Across The Cursed Lands III – 8 – Zboczeńcy

Jefferson czuł się trochę obciążony ilością ołowiu, jaką kupił w różnej formie. Był nieźle zaskoczony, kiedy Nicholas przyszedł na miejsce spotkania bez niczego. Przez to spojrzał na niego jak na obcego.
— Nic nie kupiłeś? — spytał, gryząc się w ostatniej chwili w język, żeby nie dodać do tego „generale”.
Ten prychnął z powodu tak głupiego pytania.
— Odesłałem wszystko do hotelu. To były spore zakupy — odparł i rozejrzał się. — Gdzie Lockerbie?
— Nie wiem. Pewnie jeszcze w aptekach, choć znając go, może sobie trzepać do jakichś mechanicznych manekinów… — odmruknął Jefferson, który wcale by się nie zdziwił, gdyby tak się stało. Williama podniecały bardzo dziwne rzeczy.
Wypatrywanie lekarza było utrudnione przez mrok, który nastał. Nie rzucały się więc w oczy jego jasne włosy. Nicholas, który nie rozumiał, co Ranger do niego mówi, patrzył na niego podejrzliwie, nie zaś na ulice.
— Znaczy, to jakiś fetysz zawodowy? — spytał, nie będąc pewien, czy jednak chce znać odpowiedź. — I nie wiesz nic o tym treserze, czy jakimś sklepie w tym rodzaju?
— Popytałem, kupując amunicję. Podobno idąc tą uliczką… — Jefferson odwrócił się bokiem do generała i wskazał węższą drogę na prawo, biegnącą w kierunku wschodnim — jak dojdziemy do poczty, to od niej zobaczymy szyld sklepu myśliwskiego.
— Więc gdy tylko pojawi się Lockerbie, udamy się tam. Wszystko kupiłeś? — spytał jeszcze Nicholas, zerkając na skórzany worek, który Ranger miał przewieszony przez ramię. Wyglądał na ciężki. I dobrze.
Jefferson potwierdził i jeszcze zdał dokładną relację z tego, co zakupił, a gdy skończył, dołączył do nich ich trzeci towarzysz. Płócienny worek, który miał w ręce, świadczył o tym, że i on kupił wszystko, co zamierzał.
— Już jestem. Wybaczcie, że musieliście czekać. Niestety nie widziałem żadnego hodowcy niebezpiecznych zwierząt — powiedział, w duchu nie dodając, że nawet by się do takiego nie zbliżył.
— Jefferson na szczęście dowiedział się o takim. Idziemy więc, to ostatnia rzecz do załatwienia na dziś — zdecydował Nicholas i ruszył znowu pierwszy, zdecydowanie mocniej kulejąc, niż chociażby rano.
William doskonale to widział, a i jego gorącokrwisty kompan też to zauważał. Nie śmieli jednak obaj się na ten temat wypowiadać. Jefferson za to odważył się spytać:
— Aaa… po co właściwie nam ten sklep myśliwski?
— Dowiecie się w swoim czasie — odpowiedział zdawkowo Nicholas. Nie zamierzał teraz zdradzać się z wieścią, że ujrzą za cztery dni Zwierzaka. Jeszcze by się zanadto podekscytowali i zderzyli z bolesną rzeczywistością.
Jego niekonkretna odpowiedź jednak wzbudziła niejaki niepokój u Williama, który obawiał się, że Nicholas zamierza po drodze zapolować na jakieś zwierzę lub spodziewa się czegoś niebezpiecznego. Nie wypowiedział swoich obaw na głos, tylko wiernie podążał wraz z dwójką kompanów.
Droga może i nie była daleka, ale że była późna pora, a i nie znali dokładnie miejsca, do którego mieli dotrzeć, trochę im się dłużyła. Ale rzeczywiście, w miejscu, które opisał Jefferson, a jemu wcześniej sprzedawca, znaleźli sklep myśliwski.
— Idziecie, czy czekacie? — spytał Nicholas, nim nacisnął klamkę drzwi, nad którymi wisiał spory dzwonek.
— Ja poczekam — zapewnił William, którego w żadnym stopniu nie nęciły akcesoria do walki z niebezpiecznymi zwierzętami i ich tresury. Przysiadł więc na niskiej belce do przywiązywania koni, dając odpocząć swoim obolałym nogom.
— To zaraz wracamy. — Jefferson uznał, że jednak zobaczy, co Nicholas chce kupić. Sam niczego nie potrzebował, ale zachowywał się jak dziecko, które wie, że jest jakaś tajemnica i chce ją rozwiązać. Był zwyczajnie ciekaw.
Dwójkę mężczyzn odprowadziło czujne spojrzenie Williama, który w duchu poczuł delikatne ukłucie… zazdrości. Przy pierwszym spotkaniu z Jeffersonem mocno odczuł na sobie jego niechęć i poznał, że Ranger jest niezwykle nieufny wobec ludzi, zaś żeby zdobyć jego sympatię, trzeba się bardzo natrudzić. W przypadku Nicholasa było odwrotnie. Generał w ogóle nie zabiegał o względy Jeffersona, a jednak był od samego początku swoistym obiektem westchnień Blacka. William nie do końca wiedział, jak to zignorować, bo wzbudzało w nim to nieprzyjemne uczucie, jednak przekonywał siebie, że to przecież fascynacja życiorysem Małego Nicka, nie zaś chęć Jeffa do wpakowania mu się do łóżka.
Rozmyślając nad tym, siedział przed sklepem i popatrywał na przechodniów. Ci byli dość typowi, choć radośniejsi niż w Chicago, jednak w pewnym momencie bardziej wzbudzili jego uwagę. William najpierw ujrzał, jak na rozwidleniu jeden z mężczyzn podbiega do drugiego, spacerującego z kobietą pod ręką, i mówi do nich coś z przejęciem, a ci biegną za nim dalej na wschód miasta. Nie wyglądało to naturalnie, jakkolwiek by na to nie patrzył. Było wręcz podejrzane. Ale jedyne, co zrobił, to wstał ze swojego miejsca, żeby lepiej zobaczyć, gdzie ci pobiegli. Zza budynku jednak niewiele ujrzał. Żeby więc to sprawdzić, musiał poczekać na towarzyszy… lub udać się na samotne zwiady.
W pierwszej kolejności zamierzał zostać. Jego postanowienie jednak zmieniło wołanie kolejnego osobnika na ulicy, za którym pobiegła następna dwójka. Niedaleko coś musiało się dziać, więc zaciekawiony William zabrał z ziemi swoje zakupy i pospiesznie podążył w kierunku, w którym biegli i inni. I jak się przekonał, wychyliwszy się za róg ostatniego budynku na skrzyżowaniu dróg, w oddali zgromadziło się już bardzo wielu gapiów. Byli głośno, zaś niektórzy trzymali wysoko pochodnie, by oświetlić reszcie to, co się działo. William też chciał widzieć. Zapomniawszy więc o swoich dwóch kompanach, szybkim marszem podążył w to zatłoczone miejsce.
