Across The Cursed Lands III – 10 – Bezużyteczny

Niebo przyozdobione w pomarańczową poświatę zachodzącego słońca było w tym miejscu wręcz zjawiskowe. William może nie był wrażliwy na piękno natury, ale chętnie siedział u boku Jeffersona na ganku domku Mavericka Baileya, spoglądał na niebo i czekał, aż zostaną zawołani na kolację. Z domu już przyjemnie pachniało, choć William zastrzegł, że prawdopodobnie pożywi się jedynie chlebem maczanym w tworzonej przez gospodarza potrawie. Nie zamierzał jeść mięsa.
— Wciąż ciężko mi uwierzyć, że to Zwierzak — rzucił lekarz po raz kolejny, przekręcając kubek z gorącą herbatą w dłoniach. — Wyobrażałem go sobie całkiem inaczej.
— Mhm — przytaknął Jefferson. — Ja też, chociaż… oni są starej daty, Nick też się zmienił. Ad? Adela jest kompletnie inna, niż myślałem, że będzie. To nie są postacie z opowieści, o których słyszałem. To dziwne, tak na nich patrzeć. — Westchnął i napił się ciepłego napoju. Jeśli dobrze czuł, dolany był do tego jakiś alkohol.
— Ciekawe, jacy byli za młodu. Możemy porównać tylko do opowieści. Słyszałeś coś więcej o Małym Nicku i Zwierzaku niż to, co mi opowiadałeś? — dopytywał William, bo od kiedy zaczęli mieć taką styczność z ligą Boosa, bardziej interesował się tym tematem.
— A co ci już mówiłem? Hm, no generał z siostrą byli najmłodsi, ale oboje byli właśnie najbardziej jak ja. Że strzelają, a nie zajmują się czy wybuchami, czy mutacjami. Ponoć byli sierotami. A Zwierzak, nie wiem, ile w tym prawdy, ale były nawet plotki, że wychowywał się od małego ze zwierzętami. Że może jest też zmutowany. — Zaśmiał się. — Ale też o nich… wiesz, o nich mówili.
Tego skrótu myślowego William nie zrozumiał, więc popatrzył na niego bardziej dociekliwie.
— O nich…?
Jefferson napił się i spojrzał na drzwi, by upewnić się, czy temat ich rozmowy nie idzie.
— Mmm… Właśnie o nich. Że Nick jest bliżej Zwierzaka niż swojej siostry.
Tym razem i William się obejrzał. Nie spodziewał się takich słów, nie rozważał tego nawet. Generał miałby… A Zwierzak… Nie mieściło mu się to w głowie. Z jakiegoś powodu w ogóle nie brał tego pod uwagę, ale…
— Skąd to wiesz? Skąd takie plotki? — dopytał ciszej i musiał zwilżyć gardło naparem, bo nagle zachrypnął. Pamiętał, że Kole Lingle, u którego kiedyś gościli, coś o tym wspominał, ale nie przywiązywał do tego wielkiej wagi.
— Słyszałem, ktoś mi kiedyś mówił, potem plotki się trochę potwierdzały u innych. I pamiętam… — Jefferson zaśmiał się, po czym nagle niespodziewanie walnął Willa w bok. — Ale nie śmiej się z tego, bo oberwiesz mocniej. Że no, wyobrażałem sobie to kiedyś, jak byłem młodszy.
Lekarz powoli wciągnął powietrze przez rozchylone usta, a ich kąciki lekko się uniosły.
— Nawet nie wiedząc, jak wyglądają?
Jefferson spojrzał na niego ostro. Groził mu spojrzeniem, że znowu uderzy go w bok.
— Mam wyobraźnię.
— Och tak? Jeśli plotki byłyby prawdziwe, trafilibyśmy w ciekawe miejsce… choć nie wydaje mi się, żeby było to możliwe — podsumował William, rozmyślając jednak teraz bardziej o masturbującym się do marzeń młodym Jeffersonie, nie o generale i Zwierzaku. Przez to w spodniach już powstawała mu erekcja.
Ranger zauważył to szybciej niż sam lekarz.
— William! — syknął na niego ostrzegawczo. A kiedy ten spojrzał na niego z pytaniem w błękitnym oku, ten wskazał jego krocze głową. — Pamiętaj o tym mężczyźnie — dodał, mówiąc o zastrzelonym w Davenport przez Nicholasa.
William odetchnął nisko z napięciem i jedynie tyle zdążył zrobić, gdy naraz drzwi za ich plecami zaskrzypiały niczym skrzeczący Flap i pojawił się w nich gospodarz. Już bez kapelusza na głowie, bez kamizelki, za to przynoszący wraz z otwarciem drzwi mocniejszy zapach kolacji.
— Chodźcie do środka. Posiłek jest gotowy — powiedział spokojnie i właściwie dopiero teraz obaj towarzysze usłyszeli, że rzeczywiście jego głos miał specyficznie łagodną nutę, gdy mężczyzna nie zachowywał się wrogo.
Jefferson spojrzał pytająco na Williama, ale nie miał innego wyjścia, niż wstać i pójść na posiłek.
— Mhm, dzięki, już idziemy — odpowiedział gospodarzowi, zachęcony zapachami.
W środku Nicholas już siedział na kanapie z metalową miską w dłoni. Dwie napełnione jedzeniem były na stole, a do tego talerz wyłowionych z potrawki warzyw, polanych sosem, z dodatkiem kilku kromek pieczywa.
William zaskoczył się tym i poczuł się nagle bardziej wdzięczny gospodarzowi. Chętnie usiadł wraz z Jeffersonem do jedzenia. Maverick również do nich dołączył, przysiadając obok generała. Potrawka przyjemnie pachniała i była nieco ostra w smaku, jak przekonał się Ranger, gdy tylko spróbował.
— Umiesz polować? — zwrócił się do niego Maverick, gdy i sam zabrał się za jedzenie.
— Mhm — odmruknął Ranger od razu, bo już miał usta pełne jedzenia. — Tak, tak, polowałem dla siebie już od dawna. William nie jada mięsa, więc tylko dla siebie, ale poluję. Indianie trochę nauczyli mnie też traperstwa.
— Uczyłeś się u Indian? — W głosie Mavericka słychać było nutę zaskoczenia i może zainteresowania.
— Niewiele, jednak miałem z nimi trochę do czynienia. A… — zawiesił głos — czemu pytasz? — dopytał, bo nie zawsze relacje kolonistów były dobre z rdzenną ludnością.
— Bo rzadziej niż częściej się zdarza, by biali Amerykanie mieli dobre kontakty z rdzennymi. — Gospodarz nieświadomie wypowiedział jego myśli na głos i wpakował do ust sporą porcję aromatycznej potrawki.
— A ty jesteś to rzadziej? — dopytał jeszcze Ranger dla pewności, jedząc i spoglądając badawczo na gospodarza. Ten wyglądał jak typowy mieszkaniec południa, pomijając jaśniejszą karnację, kapelusz, znoszone od pracy ubrania i szorstkie dłonie.
Maverick spojrzał krótko na swojego partnera, który dotąd w milczeniu jadł tuż obok.
— Byliśmy Boosą. Nie walczyliśmy tylko o sprawiedliwość dla białego mężczyzny, ale też dla rdzennej kobiety.
— TABiW także działa ponad podziałami, żeby wam się nic nie pomyliło — dodał groźniej Nicholas. On już powoli kończył posiłek. Nie parzył sobie dłoni i jadł, jakby wrzucał w siebie posiłek.
