Across The Cursed Lands III – 9 – Mało zachwycony gospodarz

Jefferson dawno tak źle nie spał. Czuł się przez to poirytowany i było mu gorąco. Niby spał z Williamem normalnie, jak zwykle na jednym łóżku, kiedy mieli ku temu sposobność, ale to, co zdarzyło się w nocy, musiało go zdenerwować bardziej, niż przypuszczał, zaś w pokoju na poddaszu musiało być cieplej, niż z początku sądził. Teraz więc leżał na plecach i skopywał z siebie okrycie, żeby chociaż stopy wystawić i ochłodzić. William jeszcze spał, a on już nie mógł zasnąć, chociaż za oknem dopiero widniało. Zamknął jeszcze na chwilę oczy, wiedząc, że czeka ich dziś bardzo długa droga. Chyba przysnął jeszcze na godzinę, ale nie był pewien, bo wiele się nie zmieniło, kiedy znowu się obudził, czując, jaki jest dziwnie podenerwowany. Odruchowo zaczął rozmyślać o zakatowanym mężczyźnie i spojrzał na lekarza.
— Śpisz?
William spał. Przynajmniej do czasu, aż nie usłyszał głosu Rangera tak blisko twarzy, bo lekko się poruszył. Od jakiegoś czasu zdejmował już opaskę do snu, więc teraz widać było, jak brew nad poparzoną skórą w miejscu jego prawego oka poruszyła się, a wargi lekko rozchyliły.
— Nn… — wymruczał cicho.
— Jeszcze możesz leżeć, ale niedługo pewnie będziemy ruszać — kontynuował Jefferson. Nadal było mu gorąco i był dziwnie rozedrgany.
William nie odpowiadał dłuższą chwilę, więc Ranger podejrzewał, że znów zasnął, ale w końcu ten poruszył się, uchylił powiekę i uniósł twarz, by móc spojrzeć na partnera.
— Grzejesz mocno — wychrypiał zaspanym głosem i pocałował go w pierś.
— Bo jest mi gorąco — odparł młodszy mężczyzna zgodnie z prawdą. — Śniło mi się to wczoraj — dodał, nie precyzując, o co chodzi, ale czuł, że lekarz zrozumie.
Zrozumiał. Jego twarz nabrała powagi.
— Zamknęliśmy pokój na klucz? — upewnił się niby bez kontekstu, ale dało się wyczuć, że obawia się podobnego losu, jaki spotkał wczoraj dwójkę kochanków.
— Mhm.
— Dobrze…
Osobliwie było spać w mieście i nie słyszeć głośnych „krzyków” upiorytu z fabryk. Przywykli do tego w Chicago, więc obecna cisza dawała złudne wrażenie odosobnienia. Mogłoby to być przyjemne i relaksujące, gdyby nie wczorajsze wydarzenia. Obaj nie mieli dobrego nastroju, a dodatkowo Jefferson był rozdrażniony przez brak snu. Nie było więc co przedłużać pobytu w Davenport i nawet William to wiedział.
— Ubiorę się i pójdę zamówić nam śniadanie. Poproszę też, by przygotowano konie i spróbuję zapukać do Nicholasa… — Ostatnie zdanie powiedział z wahaniem. Obawiał się, że generał wciąż miał mu za złe wczorajsze pytanie, czy nie zamierza zastrzelić tamtego chłopaka.
— Spróbujesz? — prychnął rozbawiony tym sformowaniem Jefferson. Poklepał też Williama, żeby się z niego uniósł, bo chciał rozprostować kości. Nie mógł już leżeć po tym, jak tyle razy budził się w nocy. — I wystarczy, że pomyślisz o śniadaniu. Ja zejdę do koni, zapukam też do Nicholasa, powiem, że zajmę się też Duchem. Potrzebuję świeżego powierza — zamarudził na koniec, wstając już z łóżka, żeby się ubrać i zebrać do drogi.
— Dobrze. Spakuję więc nas i zamówię nam śniadanie — uznał lekarz i również wstał.
Pierwsze co zrobił, to sięgnął po swoją opaskę, a dopiero w dalszej kolejności zaczął wyciągać z ich wspólnych bagaży odzienie. Czuł się przytłoczony, ale z drugiej strony cieszył się, że już jadą dalej. Jeszcze tylko cztery dni, z tego co mówił ich przewodnik, i będą na miejscu.
Ranger zgodził się z nim, samemu ubierając się. Zauważył, że dłonie lekko mu drżą, ale było to chwilowe i uznał, że faktycznie mocno się tej nocy nie wyspał. Po kilku minutach, i wymienieniu prostych uwag o niczym, wyszedł pierwszy z pokoju, udając się już na dół, żeby powiadomić Nicholasa, że wstali i przygotować ich konie do drogi.

