Newton’s Balls – 33 – Zabiegany, ale szczęśliwy

Ten dzień był dla Courtneya trudny, mimo że nie zaczął się wcale źle. Obudził się całkiem wcześnie i to na tyle, że jeszcze nie było potrzeby budzenia Chase’a. On sam jednak był wyspany i czuł się znacznie lepiej, niż wczoraj wieczorem, gdy ledwo widział przez łzawienie i pieczenie spojówek. Do kociaków nie zamierzał się zbliżać, zresztą od strony kartonu nie dochodziły żadne dźwięki. Zerknął tylko, sprawdzając, czy żyją, a potem poszedł do kuchni i większość zaoszczędzonego na wczesnej pobudce czasu spędził na pieczeniu pizzerinek. Były smaczne na zimno, więc zapakował kilka do papierowej torebki, narysował na niej serduszko i wsadził do plecaka Chase’a. Mógł mieć przecież od niego małą niespodziankę w szkole, a i lepiej dla jego zdrowia, jeśli zje coś z pełnowartościowych produktów, a nie sztuczne i napompowane, jak w większości miejsc z fast-foodami. Właśnie dlatego kurator lubił sam gotować. Wiedział, co je.
Potem, gdy już pożegnał się ze swoim podopiecznym, odwiózł kociaki do schroniska, gdzie dowiedział się, że już tam mają ciężko z miejscem. Kiedy przekonał się na własne oczy, ile jest kotów w odpowiednim sektorze, odrobinę się przeraził. Liczba pracowników na pewno nie wystarczała, żeby każdy kot otrzymywał wystarczająco dużo uwagi, chociaż akurat bardziej martwił się o psy. Koty były indywidualistami, za to psiakom musiało tu brakować uwagi.
Trochę rozgoryczony tym, jak sprawa się ma, pojechał w stronę biurowca, w którym pracował, bo miał mieć dzisiaj pierwsze spotkanie z nowym podopiecznym, o którym wczoraj wspominał Chase’owi. Uważał, że i tak ma ich za dużo na głowie, ale takie były realia. W sumie… podobnie jak w schronisku. Jedna osoba miała opiekować się zbyt dużą liczbą podopiecznych. A on, jak już zauważył, faworyzował jednego z nich. Tego, który od czasu do czasu u niego sypiał i nazywał go swoją dziewczyną.
Uśmiechnął się do siebie słabo i zaparkował. Odchylił jeszcze lusterko, żeby zobaczyć, czy dobrze wygląda. Przez pieczenie pizzerinek nie miał czasu się ogolić, ale nie zarósł za bardzo, więc było to do przyjęcia. Docisnął zamknięcia kolczyków w uszach, sprawdzając, czy się nie poluzowały, poprawił krawat i… już miał wysiąść, ale ujrzał coś, co na chwilę zatrzymało go w samochodzie.
Był czwartkowy poranek, więc sporo ludzi zmierzało do pracy, a sam budynek znajdował się w centrum miasta, więc o tłumy na ulicy nie było trudno. Jak zauważył, o wypadek również. Chociaż Courtney nie nazwałby tego wypadkiem, a złą reakcją jednego z ludzi. Otóż jeden nastolatek, rozmawiający przez telefon i idący rozbujanym krokiem, trącił przypadkiem starszego faceta w rękę, w której ten z kolei trzymał puszkę jakiegoś słodkiego napoju. Napój rozlał się na koszulę mężczyzny, a nastolatek tylko prychnął z rozbawieniem i chciał pójść dalej. Chciał. Poszkodowany jednak zareagował nad wyraz gwałtownie. Courtney zza przedniej szyby swojego Chryslera zobaczył, jak odwrócił się i brutalnie szarpnął do siebie chłopaka. Ten z zaskoczeniem na twarzy odpyskował coś, facet pchnął nim i… rąbnął go w twarz. I rozpoczęła się bójka.
Courtney zaklął pod nosem i instynktownie sięgnął do schowka. Wyciągnąwszy swój pistolet, wcisnął go za pasek spodni i pospiesznie wysiadł z samochodu. Zaklął ponownie, kiedy zobaczył, że wokół bijących się zgromadził się tłumek… z którego nikt, dosłownie nikt nie zareagował. Niektórzy zakrywali usta, inni trącali się i mówili coś, ale każdy tak naprawdę tylko stał i obserwował, jak przeszło pięćdziesięcioletni, ale najwyraźniej sprawny i silny facet tłucze skulonego na ziemi nastolatka po całym ciele.
— Hej! Zostaw go! — krzyknął ostrzegawczo Courtney, przeciskając się przez gapiów i szarpnął mocno ramieniem mężczyzny.
Zamierzał go obezwładnić, ale ten nagle wyciągnął zza pasa nóż i zwinnie uniósł się na równe nogi, wyciągając w jego kierunku ostrze. Miał wściekłość wypisaną na twarzy i krew spływającą od kącika ust przez siwą, przystrzyżoną brodę, a rozszerzone, szare oczy wpatrywały się w Courtneya ostrzegawczo. Oddychał ciężko, a na jego kostkach kurator dojrzał obdarcia i krew. Nie miał jednak teraz zamiaru odwracać wzrok od napastnika, by upewnić się w jakim stanie jest dzieciak.
Wyciągnął za to zza pasa broń i bez wahania wycelował w faceta. Usłyszał w tłumie kilka okrzyków i większe poruszenie, ale skupił wzrok całkowicie na twarzy stojącego może półtora metra przed nim faceta.
— Rzuć nóż i na ziemię! Już! — warknął, stojąc bardzo pewnie i z taką samą pewnością przekazując napastnikowi swoją gotowość do oddania strzału.
— Hej, hej, spokojnie! — Facet za to wyglądał na zszokowanego i od razu uniósł dłoń z nożem, pokazując, że się poddaje.
— Odłóż ten nóż! I gleba, mówię! — powtórzył Courtney, nie zamierzając opuścić broni. W końcu mężczyzna mógł blefować.
— Mówię, kurwa, spokojnie! — powtórzył facet i powoli odłożył nóż. — Schowaj tę zabawkę, mam tu, kurwa, spotkanie z władzą, nie rób, człowieku, problemów!
