Across The Cursed Lands III – 11 – Każdy spełnia się w swojej roli

Jefferson nie musiał wyglądać za okienko w stodole, żeby wiedzieć, że jest wcześnie. Czuło się rześkość w powietrzu, a ponadto koniec września był dość chłodny rankami. Obudziło go skrzypienie drzwi od stodoły, gdy Maverick wszedł do środka.
Mieli posłanie na górze, gdzie można było wyjść po drabince i dostać się na swoisty balkonik. Było tu trochę sprzętu, kilka zapasowych siodeł, grabie i inne przydatne na ranczu przyrządy. Leżało też sporo siana, na którym William i Jefferson spali. Zabawne było, że ten pierwszy, mimo ostentacyjnego marudzenia na takie „barbarzyńskie” miejsce do snu, spał teraz bardzo głęboko tuż obok.
— Black. Chodź na śniadanie. — Ranger usłyszał głos Zwierzaka z dołu.
Wstał i podszedł do skraju pięterka.
— Budzić Willa? — spytał na wszelki wypadek.
Zobaczył na dole już odzianego mężczyznę. Maverick miał nawet na głowie swój wysłużony, kowbojski kapelusz. Stał z rękami na biodrach i zadzierał głowę.
— Nie. Niech śpi. Jedziemy we dwójkę.
Jefferson skinął głową na znak, że rozumie i że zaraz będzie. Czuł się wyspany, ale trochę nerwowy. Mógł na wiele rzeczy zwalić taki stan rzeczy. Począwszy od tego, że będzie polować ze swoim idolem z dzieciństwa, przez to, że było to dla niego nowe miejsce, skończywszy na stresie, czy się sprawdzi. Nie budząc więc Williama, zostawiwszy go zwiniętego między kocami leżącymi na dużej kopie siana, zaczął się pospiesznie ubierać. Spodnie, koszula, kamizelka… We wszystkim tym, kiedy skończył, było mu gorąco. Ale na zewnątrz na pewno było chłodniej niż w stodole. Cichej, spokojnej stodole, gdzie nikt im nie zawracał głowy, kiedy byli sam na sam.
Zszedł z całym swoim osprzętem na dół. Przywitał się z Oficerem i udał na śniadanie.
Wszystko czekało już na niego na ganku. Był tam rozstawiony stoliczek, na nim zaś leżały dwie miski parującej kaszy kukurydzianej. Rzadko kiedy Jefferson miał z tym styczność, ale ta była ewidentnie na słodko, bo dostrzegł na wierzchu kilka suszonych owoców i orzechów.
Na jednym z bujanych krzeseł siedział Maverick, właśnie sięgający po jedną z misek. Obok niego na deskach leżał Flap. Był jednak znacznie mniej żywotny niż wczoraj. Ewidentnie spał, a jego skrzydła były pokracznie rozłożone, podobnie jak łapy. Na jednej z nich spoczywał jego pysk, a nozdrza powoli i miarowo poruszały się, gdy spokojnie oddychał.
— Sypia tak na ganku? — spytał Jefferson, ostrożnie wchodząc na deski, obawiając się, że mała kreatura się obudzi. Nie był aż tak negatywnie nastawiony do mutacji jak inni, ale miał do nich dystans. W końcu było to coś innego, niespotykanego, z czym nie nauczył się koegzystować.
— Zazwyczaj. Squabaty są bardziej aktywne nocą. Poluje, a rankiem wraca i tu sypia — wyjaśnił Maverick, zerkając przez ramię na swojego pupila, który na szczęście nie zbudził się, mimo poruszenia i głosów. W obecnych warunkach jego ciało wydawało się bardziej czarne niż granatowe.
— To aż niezwykłe, że nie reaguje źle na obcych. — Jefferson podzielił się swoim spostrzeżeniem i usiadłszy, zabrał za jedzenie. Był głodny.
Musiał przyznać, że było coś niesamowitego w takich porankach. Gdy tylko spojrzał na to, co się przed nimi rozpościerało, wręcz zaparło mu dech w piersiach. Niebo było jeszcze szarawe, choć cienka linia nad horyzontem już stawała się pomarańczowa, a nad nią wznosiło się słońce. Otaczała ich absolutna dzicz. Trawy, krzewy i bardzo sporadyczne drzewa. Było niesamowicie cicho i spokojnie, a przez to wszystko w tym momencie czas wydawał się nie płynąć.
— Wychowywał się ze mną od małego. Wszystko zależy od pierwszych stadiów życia — wyjaśnił Maverick spokojnie, nabierając co raz łyżką swoją żółtą, słodką kaszę.
Jefferson też jadł, ale z większym pośpiechem. Patrzył przy tym to na gospodarza, to na jego pupila, to na okolicę. Było pięknie.
— Dobre miejsce do życia. — Westchnął. — Też wychowałem się na farmie. Trochę jednak ciągnęło mnie, żeby coś robić. Do tego wszystkie historie o was… — Zaklął sobie szpetnie. — Aż nie wierzę, że to naprawdę wy.
Maverick przeżuł swoją porcję, po czym w końcu oderwał wzrok od Flapa i zerknął na Jeffersona ze słabym uśmiechem.
— Wybacz za zawód.
Młody mężczyzna ściągnął swoje ciemne brwi.
— Co? Jaki zawód?
— To wszystko — mruknął Maverick. — Nie tego się na pewno spodziewałeś po Boosie. Że Wściekła Jess walczy dla złej sprawy? Że Dżentelmen lekceważy wszystko i znika? Że Zwierzak zakotwiczył się na ranczu i odciął od wszystkiego? Że nie jesteśmy już razem…
— Mały Nick żyje. To było wielkie zaskoczenie. I jesteście wciąż razem, no, dla TABiW. Mówiło się, że w ogóle się rozeszliście, więc to jest dużo lepsze niż opowieści — wyjaśnił Jefferson, nie rozumiejąc pesymizmu Zwierzaka.
Ten nie odniósł się do jego słów. Jefferson może miał nadzieję na pociągnięcie tego tematu, ale Maverick, gdy już kończyli posiłek, zmienił go.
— Jesteś z południa? Jakim cudem dogadujesz się z ludźmi północy? — Najpewniej odniósł się do Williama. — O to nieraz trudniej niż o dogadywanie się z Indianami.
— Z początku się nie dogadywaliśmy. Will jest specyficzny. — Ranger roześmiał się i odstawił miseczkę po swoim posiłku. Był najedzony. Dawno nikt nie zrobił mu jedzenia, za które nie musiał płacić. — Ale po pewnym czasie się udało. Nie rozmawiamy o czarnych, ani o polityce bardziej niż trzeba.
— Gdy padają takie tematy, lepiej w grupie. Tak jak rozmowy o surowcach i ich wykorzystaniu toczyły się między Showem a Adelą, a o amunicji między Nickiem i Jess… — Maverick westchnął ciężko i uniósł się. Zabrał obie miseczki. — Przynieś wszystko, co wczoraj przygotowaliśmy i weź konia. Zaraz przyjdę po Nacomę.
Jefferson przytaknął i chciał poczekać, żeby pociągnąć ten temat, bo nie chciał go zupełnie zostawiać. Był dla niego nie tylko ciekawy, ale na swój sposób też ważny, bo z Boosą wiązał wiele wspomnień, więc chciał wiedzieć, jacy oni naprawdę są. Ale na to mieli czas. Jak nawet nie dziś, to później. Musiał być cierpliwy w tej kwestii, tak samo jak musiał być cierpliwy podczas polowania. Wstał więc z krótkim „dobrze” i poszedł do stodoły po rzeczy.
Słońce wzniosło się już nieco wyżej, gdy wyjechali z terenu rancza, ale ani Flap, ani William się nie obudzili. Maverick podejrzewał, że i Nicholas jeszcze odsypiał trudy podróży. Miał nadzieję, że wrócą z dużym zapasem jedzenia.
— Najpierw zapolujemy, zobaczymy, jak nam idzie. Potem pokażę ci, gdzie jest jezioro — powiedział, gdy szli po wysokiej trawie, noga za nogą.
Konie były spokojnie, chociaż Oficer interesował się kasztanką Mavericka bardziej niż Pigmentem Williama. Jefferson nie dziwił mu się.
— Na coś konkretnie?
— Zobaczymy, co się nam trafi. Jest tu sporo zajęcy, dzikiego ptactwa, ale też mniejsze kotowate czy lisy. Mogę trochę mięsa zasuszyć — odparł Maverick, rozglądając się po okolicy. Siedział w siodle znacznie luźniej niż William czy Nicholas. — Musimy też coś złowić dla twojego kompana.