***

Z jakiegoś powodu po kolejnych dwóch dniach podróży dwójka młodszych towarzyszy miała wrażenie, że jednak to Nicholas jest z nich wszystkich najbardziej podenerwowany. Nie mogli zrozumieć dlaczego, ale czuli jego nastrój. Był bardziej małomówny niż zwykle i zarówno Jefferson, jak i William nie chcieli mu wchodzić w drogę. Ostatni dzień podróży był więc mocno nerwowy, a oni znaleźli się na bardziej ubogich w drzewa terenach. Minęli niewielkie jezioro, wokół którego było więcej drzew, ale potem jechali po suchej, stepowej okolicy. Zbliżał się październik, więc było trochę chłodniej, ale z drugiej strony słońce świeciło mocno i grzało ich w plecy.
W pewnym momencie, kiedy według tego, co mówił im Nicholas, powinni zbliżać się już na miejsce, generał wyglądał, jakby chciał zawrócić. Nawet zatrzymał się i poczekał, aż się z nim zrównają.
— Kiedy będziemy na miejscu, nie życzę sobie żadnych głupich komentarzy — zagroził, bo na prośbę jego głos nie brzmiał.
William i Jefferson spojrzeli po sobie z wewnętrznym zaskoczeniem.
— A czego możemy się spodziewać…? — dopytał ostrożnie lekarz, nie mając pojęcia, co takiego mieliby komentować. Podejrzewał, że po prostu jadą do kryjówki kogoś z agencji, na przykład Hamiltona.
— Gospodarz może nie życzyć sobie naszej obecności. A głównie waszej — burknął Nicholas niepocieszony tym, że to, co mówił, jest prawdą. Ale nie miał innej opcji, musiał zabrać ich właśnie tutaj. Inne kryjówki były zbyt daleko, a do tego potrzebował Mavericka. Jego wiedzy i wsparcia. Nie chciał też być bez niego tak długo, jak mogło zająć im przeczekanie największego zagrożenia.
William pomyślał, że dobrze zatem, że mieli broń. Nie powiedział jednak tego głośno, a jedynie przytaknął i dalej prowadził Pigmenta. Po kilku kolejnych minutach jazdy w tej krępującej ciszy ujrzeli w oddali sylwetki pasącego się bydła, z za niewielkim wzniesieniem powoli zaczął ukazywać się niski domek z zagrodą i wyższą od niego stodołą.
Nicholas znowu nisko odetchnął. Nie trzymał jednak dłoni na broni, co w kontekście jego wcześniejszych słów trochę zaskoczyło pozostałą dwójkę towarzyszy.
— Tylko spokojnie. Nie strzelać, ani nie drzeć się jak nienormalni, jeśli nie dam takiego rozkazu — rzucił do nich Nicholas, a kiedy tylko kończył zdanie, wszyscy usłyszeli głośny skrzek.
Napięli się, spodziewając się jakiegoś dzikiego zwierza. I dobrze się spodziewali, bo oto na niebie pojawił się ciemny kształt. Z początku stwór wyglądał na małego, ale tylko dlatego, że był daleko. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej okazywało się, że to latające coś jest wielkości dużego psa i przeraźliwie skrzeczy.
— To ten zwierz, który usiadł na Pigmencie! — wydusił William, którego rytm serca gwałtownie przyspieszył, czemu nie trudno się było dziwić, bo zwierz ewidentnie leciał w ich kierunku.
Nicholas skrzywił się brzydko, a zwierz nadal kierował się w ich stronę. Mężczyzna jednak nie wyciągnął broni, tak jak korciło Jeffersona i Williama. Posłuchali jednak generała i nie zrobili nic bez jego rozkazu.
— Już się drzesz, cholero… — burknął Nicholas, a potworek wylądował pod nogami Ducha. Koń zarżał, ale nie przestraszył się, tylko szedł dalej. Zaś psio-nietoperzowy stwór poskakiwał obok konia. Podleciał nawet w górę, próbując wleźć na jego zad. — Won, umiesz sam dojść do domu! — fuknął na niego Nick, starając się go spędzić, ale nie robił mu przy tym krzywdy. Tym samym wywoływał coraz większy szok u swoich towarzyszy.
— Co…? Ale… — zaczął nawet Jefferson, a generał tylko przewrócił oczami.
— Flap. Spokojnie, niedługo wszystkiego się dowiecie. Tylko palce z dala od spustów.
William pociągnął Pigmenta na bok, starając się znaleźć jak najdalej skrzeczącego stwora. Ten wyglądał na bardzo zainteresowanego Nicholasem i próbował trącić go pyskiem w plecy, ale gdy generał się odpędzał, stwór podskakiwał, fruwał wokół i znów okazywał… radość. Obu młodszym towarzyszom skojarzył się z psem cieszącym się na powrót właściciela.
— To nie jest drapieżne…? — wykrztusił lekarz.
— Jest — przytaknął Nicholas, w głowie jednak myśląc, że jego właściciel w tej chwili jest bardziej drapieżny. — Ale nas nie zaatakuje. Poluje na mniejsze zwierzęta i jest to pupil gospodarza — dodał, bo już powoli dojeżdżali do domku. Czuł, jakie ma ściśnięte gardło z nerwów, jak zareaguje Maverick.
Taka odpowiedź jeszcze bardziej zszokowała Rangera i lekarza, ale ci nie powiedzieli już nic, a jedynie czekali na to, co miało się wydarzyć. A wydarzyło się wiele.
Domek, który im się ukazał, postawiony był samotnie na tym pustkowiu. Towarzyszyła mu jedynie duża stajnia i niski płotek. Co by nie mówić, mógł być rzeczywiście niezłą kryjówką, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszczałby się w taką dzicz, nie wiedząc, że cokolwiek tu w ogóle stoi.
Gospodarz, jak określił go generał, musiał zostać zaalarmowany przez skrzeki Flapa. Bo gdy tylko Nicholas doprowadził swoich towarzyszy pod wiecznie otwartą bramę, drzwi w domu otworzyły się i stanął w nich mężczyzna… ze strzelbą. Najpierw z oddali spojrzał na trójkę jeźdźców, po czym podążył do schodków na ganku i powoli szedł w ich kierunku. Na głowie miał kowbojski kapelusz, twarz przesłoniętą brązowym zarostem, a na dłoniach bandaże. I gdy tylko Jefferson na Oficerze wszedł za Nicholasem przez bramkę, gospodarz uniósł strzelbę i wystrzelił ostrzegawczo w kierunku nieba.
Ranger od razu zatrzymał konia, Oficer zarżał, a Duch przystanął. Pigment, idąc za resztą, także się zatrzymał. Stwór, który ich przywitał, teraz biegł, podskakując i podlatując, w stronę mężczyzny ze strzelbą. Skrzeczał przy tym przeraźliwie. Nicholas skrzywił się z tego powodu, bo utrudniało mu to mówienie. Chcąc nie chcąc, ruszył znowu do przodu.