Ludzi było wielu i wyglądali na jednocześnie złych i podekscytowanych. Williamowi ta atmosfera skojarzyła się z tą, którą czuć było w powietrzu, kiedy poszedł z Jeffersonem na mecz bokserski. Ta tutaj jednak była bardziej złowroga. Nie znał powodu, aż nie zobaczył, co się dzieje na środku tego zbiorowiska.
Jeden mężczyzna klęczał i trzymał dłoń przy twarzy. Spomiędzy palców płynęła mu krew, a trzech innych mężczyzn stało nad nim. Jeden z nich miał pałkę w dłoni i zapewne był sprawcą tego obrażenia.
Wszyscy stali na niewielkim placu stanowiącym rozwidlenie kilku dróg. Na środku był znak z tabliczkami informującymi mieszkańców, że jedna droga prowadzi do ratusza, druga do poczty, zaś trzecia w stronę wschodniej granicy. To właśnie przy znaku klęczał mężczyzna, a wokół w okręgu zbierało się coraz więcej mieszkańców. William nie miał szans przedrzeć się do przodu, więc wbiegł po schodkach na niski ganek jednego z domów i z wyższej wysokości oglądał scenę.
— Robił to w nocy, a potem przechodził obok was na ulicy! — krzyczał oprawca z pałką, zaś tłum zaryczał z obrzydzenia. — Kupował w waszych sklepach! — Kolejny okrzyk z tłumu. — Pił w waszych barach! I co gorsza, leczył wasze dzieci!
— Zboczeniec!
— Uderz go!
Po tym okrzyku pałka, którą trzymał jeden z najbliżej stojących klęczącego mężczyzny, śmignęła w powietrzu, a ofiara został uderzona z całej siły w rękę. William może i nie słyszał, ale widział, jak miejsce, gdzie powinna być kość, nienaturalnie się wygina. Potem usłyszał krzyk. Klęczący oderwał dłoń od zakrwawionych ust. Był mężczyzną w średnim wieku, o kręconych, ale krótkich włosach, z twarzą wzbogaconą w kozią bródkę.
— Morda! — zaklął na niego kolejny mężczyzna i kopnął go, przewalając na bok.
— Mów, gdzie jest ten drugi! — krzyknęła kobieta z pierwszego rzędu gapiów, sięgnęła po grudkę ziemi spod nóg i rzuciła nią w klęczącego mężczyznę.
William coraz mniej rozumiał z całej sytuacji. Już poruszała go mocno cała ta scena, ta nienawiść i agresja skierowana na absolutnie bezbronnego mężczyznę. Ten musiał być człowiekiem klasy średniej, bo nie był ubrany w łachmany, ale też nie w najlepszej jakości marynarkę. William jednak nie wiedział, co mógł zrobić, że zasłużył sobie na cały ten lincz. Przekonał się po kilku chwilach, gdy bijący pałką oprawca zawołał do tłumu:
— Miejcie się na baczności! Dalej gdzieś tam jest drugi zboczeniec, z którym ten szczur kopulował! Miejcie na uwadze młodzieńca południowego pochodzenia, któremu kuśka staje na widok waszych mężów!
— Uciąć mu ją! Uciąć kutasa!
— Temu też!
Williama zmroziło i aż cofnął się na ganku o dwa kroki, wpadając na drewnianą ścianę domku.
Mężczyzna z wybitymi zębami, złamaną ręką i teraz leżący na ziemi i próbujący jakoś wydostać się spomiędzy tego wściekłego tłumu, był winny jedynie tego, że spał z mężczyzną. A ten wściekły tłum właśnie chciał go skatować i poniżyć przed śmiercią.
Lekarz patrzył na to, co się dzieje przed jego oczami, aż o mało nie wrzasnął, kiedy poczuł dłoń na ramieniu.
— Will? Hej, mówię do ciebie już drugi raz. — Usłyszał znajomy głos.
Odwrócił się i spojrzał na przystojną twarz swojego, jakby nie patrzeć, kochanka. Odsunął się odruchowo na krok, kątem oka też dostrzegając za plecami Jeffersona generała.
— Jeff, oni go katują za bycie z innym mężczyzną — wydusił cicho, przez mocno ściśnięte gardło, a gdy znów obejrzał się na klęczącą ofiarę, zamiast niej ujrzał tam oczami wyobraźni swojego Rangera i samego siebie.
Jefferson odwrócił się, żeby zobaczyć, czy Orkenzy na nich czeka. Ten patrzył ze zniechęceniem na tłum ludzi, którzy zachowywali się jak napuszczone na lisa psy, głodzone wiele dni.
— Jest nas tylko troje. A to może na nas sprowadzić kłopoty — mruknął niechętnie Jefferson.
— Jesteście władzą… — spróbował słabo William, choć i on wiedział, że dwójka mężczyzn, nawet z odznaką, nie sprostałaby takiemu tłumowi. Nie w momencie, kiedy ten był przepełniony tak zwierzęcą agresją.
— William… — Ranger spojrzał na niego niepewnie, czy ten na pewno chce, żeby tak to przebiegło. Powinien działać. Lincz był zakazany, ale oni byli ścigani. Gdyby nie to… Sam nie wiedział.
Lekarz wymienił z nim krótkie spojrzenie, potem znów spojrzał, jak kolejne twarde grudki ziemi lecą w kierunku słaniającego się „zboczeńca”.
— To nie jest sprawiedliwe, nie wiem, czy… — zaczął, ale naraz zobaczył za plecami Jeffersona, że w tłum wbija się nie kto inny, a Nicholas Orkenzy.
Ludzie najpierw się burzyli, że się przepycha i ich odsuwa, ale zaraz milkli, kiedy widzieli jego poznaczoną bliznami twarz i potężną postawę. Kiedy jednak dotarł do środka kręgu, mężczyzna z pałką wysunął się na przód i zagrodził mu drogę. William widział, jak generał coś do niego mówi, na co dostał opryskliwą odpowiedź.
— Tak? No co ty mi, złomiarzu, zrobisz?! — fuknął oprawca i roześmiał się, po czym zamilkł, kiedy Nicholas złapał jego drewnianą pałkę i zgniótł w metalowej dłoni.
Tłum nagle ucichł, co towarzysz Williama i Jeffersona wykorzystał, żeby wyjąć rewolwer. Czas jakby się zatrzymał, kiedy wyciągnął lufę w stronę połamanego, zruganego mężczyzny i… wystrzelił w jego kierunku jedną kulę. Nieszczęśnik upadł na ziemię, przestając w tej jednej chwili czuć cały ten ból, który sprawiał mu wściekły tłum i który chciał mu zgotować jeszcze gorsze piekło, żeby zdradził, z kim sypiał i temu komuś zapewnić to samo.
