Newton’s Balls – 38 – Niespodzianka siedząca pod drzwiami

To był dla niego duży stres. Olbrzymi wręcz. Było to w końcu coś, co mogło całkowicie przekreślić jego pracę w warsztacie, ale z drugiej strony mogło znacznie poprawić jego kontakty z kumplami. Wóz albo przewóz. Nie miał pojęcia, jak to się skończy, ale był zdeterminowany. Było to jednak na tyle męczące psychicznie, że podczas pierwszych godzin pracy w ogóle nie mógł skupić się na przywożonych do naprawy samochodach i co chwilę coś partaczył. Ostatecznie więc zabrał się za mniej odpowiedzialną robotę i trochę sprzątał tu i tam. Wiedział, że tym samym odkłada na potem to, co powinien zrobić, ale nie mógł się zebrać. Nie chciał, żeby kumple go wyklęli. Miał z nimi dobry kontakt, lubił ich i dobrze mu się tu pracowało. Nie chciał musieć zmieniać roboty…
Niestety albo stety w końcu nadeszła okazja, żeby przyznać się do bycia gejem. O pierwszej była przerwa na lunch i każdy z pracowników zostawił robotę na chwilę, żeby przejść do kanciapy w jednym z budynków warsztatu i zjeść. Szefa nie było, bo miał jakieś spotkanie za miastem, więc ostatecznie w pomieszczeniu zebrała się szóstka kumpli Shane’a i on sam.
— Rzuć colą, bo sucha ta kanapka jak piasek na pustyni — burknął Ivan, Rosjanin, który siedział obecnie na rozlatującej się kanapie i patrzył wrogo na swoje drugie śniadanie, zrobione do pracy przez żonę.
Shane wychylił się na krzesełku z nadzieją, że się nie połamie i wyciągnął rękę do niskiej lodówki, która zawsze nieprzyjemnie brzęczała. Działała, więc nikt się tym nie przejmował. Wyciągnął ze środka małą puszkę Coca-Coli i podał starszemu od siebie o dobre dwadzieścia lat facetowi.
— To z czym ona ci to robi? — zapytał, żeby tematem o kanapce chociaż na chwilę odsunąć myśli od tego, co zamierzał niedługo zrobić.
— Twierdzi, że to tuńczyk, ale smakuje jak wióry, wygląda jak przejechany kot, a śmierdzi jak jej bielizna.
Shane uśmiechnął się mimowolnie. On sam zwykle zawijał sobie do roboty tortillę i nie narzekał. Chyba że David robił w tym samym czasie coś dla siebie do pracy, to jadał to co on, ale jego partner jednak częściej kupował lunche w okolicy banku, w którym pracował, niż robił drugie śniadania.
— Niby wy, Rosjanie, macie stalowe żołądki, to co marudzisz? — Brandon, mechanik bardziej w wieku Shane’a, którego charakteryzowała specyficzna fryzura, rzucił ze śmiechem. Wyglądał trochę jak Wiking, bo całą głowę miał ogoloną poza czubem z blond włosów, śmiesznie sterczących w górę. Shane’owi zawsze się ta fryzura podobała, chociaż był chyba jedynym z całej ekipy z warsztatu.
Ivan obdarzył go sceptycznym spojrzeniem i położywszy sobie niedojedzoną kanapkę na kolanach, nie przejmując się, że ma brudne spodnie, napił się zdrowo coli.
— Nie żołądki, tylko gardła, ale okej.
— Uuu, gardła, to ile mieścisz? — z drugiego końca kanapy dobiegł ich komentarz kolejnego faceta w średnim wieku, najbardziej postawnego.
Nie trzeba było długo czekać na głośny wybuch śmiechu. Ivan tylko wykrzywił usta w uśmiechu mówiącym, że ma ten ubaw w głębokim poważaniu i wrócił do jedzenia swojej suchej kanapki.
Shane za to trochę poczerwieniał i zagryzł wargę kilka razy. On sam wiele mieścił. No, przynajmniej nie miał problemów, żeby wziąć całego penisa Davida, kiedy mu obciągał. Ale w ten sposób bynajmniej do swojej orientacji nie zamierzał się przyznać. Tym bardziej gasł, kiedy widział śmiejących się z tego żartu kolegów. Ivan co prawda olał sprawę, ale Brandon, Patt, Adrian i Chuck śmiali się radośnie, a sam Darren, który rzucił komentarzem, najgłośniej.
Kurwa, kurwa, kurwa! Może powinien zostawić sprawy takimi, jakie są? Cały czas jednak udawać, że woli dziewczyny, ale mu się w życiu nie powodzi, że nie ma żadnej, ale by chciał i te cycki w kalendarzu wiszącym na szarej ścianie kanciapy bardzo go jarają. Ale to wszystko było dla niego takie niekomfortowe, nieprawdziwe, a chciał się otworzyć. Chciał mieć kumpli, którzy go akceptują. Chciał się dobrze ze sobą poczuć…
— Jestem gejem! — rzucił niespodziewanie, głośno, przekrzykując panujący rechot.
I jak ręką odjąć, rechot ustał. Ivanowi spomiędzy warg wypadł kawałek skórki prosto na kolana, Brandon zrobił wielkie oczy, a Patt, który siedział na drewnianym krzesełku zaraz obok Shane’a, zaśmiał się krótko.
— Dobreee! — Po tym jednak jego wysoki chichot trochę zelżał, aż w końcu totalnie ucichł. — Ee… serio?
— Jasne, że serio, toście nie wiedzieli? — palnął z głupim uśmiechem Adrian, jedyny rudy mężczyzna, z lekkim brzuszkiem, ale zawsze dość sympatyczny i bystry. Nonszalancko oparł łokcie o blat starego biurka za plecami, jakby czuł się dumny, że jego teza się potwierdziła.
— Nie… Tyś wiedział?! — Brandon wciąż z szokiem na twarzy popatrzył to na Adriana, to na Shane’a, który z kolei milczał, z napięciem wszystkiego wysłuchując. Był czerwony na twarzy, spięty i ani razu nie drgnął, odkąd powiedział na głos swoje wyznanie.
— No jasne, że wiedziałem. Daj spokój, widać, że babki go nie jarają, nie ogląda się za żadnymi i stanął mu więcej razy na nasz widok niż nam przy tych świerszczykach, co są w biurku.
Shane jeszcze mocniej poczerwieniał, a reszta zaśmiała się krótko. Patt jednak klepnął go w ramię przyjacielsko.