Kurator, który już opuścił broń i momentalnie przyszpilił napastnika do ziemi, żeby skrępować mu ręce, nim ktoś nie zadzwoni łaskawie po policję, ściągnął brwi z większą czujnością.
— Z kim? Rozprawa? — zapytał ostro, dopiero teraz, gdy trzymał faceta, kierując wzrok na poszkodowanego nastolatka. Był cały poobijany i we krwi, ale podniósł się o własnych siłach, więc może nie było najgorzej.
— Nie, kurwa… Kurator, odjeb się już!
— Kurator…? Nazywasz się Hugh Paxton? — Courtney znowu popatrzył na niego, wręcz nie wierząc w to, co go spotkało.
— Co…? Skąd niby…?
— Bo to ja miałem być twoim kuratorem, kretynie… — odwarknął i przycisnął go mocniej do ziemi. Miał ochotę się zaśmiać. Dlaczego ludzie tak bardzo lubili robić sobie pod górkę?
Po tym dziwnym wydarzeniu miał niemało zabawy z formalnościami. Pojechał z mężczyzną na posterunek, złożył wstępne zeznania i zaczął gromadzić wszelkie dokumenty, które będzie musiał zebrać dla sądu w tej sprawie. Chociaż sam nie wiedział, dlaczego w ogóle musiał to robić, skoro nie miał z kolesiem nawet jednego spotkania. Ale gdy o tym myślał później, załatwiając wszelkie inne sprawy, nie był to wcale taki osobliwy przypadek. Ludzie w więzieniu mieli inną hierarchię wartości, a przed wyjściem na zewnątrz nie zawsze zdążyli nauczyć się, jak żyć w rzeczywistości, w której inaczej reaguje się na dane sytuacje. W więzieniu na pierwszym miejscu był szacunek. Gdy ktoś go naruszył, więzień instynktownie reagował agresją. Tam taka odpowiedź na rozlanie napoju była normą. I, cóż, nie sprawdzała się w prawdziwym świecie, poza kratami. Courtneyowi się to nie podobało, bo nie tylko sprawiało to, że wielu ludzi, którzy mogliby mieć szansę na nowe życie, z powrotem trafiało za kratki, ale też… przysparzało mu masę papierkowej roboty, której nie cierpiał. Tym razem więc on napisał smsa do Chase’a, że wróci później niż zwykle.
Był bardzo zabiegany, ale przerwę na posiłek zamierzał zrobić. I bynajmniej nie chciał jeść w biegu. Dbał o siebie. Dlatego po trzeciej po południu udał się do kawiarenki nieopodal parku, żeby usiąść na chwilę, odsapnąć i przekąsić jakieś rogaliki oraz napić się kawy. Za plecami sprzedawczyni dojrzał jednak kartony smakowego mleka swojej ulubionej firmy, więc poza rogalikami z orzechami poprosił o duże mleko waniliowe z lodem. Całe zamówienie od razu dostał na tacce i z nią ruszył w głąb kawiarenki. Był w niezbyt dobrym nastroju, dodatkowo nakręcony przez brak czasu, ale wnętrze tego uroczego miejsca na chwilę go uspokoiło. Jasne, przyjemne kolory, radosne obrazy i firanki w muffiny sprzyjały mu w tej sytuacji, więc nie żałował wyboru miejsca na posiłek. Tym bardziej, że przy jednym stoliku dojrzał swojego znajomego z pracy. Jako, że siedział sam, zbliżył się do niego i zagadał:
— Dzień dobry, Walt. Czekasz na kogoś?
Prawnik uniósł na niego spojrzenie znad wielkiego donuta z truskawkowym lukrem i uśmiechnął się szeroko. Uniósł się nawet i uścisnął kuratora, gdy ten postawił tackę na blacie.
— Courtney! Siadaj, na nikogo nie czekam, więc bardzo mi miło, że niespodziewanie znalazł się ktoś, kto dotrzyma mi towarzystwa!
Kurator mimowolnie odpowiedział uśmiechem, bo Walter zawsze wzbudzał w nim i na pewno nie tylko w nim większy optymizm. Dosiadł się więc naprzeciwko i napił się mleka.
— Jak mogłem nie pomyśleć, że jesteś typem człowieka, który lubi takie miejsca? — rzucił z rozbawieniem. — Też coś załatwiałeś w sądzie? — zapytał, bo sam właśnie stamtąd wyszedł, a kawiarenka mieściła się tuż obok.
— Tak, jestem świeżo po rozprawie, na szczęście wygranej. Zaraz jadę z powrotem do biura. A ty? Kursujesz jak zwykle tam i z powrotem?
— Niestety tak. Nie miałem tego w planach, bo większość spotkań też miałem w biurze i tylko jedno w terenie — zaczął wyjaśniać Courtney, przy okazji jedząc swój posiłek — ale rano mój nowy podopieczny zaatakował chłopaka na ulicy, wyciągnął nóż i cała sprawa poszła się pieprzyć. Jest już z powrotem w areszcie i niedługo wróci za kratki.
— Och, warunkowe?
— Taa… Długo nie skorzystał. Ale trudno, zdarza się. Wiem po moim bracie — odpowiedział Courtney z krzywym uśmiechem. Marshall też wychodził i wracał do więzienia, dlatego mimo że zbliżał się jego termin wyjścia na warunkowe, Courtney nie bardzo wierzył, że znowu mu je dadzą, znając historię jego walki z prawem karnym.
— Przykro mi. W naszej pracy chodzi o dbanie o dobro innych ludzi, a kiedy to nie wychodzi, człowiek bywa sfrustrowany — stwierdził Walt, wycierając serwetką lukier z kącika ust. Potem jednak uśmiechnął się pocieszającego do kolegi z pracy i zagadał: — Ale coś pozytywnego chyba się u ciebie ostatnio dzieje, hm? Nie mówmy o nieprzyjemnych rzeczach przy takich słodkościach!
Courtney znowu uśmiechnął się i przytaknął.
— Dzisiaj zawiozłem trzy uratowane kociaki do schroniska. Można więc uznać, że jest to jakieś wyrównanie. Trzy uratowane życia za jedno zmarnowane głupią bójką.
Walter uśmiechnął się szeroko i poklepał go po ramieniu.
— Widzisz, jesteś nie tylko stróżem zagubionych ludzi, ale też bohaterem zwierzaków!
