Across The Cursed Lands III – 16 – Dużo szczerości

— Jesteś pewien, że dobrze jedziemy? — zapytał Jeffersona William, gdy od czasu opuszczenia rancza Zwierzaka minęło już sporo czasu i według niego powinni już dotrzeć do miasteczka. A może tak mu się tylko wydawało. Nie miał szczególnie dobrego poczucia czasu w drodze, a i nie potrafił tak jak Jefferson oceniać go po ruchu słońca na niebie. Szczególnie, kiedy dzień znów był pochmurny.
— Tak, niedługo powinniśmy być na miejscu. Zresztą, widzisz. — Ranger wskazał ręką trochę na lewo. — Widać już miasto — obwieścił, chociaż poza czymś, co tylko on widział na horyzoncie, widoczne było tylko zwykłe niebo i lekkie wzniesienie przed nimi.
Przez to William na chwilę zamilkł, mając wrażenie, że coś tu musi być na rzeczy. Wiedział, że ma tylko jedno oko, ale zabudowania by przecież zobaczył.
— Doprawdy?
— Tak — odparł Jefferson i spojrzał na niego. Ściągnął brwi, kiedy zobaczył niepewną minę lekarza. — Ale nie widać budynków, jeśli tego wypatrujesz. Powietrze się tylko tam porusza, jest cieplejsze od ognia w kominach.
— Och… — wydusił William z lekkim podziwem i przytaknął. Jak zwykle trzymał się mocno rożka w siodle Pigmenta, który szedł śladem Oficera, pół kroku za nim. — Twoja wiedza czasem tak bardzo różni się od mojej.
— Uzupełniamy się — uznał luźno Jefferson i na moment znowu spojrzał w stronę miasta, do którego jechali. Nie patrzył też na Williama, kiedy dość niepewnie zapytał: — Jak myślisz… co robią?
Wiedział, że William nie jest świadom prawdziwych powodów, dla których Maverick wysłał ich do miasta, więc nie zaskoczyła go szczególnie odpowiedź.
— Hm? Maverick pewnie poluje. A Nicholas marudzi, jak cały czas ostatnio.
Ranger obejrzał się na towarzysza i skinął głową.
— Ta… Pewnie tak. Ale co o nich myślisz?
— Są… Sam nie wiem. Gdy tyle mi o nich opowiadałeś, jako o członkach ligi Boosa, zostało mi wyobrażenie ich jako młodych ludzi. Teraz więc dziwnie to porównać. Ale nie jestem w stanie stwierdzić, który z nich woli dominować — dodał na koniec William z autentycznym zadumaniem.
Jefferson aż się zarumienił, kiedy to usłyszał. Znowu zwrócił twarz do kierunku jazdy.
— Nie wiem. Naprawdę to rozważasz? — wydusił, bo wszystko, co usłyszał przed ostatnim zdaniem, stało się mniej ważne.
Nie od razu otrzymał odpowiedź, bo gdy przejechali przez nieduży pagórek, William wreszcie zobaczył zabudowania. Ucieszył się, bo obawiał się, że dojadą późno i nie zdążą wrócić przed zmierzchem, jak sugerował im Maverick.
— Tak, a ty nie? To całkiem… podniecające — powiedział w końcu, zerkając krótko na swojego towarzysza. — Nicholas ma dużo siły. Myślę, że jeśli dominuje… Maverick musi lubić mocno.
Ranger jeszcze bardziej się speszył. Wyobraził to sobie. I jeszcze Maverick mówił mu, że potrzebują wspólnego czasu. Może właśnie teraz, kiedy o tym mówili, tamci uprawiali seks. Może właśnie Nicholas trzymał go w pasie i brał od tyłu przy kuchni. Albo Zwierzak ujeżdżał go na łóżku.
Zrobiło mu się gorąco.
— Dobrze, może trochę i jest to podniecające. Zobaczyłbyś to?
— Chciałbym… — odpowiedział William dość impulsywnie, ale z pewnym… niepokojem. Nie chciał, żeby Jefferson odebrał to niewłaściwie. Dlatego dodał: — Choć to ciebie pożądam.
Jefferson zaśmiał się.
— Nicholas raczej nie jest z tych, którzy by się tylko przyglądali, jakbyś to Zwierzaka pożądał.
— Wolę sobie nie wyobrażać… A ty? Chciałbyś z którymś z nich się kochać? — dopytał William pozornie spokojnie.
Młodszy mężczyzna wzruszył ramionami.
— Nie wiem, może jakby byli młodsi. Teraz raczej nie. Zresztą, to popieprzone pytanie, Will — dodał na koniec. — Jesteśmy razem, nie? Coś już zresztą wiem o tym, co myślisz o dzieleniu się — prychnął, wspominając Malvina.
A i gdy do wspomnień Williama powrócił tamten mężczyzna, na jego twarzy pojawił się zabawny wyraz niesmaku. Po tym lekarz z trudem zmusił Pigmenta do zbliżenia się do Jeffersona i złapawszy się z całych sił siodła, wychylił się i pocałował go.
— Bo jestem świadom, że nie podobam ci się tak, jakbym mógł, gdybym wyglądał inaczej i że nie popierasz niektórych moich cech charakteru — powiedział rzeczowo.
— A ty niby popierasz wszystkie moje? — odparował kąśliwie Jefferson, ale zaraz lekko się uśmiechnął. — Da się do ciebie przywyknąć — dodał, bo ostatnio pytanie Mavericka obijało mu się po głowie jak czasami w nocy serce w klatce piersiowej. Jedno i drugie nie było przyjemnym uczuciem.
— Tylko przywyknąć? — dopytał William i westchnął cichutko. On, zupełnie jakby ich umysły były połączone, również myślał o tym, co czuł do Jeffersona i czego dotychczas nie udało mu się powiedzieć na głos.
Ranger zaśmiał się.
— Bardzo pozytywnie przywyknąć. Nie spinaj się, przecież nie powiem ci niczego miłego, bo jeszcze się przyzwyczaisz — prychnął i że lekarz był blisko, to bez problemu wychylił się w siodle do niego. Złapał go za przód ubrań i mocno pocałował.
William stęknął, trochę z przestrachu, że zaraz spadnie, a trochę z namiętności, która go ogarnęła. Odpowiedział na pocałunek, a kiedy Ranger go przerwał, lekarz popatrzył mu głębiej w oczy i poprosił:
— Możemy na chwilę zejść z siodeł?
— Po co? Zaraz będziemy na miejscu.
— Ale tylko na chwilę — naciskał William.
Ranger przewrócił oczami. Zatrzymał Oficera, a Pigment jeszcze przeszedł dwa kroki, nim spostrzegł, że nie ma za kim iść i też przystanął. Jefferson zeskoczył z siodła i przy okazji pogładził nos ogiera.
William też zszedł na ziemię i pociągnął Pigmenta, by stanęli na trawie, a nie na ścieżce. Po tym zarzucił lejce swojego rumaka na siodło Oficera i podszedł z napięciem do Jeffersona.
Otaczały ich totalne pustki. Tutaj jednak było więcej drzew niż w okolicy rancza Mavericka. Było też trochę wysokich traw, do których konie dobrały się z racji postoju. A na niebie liczne chmury i co raz prześwitujące promienie słońca.
— Ja chciałem… — zaczął lekarz, gdy przystanął tuż przed swoim przystojnym Rangerem i musiał mocniej zadrzeć głowę, bo przez kapelusz i swój wzrost nie widział go dokładnie.
— Hm? — spytał Jefferson, nie znając powodu postoju tuż przez dzisiejszym celem. Przecież byli zaraz przy mieście. Jeszcze góra kwadrans drogi i dotarliby do celu. Zresztą, William nie chodził jakoś szczególnie krzywo, więc nie mogły go boleć nogi.
— Chciałem ci powiedzieć, Jeff… — podjął lekarz. — Że po śmierci mamy… że bardziej zdałem sobie sprawę, kim dla mnie jesteś. I jesteś teraz kimś więcej niż w tym momencie ktokolwiek inny. Nasza misja jest bardzo ciężka. U Zwierzaka jesteśmy bezpieczni, ale… nigdy nic nie wiadomo — mówił dalej zmienionym głosem i na sekundę zerknął na jego pierś, gdzie chowało się serce Rangera. — I chciałbym, żebyś w razie czego… po prostu wiedział, że cię kocham.
— O cholera… — wydusił Jefferson jako swoją pierwszą reakcję. Od razu jednak też dość mocno się speszył, bo kolor jego twarzy zrobił się ciemniejszy. Serce też boleśniej zabiło, bo… co by nie mówić, nie spodziewał się, że to usłyszy. Tym bardziej nie teraz, do cholery!
William odchrząknął cicho i dyskretnie, po czym spuścił na chwilę wzrok. Powiedział to. Naprawdę powiedział to innemu mężczyźnie. Czuł się przez to zarówno bardziej wolny, jak i bardziej… przestraszony. Nie chciał, żeby osoba, którą naprawdę pokochał… umarła. A wiedział, co dzieje się z sercem Jeffersona. I zabijało to i jego od środka.
— Bardzo — dodał cicho.
Jefferson za to coraz bardziej się denerwował, a jego nieszczęsne serce biło aż za mocno w piersi.
— To… — wydusił i w końcu uśmiechnął się. Na siłę, bo chciał się uśmiechnąć, ale sam nie czuł się jeszcze na tyle pewien, żeby samemu coś takiego powiedzieć. I tyczyło się to zarówno jego uczuć, jak i odwagi. — Wiesz… nie musiałeś… ale doceniam i też… kurwa, no nie wybieram się chyba nigdzie ogólnie… wiesz?
— Mhm — przytaknął William i podsunąwszy się do niego, objął go w pasie. I zwyczajnie się do niego przytulił.
Jefferson trochę się spiął, ale nie miał oporów, żeby także go objąć. Pocałował go lekko w czoło.
— No już, bo to niemożliwie, kurwa, aż krępujące.
William westchnął w jego klatkę piersiową i zgodził się przytaknięciem.
— Możemy jechać dalej. Mamy jeszcze wiele do załatwienia, prawda?
— Mhm — mruknął Jefferson, ale nie puścił go od razu. Pomasował jego plecy. — Ale wiesz… nie mam tego gdzieś? Wiesz, prawda?
Ujrzał delikatny uśmiech na twarzy swojego partnera, gdy ten uniósł na niego spojrzenie.
— Czuję. Mam nadzieję, że pokonamy to wszystko, co nas czeka. Chciałbym mieć gdzieś z tobą swój dom.
— Taki, który co jakiś czas jednak umiemy opuścić, nie tak jak Zwierzak?
— Tak. Lubię być z tobą w ruchu. W każdym przypadku. Szkoda, że nie mamy czasu teraz tu się pieprzyć… — William westchnął z autentycznym zawodem.
— Dziś w nocy się pieprzyliśmy. Trenuj ten swój rozpłodowy, króliczy potencjał. Ziemniaczku! — Ranger zaśmiał się na koniec i soczyście go pocałował. Zaraz też klepnął go w tyłek. — Już, na koń.
— Dobrze, w drogę — zgodził się William, choć trudno mu było puścić Jeffersona. Ale zanim wsiadł na Pigmenta, dodał jeszcze poważniej: — I ja nawet nie jestem taki… — poszukał słowa — okrągły jak ziemniak.
— Jakbym powiedział, że jesteś jak króliczek do schrupania, to byś też miał nie na rączkę, nie na nóżkę. A kartofelek do schrupania bardziej do ciebie przemówi przy tej twojej diecie. — Młodszy mężczyzna sprawnie wskoczył na konia i przytrzymał jeszcze wodze Pigmenta, nim podał je lekarzowi, kiedy i ten wsiadł w siodło.
Ruszyli dalej w stronę miasteczka, przygotowani na to, że muszą szybko wszystko załatwić. Tylko nie za szybko, uznał w duchu Jefferson, by Zwierzak i Mały Nick mieli szansę na trochę czasu dla siebie.
— To tylko zdrowy sposób odżywiania się. Ale dobrze, niech będzie kartofelek. Tylko nie w łóżku, Jeff.
— W łóżku będzie „króliczku”. Ten szybko… no wiesz — prychnął i odchrząknął, bo zapędził się w swoim mniemaniu. — Ale już, bo ci, kurwa, stanie — zganił go, jakby to nie on zaczął. Nie spieszyli się aż tak, ale na seks nie mieli czasu.
William spojrzał w dół, na swoje krocze i westchnąwszy głęboko, zapatrzył się na horyzont.
— Obawiam się, że już za późno…
Jefferson tylko przewrócił oczami. Chyba powinien się już przyzwyczaić.