— Może też jeść warzywa. Nie widziałem, uprawiasz tu coś? — spytał Jefferson, ale nie patrzył głównie na towarzysza, a na okolicę, wypatrując w trawie ruchu. Miał nadzieję, na zająca.
Mieli pod ręką strzelby, byli gotowi do szybkiej reakcji, choć Jefferson już się dowiedział, że zmierzają głębiej w chaszcze, gdzie może będzie więcej gryzoni.
— Zioła, dynia, kukurydza, ale teraz robi się zbyt chłodno, by to wszystko rosło. Mam wiele konserw zrobionych po zbiorach.
— To w razie co będzie się tym żywił. — Jefferson bardziej nie potrafił pogodzić się z tym, że William nie jada mięsa, niż że jest z północy. — A w ogóle, co poza polowaniami tu robisz?
Drugi jeździec westchnął głęboko.
— Mutacje. Obserwuję i badam w razie możliwości to, co się zmienia. Ale nie baw się w Nicholasa na przesłuchaniu. Opowiedz mi, jak przeżyliście walkę z korbarami — zachęcił i skręcił za jednym z nielicznych, niskich drzewek w stronę oddalonego lasu.
Jefferson zaśmiał się na samo wspomnienie. Byli wtedy jeszcze z braćmi Dog. To od nich mieli dziennik, a raczej widzieli go u nich.
— Ledwo, to chyba dobre słowo. To kurewsko wielkie bydlaki o wielkich szponach. Polowaliśmy na nie dla ich czaszek. A konkretnie dwaj tacy bracia… — zaczął opowiadać mężczyźnie to, co przeżył, co widział i jak przetrwali to wszystko, jeszcze z Williamem na wozie.
Zaskoczył się, jak rozmowa z Maverickiem potrafi być relaksująca. Tak, relaksująca to było chyba najlepsze określenie. Mężczyzna miał w sobie coś, co uspokajało, wprowadzało specyficznie leniwy stan, a równocześnie dawało pewność, że nie ma się do czynienia z głupim, prostym farmerem. Jego wiedza o mutacjach była wielka i ta krótka historia o korbarach wystarczyła, żeby Jefferson przekonał się, że informacje zawarte w dzienniku są jedynie skrótem myślowym tego, co faktycznie Maverick o tych stworzeniach wie.
— Środki odurzające tworzone ze zrogowaciałych elementów różnych mutacji są coraz bardziej po… — Maverick urwał w połowie zdania, gdy dostrzegł ruch po lewej stronie Jeffersona. Już w milczeniu wskazał brodą w tamtym kierunku, równocześnie sugerując Rangerowi, żeby to on strzelał.
Ten nawet chwili się nie zawahał. Przymierzył broń, nogami zatrzymał Oficera, żeby się nie ruszał, wybrał miejsce, gdzie zaraz powinno się pojawić zwierzę, które najpewniej zobaczyło ich szybciej niż oni je i… nacisnął spust. Kula wyleciała z potworną prędkością i trafiła idealnie w główkę zająca, który wyskoczył zza krzaka. Zwierzę padło od razu.
— Jestem pod wrażeniem. — Usłyszał zza swoich pleców. — Był daleko.
Po tym Maverick spiął Nacomę piętami i podążył przez trawy w kierunku martwego zwierza.
— Z tego żyję — odparł Jefferson, chociaż kiedy celował, miał wrażenie, że dłonie drżą mu trochę bardziej niż zwykle i trudniej mu wycelować. Ale odruchy pomogły i zrobił to bezbłędnie. — Nicholas i Jess chyba najlepiej wśród was strzelali?
— I każde z nich walczyło o pierwsze miejsce w rankingu. Nikt tak żywo się nie wkurzał jak Jess, gdy brakowało pół cala w pobiciu rekordu strzelania do celu — odparł Zwierzak, a gdy dotarli do martwego zająca, zeskoczył z siodła i podniósł go z ziemi.
Jefferson został w siodle. Miło było iść na polowanie z kimś, kto nie brzydzi się zwierząt i tak luźno porusza się na końskim grzbiecie.
— To chyba stąd to jej przezwisko „wściekła”. A „mały” u generała? On nie jest chyba mały.
— Chyba? Widziałeś go. To lekka ironia. Zawsze był dużym chłopcem.
Jefferson zaśmiał się, tym razem trochę bardziej skrępowany.
— Były też teorie, głównie wśród kobiet, że to z innego powodu jest nazywany „mały”.
Maverick mimowolnie przełknął ślinę, gdy od razu pomyślał o tym, co Nicholas kryje w spodniach. Związał zająca, przewiesił go przez siodło i wskoczył na klacz.
— Nie. Jeśli o to chodzi, to też ironia — odparł i spiąwszy klacz, ruszył dalej przez chaszcze.
Jefferson dalej śmiał się pod nosem i nadal był trochę ogłupiały tym, jaki temat sam wyciągnął.
— No tak, w końcu już kilka lat dobrych się znacie.
— Choć wystarczy raz go zobaczyć, by wiedzieć, jaki jest. Dopytaj swojego lekarza, ale chyba genitalia nie zmieniają w dorosłym życiu swojego rozmiaru.
— No niby tak… — Jefferson nie wiedział, jak inaczej to podsumować. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru mówić, o czym jeszcze słyszał odnośnie tego, co działo się między nimi. — A Dżentelmen? Naprawdę też był taki sam wtedy, jak teraz?
Maverick znów westchnął głęboko i pokierował Nacomę w niezbyt szeroką, bo rzadko uczęszczaną ścieżkę pomiędzy drzewami, którą można było dotrzeć do jeziora.
— Tę wyprawę zamierzasz wykorzystać na przesłuchanie w sprawie ligi? Nie wyglądasz na skrybę spełniającego się w wolnym czasie.
Ranger trochę się speszył, ale nie czuł się zrugany, więc pociągnął temat.
— Cóż… no nie, byliście moimi idolami, jak byłem dzieciakiem. Chyba nie możesz mi się dziwić, że jestem ciekawy. To dla mnie cholerny zaszczyt.
Maverick uśmiechnął się na tyle delikatnie, że aż nie było tego widać przez jego zarost. Chwilę jechał w ciszy przed siebie, kierując się na razie do miejsca, w którym często znajdował ptasie jaja. Może i będą mieli szczęście tym razem.
— Dla mnie to niecodzienne, że ktoś, z kim rozmawiam, wie, kim kiedyś byłem. Jedynymi osobami, które znają naszą przeszłość, są doktor Lund z kwatery w Kansas, Isaac Hamilton, którego na pewno poznałeś i prezydent Grant.
— Ten przylizany kutas i prezydent dzielą tę samą tajemnicę? — Jefferson aż się zaśmiał, bo trudno było mu uwierzyć, że ktoś taki jak Isaac miał taki sam zaszczyt wiedzieć, kim jest Zwierzak, Mały Nick i reszta Boosy, jak prezydent. — Koleś jest niemożliwy — jęknął na koniec, rozglądając się przy okazji po okolicy. Roślinność była tu sucha, tak samo trawy, ale wszystko ze sobą spokojnie współgrało.
Lasek, w który wjechali, też nie był specjalnie bujny, ale to dawało poczucie innej dzikości niż chociażby wtedy, gdy wkraczało się do gęstych lasów w innych rejonach kraju, przez które Jefferson i William przejeżdżali. Tam miało się wrażenie większego niebezpieczeństwa, może to przez większą ilość dźwięków wydawanych przez naturę, czy to w postaci szumiących na wietrze liści, czy licznego ptactwa, a może przez wiele elementów krajobrazu, za którymi mogło skrywać się zagrożenie. To jednak mogło być złudne, bo i tu, tak jak mówił Maverick, mogło się nagle pojawić chociażby drapieżne ptactwo.
— Jest łajzą, ale inteligentną. Ma głowę do książek. Nauczyłem się, że w życiu łatwiej sobie radzić w grupie. Nikt nie jest dobry we wszystkim — odpowiedział Zwierzak.
Jego towarzysz skinął głową, ale zaraz odparł coś, co przeczyło jego gestowi.
— Ale teraz jesteś tu sam. W ogóle to wszystko się rozpadło przez tego… no, ten wypadek z płazerem? Czy było coś jeszcze? Wybacz, jeśli za dużo pytam, ale zawsze mnie interesowaliście i chyba powoli mija mi szok. — Znowu zaśmiał się ze skrępowaniem.