William nie wcinał się, chociaż wszystko czujnie obserwował i starał się ocenić jakoś sytuację. Zauważył już, że tutaj nie miały miejsca te formalne podziały, jakich bardziej doświadczał chociażby w kwaterze w Kansas. Nie był przez to pewien, jaki status do końca miał Maverick Bailey.
— Jutro więc pójdziesz ze mną w teren — zwrócił się gospodarz do młodego Rangera po chwili milczenia.
Ten z początku zamruczał wyłącznie potakująco, bo miał pełne usta. Bardzo smakowała mu ta potrawka, bo zwykle jadał własne wytwory, a coś wykonane czyjąś ręką zawsze inaczej smakowało.
— Mhm, nie ma sprawy. Chcesz coś konkretnego upolować? — dopytał i chyba wydawało mu się, że Nicholas, kiedy szedł do kuchni z miską po swojej strawie, spojrzał na niego koso.
— Co się nam trafi. Potrzeba nam mięsa i ryb.
— Byłbym wdzięczny za nacisk na ryby — dodał William, przy okazji oglądając się za generałem. Sam jeszcze jadł, ale miał nadzieję, że ten pozwoli mu, jak obiecał, zająć się swoimi kończynami po kolacji.
— Jest tu rzeka niedaleko? — zapytał jeszcze Jefferson, bo widział w łowieniu ryb chwilę spokoju, kiedy będzie mógł wypytać tego mężczyznę o jakieś szczegóły związane z Boosą.
— Jezioro — odmruknął Maverick, grzebiąc już po dnie miseczki.
Ranger znowu pokiwał głową i jeszcze zajrzał do miski lekarza, by sprawdzić, czy ten już skończył. Jeszcze nie, więc sam wstał, żeby odnieść naczynie. Zostawił przez to swojego partnera sam na sam z gospodarzem, po którym jeszcze nie wiedzieli, czego się spodziewać. Wydawał się zarówno wrogo nastawiony, jak i nie do końca. William nie bardzo wiedział, o czym i jak z nim rozmawiać, więc skończył dość szybko i dołączył do Rangera w kuchni. Podał mu przez ramię i swoją miskę, żeby odłożył ją do reszty brudnych naczyń. Po tym nie odsunął się, bo zwyczajnie bliskość Jeffersona dawała mu przyjemność. Stojąc więc wciąż za jego plecami, zwrócił się do generała, który również był w pomieszczeniu:
— Możemy zająć się protezami?
— Teraz? — spytał ten, jakby wcale nie było mu do tego spieszno. Co zresztą było prawdą, bo Nicholas Orkenzy nie był człowiekiem, który lubił się z kimkolwiek dzielić swoimi słabościami.
— Doskwierają ci, jesteśmy po kolacji, a ja sądzę, że mógłbym znaleźć sposób, żeby je udoskonalić — zapewnił go lekarz, przy okazji, trochę bez użycia mózgu, musnął dłonią bok Rangera, który, czując to, odsunął się, żeby przy okazji zostawić brudne naczynia i sprawdzić, czy gospodarz nie chce do nich dołożyć swojego.
Nicholas w tym czasie nie wyglądał, jakby słowa lekarza brzmiały dla niego jak gotowa recepta. Bardziej jak bredzenie jakiegoś konowała.
— I po całym dniu drogi — odparł, kiedy zostali sami.
— Widzę, że są dla ciebie niewygodne, bardziej niż powinny. Są solidne, ale myślę, że zbyt ciężkie. Jeśli pozwolisz mi na nie spojrzeć, może w czymś pomogę.
Nick nie zmienił swojego skrzywionego wyrazu twarzy. Nadal patrzył na lekarza jak na natręta.
— Może… — burknął i nie dodając nic więcej, wyszedł z kuchni, aż dopiero z salonu zawołał: — I umyj naczynia! — polecił, kiedy mijał się z Jeffersonem w przejściu.
Zauważył już, że Maverick siedział luźniej na kanapie, opierając się o jej oparcie. Spojrzał na niego przez przymrużone oczy i tym razem generał dojrzał w tym spojrzeniu więcej łagodności.
— Jak się czujesz? — zapytał Zwierzak. — Usiądź obok mnie.
Generał obejrzał się na kuchnię, z której wyszedł i gdzie pozostawił obu gości ich domu. Nie chciał, żeby ci w ogóle tu byli, ale czuł, że taka jest konieczność i obaj muszą się z nią pogodzić. Z drugiej strony całkowite rezygnowanie przez nich z bliskości Mavericka, kiedy tak rzadko byli blisko siebie, było głupotą. Usiadł więc tuż obok Zwierzaka i klepnął go w udo.
— Zmęczony. A Lockerbie zawraca głowę.
— Protezy? — zapytał domyślnie Maverick, przy okazji zerkając na partnera z tęsknotą w sercu. Już pragnął nocy, gdy będzie mógł mocnym uściskiem okazać mu swoją radość z jego widoku.
— Tak, męczy, jakby było, co oglądać — odparł szeptem generał, żeby nie było słychać jego marudzenia z kuchni.
— Showa nie ma. Może ci pomoże, jeśli się na tym zna — odparł Maverick, który był do tego inaczej nastawiony niż Nicholas. Uważał, że ten źle robił, nie próbując nic na to poradzić i czekał na ich dawnego przyjaciela. Serce mu się krajało, gdy widział, jak się męczy.
Nicholas aż na niego zerknął z szokiem.
— Popierasz to? Mam ot tak sobie dać odkręcić kończyny przy… nim? — syknął, bo na samą myśl aż czuł zażenowanie. Nienawidził swojego kalectwa.
— Gdybym sam się na tym znał chociaż w połowie tak, jak Show, to sam bym to zrobił — odmruknął Maverick, choć głos miał łagodny. Wiedział, że Nicholas się tego wstydzi i nawet z nim nie chciał rozmawiać o protezach, ale już dawno doszedł do wniosku, że jego partner zdecydowanie za bardzo się męczy. — Jeśli on wie, co robi, to na pewno nie będziesz pierwszym z metalową ręką i nogą, jakiego widzi.
— Ale ten ktoś wcześniej nie był pewnie jego zwierzchnikiem. — Nicholas nadal był nieprzekonany. Kiedy nie miał protez, był kompletnie zdany na czyjąś łaskę i niełaskę. Ba, nawet na towarzystwo, bo nie mógł odejść.
Usłyszał od swojej prawej strony ciche westchnienie, a potem ujrzał, jak po siedzeniu kanapy powoli przesuwa się w stronę jego palców dłoń Mavericka. W końcu ten musnął jego zdrową skórę opuszkami, czego nie można było zobaczyć z kuchni, bo zasłaniało to oparcie.
— To nie ma znaczenia, Nick. Ważne jest, byś był w dobrej kondycji.
— Czyli teraz uważasz, że jestem w złej — odburknął generał posępnie. Nie było to pytanie, bardziej stwierdzenie przykrego faktu. Nie zabrał jednak dłoni.
— Cierpisz przez te protezy — zauważył Maverick ze ściągniętymi brwiami i pogłaskał ostrożnie jego dłoń. — Jeśli ten lekarz ma po…
Urwał i nagle cofnął rękę, kiedy usłyszeli, że z kuchni wychodzi dwójka ich młodszych gości. Obaj patrzyli na nich ze swoistym dystansem, najpewniej wywołanym nie tylko rangą Mavericka i Nicholasa, nie tylko tym, że ci ich gościli, ale i samym faktem, że byli członkami Boosy.
— Nicholas…? — zapytał William, a zanim Mały Nick zdążył odpowiedzieć, zrobił to za niego Maverick.