***

Jazda konna nigdy nie sprawiała Maverickowi trudności. Wychował się na farmie, całe życie spędził w siodle i było to dla niego jak chleb powszedni. Ale jednak po seksie z Nicholasem jazda konno była czymś zupełnie innym.
Stęknął cicho, gdy dotarli nad jezioro i mógł zsunąć się po siodle w dół.
Poklepał Nacomę po policzku i wyciągnął z jej juków przekąski i napitek, które wziął na ten kilkugodzinny wypad. Miał też gruby koc, który przerzucił sobie przez ramię i ruszył w stronę jeziora, żeby rozłożyć go na trawie w dogodnym miejscu. Był pierwszy dzień października, więc z racji chłodnego powietrza chciał, by rozłożyli się w słońcu.
Nicholas był tuż za nim. Dla niego jazda nie była aż takim dyskomfortem, za to zejście z siodła jak zwykle sprawiało mu więcej kłopotów.
— Zaprowadzę konie do wody — zaproponował, widząc, że jego partner sam się wszystkim zajął.
Ten tylko odmruknął na potwierdzenie i postawiwszy wszystko na ziemi, rozłożył gruby koc. Po tym usiadł na nim ciężko i zdjął kapelusz z głowy. Popatrzył na plecy Nicholasa, który szedł w stronę brzegu jeziora.
Wręcz nie mógł uwierzyć, że naprawdę są tu razem. Tyle czasu minęło, odkąd wspólnie spędzali tak czas. Naprawdę się za tym stęsknił. I nie wierzył nawet, że znowu będzie mógł tego zaznać.
— Jak się czujesz? — Nicholas w końcu zostawił konie i podszedł do partnera.
— Dobrze. Jeszcze nie wynaleziono maszyny do zatrzymywania czasu? — Maverick uśmiechnął się do niego łagodnie z dołu i wyciągnął z juków duży bukłak z winem. Mocnym, czerwonym. Wystarczyło, by odkręcił korek, a już poczuli jego mocny aromat.
— Z tego co wiem, nie, ale może przyjdzie taki czas — odpowiedział generał i chwilę patrzył na mężczyznę na kocu. Chciał obok niego usiąść, ale to nie było takie łatwe. W końcu jednak ostrożnie klęknął i podparłszy się na dłoni, ciężko się usadowił.
Maverick nie skomentował, bo wiedział, że Nicholas tego nie lubi. Napił się z bukłaka, czując momentalnie, że alkohol rozgrzewa go bardziej niż słońce. Podając wino partnerowi, zapytał:
— A ty jak się czujesz?
— Może być. Chętnie się położę — odparł młodszy mężczyzna, czując się przez własną odpowiedź w tej chwili tym starszym.
— Właśnie. Połóż się na brzuchu — poprosił Maverick. — Obiecałem ci masaż.
Nicholas westchnął ciężko, jakby to nie był najlepszy pomysł, ale nie powiedział nic i wykonał polecenie, więc na swój marudny sposób zgodził się.
— Uparłeś się — dodał, kiedy już leżał.
— Mhm — odpowiedział spokojnie Maverick, napił się jeszcze łyka wina i dopiero klęknął nad swoim partnerem. Usiadł na jego pośladkach i położył dłonie na ramionach. — To nie dlatego, że się nad tobą znęcam, Nick. Chcę ci sprawić przyjemność.
— Może i taka jest intencja. I doceniam ją, ale to wciąż zawstydzające. — Generał podparł brodę na zdrowej ręce, bo metalowa nawet nie chciała się tak wygiąć.
— W jaki sposób masaż od swojego partnera może być zawstydzający? — zapytał Zwierzak, powoli uciskając jego ramiona. Nie miał bandaży, więc Nicholas czuł jego skórę na swojej.
— Już zauważyłem, że nie lubisz rozmów o swoim wieku. Ja nie lubię, jak mowa o protezach. A dotykanie ich to też jak mówienie o nich. A czuję, kiedy trzymasz dłonie blisko nich, tam też czuję się jak wrak człowieka. Dlatego to jest zawstydzające — wytłumaczył mu spokojnie i bez nerwów, starając się znaleźć przyjemność w dotyku.
Maverick zatroskał się i przeniósł dłoń z jego ramienia na włosy. Lekko go pogłaskał, pochylił się i pocałował go w szorstki policzek.
— Nie powinniśmy się siebie wstydzić… — szepnął z bólem, ale zaraz wrócił do masowania. Starał się nie zbliżać do protez, skoro Nicholas tego nie lubił. Skupił się teraz na uciskaniu miejsc wokół łopatek.
— Może i wiem… — Nicholas westchnął, aż Maverick poczuł, jak cały się unosi. Był potężnym mężczyzną. — Ale wiele rzeczy wiemy, a w nie nie wierzymy.
— Nick, nie popadajmy znów w tę atmosferę. — Usłyszał łagodny i cichy głos swojego partnera zza pleców. — Nie dziś, kiedy znów pierwszy raz od dawna się kochaliśmy i nie pokłóciliśmy się zaraz po tym. Nie pamiętam, kiedy mieliśmy taki spokojny dzień razem.
— Hmm… po tym seksie przy ognisku się kłóciliśmy? — Nick odpuścił i spróbował trochę pozytywniej do tego podejść.
— Chyba nie… — przyznał Maverick, a gdy przejechał dłońmi po całych plecach partnera, rozgrzewając je, dodał żartobliwie: — I to zawsze jest twoja wina.
— Moja?
— Bo ty jesteś potwornie uparty — odparł wciąż lekko rozbawiony Maverick, chociaż sam nie był lepszy.
— Och, a ty uległy i zawsze spokojny. — Generał prychnął i bardziej wykręcił twarz. — Przekręcę się na plecy? Hm?
Poczuł jeszcze, że dłonie jego partnera przesuwają mu się po bokach, nim ten zszedł z niego i pozwolił mu się odwrócić. I znów sięgnął po wino.
— Może lekarz zrobiłby to lepiej — uznał i napił się.
Nicholas przekręcił się na plecy i tym razem podłożył dłoń pod głowę.
— Co lepiej? I, Mav, chyba nie mówiłem, żebyś schodził — dodał, starając się utrzymać między nimi tę intymność dzisiejszego dnia.
Zwierzak odruchowo zerknął w dół jego ciała i wstrzymał powietrze w płucach. Nie odpowiedział, ale odłożywszy bukłak, wszedł na niego ostrożnie, pochylił się i pocałował go mocno, choć nie gwałtownie, a jego wieloletni partner odpowiedział na pocałunek. Zrobił to wręcz leniwie i nie przytrzymując ukochanego niczym więcej niż ustami. Było mu bardzo dobrze. Tak mógł się z nim dotykać cały dzień.
Ciepłe promienie słońca na ciele, widok na jezioro i las, niczym ze snu. I tylko oni. Dotykający się, będący blisko i kochający się. Bo teraz to, co widział w oczach Mavericka, to niewątpliwie była miłość, a i sam przekazywał ją całym sobą.
— Mój… — wyszeptał Zwierzak, głaszcząc do kciukiem po policzku — mój Mały Nick.
Ten w odpowiedzi uśmiechnął się ciepło.
— Cały i tylko twój. Z całym swoim dobytkiem i kłopotami. Jak sobie z tym poradzisz?
— To bardzo słodki obowiązek — odparł Maverick, wciąż nisko pochylony i całujący jego wargi raz po raz. — Pamiętam, gdy tak leżeliśmy nad jeziorem w Tennessee, gdy dziewczyny wybrały się do miasta, by kupić ubrania. Show pojechał z nimi, bo bał się, że wydadzą wszystkie pieniądze. A my zostaliśmy sami — wspominał spokojnie, z melancholijnym uśmiechem na twarzy, a potem zmrużył oczy w wyrazie rozbawienia. — Miałeś jakiś głupi humor i rzucałeś tymi zbereźnymi żartami o swoim penisie w kontekście rewolwerów.
Nicholas na samo wspomnienie zaśmiał się nisko. Pamiętał to aż zbyt dobrze.
— Tak, pamiętam. Wychodziło tylko z tego, że Jess powinna mieć teraz dwa małe penisy. Ty masz strzelbę, ja Gatlinga i… inną grubą spluwę — dodał na koniec z rozbawieniem, unosząc brwi.
Maverick roześmiał się. Nicholas nie pamiętał, kiedy ostatnio słyszał jego śmiech. Widział uśmiechy, tak, ale nie tak szczery dźwięk połączony z tymi uśmiechami.
— Bardzo grubą i zabójczą!
Słysząc ten śmiech, sam uśmiechnął się szerzej. I mimo początkowego oporu, chwycił go lekko metalową dłonią za kark i przyciągnął do kolejnego pocałunku.
— Mmm… Kocham cię.
— Mmm — odmruczał Maverick, uśmiechając się w pocałunek i przedłużając go. Mógłby tak wiecznie… — Ja ciebie też — odszepnął… po czym zsunął się z niego i sięgnął po wino. — I chcę dzisiaj się… dobrze rozluźnić — dodał, po czym znów przyłożył szyjkę do ust.
— Chcesz się upić? — spytał Nicholas, nadal leżąc na plecach, chociaż patrzył cały czas na Mavericka. Ale tak było wygodniej.
— Rozluźnić się — odpowiedział jego partner, gdy tylko zrobił kilka głębokich łyków. Po tym wyciągnął bukłak do Nicholasa. — Nie każ mi grzeszyć samemu.
Generał stęknął i z trudem przekręcił się na bok.
— Byle to się źle nie skończyło. Duch aż tak dobrze nie zna drogi do domu.
— Nie martw się. Trafię pijany. — Maverick wyciągnął przed siebie nogi i podparł się dłońmi za plecami. I dodał ciszej, choć wciąż spokojnie: — To nie pierwszy raz.
Nick od razu ściągnął brwi groźnie, gdy napił się alkoholu.
— Jak to nie pierwszy raz?
A Maverick trochę pożałował swojej chwilowej szczerości. Zabrał mu bukłak, napił się i rzucił mniej spokojnie:
— Zapomnij.
Nick zaburczał z niezadowoleniem.
— I to ja jestem uparty? — mruknął niepocieszony, że został zbyty.
Maverick zerknął na niego, wyczuwając tę zmianę nastroju, której nie chciał. Było tak dobrze… Obawiał się jednak, że gdy rozwinie temat, też nie będzie przyjemnie.
— Nick… Po prostu czasem to dla mnie jedyne chwile zapomnienia. Siedzenie tu, picie i wspominanie tego, jak za każdym razem, gdy gdzieś w drodze usiadłem, zaraz ty też byłeś u mego boku, to coś, co czasem trzyma mnie przy życiu na tym pustkowiu.
Nicholas słuchał go, a na końcu znowu stęknął i opadł na plecy.
— W sumie co ja ci się dziwię? Mnie pochłania praca, kiedy cię nie ma — mruknął posępnie, patrząc w niebo. Obaj mieli wiele grzechów na sumieniu. Ale on tu wracał, a Maverick nigdy nie przyjechał do kwatery z własnej woli.
Żaden z nich jednak nie chciał teraz myśleć o tym, jak samotnie im było, gdy brakowało tej drugiej połówki. Maverick więc nie pociągnął tematu, tylko napiwszy się jeszcze trochę, ułożył się tuż przy Nicholasie i zapatrzył się na zachmurzone niebo.
— Opowiedz mi, co jeszcze pamiętasz — poprosił.
Nicholas spojrzał na niego krótko, stęknął i wyciągnął dłoń spod głowy, skoro już nie musiał jej unosić. Położył ją za to na dłoni partnera.
— Pamiętam to cholernie skrzypiące łóżko w Nashville. Show wtedy nie mógł patrzeć na nas kolejnego dnia, a na śniadanie, nie wiem czemu, pamiętam, że było… — zaczął mówić powolnym, rozleniwionym głosem, wspominając jeden z dni, kiedy byli jeszcze ligą Boosa…