— Atak płazerów wszystko rozwalił. Byliśmy grupą, jak mówiłem. Każdy spełniał jakąś rolę. Nie mogliśmy się pozbierać, gdy Nick walczył o życie, a potem o sprawność. — Głos Mavericka lekko zachrypnął, gdy tylko przed oczami przebiegły mu kolejne obrazy z czasów te trzynaście lat temu. — Jess sobie nie poradziła i znikła, ale Show bardzo nam pomógł. Nick żyje właściwie tylko dzięki niemu. Tak jak i ja — dodał znacznie ciszej. Wiedział, że gdyby wtedy Nicholas umarł, i jego serce w jakiś sposób dokonałoby swego żywota.
— Także byłeś ranny? — spytał młodszy mężczyzna, zastanawiając się, jak to wszystko wtedy wyglądało.
— Nie — odpowiedział Maverick spokojnie i zatrzymał swoją klacz, a potem zeskoczył z siodła. — Nicholas jest mi zbyt bliski, bym sobie poradził z jego śmiercią. Poczekaj tu z końmi. Pójdę w chaszcze zobaczyć, czy są jaja — dodał i odwiązał od siodła jeden płócienny worek.
Jefferson, nie mając większego wyboru, został tam, gdzie stał i tylko się rozejrzał. Nie dziwił się Maverickowi, że strata przyjaciela mogła być ciężka. Sam czasami śmiał się z siebie, że rozpaczałby po Oficerze bardziej niż po niejednym człowieku.
Poczekał kilka minut na powrót Zwierzaka. Jak się okazało, ten niósł ze sobą w worku prawie tuzin jaj. Pokazał je Jeffersonowi i opowiedział coś pokrótce na temat ptactwa, którym je podebrał. Jaja były bardzo duże, ale podobno ptaki, które je składały, wcale takie duże nie rosły. Ważne jednak, że mieli coś, co mógł zjeść również William. Potem podążyli dalej, przez lasek, aż dotarli nad jezioro.
Pojedyncze drzewa, zatoczka otoczona gęstymi krzakami i duża tafla niebieskiej wody, która ciągnęła się w dal, ale już nie w szerz. Jezioro było długie, ale wąskie. Otoczone bujniejszą trawą, wyższą i gęstszą niż dalej od zbiornika wodnego. Wiatr tworzył na tafli wody małe zmarszczki, a Jefferson aż wziął głęboki oddech, czując wilgoć w powietrzu. Była przyjemna, w porównaniu do wiatru, który niósł ze sobą piasek, kiedy było za mało wody.
— Niech konie się tu wypasą. Tylko byle twój ogier nie tykał mi Nacomy — uprzedził ostro Maverick, gdy zeskoczył z siodła i już za uzdę pociągnął swoją kasztankę w stronę zbiornika.
Jefferson skrzywił się lekko.
— A jak niby mam to zrobić? — burknął, samemu zsiadając.
— Skutecznie — odparł jego towarzysz, idąc już przodem.
Jefferson powstrzymał ciętą ripostę. Nie zamierzał kłócić się ze Zwierzakiem, a na pewno nie teraz, kiedy dopiero co go poznawał.
Podprowadził Oficera do jeziora i czujnie spojrzał, czym ten jest bardziej zainteresowany. Wodą czy klaczą. Na razie wolał wodę.
Odciążyli konie z niedużego bagażu i znaleźli sobie wygodne miejsce do połowu ryb. Maverick zarzucił sieć na skraju bardzo prowizorycznego molo, a następnie usiadł na deskach i z małej saszetki, którą nosił przy pasku, wyciągnął zasuszone kształty, przypominające robaki, jakich Jefferson nie znał. Podał jednego Rangerowi, a drugiego zaczepił na koniec żyłki w swojej wędce.
— Trochę czasu tu spędzimy. Mam nadzieję, że masz cierpliwość.
— Jako taką… — odpowiedział młodszy mężczyzna, bo zwykle, kiedy wiedział, że musi spędzić w bezruchu długi czas, tak jak czasami w siodle, zwyczajnie przysypiał. Teraz jednak w ogóle nie chciało mu się spać. Ale jak mógł nawet o tym myśleć, kiedy siedział obok przesławnego Zwierzaka?
— To dobrze — odmruknął ten spokojnie i przybrał wygodną pozycję.
Rondo kapelusza chroniło jego oczy przed słońcem, a i ubrany był odpowiednio. Nie zbyt lekko, bo jednak temperatury nie były tak wysokie, jak latem, ale najwyraźniej przygotował się do tego, że spędzą dużo czasu wystawieni na promienie słoneczne.
Jefferson spojrzał na niego i pozwolił sobie krótko westchnąć, nim zarzucił haczyk z przynętą do wody. Nie powinni rozmawiać, co go wcale nie cieszyło w tej chwili. Jego „jako tako” było naprawdę bardzo jako takie. Cisza była relaksująca, jednak równocześnie przytłaczająca, gdy miało się dużo pytań. Siedzieli jednak w takich warunkach długie kilkadziesiąt minut. Złapali w tym czasie dwie nieduże ryby, zarzucili wędki po raz kolejny i na szczęście Rangera Maverick wreszcie się odezwał:
— Spędzałeś dużo czasu w towarzystwie Nicka w kwaterze? — Jego głos był pozornie spokojny, w specyficzny sposób łagodny.
— Hmm? — Jefferson wyrwał się z zadumy nad spławikiem. — Nie, nie był za bardzo dostępny. Cały czas pracował, więc w sumie niewiele miałem z nim do czynienia. Dopiero teraz, jak tu jechaliśmy, zamieniliśmy więcej niż dwa słowa.
— A… — Maverick zawahał się przez moment i niby monotonnym spojrzeniem rozejrzał się po tafli jeziora. — Przychodził ktoś do niego?
Jefferson ściągnął brwi. Nie rozumiał.
— Kiedy? Zresztą, skąd mam wiedzieć?
— Nocowaliście również w kwaterze — fuknął Maverick i zarzucił dalej wędkę. — Ale jak nie wiesz, to nieważne.
— Nikt spoza kwatery nie może tam przecież być. Ale generał zwykle przebywał w swoim biurze. Tylko raz, jeśli pamiętam, William widział go poza.
— Mm — mruknął cicho Maverick, ale nie pociągnął rozmowy. Myślał tylko, czy to, co mówił Jefferson, było prawdą albo może Nicholas ukrywał się jakoś ze swoimi romansami. Obawiał się, że je ma. Że dlatego jeździł do Kansas, by poczuć się na nowo młodym, witalnym, by nie marnować życia na kogoś tak wycofanego, nudnego i już mało atrakcyjnego jak on.
Jefferson nie wiedział, co odpowiedzieć. Skupił się więc na kilka długich minut na rybach. Całkiem nieźle brały, ale jednak nie umiał myśleć tylko o nich, bo nie rozumiał, po co Zwierzak tak dopytywał o Małego Nicka.
— Ale… No, chyba generał nie może być… nie wiem. Czemu pytasz? — wydukał, bo irracjonalne by było, żeby właśnie Nicholas był jakimś zdrajcą, który spotykał się z przeciwnikiem i to jeszcze w kwaterze.
— Być…? Pytam, bo… — Maverick też się zawahał i skończył nie takim kłamstwem, w jakie mógłby odwrócić tę rozmowę — martwię się o niego.
Jefferson odetchnął z wyraźną ulgą.
— On chyba też się martwił, bo… czuć było, że jest podenerwowany. Nawet pamiętam, że kupował bandaże. Zgaduję, że dla ciebie.
Odruchowo Zwierzak spuścił wzrok na swoje dłonie. Były owinięte już trochę starymi, pranymi kilka razy bandażami. Mimowolnie uśmiechnął się blado.
— Flap często gryzie ręce. Nick zawsze dba o zapełnienie naszej apteczki.
— No, dlatego myślę, że nadal jesteście dobrą drużyną. Byliśmy też w sklepie myśliwskim… znaczy, mnie generał wysłał. Myślę, że to ktoś, kto dba o ludzi — dodał jeszcze Jefferson, nie myśląc o tym, że mógł jakoś wygadać Nicka z tym, że kupił coś Maverickowi.
— Nick był w sklepie myśliwskim? — Zwierzak popatrzył na niego czujniej.
— Jak byliśmy w Davenport, to robiliśmy tam zakupy.
Maverick znów mruknął tylko na potwierdzenie, a w głowie zaczął analizować to wszystko, do usłyszał. Nicholas nie pokazywał mu nic ze sklepu myśliwskiego. Co mógł kupić?
