Nadal ciasny? — zagadał.
Głowa Josha odsunęła się od jego penisa, pozostawiając go mokrego od śliny i smakowicie ciemniejszego od reszty ciała.
— Mhm… Ale zaraz będę gotowy — zapewnił, choć wcale nie musiało tak być. Widać było, że mimowolnie się zaciska, a mimo to właśnie na siłę wcisnął w siebie drugi palec i od razu mocno poczerwieniał na twarzy.
Masona to bawiło. Było urocze, ale głównie w tej chwili zabawne.
— Gotowy na ból? Widzę, że jeszcze się zaciskasz, Josh. Czemu kłamiesz? — spytał, łapiąc go za brodę i unosząc ją w górę do siebie, kiedy się pochylił.
Josh dał się pociągnąć, ale z racji, że Mason był teraz tak blisko, trudniej było o tym rozmawiać. Ale mężczyzna miał rację. Może miał w sobie dwa palce, ale ściskał je swoim tyłkiem bardzo mocno.
— Bo… Mi nie przeszkadza, gdy trochę boli — wyznał w końcu.
Nawet nie wiedział, czy kiedyś o tym rozmawiali. Czy mówił Masonowi wprost, że poza jego siłą i dominacją, kręciło go też to, gdy czasem trochę bolało. Czekał więc w napięciu na reakcję.
Mężczyzna uniósł brwi w zaskoczeniu. Ale nie na to, co usłyszał, ale że w ogóle to usłyszał.
— Tego już dało się domyślić. Ale wolisz, jak cię boli? — dopytywał dalej, niezrażony jego skrępowaniem.
Co innego Josh, bo spróbował cofnąć głowę. To był dla niego bardzo… trudny temat. Uważał za dziwne to, że lubi, gdy trochę boli. Tak chyba nie powinno być… I jeśli dobrze pamiętał, to kiedyś wcale tak nie miał.
— Nie wiem… Ale jak trochę mocniej robisz, to… to jakoś szybciej sztywnieję. Klapsy też… i w ogóle.
— Czyli chcesz już? Żebym wbił się tam zamiast tych dwóch palców? Czy jeszcze trochę wolisz się pomacać i mnie połknąć? — zapytał Mason, zaciekawiony tym, co słyszy, bo cóż, lubił słychać, kiedy Josh się peszył i mówił mu, co myśli, chociaż bał się tego, co myśli.
— Miałem cię połknąć za wycieczkę — przypomniał Josh z większą pewnością i zaśmiał się krótko.
Od razu więc wziął go do ust, najgłębiej jak mógł i zaczął żywo poruszać głową. Jak o bólu w trakcie seksu mówił ze speszeniem, tak obciągał z otwartą ochotą. Mason w końcu dobrze go wytrenował. Tyle razy mu powtarzał, żeby nie przejmował się, że to robi, bo jest właśnie od tego, że już jakoś choremu weszło w krew to, że może z tego czerpać przyjemność.
— Miałeś się spisać za wycieczkę. Nie zapomnij o tyłku.
Josh wymlaskał coś niewyraźnie na zgodę i spróbował poruszać palcami. I chyba był na tyle skoncentrowany przy tym na obciąganiu, że zaczął pieprzyć się nimi w takim samym tempie, w jakim brał Masona do gardła. Ewidentnie był po dłuższej chwili tym zmęczony, a utrzymanie równego oddechu i tempa kosztowało go sporo wysiłku, ale nie ustawał. Chciał, żeby Masonowi się podobało i żeby go skomplementował. Ten jednak tego nie zrobił, tylko znów wsunął palce w jego włosy i w końcu zaczął głęboko oddychać. Był coraz bliżej spełnienia. Usta Josha były lepsze na rozluźnienie niż jakikolwiek masaż.
Nie mówił, kiedy planuje dojść, bo chciał, żeby chłopak wykazał się refleksem i dobrze utrafił moment, kiedy powinien przełknąć jego nasienie. Widział, że na razie się tego nie spodziewa, bo cały czas robił to rytmicznie. Masona więc podniecała myśl zaskoczenia, które mogło się pojawić na jego twarzy.
Obserwował go czujnie i końcu pozwolił sobie wystrzelić. Akurat, gdy był głęboko w gardle Josha.
Chłopak otworzył szeroko oczy i… zakrztusił się. Z kącików oczu wypłynęły mu łzy, a on wydał kilka odgłosów krztuszenia. Poczerwieniał jak pomidor, ale nie wypluł nic. Ba, nawet nie odsunął całkiem głowy, tylko trochę, żeby wciąż mieć połowę penisa w ustach. I mimo braku oddechu, spróbował wszystko gorączkowo przełknąć.
Mason patrzył na to, samemu oddychając przez usta i uspokajając powoli oddech. Może i był lekkim sadystą, ale widok tak dzielnie walczącego z jego spermą Josha był podniecający. Cokolwiek i ktokolwiek by nie myślał.
Najlepsze na koniec, niczym wisienka na torcie, było to, że chłopak po przełknięciu i wypuszczeniu jego penisa, dysząc głośno i z wysiłkiem, jeszcze dokładnie go oblizał. Po tym wytarł usta wierzchem dłoni i ciężko oparł się obiema o podłogę, wciąż klęcząc.
— Ja pieprzę! — wychrypiał. — Gardło mnie boli.
— Ale masz z głowy już najbliższy posiłek — odparł Mason z zadziornym uśmiechem. Patrzył przy tym na Josha z satysfakcją, ale i cieplejszym uczuciem. Bo ten, co by nie mówić, wykazał się. Był dzielny i seksowny. A on sam nie był po tym obciągu znów miękki.
Josh zaśmiał się z jego komentarza i oblizał usta. I najwyraźniej sam też chciał więcej, bo szybko się podniósł i objął Masona na szyję, z pytającym spojrzeniem próbując nad nim klęknąć.
— Możemy dalej?
Mason zlustrował go chciwym spojrzeniem. Josh był jego i tylko jego.
— Chcesz poujeżdżać? — spytał, łapiąc go za nagie biodro. Może i chłopak był chudszy niż przed apokalipsą, ale nadal go kręcił. I, co by nie mówić o tym przeklętym basenie, wyrzeźbił na nim chociaż trochę swoje seksowne ciało.
— Mhm, chcę — odparł szybko i widząc zgodę, uklęknął wygodnie nad biodrami Masona, po czym szybko, jakby wręcz potrzebował tego już, natychmiast, sięgnął za siebie. Ze skupieniem, przygryzając końcówkę języka, spróbował nakierować penisa na szparkę.
Mason opadł na plecy, żeby lepiej widzieć, jak nagi Josh kręci się na jego biodrach. Nie przeszkadzał mu, tylko podłożył sobie jedną ręką pod głowę, a drugą położył na jego udzie, czekając, aż zostanie po raz drugi obsłużony.
Miał bardzo mokrego od śliny penisa, więc nie było tak ciężko, jak mogłoby być w innej sytuacji. Ale mimo to czuł, jak ciasny jest dzisiaj jego pupil. Że jego pośladki próbują go ścisnąć, a szparka się opiera. A kiedy już znalazł się czubkiem penisa w środku, było… genialnie. I dla niego, i dla Josha, bo ten jęknął cicho i oparł się dłońmi o klatkę piersiową swojego pana. Teraz już mógł się nasunąć bez pomocy dłoni. Był przy tym czerwony i rozgrzany, a jego penis co jakiś czas lekko się bujał.
Mason tylko go obserwował, czując jednak, jak wnętrze jego pupila jest ciepłe, wręcz gorące i trzyma go mocno. Penisa miał niemalże zasysanego przez ten tyłek, a sam Josh… był słodki. Patrzył się na niego, spuszczał wzrok i czerwieniał, co tylko nakręcało Masona, chociaż nie mówił tego.
Najwyraźniej jednak tego brakowało Joshowi. Zrobił mu genialnego loda, a teraz starał się z całych sił, żeby Masonowi było dobrze. Więc gdy tylko udało mu się, mimo bólu, zmieścić w całości jego duży, twardy sprzęt, zaskamlał cicho z przyjemności i opadł w dół, opierając się łokciami po bokach głowy swojego pana. Czuł się wręcz wypchany.
— Jak… jak mi idzie…? — wydusił.
Mason pogładził po dłonią po biodrze i boku.
— Całkiem nieźle. Boli tak, jak mówiłeś, że lubisz? — spytał, bo czuł, jak ciasno jest w tyłeczku jego pupila.
Josh zaburczał z pretensją, że znów poruszają ten temat, ale odpowiedział zgodnie z tym, co czuł.
— No… Trochę, jakbym miał za dużo — mruknął i polizał Masona po zaroście i ustach.
Ten złapał go za twarz i zmusił do pocałunku.
— Mmm… Czuję, jesteś ciasny. Nie zabawiałeś się sam ze sobą, kiedy mnie nie było. Dobrze.