***

William i Jefferson bardzo uważnie oglądali się za siebie, gdy wracali z miasteczka na ranczo Mavericka. Wiedzieli, że nie mogą przywieźć za sobą ogona, ale wyglądało na to, że byli sami. I cudem wyrobili się z powrotem przed zmrokiem. William dużo czasu spędził w aptekach, a i nadanie telegramu przedłużyło się staniem w kolejce. Nie oszczędzali więc ani koni, ani jajek lekarza i kłusem wracali na ranczo. Słońce już zachodziło i do zmroku pozostało kilka minut.
— Chyba… jesteśmy już… blisko — zauważył William, cicho stękając za każdym razem, gdy Pigment podskakiwał. Ale wydawało mu się, że poznawał krzak, obok którego właśnie przejechali.
— Tak, zaraz powinniśmy być. To już tu i nikogo nigdzie nie ma — odparł Jefferson, sam zadowolony, że cała wyprawa sprawnie im się udała. Bez komplikacji i nawet szybko. Był w dobrym nastroju.
William już tylko westchnął cicho i starał się bardzo nie marudzić na tempo, którym jechali. Aż naraz coś przykuło wzrok obu jeźdźców. Dwa kształty jeźdźców w oddali.
— Jeff… kto to? — rzucił William trochę niemądrze.
Jefferson wytężył wzrok, żeby lepiej się przyjrzeć. Jednocześnie jedna z jego dłoni spoczęła na uchwycie rewolweru. Chwilę dalej przez to jechali w napięciu, aż Jefferson zaśmiał się krótko.
— To nasi gospodarze.
— Och…
Podjechali spokojnie do rozwidlenia, na którym już poczekali na dwójkę jeźdźców. Przez to, że robiło się już ciemnawo, było widać zaledwie kształty sylwetki, ale kiedy ci podjechali bliżej, Jefferson i William spostrzegli, że coś było nie tak. Nacoma i Duch jechali bardzo blisko siebie, a Nicholas starał się zarówno prowadzić konie, jak i uważać, żeby jego partner nie spadł z siodła. I to bynajmniej nie dlatego, że był ranny. Chwiał się, bo był… pijany.
— Oo, nasi goście… — wymamrotał, a jego ciało niebezpiecznie bujało się na siodle, gdy pokonali kilka ostatnich kroków do dwójki młodszych towarzyszy. — Cali i zdrowi. Przetrwali wyprawę do miasta. Widzisz, Nick? Przetrwali. Nawet pan lekarz.
Jefferson prawie się zadławił śmiechem, który chciał się wydostać z jego gardła. Nicholas za to poprawił swojego towarzysza na siodle.
— Tak. I mam nadzieję, że wszystko przebiegło zgodnie z założeniami. Nie było problemów? — spytał poważnie, jakby Maverick swoją kwestię wypowiedział bez seplenienia po alkoholu.
— Tak… — odpowiedział William, obserwujący Zwierzaka z dystansem. Co miało oznaczać to „nawet pan lekarz”? Przecież wycieczka do miasta wcale nie była tak trudnym przedsięwzięciem. — Wysłaliśmy telegram i zrobiliśmy drobne zakupy.
— Zatem wio do domu! — zawołał Maverick i szarpnął lejcami swojej klaczy, a gdy ta podążyła dalej ścieżką, znów o mało nie spadł na suchą ziemię jak worek zboża.
Jefferson znowu się zaśmiał, ale od razu zasłonił usta dłonią, kiedy Nicholas spojrzał na niego, jakby chciał mu wyrwać gardło. Zresztą, coś w tym mogło być.
— Nic nie mówię przecież — spróbował się wytłumaczyć, ale nie uzyskał po tym odpowiedzi, bo generał tylko podjechał na Duchu bliżej klaczy, żeby przytrzymać pijanego Zwierzaka.
Jefferson i William pojechali za nimi i obserwowali, jak Maverick ledwie trzyma się na siodle, a Nicholas męczy się, by go pilnować. Na całe szczęście droga do domu była krótka i już po chwili zawitali na ranczo. Tam czekał na nich Flap, który dotąd wylegiwał się na ganku, ale na ich widok zaskrzeczał głośno i podleciał do nich. Maverick zaś uśmiechnął się na jego widok i zanim Nicholas zdążył cokolwiek zrobić, podjął próbę zejścia z siodła, co skończyło się tym, że runął głośno na ziemię, stęknął, a sekundę później znalazł się na nim Flap, cieszący się, skrzeczący i próbujący albo polizać jego twarz, albo podskubać mu ręce. Trudno było powiedzieć, bo podskakiwał nad ciałem swojego pana, co wyglądało w oczach Jeffersona i Williama trochę przerażająco. Niemalże jakby zwierz chciał zjeść mu twarz. Dla Nicholasa chyba wyglądało to podobnie, bo sam zaraz szybko jak na siebie zszedł z Ducha i machnął rękoma w stronę Flapa, żeby ten się odsunął.
— No już, precz! — syknął na niego, co zaowocowało głośnym skrzekiem potworka. Na szczęście też krokiem w tył, kiedy Nicholas chwycił Mavericka za ramię i podciągnął w górę jak lalkę ze słomy.
— Ten potwór jest… potworny — skomentował William z trwogą i mimo że sam zszedł już z Pigmenta, nie ruszył się dalej. Wolał mieć Jeffersona i jego rewolwery obok, kiedy Flap skakał wokół i próbował zyskać uwagę swojego pana.
A jego pan… właśnie zarzucił ramię na szyję Małego Nicka, uwiesił się go i zamruczał coś niewyraźnie w jego szyję, przylegając do niego. Kapelusz spadł mu z głowy już przy upadku i właśnie został zgnieciony pod łapami Flapa.
Nick znowu z nienawiścią popatrzył na zwierzę, po czym dopiero na lekarza i Rangera.
— Zaprowadź konie do stajni — rozkazał Jeffersonowi, a w jego głosie słuchać było, że ma dość.
— A… Flap? — spytał ten, bo zwierzę nadal biegało między nogami.
— Nie wiem, ignoruj, może się znudzi — burknął generał i już nie bacząc na to, jak to może wyglądać, chwycił Zwierzaka pod tyłkiem, na wysokości ud i uniósł bez większego problemu, a ten zaraz przechylił się do przodu, opadając na jego ramię.
W tym wszystkim William nie bardzo wiedział, co ma zrobić. Czy pójść za Jeffersonem i być bezużytecznym przy koniach, czy za wściekłym Nicholasem. Wybrał w końcu to drugie, uznając, że otworzy mu drzwi, a przy okazji wniesie do domu zakupy. Zabrał więc juki i podążył przodem do budynku, dyskretnie oglądając za siebie. Flap na szczęście tylko skrzeczał na Nicholasa, a jego ignorował, za to Maverick bez ustanku coś mówił i burczał do Małego Nicka, oplatając go w biodrach jak mała małpka.
— Chyba nic nie złowiliśmy… Nn… ale nie łowiliśmy w sumie… ja bym złowił twojego szczupaka… — mamrotał, a William udawał, że wcale tego nie słyszy.
Nicholas za to czuł, jak się czerwieni. Nie chciał zostawiać znowu Mavericka na pastwę szczęścia jego podopiecznego, który mógł go znowu przewrócić, ale też kiedy słyszał, co partner mówi i widział, jak lekarz na niego spogląda, miał ochotę ewakuować się natychmiast do stajni i zająć się Duchem i Nacomą.