— No spoko. Ale, stary, strasznie późno się przyznałeś — skomentował ze śmiechem.
Shane popatrzył na niego podejrzliwie i poruszył się wreszcie na krzesełku.
— No… Bo, kurwa, skąd miałem wiedzieć, jak zareagujecie? — mruknął.
— Zero zaufania, menda jedna!
Na ustach Shane’a wreszcie pojawił się lekki uśmiech, chociaż chyba wciąż nie wierzył, że już może poczuć ulgę. Serio nie mieli nic przeciwko! Patrzyli na niego z pobłażaniem, ale całkiem przyjaźnie. No… poza Darrenem, który najpierw rozejrzał się z niedowierzaniem po kumplach z pracy, a potem uderzył pięścią w szafkę z ubraniami do roboty, stojącą obok. Dotąd stał o nią oparty plecami.
— Pojebało was? Mamy w robocie pedała, Adrian mówi, że mu, kurwa, na nasz widok pyta staje, a wy się chichracie jak laski spod latarni? Co, wy też cioty, czy ciocie chcecie dawać? Jeszcze się, kurwa, w kolejce ustawcie!
Adrian ściągnął mocno brwi, Brandon trochę się zarumienił, jakby wziął te słowa personalnie, a Patt i Chuck skrzywili się z irytacją.
— Hej, weź na wstrzymanie, Darren — głos zabrał Adrian, od razu przybierając poważniejszą postawę. — Co ci do tego, co ten chłopak robi w łóżku? Dobrze pracuje i z nikim z nas tu się jebać nie próbował.
Darren wyglądał na rozjuszonego. Jego szerokie nozdrza się poruszały, grube, ciemne brwi były mocno ściągnięte, a że nie miał na sobie koszulki, tylko robocze spodnie, widać było, jak napięta była jego masywna, owłosiona klatka piersiowa.
— Co z tego, jak się nam na dupy gapi? Ja nie będę, kurwa, z pedałem pracować!
Shane poderwał się z krzesełka i pewnie dopadłby do mężczyzny i przywaliłby mu, gdyby Patt i Chuck nie zareagowali błyskawicznie i go nie powstrzymali. We dwóch, bo byli szczuplejsi od Shane’a i wiedzieli, że ten ma niemało siły.
— Spoko, spoko, niech se szczeka, wyluzuj, Shane — Chuck powiedział szybko i uspokajająco, trzymając go mocno.
— To niech, kurwa, szczeka gdzie indziej! A na jego obleśną włochatą dupę się ani razu nie gapiłem! — Shane odwarknął, patrząc w oczy starszego od siebie Darrena, któremu miał ochotę wcisnąć w gardło zmiętą puszkę coli.
— Bo się pewnie na chuja gapiłeś, marząc, żeby się wystawić! — ten odpowiedział mu szyderczo, a tym razem zareagował Brandon, również się unosząc.
— Jak masz takie pojebane podejście, to idź se jeść swój lunch na zewnątrz. Shane to kumpel, kumpli się szanuje.
Darren zaśmiał się krótko i odbił się plecami od szafy. Widział, że pozostała piątka stoi za Shanem, więc nie miał tutaj przewagi. Bezczelnie jeszcze splunął im pod nogi i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.
— Zajebię chuja, kurwa, mówię wam, że go zajebię…! — Shane jeszcze szarpnął się za mężczyzną, ale kumple znowu go przytrzymali.
— Zawsze się znajdą ci, którym coś nie pasuje, Shane, spokojnie. — Chuck poklepał go po ramieniu, kiedy ten się uspokoił. Zasugerował mu zajęcie miejsca.
Reszta też już usiadła i powoli wrócili do swojego lunchu. Ivan, który nie wtrącał się w ostrą wymianę zdań, ale spokojnie obserwował, nawet zdążył w tym czasie zjeść całą swoją kanapkę i teraz popijał colę, wygodnie odchylony.
— Takie psy się depcze jak pluskwy — osądził na temat Darrena. — Pewnie w domu żonę bije.
— No, ale nie w robocie, wylaliby Shane’a — dodał Brandon, rozkładając ręce i popatrując na rozjuszonego, ale siedzącego spokojnie kumpla. — Poza tym, co to za sposób? Jakieś cholerne ząb za ząb? Co my, król Solomon?
— Hammurabi jeśli już, Bran — mruknął Adrian, kręcąc głową.
Chłopak machnął ręką zbywczo.
— Jeden chuj. I to nie jest rozwiązanie. Poza tym, jak będzie widział, że jest w mniejszości, to zaciśnie zęby i se odpuści. Nie ma stresu, Shane. Jesteś swój chłop, nic ci tu z nami nie grozi — dodał do siedzącego obok kumpla, a ten uśmiechnął się wreszcie lekko, mimo tej nieprzyjemnej sytuacji.
— No spoko, dzięki. Fajnie to przyjęliście, kurwa. Od razu mi lepiej — powiedział szczerze.
W sumie mógł się spodziewać, że ktoś będzie miał jakieś „ale”. Na szczęście był to tylko jeden facet. A myślał, że Darren jest w porządku. Zawsze był trochę ostry w słowach, pewny siebie i kogucikowaty, ale dogadywali się. Miło było się razem napić piwa po pracy. Nie sądził, że będzie wobec niego taki wrogi przez jeden szczegół. Cieszyło go jednak, że nawet najmłodsi kumple, czyli Brandon, Patt i Chuck, dobrze to przyjęli. Trochę z szokiem, ale widać, że nie mieli nic przeciwko. Adrian, który był raczej myślącym człowiekiem, nigdy nie podążał za stereotypami, więc o niego aż tak się nie bał. Najbardziej się obawiał, że to Ivan będzie miał coś przeciwko, bo często okazywało się, że miał zupełnie inne spojrzenie na świat niż reszta, w bardzo dziwnych sytuacjach. Na szczęście w tym wypadku był w porządku. I Shane był z tego bardzo zadowolony.
Kumple uśmiechnęli się do niego i wyrzucili do kosza opakowania po swoim jedzeniu. Nie było czasu, żeby dłużej tu siedzieć i dywagować na temat nowej informacji, którą zdobyli o Shanie, więc wrócili do pracy. I zdecydowanie przyjemniej Shane’owi się pracowało u boku kumpli, kiedy wiedział, że między nimi wszystko jest okej.
Nawet uśmiechnął się do siebie głupio i napisał do Davida smsa: „Przyznałem się. Dalej mnie lubią :D”.

