Project Dozen – 65 – Nie-rodzinne święta

Sebastian nie miał tak jak inni w tym okresie roku. Praktycznie nie myślał o wyjeździe na Gwiazdkę do domu. Wielu uczniów już się pakowało, żeby wyjechać z internatu. Sebastian za to właśnie był w domu i pomagał ojcu ozdobić kupioną już prawie tydzień temu choinkę. Dom miał bliżej niż większość, dlatego dla niego całe to świąteczne zamieszanie było czymś kompletnie innym niż chociażby dla Francisco. Ten mówił o świętach już od tygodnia i zarówno był niesamowicie nimi podekscytowany, jak i zasmucony, że tyle czasu nie będzie widział Sebastiana. Niestety, akurat tych dwóch przyjemności połączyć nie mógł.
— Nie wiem, czy nie będzie trzeba dokupić materaca — powiedział Mark, gdy przyszedł z piwnicy z kolejnym pudłem z bombkami. Wyglądał inaczej niż w pracy. Miał na sobie jedynie pomarańczowy sweter i ciemne jeansy. — Chyba ten jeden duży wyrzuciliśmy.
Dwie siostry Marka miały przyjechać w tym roku do nich na święta. A zawsze, kiedy pojawiały się obie, Mark spał na materacu w pokoju Sebastiana. I jak jedna z sióstr Marka była rozwódką, więc przyjeżdżała sama i spała na rozłożonej kanapie, tak druga przybywała z mężem i dwójką synów. Dla niej i męża zawsze Mark przeznaczał swoje duże łóżko, a ich dzieci spały na kolejnym dwuosobowym materacu. I to właśnie jego Mark nie mógł znaleźć chwilę temu, gdy był na dole.
— Chyba wyrzuciłeś, a raczej trzeba było wyrzucić, bo te potworki po nim skakały i pękł. Ciotka miała go odkupić, ale nie odkupiła, z tego co wiem — odparł Sebastian, stojąc przed choinką i bardziej się jej przyglądał, niż wieszał ozdoby. Już żałował, że nie zabrał Francisco, który pewnie byłby bardziej podekscytowany dekoracją domu niż on.
— Cholera, masz rację. W weekend podjadę na zakupy. Może uda mi się wtedy coś jeszcze znaleźć, co się nada na prezenty. Kompletnie nie mam pojęcia, co teraz Phil i Jonah lubią. — Mark westchnął ciężko i postawił pudło na stoliku.
— Kup im jakąś grę, najłatwiej będzie — odpowiedział Sebastian dość obojętnie, ale zaraz poczuł zimny pot na plecach, kiedy przypomniał sobie, że dla Francisco musi kupić coś wcześniej niż wszystkim, na ostatnią chwilę. Jeszcze nic nie miał.
— Może… Ty też lubiłeś w tym wieku gry — przyznał Mark i podszedł do syna z kolejnymi bombkami.
Choinka była na razie dość licho ozdobiona, ale miał nadzieję, że uda im się ją upiększyć, żeby Rita i Tina nie szydziły z ich braku dobrego smaku.
— A jak Francisco? Kupuje jakieś prezenty w Stanach, czy dopiero w domu? — dopytał po chwili.
Sebastian najpierw wzruszył ramionami, po czym zawiesił kolejną ozdobę, zdecydowanie nie z kompletu. On osobiście je lubił i nie rozumiał podejścia niektórych, że choinka musiała być stonowana. Jego zdaniem zabawki na choince dodawały wszystkiemu ciepła. Tak samo jak różne kolory.
— Myślę, że tu coś kupi. Jednak to będzie coś bardziej oryginalnego. Sam bym wolał, jakby to było coś skądś przywiezione, a nie ze sklepu za rogiem.
— Zgadzam się. A ma dużą rodzinę? — dopytywał Mark z lekkim zainteresowaniem. I podzielając opinię syna co do sposobu ozdobienia choinki, wieszał różne bombki, gdzie popadło.
— Brata, z tego co wiem, ma jednego, ale poza tym chyba tak. Mówił o ciotkach i kuzynach, ale nie spamiętałem wszystkiego. — Sebastianowi jakoś przypomniało się, jak Francisco opowiadał mu, że robił sobie dobrze do pornosa z kuzynem i jego kolegą.
— Tak, to wygadany chłopak. Wszystkiego, co mówi, na pewno nie da się zapamiętać — przyznał Mark, chodząc od pudła do choinki i z powrotem. — Boże… Jeszcze pamiętam, jak musiałem cię podsadzać… — dodał z lekkim uśmiechem, widząc, z jaką łatwością Sebastian zawiesza gwiazdkę na samej górze drzewka.
— Teraz chyba byś nawet nie dał rady. — Chłopak zaśmiał się do ojca.
— Na pewno nie. I nie będę się wygłupiał i próbował ci tego udowodnić — odparł Mark ze śmiechem, oglądając się na syna, gdy wyciągał kolejne ozdoby. I… zastygł. Na święta zawsze jakoś bardziej zdawał sobie sprawę z faktu, jak szybko te lata mijają. I czasem był dumny z tego, co przez ten okres osiągnął, a czasem wydawało mu się, że wszystko ucieka mu między palcami. — Pamiętam… też jak mama cię trzymała na ramionach — powiedział w końcu zmienionym tonem. — Mieliśmy wtedy złotego anioła zamiast gwiazdy…
Sebastian uśmiechnął się smutno.
— Pamiętasz jeszcze, jakie były ostatnie święta z nią? — spytał, chociaż temat nie był specjalnie radosny, tak jak powinno niby być radosne zbliżające się święto.