Tymczasem musiał wnieść swojego partnera do domu. William ułatwił mu to i otworzył przed nim drzwi.
— Mieliście spokojny dzień na powietrzu…? — zapytał, by nie milczeć, a Maverick znów mocniej przycisnął się do silnego ciała Nicholasa, wymamrotał kolejne sprośne słowa i ugryzł płatek ucha generała.
Ten już bardziej czerwony być nie mógł.
— Tak. Tak, uzgodniliśmy kilka spraw. Do tego skorzystaliśmy z pogody i… trochę się napiliśmy. Po pracy — odparł, kłamiąc jak pięciolatek. Tak przynajmniej brzmiał dla samego siebie.
— Rozumiem. Dobry trunek jest w obecnych okolicznościach często niezbędny i przynoszący zbawienny odpoczynek — przyznał William, który rzucił bagaże pod ścianę w przedpokoju, zaś kapelusz postawił na szafce. Na szczęście zdążył zamknąć Flapowi drzwi przed pyskiem. — Gdzie… chcesz położyć Mavericka? — zapytał.
A Maverick wczepił się bardziej w swojego młodszego partnera i poruszył na boki biodrami, przez co Nick poczuł jego pośladki na ramieniu, a penisa na brzuchu.
— Mmmmm… lubię, gdy jesteś twardy… mój potężny niedźwiedź… włochaty, potężny niedźwiedź, na którym bym mógł teraz popodskakiwać… — mamrotał.
Nick odchrząknął. Był skrępowany.
— Po… Położę go w pokoju. Możesz przynieść kapelusz? Chyba został… tam — odmruknął do Williama, bo sam zapomniał o nim i dopiero teraz, gdy złapał Mavericka mocniej, żeby mu nie wyślizgnął się, przypomniał sobie o tym.
— Dobrze — zgodził się William, ale jeszcze otworzył mu drzwi do sypialni, nim wyszedł z domu.
Nicholas za to mógł już spokojnie wejść ze swoim pijanym partnerem do pokoju. Pijanym, czerwonym na policzkach i non stop mówiącym coś od rzeczy. A raczej, bardzo od rzeczy. Wszystko to kręciło się wokół seksu, ale jednocześnie słuchane przy kimś było bardzo… zawstydzające. I jak kiedy byli sam na sam i to słyszał, był bardzo nakręcony, tak kiedy byli świadkowie, było dziwnie.
Akurat kładł Mavericka na łóżku, gdy do sypialni wszedł William. Miał w ręce podeptany przez Flapa kapelusz.
— Położę go tu — powiedział i odłożył kapelusz na kredens z ubraniami obu mężczyzn. — I… zostawię was samych — dodał, już się wycofując.
— Myszy idą spać… — wymamrotał Maverick, który, mimo że już leżał na plecach… nie puścił Nicholasa ani nogami, ani rękami, przez co ten wisiał nad nim, niewygodnie pochylony. I chciał coś odpowiedzieć, kiedy wszyscy usłyszeli, jak drzwi do chaty się zatrzaskują i wraca Jefferson.
— Konie już są w boksach. Nakarmione, napojone, mam też rzeczy z waszych siodeł — mówił cały czas, a ostatnie słowa wypowiedział, gdy już stanął w drzwiach sypialni Mavericka. — Oh…
Widok, który zastał, był bardzo ciekawy i… pobudzający. Maverick oplatał swojego partnera i przyciskał go do siebie, a gdy usłyszał nadejście Rangera, wymamrotał do niego:
— Udało się… Cały dzień z moim ukochanym… Moim słońcem…
Nick aż przymknął oczy, nadal czerwony na twarzy.
— Mav… już nic nie mów — jęknął, a Jefferson uśmiechnął się pod nosem.
— Widzisz, nie trzeba było być tak negatywnie nastawionym — odparł Zwierzakowi.
— Mhm… Może mój Nick mnie nadal kocha… — odmruczał sennie Maverick, jakby wcale nie przytulał do siebie tego dużego ciała ukochanego.
— Mówiłem ci już dziś z milion razy, że tak. I nie mów tego przy nich. Wy zresztą co się gapicie? — warknął na gości generał, nie odpychając mimo swojego zdenerwowania Mavericka. Nie umiał się zachować w takiej sytuacji. Był jak nagi w tłumie ludzi w centrum Chicago.
William, który stał z Jeffersonem w progu, uśmiechnął się delikatnie i położył dłoń na ramieniu swojego partnera.
— Chodź, Jeff. Zjemy coś i przygotujemy posłanie.
Ten jeszcze uśmiechnął się do Mavericka i skinął głową Nicholasowi, po czym wyszedł za lekarzem, bo może faktycznie nie było co przesadzać i wtrącać się w czyjeś sprawy. Ale miło mu się patrzyło, kiedy widział, że jego idole się jednak dogadali. Nie wiedział, jak dalekosiężne to było, ale wyglądało na to, że ten dzień nie był stracony. I Maverick, mimo mocnego upojenia, także to czuł. Bo za nic nie chciał odlepić się od swojego ukochanego.
— Mmm…
Nicholas, który nadal nad nim wisiał, ściągnął brwi.
— Hm? Jesteś pijany… — stwierdził oczywistość.
— I wciąż jestem Maverickiem Baileyem, który walczył o wolność wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych Ameryki i serce jedynego mężczyzny, który właśnie trzyma mnie za tyłek — odpowiedział niewyraźnie Zwierzak.
Nicholas aż poczuł, jak przechodzą go ciarki po całym ciele. Było to dziwne, ale przyjemne uczucie. Bardzo rozgrzewające, chociaż wywoływało gęsią skórkę jak zimna woda.
— Teraz znowu o nie zawalczyłeś. I strasznie nas przed nimi pokazałeś — mruknął z nikłą pretensją, ale załagodzoną pocałunkiem.
— Nieważne… Nie obchodzi mnie, czy wiedzą, czy nie… — mruknął Maverick, wpatrując się w niego zamglonym spojrzeniem. — Ważne, że ty wiesz, że nie chcę się z tobą rozstawać.
Nicholas uśmiechnął się zdrową połową twarzy.
— Kocham cię. Nawet tak pijanego i beztroskiego. Chociaż taki… też jesteś — zamruczał nisko i pocałował go w szyję — bardzo, bardzo szczery. Mavericku Bailey.
Na twarzy starszego mężczyzny pojawił się łagodny i miękki uśmiech, a jego zamglone spojrzenie zasłonięte zostało powiekami. Wydał przy tym z siebie niski, cichy pomruk przyjemnej błogości, aż Nicholas poczuł, że jego nogi i ręce rozluźniają się i bezwładnie zsuwają się w dół po jego ciele.
— Może nawet trochę za szczery przy naszych gościach. Ale chcę cię dalej. Chcę tak, jak ty, walczyć o twoje serce. I…. — Nick zawahał się i pocałował go w pierś. — Jeszcze raz zawalczyć z tobą o innych.
— Mm… — wymruczał Maverick, powoli zapadając w pijacki sen. Jego dłoń słabo dotknęła boku generała, a głowa opadła na bok. — Dobrze… Chyba… nadszedł czas, bym… się ruszył…
Nicholas nadal patrzył na niego z góry i… nic nie odpowiedział. Pocałował go w policzek i powoli położył obok. Nie chciał ekscytować się tymi słowami, kiedy te wypowiadane były w takim stanie. Ale chciał żyć nadzieją. Że będzie jak kiedyś.