***

W poniedziałek trzeciego października Courtney nie wiedział, że będzie go czekać… ciekawa niespodzianka. Dzień był jak każdy inny, męczący w pracy, pełen zachodu i zupełnie odwracający jego uwagę od własnego życia prywatnego. Praca pochłaniała go całkowicie. Było też jej na tyle sporo, że wrócił do domu dopiero około siódmej wieczór. Zaparkował samochód na podjeździe i ze zgrozą spojrzał w niebo. Czarne chmury zbierające się na nim przypominały mu, że lato już minęło i teraz będzie tylko gorzej.
Westchnął i wysiadł, zabierając jeszcze teczkę z dokumentami. Od razu zwrócił uwagę na hałas dobiegający z domu, a konkretnie na ujadanie Tanka. Zaintrygowany zamknął samochód i podążył do furtki. Zaraz za nią już poznał powód niepokoju, a może zainteresowania psa. Na pojedynczym schodku, tuż pod drzwiami wejściowymi, siedział mężczyzna. Znany mu dobrze. Lekko niedogolony, o bystrych oczach, z charakterystyczną, ciemną obwódką i w skórzanej kurtce, która chyba pamiętała jeszcze czasy ich wspólnego dzieciństwa.
— Siema. Dorobiłeś się psa? — Marshall zwrócił się do Courtneya z zadziornym uśmieszkiem.
Kurator przystanął w połowie drogi do domu i uniósł brwi. Marshall wyszedł z więzienia…? Oczywiście, że wiedział o jego warunkowym w październiku, ale tyle razy wracał do paki, że był pewien, że tym razem nie wypuszczą go wcześniej. Musiał się bardzo postarać, żeby tak się stało.
— Siema. Jak widać — odpowiedział, zbliżając się w końcu do niego i wyciągając dłoń na powitanie.
Cholera… nie spodziewał się, że ten się pojawi. To stawiało go w dość nieciekawej sytuacji. Musiał napisać Chase’owi, żeby ten nie pojawił się dzisiaj u niego.
Marshall ścisnął dłoń brata, wstając jednocześnie ze swojego miejsca. Za jego plecami leżała wojskowa torba, w której miał swój marny dobytek.
— Przenocujesz mnie, nie? A piesek obronny? Czyżbyś na starość się zaczynał cywilizować?
— Nie potrzebuję psa, żeby czuć się bezpiecznie, bo wiesz, że umiem sobie radzić. Ale oczywiście, że cię przenocuję. Gratuluję, że w ogóle cię wypuścili. Komu tak lizałeś dupę w pace? — Courtney zapytał z oszczędnym uśmiechem i wyciągnął z kieszeni klucze.
Z twarzy byli do siebie całkiem podobni, ale to kiedyś było bardziej widoczne, kiedy Courtney chodził w za małych ciuchach brata i ubierali się podobnie. Teraz wyglądali tak inaczej… On sam w koszuli, marynarce i krawacie, a jego brat w skórach. On ze starannie ogoloną twarzą i w przyciętej bródce, a Marshall z kilkudniowym zarostem.
— Nikomu. Jestem nowym człowiekiem i zostało to zwyczajnie zauważone — starszy o trzy lata mężczyzna odparł z szerokim uśmiechem i w opinii brata całkowicie mijając się z prawdą. — W ogóle, pożyczysz jeszcze jakieś ciuchy, czy chociażby golarkę? Jak cap wyglądam — dodał, czekając, aż zostanie wpuszczony do środka. Przy okazji potarł swoją nieogoloną twarz.
— Mhm, znajdę ci coś. Te ciuchy, które masz w torbie, do prania? — Courtney zagadał, wchodząc do mieszkania i odkładając teczkę na szafkę w salonie.
Tank od razu znalazł się przy nogach Marshalla, przeszkadzając mu w odpowiedzi na pytanie głośnym poszczekiwaniem i machaniem ogonem. I oczywiście obwąchiwaniem tu i tam nowego gościa.
— Tank, ciszej! — upomniał go gospodarz, kręcąc głową.
Pies jednak nadal był całkowicie pochłonięty nowym gościem i dopiero za drugim upomnieniem odsunął się od Marshalla i usiadł tuż przy nogach Courtneya, uderzając w nie ogonem.
— Bardzo… hiperaktywny. A te z torby i to co mam na dupie do prania. Zgadza się w stu procentach. Wezmę ci to zostawię w łazience i pójdę się odświeżyć. Nadal masz ręczniki tam gdzie miałeś, czy doczekałem się remontu?
— Wszystko jest na swoim miejscu. Nie krępuj się. Zrobię coś do jedzenia — zasugerował Courtney, już wiedząc, jak to się wszystko skończy. Karmienie i nocowanie Marshalla oraz liczenie, że szybko się ogarnie i nie będzie mu długo siedział na głowie. — Tylko nie rób mi bajzlu, okej?
— Ta, jasne. — Mężczyzna machnął na niego ręką, już idąc w stronę łazienki.
Tank spojrzał na Courtneya, a potem na gościa i znowu na Courtneya. Jakby pytał, czy może za nim iść.
— Zostań — gospodarz od razu mu nakazał i jeszcze podrapał go za uchem, nim sam ruszył do kuchni. Po drodze wyciągnął telefon i postanowił zadzwonić do Chase’a. Przystawił więc komórkę do ucha i czekał, aż jego chłopak odbierze, samemu stojąc przy otwartej lodówce, żeby wymyślić jakąś kolację dla dwójki.
— No, siemano, co tam? — po kilku sygnałach usłyszał głos nastolatka. Poza nim słychać było jakieś dźwięki w tle.
— Siema. Dzwonię, żeby cię uprzedzić, żebyś nie przyjeżdżał do mnie do domu, jeśli ci nie napiszę, że jestem sam. Mam… hm, nowego współlokatora — wyjaśnił z krzywym uśmiechem, wyciągając przy tym opakowane w folię mięso mielone.
Chase chwilę nie odpowiadał, po czym fuknął z pretensją:
— Jakiego, kurwa, współlokatora?
— No… wiesz, taki facet, trzy lata starszy, ciemne włosy, jasne oczy, zarost… — Courtney zażartował, choć nie było mu do śmiechu.
— Nie rób se, kurwa, jaj, co?! — Chase warknął znowu do telefonu. — Bo jak przyjadę, to Tank odgryzie mu dupę, jak to jakiś twój przychujas! — syknął na koniec, tworząc nowe słowo o zapewne podobnym wydźwięku jak „przydupas”.