— Możecie tu spokojnie popracować nad protezami. Zabiorę Blacka do schowka i wybierzemy na jutro na polowanie broń i cały sprzęt.
— Maverick! — oburzył się Nicholas, że decyzja została podjęta za niego. Po tym, jak ten na niego spojrzał, jednak tylko zaburczał z niezadowoleniem i został na kanapie, gdzie wcześniej siedział. — Jak tam se chcecie — burknął, dając znać, że się poddaje, ale bardzo niechętnie.
— Więc powodzenia — podsumował Maverick i skinąwszy na Jeffersona, ruszył do wyjścia z domu.
Ranger jeszcze obejrzał się na lekarza i generała. Zostawianie ich tu samych wydawało mu się kiepskim pomysłem, ale nie był pomocny, więc jego osoba była tu zbędna. Również życzył powodzenia i wyszedł za Zwierzakiem.
Było już ciemnawo, więc zanim wyszli na zewnątrz, Maverick zapalił lampkę oliwną i poszedł przodem. Okazało się, że prowadzi Jeffersona do dobudowanego na tyłach domku drewnianego składziku. Ten miał osobne drzwiczki, zamykane na kłódkę.
— Potrzymaj — rzucił, podając Rangerowi lampkę, a ten przyjął ją, ale jeszcze rozejrzał się po okolicy.
— Są tu jakieś dzikie zwierzęta? Takie zmutowane? W większych ilościach? Tak, żeby w nocy zagrażać?
— Z reguły nie. Czasem pojawia się drapieżne ptactwo — wyjaśnił Maverick, wspominając, jak pewnego dnia Flap wrócił do domu z potwornymi ranami wojennymi. Było cudem, że wrócił żywy. — Na inne mutacje mam po okolicy porozkładane… pułapki. Choć głównie są to zapachy, które odstraszają. Są też tu i tam granatowe plamy na korze. Tankirle boją się tego koloru — mówił dalej, otwierając kłódkę, po czym szarpnął drewniane, trochę zacinające się drzwi i zablokował je kamieniem, by się nie zamknęły.
— Tankirle? — powtórzył głupio Jefferson, czując jednocześnie specyficzny przypływ ekscytacji, kiedy jego bohater z dzieciństwa mówił tak spokojnie i pewnie o czymś, o czym on nie miał pojęcia.
— Wyglądają trochę jak mrówkojady. Pochodzące z Ameryki Południowej i Środkowej. Nasza wersja jest wyłysiała, bardziej uporczywa i drapieżna — wyjaśnił pokrótce Maverick i wszedł do składziku razem z Jeffersonem.
Dopiero teraz tak właściwie w Rangera uderzyło to, że ma do czynienia z prawdziwym Zwierzakiem. Składzik był nieduży, jak połowa kuchni w domku. Był jednak… genialnie wyposażony. Na wieszakach wkręconych w drewniane ściany wisiały linki, lassa, sznury o różnych zakończeniach i mnóstwo przeróżnych pułapek. Były sieci, wędki, sidła i kosze z przynętami. Drugą ścianę zajmowało kilka strzelb.
— Wybierz którąś na polowanie. Ja spakuję nam na jutro wędki — polecił gospodarz.
— O w mordę, ale sprzętu! — Jefferson prawie że zapomniał, co miał zrobić. Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu jak dziecko po sklepie ze słodyczami. — Wszystko jest konkretnie na coś?
— Każde zwierzę jest inne. Na każde działa coś innego — przyznał Maverick, już podchodzący do wędek, żeby wybrać dwie i spakować resztę sprzętu do łowienia.
— Ale to niesamowite. Tyle tu tego jest! Zajmujesz się teraz też polowaniami? Robisz pułapki dla TABiW? — pytał Jefferson, wpadając w mocno entuzjastyczny nastrój.
Niestety, im więcej mówił, tym gorszy czuł się Maverick. Obejrzał się na tego przystojnego, młodego mężczyznę wciąż pełnego zapału i naraz uderzyło w niego to wszystko, co mieli, co stracili i o co w pewnym momencie zwyczajnie przestali walczyć.
— Nie. Służę jedynie radą, gdy agencja sama nie radzi sobie z mutacjami. Poluję dla siebie i… — Urwał, po czym wrócił do sprawdzania żyłek.
— Czemu? Masz niesamowitą wiedzę. Mieliśmy przez chwilę zaszczyt mieć w rękach twój dziennik. Dzięki niemu udało nam się przeżyć polowanie na korbary. Genialne jest to, co robisz, a teraz jeszcze to… — Jefferson ogarnął wzrokiem cały składzik. Nigdy nie widział tyle sprzętu do polowania.
Niektóre przedmioty były wyraźnie wysłużone, stare, inne z kolei nowe i zadbane. Na jednej skrzynce nawet narysowany był pentagram z literkami układającymi się w BOOSA. Maverick również popatrzył na to wszystko, ale jego wzrok nie był taki pełen entuzjazmu, jak jego rozmówcy.
Przysiadł na skrzyni i zaczął wrzucać do płóciennego worka to, co przyda im się na jutro.
— Korbary… Jak było ich więcej niż jeden i przeżyliście, to się ceni. Twój towarzysz nie wygląda na wojownika…
Jefferson zauważył dopiero po chwili, że jego entuzjazm w ogóle się nie udziela. Spróbował się więc trochę uspokoić.
— I nim nie jest. Jest lekarzem. Ale całkiem dobrze sobie radzi, tym bardziej teraz, kiedy przez to wszystko zginęła jego matka.
Maverick ściągnął brwi.
— Teraz? W Chicago?
— Mhm. Zostaliśmy zaatakowani w domu Williama. On z matką prowadził tam badania nad sercami, jakie znaleźliśmy w drodze.
— Przykro słyszeć — odmruknął Maverick, na chwilę zapadając w zadumę. Gdy się otrząsnął, skinął na Jeffersona. — Strzelba.
Ten także zmienił zupełnie swój nastrój. Podszedł do broni, sprawdził ze cztery i wybrał taką, która najlepiej leżała mu w dłoni. Zwykle strzelał z rewolwerów, ale taka zmiana go cieszyła. Trening zawsze był dobry.
Maverick wskazał mu, gdzie znajduje się amunicja i wspólnie spakowali wszystko do worka. Strzelby i wędki zabrali luźno do ręki.
— Weź to wszystko do stajni. Wyjedziemy z rana, po śniadaniu. Zbudzę cię — powiedział Zwierzak, gdy już zamykali składzik. — Nie wchodź już dziś do domu — dodał niespodziewanie, choć spokojnym tonem. — Nick nie lubi pokazywać się bez protez. Nie utrudniajmy mu.
Jefferson pokiwał głową.
— Dobra. Nie ma problemu. Przygotuję sobie i Williamowi posłania na noc. Do jutra więc — odparł lekko, chociaż zauważył, jak Maverick luźno mówił o generale. Ale jak by inaczej, skoro znali się tyle lat, kiedy tworzyli Boosę? Z drugiej strony, gdzie generał miał spać? Nie wnikał, żeby nie dać ponieść się wyobraźni.
— Do jutra — przytaknął Maverick, posyłając mu spokojne, choć wciąż mało ciepłe spojrzenie.
Po tym sam pokierował się do domu, zostawiając Jeffersonowi lampkę, żeby ten bez problemu poruszał się po stajni. Może nie było specjalnie późno, ale leżenie na sianie po całym dniu drogi i czekanie na Williama było całkiem przyjemną wizją.