A Josh od razu się uśmiechnął. Może było to z jego strony głupie, ale uwielbiał, kiedy Mason go chwalił, kiedy się do niego uśmiechał i kiedy pokazywał, jak cieszy się, że z nim jest. Wywoływał tym u Josha radość i… chęci by bardziej się starać. Chłopak więc cmoknąwszy go jeszcze raz, wyprostował się i zaczął się powoli poruszać. Wysuwał z siebie penisa, unosząc się, a potem, gdy czuł, że ten zaraz wypadnie, opadał żywo w dół. I za każdym razem przy tym stękał.
Mason obserwował to z ciągłym lekkim uśmiechem na ustach. Takie porno na żywo mógłby oglądać cały czas, gdyby tylko miał do tego dość siły.
— Mmm… przyjemnie — zamruczał, uznając, że czas, żeby go trochę pochwalić.
Czasami było to bardzo strategicznym zagraniem, bo wtedy Josh starał się jeszcze bardziej. Tak jak teraz, gdy uśmiechnął się szeroko i zaraz potem jęknął, gdy w ferworze tej radości zbyt gwałtownie się poruszył.
— Nn… już wiem, że będzie mnie tyłek potem bolał — stęknął, oddychając głęboko. A mimo swoich słów, złapał się nagle za penisa i zaczął się pieścić w rytm ruchów bioder.
— Tylko nie dojdź przede mną — ostrzegł go Mason, bo nie chciał, żeby Josh jeszcze miał orgazm. Przyjemnie się wtedy zaciskał, ale jeszcze nie był na to czas. Zresztą, kiedy nie pozwalał mu dojść, to miało to w sobie jeszcze to coś. Jak chociażby ta skrzywiona, błagalna mina Josha, kiedy było mu tak dobrze, gdy się pieścił, a musiał zabrać rękę. Ale… zrobił to. Zacisnął obie dłonie na swoich udach i zaczął się żywiej poruszać.
— A… ale powiedz mi… kiedy… będę mógł… — wystękał, czując, że jest bliżej orgazmu niż jego pan, który przecież niedawno doszedł.
I teraz tylko znowu wzrastało w nim podniecenie, ale jeszcze chciał popatrzeć, jak jego chory podopieczny się męczy.
— Potrzymać ci tego penisa, żebyś mi tu nie strzelił?
— Nie! — jęknął Josh, obijając się pośladkami o jego biodra. — A… a jak dojdę przez przypadek?
— To nie pójdziemy na wycieczkę — odparł Mason od razu, świadom tego, że okłamuje Josha. Musiał jednak go postraszyć, żeby ten swojego zwykłego orgazmu nie tłumaczył żadnym „przypadkiem”.
Zdecydowanie udało mu się przestraszyć Josha, bo ten od razu się zatrzymał i rozejrzał gorączkowo.
— A… a masz na włosach jakąś normalną gumkę?
Jego pan uniósł jedną brew z zaciekawieniem.
— Powiedzmy, że mam. Czyli nie wolisz, żebym ja cię przytrzymał? — spytał i trochę uniósł głowę, żeby zdjąć zwykłą czarną gumkę z włosów.
— Nie, bo szybciej dojdę, jak mnie dotkniesz… — odmruknął Josh, czekając ufnie na więzienie dla jego penisa. Ale wiedział, że w przeciwnym razie strzeliłby tu za najwyżej minutę takiej przejażdżki.
Mason za to zaśmiał się z niego, ale nie dodał już nic zgryźliwego. Jego śmiech był wystarczający, żeby speszyć Josha, któremu w tej chwili i tak chwycił penisa i właśnie nakładał na niego gumkę do włosów. Ścisnął ją na dwa razy, żeby penis był dobrze uciskany. Josh zaskamlał krótko, gdy Mason przeciągnął ją na samą nasadę i nerwowo spiął pośladki, a tym samym członek, który miał w sobie.
— Mógłbyś mi pozwolić po prostu dojść… — mruknął z wyrzutem, ale Mason pokręcił głową.
— Byłoby ci za dobrze. Zresztą, jakbyś nie miał motywacji, nie ruszałbyś się tak żywo. Chyba musisz mi przyznać rację, że teraz machasz tym swoim tyłeczkiem tak chętnie, bo sam chcesz strzelić.
Josh tylko zaburczał z pretensją, ale rzeczywiście… zaczął ruszać tyłeczkiem. Szybko wrócił do przerwanego rytmu i podskakiwał na biodrach Masona, a jego penis razem z nim. Przez to medalik śmiesznie się ruszał, a Mason doskonale widział, że na dziureczce na żołędzi Josha zebrała się już wilgoć.
Chłopak pewnie mógłbym dojść w każdym momencie, gdyby nie gumka, która krępowała jego penisa. Ale Mason jednocześnie wiedział, że dzięki niej będzie miał jeszcze lepszy orgazm. Zresztą, widział doskonale, że podobała mu się ta przejażdżka. Co by nie mówić… Josh lubił ruch.
— Nnnn… Mason… — wyjąkał, gdy to wszystko się przedłużało, a on wciąż podskakiwał. Penis aż wydawał się go boleć, a Josh w pewnym momencie złapał się kurczowo obiema dłońmi za główkę i ścisnął.
Mason także chwycił go za ręce, konkretnie za nadgarstki. Rezygnując z podpierania sobie głowy, rozsunął Joshowi ręce na boki.
— Usiądź na nim w całości.
Rozgrzany, oddychający płytko i czerwony na twarzy chłopak opuścił powoli biodra, czując, jak penis go napełnia. I w końcu posadził pośladki na biodrach Masona. Zacisnął się trochę. Był w pełni obnażony, bo Mason trzymał go za nadgarstki i oglądał sobie jego nagie ciało, jego sztywnego penisa i całego Josha, kiedy był nabity na twardy, gorący członek.
— Mmm… wyglądasz dobrze, Josh. Lubisz, jak cię chwalę, prawda? Chcesz mi się podobać? To teraz podobasz mi się bardzo. Dojdź dla mnie. Dasz radę?
Joshowi zrobiło się jeszcze bardziej gorąco. Aż na chwilę zaniemówił. Najpierw poczuł olbrzymi przypływ radości przez komplement, a potem… uświadomił sobie, że zadanie, które wyznaczył mu Mason, jest potwornie trudne.
— Bez… ruszania? — wychrypiał, a jego pan poczuł, jak nagle ściskał go sobą znacznie mocniej. Jakby bardzo się zestresował i spiął.
— A co? Nie jest ci wystarczająco dobrze w środku, żeby po prostu dojść?
— Jest! — odpowiedział od razu, zaciskając dłonie w pięści.
Mason wciąż go krępował, przez co nie mógł się ruszyć. Najwyraźniej mężczyzna też nie zamierzał pozwolić mu podskakiwać. Spróbował więc skupić się całkowicie na uczuciu wypełnienia. Na tym, jak duży, twardy penis napiera na jego ścianki, jak rozciąga mu dziurkę. Wyobraził sobie, jak jeszcze bardziej rośnie i napełnia go. A przy tym wszystkim patrzył prosto na twarz Masona. Męską, przystojną i taką… pewną siebie. Uwielbiał w nim tę dominację.
— A… a możesz mi coś powiedzieć? — wydyszał, czując, że aż penis go boli od uciskania, bo naprawdę mógłby już dojść. — Jak… jak lubisz mnie pieprzyć? Jak… co byś mi chciał zrobić…?
— Jak bym chciał cię pieprzyć? — spytał Mason, trzymając nadal swojego pupila za ręce. Podobał mu się taki poddany mu. Do tego chłopak co chwilę ściskał tyłek, dając mu przyjemność. — Myślałem kiedyś, jakby było zabrać cię do klubu. Gdzie byliśmy przed apokalipsą. Chciałem cię mieć tam dla siebie, zabrać do łazienki, wepchnąć do jednej z kabin i przerżnąć cię tam. Trzymać cię za kark i się w ciebie wsunąć.
I tak, było to niemalże na równi stymulujące dla Josha jak porządne, mocne pchnięcie kutasem w tyłek. Wręcz stęknął i zakręcił się niecierpliwie, spijając te słowa z ust Masona.
— A jakby tam ktoś był? — wydyszał, spinając się coraz mniej kontrolowanie.
— To ten ktoś doskonale by wiedział, że jesteś mój. By zazdrościł, jak kwilisz, jak stękasz, kiedy cię rżnę — wydyszał Mason. — Zazdrościłby mi ciebie.
— O ja pierdolę! — jęknął Josh i spróbował na nim podskoczyć, a gdy Mason go przytrzymał, nie pozwalając mu na to, jęknął głośno i wręcz skamląco. Był blisko! Bardzo, bardzo blisko i miał wrażenie, że gumka na jego penisie zaraz strzeli.
Mason za to uśmiechnął się do siebie, bo takich reakcji właśnie chciał. Josha miotającego się przed orgazmem i pragnący go niczym topielec powietrza.
— Czujesz to? Skomlałbyś tak jak teraz, pragnąc mojego chuja i wstydząc się, że wszyscy w klubie by cię usłyszeli. Mimo że muzyka huczałaby ci w uszach.