14 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 16 – Dużo szczerości

  1. TigramIngrow pisze:

    O nie, nie! Co jeśli te igły były zatrute tym czymś co sprawiało, że serce szybciej się zużywa i po prostu nie działa natychmiastowo? Że teraz Jeff zaczyna chorować i niedługo umrze? Oooo. Powiało grozą. Bo jak inaczej rozumieć to zdanie : „Nie chciał, żeby osoba, którą naprawdę pokochał… umarła. A wiedział, co dzieje się z sercem Jeffersona. I zabijało to i jego od środka.” jak nie to, że Will po eksperymentach na myszach jest w stanie zdiagnozowac Jeffa?
    Pijany Mav! Ubawiłam się setnie :D

  2. Katka pisze:

    Luana, cieszy nas to targanie emocjami! Bo jednak taki jest cel przełomowych wydarzeń, nawet jeśli to jedno mroczne zdanie na cały rozdział XD Czy ich zabijemy, czy nie, to nie wiem, bo to wszystko zależy od Willa, czy coś wymyśli… Ale wizja przyszłości Williama i Jeffa urocza. Na pewno obaj o tym marzą. A co do starszych panów – konkluzja, że obaj w tym rozdziale pokazali się od słodkiej strony XD Dzięki, też pozdrawiamy! :)

  3. Luana pisze:

    Dopiero miałam czas, aby w spokoju przeczytać rozdział. Piękne wyznanie Williama, a potem to: „A wiedział, co dzieje się z sercem Jeffersona. I zabijało to i jego od środka” targacie emocjami dziewczyny. Euforia, strach, obawy, nadzieje. Wierzę, że nie zabijecie Jeffa. Bo nie zrobicie tego prawda? Ja już ich widzę w ich domu z ogródkiem. Wili będzie sobie hodował te swoje warzywka, a Jeff siedział na werandzie czyścił broń i patrzył z czułością na swojego partnera. I też będą wspominać jak Nicholas I Maverick. A porpos tych dwóch to piękna sielanka. Nareszcie się dogadują, tylko boję się jak długo. Z drugiej strony nie mogą się wiecznie kłócić.
    Jejku, rumieniący się generał to musi być niesamowity widok. A pijany Mav uroczy i nieskrępowany. Podobał mi się taki. I coś obiecał. Zobaczymy czy dotrzyma obietnicy. :)
    Pozdrawiam i dzięki za rozdział. :)

  4. Katka pisze:

    Omega, haha, wiesz co? Jakoś nagle mnie naszło, jak czasami trudno jest ludziom cieszyć się czyimś szczęściem w realnym życiu, a jak bardzo kibicujemy postaciom fikcyjnym. Ale zgadzam się po całości! Mega fajnie, że się chłopakom udaje. To był dość sielankowy rozdział z małym ukłuciem w postaci obaw Willa o serce jego Rangera. O Boże, a pijany William… Jefferson by go chyba związał i zakneblował XD Żeby tylko nic nie wypaplał XD Bo obawiam się, że mógłby mieć jeszcze dłuższy język niż Maverick.
    Dziękiiii! Mam wielki zaciesz czytając takie słowa :D Pozdrówki!

    Kasia, no tak troszeczkę rollercoaster powstał przez to, że najpierw takie słodkie wyznania, ale okraszone takimi nieprzyjemnymi obawami. „ Teraz się zastanawiam czy Will nie zaczął się z nim w ten sposób żegnać.” – nom, troszkę mogło to tak zabrzmieć :( Bo pytanie, jak bardzo William widzi nadzieje czy ich brak w stosunku do tego, co się z Jeffem dzieje… Ale fajnie, że kolejna scena już zadziałała odżywczo. Mieliśmy trochę wzruszeń, trochę obaw, a na koniec trochę śmiechu XD haha no i przylizany chujek na pewno się niebawem pojawi. I chyba chwilowy koniec sielanki się będzie z tym wiązał, ale zobaczymy. Może Jeff mu osstrzeli tę przylizaną główkę XD Haha dzieki za wenę :D Pozdrowionka!

  5. Kasia pisze:

    Zaczęłam się jarać wyznaniem Willa i następnym zdaniem wszystko zepsułyście :( Teraz się zastanawiam czy Will nie zaczął się z nim w ten sposób żegnać. Ale naprawdę nie wyobrażam sobie żeby to opowiadanie mogło się skończyć tragicznie dla Jeffa, przecież to zło zawsze przegrywa a zwycięża dobro, pamiętajcie o tym gdy będziecie pisać o nagłym odkryciu przez Willa odtrutki 😆
    Czytając o drugiej parze humor zdecydowanie mi się poprawił, widać że obydwu panom zależy na ponownie dobrych relacjach i ta pijana obietnica Mava że ruszy się z rancza, oby nie zapomniał o niej gdy wytrzeźwieje ☺W ogóle tak jak wszyscy uważam ze pijany Zwierzak jest przeuroczy i niesamowicie szczery 😆Ciekawe czy się będzie bardzo wstydził następnego dnia hehe. Ale to co gadał chyba tylko utwierdziło generała że naprawdę mu zależy. Czekam teraz na przylizanego chujka, bo z nim też może być śmiesznie ☺
    Dziękuję dziewczyny i dużo weny życzę, szczególnie przy tej odtrutce 😆

  6. Omega pisze:

    No w końcu! xD Willuś mój ukochany wyznał swoją miłość do Jeffa <3 Jakie to cudowne uczucie czytać, że chłopakom się układa :3 (i jednym i drugim :P ) Choć jak przyjedzie człowiek zbyt irytujący, by być szpiegiem to sprawy pewnie się trochę skomplikują i będzie trzeba po chwili wyjeżdżać :/ Ale ważne, że wypoczęli a obie pary się do siebie zbliżyły :3 Pijany Maverick mnie urzekł, więc teraz pora na pijanego Willa, bo jestem ciekawa co wypapla będąc w takim stanie i jak Jeff go uciszy, gdy będzie przeginał xD
    Kocham was dziewczyny i dużo weny życzę, bo jak pisałam już z tysiąc razy – uwielbiam wasze opowiadania :D

  7. Katka pisze:

    Ale dzisiaj wszyscy DŁUGIE I SOCZYSTE komentarze walicie :D Mega zaciesz!