William wcale nie był pewien, czy powinien również popędzić Pigmenta. Ściągnął więc jego lejce, gdy ten chciał ruszyć za Duchem.
— Poczekaj… — rzucił cicho w stronę Jeffersona.
Tymczasem gospodarz rancza ruszył naprzeciw Nicholasa i im bliżej był, tym więcej szczegółów pozostała dwójka mogła zobaczyć. Ujrzeli więc, że był mężczyzną w średnim wieku. Trudno było określić dokładnie, bo zarost trochę go postarzał, choć próżno było szukać na nim siwizny. Miał pofalowane, dłuższe włosy wystające spod ronda kapelusza i poszarpane ubrania. Poszarzałą koszulę, skórzaną, niezapiętą kamizelkę i wychodzone spodnie wsunięte w wysokie buty. Opuścił strzelbę, gdy dotarł do niego Duch wraz z jeźdźcem.
— Co oni tu robią? — fuknął groźnie na powitanie, darząc generała zdystansowanym i ewidentnie zirytowanym spojrzeniem.
— To nasi ludzie. Jess chciała ich ustrzelić, polują na nich. Masz jakiś inny pomysł, gdzie byliby bezpieczniejsi niż tutaj? — rzucił Nicholas, nadal siedząc na koniu. Jego głos był dobrze słyszalny, pewny, ale było przy tym też coś jeszcze. Jakieś podenerwowanie i potrzeba, a nie tylko chęć usłyszenia potwierdzenia.
— To oni…? — Maverick przechylił się i spojrzał na dwójkę jeźdźców. Jasnowłosy mężczyzna z opaską na oku i młodszy mężczyzna z rewolwerami przy pasie. Już poznał, który jest którym. — Jak to Jess chciała ich ustrzelić? — dopytał z mocno ściągniętymi brwiami.
— Napadła na nich razem z jakimś człowiekiem. Niejaki Hibiki. Jess nie wydaje się, jakby dalej była po naszej stronie — mówił Nick już ciszej, przez co dwójka z tyłu słyszała co drugie słowo.
— Ostrzegła cię… — zauważył Maverick, po czym jednak fuknął i machnął strzelbą w kierunku jeźdźców. — Nie mogłeś ich wysłać do Gavina?!
— Byli już u Gavina. Mogli ich śledzić już od tego miejsca, a chyba nie chcesz, by Ad nas wysadziła za to, że napadną jej mężczyznę i dzieci — burknął Nicholas, nadal górując nad Maverickiem i skutecznie ignorując tych, których przyprowadził. Teraz jednak ważniejszy był jego rozmówca.
Flap skutecznie utrudniał im rozmowę, kręcąc się przy nogach swojego pana i próbując jeszcze raz serdecznie i głośno powitać Ducha i jego jeźdźca. Maverick jednak nie zwracał na to uwagi, nawet jak stwór podskakiwał, by pociągnąć go za palce.
— I jak długo planujesz trzymać tu tych ludzi? Zamierzasz mi ich zostawić i gdzieś znowu pojechać?
— Nigdzie nie zamierzam jechać! — Nicholas w końcu pociągnął mocniej lejce Ducha, kiedy Flap za bardzo zaczął wdrapywać się na jego wierzchowca. — I do kurwy, czy on w końcu się zamknie? — jęknął. — Nie słyszę swojego głosu, a oni stoją tam jak ofiary. Mav, mogę wrócić do domu?
Ostatnie pytanie wyraźnie poruszyło starszym mężczyzną, choć tylko Nicholas to zobaczył. Twarz Mavericka specyficznie drgnęła, a jego spojrzenie na sekundę zrobiło się cieplejsze.
— Mamy tylko jeden wolny pokój — burknął w końcu i syknął na Flapa: — Cisza! Uspokój się, Flap, siadaj!
Zwierzę przekrzywiło mordkę i zaskrzeczało, ale gdy Maverick wykonał jakiś trudny do powtórzenia gest, udomowiony squabat położył po sobie uszy i przysiadł na ziemi. Jego ogon niecierpliwie szurał po suchej ziemi.
— Jak chcesz rozłożyć posłania? Jak sobie to wyobrażasz, Nick? — dodał do swojego partnera. Uległ jego planowi przygarnięcia dwójki młodych mężczyzn, bo nie miał wyboru, ale widać było, że jest bardzo na nie.
— Że będą nocować w stajni, na piętrze, nad końmi. Jeśli nie będzie im się to podobać, to wymyśli się coś w trakcie. Lockerbie jest już cztery miesiące w drodze, Black chyba od urodzenia. Nie obchodzi mnie, czy będzie im wygodnie. Mają dużo informacji, muszą być bezpieczni.
William i Jefferson nie słyszeli wiele, ale do ich uszu dotarło słowo „stajnia”. William więc pobladł lekko i spojrzał na swojego towarzysza.
— Jeff, czy oni przypadkiem nie uzgadniają miejsca naszego spoczynku?
— Dla ciebie chyba wieczny spoczynek. — Ranger zaśmiał się, jak zwykle popisując się niezłą dawką czarnego humoru.
William odpowiedział mu chłodnym spojrzeniem i czekał w napięciu na dalszy rozwój sytuacji. Ich nowy gospodarz wyglądał na bardzo wrogiego, a już sam fakt, że miał przy nodze zmutowane, drapieżne zwierzę, mocno ich niepokoił.
Okazało się, że mogli zostać. Maverick nie miał wyboru i w końcu ominął Nicholasa, a następnie powoli zbliżył się do dwójki jeźdźców. Flap podążył za nim.
— Rzeczy możecie zostawić w domu. Śpicie w stajni — oznajmił. — Kolacja będzie o zachodzie słońca.
Nicholas obejrzał się na nich, ale nie dodał nic, tylko sam udał się do stajni, żeby zostawić tam Ducha, dać mu wodę i paszę i w końcu usiąść na fotelu czy kanapie w domu. Czuł ulgę, że Maverick zaakceptował jego plan, ale też wiedział, że jeszcze usłyszy kazanie, kiedy będą sami. Bolało go to, ale nie tylko. Żałował, że jego ukochany w ogóle nie okazał ulgi czy zadowolenia, że jednak wrócił w jednym kawałku.
Jefferson w tym czasie podziękował Maverickowi, nawet nie znając jego imienia i jako pierwszy ruszył w ślad za gniadym wałachem. Gospodarz z kolei zapatrzył się na plecy Nicholasa, myśląc o tym, by się w nie wtulić, bo na jego widok ogarnęła go tak ogromna ulga, że trudno było mu ją stłumić i nie pokazać jej przed nieznaną dwójką młodych towarzyszy. Między innymi dlatego było mu źle, że byli tu obecni, bo nie miał teraz szans, by okazać czułość swojemu partnerowi. Oczywiście równocześnie był na niego wściekły, że sprowadził tu obcych, ale tego zapewne Nicholas był świadom.
— Kim jest ten człowiek? — William odważył się zapytać generała, gdy całą trójką wprowadzili swoje konie do stajni, zostawiwszy gospodarza na zewnątrz.
Nicholas najpierw spojrzał na lekarza, jakby miał pretensje, że jednak ten zgodził się z nim tu przyjechać. Po tym zszedł z siodła z niskim stęknięciem bólu.