Echo wystrzału jakby rozbrzmiało po tej nagle ogarniętej ciszą okolicy. Tłum patrzył w osłupieniu na generała, zaś William miał wrażenie, że jego serce wraz ze śmiercią katowanego mężczyzny również postanowiło przestać bić. Zapiekło go w płucach i patrzył szeroko otwartym okiem na martwego, niewinnego jeńca tej zwierzęcej zgrai. Jego sympatia do tego pozornie radosnego miasta uleciała z niego szybciej niż życie straconego nieszczęśnika.
— Rozejść się! — Ciszę przerwał donośny i władczy głos Nicholasa, który nie miał ochoty widzieć na oczy tego tłumu.
— Coś ty, skurwysynu, zrobił…?! Jak się dowiemy, gdzie jest dru… — Mężczyzna, który pierwszy odezwał się po jego słowach, zaraz zamilkł, gdy lufa rewolweru znalazła się przy jego czole.
— Precz mi z oczu — wycedził generał i już nikt się nie odezwał.
Pierwsze zaczęły wycofywać się kobiety, ciągnąc swoich mężów. Ostatni zbierali się ci, którzy byli ręką wykonującą gniew tłumu. Nikt nawet nie pofatygował się, żeby podnieść zwłoki „zboczeńca”. Tłum odszedł wraz ze swoimi pochodniami. Zrobiło się ciemno i cicho.
— A ja kupiłem olejek… — wydusił William, ale tak cicho, że nawet stojący obok Jefferson za dobrze tego nie usłyszał.
— Hm? — spytał więc, a nie uzyskawszy nic poza przeczącym pokręceniem głową, podszedł do Nicholasa stojącego nadal w miejscu, gdzie zebrał się tłum. Patrzył na nieżywego mężczyznę, jakby nie wiedział, co ma teraz z nim zrobić.
Łatwo było się domyślić, że ciało nieszczęśnika zostanie tu, by bezdomne psy czy inne zwierzęta je pożarły albo po prostu ktoś jeszcze bardziej je zbezcześcił.
Gdy William dołączył do dwójki towarzyszy, chciał zaproponować, żeby gdzieś pochowali tego mężczyznę. Nie miał jednak pojęcia, gdzie jest cmentarz ani skąd wezmą narzędzia. Dlatego stojąc nad bezwładnym, zakrwawionym i poturbowanym mężczyzną, rzucił:
— Moglibyśmy zanieść go do rzeki…
Jefferson obejrzał się na niego, a Nicholas w końcu schował rewolwer.
— Jefferson, wróć do tego sklepu, kup łopatę. Lockerbie, ze mną. Będziesz trzymał broń — polecił mu, ignorując kompletnie jego sugestię.
Po tych krótkich rozkazach pochylił się i zabrał na ręce ciało nieznanego mu mężczyzny. Przerzucił je sobie przez metalowe ramię i wskazał Jeffersonowi kierunek, na obrzeżach miasta, gdzie zamierzał się pokierować. Ranger nie miał słów, żeby to skomentować, więc tylko pobiegł truchtem znowu do sklepu.
Lekarz i generał w tym czasie podążyli na skraj Davenport. Czuli na sobie wzrok mieszkańców, a to w oknach domów, a to zza szklanych witryn sklepów czy knajp. Kilku przechodnich też zatrzymywało się na drodze i patrzyło za nimi. Kilka razy ktoś zawołał „diabelski pomiot!” czy „zboczeniec!”, a William, mimo że wiedział, że jest to skierowane do nieboszczyka, spinał się za każdym razem i mocniej ściskał broń. Zastanawiał się przy tym wszystkim, co kierowało Nicholasem, że przerwał to wydarzenie. Czy litość do szykanowanego nieszczęśnika, czy wściekłość na tłum, czy może poczucie sprawiedliwości z racji pełnionej przez niego funkcji. Nie wiedział i nie zamierzał dopytywać. Podążał za nim po prostu, widząc, że kroczą już mniej zamieszkałą dzielnicą i na końcu drogi czeka już na nich granica miasta.
Jefferson nieźle wystraszył lekarza, kiedy dogonił ich na ciemnej ulicy. Szybciej oddychał, ale miał łopatę. Jedną, co zapowiadało długie kopanie i fakt, że żaden z nich dzisiejszej nocy długo nie pośpi.
Kilkanaście minut zajęło im dotarcie na skraj lasu. W nim mogło czaić się jakieś zmutowane zwierzę, ale na tę chwilę nikomu z nich nie było blisko, żeby o tym myśleć. Kiedy ciało skatowanego mężczyzny uderzyło o ziemię, nawet Jefferson poczuł dreszcze. Nie dlatego, że widział trupa. Ich naoglądał się w życiu wiele. O zimny pot na plecach przyprawiała go świadomość, z jakiego powodu ten nie żyje.
— Nienawidzę samosądów… — mruknął, kiedy zaczęli kopać grób.
Nie rozmawiali przy tym prawie wcale. W milczeniu Jefferson i Nicholas zamieniali się łopatą, a ziemia okazała się nie sprzyjać kopaniu. Była twarda i zbita, ale wzięli sobie do serca ten obowiązek. William stał kawałek dalej, pilnując zarówno zwłok, jak i całej ich trójki. Nie tylko dzikie zwierzę, zwabione zapachem padliny, mogło wyjrzeć zza drzew, ale i mieszkańcy mogli się zbuntować i zaczaić na nich z pochodniami niczym członkowie Ku Klux Klanu na domostwo czarnej rodziny.
Dół nie był zbyt głęboki, jednak wystarczający, żeby schować w nim ciało. Nicholas i Jefferson złapali więc nieszczęśnika za kończyny, żeby równo położyć go w jego ostatnim miejscu spoczynku, ale naraz zastygli, gdy William wyżej uniósł rewolwer i rzucił do nich cicho, że kogoś widzi. I rzeczywiście. Gdy tylko dwójka mężczyzn spojrzała w kierunku, w którym lekarz celował, ujrzała postać. Ewidentnie męską i młodą, czającą się skrycie za jednym z drzew przy skraju lasu. Obserwator był sam.
Jefferson chwilę na niego patrzył, trzymając łopatę, żeby zagarnąć ziemię na nieboszczyka.
— Jest sam — wypowiedział głośno to, co widziała i reszta. — Myślicie, że to ten… o którego pytali?
— Młodzian o południowych rysach. Nie widzę, jest zbyt ciemno, ale chyba jest młody — odpowiedział William, który oceniał trochę po budowie ciała, skoro widział zarys sylwetki. Nie mógł być jednak pewien.