***

Jedynie jedna noga została odkręcona od ciała generała. William nie chciał całkowicie pozbawiać go możliwości ruchu, a okazało się, że z jakiegoś powodu w tym domu znajdują się kule. Nie dopytywał dlaczego, ale dzięki temu Nicholas pozbawiony nogi mógł się z ich pomocą poruszać. Lekarz z kolei usiadł z metalową protezą przy stole w saloniku i z użyciem swoich narzędzi badał i analizował protezę.
— Nie będzie generałowi wygodniej, gdy dopiero rankiem z powrotem ją przykręcę? — zapytał, nie unosząc głowy znad metalowej nogi. Był zaintrygowany tym, jak dobrze była wykonana, ale równocześnie widział w niej wiele wad. Był to stary wytwór, choć na swoje czasy naprawdę dobry.
Nicholas siedział na kanapie z sporym dyskomfortem psychicznym.
— Nie — burknął, starając się zerknąć lekarzowi przez ramię. — Na pewno się na tym znasz? Jak ją rozjebiesz, to cię powieszę — zagroził pro forma.
Już w tym momencie metalowa noga była częściowo rozłożona. Blaszki stanowiące śródstopie leżały osobno, część udowa również, a William właśnie przy pomocy szkła powiększającego oglądał wszystkie zawiasy i sprzączki, następnie opisując wszystko na karteczce.
— Wiem, jak ją złożyć z powrotem. Nie ma skomplikowanego mechanizmu — zapewnił chłodno i spokojnie. — Na razie chcę wszystko opisać, żeby wiedzieć, co można by w niej zmienić.
— I ile ci to niby zajmie? — spytał Nicholas, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź. Nie chciał łazić non stop o kulach. To męczyło.
William nie zdążył odpowiedzieć, gdy usłyszeli poruszenie w przedpokoju i do salonu po chwili wkroczył gospodarz. Maverick omiótł ich obu spojrzeniem i podszedł bliżej. Zajrzał do kubka stojącego na stoliku, z którego Nicholas pił wcześniej parzone zioła i zapytał:
— Chcesz jeszcze? — Przy tym zupełnie nie zważał na to, że jego partner siedzi na kanapie z jedną, pustą nogawką.
Generał spojrzał na lekarza jak na natręta i dopiero odpowiedział Zwierzakowi:
— Jeśli możesz, chętnie. Ogarnęliście wszystko na jutro? — spytał, na razie ignorując trzeciego, który był mu jak kula u nogi.
William nie odzywał się jednak i nie przeszkadzał, całkowicie skupiony nad tym, co robił. Pomagała mu w tym lampka oliwna, oświetlająca ciemną izbę. Był zmęczony podróżą, ale utrzymywała go na nogach ciekawość i wygody miejsca, w którym był. Może dom Mavericka nie był pierwszej nowości, ale w obliczu tylu dni w drodze dawał pewien komfort.
— Tak. Jesteśmy spakowani. Pojedziemy po śniadaniu. Nie będę cię budził, musisz odpocząć. Nie zrywaj się z rana — odezwał się Zwierzak, stojąc już za kanapą, by pójść do kuchni po zioła, ale jeszcze położył dłoń na ramieniu swojego partnera i ścisnął je.
Nicholas uśmiechnął się do niego, z racji że William był odwrócony do niego plecami.
— Będzie nawet ciężko się zrywać bez nogi. Będę i tak, i tak bezużyteczny — burknął, przypominając sobie, jak już raz w swoim życiu spędził długie miesiące przykuty do łóżka.
Swoim komentarzem wywołał mocniejsze ściągnięcie brwi Mavericka.
— Nie jesteś bezużyteczny. Poza tym dopracowanie twoich protez może sprawić, że będziesz bardziej użyteczny, jeśli już ci na tym tak zależy. Siedź i czekaj cierpliwie — odburknął. — Lockerbie, chcesz też zioła?
— Hm…? — William oderwał się na chwilę od swojej pracy i wyglądał, jakby nie za bardzo nadążał za rozmową. — Zioła? Nie, dziękuję bardzo.
Maverick tylko przytaknął i ostatni raz ścisnął ramię generała, nim wyszedł do kuchni.
Nick odprowadził go spojrzeniem. On już tam swoje wiedział. Nawet jeśli miało się coś poprawić z jego kończynami, to i tak do tego czasu był na pewno bezużyteczny. Bo co mógł zrobić? Siedzieć.
— Ile ci to jeszcze zajmie?
William westchnął cichutko i odłożył na blat długą i ciężką płytę metalu zasłaniającą wewnętrzną część łydki. W środku widać było sporo śrubek, przekładki i mniejszych elementów.
— Jeszcze kilka minut. Chcę opisać to wnętrze, byś mógł używać tych protez, gdy ja będę próbował coś na nie poradzić. — Obejrzał się na generała, by mu to wyjaśnić prościej. — Będę częściowo pracował na rysunkach, nie na samej protezie, bo rozumiem, że nie chcesz, bym co chwilę prosił o podanie nogi.
— Wydaje mi się, że może mi być przydatna. Jak to noga — odparł kąśliwie generał, bo jego skrępowanie przeradzało się w irytację. A tę łatwiej było wyładować na lekarzu, niż tłumić w sobie albo, co gorsza, znowu pokłócić się z Maverickiem.
— Jeśli nie planujesz towarzyszyć Jeffowi i Maverickowi w polowaniu, to moim zdaniem można się bez niej bardzo dobrze obejść — uznał William stanowczym głosem, w tym temacie czując się jednak pewniej, niż gdy rozmawiali o strzelaniu, polowaniu czy innych sprawach, w których Jefferson dobrze dogadywał się z ludźmi swojego pokroju.
— Och… i w zamian proponujesz mi, abym co robił? — spytał Nick, a jego ton nie świadczył o tym, że zgadza się z Williamem. Brzmiał, jakby wręcz uważał, że ten sobie kpi. Bo nie wiedział naprawdę, co miałby ze sobą robić. Najpewniej zagrzebie się w dokumentach, które zabrał i miał przywieźć Hamilton.