— Spokojnie, Chase, to „tylko” mój brat. Wypuścili go z więzienia, będzie u mnie nocował — Courtney wyjaśnił w końcu, żeby go nie denerwować. Wystarczy, że on sam z ich dwójki będzie miał pod górę. — Właśnie na niego wpadłem przed drzwiami — dodał, chociaż w duchu jakoś ucieszyła go ta zaborczość Chase’a. To było miłe, jakkolwiek wolał, by chłopak w żaden sposób nie wyżywał się na kimś, kto może z nim flirtować.
Chłopak po tej nowej informacji wyraźnie spuścił z tonu.
— Och… Ten twój brat, co to nie lubi, że się zapina ciebie od tyłu?
— Ten sam. Innego nie mam. Lepiej, żeby nas razem nie widział — Courtney poprosił z westchnieniem i przytrzymując telefon przy uchu, nalewał wodę do garnka. Zamierzał zrobić spaghetti, skoro jeszcze miał produkty do włoskiej kuchni, jaką ostatnio tworzył.
— I ile on będzie u ciebie koczował? Mamy się w ogóle nie widzieć? A co z Tankiem? — Chase nie wydawał się pocieszony ani zadowolony z pomysłu swojej „dziewczyny”.
— Nie wiem jeszcze, jak długo, ale na pewno minimum kilka dni. Jak znajdzie jakąś robotę, to będzie łatwiej. Dam ci znać, kiedy go nie będzie i będziesz wpadał. Jakby co, możemy się widzieć w moim biurze lub u ciebie — Courtney spróbował go pocieszyć, równocześnie zajmując się obiadem i nasłuchując, czy jego brat nie wychodzi z łazienki.
— U mnie, też coś… — Chase fuknął. Był urażony, słychać było to doskonale w jego głosie. Jakby był obrażony na mężczyznę, że ten ma gościa i nie ma czasu się z nim widzieć.
— Albo w parku, tak jak ostatnio — kurator dodał spokojnie, żeby dodatkowo dać mu znać, że i na seks będzie sposób, skoro już raz zrobili to w miejscu publicznym. — Nie martw się, Marshall nie będzie siedział w domu cały czas — zapewnił i zawiązał fartuszek na swoje ubranie, żeby go nie pobrudzić. W końcu robił sos bolognese, a wciąż ubrany był jak do pracy.
Chase burknął do telefonu z brakiem zadowolenia z życia. Nie podobały mu się wieści, które usłyszał.
— Cholera no… kicha straszna. Myślisz, że szybko się wyniesie?
— Nie wiem. To zależy, jak szybko znajdzie pracę albo jak szybko ponownie go zamkną. Ostatnio był u mnie całe dwa miesiące, ale przed jeszcze wcześniejszą odsiadką tylko jakieś dziesięć dni, nim nie znalazł sobie mieszkania.
— Liczę bardziej na te dziesięć dni. To brzmi spoko, dwa miesiące ni chuja. No, ale dobra… jak ukrywasz się przed bratem, to nara. Daj znać, czy podrzuć Tanka… czy coś — dodał na koniec z rezygnacją.
— Marshall wie, że jestem gejem, ale… nie pochwala tego — Courtney sam zatrzymał się na chwilę z gotowaniem i oparł się tyłkiem o szafkę, z zielono-niebieskim fartuszkiem na sobie. — Nie chcę cię narażać na głupie komentarze z jego strony, skarbie.
— Za głupie komentarze zazwyczaj dostaje się w pysk. Albo z bańki. Ale ta, wiem, ty nie pochwalasz przemocy, ja mam kuratora na głowie. — Chase zaśmiał się na koniec. — Spoko. Podrzuć najwyżej kiedyś Tanka. Jego chociaż będę miał.
— Jasne, jutro albo pojutrze po pracy wpadnę, w porządku? — Courtney w końcu odwrócił się do szafki, żeby wyciągnąć długi makaron.
— No, spoko. Chyba będzie git, chyba że coś mi wypadnie, to napiszę. Możesz też z psem jakieś… wiesz, żarcie przywieźć, nawet na zimno — Chase dodał na końcu ze słyszalną niepewnością w głosie.
— Robiłem w weekend znowu duże zakupy i jest wielki worek suchej karmy, przywiozę — Courtney zgodził się od razu z delikatnym uśmiechem. — Zgadamy się. A teraz kończę, robię kolację, a Marshall zaraz wyjdzie z łazienki.
— Kolację — Chase powtórzył głupio, słysząc, że Courtney nie pomyślał o jedzeniu dla niego, a dla psa. — No… ta, to do zgadania. Nara.
Courtney uniósł brwi i uśmiechnął się szerzej mimowolnie.
— Lubisz moją kuchnię, co? — W jakiś sposób go to cieszyło. Opłaciły się kursy gotowania. — Dobra, do zgadania. Na razie.
Chase najpierw nie odpowiedział, po czym tylko znów się pożegnał.
— Ta, nara.
Courtney rozłączył się i wrócił do gotowania, jakoś teraz przez to myśląc bardziej o swoim chłopaku. Wolałby dla niego ugotować tę kolację, ale niestety nie było na to szans. Miał lekkie wyrzuty sumienia, że nie cieszy się na widok brata, jego wolności i szans, jakie teraz miał przed sobą. Niestety, domyślał się, że ich nie wykorzysta. Na ten czas przynajmniej może mu trochę uprzyjemnić życie, więc działał na rzecz spaghetti, aż w końcu wylądowało na dwóch talerzach. Odpowiednio ugotowany makaron, sos trochę na ostro i do tego mięso. Przeszedł z tym wszystkim do salonu, żeby oglądać przy jedzeniu telewizor. Przy nim zawsze było mniej niezręcznie, jeśli przestawały się znajdować tematy do rozmowy.
Niemalże w tym samym czasie, kiedy postawił talerze na stole, usłyszał dźwięk otwieranych drzwi od łazienki. Jego błędem było spojrzenie w tamtą stronę, ale przecież widoku całkiem gołego brata by nie uniknął, bo ten bez pardonu doszedł do stolika i kanapy.
— Mmm… ty to jednak masz talent do tych babskich rzeczy.
— Czy są babskie, to całkiem względne. Dam ci ciuchy. — Courtney wyprostował się i od razu ruszył do sypialni. Nie zamierzał jeść przy nagim Marshallu. Rozwiązał przy tym po drodze fartuszek, żeby wrzucić go od razu do pralki.
— Spoko, siadaj. — Starszy brat chwycił go za ramię i sprowadził na kanapę mocnym pociągnięciem. Sam też się na niej usadowił. — Najpierw priorytety. — Wskazał na jedzenie i aż uśmiechnął się szeroko.
Był całkiem mocno owłosiony. Na klatce piersiowej włosy tworzyły charakterystyczny krzyż, ciągnęły się aż do pępka i jeszcze dalej, pokrywając gęsto jego krocze. I jak na pewno nigdzie tam się nie podgalał, tak teraz twarz miał już gładką.