Ich obserwator nie zbliżał się, najpewniej nie znając ich motywów i starając się trzymać w odległości, która chroniła go od łatwego strzału, a i dawała szansę na ucieczkę. Nie wyglądało też, jakby miał broń. Obiema rękami trzymał się drzewa, zza którego zaglądał.
Jefferson odetchnął i wrócił do pracy. Nie było, co zwlekać. Nicholas za to stał, opierając dłonie o kolana i odpoczywając w tej pozycji.
— Jeśli to on, równie dobrze możemy mu zostawić tę przeklętą łopatę i iść spać — mruknął niby obojętnym tonem.
— Nie chcesz go zastrzelić? — zapytał William trochę impulsywnie, jednak też trochę badawczo. Wciąż nie wiedział, dlaczego generał skrócił męki tamtego nieszczęśnika. Mógł przecież uważać, że należy mu się śmierć. Godna, bo godna, jednak należy.
Starszy od niego mężczyzna spojrzał na niego z pogardą.
— Nie lubuję się byciu okrutnym skurwysynem, nawet jeśli za takiego mnie uważasz — syknął i wyprostował się.
Zabrał z ziemi swoją kurtkę, zarzucił ją na plecy i nic więcej nie dodając, ruszył w stronę miasta, a, co za tym idzie, też czającego się za drzewem chłopaka. Ten od razu cofnął się jak wystraszone zwierzę, ale widząc, że nie w jego stronę podąża ten postawny mężczyzna, nie uciekł całkiem. Schował się tylko głębiej między drzewa.
William za to obejrzał się na Jeffersona.
— Nie uważam go za okrutnego skurwysyna…
Jefferson westchnął ciężko.
— Może myśli, że uważasz, że zabił tego… mężczyznę, bo ten na to zasługiwał. I wiesz, że jeśli tak było, to jesteśmy chyba w jeszcze większym gównie, niż kiedy byliśmy w Chicago?
— Nasza misja zakończyłaby się okrutną porażką, gdybyśmy zginęli nie z rąk Smitha, a dowódcy TABiW… — podsumował lekarz i znów spojrzał przed siebie, unosząc broń, by wycelować w razie czego w ich tajemniczego obserwatora. Zamarł jednak, kiedy dostrzegł, że jego ciało skuliło się przy drzewie i specyficznie się… trzęsło. William powoli wypuścił powietrze z płuc i powiedział zduszonym głosem: — On chyba szlocha.
— Ktoś, kto chciałby śmierci tego człowieka, na pewno nie byłby tu sam i nie trzymał się tak w ukryciu — mruknął Ranger i wbił łopatę w ziemię. — Chodź stąd. — Klepnął Williama w ramię i zostawił otwarty, płytki grób z ciałem w środku. Tylko dwie łopaty ziemi znajdowały się na nim, ale wciąż jeszcze można było się pożegnać.
William opuścił broń, zabrał swoje zakupy i podążył za już kroczącym w dół Rangerem. Patrząc na jego plecy i zdając sobie sprawę, że ten mógłby zostać potraktowany tak, jak mężczyzna, którego zamierzali pochować, robiło mu się słabo, a nogi, już zmęczone jazdą konną, jeszcze bardziej odmawiały mu posłuszeństwa.
Zrównał się z Jeffersonem i delikatnie, niby przypadkiem, przy tym musnął dłonią jego dłoń. Jefferson poczuł to. Cicho prychnął pod nosem i uśmiechnął się.
— Hej, nie patrz tak. Zwierzęta nie oceniają. Twoja krowa i tak cię kocha, cokolwiek byś nie robił ze swoim kutasem.
— Sugerujesz, że żeby przeżyć, powinienem zamieszkać w lesie albo na pastwisku? — William rzucił mu chłodne spojrzenie, powoli zbliżając się do pierwszych domów w Davenport. Tylko w nielicznych jeszcze paliły się światła. — Wiem, że jem, według ciebie, trawę, ale wciąż daleko mi do takich upodobań.
— Możesz zamieszkać w domu na pastwisku. Z kimś, kto też nie ocenia, jak twoja krowa — dodał jeszcze Jefferson, odsuwając się nieznacznie, czym więcej par oczu przypadkowo mogło ich widzieć. Nie chciał w tej chwili myśleć o nieboszczyku, który został skatowany przez tutejszych ludzi, o młodym chłopaku, który prawdopodobnie właśnie tulił się do martwego ciała, żeby później zdążyć zakopać je przed świtem.
— W takim domu, jak na przykład Ośrodek Zdrowia Karmazynowa Rzeka? — dopytał William z bardzo nieznacznym uśmiechem na ustach, który zechciał mu się samoistnie na nich pojawić po tej niespodziewanej sugestii Jeffersona, zaś wydarzenie z samosądem jakoś powstrzymało go, by nie był zbyt szeroki.
— Może. Chociaż nie wiem, czy trzeba nam, żeby był tak wielki. — Jefferson przewrócił oczami, bo jeszcze nie w smak było mu osiedlanie się. — Zresztą, najpierw warto byłoby pracować jeszcze nad twoimi udami.
William znów delikatnie się do siebie uśmiechnął, po czym nasunął kapelusz bardziej na czoło, gdy minęli kolejne domy i kilku mężczyzn rozmawiających na ganku z kuflem piwa w dłoniach. Dawno nie czuł się w mieście tak zagrożony, jak obecnie. Zwykle to dzicz i pustkowia wywoływały w nim to uczucie, lecz po dzisiejszym wydarzeniu miał wrażenie, że to się zmieniło. Miał nadzieję, że opuści go to uczucie, gdy zostawią Davenport za sobą. Nie chciał tu wracać.
— Jeszcze nie rozwiązaliśmy naszej misji. Może więc będę miał wiele okazji, by nad nimi popracować.
Jego towarzysz pokiwał głową, bo nie było okazji już rozmawiać, a na pewno nie flirtować, kiedy mijali pojedyncze osoby. Nawet daleko od siebie. Wolał uciąć tę rozmowę, aż nie znajdą się we wspólnym pokoju. I jak kiedy z niego wychodził, miał ochotę na seks, teraz była ona dużo, dużo mniejsza. Było wręcz specyficznie wisielczo i w takiej atmosferze dotarli do hotelu. Nie zamierzali już niepokoić Nicholasa i pokierowali się prosto do swojego pokoju. Nie mieli ochoty zostawać na dole w salunie, by przypadkiem nie usłyszeć opowieści o linczu, czy poszukiwaniach drugiego „zboczeńca”. Było już zresztą późno, więc obaj uznali, że lepiej wziąć kąpiel i nabrać sił przed dalszą podróżą, niż męczyć ciało alkoholem.