— Mam książki, jeśli generał nie gardzi — odparł cicho i chłodno William, pewnie pozwalając sobie na taki ton, bo siedział do Nicholasa plecami. Właśnie przerysowywał zaobserwowane schematy.
W izbie było cicho, a okolica na zewnątrz wydawała się bardzo spokojna. Flap też nie skrzeczał, więc Nick domyślał się, że poszedł na łowy i jak zwykle rano znajdą pod drzwiami jego prezent w postaci obgryzionych kostek.
— Nie gardzę. Też coś! — odpowiedział starszy mężczyzna z krótkim prychnięciem. — Masz wyniki swoich badań i matki? — spytał, żeby trochę zmienić temat i może czymś się zająć. Liczył, że jemu rzuci się w oczy jakiś schemat.
— Tak. Mam.
William uniósł się i podszedł do swoich bagaży. Jeśli chodziło o badania i wszystkie wnioski, do których doszli z Jeffersonem w toku trwania całej sprawy, miał dobrze posegregowane. Wyciągnął je z juków akurat w momencie, gdy do salonu wrócił Maverick, usiadł obok swojego partnera i podał mu kubek.
— Może przeniesiemy się do drugiego pokoju i razem je przeanalizujemy? — zaproponował, by przy Williamie nie mówić „może pójdziemy do sypialni i trochę razem pobędziemy?”. — On będzie miał spokój z tą protezą.
Nicholas przeanalizował to, chcąc się zgodzić z Maverickiem, ale jednocześnie myśląc o tym, jak niskie mają łóżko i jak ciężko będzie mu z niego wstać. Nawet bardziej niż z kanapy. I co William pomyśli? Goście byli problematyczni.
— Znajdziesz drzwi, kiedy skończysz? — spytał gościa.
— Oczywiście. Zgaszę lampkę i wyjdę, gdy tylko skończę — zapewnił lekarz, podchodząc do nich z plikiem dokumentów.
Zamiast Nicholasa wziął je Maverick i wsunął za pasek spodni. Po tym wziął kubek, kulę, ale przy tym pochylił się, by bez słowa pomóc ukochanemu unieść się z kanapy. Nick nie był skory, żeby ją przyjmować, ale też nie miał ochoty kłócić się przy świadkach. Podniósł się więc z kanapy, starając się zrobić to jak najbardziej na swoją własną rękę.
— Zamknij tylko dobrze drzwi, żeby ta latająca poczwara nie wpadła tu rano — upomniał jeszcze Williama i zabrał ukochanemu kule.
— Oczywiście. Dobranoc.
Obaj starsi mężczyźni już tylko przytaknęli i podążyli do drugiego pomieszczenia, które stanowiła nieduża sypialnia. Poczuli znaczną ulgę, gdy znaleźli się sam na sam, a Maverick dodatkowo zasunął skobel w drzwiach, by żaden z gości tu niespodziewanie nie wszedł.
— Akurat wczoraj prałem pościel. Wciąż pachnie słońcem — rzucił.
— Szczerze, wolę nawet twój zapach niż słońca — odparł Nicholas i zerknąwszy na drzwi, dosłownie zwalił się na łóżko. Że też zamykali się teraz przed ludźmi, a nie tylko przed Flapem… Do czego to doszło?
Maverick podszedł do szafki przy łóżku, odłożył kubek, z którego Nicholas się napił. Po chwili też odpalił lampkę na niej stojącą. Sypialnia była na tyle nieduża, że wystarczył ten jeden płomień, żeby dostatecznie ją oświetlić. W jej blasku drewno na drzwiach dużej szafy wyglądało niemal na rude. Wnętrze wydawało się też jakby cieplejsze, choć to ciepło Maverick czuł zwyczajnie dzięki obecności swojego ukochanego. Nawet teraz, patrząc na niego na łóżku, serce ściskało mu mocne i silne uczucie miłości do tego mężczyzny, wzmocnione przez olbrzymią ulgę, że ten wciąż jest żywy.
— I ja twój. Choć jutro musisz zrobić sobie kąpiel. Twoje gabaryty są cudne, Nick, ale teraz czuję trochę, jakbym kładł się u boku Ducha — mruknął, przysiadając obok na materacu i posyłając partnerowi słaby, łagodny uśmiech.
— Nie miałem już na to siły — odparł Nick zmęczonym głosem, nadal leżąc na plecach na łóżku z lekko przymkniętymi oczami. Czuł się już winny, że znowu coś było nie tak. Ale wszystkie swoje odpowiedzi też analizował kilka razy w głowie, żeby nie wywołać kłótni. To było ostatnie, czego w tej chwili chciał.
— Dlatego odpocznij. Skorzystaj z tego, że jesteś na miejscu. Nie musisz nigdzie ruszać — odparł Maverick, przy okazji układając się u jego boku. Nie podsunął się jednak bliżej. Zawsze miał wrażenie, że Nicholas unikał go, gdy tylko nie miał przykręconej którejś kończyny i mocno się dystansował. A sam też nie chciał się w tym momencie kłócić.
— Ta, wiem, ale nie lubię bezczynności. Może faktycznie posiedzę nad tymi dokumentami. Jak i tak w niczym ci nie mogę tu pomóc, jak już jestem. — Młodszy mężczyzna westchnął ciężko, z rezygnacją.
— Nie marudź, Nick. Posiedzenie nad dokumentami też jest pracą. Nie skupiaj się na tych swoich fizycznych ograniczeniach — fuknął cicho Zwierzak.
— Jak się na nich nie będę skupiać, to one też nie znikną. Jeśli Lockerbie się z tym szybko nie wyrobi, to tu utknę — burknął Nick, bo w nie smak było mu bycie kulą u nogi.
Maverick skrzywił się i odwrócił głowę w drugą stronę, żeby nie było tego widać. Domyślał się, że właśnie to najbardziej boli Nicholasa w byciu pozbawionym kończyny. Zwyczajnie nie mógł uciec z tego wielkiego nigdzie. Był skazany na jego towarzystwo, a gdyby tylko był sprawny, mógłby pod byle pretekstem zwyczajnie któregoś ranka wyjechać i znaleźć się znów daleko.