— To by było straszne… jakby słyszeli… a ty byś pewnie mnie dalej rżnął…! — wystękał chłopak, rozkurczając i zaciskając palce. Jego wręcz bordowy członek co raz bujał się wraz z medalikiem. Chłopak wręcz skulił się, jakby chciał go liznąć, ale nie sięgnął i wychyliwszy głowę na kark, jęknął głośno i żałośnie.
I niespodziewanie wystrzelił. Sperma wytrysnęła do góry, a Josh krzyknął i ścisnął chyba wszystkie swoje mięśnie z tej nagłe, niespodziewanej i boleśnie cudownej rozkoszy.
Mason obserwował ją i było to dla niego lepsze niż ta próba liźnięcia penisa, czy nawet dreszcze, jakie czuł teraz na własnym członku, kiedy Josh dochodził całym sobą. Było to właśnie to, o co walczył tyle czasu, po co tak bardzo chciał mieć Josha dla siebie i tylko dla siebie. Dlatego nie odpuścił sobie, kiedy znalazł go w fatalnym stanie i dlatego tyle dla niego poświecił, żeby widzieć, jak ten teraz dla niego przeżywa taką skrajną rozkosz i jak jest mu z nim dobrze. Sam dzięki temu znalazł się bliżej szczytu własnego erotycznego uniesienia.
Josh miał wrażenie, że penis cały mu pulsuje, znacznie mocniej niż zwykle. Wydawało mu się, że czuje w nim każdą żyłę, a gumka, która wciąż go więziła, wręcz się w niego wtopiła. I mimo że orgazm już minął, a dreszcze ustawały, wciąż słabo pojękiwał i dyszał. Był jakby w zupełnie innym świecie.
Mason nie puszczał go cały czas. Przytrzymał go i samemu trochę poruszył biodrami, żeby doprawić swoją przyjemność jeszcze odrobiną ruchu. Także był bliski spełnienia i uzupełnienia tyłeczka Josha swoją spermą.
Chłopak dopiero po chwili zarejestrował, że Mason próbuje się w nim ruszyć. Spojrzał na niego jeszcze trochę przesłoniętym rozkoszą wzrokiem. Był wręcz nieprzytomny. Ale wiedział, że Mason jeszcze nie doszedł, więc sam w końcu poruszył się na jego biodrach. Słabo, bo słabo, ale ewidentnie chciał go sobą popieścić. I to pomogło jego panu, żeby w końcu zaznać także spełnienia. Zamruczał nisko kilka razy, mocniej ścisnął nadgarstki Josha i przycisnąwszy jego biodra i jego całego do siebie, w końcu sam spiął mocno pośladki i strzelił. Już drugi raz tego wieczora, ale wciąż obficie.
Josh aż ścisnął nogami jego biodra, a pośladkami genitalia, czerpiąc z tego, co czuje i widzi. Podobało mu się, gdy Mason doznawał dzięki niemu spełnienia i oznaczał go.
— Mason… a teraz pójdziemy na wycieczkę? — wypalił szybko.
Pan domu zmarszczył brwi. Czy Josh pytał o to już w tej chwili?
— Mmm… Już o to pytasz? Nie możesz poczekać, aż całkiem skończymy? — fuknął, jeszcze nie mogąc być zły, bo przyjemność przechodziła przez jego ciało jak prąd.
— Nie bo… myślałem, że może jak teraz wyjdziemy to… — Josh zaciął się na chwilę, właśnie zauważając, że chciał powiedzieć coś bardzo impulsywnie, bez przemyślenia. Ale skoro zaczął, to postanowił skończyć, mimo że kosztowało go to wiele. Dodał więc na jednym wydechu: — Myślałem, że może być mi wsadził korek, żebym przez całą wycieczkę miał w sobotę twoją spermę.
Mason musiał przyznać, że ta propozycja go zaskoczyła i jak najpierw chciał odmówić, bo nie miał zaplanowanego akurat na dzisiaj tego wyjścia, tak… może mógł trochę nagiąć plany.
— A nie boisz się, że się poobcierasz, jak będziesz za bardzo szalał? Zawsze za dużo szalejesz.
— Nie, będę spokojny. Możemy nakremować trochę korek — dodał speszony Josh, starając się za bardzo nie wiercić na biodrach Masona.
Ten naprawdę zaczął myśleć, czy to nie jest jednak dobry pomysł, żeby zabrać Josha dziś na tę małą wycieczkę.
— I miałbyś mieć go cały czas? Tylko jeśli tak, się zgodzę.
Josh, nie mając pojęcia, co to za wycieczka, od razu pokiwał głową.
— Mhm, mogę.
— W takim razie… — zaczął Mason i puścił jego ręce. Sięgnął do penisa, żeby zdjąć mu gumkę, a kiedy to zrobił, dodał: — Zsuń się ostrożnie i połóż na brzuchu.
Josh skupił się maksymalnie na tym, żeby się zacisnąć, gdy tylko członek opuści jego tyłek. Powoli uniósł biodra, na wszelki wypadek sięgając za siebie ręką. Gdy tylko mlasnęło, złapał się gorączkowo za otworek, a potem prędko położył na brzuchu. Zsunął obie nogi i zacisnął pośladki.
— Już!
Mason pokręcił głową. Podobało mu się takie zaangażowanie. Po prostu nie mógł uwierzyć, że ten kiedyś tak oporny, prawie dziki chłopak teraz tak poddańczo się wobec niego zachowywał.
— To czekaj, poszukam ci czegoś. Może Anna ma jakąś zabawkę. — Zaśmiał się, wstając z łóżka.
— Mason, weź…! — jęknął Josh z pretensją, rumieniejąc mocno.
Mężczyzna śmiał się dalej i właśnie szukał jakiego pluga, który może został na strychu. Większość była już zniesiona do jego sypialni. Ale z racji, że jeszcze od czasu do czasu się tu z Joshem zabawiał, w niektórych szafkach mogło być coś pochowane. Nie zraził się, gdy w pierwszej szufladzie w nowej komodzie, na której stał teraz telewizor, zobaczył kondomy Eliota. Jeśli gumki nie kłamały, to mężczyzna miał mniejszego penisa od niego. Co było dość… podbudowujące. Poza gumkami były tu jakieś bokserki, były też staniki Anny i jakiś notesik. W drugiej szufladzie były już takie rzeczy jak serwetki i zapas innych przedmiotów, które przydawały się w prowizorycznej kuchni na strychu. A na samym dole było pudełko, do którego, jak się okazało, Anna musiała spakować ich zabawki. Znalazł tam skórzaną obrożę z karabińczykiem, metalowy łańcuszek, nawet męskie stringi z króliczym ogonkiem, które kiedyś kazał ubrać Joshowi. No i oczywiście dwa dilda oraz butt-plug. Zabrał ten ostatni, nie zrażając się, że był całkiem spory. Wziął też lubrykant, żeby nie musieć za długo się męczyć z wpychaniem tego w tyłek Josha, bo jeśli mieli dziś wyjść, to musiał na niemalże już załatwić kilka rzeczy.
— Mam, pokaż się — rzucił do swojego pupila, klękając na łóżku.
Josh od razu podniósł biodra i uklęknął. Spróbował mieć tyłek jak najwyżej, żeby nic się nie wylało. I póki nie czuł na dziurce zabawki, zaciskał ją z całych sił. Aż w końcu poczuł, jak napiera na nią zaokrąglony, ale i chłodny kształt. Mason wyraźnie nie zwlekał. Chciał już napchać znowu swojego pupila, skoro ten tak się o to prosił. Josh więc poczuł, że przedmiot rozszerza się i… rozszerza się dalej.
— Ou… Mn… wziąłeś ten… — pisnął.
— Był tylko ten — odpowiedział, położył dłoń na podstawie pluga i dopchnął go do końca, a Josh jęknął głośniej i na chwilę zrobiło mu się cieplej.
Po tym w końcu ostrożnie usiadł i odwrócił się do Masona. Z uśmiechem. Pan domu od razu przetrzepał mu włosy dłonią. Dosłownie jak psiaka.
— To jak jesteś zabezpieczony, to idź do sypialni i się ubierz. Załóż wygodne buty i też weź jakąś bluzę, może pobędziemy tam dłużej.
— Okej, to lecę!
Josh zeskoczył z łóżka i niemal wybiegł ze strychu. Mason nawet nie zdążył wstać, gdy ten wrócił, porwał swoje bokserki, wciągnął je na goły tyłek i wybiegł znowu.
To był cały Josh. Mason doskonale to wiedział i na swój sposób cenił. Bo Josh cieszył się na coś, co nawet nie wiedział, czym jest.
Sam wstał, poprawił swoje ubrania i także zszedł na dół, żeby się lepiej ubrać oraz załatwić wszystkie formalności z zabraniem chorego do wesołego miasteczka.