17 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 8 – Zboczeńcy

  1. TigramIngrow pisze:

    O nie… Onieonieonie. Och. Och, jej. Niech Jeff przytuli Willa i doda mu otuchy. Bycie świadkiem czegos takiego, będąc w podobnej sytuacji… Nie. Po prostu nie. Chlip…

  2. Luana pisze:

    Siedzę i płaczę. Rozdział ogromnie mną poruszył. Trudno mi cokolwiek powiedzieć poza tym, że nawet w dzisiejszych czasach znaleźliby się ludzie, którzy by właśnie w ten sposób postąpili z osobą homoseksualną. Żal mi tego młodego chłopaka, który prawdopodobnie stracił partnera i to w tak okrutny sposób. I żal mi Willa, bo to przeżył jak Nicholas, Jefferson. Smutne to wszystko. :(

  3. Katka pisze:

    Saki, ogólnie widać, że Was ten rozdział mocno poruszył i bardzo dobrze. Same podczas pisania nie miałyśmy radosnych emocji ale myślę, że taki temat też warto było pokazać w ATCL. Fajne porównanie do „Take me to church”. Niby inne czasy ale agresja i okrucieństwo podobne. I to wszystko tak bardzo bezpodstawne… Kiedy nastapia piękne czasy pełnej tolerancji? Na pewno nie prędko. A nawet jeśli kiedyś tak się stanie to pewnie ludzie znajdą sobie coś innego, za co „warto” gonić innych ludzi :( seksy chłopaków w takich okolicznościach na pewno są mało możliwe. Nie tylko przez strach co by się mogło stać gdyby się to wydało ale też po prostu nastrój jest zbyt wisielczy by baraszkowac. Co do Nicka to faktycznie mało wiadomo jak to odebrał ale na możemy się wszyscy domyślić, że łatwo mu nie było skoro sam jest w związku z mężczyzną.
    Dzięki za komentarz, ciesze się że rozdział poruszył