— Bardzo dobrze — odpowiedział Mark bez zawahania. Przysiadł na skraju stolika z jedną bombką w dłoni i patrzył na syna. Sprawiało mu to dużo przyjemności. — To była najbardziej śnieżna zima, jaką pamiętam. Na dzień przed Bożym Narodzeniem utknąłem z samochodem i prezentami dla was w zamieci. Telefon mi padł, w telewizji było mnóstwo ostrzeżeń… Lisa się rozpłakała, gdy wróciłem w środku nocy. — Zaśmiał się, czując jednocześnie, że jego oczy wilgotnieją.
— Niemal jak w filmie — zauważył Sebastian i podszedł do niego, żeby zabrać mu bombkę z dłoni. Powiesił ją dość wysoko. Mniej tłukące rzeczy jakoś odruchowo wieszał na niższych gałęziach. — Ale nie dziwię jej się. Ode mnie też byś oberwał, jakbyś nie wracał i nie odbierał telefonu.
— I w takich momentach jesteś do niej podobny — odpowiedział Mark ze śmiechem, przy okazji dyskretnie ocierając oczy.
— Nie mów, że ty byś się nie wkurzał, jakbym nie odbierał telefonu i spóźniał się na obiad — odparł karcąco Sebastian do ojca, co było tylko i wyłącznie objawem troski.
— Oczywiście, że bym się wkurzał — zgodził się mężczyzna, w duchu dumny z tego, jaki miał kontakt z Sebastianem i jak dbali o siebie nawzajem. — Ale wiesz… Nigdy mi nie mówiłeś, że żałujesz, że nie spędzamy świąt z mamą we trójkę, że inni koledzy mają w domu lepiej, że im zazdrościsz… Czasem trudno mi o tym przez to z tobą rozmawiać.
Sebastian odetchnął ciężko. Jemu też było o tym trudno rozmawiać, bo nie miał pojęcia, jak ojciec zareaguje. On znał Lisę dłużej.
Podszedł do niego i jako że nie miał nic w dłoniach, wsunął je do kieszeni.
— Wiesz… no, mają matki w domu, ale niektórzy też nie mają ojców. Tak już bywa, nic na to nie poradzimy. I czy zazdroszczę…? No nie wiem. Nie miałem tego jako tak, żebym pamiętał, więc ciężko tu mówić o zazdrości, czy tęsknocie. Może kilka lat temu bardziej, ale teraz już mi bliżej do dorosłości.
Mark pokiwał głową, czując, że bardzo w tym momencie potrzebuje słów Fostera. Cieszył się, że mieli się dziś spotkać, bo nie chciał synowi mówić o tym, jak abstrakcyjnie winny się czuje przez to, że ten nie miał matki i że nie potrafi mu jej zastąpić.
— Rozumiem. Zawsze jednak chcę, żebyśmy spędzali święta z rodziną, żebyś nie czuł, że są jakieś puste… Ale jak kiedyś będziesz chciał spędzić je tylko ze mną, to daj znać — poprosił. — Po prostu czasem nie wiem, jak będziesz się czuł najlepiej.
— Tradycja, ojciec. Tradycja. Nie powinno jej się psuć, więc trzymanie się zjazdu rodzinnego raz na rok jest spoko. Zresztą, kiedy ich więcej w ciągu roku widzimy? — odparł Sebastian i wrócił do wieszania ozdób.
Lubił, kiedy wszyscy się zjeżdżali. Łatwiej oczywiście było, gdy to oni jechali do jednej ciotki na wieś na święta lub drugiej, która miała spore mieszkanie w Teksasie, ale od czasu do czasu to im przypadała organizacja świąt i to do nich przyjeżdżała rodzina.
— Masz rację. No i spójrz na tę choinkę. Wygląda bardzo kolorowo. Podłącz lampki, to zobaczymy, czy działają — zdecydował Mark, gdy Sebastian zawiesił kilka ostatnich bombek.
— A będziemy wieszać lampki też w tym roku na domu? — spytał chłopak, kiedy schylał się i w kuckach wchodził za choinkę, żeby podłączyć lampki.
— Chyba tak. Byłoby ładnie.
— Ale nie dziś? Już ciemno prawie i jeszcze wszyscy będą mieli luzy, jak złamiesz sobie nogę na drabinie. — Sebastian zaśmiał się i kiedy kończył mówić, choinka rozświetliła się wieloma kolorami. Od razu zrobiła się jeszcze piękniejsza.
Mark przez to nie odpowiedział od razu, tylko najpierw zapatrzył się na ich wspólne dzieło i uśmiechnął z dumą.
— Jest piękna. I nie… nie dziś. Jestem umówiony z Fosterem.
— Tak? — Sebastian wyszedł zza choinki i też na nią spojrzał, a nie na ojca. Podobała mu się. Była taka… pozytywna, jakkolwiek może nie było to idealne określenie dla drzewka. Ale budziła w nim właśnie takie emocje.
— Tak, powiedziałem, że do niego przyjadę, gdy skończymy. No? I co o niej myślisz?
— Że jest ładna. Ale coś ostatnio z panem Craigiem więcej czasu spędzacie. W końcu zaczynasz trochę żyć, ojciec. — Sebastian zaśmiał się i jeszcze stuknął jedną z bombek. Była to postać śnieżynki, której nóżki i sukienka tworzyły dzwoneczek. Gdyby mieli kota, ten oszalałby na jej punkcie.
Mark trochę się speszył przez słowa syna, ale ten nie brzmiał na zaskoczonego i jakoś podejrzliwego.
— Tak, od czasu kiedy schudłem, Foster wziął sobie za punkt honoru, żeby mnie utuczyć — odpowiedział żartem.
— Tak samo jak ciotka — wytknął mu Sebastian. — Za bardzo się stresujesz tym projektem. Szkoła raczej nie wyleci w powietrze — dodał, patrząc to na ojca, to na choinkę.
— Wiem, że nie. Ale wiesz, ile miałem zachodu, żeby uspokajać i przepraszać rodziców tego chłopaka, o którego śmierci krążyła po szkole plotka? Jego matka o mało nie dostała zawału, gdy przeczytała maila od jednego ucznia — mruknął Mark, który czasami miał ochotę ściągnąć za fraki profesorów prowadzących projekt, żeby sami odkręcali te wszystkie sytuacje.