Courtney obdarzył go sceptycznym spojrzeniem i odrzucił fartuszek na fotel.
— To smacznego. Nie wiem, jakie porcje są w więzieniu, ale pewnie mniejsze niż to, co? — zagadał, nie patrząc na niego i ciesząc się, że włączył telewizor. Nie tylko zagłuszał ciszę, ale i mógł się gapić na ekran, a nie rozmówcę. Na nagiego rozmówcę. Że też Marshall nie miał krztyny wstydu. Tyle tylko było w tym dobrego, że był jego bratem. Nie patrzył więc na niego jak na faceta.
— No i nie wyglądają jak żarcie z knajpy. Serio, czasem myślę, że minąłeś się z powołaniem. Świeże ręczniczki, dobra kuchnia. No jak nic, perfekcyjna pani domu. — Marshall zaśmiał się, zabierając od razu do jedzenia.
Gospodarz miał wrażenie, że ostatnio często spotyka się z damskimi określeniami. Darował sobie jednak kłócenie się, że mężczyzna też potrafi dbać o higienę i dobre odżywianie i nie musi to być tylko domena kobiet, że jest to jedynie stereotyp. Ale Marshall i tak nie dałby się przekonać.
— Co do powołania i tego, jak sobie radzić w życiu. Skoro jesteś takim odmienionym człowiekiem, masz teraz jakiś plan na życie na dobrej drodze? — zapytał, rzucając krótkie spojrzenie na jego twarz i nawijając na widelec długi makaron. Sam był głodny, bo w pracy znowu nie miał za bardzo czasu, żeby zjeść.
Marshall zaszczycił go i przełknął jedzenie, nim odpowiedział.
— Będę miał dwa tygodnie na poszukanie pracy, a jak coś, to mogę zgłosić się do nowej babki z pierdla i zaoferowała mi pomoc. Razem też trochę gadaliśmy nad moim planem życiowym. Trochę w pierdlu się podszkoliłem, byś wiedział, jakbyś się na mnie nie wystawił. Ogólnie, no, idzie ku dobremu, ale kasy nie mam, więc trochę sobie wspólnie pomieszkamy. Lepiej gotować chyba dla dwóch osób niż jednej, nie?
Co do tego Courtney miał odmienne zdanie, szczególnie, że i tak ostatnio gotował dla dwóch osób, kiedy gościł Chase’a.
— W porządku, jesteśmy braćmi. Ale jakie masz aspiracje? Coś fizycznego? — dopytywał, w sumie trochę zaciekawiony, jak Marshall się doszkolił. Swego czasu pracował dorywczo na budowie.
— Nauczyli mnie kable kłaść i robić badania techniczne instalacji — Marshall odparł z dumą. Widać było, że chce pokazać bratu swoją zmianę, a do tego przekonać go, żeby ten nie marudził, że u niego zamieszka.
Courtney aż spojrzał na niego i poklepał go po nagim ramieniu. Uśmiechnął się nawet lekko. Może miał z Marshallem średnie stosunki i często się żarli, ale chciał, żeby wyszedł na ludzi. Najgorsze jednak było to, że sam miał pod sobą wielu ludzi na warunkowych zwolnieniach i wiedział, że taka gadka z reguły… była tylko gadką.
— Cieszę się. To jest jakaś opcja, może się na tym ustawisz.
— Mam taką, cholera, nadzieję. Sporo w to włożyłem pracy. Ale liczę też, co by nie mówić, że może też gdzieś ruszysz swoje kontakty? — zasugerował, najpewniej z nadzieją pomocy. A raczej z nadzieją, że Courtney odwali za niego część jego obowiązków i znajdzie mu pracę.
— Mogę popytać. Ale ty też rusz się stąd trochę i porozglądaj się. Jak nawet na początku nie będzie nic zachwycającego, to warto się czegoś uczepić tymczasowo — Courtney odpowiedział sugestywnie, żeby przypadkiem Marshall nie odrzucał znowu ofert, bo „nie będę się pierdolił z wywożeniem śmieci!” albo „co ja, szczur, żeby w kanałach pracować?”. Ciężko było znaleźć pracę dla kogoś tak wiele razy karanego.
— Ta, ta, ale też popatrz. Masz te swoje kuratorskie wtyki przecież — Marshall odparł i z talerzem w dłoni, a potem na kolanie, odchylił się do tyłu, opierając wygodniej na kanapie. — I gdzie masz… o, weź podaj pilota. Muszę nadrobić kanały. — Zaśmiał się niższym niż brat głosem.
Courtney zmierzył go wzrokiem i, w duchu wzdychając ciężko, podał mu pilota. Chyba odzwyczaił się od brata. Sam potem pochylił się do talerza, żeby niczego wokół nie poplamić, a przede wszystkim siebie.
— Nadrabiaj. Tylko pamiętaj, Marshall, nie chcę syfu w domu ani upijania się. Mam swoje zasady, okej?
— Ej, no, ale piwka bratu zabronisz? — mężczyzna oburzył się. — Jestem świeżo po odsiadce, daj coś z życia. Może jakieś panienki sprosimy? — spytał, a w jego głosie pobrzmiała specyficzna nadzieja.
— Nie — Courtney od razu odpowiedział z naciskiem i stanowczo. Na rzecz tego nawet przestał jeść i odwrócił się bardziej w stronę brata. — Nie, Marshall, żadnych dziwek. Jeśli chcesz, to rób to w mieście, ja nie chcę tu widzieć panienek. A piwa możesz się napić, ale nie tak, żebym znowu cię znalazł na podłodze w łazience, nieprzytomnego i z burdelem w całym mieszkaniu. Masz trzydzieści lat, zachowuj się na tyle.
Starszy z braci skrzywił się i prychnął, kręcąc głową.
— Trzydzieści nie znaczy sześćdziesiąt. Zresztą, tylko odreagowywałem wtedy, że wyjebali mnie z tamtej roboty. I byłem w łazience, a nie w twoim łóżku czy w salonie. Nic też nie zarzygałem. A dziwki by i tobie się przydały.
— Jesteś aż tak nowym człowiekiem, że już zapomniałeś o swoim wcześniejszym życiu i o tym, że jednak kiedyś dowiedziałeś się, że masz brata geja? — Courtney zapytał retorycznie i wrócił do swojego spaghetti.
Marshall burknął i odstawił talerz na stół. Był pusty, a widelec aż zachrobotał przez to, jak niedelikatnie to zrobił.
— I chyba naiwnie liczącym, że ci się odwidziały kutasy. Może w ogóle masz teraz taki humor, bo ci tu jeden nagi zaraz obok leży? — spytał kąśliwie.