  4. saki2709 pisze:

    Przez Was się popłakałam. To było takie smutne, ale niestety prawdziwe. Aż mi się przypomniał teledysk do „Take me to Church”. Może niewiele ma wspólnego z czasami, w których dzieje się akcja i w ogóle, ale jakoś mi się skojarzyło. Ludzie są okrutni. Mimo że minęło tyle lat, niewiele się zmieniło, bo nadal są tacy, co potrafią zabić za odmienną orientację. To takie niesprawiedliwe. Homoseksualiści są takimi samymi ludźmi jak hetero, tak samo mają uczucia,tak samo kochają… Czy kiedyś nastąpią czasy, kiedy będzie można swobodnie kochać kogo się chce, bez obawy, że cię za to zwyzywają, pobiją, albo co gorsza skatują? Szkoda mi tamtego chłopaka, który stał się ofiarą nietolerancji. Nic złego nie zrobił, a stracił życie. Jednak do samego końca nie wydał kochanka, za co go bardzo szanuję. Tego kochanka też mi szkoda, bo stracił osobę, którą kochał, prawdopodobnie musiał patrzeć na jego śmierć. Nie zdziwiłabym się, gdyby się jeszcze za to obwiniał. Will, Jeff i Nick też łatwo tego nie przyjęli. Dobrze, że nie czekałam tak bardzo na te seksy doktorka i rangera, bo bym się chyba rozczarowała. Po tym wszystkim chłopcy raczej stracili ochotę na seks. Co najwyżej zasną w swoich objęciach, żeby choć trochę wykorzystać wolność, jaką daje im oddzielny pokój. Po tym wszystkim raczej się będą pilnować przy Nicku, bo nie znają jego intencji. Sytuacjabyła pokazana bardziej że strony Willa i nie wiadomo do końca, jak to wszystko przeżył Nick, ale myślę, że nie było mu łatwo zastrzelić tamtego chłopaka. Ale najprawdopodobniej tamten i tak by zginął, więc po prostu skrócił jego cierpienie. Coraz bardziej podejrzewam, że pierwszy wyjdzie na jaw związek generała z Mavem, o ile w ogóle się o sobie dowiedzą.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Pozdrawiam i życzę weny

  5. Katka pisze:

    Renka, jak rozdzial skusil do tego żeby napisać długi komentarz to się bardzo cieszę i jak mniemam jest to dowód na to że był dobry :) a co do tematyki… możliwe że autorzy tego unikają ale jednak no to nie jest sielankowa rzeczywistość i nawet jak często jest bohaterom bardzo dobrze to właśnie wystarczy ze ktoś niepowolany ich zobaczy i może się różnie skończyć. A Will się bronić nie umie zaś Jeff może być też bezbronny w obliczu tłumu. Powinni o tym pamiętać.

    Kyna, tak, odrobina czarnego humoru nie zaszkodzi nawet w kiepskiej sytuacji. Czasami on pomaga przetrwać. Ale masz rację, teraz mogą się obawiać ze jak Nick się dowie to skończą jak nieboszczyk któremu szykowali grób… nie jest wesoło.

  6. Kyna pisze:

    Biedny ten chłopiec, co został sam… Nawet nie chcę sobie wyobrażać co czuł.
    Ale mimo wszystko włączył mi się czarny humor i parsknęłam śmiechem jak Will powiedział „A ja kupiłem olejek…” Biedny on. I nici z radochy wspólnego pokoju. No i jeszcze dochodzi obawa przed tym, żeby Nick się nie dowiedział o nich. Coraz cięższa ta ich wyprawa…
    Czekam na next <3

  7. Renka pisze:

    Może zabrzmię trochę jakbym na głowę upadła, ale nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że postanowiłyście wrzucić tu taki wątek. Nie żebym nie czuła szoku po tym albo nie współczuła temu facetowi i jego kochankowi, ale z własnego doświadczenia wiem, że autorom piszącym opowiadanie, którego akcja dzieje się w parę wieków temu zdarza się zapominać o niektórych niewygodnych elementach realiów, co odbija się na wiarygodności świata. Wy natomiast w ten sposób przypomniałyście czytelnikom (i przy okazji bohaterom), że jeżeli podczas sceny łóżkowej ktoś otworzy drzwi albo akurat zajrzy przez okno, to właśnie tak to może się skończyć.

    A tak swoją drogą, to oficjalnie najdłuższy komentarz, jaki tu wyprodukowałam i tak, jestem z tego pioruńsko dumna.

  8. Katka pisze:

    Porebula, Indianie byli chyba taką lekką zmyłką. faktycznie sporo o nich było w poprzednim rozdziale, ale jak widać nienawiść ludu uderzyła w coś zupełnie innego. Smutek, smutek. A jeśli Jeff i Will w ogóle przeżyją tę misję, to już będzie sukces, haha, ale no tak, wizja ich wspólnego mieszkania jest caaałkiem przyjemna. Ale w sumie cieszy mnie, że ten rozdział trochę poruszył taką wrażliwszą stroną. Bo tak, cały czas to się dzieje tu i tam i to pokazuje, że jeszcze wiele przed naszą cywilizacją, by się stać naprawdę fair w stosunku do każdego.

    O., taaa, to co zrobił teraz Nick niekoniecznie może go stawiać w dobrym świetle w oczach Williama i Jeffa. Bo jednak zabił zamiast uratować. Chociaż Jeff jest świadom, że nawet by nie dali rady uratować… No ale różnie to można odebrać.