Sebastian, mimo powagi ojca, roześmiał się.
— Tylko że nie wiem, za co ich przepraszałeś. To w żaden sposób nie było z tobą związane. Ktoś mu zrobił dowcip. Przecież nie upilnujesz każdego ucznia i tego, co robi w internecie. To oni są niedorzeczni.
— Owszem są, ale równocześnie sama treść zadania sprawiła, że sprawa przez moment była bardzo poważna — upierał się starszy Moss i w końcu zabrał się za składanie pudeł i gazet, w które owinięte były bombki. Musiał jeszcze dać znać Fosterowi, że niedługo będzie.
— Może. Ale też oni tego pilnują, a nie tylko ty, więc nie gadaj z panem Craigiem cały wieczór tylko o szkole — uprzedził go Sebastian i pokierował się do kuchni. — W ogóle, masz coś w lodówce, co bym mógł zabrać do internatu?
— Jasne, bierz, co chcesz. W pudełku na górze jest w ogóle jeszcze pół ciasta z bezą, to zabierz, może z Francisco zjecie! — zawołał za nim Mark, a wcisnąwszy do większego pudła kilka mniejszych, napisał do Fostera wiadomość. „Już skończyliśmy. Będę za jakieś pół godziny. Może być?”
Niemalże od razu dostał informację zwrotną: „Oczywiście. Właśnie kończy mi się piec Fyriskaka.”
— Okej, to biorę! Biorę też te resztki pieczywa. Okej? — zawołał jeszcze Sebastian z kuchni.
— Jasne! — odkrzyknął Mark i szybko z konsternacją dopytał w smsie: „Co pieczesz…?”.
„Ciasto. Zobaczysz ;)” — odpisał Foster, a Mark usłyszał, jak drzwi do lodówki są zatrzaskiwane.
— To co? Jedziesz? Też będę spadać. — Sebastian pojawił się znowu w zasięgu jego wzroku między salonem a kuchnią.
— Tak. A może byś mnie podrzucił? Mógłbym się czegoś napić i potem wrócić taksówką. — Mark od razu wyszedł z salonu za synem.
— Spoko, może być. To wyłącz choinkę i idziemy — zaproponował Sebastian, ciesząc się, że ojciec trochę wychodził do ludzi. Mimo że teraz była to tylko jedna osoba, to widział progres.
Kilka minut później jechali już w stronę mieszkania Fostera, które na szczęście nie było w takim miejscu, z którego Sebastian miałby szczególnie daleko do internatu. Niestety, tak czy siak, droga nie była łatwa, bo cały czas padał śnieg. Dlatego gdy młodszy Moss zaparkował, Mark nasunął na głowę czapkę z nausznikami i otworzył drzwi.
— Nie zapomnij trzymać tej bezy w lodówce, bo się wam zepsuje — powiedział na odchodne.
— Zjemy ją jeszcze dziś, więc się nie zepsuje. Nie martw się tak — odparł ojcu Sebastian z uśmiechem, opierając się o kierownicę. Miał nadzieję, że nie trafi mu się jeszcze małe kazanie na do widzenia.
Na szczęście tak się nie stało. Tylko dlatego, że Mark już chciał zobaczyć Fostera. Wysiadł więc i pochyliwszy się, machnął synowi na do widzenia.
— Trzymaj się. Dzięki za dziś. Zobaczymy się jeszcze w szkole przed świętami.
— Jasne, trzymaj się. Nie upijcie się za bardzo — dodał Sebastian i poczekał, aż drzwi zostaną zatrzaśnięte, po czym odjechał, żeby zjeść słodkie ciasto razem z Francisco. A może nawet krem bezpośrednio z ciała Francisco… Musiał o tym pomyśleć w drodze.
Tymczasem Mark ruszył do mieszkania, wyjechał na odpowiednie piętro i zadzwonił do drzwi. Tutaj już zdjął czapkę, ale ta krótka chwila na dworze zafundowała mu płatki śniegu na ramionach płaszcza. Chciał się ogrzać w środku.
Nie czekał długo, nim drzwi się otworzyły i zobaczył uśmiechniętą twarz Fostera.
— Nieźle dziś pada, wchodź. Akurat gotowałem wodę na herbatę. Napijesz się? — ten szybko przeszedł do rzeczy, zabierając przy okazji swoją białą psinkę, żeby nie wybiegła na zewnątrz.
— Oj tak. Coś gorącego do picia jest mile widziane — poprosił Mark, wchodząc do środka.
Zanim zdjął płaszcz, ośmielił się, wychylił do Fostera i cmoknął go delikatnie na powitanie. Gospodarz uśmiechnął się jeszcze szerzej. To było bardzo, bardzo miłe.
— W takim razie zrobię ci herbaty z sokiem. Rozgość się — zachęcił jeszcze i wrócił do kuchni z małą Annie na rękach.
Tymczasem dyrektor pozbył się wierzchniego odzienia, umył jeszcze ręce w łazience i spróbował lepiej ułożyć włosy, przeglądając się w lustrze. Miał nadzieję, że dobrze dziś wyglądał. Golił się rano bardziej dokładnie niż zwykle.
Wyszedł w końcu z łazienki i postanowił poczekać na Fostera w salonie. Przystanął przy oknie i popatrywał na sąsiednie budynki. W niektórych oknach widać już było jarzące się ozdoby świąteczne. U Fostera za to na jednym stoliku pod oknem stała ładna, ale raczej kupna ozdoba choinkowa. Na podłodze leżała pluszowa zabawka w kształcie choinki, a gdzieś dalej renifer do kompletu. Musiały to być wszystko zabawki Annie, która już obchodziła święta.
— Proszę — jego obserwacje skończyły się, kiedy gospodarz wszedł do pokoju i zaraz podał mu czerwony kubek w białe kropki. Pachniało z niego mocno owocami.