Courtney ściągnął brwi i poczuł się mniej komfortowo po tym komentarzu.
— Możemy zostawić temat mojej orientacji w spokoju, bo on nigdy nie prowadzi do niczego dobrego? Wyszedłeś, jesteś wolnym człowiekiem, nie rób więc sobie pod górę i spróbuj nasze kontakty jakoś unormować. Na pewno to też ci radził psycholog więzienny.
— A tobie co twój psycholog radził? — Marshall spytał, nadal siedząc nago i popatrując to na brata, to na telewizor, w którym zmieniał kanały od niechcenia. Sprawiało mu to wiele frajdy. W końcu miał władzę w ręku.
— Zawsze mówią, że kontakty z rodziną są bardzo ważne. Żeby wzmacniać więzi, jeśli jest co ratować — Courtney odpowiedział spokojnie i dojadł swój posiłek, a następnie złożył talerze i sztućce. — Dlatego, Marshall, naprawdę mam nadzieję, że będzie między nami w porządku. Spróbuj się też o to postarać — poprosił i ruszył w kierunku kuchni.
Starszy mężczyzna nie odpowiedział, ale przewrócił oczami, których spojrzenie w efekcie wbił w ekran telewizora. Wolał pooglądać brutalne sporty, czy nawet wiadomości, niż słuchać dobrych rad swojego brata. Ten zresztą dał mu na to czas, bo chwilę sprzątał po kolacji, nastawił też pranie z rzeczami Marshalla i dopiero potem wrócił do niego. W jednej ręce miał dla niego ubrania, w tym świeżą bieliznę, a w drugiej… butelkę piwa.
— Proszę. Na dobry start, hm?
Marshall spojrzał najpierw na piwo, potem na brata, po czym wyciągnął rękę, zabierając to pierwsze oraz ubrania.
— A ty?
— Przyniosę sobie za moment, muszę zdjąć w końcu ten krawat i zarzucić jakiś dres — odpowiedział Courtney i wyszedł do sypialni, żeby rzeczywiście się przebrać. I schować żel analny do szuflady, bo nie chciał jakichś głupich komentarzy ze strony brata. Dopiero po tym, już w spodniach dresowych i podkoszulku poszedł po swoje piwo i usiadł obok Marshalla. Wyciągnął do niego butelkę, żeby się stuknąć.
Ten, sądząc po stanie płynu w szkle, nie upił nic i czekał na niego.
— Na zdrowie, brat. Dzięki za… no, wiesz. I ogólnie, abyś nie miał mnie dość po tygodniu — powiedział, a Courtney z wdzięcznością mógł zauważyć, że już założył spodnie na tyłek.
Przytaknął i napił się piwa. Pamiętał, jak pili razem z Marshallem i jeszcze Dustinem, kiedy pomiędzy nimi wszystkimi było dobrze. Głupie czasy dzieciństwa i swoistej naiwności. Nikt z nich nie wiedział wtedy, że każdy skończy zupełnie inaczej. Że całkowicie się rozejdą, że nigdy nie będzie między nimi tak… bezproblemowo. Że już nie tylko głupi spór o ostatnie zaciągnięcie się trawą będzie problemem. Trochę tęsknił za tymi czasami, a konkretnie za tymi spotkaniami we trójkę, szlajaniem się po okolicy, wygłupami… Ale gdy przypominał sobie, że temu wszystkiemu towarzyszyło kurwienie się matki, wieczny brak kasy w domu, zimna woda w kranie, brak jedzenia, książek do szkoły, lanie za każde przewinienie, przestawał tęsknić.
Napił się jeszcze raz i odchylił głowę na kark.
— Spróbuj się tym razem jakoś ustabilizować — rzucił dość nieobecnym tonem.
— Za każdym razem przecież próbuję. Tylko życie mi nie daje.
— Mam nadzieję, że w końcu ci się uda. Pamiętasz, jak się rozkłada kanapę? — Courtney poklepał miejsce, na którym siedzieli.
— Mniej więcej. A nawet jeśli nie, to se poradzę — Marshall odpowiedział spokojnie, także siedząc luzacko na kanapie i mimo oglądania telewizji, nie skupiając na niej swojej uwagi, a na piwie i rozmowie.
— Dam ci pościel zaraz i klu… — Courtney urwał. Zapasowe klucze miał Chase. Cholera. Zagryzł wnętrze policzka, myśląc szybko, jak się wytłumaczyć. — Klucze ci dorobię jutro, więc jak chcesz, to wyjdź ze mną rano, to zamknę za nami albo siedzisz w domu.
Marshall przeciągnął się i zmienił kilka programów. Wyciągnął nogi i złożył je na stoliku, przy którym jedli.
— To se odetchnę, co? W końcu trochę luzu nie zaszkodzi. Dopóki nie dorobisz mi kluczy. Ale to poprzednie zgubiłeś? Pamiętam, że miały taki brelok chyba?
— Nie, dalej je mam, ale nie u siebie. Dałem je chłopakowi. I nie, proszę, nie komentuj tego nawet skrzywieniem się — Courtney poprosił poważnie, rzucając mu spojrzenie znad butelki budweisera. Nóg na stoliku nie skomentował, żeby nie narazić się na kolejny komentarz określający go mianem porządnej pani domu.
Marshall o mało się nie zakrztusił swoim bursztynowym napojem z bąbelkami. Spojrzał na brata i nie posłuchał, bo miał mocno skrzywioną minę.
— Masz chłopa?
Courtney uniósł wzrok do sufitu i znowu oparł głowę o kanapę.
— Już żałuję, że to powiedziałem.
— No, ale to tak czy nie?
— Tak, mam chłopaka. Coś to zmienia?
Starszy mężczyzna uniósł jedną dłoń w obronnym geście.
— Nie, no… nic, nic. Chociaż to potwierdza moją teorię z panią domu.
Tego Courtney nie zrozumiał. Ściągnął więc brwi pytająco i spojrzał w jego, bardzo podobne do swoich, oczy.
— Co ma to domniemane bycie panią domu w stosunku do posiadania chłopaka?
— Że teraz jesteś pełnoprawną panią domu. Masz chłopa, masz swoją kuchnię i łóżko, gdzie go pewnie zadowalasz. No pani domu po całości — Marshall prychnął i znowu przeskoczył kilka programów, popijając piwo. Miał pewny siebie wyraz twarzy, jakby odkrył wielką prawdę życiową.
Courtney tylko pokręcił głową. Nie chciał odnosić się do tych słów, bo wiedział, że dysputy na ten temat z Marshallem nie miały sensu, ale coś go pchnęło, żeby jednak trochę od siebie dodać.