    Levi, ostatnio jest sporo smutnych rozdziałów, ale oj, często piszemy też sielankę, bo no… to się jednak przyjemniej pisze XD Także jak wróci lepsza passa, to polecam do poduszki. Ja sobie nawet nie mogę wyobrazić, co mógł tamten mężczyzna czuć, patrząc na swojego ukochanego linczowanego. Jedyne co, to mogę trochę spróbować postawić się w postaci jakiejś innej mojej postaci, która by była właśnie na miejscu tamtego kolesia i wyobrazić sobie jej uczucia odnośnie swojego partnera w tym miejscu i… oj nie, to nie jest przyjemne uczucie. Potworna niemoc. Ale też dobrze zauważyłaś, że William może nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak potrafi ludność być faktycznie okrutna w stosunku do takich jak on. Tzn. na pewno to wiedział ale nie musiał tego aż tak dopuszczać do głowy. Ale może mu to na dobre wyjdzie… będzie ostrożniejszy przy gapieniu się na innych facetów.

    Bebok, bo w ogóle trudno zrozumieć coś takiego… Niby każdy wie, że nie wszystko musi się ludziom podobać, nie każdy wszystko toleruje, ale kurde… żeby reagować z taką agresją i takim okrucieństwem, to już jest poza pojmowanie. Uratowanie tego faceta może rzeczywiście wydawało się jeeednak jakoś możliwe, ale facet nie przetrwałby długo. zresztą, wielka siła w takim zgromadzeniu. Ludzie są niczym naładowane agresją stworzenia. Gdyby Nick nie zabił tego meżczyzny i chciał darować mu zycie, to by się to lekko nie skończyło. „Poczucie zagrożenia pewnie szybko go nie opuści.” – na pewni nie opuści…

    Kaczuch_A, mhm, zapowiadałyśmy więcej trupów i jak widać, tak się dzieje. Jeszcze trochę ich będzie, ale myślę, że sielanką u chłopaków też Was zabawimy ;) Także spoko, o to się martwić nie musisz. Chociaż do końca części jeszcze dużo i wiele się może zdarzyć.

    Kasia G., a tu racja, troszkę niczym pierwsza część. Ale potem nastąpiło ŁUP. To już nie jest sielanka. Chociaż w sumie w 1 części sielanki cały czas nie było XD Jednak chłopcy muszą się teraz zmagać z coraz większymi problemami. A co do linczu – on w ogóle jest daleki od sprawiedliwości. Zgadzam się, jeden na jednego to jeszcze okej, nawet jak chodzi o jakąś debilną sprawę. Ale w tym wypadku ofiara jest zupełnie bezbronna. Smutno :( „) Tak sobie czasem myślę że jakbym facetem była to bym się chyba ciągle z kimś biła – oczywiście jakbym była silnym facetem” – hahaha, urocze XD Ale no czasem by się chciało komuś po prostu przyjebać XD

  9. Kasia G. pisze:

    Poprzedni rozdział przypomniał mi klimat pierwszej części ATCL – wędrówka, trochę poczucia humoru Willa, no tak pozytywnie jednym słowem chociaż nie myślałam że Will tak szybko się ogarnie po upadku z konia – jestem z niego oficjalnie dumna że taki kowboj się z niego zrobił ☺I myślałam że nastrój będzie dalej raczej pogodny, tu kupują olejki, trafił im się oddzielny pokój… powinnam wiedzieć że jak się robi zbyt spokojnie to zaraz jakąś bombę rzucicie. Ten lincz był okrutny, strasznie mi ciśnienie podniósł – nienawidzę takiego znęcania się. Jeden na jednego, dwóch na dwóch – tak można rozwiązywać spory ale tak grupowo… najgorsi są gapie i podrzegacze, a na ogół to właśnie największe tchórze. Na miejscu Nicka zastrzeliłabym więcej osób, ale oczywiście wiem że dobrze zrobił bo mógłby ściągnąć na nich problemy, mimo wszystko ja bym pewnie taka mądra nie była :) Tak sobie czasem myślę że jakbym facetem była to bym się chyba ciągle z kimś biła – oczywiście jakbym była silnym facetem :) No i popsułyście chłopcom nastrój więc pewnie z seksu nici. Bardzo jestem ciekawa spotkania z Mavem, mam nadzieję że to już niedługo :) Dzięki dziewczyny ☺

  10. kaczuch_A pisze:

    Widać, że ta część ATCL jest inna niż poprzednie, to co się działo w tym rozdziale to czysty przejaw brutalności, jednak przypomina nam to w jakich czasach toczy się akcja, a co by dużo nie mówić takie rzeczy niestety się działy. Co prawda liczyłam na jakieś czułości i w ogóle, jakieś uczucie i zupełnie nie spodziewałam się tego co zaszło. Ludzie to jednak potworne stworzenia. Jednak mam nadzieję, że przyjemne chwile też naszych panów spotkają, przydałoby im się coś takiego.

    Weny drogie Panie~!

  11. Bebok pisze:

    Nawet nie wiem jak to skomentować. Spodziewałam się jakiejś akcji w mieście, ale nie przypuszczałam że będzie to publiczny lincz na homoseksualnym mężczyźnie. Szczerze się przyznam że nieco mną ta scena wstrząsnęła, choć nie powinna aż tak bardzo mnie zaskoczyć. Nie potrafię zrozumieć takiego okrucieństwa, a przecież nawet dzisiaj takie rzeczy się dzieją. Przemoc fizyczna i psychiczna dalej ma miejsce i prawdopodobnie będzie miała zawsze, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu coś przeszkadza. Przeraża mnie to, jak funkcjonuje świat. Nick również mnie zaskoczył. Myślałam, że jednak się ulotnią mimo prośby Willa żeby coś zrobić, albo jak już że jakoś tego faceta… uratują? Sama nie wiem. Zszokowało mnie że Nick go zastrzelił. Pomyślałam, że to okrutne, nieczułe, nieludzkie wręcz bo przecież mógł coś z tym zrobić prawda? Dopiero później jak o tym myślałam „na zimno” doszłam do wniosku, że dla tego mężczyzny już faktycznie nie było ratunku a Generał tylko skrócił jego męki. Przecież w tym mieście facet był skończony a na pewno miejscowi nie pozwolili by mu uciec. Samosąd zostałby dokończony tak czy inaczej.
    Nie dziwię się Williamowi. Każdy byłby przerażony w takiej sytuacji. Tym bardziej, że to mógł być któryś z nich. Poczucie zagrożenia pewnie szybko go nie opuści.
    Przykry rozdział, ale wywołał sporo emocji.