— Dzięki. — Mark chętnie objął duży kubek dłońmi, czując, jak ten je ogrzewa. Zapach herbaty był do tego cudowny, podobnie jak jej smak, gdy skosztował. — U ciebie zawsze się czuję tak swojsko — rzucił ze śmiechem, świadom, że jest to trochę głupie określenie.
— Tak? No proszę, w sumie miło słyszeć. — Foster ucieszył się i usiadł na kanapie. Zaraz biały piesek pojawił się obok i domagał się swojego miejsca. Gospodarz więc odstawił swój kubek, identyczny jak ten, który wręczył dyrektorowi, i posadził Annie obok siebie. — Jak dzień w ogóle?
— Dobrze. Sebastian pomógł mi przystroić choinkę i… Cholera, mogłem zrobić zdjęcie, to bym ci pokazał — mruknął Mark, kiedy nagle przyszło mu to do głowy.
— Ubraliście ją już? — spytał Foster i faktycznie żałował, że nie zobaczy zdjęcia. On sam nie przesadzał z ozdabianiem domu. Bardziej dodawał mu smaku przez zmianę poszewek na poduszkach na takie z jelonkami, czy właśnie przez kubki ze świątecznym motywem.
— Tak. Trochę nam zeszło, ale jest. Standardowo bałem się, że lampki nie będą działać, ale działają — odparł Mark, w końcu podchodząc do gospodarza i siadając obok. Napił się herbaty i dodał: — Bez choinki się nie obejdzie, kiedy rodzina przyjeżdża.
— Właśnie, kto ma być? — spytał Foster i nieznacznie przekręcił się, żeby być bardziej przodem do Marka. Oparł łokieć o oparcie, a nogę zgiął w kolanie, unosząc ją i stykając z udem dyrektora.
— Rita, jej mąż i dzieciaki oraz Tina. Czyli standardowo, kiedy święta robimy u mnie. Kiedy są u Rity, więcej osób się zjeżdża, ale ona mieszka na wsi i ma duży dom. U mnie, jak sam wiesz, nawet psu by się niewygodnie żyło.
— Nie przesadzaj. Jest całkiem duży, ale faktycznie na gości jest mało miejsca jako tako. — Foster napił się herbaty. — Wszystko sam przygotowujesz? Mówię o kolacji.
— Nie, dziewczyny by mi nie pozwoliły. — Mark zaśmiał się krótko. — Ja zajmuję się indykiem, one całą resztą. Na Sebastiana spada zabawa z kuzynami.
— No tak, dzieci. — Foster westchnął z rozbawieniem. — A ile oni mają? Pamiętasz Sebastiana, jak tyle miał?
— Siedem i pięć lat. Jeszcze małe. Sebastian w tym wieku był bardziej ogarnięty i spokojny. W nich jest mnóstwo energii. Sebastian chyba dopasowywał się do tego, że nie mogę jednak mu poświęcić tyle uwagi, będąc sam, więc wiedział, że musi się sobą zająć — odpowiedział Mark, któremu syn rzadko kiedy robił pod górę. Naraz jednak mężczyzna zmrużył oczy i potarł udem o nogę gospodarza. — Ale nie rób tego. Znowu rozmawiamy tylko o mnie.
— Bo jestem ciekaw, jak spędzisz święta. Zresztą… — Foster wzruszył ramionami z uśmiechem. — Spaczenie zawodowe. Lubię słuchać.
— To spędzam je bardzo rodzinnie. Wbrew pozorom. W ogóle Sebastian mnie podwiózł — dodał na koniec Mark, jakby nigdy nic.
— Tak? Wracał do internatu? — psycholog nadal drążył temat, zastanawiając się od razu, czy zrobił tak ze względu na swojego współlokatora. — A jak będziesz wracać?
— Taksówką chyba — odparł Mark zza kubka z herbatą, zerkając swoimi brązowymi oczami na gospodarza.
— To w sumie szkoda, że jutro nie ma weekendu — odpowiedział Foster i dosłownie siorbnął herbaty. Ale taksówka dawała im możliwość spędzania większej ilości czasu ze sobą. Nawet przy kieliszku wina, czy czegoś ciepłego.
Mark tylko zamruczał na potwierdzenie i pomiział pomiędzy uszami Annie. A ta, jak zawsze, nie oponowała i dawała się dotykać.
— A czym jest to ciasto, o którym pisałeś? Wyszło ci? — zapytał w końcu.
— Tak, właśnie, czekaj, miałem je podać, a zająłem się tą herbatą. Nie mam przy tobie głowy. — Gospodarz zaśmiał się i dosłownie się poderwał, podając dyrektorowi swój kubek. Kompletnie zapomniał o cieście, a specjalnie zostawił je w cieple na przyjazd Marka.
Dyrektor obejrzał się za nim z lekkim uśmiechem. Podobały mu się te słowa. Wiedział, jak ogarniętym człowiekiem jest zwykle Foster, więc jeśli tracił głowę przez niego… Cóż, to było miłe.
Napił się znowu herbaty, czekając na jego powrót, a Annie dotrzymywała mu towarzystwa. Ale nie było to długo konieczne, bo zaraz Foster wrócił do salonu, niosąc dwa talerzyki. Na każdym był trójkątny kawałek ciasta, które pachniało nie tylko czymś słodkim, ale też jabłkami i cynamonem. I chyba czymś jeszcze. A żeby tego było mało, obok, od ciepła ciasta rozpływała się gałka waniliowych lodów.
Mark uśmiechnął się na widok takiego specjału.
— Dla każdego gościa się tak starasz? — zapytał ze śmiechem i odłożył oba kubki na stolik.
— Nie. Tylko dla ciebie — odpowiedział Foster, od razu podając mu talerzyk. — Fyriskaka, mam nadzieję, że dobrze wymawiam. Szwedzkie ciasto z jabłkami.