— A czy… — zaczął i naraz skulił się odruchowo, gdy po okolicy rozległ się głośny, przenikliwy skrzek, który jednak był bardziej dźwięczny niż ten wydawany zwykle przez Flapa.
Siedzący nad wodą mężczyźni obejrzeli się gwałtownie i ujrzeli, jak trójka drapieżnych, przerośniętych i, co dziwne na te tereny, dość wzorzystych ptaków pikuje w stronę pozostawionych z boku juków. Jeden z nich w locie uderzył dziobem i szponami innego, a trzeci wykorzystawszy to, pierwszy dopadł do zajęczej padliny i szarpnął ją w górę.
Maverick syknął gwałtownie i poderwawszy się, sięgnął po strzelbę, a następnie oparłszy łokieć na zgiętym kolanie, gdy tylko przyklęknął, wycelował i strzelił dwa razy. Ptak skrzeknął i opadł w dół, puszczając zwłoki zająca, a pozostała dwójka, zamiast wystraszyć się strzału, już poszybowała do jedzenia.
Jefferson miał strzelbę przy rzeczach, które zostawili, ale przy sobie, jak zawsze, parę rewolwerów. Przymierzył się jednym i strzelił. Kolejny ptak, zamiast pikować, spadał już na ziemię, dezorientując na chwilę ostatniego, który jeszcze był cały.
Potem jednak stało się coś, co zaskoczyło Rangera. Zwykle w takich sytuacjach ptaki płoszyły się, uciekały i tym samym porzucały łup, który wcześniej wyczuły. Te jednak były inne. Różniły je nie tylko wzorzyste pióra, ale też niezdrowa determinacja. Jeden z rannych ptaków, podlatując i podskakując, znalazł się przy zwłokach zająca i spróbował ciągnąć je dziobem i szponami. Zaraz przy nim znalazł się drugi ranny zwierz, który, powłócząc za sobą przestrzelonym skrzydłem, skrzeczał i atakował rywala w walce o tę mało atrakcyjną przekąskę. Obraz był tak dziwny i zaskakujący, że Jefferson nie zauważył, jak ostatni z trzech ptaków poszybował łukiem ponad drzewami, przeleciał od strony jeziora i zarył szponami po jego ramieniu. Tylko ramieniu i tylko dlatego, że Maverick zamachnął się i trzonem strzelby uderzył zwierzę, aż to opadło na deski ze skrzekiem. Potem jednak poderwało się gwałtownie i z furią znów skoczyło do dwóch uzbrojonych mężczyzn.
— Nie podda się tak szybko! — zawołał Maverick, sprawnie przeładowując strzelbę.
Jefferson także zaklął, ale miał więcej czasu. On miał dwa rewolwery i nie musiał przeładowywać. Zbliżył się więc do ptaszyska, które ewidentnie samo chciało go zaatakować i strzelił w łeb, żeby już drugi raz się nie podniosło. Dawno nie widział czegoś z taką chorą determinacją, która była wręcz szkodliwa dla tego gatunku.
Obejrzał się i zobaczył, że Maverick właśnie kroczy spokojnym marszem w stronę wciąż walczącej o padlinę dwójki. Scena była niepokojąca i wręcz wzbudzająca ciarki na plecach, gdy widać było, jak poszarpane od szponów i dziobów ciała, krwawiące i słaniające się na nogach, wciąż się atakowały i nie ustawały. Nawet nie zwróciły uwagi na mężczyznę, gdy ten stanął trzy kroki dalej i każdemu z nich wymierzył kulkę. Zrobiło się wręcz dziwnie cicho, gdy tylko ucichło echo wystrzałów.
Jefferson popatrzył na kolorowe ptaszysko, które leżało obok niego na pomoście. Schował rewolwery do kabur i chwycił się za ramię, czując, jak rozcięta skóra piecze.
— Pięknie… — mruknął, dodając do tego kilka epitetów. — To tu jakaś norma?! — zawołał do Mavericka, który właśnie szedł z zajęczym truchłem do jeziora, by je opłukać.
— Nie! Do niedawna nie! — odkrzyknął. — To dziwna mutacja! Nie wiem, skąd przybyły. Ich zmiany zdecydowanie dotyczą mózgu, przez co trudno je zbadać.
— Zmiana w mózgu, w sensie, że są pierdolnięte? — spytał Jefferson i zaczął się rozbierać, żeby też chociaż trochę opłukać trzy podłużne zacięcia. Ostatnio miał od tego Williama. Aż się odzwyczaił od zajmowania się sobą. — Same się skurwysyństwa wytłuką.
— Myślę, że to bardzo prawdopodobne. Mają zaburzone zdolności uczenia się. Jak widzisz, też zaburzone instynkty przetrwania — mruknął Maverick, kucając przy skraju jeziora i opłukując zająca. Zerknął przy tym na Jeffersona, już półnagiego. — Zbieramy się do domu. Mamy jedzenia przynajmniej na dziś i jutro. Ciebie chyba trzeba zszyć.
— A te ptaszyska? Nie zabierasz chociaż jednego? — spytał Jefferson, opłukując ramię wodą i zerkając na truchła, by upewnić, czy może jakimś cudem jednak któryś ze spławików się zanurzył. Niestety tak nie było.
Maverick tymczasem obejrzał się na ptactwo i lekko się skrzywił.
— Możemy wziąć jednego na zupę. Ich mięsa Nick nie lubi, ja też nie przepadam, ale na zupę mogą się nadać — uznał, choć z małą ochotą. Wracając z zającem, zawinął jednak z powrotem do molo, żeby wziąć ptaka zabitego przez Rangera. Pozostałe dwa były zbyt rozszarpane i uszkodzone. — Zabierz wędki i sieć — polecił jeszcze młodszemu towarzyszowi, nim ruszył ze zwierzyną z powrotem do koni, żeby ją przywiązać do siodeł i przygotować konie do drogi powrotnej.
Ranger zgodził się i tylko w głowie zaczął się zastanawiać, jak dobrze musieli się znać Nicholas z Maverickiem, skoro ten znał gust kulinarny generała. Nawet jeśli była mowa o nowym zwierzęciu. Nie ociągał się jednak i nie przedłużał, bo ramię mu doskwierało i miał nadzieję chociaż na jakiś opatrunek, żeby krew tak uciążliwie nie spływała mu po ręce, kiedy zbierał rzeczy.
Doszedł do koni i Zwierzaka, a gdy ten przyjmował od niego worek ze złowionymi rybami, odłożył go, zaszedł Rangera od tyłu i zerknął na jego ciało.
— Na razie zawiążę ci to prowizorycznie — powiedział i zaczął grzebać przy swoich jukach, gdzie na wszelki wypadek zawsze nosił jakieś opatrunki, w tym stare, ale wyprane bandaże. — Twój lekarz poskłada cię w domu.
— Mój lekarz. — Jefferson zaśmiał się z tego sformowania. — Nie jest prywatnym lekarzem. Zresztą dziś w większości zajmuje się generałem — dodał, czekając bez koszuli z gołym torsem i ramionami, aż Zwierzak zrobi coś, żeby nie brudził wszystkiego krwią.
— Mogłem powiedzieć „twój przyjaciel”, ale w stosunku do twojej rany ważna była jego profesja — odpowiedział Maverick ze słabym uśmiechem i podszedł do niego z bandażem i gazą. Był dokładnie takiego samego wzrostu co Ranger, więc bardzo łatwo było go opatrywać. Przytknął mu gazę do rany i dodał: — Unieś trochę rękę.
Młodszy mężczyzna wykonał polecenie bez marudzenia.
— Nie znamy się aż tak długo. Nie wiem, czy jesteś zaznajomiony z tym, co się dzieje w agencji, ale pracuję z nim, odkąd Show został ranny w drodze do Galveston. Dziwny z niego świr.
— Dlaczego świr? — podjął temat Maverick, żeby cokolwiek mówić, gdy powoli i starannie opatrywał młodszego mężczyznę. W duchu podziwiał jego ciało. Było młode, silne i sprężyste. Wiele by dał, by tak wyglądać.
— Ma obsesję na punkcie ludzkiego ciała. No i to niejedzenie mięsa… Nie chciał też jeździć konno. Taki świr z lekka. — Ranger wymienił rzeczy, które według niego były najdziwniejsze w Williamie.
Maverick zerknął czujniej na jego twarz, gdy stał z boku i owijał mu bandaż przez pierś.
— Ale nie brzmisz, jakbyś nim przez to gardził.