— Wygląda, jakby się na tym znał — mruknął tylko.
— Mam nadzieję… — Nick jęknął i z lekkim bólem w karku spojrzał na ukochanego. Stęsknił się za nim. Za jego dotykiem i troską, którą i tak ukrywał przed gośćmi.— Ty też będziesz miał w końcu towarzystwo na polowaniu. Tylko go nie zastrzel, jeśli będzie za głośny.
Maverick spojrzał na niego chmurnie.
— Jak będzie za głośny, to nie dostanie kolacji.
— Jak zawsze stanowczy. Ciebie się może zaczną też bać, tak jak na mnie patrzą jak na zło konieczne.
Maverick mimowolnie uśmiechnął się do siebie. Dla niego Nicholasowi daleko było do zła jakiegokolwiek. Był z reguły bardzo posłuszny i pomocny. Jego Mały Nick.
— Zobaczymy. Ale są na moim terenie. Na który sprowadziłeś ich wbrew mojej woli… — burknął. — Więc niech się nauczą zasad.
— Przepraszam. — Nick spojrzał na niego smutniej. — Nie było czasu jednak pisać ci listu. Poza tym to mogli przechwycić. Za duże ryzyko.
— Wiem, Nick. Wiem — mruknął Zwierzak i wychyliwszy się, pocałował go lekko w policzek. — Zostaw te dokumenty na jutro. Pójdźmy już spać. Jesteś po długiej drodze.
— Myślisz, że już poszedł? — spytał Nick, leżąc nadal płasko na łóżku. Wygodniej było mu bez nogi, ale czuł się wciąż skrępowany. Nie lubił tego. Tyle tylko było dobrze, że Maverick miał od swojej strony jego zdrową część. Zdrową i pachnącą koniem.
— Nie sądzę. Ale zamknąłem drzwi. Nie wejdzie, nawet jak zgasimy światło i pójdziemy spać.
— Może jeszcze je na trochę zostaw? — zasugerował Nick, obawiając się, że nie tylko jego niepełnosprawność będzie na nim ciążyła, ale to, że ktoś dowie się o ich związku. Ktoś niepowołany. Miał wrażenie, że Lockerbie patrzy na niego inaczej od czasu incydentu z dwoma mężczyznami w Davenport.
Maverick zerknął na lampkę i trochę ją przykręcił, żeby światło było mniejsze. Po tym uniósł się i zdjął kamizelkę, koszulę i spodnie. Został w samej bieliźnie, po czym bez słowa zsunął Nicholasowi buta ze zdrowej nogi.
— Reszty ci nie zdejmować?
Nick przemyślał to i w końcu uniósł się do siadu.
— Chociaż może kamizelkę — mruknął, samemu zaczynając ją rozpinać. Reszty nie miał ochoty się pozbywać, chociaż wiedział, że nie pachnie najświeżej.
Maverick jedynie przytaknął i poczekał, aż Nicholas się rozbierze. Zabrał od niego kamizelkę i zawiesił ją tam, gdzie swoje ubrania. Jutro zamierzał to wszystko uprać, gdy generał się przebierze. Na razie położył się przy nim i nakrył ich świeżą pościelą, która rzeczywiście pachniała słońcem i wiatrem. Musiała wisieć na dworze cały dzień.
Płomień lampki powoli dogasał. Z salonu słyszeli krzątanie się, więc podejrzewali, że William może zabierał się do wyjścia. Maverick jednak już o nim nie myślał. W tym momencie istniał dla niego tylko Nicholas w ich małej sypialni.
— Maverick? — Ciszę po tym, gdy usłyszeli, jak wejściowe drzwi się zamykają, przerwał generał. Leżał jak zwykle na plecach, podpierając głowę na dłoni, a metalowej kończynie pozwalając spoczywać wzdłuż swojego ciała. Kule były przy łóżku. Był wykończony, ale jeszcze chciał pobyć z partnerem.
— Mm?
— Nie chcę już bez ciebie nigdzie jechać.
— Co? — wyrwało się mężczyźnie, który od razu odwrócił się w jego stronę i spojrzał na jego twarz czujniej. — Co masz na myśli…?
Nicholas przetarłby twarz dłonią, gdyby na niej nie leżał. Metalowej nie miał ochoty unosić.
— To co powiedziałem — odmruknął sucho, bo zasychało mu też w gardle i czuł się spięty, głównie przez taką reakcję partnera. — Nie chcę, żebyś tu zostawał, kiedy będziemy musieli wyjechać. To… rozstanie przed wyjazdem do Chicago nie było miłe.
Serce Mavericka załomotało w piersi mocniej. Niemal go zabolało. Nie wiedział, czy na samą myśl o tym, jak faktycznie było, gdy się wtedy żegnali, czy z racji obaw przed tym, czego wymagał Nicholas.
— Była to jedna z gorszych chwil, jakie przeżyłem… — szepnął.
Nick odwrócił do niego twarz, chcąc zobaczyć i jego, mimo marnego światła.
— Dlatego nie chcę jej powtarzać.
Maverick tylko pokiwał głową i przytulił się do niego lekko z myślą, że gdy tylko wyczuje, że Nicholas chce się odsunąć, to wróci na swoje miejsce.
— Myśl teraz o tym, że tu jesteś i że jesteśmy razem — szepnął i przymknął oczy, z policzkiem przy jego ramieniu. — Jesteście tu bezpieczni.
— Wiem… — Nick westchnął, czując, że temat został na swój sposób urwany. Maverick nie chciał o tym rozmawiać i jakoś to rozumiał, ale też było mu przykro, że ten jest bardziej przywiązany do tej ziemi, niż do niego.
W odpowiedzi otrzymał jedynie mocniejszy uścisk i jeden czuły pocałunek w ramię, w którym Maverick chciał zawszeć wszystkie swoje uczucia, o których bał się mówić. To był dopiero pierwszy dzień pobytu generała z dwójką gości na ranczu. Naprawdę mieli nadzieję, że jest tu bezpiecznie. Potrzebowali regeneracji sił, nie tylko fizycznych, ale i umysłowych. I mimo miłego otoczenia i spokoju, czekało ich jednak wiele pracy i planów.