— Maverick Bailey, właściciel tej ziemi i właściciel tej pokraki, która nas witała. To Flap, jego ulubieniec, więc nie popełniajcie mojego błędu i akceptujcie tę mutację — wyjaśnił, zabierając się z grymasem za odpinanie siodła i lejców z konia.
Jefferson robił to samo w tym czasie, zajmując się najpierw Pigmentem.
— I na pewno możemy tu zostać? Słyszeliśmy, że mamy spać tu? — upewnił się.
— Tak. Przynajmniej do czasu, aż Maverick nie uzna inaczej.
Stajnia, jak to stajnia, pachniała końmi i sianem. Były to dla Williama warunki bardzo nieprzyjazne, ale dodatkowo coś innego go martwiło. Stojąc z boku i odbierając od Jeffersona ich juki, zauważył:
— Noce robią się chłodniejsze. Październik przyjdzie za kilka dni.
— Mówiłem, jak nie uzna inaczej. Najpierw musicie przetrwać jego złość z tego, że tu jesteście. W razie czego, coś się wymyśli — odmruknął Nicholas, zarzucając swoje siodło na belkę i wprowadzając w końcu Ducha do boksu. Zaraz też spojrzał na konia Jeffersona. — To jest ogier?
— Tak, to chyba nie problem? — spytał Jefferson, a wzrok generała pokierował się na kasztankę Mavericka.
— Jest tu jedna klacz.
Kasztanka wyglądała na spokojną, choć wyciągała co raz swój brązowy pysk, żeby poznać stojące kilka kroków dalej konie. Pigment nie wydawał się specjalnie zainteresowany, ale Oficer też wyciągał pysk, a jego chrapy poruszały się żywiej.
Jefferson skrzywił się.
— Może wstawimy go do ostatniego boksu. Mam nadzieję, że nie wyłamie drzwi — mruknął, wierząc, że nic się nie wydarzy. Nie raz nocowali w stajniach w hotelach, gdzie też były klacze i do niczego nie doszło.
— Też mam nadzieję, bo jak coś, ty będziesz to odkręcał i naprawiał szkody swojego konia — burknął Nicholas i pierwszy wyszedł ze stajni, kiedy już jego wałach miał co jeść i pić. Później zamierzał przyjść go wyszczotkować, ale na razie sam musiał usiąść, bo czuł nieznośny ból od protez… i chciał chociaż krótko pocałować Mavericka. Wyjeżdżając, bał się, że może go już nie zobaczyć.
Zobaczył, że ten zmierza właśnie z wiadrem na tył domu, więc domyślił się, że idzie do studni. Flapa już nigdzie nie było. Albo znalazł sobie zajęcie, albo poleciał znęcać się nad gryzoniami w okolicy.
Nick marzył, żeby usiąść i pozbyć się ciężkich, metalowych kończyn, ale zamiast tego udał się za swoim partnerem. Kulał wyraźnie i zapewne było go słychać, kiedy szedł, więc nie było szans, żeby się zakraść, ale potrzebował tego momentu zbliżenia.
Maverick, już stojący przy studni i zawieszający wiadro na łańcuchu, obejrzał się na Nicholasa trudnym do odczytania spojrzeniem. Potem spojrzał dalej, za jego plecy, jakby upewniając się, czy nikt za nim nie idzie. A gdy generał przeszedł już odległość do studni, Zwierzak postawił wiadro na jej skraju, odwrócił się do niego i bez słowa objął go mocno za szyję.
Nicholas z wyraźną ulgą objął go zdrowym ramieniem w pasie i pocałował w policzek. Zaraz po tym przytknął nos do jego skroni i odetchnął głęboko. Poczuł się od razu lepiej i lżej, mimo zmęczenia. Maverick nie mógł być na niego aż tak zły, skoro dał się przytulić.
— Dobrze cię widzieć. — Usłyszał nawet jego spokojny głos i poczuł, jak jego zabandażowana dłoń głaszcze go po karku.
— Wybacz, że ich tu sprowadziłem, ale naprawdę nie było innego wyjścia — odparł Nicholas, nadal na niego nie patrząc, ale w końcu obawiając się, że ich zażyłość między nimi zostanie odkryta, odsunął się.
Maverick więc odwrócił się, żeby spuścić wiadro w dół studni. Kręcąc dźwignią, rzucił głucho:
— Trudno. Przetrwamy, jeśli któryś z nich nadaje się do polowania. Sam nie ustrzelę i nie złowię dostatecznie dużo jedzenia, by nas wykarmić. — Po tym trochę spuścił z tonu i obejrzawszy się, zapytał: — Pomóc ci odkręcić protezy?
— Black ci pomoże. Z tego co zauważyłem i zrozumiałem, zajmował się lekarzem w trakcie drogi do Chicago — odparł Nick i pomógłby ukochanemu, gdyby nie był tak zmęczony drogą. — I poradzę sobie z nimi sam. Zrobisz w tym czasie coś ciepłego do picia? — spytał, czekając, aż ten wyciągnie wiadro z wodą na górę, żeby je zanieść.
— Tak. Zaparzę zioła i zrobię kolację. Mam zająca, przygotuję potrawkę — odpowiedział Maverick, ciągnąc w górę łańcuch, aż wydobył wiadro pełne wody. Zdjął go z haka i podążył wraz z Nicholasem w stronę głównego wejścia.
Jak zauważyli, na ganku czekała na nich dwójka młodych towarzyszy. Chyba nie byli pewni, czy mogą już wejść do środka, więc stali na schodkach z jukami.
Nicholas szedł za Maverickiem niemalże potulnie i nie zachowywał się już, jakby mężczyzna, który ich gości, był jego podwładnym. Chociaż w teorii tak było, ale nikt nie pilnował stopni wojskowych, kiedy już przekroczyli granice tej ziemi. A goście nawet o nich nie wiedzieli.
— Chodźcie. Pokażę wam, gdzie zostawić rzeczy. — Maverick zwrócił się do gości znacznie bardziej suchym tonem, niż gdy mówił do swojego partnera. Wszedł pierwszy do domu i pokierował się do salonu. Wiadro zostawił przy drzwiach do kuchni. — Tutaj rzućcie rzeczy.
Pomieszczenie nie było duże i raczej zagracone. Kanapa nosiła na sobie ślady granatowej sierści i jakichś ciemnych plam. Stolik był odrapany, podobnie jak wszystkie meble. Panował tu jednak jako taki porządek, nie śmierdziało kurzem i brudem. Było tu też sporo książek i dziwnych sprzętów takich jak sznury, sieci na ryby czy pudełka z wnykami.
William i Jefferson potulnie poszli z gospodarzem, by rzucić gdzieś swoje bagaże, przy okazji rozglądając się. I naraz lekarz zastygł, gdy dostrzegł coś bardzo znajomego. Bez słowa położył dwa worki na kanapie i podszedł do regału, na który rzucony był… dziennik Zwierzaka. Otworzył go szybko, by upewnić się, czy jest on tym, o czym myśli i aż sapnął głucho.
— Jak…?