— Jestem też kuratorem, noszę broń i mam jaja. To nie narusza twojej teorii?
— Laski też mają broń. To niczego nie dowodzi. A ich jaja są w środku — brat kuratora wyjaśnił, nie odrywając wzroku od telewizora. Od butelki wargi musiał, żeby się odezwać. — Ale to co? — Zerknął na młodszego. — Ma klucze, będzie cię ruchał za ścianą?
— Czemu od razu zakładasz, że to mnie się zawsze rucha i czemu zawsze towarzyszy temu niesmak na twojej twarzy i w głosie? Jeśli tak ci nie w smak ten temat, to po co go ciągniesz? — Courtney odpowiedział trochę ostrzejszym tonem, zapominając na moment o swoim piwie, nie mówiąc już o totalnym ignorowaniu doniesienia o jakiejś powodzi na drugim końcu Stanów, które pojawiło się właśnie na ekranie telewizora.
Marshall długo nie odpowiadał, po czym spojrzał na swojego brata.
— Bo nie mogę zboleć, że zamiast brata mam pedała brata. I co? Niby znalazłeś se młodego naiwnego, którego posuwasz, jak Dustin ciebie? Bo byłeś chętną dupą?
Przez myśl gospodarza przebiegło, że rzeczywiście znalazł sobie młodego… ale bynajmniej roli w łóżku nie zmienił. Nie chciał o tym rozmawiać. Zawsze kończyło się tak samo, zawsze Marshall podkreślał, jak bardzo mu to nie pasuje, jakby to było w ogóle coś, co go dotyczy.
— Nie ma nic do rzeczy, jaki jest mój chłopak i jak się z nim pieprzę. Nie widzisz tego, nie masz z tym nic wspólnego, więc czemu cię to tak boli?
Marshall spojrzał na niego z pretensją i szokiem, że ten nie rozumie.
— Może dlatego, że jesteś, kurwa, mój brat?
— Tym bardziej powinieneś zrozumieć. Jestem szczęśliwy z tym, kim jestem. Gdzie tu jest błąd? — Courtney rozłożył ramiona i dopiero napił się piwa. Wręcz nie wierzył, że znowu wałkują ten temat.
— W tym, że sam mówisz, że masz jaja, a jesteś babą — starszy mężczyzna obruszył się, po czym nagle machnął ręką. — Dobra, dość, bo się wkurwię.
Courtney też chciał to już urwać, bo po tym komentarzu poczuł, że robi się coraz bardziej zirytowany. Nie był „babą”. Może za bardzo innym pozwalał na mówienie tak o sobie? Pani domu, dziewczyna, gosposia… Czuł, że nawet jego matka z niego zakpiła, dając mu uniwersalne imię.
— Masz rację, dość. Jutro dostaniesz klucze, spróbuję poszukać ci pracy, a ty nie sprowadzaj dziwek, nie chlej na umór i daruj sobie homofobiczne komentarze, a wszystko będzie między nami w porządku.
— A będziesz go sprowadzać? — Marshall mimo swoich wcześniejszych słów spytał i odstawił butelkę po wypitym piwie.
— Jeśli tak, to postaram się wtedy, kiedy ciebie nie będzie w domu.
Marshall znowu się skrzywił, ale tym razem darował bratu komentarz, a zamiast tego spytał:
— A laski, ale nie takie za kasę, ale poznane? Takie też liczysz jako dziwki?
Courtney zamyślił się i dał sobie chwilę, w trakcie której również skończył pić piwo.
— Poznane nie przez zielony papierek mogą być, ale jeśli chcesz z nimi tu robić coś więcej, to też wtedy, kiedy mnie nie ma. To akurat nie jest trudne, bo dużo pracuję.
Starszy Corn skinął głową, wgapiając się w tej chwili w urywki z ostatniego meczu NFL. Nie, żeby był specjalnie zainteresowany.
— To już daje jakieś perspektywy. Nawet nie wiesz, jak tęskniłem w pierdlu za cycuszkami. — Ścisnął dłońmi powietrze, jakby były to piersi. — I mokrymi cipeczkami.
Courtney skrzywił się trochę w duchu. Ale domyślał się, że to musiało być dużym problemem dla Marshalla, tym bardziej, że był przystojny i zawadiacki i kiedyś nie miał problemów ze znajdowaniem sobie dziewczyn. Miał ich bardzo wiele i sam się kiedyś zastanawiał, czy jakiejś nie zaciążył. Może gdzieś żyje jego potomek, o którym nie wiedzą.
— Jakoś sobie dawałeś radę, hm? Bardziej legalnie? — młodszy z braci zapytał, nie chcąc usłyszeć, że dymał jakichś cweli.
— Jak, że niby legalnie? No pomoc socjalna dziwek do pierdla nie wysyła. Siostry zakonne nie przychodzą do nas w innych celach niż, żeby poklepać różańce — Marshall fuknął z przekąsem i lekkim rozbawieniem. — Ale kolesi nie dymałem. Bym czuł się, jakbym ruchał se brata.
Siedzący obok niego mężczyzna wciągnął powoli powietrze przez nos, żeby się opanować i nie wyobrazić sobie tego. To zdecydowanie nie była właściwa wizja.
Odłożył butelkę na stolik i pokręcił głową.
— Dzięki, Marshall, dymając cwela, myślałbyś, że dymasz mnie. Tak wiele mnie z nimi łączy — zironizował i skinął na telewizor. — Poszukaj jakiegoś filmu.
— Jakiego? — mężczyzna spytał, zaczynając żywo przeskakiwać kanały.
— Cokolwiek, byle nie kostiumowy, bo mnie nudzą.
— I nie masz więcej piwa? — spytał, nie odnosząc się do porównania swojego brata z cwelami.
Courtney wstał, żeby zabrać butelki.
— Mam jeszcze jedno, to rozleję je na pół, okej?
Marshall spojrzał z żalem na brata. Wolałby sam wypić, ale…
— Okej. To dajesz, a ja czegoś poszukam. Od zajebania masz programów, więc musi gdzieś coś być… — mruknął na koniec do siebie.
Courtney mimowolnie się uśmiechnął, widząc jego zaangażowanie w oglądanie telewizji. Sam robił to sporadycznie, skupiając się na wiadomościach i od święta włączając film, mecz albo jakiś ciekawszy talk show. Kiedy był sam w domu, jako rozrywkę wybierał raczej gry komputerowe.
Wyszedł do kuchni po piwo z nadzieją, że obecność Marshalla w jego domu nie przeciągnie się specjalnie długo i… że ten nie stworzy żadnych problemów. Bo wiedział, że kto jak kto, ale jego brat potrafił być w tym mistrzem.