— Nie tak do końca właściwie. Znalazł je mój chłopak, ja tylko robię za przewoźnika — wyjaśnił Courtney, spokojnie jedząc i chyba czując na sobie wzrok dwóch kobiet siedzących nieopodal. Cóż, obaj z Waltem wyglądali bardzo dobrze i elegancko. Mogli przyciągać wzrok. Bawiło go tylko, że żaden z nich nie jest dla tych kobiet dostępny.
— Chłopak…? Dobrze słyszę? Courtney, nic nie mówiłeś! — odpowiedział Walter jeszcze weselej, a kurator wręcz się obawiał, że nagle wstanie i zacznie mu tu gratulować. Na szczęście nic takiego się nie stało i tylko dopytał z ciekawością: — Opowiedz coś o nim!
Courtney tym razem uśmiechnął się krzywo i wahał się dłuższą chwilę. Chciał się tym z kimś podzielić, ale… do cholery, dawał się posuwać własnemu podopiecznemu, a do tego niepełnoletniemu! To było tak niewłaściwe, jak tylko się dało. Nie mógł powiedzieć swojej psycholog, bo już widział gromy sypiące się z jej oczu. Nie miał żadnej zaufanej psiapsióły, a w pracy miałby przejebane, gdyby dowiedział się ktoś niepowołany. I jakkolwiek Walter był otwartym gejem, który nie powinien go oceniać, tak chyba teraz wolał nie ryzykować.
— Jest to na razie w fazie początkowej, ale podoba mi się, ja podobam się jemu. Seks jest dobry, dobrze się rozmawia…
— Bardzo dobrze to słyszeć, naprawdę. Długo byłeś sam, zresztą, jesteś sam, odkąd się znamy. Nigdy nie mówiłeś o żadnym związku.
— Bo w żadnym nie byłem. Nie licząc czegoś toksycznego z lat dzieciństwa. Myślałem, że się nie nadaję do bycia z kimś… — Courtney westchnął cicho, skubiąc migdały z wierzchu swojego rogalika. — Jestem zabiegany, żyję pracą. Czasami chyba za bardzo się narzucam, za bardzo chcę mieć wpływ na drugiego człowieka, uszczęśliwić na siłę i to nie w kwestii zaborczości, ale… chyba przesiąknąłem już tą pracą na tyle, że ciężko znoszę nawet zwyczajnie kiepski nastrój kogoś prywatnie, bo mam wrażenie, że od razu muszę to naprawić, zmienić, że to wszystko zależy ode mnie. — Co prawda jego psycholog kiedyś uznała, że takiego zachowania nie nabył w wyniku pracy, a przez to, że w dzieciństwie był obsypywany wyrzutami i cały czas miał wrażenie, że zawodzi bliskich. Ale on się od tego odgradzał i wolał uważać, że to swoista „choroba zawodowa”.
Jego rozmówca ściągnął brwi i klepnął go lekko w wierzch dłoni łyżeczką.
— Nawet jeśli masz takie potrzeby i tak się zachowujesz, to nie znaczy, że nie nadajesz się do bycia z kimś. Każdy się nadaje i każdy na to zasługuje i zapewniam cię, Courtney, że jesteś jednym z lepszych ludzi, jakich znam — powiedział, pochylając się dodatkowo w jego stronę i uśmiechając przyjemnie. — Bardzo dobrze, że znalazł się ktoś, kto cię docenia. Może kiedyś go poznam?
Kurator zaśmiał się i ugryzł rogalik, żeby dać sobie czas na odpowiedź.
— Jasne. Może, jeśli to przetrwa dłużej. Mówiłem, to jest faza wstępna. Nie ma co zapeszać — stwierdził pobłażliwie. I naraz naszło go coś, więc wypalił: — Walt, macie z mężem jakieś zwierzęta?
Zaskoczony tym pytaniem prawnik uniósł brwi i wyprostował się na swoim krześle. Dojadł już swój posiłek, więc tylko sączył resztki kawy.
— Nie, nie jest to jakieś nasze marzenie, poza tym mieszkam w apartamentowcu, nie w domu z ogrodem.
Kurator zagryzł wnętrze policzka z zamyśleniem i zmrużył oczy z przepraszającą miną, kiedy zapytał:
— Bo chociaż tymczasowo nie wzięlibyście kociaków?
Tym jeszcze bardziej zaskoczył Waltera. Jego jasne, niebieskie oczy zrobiły się trochę większe, a powieki szybko zamrugały.
— Hm… Przyznam, że nigdy nie marzyłem ani o dzieciach, ani o zwierzętach… A i nie ma nas w domu szczególnie często, bo obaj pracujemy na pełny etat. Wiesz, jak to jest w naszym zawodzie… — zaczął niepewnym głosem.
Courtney od razu uśmiechnął się do niego uspokajająco i wytarł dłonie w serwetkę.
— W porządku, tylko pytałem, znam realia. Po prostu w schronisku mają cholernie mało miejsca, a wiesz jak to jest z małymi zwierzakami. Zobaczysz i serce mięknie momentalnie.
Walt zaśmiał się cicho i pokiwał głową.
— Tak samo jak moje, gdy patrzę na mojego męża — odpowiedział żartobliwie. — Ale co do przetrzymania… Nie wiem, Courtney, zaskoczyłeś mnie… Ale nie chcę odmawiać kategorycznie. Pomyślę, ewentualnie potem zapytam męża i dam znać, okej? Tylko nic nie obiecuję.
— Pewnie, rozumiem. Dzięki i sorry, że się tak nagle narzuciłem.
Prawnik machnął ręką, zbywając jego słowa, a widząc, że i jego rozmówca już skończył jeść, skinął na drzwi.
— Zbierasz się też? Mnie czeka dzisiaj jeszcze dużo pracy niestety.
— Mnie też, więc tak, zbieram się. I tak jestem spóźniony — przyznał z westchnieniem Courtney i uniósł się od stolika.
Gdy wyszli na zewnątrz, uścisnął dłoń Walta na pożegnanie i wsiadł do swojego samochodu. Czuł, że nie wróci do domu przed ósmą wieczór… Nie uśmiechało mu się to, ale zamierzał wszystko załatwić. Wolał mieć uporządkowane sprawy, chociaż w jego pracy było to trudne z racji ich nawału. Ewentualnie zawsze mógł wziąć trochę papierów do domu, ale… było mu szkoda marnować czas w domu na pracę, gdy miał tam kogoś bardzo seksownego…