— Odłóż! — Od razu zamiast odpowiedzi na swoje pytanie usłyszał ostry rozkaz, kiedy Nicholas warknął na niego jak na nieposłuszne zwierzę.
Jefferson, który już chciał podejść do towarzysza, zastygł i nie odważył się ruszyć nawet na centymetr. Znowu zrobiło mu się dziwnie bardziej gorąco, kiedy serce mocno uderzyło mu w klatce piersiowej.
William szybko odłożył dziennik na regał i obejrzał się z szokiem na Nicholasa. Maverick też zareagował gwałtownie, bo podszedł do lekarza i odepchnął go od regału.
— Mówiłem o odkładaniu rzeczy, a nie ruszaniu moich — syknął.
— To jest dziennik Zwierzaka, który ostatni raz był w rękach pewnych dobrze znanych nam braci — powiedział William chłodno, bo co prawda był napięty i dziwnie przytłoczony tym despotycznym zachowaniem obu starszych mężczyzn, ale chciał zrozumieć, co tu się działo.
— Był w rękach złodziei — sprostował generał. — Teraz jest tu, gdzie jest jego miejsce — dodał, uznając, że skoro tajemnica o nim została ujawniona, to kłamstwo w tych okolicznościach raczej byłoby bardziej śmieszne niż skuteczne.
— Co? — spytał Jefferson, bo wszystko, co się działo, docierało do niego w zwolnionym tempie.
Spojrzenie czarnych oczu Rangera oraz błękitnego oka lekarza spoczęło na całej sylwetce Mavericka. Ten zrobił zirytowaną minę i sam zerknął na Nicholasa z pretensją.
— Jesteś Zwierzakiem — podsumował William. Naprawdę już zgromadzili całą Boosę. Znali ich tożsamości. I okazało się, że cała liga jest bliżej, niż się spodziewali.
Nick westchnął ciężko.
— Nie ma czego już dłużej ukrywać. O mnie też już wiedzą — mruknął do Mavericka, żeby go jakoś uspokoić. Podszedł do kanapy i usiadł na niej, już mając dość dzisiejszego dnia. — Boosa jednak już nie istnieje, jest TABiW i wy też do niego należycie, więc obowiązuje was tajemnica. Dezercja jest surowo karana.
— Więc wszyscy jesteście teraz w TABiW poza Wściekłą Jess — podsumował William, który absolutnie czego innego spodziewał się po osobie Zwierzaka. Jefferson opowiadał mu, że ten podobno był najspokojniejszym z nich wszystkich. Wyglądał na zupełne przeciwieństwo.
Maverick wręcz nie wierzył, że ten dzień przyniósł takie zwroty akcji. Dotąd prawie nikt nie wiedział o nim, o Nicholasie, a teraz wszystko wychodziło na jaw.
— Powiedzmy — mruknął i podszedł do wiadra. — Zrobię nam kolację — dodał i bez żadnych wyjaśnień wyszedł do kuchni, zostawiając dwójkę młodych towarzyszy w stanie osłupienia.
Nick odprowadził go spojrzeniem.
— Wiele się zmieniło przez te lata. Dlatego powtarzam wam notorycznie, że Boosa nie istnieje — mruknął posępnie. — Maverick wiele przeżył, tak samo jak każdy z nas. Nie ruszajcie więc jego rzeczy.
Jefferson pokiwał głową i popatrzył po pomieszczeniu.
— Więc już nic z tego nie zostało? To wszystko przez to…? — spytał, wskazując na generała, a konkretniej na jego lewą, metalową stronę ciała.
Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego z tematu.
— Po części — burknął, nie chcąc wdawać się w szczegóły, ale w głębi serca myślał, że właśnie to był ten ich ostatni krok, przez który ostatecznie wszystko się rozpadło. Już wcześniej były spięcia, ale jego „śmierć” wszystko zmieniła. Najgorsze, że między nim a Maverickiem także.
William w końcu przysiadł na wolnym fotelu, żeby nie stać przy regale jak kołek. Słyszeli z kuchni postukiwania i krzątanie się Mavericka. Zwierzaka. Zadziwiało go to.
— Boosa się skończyła, lecz przeistoczyliście się w coś, co również działa dla dobra ludzi. Lecz pod inną nazwą — zauważył już trochę spokojniej. — Zwierzak… Maverick mieszka tu sam? — zapytał, bo już wiedzieli, że Adela miała męża i dwójkę dzieci. Był ciekaw.
Nicholas skrzywił się znowu. Już chciał być sam, pozbyć się protez.
— Zazwyczaj — mruknął. — Nie jesteście zmęczeni drogą?
— Jesteśmy… Możemy jednak w czymś pomóc — odpowiedział lekarz głównie odnośnie Nicholasa, nie Mavericka. Nie dlatego, że w tym momencie gospodarz wydawał mu się bardziej wrogi. Był inny powód i postanowił tym razem do niego nawiązać, choć całą drogę to ignorował. — Mogę spojrzeć na twoje protezy?
Nick nie wyglądał na zachwyconego tym, co usłyszał. Cisnęło mu się na usta agresywne „po co?”, ale zamiast tego zmierzył lekarza podejrzliwie i dopytał:
— Specjalizujesz się w tym?
Jefferson w tym czasie uznał, że też przysiądzie i tylko posłucha. Musiał ułożyć sobie w głowie to, czego się właśnie dowiedział. Poznał Zwierzaka i Małego Nicka. I to w tak krótkim okresie czasu! Czuł się jak mały chłopiec, który dodatkowo chce wiedzieć więcej i więcej, bo pewna plotka, która krążyła o tej dwójce, kotłowała mu się w głowie.
— Nie jestem protetykiem, ale zajmowałem się tym przez pewien okres czasu w pracy i mam dużą wiedzę o metalach — odpowiedział William, czekając na sygnał, że może podejść. Już zauważył, że lepiej nie narzucać się Nicholasowi, ale jego bystre oko widziało, że zmęczenie generała musiało wiązać się z problemami z protezami. Nie mogąc ich zbadać, nie mógł jednak określić, czy jest to problem wyważenia, czy czegoś innego.
Nicholas nie był przekonany i było to po nim widać. W końcu jednak uznał, że na Showa nie ma co liczyć, więc jak Lockerbie zastępował go na misji, to może i mógł zastąpić go jako lekarz.
— Po kolacji — zarządził i z trudem wstał. — Dam wam koce, rozłożycie się w tym czasie w stodole.
Pozostało im tylko przytaknąć. Ułożyli swoje rzeczy w jednym miejscu, żeby nie przeszkadzały i chwilę później podążyli z generałem do swojego miejsca noclegowego na najbliższe noce. Lekarz miał nadzieję, że będzie to tylko tymczasowa sytuacja, bo jesień już nastała i było to czuć szczególnie wieczorami. Cieszył się jednak, że nie musieli już nigdzie jechać konno i że chwilowo byli tu bezpieczni. O ile ten przeklęty pupil Zwierzaka nie postanowi spożyć ich na kolację…