— Chyba kwestia przyzwyczajenia. Już trochę wspólnie w drodze przeżyliśmy. A i jest dobrym lekarzem. Tak mi się zdaje.
— Pokładam w tym nadzieję. Zajmuje się Nickiem — burknął Zwierzak i w końcu związał opatrunek. — Możemy jechać.
— Mhm, złoży go na pewno — dodał jeszcze Jefferson jako sygnał, że on wierzy, że wszystko będzie dobrze.
Po tym obaj wsiedli na konie i ruszyli znowu na ranczo Zwierzaka.
Po położeniu słońca na niebie poznali, że minęło południe. Mieli ptaka, zająca, kilka ryb i jaja, więc jak na przerwane przez nagły atak polowanie uznali, że było całkiem owocne. Po powrocie na ranczo okazało się, że William również nie był bezczynny. Znaleźli go wraz z generałem na ganku, rysującego coś w notatniku na kolanie. U jego boku, na deskach, stała skrzynka z narzędziami, z kolei Nicholas… nie miał metalowej dłoni. Resztę lekarz mu najwyraźniej łaskawie zostawił, ale metalowe paliczki znajdowały się właśnie w miseczce na skrzynce z narzędziami, a lekarz co raz po nie sięgał i coś zapisywał.
— Och. Dzień dobry — powitał przybyłą dwójkę, gdy tylko usłyszał, jak ci nadjeżdżają.
Generał był mniej rozmowny. Tylko skinął im głową na powitanie i od razu przeszedł do konkretów.
— Jak polowanie?
Maverick właśnie zeskakiwał z konia, więc w odpowiedzi na pytanie partnera odczepił od siodła ich połów i uniósł go.
— Coś tam mamy. Ale mieliśmy małą przygodę z ornantami. One nigdy się nie nauczą — mruknął, idąc z całym połowem do schodków.
— To te samobójcze ptaszyska? — spytał Nick, a widząc pióra zmutowanych ptaszysk, zaklął. — Ta, faktycznie się nie nauczą. Jesteście przez to wcześniej? — spytał, a Jefferson zeskoczył z siodła, nie obciążając zabandażowanego ramienia.
— Ta, dobrze, że ich więcej nie było. A tu jak?
William już chciał odpowiedzieć, że dobrze i streścić krótko, co odkrył w kończynie generała, ale zaciął się. Tak, zbyt często i dokładnie obserwował Jeffersona, żeby nie zauważyć zmiany w jego postawie. Odłożył notes i uniósł się.
— Jesteś ranny — spostrzegł, mijając się na schodkach z Maverickiem.
Ten nawet się za nim obejrzał, a Nicholas uniósł brwi z zaskoczeniem na to, jak lekarz się poderwał i podszedł do Rangera. Ten właśnie przewracał oczami jak dziecko, które matka przyłapała ze zdartymi kolanami.
— To niewielkie zacięcia. Maverick trochę mnie związał, żebym nie krwawił.
— Jakby były niewielkie, to byś nie krwawił — odparł chłodno William i sięgnąwszy bez pardonu do jego kołnierza koszuli, obsunął go, by spojrzeć na opatrunek. — I nie miał przewiniętego przez cały tors bandaża.
Jefferson westchnął ciężko.
— To nie mój pomysł. To po to, by się nie zsunęło — burknął, stojąc w miejscu, gdzie zszedł z Oficera i trochę śmiejąc się z tego, że teraz ogier jakoś nie przeszkadzał lekarzowi, który zwykle się go bał. Najwyraźniej William zupełnie o tym zapomniał na rzecz oglądania jego ran. Nie zwracał też uwagi na dwójkę mężczyzn na ganku, którzy po prostu się na nich gapili.
— Pójdę po rzeczy do stajni — oznajmił stanowczo, nie komentując tłumaczenia Jeffersona i zwyczajnie podążył do drugiego, drewnianego budynku na ranczu, zostawiając pracę nad kończyną Nicholasa.
Ten popatrzył za lekarzem, po tym na swoją dłoń w częściach.
— Chyba zabrałeś mi, kowboju, lekarza — rzucił do Jeffersona, który poprawiał na sobie koszulę.
— Nie skomentuję — mruknął i zwrócił się do Mavericka. — Zabrać Nacomę?
Zwierzak skinął głową, wciąż trzymając połów i w duchu spostrzegając, że nawet na takich różnych ludzi jak lekarz z północy i Ranger z południa działa wspólne podróżowanie. Więzi tworzone w takich warunkach z reguły są bardzo mocne i właśnie chyba to zaobserwował na podstawie tej dwójki.
— Zabierz. Ja się zajmę naszymi trofeami.
— Ta jest — odpowiedział Jefferson i chwycił Oficera za uzdę, po czym podszedł do klaczy i ją też zabrał, żeby zaprowadzić do stajni. Jeśli William już tam poszedł, to mógł do niego dołączyć i trochę go uspokoić, żeby nie zachowywał się, jakby wrócił z dziurą w brzuchu.
Lekarz właśnie schodził po drabince na dół, trzymając w jednej ręce zawinięte w grube płótno narzędzia i medykamenty. Obejrzał się na Jeffersona, gdy go usłyszał.
— To te ptaki? Maverick mówił, czy mają zatrute szpony?
— Nic o tym nie mówił. Chyba by mnie ostrzegł, gdyby tak było, a nie zapewnił, że pewnie mnie poskładasz, kiedy wrócimy — prychnął Ranger, bo uważał, że w sumie to, co już miał, wystarczyło, ale wiedział, że William nie odpuści. I trochę też z tego powodu było mu miło.
Zajął się ulokowaniem koni w boksach, upewnił się, czy mają wodę i spostrzegł, że William czeka na niego przy wyjściu ze stajni. Znów miał ten wyraz profesjonalisty, który bez względu na życzenia pacjenta zrobi z nim to, co uważa za słuszne.
— Skoro nawet Maverick uważa, że to konieczne, to chcę to jak najszybciej zobaczyć. Ale czy to nie ciekawe? Miałeś swoją pierwszą przygodę ze Zwierzakiem — zauważył, gdy już razem z Rangerem ruszył do domu.
Jefferson od razu się roześmiał.
— Może nawet nie zrobiłem nic głupiego, ale czułem się jak nowicjusz jakiś! — rzucił mocno krytycznie do siebie, ale nadal nie umiał przełamać tej bariery, że Mały Nick i Zwierzak byli normalnymi ludźmi, a nie bohaterami, jak ich widział w dzieciństwie. Choć wciąż wzbudzali respekt. Nawet teraz, gdy Nicholas dalej siedział na ganku, jak każdy inny, z jedną dłonią odkręconą i czekał na zmiłowanie.
— To zapewne przez porównanie siebie i przekonanie, że oni są we wszystkim niesamowici. Rozmawialiście o Boosa? — dopytał William, idąc powoli, by móc jeszcze zamienić z Jeffersonem kilka słów.
— Niewiele. Pytał, czy chciałem poświęcić całe polowanie na wypytywanie, więc odpuściłem. Ale dziwnie pytał o generała. Czy ktoś u niego bywał w kwaterze — odparł, też się nie spiesząc.
— Och… — William aż zerknął na niego uważniej i jeszcze bardziej zwolnił. — Podejrzewa go o zdradę…?
— Chyba ty nie myślisz, żeby generał…?
— Nie, nie sądzę. Choć niepokoi mnie, że Wściekła Jess zdradziła dobrą sprawę. Może tego Zwierzak się obawia w stosunku do Nicholasa — mruknął, ale nie ciągnął tematu, bo byli zbyt blisko ganku i rozmowa o tym mogła być niebezpieczna. Widział karabin Nicholasa. Wolałby nie zostać przez niego podziurawionym, gdyby ten faktycznie okazał się zdrajcą i wiedział, że coś podejrzewają. A w końcu, czy rodzeństwo nie trzymałoby się razem? Woleli obaj o tym nadmiernie nie myśleć.
— Ta… Może tak być — zgodził się Jefferson, a zaraz po tym obaj weszli na ganek.
— Zaraz skończę z twoją dłonią, Nicholas, tylko pozwól, że zszyję Jeffa, jeśli to tego wymaga — zwrócił się do generała lekarz i wskazał swojemu partnerowi stołeczek na ganku. Sam położył swoje narzędzia obok. — Usiądź i rozbierz się. Zaraz wrócę z miską wody.
Jefferson westchnął z popisową rezygnacją, ale zajął miejsce, które wskazał mu lekarz. Zabrał się za zdejmowanie ubrań z góry ciała, żeby przy okazji nie naruszyć ran.