11 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 10 – Bezużyteczny

  1. Katka pisze:

    Kyna, tak, jest chwilowy spokój i potrwa jakiś czas. Muszą odpocząć, znaleźć jakiś nowy trop i upewnić się, że nikt ich nie śledzi. Na razie więc potrwają te wakacje. Należy im się po tych wszystkich przeżyciach :) i jak wszyscy tak kibicujecie Willowi przy protezach, to musi mu się udać XD Dzięki i też pozdrawiamy :D

  2. Kyna pisze:

    Ja cem już 4 kwietnia… Albo najlepiej czerwiec, żeby było już po maturach :D
    A co do opowiadania… cóż ja, maluczki człowiek mogę napisać… Jest mój upragniony spokój. Wakacje z palemką i te sprawy… no może nie do końca xD Ale i dobrze, nie lubię palm. I cieszę się póki mogę, że wszyscy cali i zdrowi… no prawie ;d jedna osoba się wyłamuje, ale mam nadzieję, że niedługo za sprawą Willa będzie tak zdrowa jak tylko się da. Wieżę w niego <3
    Pozdrawiam. I życzę, żebyście się dzisiaj nie nabrały na żaden okutny żart ;) :D

  3. Katka pisze:

    Kaczuch_A, jakby tylko wszyscy tam wiedzieli, że nie muszą się kryć, to by było znacznie łatwiej, ale masz rację, coś fajnego jest w tych obawach XD ” ale nie bo nie potrafią, nie nie powiem, że go kocham bo i tak nie uwierzy, co taki chłop jak ja może mu zaoferować, no cholera no” – hahaha no chyba dla każdego obserwującego to z boku wygląda to iście idiotycznie i chyba tylko oni tego nie widzą XD Stworzyli sobie w głowach jakieś chore obrazy nie imające się rzeczywistości i teraz sami rodzą problemy. No ale moooże się ogarną. Zobaczymy. Wspólna podróż może by im pomogła. Ale masz rację, będzie coś krwawego… pytanie kiedy i z kim. Dum dum dum… Dzięki za wenę :D

  4. kaczuch_A pisze:

    Boziu, boziu, boziu te gesty, te obawy, że zostaną nakryci, to cudowne. Strasznie mi się ten rozdział podobał i jestem skłonna stwierdzić, że się o sobie te pary dowiedzą, że są razem, razem. Nick i Marv są na prawdę świetną parą po ciężkich przeżyciach, co prawda sami sobie sprawiają teraz więcej problemów, ale życzę im jak najlepiej. Niech te dwa uparte osły sobie zrobią chwile szczerości czy coś, pogadają od serca, ale nie bo nie potrafią, nie nie powiem, że go kocham bo i tak nie uwierzy, co taki chłop jak ja może mu zaoferować, no cholera no~! Mam wrażenie, że Jeff jakoś przekona Zwierzaka do wspólnej podróży, a przynajmniej będzie jednym z impulsów do tego by z nimi jechał. Chociaż jak patrzę na trailer, to ktoś umiera, ktoś kogoś łata, jest dużo krwi i w mojej głowie pojawiają się też czarne wizje, że to będzie ktoś z tej czwórki i to nie będzie nic miłego. Obym się myliła.Rozdział super, przyjemnie się czytało.

    Weny drogie Panie i liczę na więcej czułości w rozdziałach~! :3

  5. Katka pisze:

    O., dają sygnały, bo jednak trudno jest się czasem opanowac z tym, co wychodziło dotąd naturalnie XD Ale masz rację, jakąś przewagę mają, bo znają plotki, więc mogą być bardziej wyczuleni. Zobaczymy, który bystrzak się pierwszy połapie XD

    SakueSeva, zazdrosny o Jeffa nick… w sumie tak, to jest bardzo prawdopodobne, bo Jeff jest, jakby nie patrzeć, przystojny i sexy, a Mav może z racji na polowania spędzac z nim więcej czasu… Cóż, Nicholas może będzie miał motywację, by zawalczyć o swoje XD A co do czatowania od drzwiami – stawiam, że 90% z nas by to robiło XD względnie bardzo dokładnie słuchało z drugiego pokoju XD Ale lepiej, żeby Mavek w razie czego o tym nie wiedział, bo będzie miał całkiem sensowny powód do wpakowania im kulek w głowy XD Dzięki za wenę i też pozdrawiamy!