***

Było już po ósmej wieczór, kiedy Courtney parkował pod domem. Widząc, że światło w salonie jest włączone, uśmiechnął się do siebie lekko i wysiadł z samochodu. Jakoś nagle miło mu się zrobiło, że nie wraca do pustego mieszkania. Że ktoś tam czeka. To było dla niego bardzo nowe uczucie, ale… bardzo przyjemne. Wolał nie myśleć o tym, jak szybko może się to skończyć.
Z teczką z dokumentami, luzując po drodze krawat, wszedł do domu przez frontowe drzwi. Był trochę zmęczony, ale cieszył się, że ten dzień już się kończył i będzie mógł odpocząć.
— Sieeema! — Usłyszał z salonu w akompaniamencie dźwięków dobiegających z telewizora. Chase oglądał mecz hokeja i chyba nie kwapił się, żeby biec mu na powitanie, w przeciwieństwie do Tanka, który w jednej chwili znalazł się przy nim, obwąchując go i merdając ogonem.
Courtney szybko odłożył teczkę na szafkę i kucnął przy psie.
— Siema! — odpowiedział w stronę Chase’a i podrapał Tanka za uszami. — No cześć, bestio, nie widzieliśmy się całe jedenaście godzin — zamruczał z rozbawieniem i dopiero się uniósł. Podążył do kanapy, pochylił nad jej oparciem i pocałował chłopaka w policzek. — Jak tam dzień?
— A spoko. I tylko, kurwa — Chase zaśmiał się i zakrył na moment jedną dłonią twarz — żeś odwalił z tym serduszkiem. Myślałem, że się spalę, jak to wyciągnąłem z plecaka. Ale zajebiste były.
Courtney uśmiechnął się szerzej, patrząc na niego, podparty łokciami o oparcie kanapy.
— Niespodzianka się udała, hm?
— No udała, aż za bardzo. No mówię, myślałem, że się spalę. Serduszko, kurwa! – Zarechotał. — Jak jakaś zabujana lala.
— Wystarczająco babskie, żeby nie podejrzewali o to faceta, nie? Dobra, idę się umyć, zrobię sobie kawę i zaraz wracam — stwierdził kurator i pokierował się do łazienki, po drodze całkiem zdejmując krawat i odpinając guziki koszuli.
Chase zaśmiał się znowu, kręcąc przy tym głową. Pomysł z serduszkiem na śniadaniowej torbie był całkiem fajny, ale zapewnił mu naprawdę spory szok, kiedy niczego nieświadom, znalazł pizzerinki w plecaku. Były pyszne, ale robił dosłownie wszystko, żeby kumple nie widzieli torebki, w jakiej się znajdowały. Nie chciał znów słyszeć tekstów o zakochiwaniu się i o tym, że laska chce go usidlić, czy cokolwiek takiego. Starczyło, że w ogóle miał śniadanie do szkoły zrobione, żeby były głupie śmiechy. Nie chciał narażać się na więcej.
Kiedy Courtney zniknął za drzwiami łazienki, wrócił do oglądania hokeja. Przy okazji drapał Tanka po głowie, bo ten położył mu ją na kolanie, dopraszając się czułości niczym kot.
Niecałe pół godziny później dołączył do niego Courtney w swoich ciuchach do spania, z filiżanką gorącej kawy. Podkulił jedną nogę, popatrzył na telewizor i napił się. Pachniał świeżo, trochę sobą, trochę żelem pod prysznic i miał wilgotne włosy.
— Jak mecz? — zagadał.
— Na razie Kaczory przegrywają z Królami — wyjaśnił Chase, chociaż to też było widać na telewizorze w tabeli z wynikiem. Była już końcówka meczu i nie zapowiadało się, żeby Los Angeles Kings mieli oddać zwycięstwo Kaczorom z Anaheim.
Courtney ściągnął brwi, obserwując chwilę mecz.
— To jakieś spotkanie pokazowe? — zapytał, bo wiedział, że poważne mecze zaczynają się za tydzień, od początku października.
— Mhm, pokazowe, ale fajnie pooglądać, żeby zobaczyć, w jakiej są formie, nie? — Chase uśmiechnął się do mężczyzny, lustrując przy okazji jego półnagie ciało. Sam był wciąż w spodniach i koszulce.
— I komu kibicujesz?
— Trochę Kaczorom, ale to raczej tak wiesz, bardziej z sentymentu. Kiedyś-kiedyś widziałem te stare filmy, co to tam o nich były. Czy w ogóle o hokeju. Ale teraz są średni.
— Nie jestem na bieżąco z hokejem — przyznał Courtney, który wiele w tym temacie powiedzieć nie umiał. Częściej oglądał futbol czy baseball. — A propos… — Wskazał głową na ekran, nim znowu się napił. — Za tydzień rozpoczyna się sezon, a kiedyś proponowałem ci zdobycie biletów na jakiś mecz. Będę pod koniec miesiąca pisał sprawozdanie na twój temat, masz dobrą opinię w schronisku, przeprosiłeś Newtonów, w szkole na razie brak problemów… chyba że o czymś nie wiem. Myślę, że dałoby się na któryś mecz załatwić wejściówki. Jeśli byś chciał — dodał, odwracając do niego głowę.