19 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 9 – Mało zachwycony gospodarz

  1. TigramIngrow pisze:

    „w stronę mężczyzny ze strzelba.”
    „— Był w rekach złodziei ”
    „— Jeff, czy oni przypadkiem nie uzgadniają miejsca naszego spoczynku?
    — Dla ciebie chyba wieczny spoczynek. — Ranger zaśmiał się, jak zwykle popisując się niezłą dawką czarnego humoru.” Hahahahaha! Jakie podsumowanie, no nie mogę, po prostu w punkt. Perełka XD
    Kuuurde. Nie wiem czy ich zdemaskowanie będzie bardziej śmieszne czy problematyczne, no ale chyba nikt do nikogo nie będzie miał pretensji, skoro wszyscy jadą na jednym, homoseksualnym wózku?

  2. Katka pisze:

    Kasia, chyba każdy twardziel ma coś takiego, co sprawia, że staje się słodkim barankiem XD Jeff i Will mieli zdecydowanie ciekawy obiekt obserwacji :D W poprzedniej części za to było coś niecoś powiedziane o tym, że faktycznie Zwierzak i Mały Nick byli grzesznie blisko, ale jak to ploty, nawet Jeff w nie za bardzo nie wierzył. Teraz wszystko może okazać się prawdą. A rozgrzewanie się na sianie też może być przyjemne, wiec… no może Willuś jednak doceni i takie uroki podróży XD Dzięki za komentarz! :D Pozdrawiamy Ciebie również! :D

  3. Kasia pisze:

    Chichotałam jak szalona czytając jak zmieniało się zachowanie Nicka w miarę zbliżania się do rancza ☺Taki pewny siebie pan generał zrobił się nagle potulny jak baranek. Mav i tak nie dał im popalić za bardzo, oczywiście to się jeszcze może zmienić, hehe. Zastanawiałam się kiedy wyjdzie że Mav to Zwierzak – no i szybko poszło, a teraz się zastanawiam czy ta plotka o której myśli Jeff to ich romans? Zupełnie nie pamiętam tego z poprzedniej części ale to się samo nasunęło, a poza tym ktoś już wspomniał o tym w komentarzu :) Ciekawe czy jak by Jeff się tego domyślił to by się sami przestali kryć? Eee chyba nie, to hy raczej dziwne było 😊 Fajnie by było natomiast jakby Will był w stanie pomóc Nickowi z jego protezami, od razu by urósł w oczach wszystkich, może i Mav by ich do domu wpuścił? Póki co będą się rozgrzewać z Jeffem na sianie 😆Dzięki dziewczyny. Pozdrawiam serdecznie ☺

  4. Katka pisze:

    Luana, ” Jak się kocha to to nawet wskazane.” zgadzam się! :D Jeffko musi być milutkie czasem dla Willcia. Potrzebne to im jest. No i zobaczymy, czy sprawdzi się Twoja wersja odkrycia wielkiej tajemnicy… XD

  5. Luana pisze:

    Temat jest mega dołujący. Przyznam, że to aż mnie fizycznie boli. Ja to mówię, że mój wewnętrzny gej cierpi. Tak, pękłam, ale nie żałuję, pomimo że mnie z ciekawości co dalej, aż skręca. :D Trudno powiedzieć kto się domyśli pierwszy i zakłady byłby ekstra. Ja stawiam jednak cały czas na Jeffa. I dobrze, że nasz Ranger stał się „miękki” wobec Willa. Jak się kocha to to nawet wskazane. :D

  6. Katka pisze:

    Luana, najpierw odnośnie poprzedniego rozdziału – tak, był strasznie smutny i w sumie takie miało to wywołać emocje, bo ten temat jest mega dołujący, szczególnie tak jak mówisz, gdy się myśli o tym, że takie rzeczy wciąż się dzieją. A i nawet jak u nas w kraju nie ma takich rzeczy, to jestem pewna, że istnieją osoby, które takie rozwiązania chętnie by uskuteczniały. A już odnośnie Twojego komentarza przy tym rozdziale – jednak pękłaś XD W sumie to miłe, haha, bo to wielki komplement dla autora, gdy ktoś nie może się powstrzymać przed czytaniem dalej :) Mam nadzieję, ze nie żałujesz, mimo że teraz musisz czekać ;) No i dołączasz do zacnego grona osób, które bardzo chcą, żeby wszyscy na ranczu dowiedzieli się o sobie XD No nie dziwię się, bo wiele by to chłopakom ułatwiło. Ale właśnie pytanie, kto pierwszy odpowiednio to wszystko pokmini… Powinniśmy zacząć robić zakłady XD
    Super, że widać zmiany, jakie zaszły u bohaterów. No jakby nie patrzeć, to wiele się wydarzyło i gdyby to wszystko nie odcisnęło na nich swojego piętna, to byłoby dziwnie. I niby to w Willu widać największe zmiany, ale Jeff też się zmienił. Jeśli to dobre słowo, stał się wobec Willa bardziej „miękki”. Uczucia weszły w grę, no i mamy to, co mamy :) „I widzę, że coraz więcej osób się do niej przekonuje, co jest piękne. :D” – nas też to bardzo, bardzo cieszy! :D