    Kasia, obecność gości na Mava może faktycznie dobrze podziałać, nawet jeśli ten uważa inaczej. Ale wreszcie coś się dzieje na tym jego pustkowiu, to się powinien rozruszać. A nie jak każdy dzień spędza tak samo, samemu. Niech nie marudzi XD A co do protez, jeśli tylko Nicholas da do nich dostęp, to William jest bardzo chętny, żeby je usprawnić :D

    Luana, tak, prawdą nie jest, że Nick jest bezużyteczny, tylko niestety patrzy na siebie dość pesymistycznie. Ale to właśnie powinno go motywować do tego, żeby pozwolić się sobą zająć Willowi. Ale ładnie powiedziałaś: „jak nie Jeff, to protezy” XD Jednak dopiero dalej na liście zainteresowań Willa jest ewentualny romans panów z Boosa. Ale Jeff jest na to najarany, więc może coś ogarnie. „ Ale dla Mavericka opuszczenie tego miejsca, które jest dla niego ostoją to coś strasznego.” – niestety to prawda… Ma duże opory :( Ale zobaczymy. Na razie mają sporo czasu na leczenie ran. A co do podziękowań – cała przyjemność po naszej stronie ;)

    Aeneryss, dobre spostrzeżenie, panowie na siebie tak bardzo nie warczą. Może to za sprawą tego, ze są zbyt zajęci, żeby rozkładać swoje problemy emocjonalne na czynniki pierwsze. Kto wie, może jednak obecność gości na dobre im wyjdzie… „ Niby niczego po sobie nie pokazywali ale i tak było widać, że dużo ich łączy.” – a to bardzo nas cieszy, bo zależy nam, żeby było widać ich przywiązanie do siebie i tę długoletnią miłość. To im wchodzi w nawyk, wiec na pewno tego nawet nie kontrolują czasem XD A co do przelewu – haha, spoko, rozumiemy ból z Pyrkonem i brakiem kasy, ale to mega miłe, że coś tam wpłaciłaś! :D Jutro prawdopodobnie około południa pojawi się ogłoszenie, czy udało się dobić do 500 zł i co z tego wynika… :)

  6. Aeneryss pisze:

    Mam wrażenie, że Mavi i Nick zaczynają zachowywać się… normalniej. W sensie, w końcu żaden z nich nie warczy na drugiego z powodu problemów z samym sobą. Może obecność chłopaków naprawdę dobrze na nich wpłynie? Will pomoże Nickowi z protezami, a Jeff przekona Mavericka do jakiegoś aktywniejszego życia (znaczy, zaangażowania w TABiW itp.), a jak już oboje poradzą sobie z własnymi demonami to ich relacja wróci do pięknej, kochającej normy ^^
    W tym rozdziale zachowywali się naprawdę uroczo. Niby niczego po sobie nie pokazywali ale i tak było widać, że dużo ich łączy. Ciekawe, która para zorientuje się jako pierwsza (obstawiam wścibskiego Williama lub wręcz przeciwnie, wpadkę Jeffa i Willa z powodu nieostrożności tego drugiego) i co z tego wyniknie. (Mam silne deja-vu, to już drugi raz, kiedy pod jednym dachem są dwie pary ukrywające się przed sobą nawzajem. Tylko tutaj brakuje przystojnego psychologa, który wszystko wie ;))
    Tak, mam swiadomość tego, że robię za dużo nawiasów ^^”
    Ogólnie rozdział cudny, piękny i weny życzę na dalsze takie ^^

    ps. A propos challange’a(challange’u?), pierwszy raz w życiu robiłam przelew i teraz będę się stresować czy czegoś nie popsułam .-. Chciałam dać więcej, ale niedługo Pyrkon, więc portfel krzyczy, żeby oszczędzać </3

  7. Luana pisze:

    Jak ja ich kocham. Całą czwórkę. Mam nadzieję, że William coś wykombinuje z tymi protezami i Nick nie będzie się tak męczył. Ciągle go szkoda, że ma się za bezużytecznego. Co prawdą nie jest. Dużo trzeba, aby on i Mav przestali myśleć o sobie jak najgorzej. Tak jak SakueSeva też bym czatowała pod drzwiami, gdybym usłyszała takie plotki, które przekazał mu Jeff. No, ale jak nasz Willuś dostanie w swoje ręce to, co go tak zajmuje wtedy nic innego się dla niego nie liczy. Jak nie Jeff to teraz protezy. Swoją drogą ciekawe czy nasza para, która będzie spała albo i nie tylko spała na sianku, zainteresuje się głębiej tym gdzie spał Nicholas.
    Miło, że Nick nie chce wyjeżdżać bez swojego partnera. Ale dla Mavericka opuszczenie tego miejsca, które jest dla niego ostoją to coś strasznego. Ech.

    Dzięki za kolejny rozdział mojego uwielbianego opowiadanie jeśli chodzi o Wasze teksty. :)

  8. Kasia pisze:

    No to się panowie teraz będą gimnastykować żeby coś dla siebie uszczknąć :) Ciekawe czy Jeff albo Will zajrzą do sypialni żeby zobaczyć że tam jest jedno łóżko ? Są ciekawscy więc może… Ich obecność mam nadzieję że dobrze wpłynie na Mavericka, mógłby się trochę rozruszać. W ogóle bardzo mnie ujęło to co powiedział Nick, że już więcej bez Mava nigdzie nie pojedzie – słodziaśne ☺Fajnie by było gdyby Will jakoś usprawnił protezy generała, ale powinien wracać już do Jeffa żeby mogli skorzystać z tego siana :) Starsza para też na tym skorzysta, albo i nie bo Nick chyba trochę capi 😆 Dzięki dziewczyny i pozdrawiam ☺

  9. SakueSeva pisze:

    Ulala :D. Mam wrażenie, że jeśli Maverick nie zastrzeli Jeffa z jakiegoś powodu to Nick może być nieco zazdrosny. A na pewno będzie częściej zerkał koso w stronę Rangera XD. Willy to zdolniacha i mam nadzieję, że wykombinuje dla Generała jakieś odpicowane protezy ułatwiając życie. Wierzę w jego zdolności ;). I szczerze zdziwię się jeśli William, zostając w domu bez obserwacji gospodarzy i mając w głowie plotki o grzesznej bliskości Małego Nicka i Zwierzaka, nie będzie pół nocy czatował z uchem przy drzwiach sypialni. Ja bym czatował! XD Już po prostu dłużej nie mogę czekać aż któraś z par się zdradzi. Will i jego predyspozycje do nieświadomego macanka dobrze rokują. Mam tylko nadzieję, że Maverick ich wcześniej nie zestrzeli z jakiegoś „błachego” powodu ;).
    Życzę weny i pozdrawiam serdecznie :).

  10. O. pisze:

    Awwww!! Obie pary już dają sobie sygnały w towarzystwie xD ale coś czuję, że Jeff nie doczeka się Will’a.. :( I ten faktycznie patrzy inaczej na generała ale to ze względu na strach, a teraz już się dowiedział plotek od Jeffa, więc jakby mają przewagę xD Ale tak czy siak, klubu gejów nie stworzą xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s