***

Popołudnie powoli się kończyło, kiedy wreszcie jechali do celu. Oczywiście Mason sadystycznie nie zdradził swojemu pupilowi, gdzie się udają, ale miał nadzieję, że mu się spodoba. Chociaż nie to zajmowało teraz jego myśli. Obserwował uważnie, jak zachowuje się Josh i mimo że wyraźnie cieszył się ze wspólnego wypadu, to był też… zestresowany. Siedział blisko swojego pana i patrzył na wszystko, co działo się za oknem. Wyglądał dość luzacko, bo Anna sprawiła mu całkiem fajne, ciemne, poszarpane jeansy i czerwoną bluzę z kapturem, która optycznie trochę go powiększała, mimo że była dobrze dopasowana. A mimo tego luzackiego image’u, zachowywał się jak wystraszony szczeniak.
Mason siedział z nim na tylnym siedzeniu. Towarzyszył im Eliot, który miał pilnować ich w wesołym miasteczku, ale nie przeszkadzać. Chodziło o względy formalne, bo nikt nie chciał zgodzić się, żeby szedł kompletnie sam do miejsca tak niebezpiecznego bez nikogo z wyszkoleniem wojskowym.
— I co, Josh? Myślisz, że gdzie jedziemy?
— Nie wiem… Nigdy wcześniej tu nie byłem — odparł chłopak, gdy jechali nieznanymi mu ulicami. Rozglądał się przez to z lekkimi obawami, ale i ciekawością. Odsunął się od Masona i usiadł bliżej okna. Wyjrzał przez nie, bo było otwarte. I szybko się cofnął, by znów usiąść u boku mężczyzny. — Do jakiegoś parku?
— Prawie. — Mason uśmiechnął się do niego. — I nie wychylaj się. Będziesz musiał być tam grzeczny, bo nie będziemy tam sami — dodał, bo miał nadzieję, że Joshowi, kolokwialnie mówiąc, nie odbije.
— A kto jeszcze będzie? Będzie wojsko? — zapytał ze ściągniętymi brwiami.
Eliot tylko cicho westchnął, świadom, że musi nieźle na nich uważać. Mason by go zabił, gdyby Josh się zgubił, a… w wesołym miasteczku było bardzo łatwo się zgubić.
— W dyskretnych miejscach — odparł Mason krótko. — Ale będziesz musiał mi obiecać, że będziesz się mnie pilnować, bo inaczej twoja dupa będzie boleć bardziej niż teraz. Dużo bardziej.
I Josh od razu spojrzał na Eliota, który z miną bez wyrazu prowadził dalej. Jakby nigdy nic. Mimo to chłopak zaczerwienił się i stuknął Masona z wyrzutem.
— Nie musiałeś tego dodawać — burknął.
— Chociaż mam świadka — prychnął Mason. Akurat kiedy skręcili i zobaczył światełka wesołego miasteczka i wielkiego diabelskiego młyna.
Josh chciał jeszcze coś dodać, ale gdy i on ujrzał to, co pozostała dwójka, zamilkł w szoku. Mimo słów Masona wyjrzał przez okno i sapnął głośno.
— O kurwa! Wesołe miasteczko! — zawołał.
— Mówisz, jakbyś nigdy w żadnym nie był — rzucił lekko rozbawiony Eliot, już wzrokiem szukając miejsca, w którym mógłby zaparkować.
— Bo nigdy nie byłem!
— I masz trzymać tę dupę w samochodzie. Josh, kurwa! — Mason krzyknął na niego, zirytowany, że znowu go nie słucha. Powinien zabrać mu smycz.
Chłopak drgnął wyraźnie, gdy mężczyzna zareagował tak agresywnie. Ale usiadł znowu przy nim, a jedyną oznaką jego niezadowolenia na takie traktowanie było lekkie zaciśnięcie ust. Na szczęście jednak się słuchał.
Chwilę później zaparkowali już na jednym z wolnych miejsc. Było ich całkiem sporo, mimo że przed apokalipsą ten wielki parking był zawsze niemal w całości wypełniony. Na szczęście, mimo braku wielu zwiedzających, wciąż wszystko dobrze działało i pełne było atrakcji. Już nad samą bramą, olbrzymią niczym do jakiegoś wielkiego dworu, widniały kolorowe światełka. Z przodu były kasy, do których Mason już podążył z dwójką swoich podopiecznych.
Może w samochodzie Josh był nadpobudliwy, ale teraz znowu trzymał się blisko mężczyzny. Oglądał się zarówno z podekscytowaniem, jak i lekką nerwowością. Ręce trzymał w kieszeni. No i… szedł ostrożnie, bo jednak przez to, że spinał się z racji bycia na zewnątrz pierwszy raz od sytuacji na basenie, bardzo wyraźnie czuł pluga w tyłku. Eliot nic nie mówił o tym, że chłopak wygląda jak kaczuszka w czerwonej bluzie, bo ich pan chyba wywaliłby go z domu. A nawet nie chyba, a na pewno. Każdy wiedział, że to Josh był ulubieńcem Masona.
— Jeden zdrowy, dwóch chorych — powiedział Mason, nawet nie zerkając na cennik. I cóż, cenny były zdecydowanie bardziej wygórowane niż przez apokalipsą, ale dla zdrowych nie był to żadnym problem. Co innego tyczyło się zarażonych.
— Oczywiście. Tutaj jeszcze mają panowie dodatkowy kupon na pluszaki z naszej nowej machiny — powiedziała młoda dziewczyna z prostą, ciemną grzywką i biało-czerwonym czepku na głowie z zabawnymi rożkami. Podała Masonowi zza szybki żółty pasek z kodem kreskowym. — I już daję bilety… Dwóch chorych, jeden zdrowy…
Gdy ona naliczała bilety, Josh stał tak blisko Masona, że ten wręcz czuł go całym swoim bokiem. Jego pan nie odpychał go, chociaż było to niekomfortowe. Jakoś bawiła go i podniecała go myśl, że zabrał go do tego miejsca z plugiem i spermą w tyłku.
Zapłacił i zabrał bilety. Nie pofatygował się o żadne „dziękuję”, co nadrobił Eliot, który odszedł od okienka jako ostatni.
— I mamy teraz wolny wstęp na każdą atrakcję? — zapytał Josh, idąc u boku Masona pierwszą alejką, w którą wkroczyli. Było widać, że chce iść szybciej, chociaż Mason szedł wręcz spacerowym krokiem, ale równocześnie nie chce się odsuwać.
Tymczasem Eliot trzymał się kilka kroków za nimi i spokojnie, choć czujnie się rozglądał. Widział gdzieniegdzie patrole wojskowych, ale byli w miejscach nierzucających się w oczy, żeby zwiedzający mieli zarówno zapewnione bezpieczeństwo, jak i komfort. Nawet nie mieli na sobie mundurów w moro, ale szare i czarne, które nie wskazywały na ich wojskowy charakter. Przez to rzeczywiście ludzie, których co raz mijali, wydawali się wyłącznie cieszyć czasem spędzanym w tym kolorowym miejscu, które wzbogacała muzyka z porozstawianych w strategicznych miejscach dużych głośników.
— Tak, mamy wstęp na każdą atrakcję — odpowiedział Mason Joshowi, bardziej uważając jego za atrakcję niż jakikolwiek rollercoaster. Chciał zobaczyć zarówno jego radość, jak i dyskomfort, kiedy plug zacznie mu doskwierać albo go zanadto podniecać. A wiedział, że to może nastać przy atrakcjach, na których ma się trochę więcej… ruchu. Chociaż już teraz miło się oglądało, jak krzywo chodził Josh.
— Super. Nigdy nie byłem w takim miejscu. Z sierocińca nas nie brali, a z Tuckerem nie mieliśmy kasy na takie atrakcje — powiedział, oglądając wszystkie budki, machiny, kolorowe domki z wielką ekscytacją. A potem jego wzrok padł na długą, wielką i wysoką kolejkę. Zacisnął dłonie w kieszeniach bluzy i już zrobił kilka szybkich kroków w przód, kiedy z sąsiedniej ścieżki wyszła grupa głośnych przyjaciół. Szybko się cofnął i znów znalazł przy Masonie. — Pójdziemy na rollercoaster najpierw?
— Tak od razu chcesz zaszaleć? — spytał Mason, patrząc na niego czujnie, by być pewnym, że ten będzie się pilnował, a nie znowu tak wyskoczy, jak przed chwilą. Wolał nie robić mu krzywdy i nie krzyczeć na niego, ale też wiedział, że wesołe miasteczko nie było tak dobre dla rozemocjonowanego chorego jak dom, który chłopak zna i nagle nie zwariuje od emocji i bodźców.
— No raczej! — odparł chłopak ze szczekliwym śmiechem. — Wygląda ekstra.
Mason był trochę sceptyczny, ale myśl o tym, że chłopak na takiej przejażdżce będzie czuł bardzo dosadnie to, co ma w tyłku, trochę zmieniła jego osąd.
— A poza tym? Nie masz na nic innego ochoty?