7 thoughts on “Newton’s Balls – 38 – Niespodzianka siedząca pod drzwiami

  1. Katka pisze:

    Mati, niby wiekszosc dobrze przyjela wiec zdecydowanie fajnie, lepiej niż sie Shane spodziewał. Choć byle teraz tylko jeden któremu to nie podeszlo nie narobił problemów… haha Ale jak tak piszesz to w tym rozdziale mega wyszło jakim Courtney jest za dobrym facetem XD dzięki temu może właśnie kręcą się wokół niego ludzie potrzebujący pomocy… XD

    Zen, kiedyś może będzie im dane mieć psa. W końcu powoli realizują swoje marzenia. Shane wyszedł właśnie z szafy wiec może teraz odhaczac kolejne punkty. I fajnie ze polubiła Marshalla :D jest moim zdaniem ciekawa postacią… i wyrodnym bratem wiec na pewno coś odwali! XD

  2. Zen pisze:

    Na początku po tytule myślałam że będzie chodziło o jakiegoś psa i sie nawet ucieszyłam że to Shane go znajdzie bo z tego co pamiętam to chcieli z Dawidem jednego :) A jednak nieee. Ale mam nadzieje że w niedalekiej przyszlości jednak jakiegoś im dacie haha :)
    Jestem dumna z Shane’a że sie przyznal przed chłopakami z pracy :) W taki typowy shaneowaty sposób prosto z mostu :D I ciesze sie że większość dobrze to przyjeła :)
    I w ciekawy sposób wprowdzilyście do tego wszystkiego Marshalla haha takie biedny musial czekać na schodach na brata który sie jeszcze na jego widok nie cieszy i coś tam marudzi XD i jeszcze wogóle śmie być gejem w jego obecności! haha jakoś tak już go polubiłam :D ciekawe co namiesza? bo to że coś odwli to jest pewne ;)
    Weny koniecznie wam życze! :D

  3. Mati pisze:

    Woow, już całkiem zapomniałem o Shanie. Fajnie, że się ujawnił przed nimi. I aż dziwne (niestety), że tak dobrze to przyjęli…większość przyjęła.
    A teraz Marshall… Wiem, że w końcu rodzina, ale gdybym miał takiego brata, który z kosmosu wziąłby się pod mieszkaniem, chciał, żebym go przygarnął, znalazł pracę, a na koniec jeszcze coś mi wypominał, to na pewno nie byłbym tak spokojny jak Courtney. Jak on ot w ogóle robi? :D Przecież to jest niemożliwe :D A ma przecież broń…. :D
    Rozdział jak zwykle świetny :)
    A zachowanie Chase’a bardzo mi się nie spodobało. Niby coś tam czuje do kuratorka, ale chyba traktuje go jako kogoś, na kim będzie mógł rozładować wszelkiego rodzaju napięcia i będzie w każdej chwili gotowy urządzić mu wspaniałe jedzenie. Niefajnie to wygląda. A Courtney Dobre Serce jeszcze żałuje, że nie może gotować dla podopiecznego. Jest zdecydowanie zbyt dobrym człowiekiem.

  4. Katka pisze:

    Kyna, to był bardzo, bardzo impulsywny coming out jak na zaplanowany XD Cóż, to Shane, on raczej nigdy nie przestanie być nieskomplikowanym człowiekiem. No i przyznam, ze fajnie, ze lubisz Marshalla XD Nawet postacie w założeniu negatywne da się polubić (czasami nawet bardziej niż pozytywne). Dzięki za komenta! :)

    Wadera, tak, niestety w grupie zawsze będzie ktoś o odmiennym toku myślenia. Nie może być zbyt idealnie w koncu… Ale wyszło dobrze, na pewno lepiej niż Shane się spodziewał. A co do Courtneya – tak, w sumie zgadzam się, że mógłby się postarać o zmianę tego traktowania jak kobietę, ale z drugiej strony czasami naciskanie i próby zmiany komuś podejścia w tym względzie kończą się czymś zupełnie odwrotnym i ktoś właśnie specjalnie jeszcze bardziej nadużywa jakiegoś określenia. Z drugiej strony, Courtney nie zmieni swoich nawyków i zachowań, a te Marshall uważa za kobiecie. Więc trochę jest to zamknięte koło, chociaż na pewno fajne to dla Courtneya nie jest. Ale chyba się trochę poddał w tym względzie.

    Kasia, haha, w sumie nawet tego nie spostrzegłam, że można było tak odebrać tytuł. Ale w sumie Marshall to trochę taki zabłąkany pies, który szukał schronienia XD tylko mniej słodki, a bardziej irytujący. A Shane i David faktycznie chcieli psa, ale chyba na razie wystarczy im pies sąsiadów, haha. Ale może kiedyś sobie jakiegoś sprawią :) Na pewno dzieci Davida by się ucieszyły XD A Marshall i wypaplanie ojcu Chase’a… cóż, jest to w jakiś sposób możliwe. Czyli znowu pojawia się kolejna sytuacja zagrażająca chłopakom. Im więcej trzeba kłamać, tym trudniej utrzymać coś w tajemnicy. Też ściskamy mocno!

  5. Kasia pisze:

    Jakoś tak po przeczytaniu tytułu spodziewałam się że któryś z naszych bohaterów znajdzie słodkiego pieska a nie brata z pierdla. I jeszcze jak na początku było o Shanie to ucieszyłam się bo oni chcieli mieć psa z tego co pamiętam. Fajnie ze się Shane przyznał w pracy, to musiało być uciążliwe tak ciągle ściemniać że się nikogo nie ma a Shane przecież chciał by co nieco powiedzieć o Dawidzie. No i dobrze że jego kumple okazali się tacy w porządku, no prawie wszyscy w każdym razie :) A jeśli chodzi o Courtneya to on rzeczywiście jest taką panią domu, może teraz jak się poczuł trochę dotknięty słowami brata to coś będzie chciał zmienić ? Mam nadzieję że Marschal nie wpadnie na Chasea bo nie fajnie by było gdyby wypaplał potem jego ojcu… zobaczymy czy znowu będziecie się znęcać nad tym biednym nastolatkiem :)
    Dzięki wielkie dziewczyny. Pozdrawiam serdecznie

  6. Wadera pisze:

    Co do Shanea muszę się zgodzić z Kyna, aż mnie wcięło jak tak bezpośrednio walnął, ale to może i dobrze. Jeden debil zawsze się w robocie trafi. Fajnie, że z innymi nie ma problemów. Jak przeczytałam jego sms’a do Davida to aż miałam banana na twarzy ;)
    Och Courtney! Cóż rodziny się nie wybiera i czasami ta jest upierdliwa, ale co począć. Tak sobie myślę, że nasz kurator powinien się trochę postarać żeby przestać go utożsamiać z kobietą. Niby mu nie pasuje, ale się nie sprzeciwia. Może już czas zacząć!

  7. Kyna pisze:

    Shane jest moim mistrzem xD Zaliczyłam facepalm, gdy wypalił z „Jestem gejem.”
    A Marshalla… Dziwię się sama sobie, serio, ale go polubiłam. WTF? :D
    Chyba więcej nie trzeba dodawać. Czekam z niecierpliwością na następne :)
    Weny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s