  7. Luana pisze:

    Nareszcie cała czwórka razem! Jak ja na to czekałam. Jak tylko Nicholas przyjechał do Chicago to w mojej głowie było tylko „Jadął do Mava. Jadą do Mava”. :D
    Jak widzicie jestem już po lekturze obu tomów, wszystko sobie przypomniałam, na nowo przeżywałam. No i nie mogłam się powstrzymać, by nie zacząć czytać trzeciego tomu. Mogę czekać z zapoznaniem się z opowiadaniem, które jest nowe, ale nie kiedy to jest dalszy ciąg. Jak tylko przeczytałam prolog, by się dowiedzieć co dalej tak już poleciał rozdział za rozdziałem. Jestem zachwycona tymi rozdziałami i żal mi, że nie mogę kliknąć na kolejny rozdział i dalej czytać.
    Nasi chłopcy wiele przeszli w Chicago. Will stracił mamę. Z ojcem też nieciekawie. I jak tu nie płakać z tego powodu. Biedny Wiluś. :( Na szczęście ma Jeffa. :D W końcu spotkali Nicka i mogli z nim podróżować. Teraz tylko poza odkrywaniem tajemnic (brawa za nie, bo wymyśliłyście taką zagadkę, że sama nie wiem jak to się skończy i o co chodzi) będę czekać na to kiedy cala czwórka dowie się o swojej orientacji. Na szczęście Jeff coś tam pamięta o byciu Zwierzaka i Małego Nicka „grzesznie blisko”. Mam nadzieję, że coś zauważy. Przecież wie gdzie patrzeć i czego szukać. A jeśli się każdy o wszystkim dowie, to może Mav i Nick obserwując Willa i Jeffa razem czegoś się nauczą. Bo mi tak jest żal tego jak bardzo od siebie są daleko. Nawet kiedy się przytulają i tak gdzieś ta bliskość nie jest taką bliskością jaką powinna, być, bo każdy z nich myśli, że ten drugi robi coś z litości itp. Ech.
    Czytając wszystko na raz widać jak bardzo zmienił się Will, relacje jego z Jeffem. I widać to jak Jeff zmienił się w stosunku do doktorka. Zdecydowanie inaczej go traktuje. Owszem nadal dowala mu tymi swoimi przytykami, ale nawet one teraz są inne. Wiadomo, że jak trzeba to troszczy się o Williama, martwi o niego ze wzajemnością. A słowa „kocham cię” tylko wiszą pomiędzy nimi jeszcze niewypowiedziane. :)
    Dzięki za tą cudowną opowieść. I widzę, że coraz więcej osób się do niej przekonuje, co jest piękne. :D
    Pozdrawiam.

  8. Katka pisze:

    Yaoistka, czyli rozumiem że Ci się podobało i to jest najważniejsze XD

    Kaczuch_a, nooo Nickuś tak się bał jak Mav zareaguje w ten tylko raz wystrzelił strzelba i nawrzeszczal XD ale tak, dał sie przytulić więc nie może być tak źle :) w ogóle widzę ze cisniecie równo i te protezy XD Will się za nie chętnie wezmie tylko żeby Nick mu na to pozwolił

    Saki, dobra pamięć. Coś nieco gdzieś o plotach o ich romansie sie przewinelo. W każdym razie na pewno widać że zachowują się inaczej ale może być tak jak mówisz że to jednak da się zwalić na ich długoletnią przyjaźń. A co do Willa – na pewno będzie mu się to lepiej znosilo z Jeffem i boku ale wciąż nietety dla niego czulostki na sianku nie brzmią tak zachęcająco jak dla nas wszystkich XD
    W sumie masz rację, Mav jest jedyna osoba której Nick się boi XD cóż… każdy ma jakieś swoje koszmary XD ale on zdecydowanie swój bardzo kocha. Dzięki za komentarz i Ciebie także pozdrawiamy!

    Queen, spoooko nam sie też zdarza zapominac takie rzeczy więc nie jesteś osamotniona XD ważne że trzymasz rękę na pulsie :D

  9. saki2709 pisze:

    Co do tej plotki, krążącej o Małym Nicku i Zwierzaku… Czy nie chodzi tu o ich romans? Bo mi się wydaje, że kiedyś było coś o tym wspomniane i że właśnie nad tym rozmyśla Jeff. Może prywatne śledztwo? Jestem za XD Nadal myślę, że relacje między Nickiem i Mavem wyjdą na jaw szybciej (jeśli w ogóle się o sobie dowiedzą. Ale z tą informacją całej czwórce byłoby lżej, bo nie musieliby się ukrywać). Na pierwszy rzut oka widać, że są inne, choć można pomyśleć, że to dlatego, że znają się bardzo długo.
    Jak przeczytałam tytuł, miałam wielki banan na twarzy, bo wiedziałam, że będzie Mav.
    Biedny Will, jest zmuszony nocować w stajni. Chyba wolałby spać przy ognisku pod gołym niebem XD Ale jak Jeff się do niego przytuli, to może nie będzie tak źle… A może by tak trochę czułostek na sianku? A może coś więcej? Atmosfera trochę się poprawiła, a Mav i Nick raczej nie będą zaglądać do stajni w środku nocy.
    W ogóle Nick jest przy Mavie potulny jak baranek. Normalnie inny człowiek XD Maverick jest chyba jedyną, bądź jedną z niewielu osób, których się boi. Jednocześnie jednak boi się o niego, więc jest jedyny w swoim rodzaju. Mav potrafi być straszny. Chyba potwierdzi to każdy, kto wejdzie nieproszony na jego teren.
    Może Will coś wymyśli, żeby Nickowi nie było tak ciężko z tymi protezami, skoro już generał mu pozwolił zerknąć?
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. Pozdrawiam i życzę weny

  10. kaczuch_A pisze:

    Mav nie zabił Nicka więc jest dobrze. Ba nawet się przytulili, moje serduszko jest zaspokojone~! I mam nadzieję, że w następnym rozdziale pojawią się czułostki w stajni (i nie mam tu na myśli Oficera oczywiście xD ) i w domu oczywiście też. W końcu może starsi panowie ze sobą porozmawiają, dojdą do tego, że jeden drugiego kocha i akceptuje. I mam nadzieję, że Will pomoże z protezami generała, zrobi lżejsze, odciąży, cokolwiek. Przydałoby mu się coś takiego. I ta czwórka wiele zdziała, mam taką nadzieję i że nic poważnego się tym panom nie stanie.

    Weny drogie Panie~!