— Dostaliśmy te kupony na pluszaki, możemy jakiegoś wylosować. I ten dom strachów też może być fajny — dodał Josh, wskazując na budynek zbudowany na wzór upiornego zamku, przed którego wejściem stał Dracula i wpuszczał do środka zwiedzających.
— Wybierasz niemalże same niebezpieczne rzeczy — prychnął Mason z cieniem rozbawienia. Pluszaki były tu najbezpieczniejsze, ale później Eliot musiałby je nosić.
— Ale myślałem też o ściance do wspinania.
Eliot słysząc to, rozejrzał się, bo chyba jej nie widział. Może Josh usłyszał, jak ktoś o tym mówił. Sam skupiał się bardziej na ludziach niż atrakcjach, żeby w razie czego zareagować. Czuł, że się tu nie rozerwie. Z drugiej strony nie taka była tu jego rola. Nie miał co liczyć na to, że się jakoś zabawi.
— Zobaczymy — zadecydował Mason i podszedł do jednego ze stoisk. Kupił Joshowi jabłko w karmelu. — Zjesz i pójdziemy na rollercoster.
— Dzięki — odparł chłopak z uśmiechem i ugryzł ciepłe, słodkie jabłko. I znów ruszył dość blisko Masona, widząc całkiem pokaźne ilości ludzi wokół. — Bywałeś kiedyś w takich miejscach?
— Kiedyś, jeszcze przed apokalipsą, a potem zaraz po niej. Były wtedy jeszcze pierwsze spotkania dla zdrowych… Ale wtedy już mi się nie podobało. Zbyt dużo osób, którym nowa sytuacja uderzyła do głowy.
— A które atrakcje lubiłeś najbardziej? Bo chodźmy też gdzieś, gdzie ty chcesz.
— Dom strachów jest fajny, ale lubię też diabelski młyn. Na niego na pewno pójdziemy, dopiero jak zrobi się ciemno — odparł Mason, wiedząc już, co będzie robił w gondoli, kiedy ta będzie wysoko.
— Super! — ucieszył się Josh, coraz bardziej podekscytowany tym, co się działo, a coraz bardziej zapominający o tym, że było tu wielu ludzi, żołnierzy i gdyby tylko pojawiła się tu zgraja dzikich, to powstałaby istna rzeź.
Dojadał swoje jabłko, na które Eliot patrzył z zazdrością. Aż dotarli pod wielki rollercoaster, na którym właśnie jechała kolejka w zastraszającym tempie. Ludzie oczywiście darli się wniebogłosy, a Josh już oddychał płycej, jakby sam już tam był.
— Eliot też idziesz, co nie? — Obejrzał się na mężczyznę, gdy stanęli w kolejce.
— Tak — odpowiedział za niego Mason, a drugi chory poczuł przyjemne podekscytowanie z racji, że tu nie zostanie.
— Dziękuję — zwrócił się do Masona, a ten zbył go gestem. To było tak w jego stylu.
Josh za to uśmiechnął się do byłego wojskowego i posuwał się niemal tiptopami do przodu, za innymi ludźmi, którzy już chcieli znaleźć się w wagonikach. Te były trzyosobowe, zrobione na wzór segmentów smoczego ciała. Oczywiście pierwszy wagonik wyglądał jak głowa smoka, a ostatni jak strzałkowy ogon. Cała konstrukcja za to przypominała chmury.
— Proszę zapiąć pasy. Kolejka nie ruszy, gdy nie będą zapięte — powtarzał mężczyzna wpuszczający kolejne osoby do wagoników. — Proszę zapiąć pasy. Kolejka nie ruszy…
— Ale czad — wydusił Josh, pakując się do wagonika na przednie siedzenie.
Mason oczywiście usiadł obok niego, tak samo jak Eliot, przez co chłopak znalazł się między nimi. Uczestników przejażdżki nie było szczególnie dużo, ale zajęli i tak większość wagoników. Obsługa znowu powtórzyła komunikat o tym, żeby nie wychylać się za bardzo i trzymać ręce w granicach wagonika, po czym ten powoli ruszył po torach… od razu w górę.
Josh czuł wzrastające napięcie, wiedząc, że to powolne tempo zaraz zamieni się w zabójcze. Wpatrywał się przed siebie, wręcz nie oddychając i spinając się cały. Przez to wyraźniej czuł duży korek w tyłku. Ale to było dopiero początkiem. Bo gdy tylko kolejka wyjechała na samą górę… nagle zaczęła spadać, a Josh zacisnął z całych sił ręce na pasach i krzyknął. Prędkość wręcz odbierała oddech i sprawiała, że nie dało się nie mrużyć oczu pod wpływem mocnego podmuchu. A po zjechaniu na dół kolejka wcale nie zwalniała i wręcz podskakując, pokonywała kolejne wzniesienia i zakręty. A w tym wszystkim Josh czuł, jak z każdym gwałtowniejszym ruchem nabija się na zabawkę, która go wypełniła. Aż w pewnym momencie jęknął głośno, gdy wagonik niemal znów specyficznie się poruszył, zaś plug dał o sobie znać. Wbijał się w niego i ruszał za każdym razem, kiedy siła grawitacji przyciskała go do siedzenia albo ruszała nim na boki, kiedy wagonik szarpał nimi na boki. I przez to, i przez własną ekscytację aż nie zauważał tak bardzo, jakby mógł, że Mason też krzyczał co jakiś czas. Najbardziej w momentach, kiedy wagonik wręcz spadał w dół. Był skupiony na tym, co sam odczuwał i nie mógł się powstrzymać przed sporadycznymi jękami. Miał nadzieję, że nie były słyszalne dla pozostałej dwójki.
Gdy tylko wagonik zaczął zwalniać na ostatniej prostej… Josh był już cały czerwony. Oddychał głośno, otumaniony zarówno adrenaliną, którą czuł podczas przejażdżki, jak i… podnieceniem.
— Mogą państwo już odpiąć pasy! — oznajmił mężczyzna, który otwierał właśnie barierki, żeby mogli wyjść i żeby kolejna partia zwiedzających mogła zająć miejsca.
Josh milczał, czując się absolutnie zawstydzony swoim stanem. Odpiął pasy i wyszedł za Masonem, gapiąc się na własne stopy. Gdy skończył okres dojrzewania, był pewien, że już nigdy coś takiego go nie spotka. Ale po tym nadszedł wirus.
Przecisnęli się przez barierki, a on wcisnął ręce w kieszenie, a potem naciągnął bluzę w dół, żeby zasłonić swoją wielką erekcję. Niewiele to dało i dowiedział się o tym, kiedy usłyszał zaskoczone sapnięcie Eliota, który musiał zauważyć, w jakim jest stanie. Mason jeszcze tego nie zauważył, bo szedł jako pierwszy do wyjścia, prowadząc swoich podopiecznych.
— I jak, Josh? Podobało się? — spytał, kiedy już nie otaczał ich tłum. Zaraz ściągnął pytająco brwi, widząc jego czerwoną twarz. Do tego ten miał wręcz nienaturalnie naciągniętą w dół bluzę, trzymając kurczowo dłonie przy kroczu, przez kieszenie.
— Mhm, było mega szybko — odpowiedział na wydechu i zbliżył się do niego, chcąc się trochę za nim ukryć. Miał wrażenie, że cały pulsuje na plugu i wcale nie pomagała mu myśl, że niebo powoli ciemniało. Oświetlenie w parku rozrywki było aż zbyt dobre, żeby mógł się ukryć w cieniu. — Tylko ja potrzebuję do kibla… Są tu jakieś? — Rozejrzał się gorączkowo.
Mason nie odpowiadał dłuższą chwilę, patrząc na niego i widząc z każdą sekundą coraz lepiej, co się dzieje z jego pupilem.
— Wiesz, że nie pozwolę ci go wyjąć — odparł prosto z mostu.
Eliot od razu odsunął się i odwrócił, żeby chociaż udawać, że nie słyszy tego, czego nie chciał słyszeć. Wcześniej podejrzewał, że po prostu Josh i Mason mieli… ostry seks, dlatego chłopak chodził tak, a nie inaczej. Nie spodziewał się, że ten coś w sobie ma. Udał więc wielkie zainteresowanie menu wiszącym na budce z watą cukrową.
W tym czasie Josh spojrzał na Masona wręcz błagalnie.
— Ale on inaczej nie opadnie — wydusił cicho, czując się koszmarnie z tym, że nie mógł się dotknąć. A w każdej chwili ktoś mógł go zobaczyć.
Mason znowu wywołał w nim zaniepokojenie, kiedy nie odpowiedział od razu.
— W takim razie pójdziemy na diabelski młyn — stwierdził, widząc, że jest już dość ciemno i będzie z góry widać światła miasta.
— Ale, Mason, ja muszę do łazienki… — jęknął cicho Josh, idąc za nim powoli, kiedy Mason ruszył do przodu w stronę wielkiej konstrukcji.
Była w sumie nawet wyższa niż rollercoaster. Wielkie, oświetlone koło z wagonikami, które powoli się kręciło i pozwalało zobaczyć miasto z bardzo wysoka, w całej okazałości. A że słońce bardzo szybko zachodziło, widok mógł być naprawdę piękny.