Chase także na niego spojrzał i miał przy tym dość kwaśną minę.
— Nie wiem… Znaczy spoko by było iść na mecz, ale to takie… No, kurwa. No, że… — Westchnął ciężko, nie mogąc zebrać tego, co myśli, w logiczne zdanie. — No wiesz, wtedy myślałem, że to takie kupowanie ze względów, nie? Teraz nadal to podobnie widzę jakoś.
Courtney westchnął ciężko, napił się kawy i odłożył filiżankę na stolik.
— Masa ludzi będących na twoim miejscu wykorzystywała takie możliwości nagminnie. Poza tym proponuję takie rzeczy nie tylko tobie, ale też innym podopiecznym w zamian za dobre sprawowanie. Skoro sobie na to zasłużyłeś, masz prawo, ale… — Przypomniał sobie nagle, co mówił Walterowi Masonowi o uszczęśliwianiu na siłę. Ale czy teraz nie był w roli kuratora? Zamierzał zdobyć wejściówki z budżetu rządu, a nie ze swojej kieszeni, więc nie było to naginanie siebie, nic prywatnego. Nie tak dawno temu przecież załatwił swojemu podopiecznemu wyjazd na festiwal graficiarzy. — Nic na siłę. Jak nie chcesz, nie naciskam, ale pamiętaj, że jest możliwość.
Chase założył ramiona na klatce piersiowej i zsunął się niżej na kanapie.
— Sam nie wiem. No, bo fajnie by było, no ale… Nadal mam wrażenie, jakby to było czymś podłożone. Chociaż teraz wiem, że nie jesteś jakąś parówą, coby mi coś wcisła i potem wypominała.
— Nie, bynajmniej nie jestem taką parówą — odpowiedział Courtney z lekkim rozbawieniem, a Tank położył pysk na kolanie Chase’a i wpatrzył się w niego. — To byłaby fajna zabawa dla ciebie i może któregoś z kumpli. Bo myślę, że dostałbyś dwa, maks trzy bilety.
— A ty byś nie szedł? — spytał Chase, zanim dokładnie przemyślał, co chce powiedzieć.
Mężczyzna pokręcił głową.
— Nie muszę cię aż tak pilnować, a… Chase, sam mówiłeś, że masz teraz mało czasu dla kumpli. Lepiej oglądać mecz z dobrymi kumplami niż dziewczyną czy kuratorem — odpowiedział Courtney i uśmiechnął się do niego lekko. Chciałby się gdzieś wybrać z tym chłopakiem, ale uważał, że Chase też potrzebuje czasu, żeby się wyszaleć, by pobyć bardziej nastolatkiem niż pracownikiem złomowiska czy schroniska albo w ogóle kimś, kto musi się zachowywać dorośle. A to jednak łatwiejsze, gdy ma się obok kogoś w swoim wieku. Nie chciał go hamować.
Chase poruszył swoim małym nosem, zastanawiając się nad tym, co usłyszał. W końcu skinął głową, dochodząc do wniosku, że Courtney ma rację.
— No, to tylko bym musiał pomyśleć z kim. Czy byśmy jakoś dokupili jeszcze dwa i podzielili się kasą. Ale to najpierw chyba musisz ogarnąć, czy w ogóle by się dało, tak?
— Dam ci znać w przyszłym tygodniu. Tylko musisz mi wcześniej powiedzieć, jakie drużyny by was interesowały. To też będzie zależeć, gdzie odbywają się mecze, bo myślę, że nie pozwolą wysłać cię na drugi koniec Stanów. Pogadaj z kumplami i będziemy ustalać, w porządku?
— No spoko. Podumamy nad tym na śniadaniówce — odparł Chase ze skinieniem, nie zauważając nawet, kiedy zgodził się, żeby jednak coś dostać za dobre sprawowanie. Zaczynał za bardzo ufać mężczyźnie. Ten w końcu nadal był też jego kuratorem, a nie tylko dziewczyną. I musiał o tym pamiętać, bo przecież, żadna dziewczyna nie miała takiej władzy, żeby nasłać na niego policję, jeśli się nie będzie do niej odzywać.
Courtney uśmiechnął się i położył mu dłoń na udzie.
— Nie dałeś mi jeszcze buziaka — rzucił i wychyliwszy się do niego, cmoknął go w policzek. — Ach, i kociaki są już w schronisku. Zobaczysz je pewnie w pracy w niedzielę.
— O, super! — Chase uśmiechnął się na wieść o kotach. — Nie spuchłeś, jak je odwoziłeś? — spytał, po czym pociągnął mężczyznę za rękę, którą ten mu położył na ciele. A kiedy ten upadł mu na uda, pochylił się i ugryzł go w kark.
Tank aż odskoczył, zaskoczony tym, co się dzieje. Zaszczekał nawet dwa razy i kiedy Chase się roześmiał, sam zamachał radośnie ogonem.
Kurator za to podparł się na jego udzie i jęknął w odpowiedzi na ugryzienie.
— Nie, ale jak zaczerwienione białka mogłem dzisiaj zwalić na alergię na koty, tak śladów zębów na karku już nie…