— Pachnie cudownie — przyznał Mark i ukroił sobie kawałek. Na koniec łyżeczki nabrał jeszcze odrobinę lodów i zjadł. Połączenie było genialne. Zimne, słodkie lody i jabłkowe ciasto. Mimo że składniki były podobne, wydawało się tak inne od zwykłego amerykańskiego placka jabłkowego. — Mmm… wyjdź za mnie.
Gospodarz uśmiechnął się szeroko. Zrobiło mu się aż niewytłumaczalnie miło.
— Okej. Bardzo chętnie — odparł z zadowoleniem z życia i sam zjadł kawałek. Ciasto jakby było słodsze przy Marku.
Ten zerknął na niego, zdając sobie sprawę z tego, co powiedział. Ale widząc radość na twarzy gospodarza, zamiast się speszyć, roześmiał się, wychylił i cmoknął mężczyznę w policzek. Foster za to szybko przekręcił głowę i pocałował go już w usta.
— Słodkie — pochwalił.
Tym razem Mark już lekko się zarumienił.
— Twoje też…
Foster jeszcze moment patrzył mu z bliska w oczy, ale w końcu się wyprostował, odsuwając jednocześnie.
— To cieszę się, że smakuje. W ogóle, z nauczycielami coś w tym roku organizujemy tuż przed świętami?
— Tak, myślę nad małym spotkaniem w poniedziałek po zajęciach. Drobny poczęstunek, składanie życzeń. Jutro jeszcze o tym powiadomię — odparł dyrektor, podejmując temat pracy i czując się wręcz brutalnie odsunięty od ust Fostera, na które chwilę temu się zapatrzył. — A ty? — zapytał w końcu z większym zainteresowaniem. — Jedziesz do rodziców na święta?
— Do matki? — spytał Foster i wzruszył zaraz ramionami. — Nie wiem. Ostatnio, jak rozmawialiśmy, pytałem jej, czy się widzimy, ale powiedziała, że jak coś, to da znać, bo jeszcze nie wie, czy nie jedzie z kimś pod palmy, żeby się wygrzać. Bo, jak to mówiła, „już rzyga tym zimnem”.
Mark ściągnął lekko brwi i przeżuł kolejny kawałek ciasta.
— Czyli jeszcze nie wiesz? Nie jest trochę za późno na takie planowanie?
— Jej plany? — Foster był trochę zaskoczony, bo już swego czasu matka zaprosiła go na święta dzień wcześniej.
— Tak… Przecież od takiej decyzji wiele zależy…
— Bez przesady, daleko nie mam. A też wiele przygotowań na gwiazdkę raczej nie będzie. Inaczej ją spędzamy niż ty — odparł dyplomatycznie, mówiąc o sobie i matce, bo jednak Mark mógłby się zmartwić, gdyby powiedział, że tylko on inaczej spędza ten czas.
Mimo to widział na twarzy swojego przyjaciela coraz większą konsternację. Ten jadł powoli ciasto, dłubiąc w nim i myśląc. W końcu uśmiechnął się smutno.
— A ja dziś myślałem o tym, jak jest źle, że Sebastian nie może spędzać z matką świąt… A ty? Co będziesz robił, gdy jednak twoja matka wyjedzie?
Foster już miał odpowiedzieć, ale zdążył spojrzeć na twarz Marka i zrezygnował od razu z tego planu. Westchnął i uśmiechnął się.
— Mark. Nie próbuj mi się tu martwić.
Dyrektor w końcu odłożył talerzyk z resztkami ciasta i rozłożył ramiona.
— Jak mam się nie martwić, kiedy właśnie chcesz mi uświadomić, że spędzasz Święta Bożego Narodzenia sam?! — zawołał z jakimś… skrępowaniem. Czuł się niewłaściwie przez to, że sam będzie miał święta bardzo rodzinne, a Foster utknie tu z psem. — Dzień Dziękczynienia w porządku. Zdarza się, ale nie to!
— Mark, to takie same święta. Takie same jak wiele innych. Tylko na tym zarabiają więcej, bo daje się więcej prezentów i dzięki temu jest bardziej nagłaśniane i stąd ten cały szał z nimi związany — wyjaśnił Foster to, jak on na to patrzył i dlaczego uważał, że nie ma sensu się tak stresować, że będzie miał spokój, oglądając filmy w telewizji na Boże Narodzenie.
— Nie uwierzę, jeśli mi powiesz, że nie odczuwasz braku tej atmosfery bliskości. Foster, do diabła… — Mark skrzywił się i spojrzał mu w oczy. — Przykro mi…
Foster za to uśmiechnął się ciepło, bo miło mu się zrobiło, że Mark się martwi. Nawet jeśli w sumie dopiero teraz po tylu latach znajomości jakoś wkroczyli na temat tego, że on zwykle spędzał wszystkie wolne, z nazwy rodzinne, święta sam.
— Nie musi być. Ja już tak mam, dla mnie to normalne.
— Nie powinno być — odpowiedział poważnie drugi mężczyzna. Naprawdę było mu przykro, a wiedział, że jak w Dzień Dziękczynienia zaproszenie przyjaciela na kolację nie było dziwne, tak nie mógł go w obecnej sytuacji zabrać do siebie na obiad świąteczny.
Nie wiedząc, jak inaczej mu pomóc, tylko wychylił się, ujął go z boku twarzy i pocałował. Nie tylko cmoknął, lecz także pogłębił tę czułą pieszczotę. Foster nie mógł teraz odłożyć talerzyka, więc przełożył go do drugiej ręki. Także objął Marka, ale za kark. Trochę głupio mu było, że ten się tak przejmuje, ale on już długo tak na to patrzył i naprawdę nie było mu przykro. Może gdzieś głęboko, gdzie jeszcze miał cząstkę dziecka w sobie, jeszcze tak. Ale nie w normalnym codziennym życiu.
— Może Sylwester u mnie…? — szepnął Mark w jego wargi, patrząc mu z bliska w oczy.