    Neko-chan, stresik stanem Jeffersona jest w pełni zrozumiały zważywszy na to, co naczytaliśmy się dotąd o sercach tych wszystkich ludzi… Ja nic mówić nie będę, ale zachęcam do uważnego czytania, bo jak widać, William nic nie mówi o tym, co wie, a Jefferson średnio jeszcze jarzy, co z nim jest nie tak, więc raczej póki co wszystko zostaje między wierszami.
    U Mavka i Nicka rzeczywiście coraz lepiej. To spokojne wyjaśnienie sobie wszystkiego, bez krzyków, fuknięć i rzucania talerzami dobrze wróży XD
    „Ale ważne, że Will wie o jego uczuciach, nawet gdy ten nic nie mówi.” – taaak, to na pewno dla niego miłe uczucie. Chociaż, haha, bardzo chciałby to jednak usłyszeć. Nasz króliczek też potrzebuje czułości.
    Miłego czytania „Coś się zaczyna” życzę! Mam nadzieję, że Ci się spodoba!

    Saki, coraz większa obawa o Jeffa, mówisz? No w sumie jak tak czytam, co piszesz, to własnie taki efekt chciałyśmy uzyskać. To, co Hibiki powiedział to właśnie miało być takim pierwszym, delikatnym impulsem do zastanowienia się… „o co chodzi?”. No a teraz, jak widzisz, z rozdziału na rozdział coraz bardziej gorąco. Ale odchodząc od przykrych sfer, a wkraczając na przyjemniejsze – taaak, Jeff nie musi się na pewno obawiać wyśmiania czy odrzucenia. Po prostu musi teraz sam poukładać sobie wszystko w głowie i wykazać się odwagą, żeby to powiedzieć. To chyba dla niego jednak trudniejsze, niż chociażby strzelanina w obrabowywanym banku.
    Nick i Maverick – tak, zdecydowanie zbyt długo się to ciągnęło. Wręcz o kilka lat za długo. A zabranie Willa i Jeffa na ranczo chyba było jedną z lepszych decyzji Nicka w życiu XD Choć nie był tego świadom. Hahaha i też mam słabość do Jeffa na dole. Jest wtedy mega rozkoszny!
    Haha i spoko, cieszę się, widząc Twój komentarz od czasu do czasu :) Wiadomo, im częściej tym lepiej XD Ale i tak fajowo, ze nas dalej czytasz!

    Zen, mmm, ich powrót do wspomnień zawsze jest fajny – moim zdaniem ogólnie pokazuje, jak wiele ze sobą przeszli. Jak długa jest ich historia i jak bardzo szczerze i głęboko się kochają. Fajnie, ze też Ci się to podoba. I że, haha, są uroczy :D Bo to zawsze jakieś takie fajne, ze tacy starsi, dojrzali faceci też potrafią wzruszać jak młode chłopaczki XD
    Czy William znajdzie lekarstwo… cóż, zobaczymy. Na pewno teraz ma większą motywację, żeby jak najszybciej zbadać, co to za choróbsko. Niestety… jest ciężko. Bo to nie jest coś, co zna i czego nauczył się w podręcznikach o medycynie…
    Zgadzam się po całości, że Jeff powinien wziąć przykład z Mava! Dokładnie tak, Maverickowi mówienie o miłości do Nicka przychodzi bardzo łatwo, bo jest to dla niego absolutnie naturalne i normalne. Jefferson też mógłby spróbować zrozumieć, że nie ma się czego wstydzić, haha. Chociaż cóż… nigdy nie miał czegoś takiego z innym facetem, więc to nowa sytuacja.
    I chyba wszyscy by chcieli, żeby Maverick się ruszył z rancza… poza Maverickiem XD Ale teraz, kiedy tak się zaczęło między nimi układać, przecież nie mogłby zostać. To by było niczym cios nożem w serce Nicholasa…
    Dzięki za komentarz! :D

    O., to może to „kocham cię” było magicznym zaklęciem, które uzdrowiło serduszko Jeffersona :D zrobiłby się nam z tego Disney zamiast westernu, hehehe. A pijacka szczerość rządzi. I kto mówi, że alkohol jest zły? Alkohol to świetny sposób dla osób niepotrafiących nawiązywać kontaktów towarzyskich! XD (nie, nie bierzcie tego za bardzo na serio XD)

  8. O. pisze:

    Oj Will, na pewno wiesz co na serducho zaradzić.. A jeszcze je rozpaliłeś swoim wyznaniem, nie ładnie, oj nie ładnie xD
    Nie ma to jak pijacka szczerość :D Spełniłaby się „fantazja” Willa by sobie na nich popatrzeć, choć na śpiocha Generał nic nie chce zrobić xD

  9. Zen pisze:

    Nick i Mav są razem tacy słodcy <3 <3 <3 I w końcu sobie wszystko wytłumaczyli! <3 Teraz już mogą sie cieszyć sielanką i swoją nowo odkrytą miłością *-* I ten powrót do wspomnień nad jeziorkiem ahhhh… Zdecydowanie mogłabym czytać więcej i częściej o takich momentach :3

    I zdecydowanie jedyna rzecz która mi sie nie podoba to to że z sercem Jeffa jest coś nie tak ;-; Coraz bardziej mam podejrzenia co do tego że Hibiki zatruł go tym gównem co podają ludziom Smitha ._. A nawet jeśli to mam nadzieje że Will znajdzie jakieś lekarstwo zanim Jeffowi stanie sie coś poważnego ;-;

    A kolejną rzeczą która była słodziachna to wyznanie Willa :3 Całkowicie sie go nie spodziewałam! Myślałam że jeszcze troche pozostaną w nieświadomości uczuć a tu prosze BAM i pozamiatane :D Teraz tylko Jeff sie musi zebrać w sobie i odpowiedzieć swojemu ziemniaczkowi ;D Niech bierze przykład z Mava XD on sie nie wstydzi mówić o tym nawet przy świadkach (co z tego że po pijaku XD)

    To co mnie najbardziej rozwaliło w rozdziale to teksty i zachowanie pijanego Mava :D I rumieniący sie Nick XD Chciałabym to zobaczyć haha <3
    I no cóż nie moge zaprzeczyć że chciałabym żeby Mav jednak sie ruszył z rancza i dotrzymał kroku Nickowi :D Więc trzymam go za ostatnie pijane słowo ;) hehe
    Boże pijany Mav jest taki rozkoszny <3 <3 <3 więcej tekstów o misiu Nicku haha <3

    (tak troche nie pokolei ten komentarz ale ciii XD)

    Pozdrawiam i życze weny! <3

  10. saki2709 pisze:

    „A wiedział, co dzieje się z sercem Jeffersona. I zabijało to i jego od środka.”
    No cóż… oryginalna nie jestem, ale to zdanie jest złe. Z rozdziału na rozdział od momentu gdy Hideki wspomniał o przesądzonym losie Rangera coraz bardziej martwię się o Jeffa. A w tym to już wybitnie.
    Jak Will poprosił Rangera o postój, to już tylko czekałam, aż powie te dwa magiczne słowa. I się nie zawiodłam. On naprawdę to powiedział. To było piękne <3 Teraz tylko czekać na wyznanie Jeffa. On ma o tyle łatwiej, że już wie, co czuje druga strona i nie musi się obawiać wyśmiania ani odrzucenia. Choć znając go, pewnie i tak sobie na to trochę poczekamy. Ale najważniejsze, że o tym myśli i tego nie wypiera.
    Pijany Mav jest taki rozkoszny XD A rumieniący się Nick to ten sam level. Nie sądziłam, że kiedyś ich takich zobaczę. Wilk i Jeff pewnie też nie.
    Cieszę się, że relacje Nicka i Zwierzaka uległy poprawie. To już zdecydowanie zbyt długo się ciągnęło. Jednak szczera rozmowa potrafi zdziałać cuda. Dobrze, że generał zabrał Willa i Jeffa na ranczo, bo coś mi się zdaje, że gdyby ich nie było, nie zdobyliby się na tak szczere wyznania.
    Co do ostatniego zdania Mava… Mogę już skakać z radości? Naprawdę zamierza ruszyć swoje szanowne cztery litery i pojechać z Nickiem?

    Wspominałam, że uwielbiam, jak to Jeff ląduje na dole? A to ich przerażenie, kiedy z sypialni rozległ się ten huk… Aż się sama wystraszyłam i zastanawiałam się, co się stało. Ale nieustraszony doktorek jak gdyby nigdy nic postanowił kontynuować XD Nick, nawet jak nie chce, potrafi narobić niezłego hałasu.

    A to zastanawianie się Nicka i Zwierzaka, czy ich goście jednak TO zrobili i który z nich dominował… prawie jak Will i Jeff, kiedy jechali do miasta XD

    Tak, to ja. Tęskniłyście? Przepraszam za moje milczenie, nie bijcie. Czytam wszystko na bieżąco, ale jak od razu nie skomentuję, to przez moje lenistwo w ogóle tego nie robię. Wybaczcie. Kocham Was i Wasze opowiadania. Postaram się poprawić, jeśli chodzi o komentowanie.

    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny

  11. Neko-chan pisze:

    Po pierwsze:
    Jaram się Williamem wyznającym miłość. Wreszcie! Czekałam na to.
    Ale ten teskt, którego cytować nie będę, bo i tak wszyscy wiedzą który – Mój Boże, nie. Boję się, naprawdę się boję co to dalej będzie ;-; Mam wielką nadzieję, że nic poważnego się z nim nie stanie, ale jak wiadomo, nadzieja matką głupich. Kurczę. Zaczynam się stresować
    Po drugie:
    Pijany Maverick to uroczy Maverick :D lubię ich razem, świetnie, że między nimi zaczęło się wreszcie układać. Na spokojnie sobie wszystko wyjaśnili, więc powinno być teraz dobrze.Trzymam za nich kciuki :D
    A Nick rumieniący się publicznie – haha, ojej <3
    Po trzecie:
    Reakcja Jeffa na wyznanie była… no, taka typowa dla niego. Wiedziałem, że nie odpowie "ja ciebie też", bo na to… hm, chyba jednak trochę za wcześnie, jak dla Jeffa ;) ale mam nadzieję, że wkrótce również mu to wyzna. Ale ważne, że Will wie o jego uczuciach, nawet gdy ten nic nie mówi.
    Po czwarte:
    "Coś się zaczyna" właśnie do mnie doszło, więc zaraz zabieram się za czytanie *q*

    Tak krótko, bo mam za dużo pracy na dziś, a jeszcze chcę zacząć jak najszybciej czytać CSZ, więc… Pozdrawiam i życzę dużo weny~! :3

  12. Katka pisze:

    Kaczuch_A, taaak, to takie zdanie klucz. Spodziewałam się, że może zasiać pewną panikę i nie dziwię się temu. Coraz więcej wskazówek, że z Jeffem dzieje się coś znacznie poważniejszego, niż z początku można było podejrzewać.
    Nick rumieniący się – moim zdaniem to jest na równi rozczulające co pijany Mav XD Jeff i Will na pewno nie mieli wiele okazji, żeby zobaczyć u niego wypieki, hehehe. Ale nie ma się co dziwić, Maverick nieźle go zawstydził.
    Fajnie, że Will trochę zaskoczył. To jest jakiś plus. A Jeffko… zdecydowanie jest bardziej powściągliwe w okazywaniu tego, co czuje i czego pragnie. Więc na to jeszcze poczekamy, ale przez to, że Will już to powiedział, to na pewno jeden argument Jeffa, żeby tego nie mówić, przepadł, a mianowicie „nie powiem tego pierwszy” XD W ogóle nagle mi się przypomniał cytat z książki „Miłość to gra, kto pierwszy powie „kocham” – przegrywa.”. Tak jakoś… Dzięki za wenę! :D

    Kyna, hehe, znów wychwycone kluczowe zdanie. Twoje wizje tego, jak może skończyć Jeff, są równie niepokojące, jak i… prawdopodobne. Bo zdecydowanie ma to coś wspólnego z tym, z czym już do czynienia mieli na swojej trasie Will i Jeff, więc… no, wszyscy wiemy, jak się to kończyło. Co do Bartka, haha, nie wiem, wiesz… może nas jednak zainspirował? XD A scenka z Nickiem i Mavem zdecydowanie niezręczna i chyba taki jej urok XD Dzięki za komentarz i za wenę :D

  13. Kyna pisze:

    „A wiedział, co dzieje się z sercem Jeffersona. I zabijało to i jego od środka.”
    HUH?! Co to jest? :( A miałam nadzieję, że jednak nic mu nie będzie z tym sercem… Że to coś innego… A teraz co? Jak Will nie znajdzie jakiegoś lekarstwa, to Jeff skończy zawałem… Albo będzie jak ta potworkowata dziewczynka na cmentarzu… Albo jedno i drugie.
    Cóż, mam nadzieję, że nie będziecie brały przykładu z Bartka xD
    Reszta rozdziału cudowna. Scena z Nickiem… Oni tak serio? haha Na miejscu Nicka już od wejścia bym się wszystkich pozbyła z otoczenia… To było takie niezręczne :D haha Uwielbiam Mavericka!
    Czekam na next :)
    Weny, dziewczyny!

  14. kaczuch_A pisze:

    „A wiedział, co dzieje się z sercem Jeffersona. I zabijało to i jego od środka.”

    Ten fragment mi się NIE podoba, tak definitywnie NIE. Jest coś strasznie złowrogiego w tym i aż się boję co z Jeffem się dzieje. Cały rozdział cudowny, dawno tak się nie ubawiłam. Po prostu oni na wzajem są dla siebie stworzeni, są zajebiści i pijany Mav mnie rozczula. I nie sądziłam, że Nick się rumieni przy publice xD

    Wyznanie doktorka takie niespodziewane, ale chyba dlatego tak mi się podoba, w ogóle nie dało się tego przewidzieć. I reakcja Jeffa była miła, w sensie, że nie wyśmiał, ani nic, bo na rewanż za wcześnie, ale całus w czółko słodki. Lubię takie.

    Weny i niech z Jeffem będzie dobrze~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s