Nicholas w tym czasie oglądał okoliczności przyrody, Maverick zajmował się upolowanym jedzeniem, zaś William wrócił po chwili na ganek, usiadł za plecami Rangera i z profesjonalizmem zajął się jego raną. Nie podobało mu się, że na tym idealnym ciele pojawiły się takie szramy i zamierzał zadbać o nie tak, by nie zostały ślady.
— Dużo tu takich dzikich stworzeń? — zapytał generała, gdy przemywał rany.
— Czasami się pojawiają, ale teraz tego cholerstwa wszędzie dużo. Na szczęście, z tego, co wiemy, nic nie żyje pod ziemią — mruknął, bo i tak nie miał co ze sobą zrobić, kiedy był bez ręki.
— Często tu bywasz? — dopytywał William, naraz postanawiając wybadać teren plotek, o których wcześniej wspominał Ranger.
— Jeśli tylko mogę — odparł oschle Nicholas, ale nie bardziej niż zwykle. — To miejsce uspokaja. Każdy po jakimś czasie zaczyna mieć jakąś swoją bezpieczną przystań.
Lekarz musiał się z tym zgodzić, bo ostatnio czuł potrzebę, żeby i samemu mieć takie miejsce.
— Kiedy zaczynaliśmy z Jeffem naszą podróż i trafiliśmy do ośrodka w Luizjanie, bardzo spodobał mi się tamten budynek — powiedział spokojnie. Wrzucił brudną szmatkę do miski i wyciągnął igłę i nici. — Mógłbym mieszkać w takim, choć potrzebowałbym dobrego dojazdu do miasta. Stąd jest jakieś bliżej niż Davenport?
— Jedno dość małe — odparł spokojnie Nicholas, a Jefferson zaśmiał się, żeby zaraz się skrzywić, kiedy igła wbiła się w jego ciała.
— Uusz… — syknął. — Ale, Will, co? Chciałbyś mieszkać w takim domu razem z tym skurwysyństwem w piwnicy?
— Nie. Nie razem z tym czymś. Sprawdziłbym piwnicę bardzo dokładnie.
Ranger znów się roześmiał, ale tak, by nie ruszać się za bardzo, bo czuł, że igła wbija mu się w skórę.
— A słoje z sercami?
— Słoje z sercami były bardzo ciekawym dodatkiem — odpowiedział William pół żartem, pół serio, ale Ranger wiedział, że faktycznie się tym potwornie podniecał. Potwornie, bo trzeba było być niezdrowym na umyśle, by cieszyć się czymś takim.
Lekarz dalej go szył, po raz kolejny uznając, że Ranger był bardzo dobrym pacjentem. Nie rzucał się, nie kręcił, jak niektórzy. No i przy okazji sam mógł pooglądać jego seksowne, szerokie plecy. I gdyby rany nie zniszczyły jego skóry, pewnie ekscytowałby się też kolorem jego krwi. Tak jednak, wolał, żeby jego powłoka była cała.
— Powiedzmy. Wolałbym, żebyś mojego nie wkładał do słoja jako ozdoby biurka — prychnął.
Nicholasa chyba też to rozbawiło, bo zaśmiał się nisko. William zaś jedynie westchnął cichutko z rezygnacją i kontynuował zajmowanie się raną. Tymczasem z domu wyszedł Maverick. Spojrzał po całej trójce i zerknął na plecy Jeffersona.
— Głęboko weszły?
— Niestety tak. Powinniście bardziej uważać — mruknął lekarz, który już kończył zabieg.
— Łatwo powiedzieć, kiedy coś na ciebie spada z nieba — burknął Jefferson, jakby nie była to luźna, troskliwa uwaga, a wyrzut.
William już chciał coś odpowiedzieć, że może refleks mu się zmniejszył przez to, że był ze Zwierzakiem i się rozkojarzył, ale gdy zaklejał mu opatrunek i położył dłoń na jego łopatce, ściągnął brwi z uwagą.
— Jeff, nie masz gorączki?
— Hm? Nie, a co? Nie czuję na pewno.
Ranger sam dotknął swojego czoła, a potem szyi, by upewnić się, czy tam też nie jest jakiś cieplejszy. Nie czuł, żeby był. William z kolei objął go i położył mu dłoń na czole.
— Ale jesteś cieplejszy. Na pewno nie czujesz się gorzej?
Jefferson ściągnął brwi, patrząc w górę na jego dłoń.
— Właśnie no nie. Może ty jesteś jakiś chłodny — prychnął na koniec, żeby już odgonić lekarza. Nie chciał, żeby ten za bardzo się nad nim cackał. Źle to wyglądało.
Dwójka starszych mężczyzn patrzyła na nich spokojnie, choć na swój sposób uważnie. William za to zabrał dłoń i zaczął pakować swoje medyczne narzędzia.
— Jeśli nie czujesz się źle, to może wszystko jest w porządku — uznał, choć nie wyglądał na przekonanego. — Możesz się ubrać — dodał. — Ale nie musisz…
Jefferson nie skomentował tego ostatnie zdania, bo zrobiło mu się naraz głupio, że William powiedział to przy kimś. Sięgnął od razu do swoich ubrań.
— Okej… to dzięki — mruknął.
— To teraz zajmiesz się moją dłonią? — wtrącił się Nicholas, już uznając, że dość czekał.
— Tak, oczywiście. Już ją skręcam — zapewnił William i podsunął sobie ponownie miseczkę z metalowymi częściami. — Nie będziecie się jednak może wybierać do miasta?
— My? Po co? — Maverick od razu ściągnął czujnie brwi.
— Dobre pytanie — dodał Nicholas, wyciągając metalową protezę do lekarza. Nadal źle się z tym czuł, że ktoś jej dotyka. — Nie jeździmy tam, jeśli to nie jest konieczne. I jest to schronienie dlatego, że się nie ruszamy i nikt nie wie, że tu jesteście.
— Właśnie — mruknął Zwierzak, który bardzo cieszył się, że tym razem Nick broni jego stanowiska, że lepiej nie wychylać stąd nosa.
William za to nie był zadowolony z takich odpowiedzi. Potrzebował narzędzi i surowców.
— Mam jednak pomysł, jak można by ulepszyć twoje protezy. Potrzebowałbym nie tylko narzędzi, ale też większego szkła powiększającego niż to, które mam.
Nicholas zamyślił się nad tym. Takiego czegoś raczej nie było szans dostać w najbliższym miasteczku, a i w Davenport też mogło tego nie być. Ruszanie się i poszukiwania były więc głupotą.
— A jesteś w stanie spisać swoje zapotrzebowania?
— Oczywiście — odpowiedział od razu William. — Nie w tym momencie, bo muszę jeszcze raz spojrzeć na schemat twoich protez, które zrobiłem, ale za kilka dni powinienem już być w stanie.
— Dobrze. Bo może ktoś mógłby nam to dostarczyć — uznał generał, widząc w tym jakiś plan, ale taki, który musiał jeszcze przedyskutować z Maverickiem.
Ten tylko spojrzał na niego czujniej, ale nic nie powiedział. Wolał rozmawiać o takich rzeczach z partnerem na osobności.
— W takim razie spróbuję wszystko spisać — podsumował lekarz.
— To powodzenia. Ale wieczorem siadamy do tego, co przywieźliście i co odkryliście — dodał Zwierzak, oparty plecami o drewnianą ścianę domu. — Trzeba wreszcie pomyśleć, co mamy robić.
— Zgadzam się — w końcu wtrącił się Jefferson. — Bo chyba nie będziemy tu też siedzieć wieczność.
— Nie musicie. Ja muszę tylko poskładać Nicholasa — odparł William, dając im wolną rękę i uznając, że on zajmuje się swoim przydziałem roli.
Maverick chyba stwierdził, że także zajmie się swoimi sprawami, ale o tym już nie powiadomił. Zwyczajnie wrócił do domu. Jefferson za to zauważył, że jego partner nie zrozumiał jego intencji. Nie chodziło mu o ten moment, ale cały czas spędzony na ranczu, żeby zająć się sprawą i ruszyć z nią dalej. Ale postanowił to w tej chwili zignorować i poszedł za Maverickiem, wołając, że może mu w czymś pomoże.
Nicholasowi za to pozostało jedynie oczekiwanie na odzyskanie ręki. Uznał, że dni na ranczu naprawdę płynęły powoli. Był w tym jakiś spokój i coś przyjemnego, chociaż wolałby spędzać tak dni, gdy już po prostu będzie po wszystkim…