— Jeśli będziesz miał ochotę. Ale zastrzegam, że mam w tradycji siedzenie także w domu, bo Annie boi się fajerwerków i… oglądam nagrania starych koncertów — odparł Foster, nadal trzymając nieporadnie talerzyk. Powinni najpierw zjeść, a potem się tak obejmować, ale teraz nie chciał puszczać tego mężczyzny, nawet jakby miał zbić talerz.
— Możesz zabrać Annie albo spędzimy go u ciebie — zgodził się Mark i z nagłą dozą rozbawienia pogłaskał szorstki policzek mężczyzny. To było tak inne niż dotyk kobiety. Ale gdy tylko zauważył, że Foster siedzi w mało fortunnej pozycji, cofnął się szybko. — Wybacz. Talerzyk. Ja przy tobie też tracę głowę — dodał z lekkim uśmiechem.
Foster zaśmiał się i odstawił resztki ciasta. Mógł je zjeść teraz za jednym razem, ale wolał zamiast tego ponownie objąć Marka i pociągnąć go do siebie, żeby trochę położyli się na kanapie.
— Teraz lepiej.
Dyrektor od razu się uśmiechnął i objął go w pasie. Zdecydowanie wygodniej było przytulać się w swetrze niż w marynarce.
— Sebastian mówił, że nie wadzi mu brak matki… Ty mówisz, że dobrze ci samemu… To może to ze mną jest coś nie tak, że potrzebuję bliskich osób? — zapytał.
Foster pogładził go po plecach dłonią. Był oparty o podłokietnik i naprawdę było mu dobrze, kiedy czuł na sobie ciężar tego mężczyzny.
— Nie jest z tobą nic nie tak. Ja i Sebastian przyzwyczailiśmy się po prostu do sytuacji. I nie mówię, że to dobre, ale pomyśl. Nic nie poradzimy na ten stan rzeczy, a pragnienie niemożliwego może nieźle przybijać.
W uszach Marka brzmiało to dość gorzko. Choć z drugiej strony Foster miał rację…
— Może dlatego dłuższy czas było ze mną tak źle — stwierdził z zamyśleniem. Odpowiadał też na dotyk Fostera i lekko gładził jego bok. — Kiedy byłem sam, cały czas chciałem, żeby ta pustka się wypełniła. Że jestem… — skrzywił się lekko i spojrzał nie na oczy przyjaciela, a na jego usta — kimś wybrakowanym. Kocham święta, ale zawsze przynosiły też jakiś smutek.
— Więc jakoś możesz zrozumieć, że czasami lepiej nie myśleć o tym, co jest nie do osiągnięcia, bo sprawia to więcej smutku niż nadziei. Nie mówię, żeby całkiem temu odpuszczać, ale, Mark, Sebastian zapewne chciałby mieć matkę, ale nie każe i nie kazał ci szukać sobie żony, bo on tak chce. Powinieneś cieszyć się z tego, że on chce dobrze też dla ciebie, a nie myśli wyłącznie o sobie.
Mark zamruczał na zgodę, ale gdy był teraz z Fosterem, w tym momencie myślał bardziej o nim. Znów więc spojrzał w jego oczy i wziąwszy głęboki oddech, pocałował go lekko.
— Rozumiem twój punkt widzenia, ale chciałbym, żebyś ty jednak przyjemnie się kiedyś zaskoczył, że jeszcze możesz spędzać taki czas inaczej. Tak, wiem, co teraz mi powiesz, że nie muszę myśleć tak przyszłościowo, zmuszać się i tak dalej… — Zaśmiał się krótko. — Ale Foster, jestem dorosłym mężczyzną i umiem określić, czego chcę. A… a z tobą jest mi tak dobrze, że… nie wiem, co by się musiało stać, żebym chciał to teraz przerwać — szepnął.
Mogłoby chociażby wyjść na jaw, że i twój syn wiąże się emocjonalnie i seksualnie z innym chłopakiem — przeszło od razu przez myśli psychologa. Wiedział jednak, że nie może nic powiedzieć. Obiecał. I nie tylko tajemnica zawodowa, ale też własne sumienie zabraniało mu puścić pary z ust.
— Jesteś niesamowity — odpowiedział więc i tylko objął Marka za kark, żeby go pocałować. — Spełniasz moje wszystkie marzenia całym sobą.
Wargi dyrektora ułożyły się w szerszym uśmiechu. Mocno przytulił drugiego mężczyznę.
— Wciąż trudno mi uwierzyć, że mam taką moc, ale… cholera… cieszę się — odpowiedział ze śmiechem, przez moment nie mogąc opanować radości.
Robiło mu się cudownie miło, gdy Foster tak mówił. To było nieporównywalne z niczym uczucie. A przy tym tak zaskakujące było, jak przyjemny był zapach mężczyzny, gdy znajdował się tak blisko. Mark więc wsunął twarz w jego szyję i przytulił się do niej. Pamiętał, że lubił się tak „chować” w szyi Lisy, ale z jakiegoś powodu w tym momencie to wspomnienie nie przyniosło mu smutku ani wyrzutów sumienia, że robi to teraz z kimś innym.
Gospodarz, jako że Mark tak do niego lgnął, sam mocniej go objął. Odwrócił też nieznacznie głowę w jego stronę i potarł nosem po jego uchu. Cmoknął go czule, a jego dłonie… trochę się zapomniały, kiedy wsunęły się pod sweter gościa, żeby poczuć pod opuszkami ciepłą skórę dyrektora. Ale na szczęście ten nie wycofał się i nie okazał żadnego niezadowolenia z takiego gestu. Wręcz przeciwnie. Foster usłyszał i poczuł na szyi jego niskie, zachęcające mruknięcie. Ostrożnie więc przesunął palcami po jego kręgosłupie i jeszcze raz pocałował go w bok głowy, zaraz też ocierając się o jego twarz swoją. Poczuł, że Mark lekko pocałował go w szyję.
— Foster… chyba cię pragnę.