  12. Levi pisze:

    Chyba zaprzestane czytać waszych rozdziałów do poduszki :( Ten był wyjątkowo smutny i melancholijny. Po przeczytaniu tego postu myśli same mi do niego wracały i robiło mi się smutno, przez niesprawiedliwość, cierpienie, ból. Samosądy nigdy nie są dobre i nie ma na nie usprawiedliwienia, czy to w dobrej czy złej sprawie. Mimo, że opowiadanie toczy się w XIX wieku (z lekkimi modyfikacjami) i chciałoby się żeby takie okrucieństwa w tamtych czasach pozostały to niestety i teraz w niektórych krajach się to zdarza, a najgorsze jest to, że np. w większości krajów afrykańskich jest na to przyzwolenie.
    Szkoda tego zabitego faceta, dla jego ukochanego musiała to być niewyobrażalna tragedia, widzieć jak katują Twojego ukochanego i wiedzieć że nic nie można zrobić. Bezsilność, smutek i cierpienie musiały go strasznie przytłaczać. Mam nadzieję, że nie wyda się ze swoim cierpieniem i wyjedzie z tego miasta bezpiecznie.
    Największym szokiem to całe zdarzenie musiało być dla Willa. Wydaje mi się, że do tej pory nie był aż tak świadomy zagrożenia jakie niesie jego orientacja, tego jacy ludzie na prowincji potrafią być okrutni. Zresztą na każdego z tej trójki musiało to wywrzeć jakieś wrażenie. Każdy z nich pewnie miał myśli ‚co by było gdyby…’, gdyby to jego ukochany był na miejscu tego faceta, gdyby to on sam był na jego miejscu. Dobrze, że Nick wkroczył do akcji i ukrócił cierpienia tego nieszczęśnika, że zdecydował się go pochować i nie zostawił na pastwę psów i ptaków.
    To będzie ciężka emocjonalnie noc dla Willa.
    Mimo mojej wcześniejszej teorii, że mogą nie zastać Mavericka na farmie, to po tym rozdziale chciałabym żeby jednak tam był, nawrzeszczał na Nicka, napuścił na niego Flapa, ale jednak tam był.
    Weny dziewczyny ;)

  13. O. pisze:

    Plus za Nicka, że ukrócił cierpienia, dla linczowanego, że do końca nie wydał drugiego. Teraz pewnie Will z Jeffem będą myśleć, że Nick to homofob (choć tego słowa nie znają) nr 1 w kraju. Ale też z drugiej strony, doświadczenie takiej sytuacji może wpłynąć na ich relacje, albo pozytywnie, że bardziej by chcieli dbać o siebie bez świadków xD a Nick w końcu wróci porządnie na farmę xD albo zastanawia sie, co jest relacja warta xD

  14. porebula pisze:

    Borze szumiący jakie to okropne 😢
    wszyscy myśleli, że coś z Indianami będzie a tu takie coś :’ccccccccc Dobrze, że Nick go zastrzelił, bo oszczędził mu cierpienia i może tesz temu 2, ale jednocześnie straaaaassznie szkoda ze umarł……… #smutegmocno
    Cały czas pod górkę chłopaki mają… Nie ładnie… okrutne wyyyy
    Ale Jeff i Will mieszkający razem to perf wizja <3333 ZNACZY MAM NADZIEJĘ ŻE NIE BEDOM MIELI PROBLEMÓW JAK MAV I NICK KTÓRZY MAM NADZIEJĘ OGARNOM DUPY :333
    Tbh to ręce masakrycznie trzęsły jak czytałam jest nie zgadzam się na mordowali więcej ludzi za bycie homo nawet w opowiadaniach ;-;
    Jak sobie myślę że to się nawet teraz w niektórych częściach świata dzieje to brrrrrrr

  15. Katka pisze:

    Linerivaillen, tak, to trochę taki klimat. A że Nicholas nie umie się ogarnąć… hm, jeśli chodzi o związek z Maverickiem, to w sumie tak XD Ale z reguły jest raczej ogarniętym człowiekiem XD

    Jelis, masz rację, teraz mamy inne czasy, a mimo to ludzie czasem traktują drugiego człowieka jak trędowatego przez jego orientację, ale też z drugiej strony można spojrzeć na plusy, bo jednak już daleko zaszliśmy od tego, co właśnie było kiedyś i jak „żyło się” takim ludziom te około 150 lat temu. Także jakieś dobre strony są, ale jednak smutno się robi, gdy myśli się o tamtych czasach. Klimat był cudny, ale było tez duże… zacofanie.

  16. Jelis pisze:

    Mam duże zaległości w komentowaniu 😮 to jeden z tych rozdziałów którego nawet nie chce analizować bo za każdym razem wzbudza taki sam smutek i rodzaj melancholii… myślę że Will musiał czuć się w tamtej chwili przerażony i bezradny. Współczuję partnerowi nieboszczyka, nic nikomu nie zrobili, ale takie czasy taka mentalność. Smutne jest to ze gdzieniegdzie ludzi nadal obchodzi życie prywatne innych bardziej niż powinno. To co każdy robi po zamknięciu drzwi nie powinno nikogo obchodzić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s