11 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 11 – Każdy spełnia się w swojej roli

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, co do czułostek, na wszystko przyjdzie czas, więc spoko, myślę, że się doczekasz. Na razie starają się być bardzo ostrożni. Ale co im z tego wyjdzie, to się okaże XD No i fajnie tak gdybacie w ogóle od kilku rozdziałów, jak to wyjdzie na jaw i czyja to będzie wina. Tutaj chyba każda możliwość jest do spełnienia się. Ale chyba szczególnie Willa o to podejrzewacie. Cóż, doktorek na pewno jest mniej dyskretny niż inni… „Liczę, że doktorek z stuninguje protezy Nicka, liczę na to” – oj chętnie by to zrobił! ;) Dzięki za wenę! :D

  2. kaczuch_A pisze:

    Dzieje się, dzieje się, chociaż miałam nadzieję, że cała czwórka będzie bardziej dotykalska i trochę o ich czułostkach poczytamy, no cóż może w następnym rozdziale. Ale, ale tajemnice związków wyjdą na jaw, Will nie umie się powstrzymać, dla niego to jest naturalne, a i doktorek z Jeffem coś wyczują. Jak była mowa o rzekomej zdradzie generała to wydawało mi się jakby Jeff miał na myśli zdradę Zwierzaka, w takim związkowym sensie, ale teraz już się pogubiłam. Liczę, że doktorek z stuninguje protezy Nicka, liczę na to. I więcej, więcej czułości~! I tyle samo weny dla Was~!