10 thoughts on “Project Dozen – 65 – Nie-rodzinne święta

  1. Katka pisze:

    Luana, jaka będzie relacja ojca z synem, nie wiadomo, bo w sumie teraz jest naprawdę dobra i może się albo polepszyć, albo pogorszyć. Pytanie, jak będą się wspierać w tym, co ich teraz łączy… No cóż, nie dowiemy się, póki prawda nie wyjdzie na jaw XD Na razie to tylko gdybanie. Dzięki za pozdrowienia, Ciebie też pozdrawiamy cieplutko!

  2. Luana pisze:

    Przyjemnie jest dla autora kończenie w takim momencie. Hehe. :D
    Fajnie, że ojciec z synem sobie porozmawiali i przez ten cały czas miałam w głowie jaka będzie ich relacja, kiedy związki wyjdą na jaw. W ogóle to Mark i Foster są po prostu tacy mrauu. Lubię o nich czytać. O tym jak Mark będąc przez tyle lat sam wkracza na inny etap swojego życia i to z mężczyzną. Chętnie poczytam scenkę z nimi, mimo że na Frania i zlizywanie z niego… czegokolwiek też mam chęć. :)
    Dzięki za rozdział. Przesyłam moc pozdrowień. :)

  3. Katka pisze:

    Kaczuc_A, pisząc, wewnętrznie czułam, że Mark CHCE go zaprosić, haha, ale jednak trochę ciężko się z tym przebić. Wiesz, no, czasem rodziny jakieś mają bardzo tradycyjne sposoby spędzania świąt, jakoś tak wszystko już działa na ustalonych zasadach i Mark wiedział, ze nie byłoby komfortowo kompletnie żadnej ze stron, gdyby wziął Fostera. A przynajmniej do czasu… aż nic nie jest oficjalne. Oooch, a w przyszłym roku święta we czwórkę – jak najbardziej aprove :D Już widzę miny sióstr Marka i dziadków Sebcia, jak zobaczą ich obu z facetami… XD