— Nie musisz sikać, więc nie musisz do toalety — odpowiedział Mason, ucinając w swoim mniemaniu jęczenie Josha. Zaraz też zwrócił się do Eliota, kiedy dotarli pod bramki, za którymi czekał pracownik wpuszczający do wagoników. Te cały czas się kręciły, ale na tyle wolno, że można było wejść bez problemu, a przejażdżka też musiała być długa. — Eliot, ty zostajesz. Zajmij się sobą.
— Zapraszam i życzę miłej podróży — pracownik zwrócił się do nich, a Eliot pokiwał głową, chyba nawet nie chcąc być świadkiem tego, co będzie się działo w gondoli.
Przystanął przed barierkami, trochę czujniej patrząc na faceta, który też był z nimi na rollercoasterze, a teraz obserwował jakoś szczególnie uważnie Masona i Josha. Eliot zmierzył go spojrzeniem. Wyglądało na to, że był sam, chociaż to było dziwne, bo mógł mieć około pięćdziesiątki. Ale zaraz zniknął z oczu wojskowego, bo wsiadł do jednego z wagoników.
Tymczasem Josh usiadł obok Masona na zdecydowanie zbyt twardym jak na jego stan siedzeniu. Zresztą przy samym siadaniu znów cicho stęknął, czując, że korek mocniej się w niego wbija.
— Mnn… Mason… — wydusił ze speszeniem.
— Cicho, Josh — odparł tylko Mason i poczekał, aż pracownik zamknie ich gondolę, która powoli ruszy z nimi w górę, żeby pokazać im miasto i zachód słońca.
Wagonik był przytulny i szczelnie zamykany, żeby nie było zimno, kiedy było się na samej górze, a pogoda nie dopisywała. W środku było siedzisko w kształcie półkola, a już od oparć w górę sięgała oszklona obudowa. Było przytulnie, czysto i… byli sami.
Powoli wagonik ruszył w górę, a oni wznosili się wyżej i wyżej. Widzieli, jak ludzie w wesołym miasteczku maleją, a ich oczom ukazywało się coraz więcej miasta. Światełka, wysokie wieżowce i pomarańczowe na horyzoncie niebo. A Josh i tak myślał tylko o swoim członku i siedział skulony i speszony na swoim plugu.
Mason widział to, dlatego przysunął się do niego i nie pytając o zgodę, bo i tak jej nie potrzebował, sięgnął do jego krocza. Odsunął mu dłonie i zaczął rozpinać mu spodnie, a oczy Josha powiększyły się do wielkich rozmiarów.
— Mason, co robisz?! — wydusił, łapiąc go za ręce z przestrachem.
— A na co to wygląda, geniuszu? — zakpił sobie z niego i odtrącił jego ręce.
Josh chciał zaprotestować ze słowami „a jak ktoś zobaczy?!”, ale zrozumiał, że to byłoby głupie. Byli coraz wyżej i nie było szans, żeby ktoś ich widział. Z drugiej strony, nie miał pojęcia, jak długo trwa przejażdżka.
— Ale to musimy szybko — powiedział, kręcąc się na siedzeniu i czując, jak plug się porusza. Wychylił się przy tym i liznął szyję Masona, a ten zaśmiał się pod nosem.
— I tak będzie szybko. Przez tego pluga o mało nie doszedłeś w gacie. Byś miał taką plamę na spodniach — mruknął i w końcu wyjął sztywny członek z bielizny.
Aż go zaskoczyło, jak bardzo Josh był podniecony. Główka całkowicie wydobyła się spod napletka, a penis był ładnie ciemny. Musiał go boleć w tych ciasnych jeansach. A to wszystko było dowodem nie tylko na to, że jako chory, Josh miał podwyższone libido, ale też, że… lubił mieć coś w tyłku.
— A teraz…? Też się pobrudzę — wyjąkał Josh i nie potrafiąc się powstrzymać, przycisnął dłoń Masona do swojego członka, patrząc na niego w dół z napięciem.
— Kupię ci potem lody. Będzie, że to od nich — uspokoił go Mason i powoli zaczął ruszać dłonią na sztywnym członku Josha. Podniecało go, że robią to w miejscu publicznym. I to, że ten ma w sobie zabawkę. Wsunął więc też palce w jego bieliznę, żeby pomacać jego rowek i ją wyczuć.
A Josh od razu jęknął już całkiem głośno. Nie krępował się dźwiękami, skoro byli tu całkiem sami. Znaleźli się już też ponad innymi budowlami, przez co prywatność wydawała się większa.
— Kurwa, Mason, myślałem, że dojdę, jak siedziałem obok ciebie i Eliota… Ale wstyd — wydyszał, próbując przy okazji cofnąć jakoś tyłek. Miał już tak wrażliwą dziurkę i całe wnętrze, że gdyby tylko mężczyźnie udało się lekko nacisnąć plastikową zabawkę, to znowu pisnął.
— Sam chciałeś iść na kolejkę — wypomniał mu Mason i jeszcze raz nacisnął zabawkę, nim wrócił do jego penisa.
Josh był słodki, ale taki głupi czasami. A on sam czerpał niezdrową satysfakcję z tego, że ma nad nim taką władzę i w jakiej sytuacji jest teraz jego podopieczny.
— Bo zapomniałem… — wytłumaczył się głupio chłopak i w końcu złapał się krawędzi siedzenia, by móc zacząć żywo wypychać biodra do dłoni swojego pana.
— Może i dobrze. Teraz masz słodką nauczkę — odpowiedział Mason, masturbując go i po chwili łapiąc jego usta w pocałunku, nim ten zdążył odpowiedzieć.
Josh oddał chętnie pocałunek, poddając się tym cudownym ruchom na penisie i spinając się co raz, przez co jego tyłek już zapewniał go, że długo będzie go czuł. To było wręcz stuprocentowo pewne.
— Nnnn! — jęknął w końcu w pocałunek, wykonując ostatnie, gorączkowe pchnięcia.
Mason siedział obok i patrzył na jego twarz, kiedy dochodził. Widok był bardzo podniecający i wiedział, że po takim dniu jego Josh będzie słodko spał całą noc. A na razie musiał zadbać o lody, bo widział, że trochę spermy wylądowało prosto na jego czerwonej bluzie i zdecydowanie było to widoczne. Ale na szczęście chłopak teraz o tym nie myślał. Był spełniony, dyszał głośno i właśnie wcisnął nos w szyję Masona.
— Mmm… kocham cię tak bardzo — zamruczał błogo.
Mason od razu go pocałował, a kiedy tylko puścił jego wargi, otarł o nie swoje palce, na których było jeszcze trochę spermy chłopaka.
— Dobry, Josh, właśnie tak ma być.
Chłopak jeszcze wiernie zlizał resztki spermy z jego palców i na chwilę oparł twarz o jego ramię.
— Już mi lepiej… Dzięki za wycieczkę — powiedział głosem, w którym słychać było relaks i spokój. — Też się dobrze bawisz?
— Teraz najlepiej — odpowiedział krótko Mason i pocałował go w bok głowy. — Myślę też o tym, jaki będziesz luźny, kiedy już wyjmę tego pluga z ciebie u mnie w sypialni. Nie, nawet nie licz, że wyjmę go teraz. Byś nosił go na szyi.
Josh był zaniepokojony tą groźbą, bo wiedział, że plug przy zbyt dużej ruchliwości może znowu sprawić, że dostanie wzwodu. Ale znał Masona już za dobrze, żeby wiedzieć, że niczym go nie przebłaga na zmianę decyzji.
— Będę próbować mało się ruszać — uznał. I nie odniósł się w żaden sposób do tego, co Mason powiedział o jego byciu luźnym. Był pewien, że po wyjęciu tej szerokiej zabawki będzie miał otwartą dziurkę.
— Jakbyś jednak ruszał się za dużo, znowu pójdziemy na jakąś wolną przejażdżkę. Jeszcze chyba nie robiłeś tego w gabinecie luster, co nie? — Mason zaśmiał się z niego i znów go cmoknął, tym razem w policzek.
— To by już w ogóle było krępujące… — mruknął Josh.
Jeszcze chwilę patrzyli na to, co ich otaczało, oglądali, jak Nowy Jork wręcz ciemnieje w oczach. A raczej niebo ponad nim, bo samo miasto wciąż było rozświetlone i piękne. Jakby w jego sercu wcale nie było pełno ludzi, którzy bez regularnej dawki leku dziczeliby i tracili swoje człowieczeństwo. Tak, jakby i Josh mógł je stracić, gdyby nie opieka Masona Awordza, który teraz siedział obok niego, obejmował go jedną ręką, a drugą od niechcenia bawił się już wiotkim penisem Josha. Jakby nie chciał, żeby ten do końca stracił podniecenie.
Zapowiadało się na to, że po tym małym incydencie na diabelskim młynie spędzą w wesołym miasteczku jeszcze kilka godzin na wspólnych atrakcjach i zawstydzaniu Eliota.