Chase zaśmiał się i jedną dłoń położył mężczyźnie tuż nad pośladkami, a drugą chwycił go za brodę, nakłaniając do poniesienia się. Kiedy ten już to zrobił i usiadł na nim okrakiem, pocałował go w usta.
— Chyba nikt nie widział twojego karku, co?
— Mmm… raczej nie — odmruczał Courtney, sam ujął go z boku twarzy i jeszcze raz wychylił się po tę mokrą pieszczotę. Lubił się z nim całować, więc nawet przytulił się trochę do niego i przedłużył to.
Chase zamruczał w jego usta i mocniej objął go w talii.
— Chyba też powinienem się umyć, hmm?
— Mhm… — odpowiedział kurator, skubiąc jego wargi.
Chase uśmiechnął się znowu całą twarzą. Bez wątpienia był osobą, po której było widać emocje.
— To skoro i tak już przegrali, i nic się nie zmieni w meczu, to pójdę się umyć, tak? A ty… — oblizał już podrażnione usta — gdzie na mnie zaczekasz?
Jego opiekun powoli przesunął dłonią po jego boku i cudem powstrzymał się, by nie zacisnąć jej na kroczu chłopaka. Och tak, chciał go poczuć.
— Myślę, że nie będziemy deprawować Tanka i poczekam w sypialni na łóżku — odpowiedział w końcu, zdając sobie sprawę, że pies cały czas się na nich gapi.
— A ja myślę, że nic mu nie zaszkodzi, ale… mmm — zamruczał Chase, bo skubnął wargami ucho mężczyzny — może być. A w ogóle, jadłeś coś?
— Mhm, kupiłem sobie kanapki z tuńczykiem niedawno. Nie miałem czasu na ciepły posiłek. A ty? Obsłużyłeś się w kuchni? — dopytał gospodarz, jeszcze moment poddając się jego pieszczotom, ale w końcu odsunął się, żeby chłopaka nie zatrzymywać. Mieli czas.
— Tak, podgrzałem sobie bekon i pieczywo w opiekaczu. I jedną zjadłem z masłem orzechowym. I poszedł cały sok. — Chase wyjaśnił. Przez takie kombinacje kojarzył się Courtneyowi z dzieckiem. Te często jadły kanapki z dżemem i masłem orzechowym albo makaron. Boczek wchodził w jadłospis wraz z dojrzewaniem i zapotrzebowaniem na mięso.
— Jutro kupię karton, a w sobotę już więcej, jak pojadę na zakupy — uznał gospodarz. Jakoś dziwnie nie przeszkadzało mu, że Chase korzystał tak z jego mieszkania. W jakiś sposób go to cieszyło. Chłopak czuł się tu swobodnie. — To co? Idziesz się umyć, a ja czekam w sypialni, hm?
Chase skinął głową żywiej.
— Mhm, może być. A w sobotę, o której, jeszcze mi powiedz, bo może bym się zabrał z tobą? Coś, ten… bym pomógł, czy dorzucił się i coś dla siebie kupił? — spytał, już podnosząc się z kanapy.
Courtney wzruszył ramionami i sięgnął po filiżankę z resztką kawy.
— Mogę się dostosować, sobotę mam wolną. Idziesz do pracy rano czy po południu? Ale do jedzenia się dorzucać nie musisz. Jak coś, możesz kupić jakiś żel pod prysznic albo coś takiego, jak masz inne gusta zapachowe niż ja — odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Chase zrobił trochę nieprzekonaną, a trochę zakłopotaną minę. Od bardzo dawna, prawie odkąd pamiętał, do czegoś się dokładał u siebie w domu. To, że jego pieniądze za ojca w ogóle przepadały, było oczywistością, ale czym był starszy, tym bardziej musiał zarabiać na siebie, żeby w ogóle coś mieć. Od jedzenia począwszy, po kosmetyki i tym podobne. Co prawda nie dokładał nic do czynszu, wody czy prądu u dziadków, ale gotować babcia też mu nie gotowała. Nie, odkąd sam zaczął być do tego zdolny. Teraz więc, jakkolwiek fajnie było mu mieszkać u Courtneya, miał wrażenie, że żyje u niego bardzo na tak zwany „krzywy ryj”.
— Na rano. Ale to coś tak dla siebie, co będę chciał, to sam kupię, nawet jak do żarcia. Bo tak, no… dziwnie. I tak tu już mieszkam, to trochę tak marnie, że jeszcze cię obżeram.
Kurator dyplomatycznie skinął na zgodę głową i wstał z pustą filiżanką.
— W porządku. Bylebyś nagle nie powiedział „nie” mojej kuchni, bo mnie „obżerasz” — uprzedził i cmoknąwszy go w policzek, pokierował się do kuchni.
Chase obejrzał się za nim i przygryzł wnętrze policzka. Nie miał za specjalnej miny, ale cóż, nie miał też pomysłu, jak na to odpowiedzieć. Udał się więc do łazienki, żeby się umyć i podumać pod strumieniami ciepłej wody o pysznościach, jakie jego „dziewczyna” umiała przygotować.