    Omega, faaajnie, że dobrze się czyta rozdziały z dyrciem :D Bardzo, bardzo nas to cieszy. A co do żony – Mark się pogodził z jej śmiercią. Układa sobie jakoś życie bez niej. Moim zdaniem to nie śmierć Lisy sprawia, że jest często w rozsypce, tylko zwyczajnie samotność. Ma bardzo poważną funkcję, sam wychowuje syna i czuje czasem, że go to przerasta. Ale właśnie, właśnie, jest Foster, który może go w tym wesprzeć :) Dlatego jest coraz lepiej. „ciekawi mnie ciągle, który z Mossów się pierwszy zdradzi ze swoją orientacją xD” – to jest obecnie największa zagadka PD XD Już nawet nie kto wygra projekt, a który Moss się zdradzi XD I własnie, właśnie przerywanie w środku seksu byłoby gorsze. My tak z pisaniem mamy. Jak jest już np. 23, czy północ, a nasi panowie nagle zaczynają się do siebie dobierać… to urywamy scenę, żeby nie przerywać potem w trakcie seksu, a napisać go za jednym zamachem. Hehe, a co będzie za 18 dni, to nawet ja nie wiem XD bo jeszcze rozdział niezłożony, a nie pamiętam :D

    Akira, wynagrodzimy to w następnym rozdziale! :)

  4. Omega pisze:

    Ech… chcę poczytać o Sebciu, który zlizuje krem z kochanego Frania :3
    Przyznam, że coraz milej czyta mi się rozdziały z dyrciem :) (choć chyba nie zmienia to faktu, że ciągle mam fazę i ochotę na Noela i Sena :P) Dobrze, że Mark naprawdę zaczyna godzić się ze śmiercią swojej żony i że ma takiego Fostera, który o niego zadba (nie tylko w kwestii pysznego jedzenia) i będzie go wspierał niezależnie od sytuacji.
    „Mogłoby chociażby wyjść na jaw, że i twój syn wiąże się emocjonalnie i seksualnie z innym chłopakiem” – ciekawi mnie ciągle, który z Mossów się pierwszy zdradzi ze swoją orientacją xD
    Powtórzę słowa dziewczyn z poprzednich komentarzy – to okrutne kończyć w takim momencie >.< (choć rozumiem, że byłby to za długi rozdział a przerwanie w trakcie, byłoby jeszcze gorszą opcją :P )
    za 9 dni będzie kontynuacja poczynań dyrektora z psychologiem, a za 18 będzie młodszy Moss z wspomnianym wcześniej kremem, czy wrócimy do Tomasa (NIECHONSIĘZGODZIBYĆWKOŃCUNADOLE) i dramy o ujawnienie jego orientacji? Żadna z opcji nie jest zła, bo obie postacie lubię, ale nie jestem pewna, czego powinnam się spodziewać .-.
    Dużo weny dziewczyny ♥ :D

  5. kaczuch_A pisze:

    Podpisuję się pod komentarzami niżej, jesteście okrutne by kończyć w takim momencie xD to cios poniżej pasa po prostu. I jakoś liczyłam, że Dyrcio jednak zaprosi Fostera na święta, niby wiem, że spędza się je z rodziną, ale jeżeli mój facet-tajniak, dla rodziny przyjaciel spędzałby święta sam to o jakże bym się postarała by go chociaż siłą zaciągnąć. Chociaż siedzenie samemu w święta niektórym odpowiada, to przecież to się nie godzi by rodzinny Moss pozwolił Fosterowi spędzać święta samemu. Nie kupuję tego. Jeszcze go zaprosi o~! I pojawia mi się magiczna wizja, że w przyszłym roku czwórka panów i pies spędzą razem święta xD to jest tak bardzo nierealne, że aż tak bardzo to chcę zobaczyć~!

    Weny~!

  6. Katka pisze:

    Levi, haha, tym razem to nie kwestia naszego okrucieństwa, ale ekonomii XD Ta scena, gdyby była wrzucona w całości, miałaby obszerność dwóch rozdziałów, a my jednak musimy oszczędzać zapas tekstu, szczególnie teraz (koniec semestru… sesja is coming). Hehe, no i zgadzam się, ze to urocze, że Mark się troszczy – a to dowodzi z kolei tego, że coooraz bardziej mu zależy :)

    Linerivaillen, oj tam okrucieństwo od razu… XD Ale ile dobra będzie w następnym rozdziale! :D

    O., haha, obaj Mossi kręcą, jak widać XD Dobrze, dobrze XD Ale niestety o młodszej wersji Mossa nie poczytasz w przyszłym rozdziale XD

  7. O. pisze:

    Nie wiem co bardziej chciałabym poczytać – czy spełnienie pragnień Dyrcia, czy Sebcia zlizującego krem z Frania.. Chyba o nich xD

  8. Levi pisze:

    W takim momencie kończyć rozdział?!?!?!?!?!?!?!?!?
    Jesteście okrutne!!! Ja rozumiem, że trzymanie czytelnika w napięciu, że trzymanie czytelnika ‚przy sobie’ żeby do Was wracał, ale to jest już za wiele :'(
    Tak ogólnie to notka fajna była, taka spokojna i szybko się ją czytało. To jest strasznie miłe i przyjemne, że Mark tak się troszczy o Fostera i o to jak ten spędzi święta.
    Ale i tak – JAK MOGŁYŚCIE W TAKIM MOMENCIE SKOŃCZYĆ!!! Ja tak na nich czekałam, a teraz w najlepszym razie muszę poczekać 9 dni :'( :'(
    Życzę weny i czasu na pisanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s