11 thoughts on “Bonus – Atrakcje dla żywotnego chłopaka

  1. Shivunia pisze:

    Tigram >> Oh, ciężko powiedzieć. Ale jeśli nie przeszło ci FDTS to wyszła nawet do niego książka – prequel. Na pewno jest długa i emocjonująca ;) A tak… sama nie wiem co polecać. Już nie pamiętam od jak dawna cie nie było i co zdarzyłyśmy w tym czasie napisać. Wszystko na szczęście ma daty i jest w spisach treści ;)

  2. Katka pisze:

    Tigram, jakoś ostatnio same długaśne bonusy tworzyłyśmy, kiedy Cie nie było ;) Więc masz co nadrabiać! Cieszy nas, że się podobało :D

  3. Katka pisze:

    C., takie długie cuda tworzymy pomiędzy pisaniem, pisaniem a pisaniem XD Same siebie zaskakujemy. Fajnie, że scenę w basenie dobrze się czytało! Ogólnie baseny po ciemku są mega creepy i już nawet jakby tam nie było dzikich, to osobiście bym się dziwnie i nieswojo czuła… więc tym gorzej dla Josha, że tam jeszcze dzicy szaleli. Ale na szczęście Mason przybył na ratunek. Haha, a Mason, mimo że i jego na bank urzeka to słodkie zachowanie Josha, to wciąż nie robi wiecznego „awww!”, jak my na widok słodkiego szczeniaczka XD Nie byłby Masonem, gdyby tak robił. Okazuje swoje urzeczenie w niekonwencjonalny sposób XD Dzięki za komentarz :D

    Damiann, jedyne, co mogę zrobić w kontekście Twoich pytań, to odesłać do Savage Virus :) Tam wszystko jest pięknie wyjaśnione, jak to wszystko działa i jak to się stało, że Mason ma Josha u siebie. A co do sytuacji na basenie – tez bym pewnie się nie mogła ruszyć ze strachu i nie zabiliby mnie dzicy, a mój własny zawał serca. Chociaż z drugiej strony w ekstremalnych sytuacjach człowiek zachowuje się w sposób, o który by się nie podejrzewał, więc może i Ty dałbyś sobie radę XD Ale co do pytania, czy dzicy mogli siebie rozpoznać – myślę, że jednak mogli. Wywęszyliby, że Josh nie jest swój XD

    Kasia, Mason na pewno był tu łagodniejszy niż w SV, bo jednak już tutaj też Josh nie zachowywał się jak zdziczały zwierzak, którego trzeba siłą i agresją zmuszać do posłuszeństwa. No i w SV długi czas Mason nie był pewien, czy Josh mu nie ucieknie i przez to sam się wkurzał na wszystkie jego wyskoki i był no… dość mocno sadystyczny. Tutaj już ich sytuacja jest lepsza, „dotarli się”, więc i Mason jest przyjemniejszy XD Josh nie narzeka na pewno, hehe. Oj, a wesołe miasteczko na pewno zostawi po sobie wiele wspomnień! Choc Eliot chyba by wolał zapomnieć….