7 thoughts on “Newton’s Balls – 33 – Zabiegany, ale szczęśliwy

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, wow, super, że nadrabiasz! Lubię zbiorowo czytać Twoje komentarz. Tu odpiszę na dwa ostatnie pod NB. Więc to, co napisałas w poprzednim – „Chase jest zajebisty, mimo że czasami się zachowuje jak niezbyt inteligentny gówniarz, to ma takie wielkie serce i niektóre jego gesty mnie po prostu rozczulają.” – takie prawdziwe. Dobrze, że widać, że zachowuje się jak niezbyt inteligentny gówniarz, bo w sumie taki jest XD No i Courtney nie może mieć z nim za łatwo przecież, hehehe. Ale tak, ma wielkie serce i trzeba je z niego wydobyć. Jak sama widzisz, stara się też umilić mu życie, bo chyba dochodzi do wniosku, że jak szczęściu kogoś nic nie zagraża, to z człowieka wychodzą właśnie te najlepsze cechy. Awww no i jak słodko pochwaliłaś Kukurydzka. Ale jako kurator to w sumie zabawne, że jest kijowy właśnie tylko w sprawie Chase’a, a właśnie chce być dla niego taki najlepszy XD Ale myślę, że i tak jego sposoby mogą działać bardziej niż sposoby kogoś innego, gdyby ktoś tylko siedział sobie w biurze i raz w miesiącu sprawdzał, czy Chase żyje i finto. Kukurydz przynajmniej się przejmuje. Mam nadzieję, że zarówno Chase, jak i Kukurydz jeszcze nie raz Ci pokażą, że obaj mają wielkie serce :)

  2. kaczuch_A pisze:

    Kurczaczek lubię Kukurydza, serio, ta akcja z żarciem do szkoły, to serduszko, to pochwalenie się przed Waltem, że ma faceta no i oczywiście to, że jest taki cudowny dla Tanka, po prostu zajebisty facet. Co prawda w roli kuratora jest kijowy, a przynajmniej pod względem prawnym, ale w sumie tylko jak chodzi o Chase’a. Ta akcja z jego drugim podopiecznym, zajebista, z tą bronią, no miodzio~! Czekam na więcej~!