  11. Yaoistka^^ pisze:

    Mrrrr i co tutaj napisac? Nie wiem co xD mrrrr rozdział mrau <3 następny będzie mrau mrau mrau :3

  12. Katka pisze:

    Aeneryss, bardzo dobre spostrzeżenie o tej zamianie ról haha Nicholas zdecydowanie potulnieje przy Mavie. To musi być podejrzane dla Jeffa i Willa. A brak rozmów to główny problem i nich. A może też chodzi o szczerość. Na pewno przydałby się im terapeuta. A czy się między nimi poprawi to się okaże ale na razie mimo tych czarnych myśli i każdego z nich to mimo wszystko obaj się ciesza ze swojej obecności ;)

    O., William jest za! Niech tylko ogarna whisky to on może pić XD

    Kyna, dokładnie, jakby było ze sobą szczerzy to by może się fajnie dogadali ale jednak w tej kwestii trudno być szczerym. I co do rozmów to tak jak z Aeneryss i z Tobą się zgadzam. Ludzie tego mi potrafią a Nick i Mav już na pewno. Ale ogólnie spoko, przekazujemy kilka rozdziałów w zaciszu. Muszą chłopcy trochę odpocząć :) dzięki za życzenia! :D pozdrawiamy cieplutko!

  13. Kyna pisze:

    „Ten niezręczny moment między narodzinami a śmiercią…”
    Nie pytajcie dlaczego to napisałam xD
    Chce mi się śmiać, jak pomyślę, że ta czwórka mogłaby całkiem fajnie żyć, jakby była ze sobą do końca szczera (tak, zdaję sobie sprawę, że to nierealne). Rozmowa to podstawa… Ale ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać. I jeden nie potrafi zrozumieć drugiego.
    Mam nadzieję, że dacie im chwilę odzipnąć, zanim pogonicie ich dalej w świat. Chętnie poczytam o spokoju, zaciszu domowym… i dogadywaniu się między sobą. Pragnę tego jak niedźwiedź polarny wody na pustyni… (…)
    Życzę weny, czasu i czego tam chcecie :)

  14. O. pisze:

    Ciekawe czy Jill sobie pofugluje na sianku, czy raczej nie ;D
    No i jak Nick będzie dalej postępował z Mavim.. Nic nie przełamuje lodów jak spólne picie, więc mogliby nieco odpuścić pracy xD

  15. Aeneryss pisze:

    To jak bardzo Nick się zmienia przy Mavericku jest piękne, ich role się całkowicie odwracają (odkąd dojechali do domu, mam wrażenie, że to Mav jest generałem). Ale to urocze, że jednak pozwolił się przytulić zamiast krzyczeć i prawić kazania. Tylko… im brakuje rozmów! Czemu oni nie mówią sobie co czują? Tylko każdy myśli swoje i jest przekonany, że drugi myśli co innego. Mam nadzieję, że obecność chłopaków im pomoże, zamiast jeszcze bardziej to zaognić. Chociaż jak Jeff zacznie dociekać… ale może Will ogarnie jakoś te protezy, samoocena Nicka się poprawi i będzie dobrze… (wieczny optymizm)

  16. Katka pisze:

    Levi, na razie faktycznie się zapowiada że trochę więcej czasu ze sobą spędza więc może się faktycznie uda Nickowi i Maverickowi dogadać ale pytanie czy to sie uda skoro tyle lat spędzili razem i sie nie udało… oooch no i widzę że snujesz swoje domysły i baaaardzo mi się to podoba. Niestety jak zwykle nie mogę powiedzieć czy masz rację czy nie ale wiedz ze uwielbiamy takie domysły czytać XD a zarówno wersja z wirusem, z agentem Pinkertona i Showem jest bardzo prawdopodobne. I w sumie dobrze ze czytasz ATCL bo chyba w całości pochloniecie tego tekstu daje lepsze zrozumienie go. Dzięki ogólnie za wyczerpujący komentarz :D miło się go rano czytało do kawy :)

    Queen of Roses, nie, nic nie zmienialysmy w poprzedniej części :) Chodzi Ci o Malvina Berry’ego? Chłopcy myśleli z początku, że jest to Zwierzak bo inicjały się zgadzaly ale wiek już na pewno nie ;)

  17. Queen of Roses pisze:

    Dziewczyny… Coś mi tu nie pasuje. Zmieniałyście coś w poprzedniej serii? Bo z tego co pamiętam, chłopcy już poznali Zwierzaka… Jeff nawet bardzo dogłębnie.

  18. Levi pisze:

    Jak się cieszę, że moje wyobrażenia nie pokryły się z waszym planem na to opowiadanie i Mav jest cały i zdrowy :) Może w końcu Mav i Nick będą mieli okazję spędzić więcej czasu razem i sobie wyjaśnić te niedopowiedzenia, które są między nimi. Chociaż napewno gładko to nie pójdzie. No i biedny Will musi spać w stodole, ale chociaż będzie miał Jeffa obok siebie.
    Dzisiaj skończyłam czytać po raz kolejny ATCL w całości i nasunęło mi się kilka wniosków/przypuszczeń. Jedno się właśnie potwierdziło (choć nie wiem w jak dużym stopniu), a mianowicie to, że Jeff został podczas walki w Chicago zarażony wirusem, który powoduje chorobę serca i w jej wyniku śmierć i gnijący organ. Te uczucia gorąca, przyspieszone bicie serca raczej nie są przypadkiem. Mam nadzieję, że Will wcześnie zauważy, że z jego Rangerem jest coś nie tak i wymyśli jak mu pomóc.
    Napewno organizacja do której należy Smith nie jest mała, i tak sobie myślę, że swoich ludzi, zwolenników mają wszędzie, w każdej większej i mniejszej organizacji w Stanach. Na przykład ten detektyw z agencji Pinkertona, który niby śledził Betty (?), wydaje mi się, że też mógł należeć do tej organizacji, zachowywał się jakby Willa nie było obok niego, jakby go nie widział. A przecież Smith też gardził osobami ‚ułomnymi’ (ta kulejąca prostytutka). Więc albo to pojedynczy przypadek, albo akurat ta agencja detektywistyczna jest bardziej w to wszystko zamieszana i u was będzie ‚tym złym’.
    Zastanawia mnie gdzie podział się Show. Czy zwyczajnie gdzieś się leni czy może coś mu się stało. Może też już jest jakoś zamieszany w całą sprawę. Może ludzi Smitha go porwali bo do czegoś jest im potrzebny, jego wiedza i umiejętności, albo sam na coś wpadł i bada ślady lub rozgryza jakieś łamigłówki dotyczące całej sprawy. Albo po prostu nie macie dla niego roli w waszym opku.
    Nasza wesoła kompanija xd musi też uważać na czarne ptaszki, które ich podsłuchują, może Flap jakiegoś upoluje i w ten sposób chłopaki dowiedzą się jak ich śledzono.
    Pozdrawiam i życzę weny ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s