    O., trochę to tak wygląda, że faktycznie zdrowym się pozwala na bardzo wiele (zupełnie jak bogatym w naszym normalnym świecie XD chociaż w sumie tam zdrowy i bogaty to niemal to samo). Joshek rzeczywiście obrywa dość często, ale też w wielu przypadkach sam się pakuje w kłopoty. Tym razem jego winy w tym nie było. Ale tak, seksik był, więc nie ma co narzekać XD No i masz rację, sporo było od strony Masona, co zawsze bardziej pokazuje, jak mu zależy na Joshu :D Też to lubię! :)

    MoNoMu, hahaha, bo to jest romantyzm w wykonaniu Masona XD Zdecydowanie bardziej pasuje do niego kręcenie korkiem w tyłku Josha niż szeptanie mu do ucha „kocham cię” XD Ale w sumie po co ma mówić, jak jest tak, jak napisałas – wszystkie jego czyny mówią same przez się :) A co do Josha – tak, już jest nieźle wytresowany, to prawda i też rozumiem, że niektórym może się to nie podobać. Ale mimo to dzięki za komentarz i fajnie, że przeczytałaś, chociaż mniej się podobało niż w SV :)

  4. MoNoMu pisze:

    Jak tym współczesnym chłopom brakuje romantyczności… Diabelski młyn to takie klasyczne miejsce romantycznych uniesień (platonicznych), a ten mu kręci korkiem w tyłku… xD Mason to w ogóle taki twardy gość, który niczego bezpośrednio nie powie, ale i tak wszystkie jego czyny mówią same za się.
    Josh to się już stał takim całkiem wytrenowanym pieseczkiem „siad, aport, leżeć, ssij i du*ę nadstaw”. Nie lubię relacji pan/sługa, więc wolałam, gdy Josh miał jeszcze jakieś opory, ale pewnie jest dużo fanów takich relacji. Co kto lubi :)
    Pozdrowienia!

  5. O. pisze:

    Rozumiem, że zdrowy cywil rządzi żołnierzami bo albo: a) oni są chorzy, b) z wirusem i dzikimi jest już tak źle, że zdrowych coraz mniej i ich zdanie i „zachcianki” są ważniejsze ;D Mason też i emanuje władzą, więc to też ma wpływ na sytuację jak i to, że zawsze dostaje to czego chce. Co nam też się podoba – dzięki jego cierpliwości i zawzięciu istnieje ten paring xD
    Szkoda mi trochę Josha, jest taką postacią nie tragiczną a pechową – co nie zrobi to mu jakiś dziki zza rogu wyskoczy. Jednak wszystko kończy się dobrze i przyjemnym seksem, więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło xD
    Podoba mi się, że został pociągnięty charakter bonusu wielkanocnego, a nawet był wspomniany <3 ale wracam do myśli – jest tu znowu punkt widzenia Masona, który Josha widzi "wśród serduszek" i całym swym zachowaniem, myślami pokazał, że kocha naszą Psinkę słodką. I to tak otwarcie, nie tylko przed służbą ale i przed żołnierzami, którzy dodali dwa do dwóch.
    A szczypta bólu w seksie, jeszcze nikomu nie zaszkodziła xD

  6. Kasia pisze:

    Mimo że nie przepadałam za Masonem to postanowiłam przeczytać i bardzo się z tego cieszę bo bonus był naprawdę wciągający i podniecający. I Mason nie był taki okropny jak go zapamiętałam :) Może powinnam jeszcze raz spróbować podejść do SV?
    Teraz Mason mi się podobał to jak troszczył się i dbał o Josha i bał się o niego mmm… super :) A i Josh w końcu chętnie uczestniczył w tych wspólnych zabawach. Podobało mi się to zawstydzanie Josha choć trochę współczułam Eliotowi że był tego świadkiem hehe :) Wesołe miasteczko jak widać przyniesie wszystkim niezapomniane wrażenia :) Dziękuję i pozdrawiam

  7. damiannluntekurbus17 pisze:

    Zastanawiam sie czy nie czytalem wczesniej tego opowiadania. Wirus kojarzy mi sie z Percym (chyba tak mial na imie) i Johnym. Az musialem sprawdzic. A potem Mason mi sie skojarzyl z jakims wampirem, bo chyba ojciec Constantina mial tak na imie xD Za duzo tych imion xD
    Najpierw pytanie – 1) jak on trafil do Masona bo czytalem rozdzial i nic tam nie bylo na ten temat? ;/
    2) Wirusem mozna sie zarazic tylko poprzez ugryzienie? Czy chodzi o krew? No bo jakby Josh sie zranil i Masonowi by to poszlo w skore to by sie zarazil ;-;
    Sytuacja na basenie – ja bym nie wszedl do tego otworu. W ogole jakbym sikal i nagle zgasly swiatla to po pierwsze jakbym chcial podejsc do tego szybu wentylacyjnego to predzej bym rozbil sobie glowe o pisuar poslizgnawszy sie o swoje siki, kiedy moj penis ze strachu podskaczylby tak, ze wszystko by sie rozlalo na kafelki. A Josh… Wszedl do jakiejs dziury, jeszcze do innego pokoju, jeszcze korytarzem sobie szedl. Sam siebie bym zabil, a nie jakis dziki. XD A Mason jaki dzielny rycerz. Zaborczy, wsciekly, jak sie zaangazowal w cala akcje. Nic tylko trzymac kciuki, ze tez bedziemy miec takiego wojownika, ktory nas uratuje, jak pociag ucieknie i bedzie czym wrocic do domu.
    Dzicy mogli siebie rozpoznac? Josh moglby udawac dzikusa takiego dzikusdzikus, zeby inny chory zostawil go w spokoju?
    Eliot uroczy. Bylo mi go strasznie szkoda, ze musi wysluchiwac, co sie dzieje z Joshem. I gdybym widzial, jak jakis Mason na diabelskim mlynie bawi sie juz sflaczalym penisem jakiegos Josha to wyjalbym telefon i zrobilbym fotke. A potem wyslal wam i podpisal ,,Mason i Josh istnieja”.

  8. C. pisze:

    Hej!
    Po pierwsze jestem ppd wrażeniem długości bonusu, czasem naprawdę zastanawiam się kiedy takie cuda tworzycie :).
    Co do samego bonusu, to bardzo mi się podobał. Na wejściu mnie pozytywnie zaskoczył. Cały opis scen z basenu był wciągający i czuło sie to nieprzyjemne napięcie towarzyszące Joshowi. Fajne kontrastowalo to z pierwotną sielanką.
    Bardzo podobało mi się że Josh nie stracil głowy i dzięki instynktowi się uratował. Niemożliwe mi sie podobała cała reakcja Masona, od telefonu po sam koniec akcji ratunkowej:).
    Co do drugiej części to tez była super, a Josh dla mnie emanowal byciem slodkim na lewo i prawo, i ciesze sie ze Mason mimo to nadal mial ten swoj specyficzny sposób bycia. Przy czym udalo sie Wam połączyć to z troską – jestem pod wrażeniem!
    Podsumowujac – bonus wciągniety na raz i zaraz pewnie będzie powtórka :3.
    Był super!
    (wybaczcie za potencjalne literowki, z telefonu pisze)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s