  3. Katka pisze:

    Kasia, wiesz, często pokazujemy Kukurydzka w postaci bardziej „miękkiej”, jako takiego spokojnego opiekuna, „gosposię” itd., a jednak trzeba pamiętać, że są też mroczne sekrety jego pracy i w niej często musi zwyczajnie pokazać siłę. Więc tak uznałyśmy, że warto pokazać i tę jego stronę, którą ma, ale której w toku fabuły za bardzo nie ma jak pokazać. Co do braciszka – to się okaże, bo jednak ten wiele razy trafią za kratki zaraz po wyjściu zza nich, więc Courtney widzi małe szanse. Ale może się zmienił. Zobaczymy. Haha, a smaczek musiał być, by może Wasza wyobraźnia zadziałała XD Też dziękujemy za komentarz i pozdrawiamy!

    O., haha, jakieś sprośne scenki Ci się rodzą w głowie XD Słodko. Może kiedyś to wykorzystają… A Hugh… no cóż, to nie był jego szczęśliwy dzień XD

    MoNoMu, trochę racji jest w tym, co piszesz. Mnie się wydaje zawsze, że przebywanie z Walterem mogłoby być podobne do przebywania z Marvinem z NE – oni obaj są tacy… „zajebiści”. Ja osobiście bym miała takie poczucie „Boże, jaka ja jestem zjebana, a jak on ma łatwo w życiu” XD I to może zarówno wkurzać, jak i budzić pewne poczucie niższej wartości XD Albo ogólnie czasem zbyt duże szczęście drugiej osoby zwyczajnie wkurza XD Choć mimo to chyba nie pogardziłabym takim Waltem jako mężem, gdyby mnie kochał tak jak Jamesa XD A co do związku Courtneya z Chasem – myśle, że nie chodzi tu absolutnie o wstyd. On zwyczajnie dobrze kalkuluje i zdaje sobie sprawę, że po prostu wyleciałby z roboty, gdyby to wyciekło, a Chase miałby przejebane. Zarówno w szkole, jak i mógłby też w zamian dostać kiepskiego kuratora. Courtney tego nie chce, wiec mimo ze chętnie łaziłby za rękę ze swoim chłopakiem po ulicy, tak nie chce robić sobie i jemu problemów. „Chase martwił się tym, czy jego „dziewczyna” coś zjadła. Wpadł, jak śliwka w kompot :)” – a to, 100% racji XD Nic dodać, nic ująć :D

    Kyna, już powolutku, widzę, myślicie o braciszku. Mogą być problemy, to prawda, bo Courtney nigdy jakichś mega dobrych kontaktów z nim nie miał. Ale zobaczymy, zobaczymy… Może coś ciekawego się szykuje. A kociaczki i James – zdeeecydowanie do niego pasują :D Duża myszka i małe kociaczki XD

  4. Kyna pisze:

    Ten braciszek, niuch niuch, sprowadzi jakieś problemy, niuch niuch. Wyczuwam nosem… Miejmy nadzieję, że nie mam dobrego „węchu”.
    Kociaaaaczki. Chciałabym zobaczyć naszego kochanego nauczyciela z tymi kotkami xD Pasowałyby mu…
    Pozdrawiam serdecznie! :D Uśmiech!

  5. MoNoMu pisze:

    Walt, serio, truskawkowy lukier? Fuj. I te wykrzykniki przy jego wypowiedziach… Po prost widzę tę aurę szczęścia uderzającą w Kukurydzę. Fajnie się o nim czyta, ale w realu chyba bym go nie trawiła jak donutów z lukrem truskawkowym xD
    Kukurydza chyba nie zna zasady, że jeśli wstydzisz się swojego związku przed znajomymi, to coś jest grubo nie tak. Ale była jakaś autorefleksja, więc postęp jest. Chase martwił się tym, czy jego „dziewczyna” coś zjadła. Wpadł, jak śliwka w kompot :)

    Pozdrowienia i weny!

  6. O. pisze:

    Może tą broń by wykorzystał do odegrania jakiejś scenki z Chase’em? ;D
    Hugh miał pecha jak sto pięćdziesiąt xD

  7. Kasia pisze:

    No normalnie Kukurydzek okazał się muchos machos 😆 Twardziel i w ogóle, musiał seksownie wyglądać z tym gnatem w dłoni 😃No no, zupełnie nowe oblicze pokazał. Swoją drogą ten jego nowy podopieczny miał niezłego pecha… Ciekawe czy brat Courtneya też tak długo wolności zazna? Wieszczę że trochę dłużej, bo pasowało by gdyby jakieś zamieszanie wprowadził pomiędzy kuratorkiem a Chasem ☺
    Będę się bardzo śmiała jak Walt weźmie kociaki, ale to by nawet do nich pasowało. I szkoda trochę że Courtney nie mógł się wygadać Waltowi, no ale jak sam siebie podsumował to nie za dobrze wygląda jego sytuacja.
    Na koniec znowu smaczek na seksik narobiłyście i pewnie nic z tego nie będzie, oj niedobre jesteście, niedobre ☺
    Dzięki dziewczyny i pozdrawiam ☺

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s