  3. Katka pisze:

    Kasia, spoko, my raczej nigdy nie miałyśmy nic przeciwko takim własnym wyobrażeniom postaci. Znam ból tego, jak autor czasem walnie opisem postaci w połowie książki i taki zonk XD Bo się widziało ją zupełnie inaczej. Poza tym gusty i guściki, haha, nie każdy np. lubi widzieć Nicka z bliznami, gdy o nim czyta, bo to z jakiegoś powodu może budzić niechęć. Albo zwyczajnie mózg płata figle i sam podsuwa swoje obrazy. Ale artem z Maverickiem byśmy nie pogardziły :D

  4. Kasia pisze:

    No to ustawiłam ich już sobie w głowie ☺Swoją drogą to niesamowite że zapewne każdy z czytelników pomimo wszystkich opisów i tak w głowie ma jakiś swój obraz/wrażenie postaci. Ja widziałam Mava jako niskiego, dość żylastego i szczupłego faceta :) To pewnie dlatego że nikt go jeszcze nie narysował :) Ale i tak największe problemy mam zawsze z wyobrażeniem sobie twarzy. Ale może to taki mój mankament bo w ogóle mam kiepską pamięć do twarzy ☺

  5. Katka pisze:

    Kasa, powiem tak, Maverick i Jefferson są na pewno tego samego wzrostu. Nicholas jest po prostu znacznie wyższy. Ale jeśli chodzi o budowę ciała, to Jefferson jest mocniej zbudowany niż Maverick. Mavcio ma na pewno dobrze umięśnione uda, w łapkach też ma siłę, ale moim zdaniem jest smuklejszy niż Jeff. Choć zawsze trzeba brać pod uwagę, że on również pracuje fizycznie, więc mięśnie mu się wyrabiają. Ale tak, zapewne Twoje wrażenie jest wywołane tym, że po prostu Nick jest wielki XD William z kolei jest od nich wszystkich niższy, ale mały nie jest. Od Jeffa różnią go jakoś 3 cm, ale wydaje się mniejszy oczywiście przez budowę ciała, bo nasz lekarzyna to szczupły zajączek XD

  6. Kasia pisze:

    Niezłe miny musieli mieć Nick i Mav jak się William zerwał do pomocy Jeffowi i na to obejmowanie potem i sprawdzanie temperatury. Zdecydowanie widać że to nie jest zwyczajna przyjaźń, ale faceci będą to sobie pewnie jeszcze jakiś czas tłumaczyć. Zresztą to wypytywanie o Nicka, czy ktoś go czasem w kwaterze nie odwiedza też zbyt subtelne nie było. Mały zazdrośnik z tego Zwierzaka ☺Przez to że Nick jest taki duży jakoś zdawało mi się że Mav jest raczej mały i trochę się zdziwiłam że jest dokładnie taki jak Jeff. A Will? Wyższy, niźszy? Przypomnicie? Dziękuję za rozdział ☺

  7. Katka pisze:

    Linerivaillen, tak, teraz troszkę rozdziałów będzie bardziej lajtowych jeśli chodzi o fabułę, ale fajnie, że widać, że nie stoją w miejscu. Coś się dzieje, podejrzenia się rodzą, więc tylko czekać, który pierwszy pęknie XD

    SakueSeva, „Zaskoczyło mnie, że Will i Jeff wpadli na tak głupi pomysł jak zdrada agencji przez Generała.” – jakoś tak to była pierwsza myśl, gdy Maverick zaczął pytać o takie dziwne rzeczy XD W pewnym momencie, jak widac, podejrzewa się już wszystkich XD A Willuś oczywiście jak zawsze, tak jak mówisz, w kwestiach dotyczących jego niebotycznie cudownego i w ogóle najwspanialszego Rangera nie jest powściągliwym człowiekiem XD To wszystko teraz niczym taka bomba zegarowa. Kto pierwszy się połapie XD

    Kyna, zgadzam się stu procentach, że Jefferson i Maverick na takim wypadzie wyglądają razem bardzo naturalnie. Obaj się wyciszają wśród natury, są do niej przyzwyczajeni, więc jest prawdopodobieństwo, że nawiążą jakąś więź. A Nick… myślę osobiście, że Nick byłby super kompanem, gdyby nie był taki rozgoryczony życiem XD

    Luana, „Każdy przestałby uważać na gesty. Poza Willem, bo on nie uważa.” – haha, tak bardzo to prawdziwe XD ale no racja, ogólne napięcie by może trochę zeszło i by się chłopcy bardziej swobodnie poczuli. W sumie każdy z nich tutaj ma jakieś podstawy, by przewidzieć, co się tak naprawdę dzieje. Bo Jeff i Will znają plotki i widza, jak blisko są Nick i Mav, a z kolei gospodarze muszą zauważać te głupie, niekontrolowane spojrzenia doktorka XD „Sama czuję, że odpoczywam razem z nimi tej farmie. :)” – a to super :D cieszy nas, że nastrój u chłopaków się udziela! :D

  8. Luana pisze:

    Will ich zdradzi. To znaczy, to że jest z Jeffem. Jak napisała SakueSeva doktorek nie potrafi trzymać przy sobie łap i języka za zębami. Wciąż czekam aż oni się o sobie dowiedzą. Każdy przestałby uważać na gesty. Poza Willem, bo on nie uważa. A Maverick się temu przyglądał. Mav, mądry jesteś odkryj coś. I jak Jeff pamiętając o plotkach co do grzesznej bliskości Małego Nicka i Zwierzaka może myśleć, że Mavowi chodziło o zdradę ( i to nie taką o której my wiemy, że miał na myśli). I jeszcze ta rozmowa o penisie Nicka. No przecież, że Zwierzak wie co i jak i to nie dlatego, że razem podróżują. Jeff, myśl, bo ja tu z niecierpliwości nie mogę usiedzieć.
    Fajny rozdział, pomimo ataków tego ptactwa, spokojny. Sama czuję, że odpoczywam razem z nimi tej farmie. :)

  9. Kyna pisze:

    Will… haha No nie umie się zachować :D
    Podobała mi się ta wyprawa Jeffa i Mavericka. Jakoś tak naturalnie wyglądali w mojej głowie obok siebie. I coś czuję, że oni się pierwsi dogadają (chodzi mi o formę takiej zwykłej przyjaźni), bo Nick robi wrażenie(a może i nie tylko) złego na cały świat, a Will, spójrzmy prawdzie w oczy, jest dla nich dziwakiem xD
    Weny, czasu, powodzenia :)

  10. SakueSeva pisze:

    Mav i jego podejrzenia xD. Zaskoczyło mnie, że Will i Jeff wpadli na tak głupi pomysł jak zdrada agencji przez Generała. Wszystkie znaki na niebie i ziemi, głównie jednak ziemi, wskazują na grzeszną bliskość Zwierzaka i Małego Nicka :D. A jeszcze więcej znaków wskazuje na Jeffa i Willa. Jak nic gospodarze czują w powietrzu coś co niedługo okaże się związkiem. William to jednak nie umie trzymać łap przy sobie. Ani języka za zębami xD.

  11. linerivaillen pisze:

    Niby takie o niczym, a jednak popycha fabułę. Słodki rozdzialik. Mav i Nick chyba czują związek Willa i Jeffa xD albo przynajmniej mają podejrzenia. A co do podejrzeń naszej parki co do nicka – bezcenne! Tak blisko a tak daleko

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s