Across The Cursed Lands III – 7 – Radosne miasto o mrocznej historii

Sześć dni drogi w szybkim tempie odbiło się na ciele Williama bardzo boleśnie. Nawet jeśli dotychczas mógłby bać się tylu dni abstynencji od seksu i braku możliwości, by chociażby dotknąć Jeffersona, teraz zupełnie nie myślał o tych sprawach. Za bardzo bolał go tyłek, by fantazjować o nadstawianiu go swojemu przystojnemu Rangerowi, miał też zbyt obolałe jądra, żeby marzyć o wsadzaniu członka między jego okrągłe pośladki.
Kolejny dzień drogi, mimo że słońce dopiero znalazło się w najwyższym punkcie na niebie, już zmęczył go po kojącym śnie. Cierpiał jednak w milczeniu. Niestety dodatkowo doszła troska o własne bezpieczeństwo, gdy kilka mil wcześniej natrafili na zapewne niedawno wbitą, amatorską tabliczkę, gdzie ktoś wyrzeźbił nożem ostrzeżenie o drapieżnym ptactwie, które zleciało się tu z Gór Skalistych przez jakąś nową mutację gryzoni i mniejszych stworzeń. Te najpewniej stanowiły dla nich apetyczny posiłek. William miał nadzieję, że polowały tylko na gryzonie, a ludzkie mięso wcale im dobrze nie pachniało.
Jefferson, żeby ponoć go rozluźnić, zaproponował mu, by poćwiczył z konia strzelanie do ptactwa, jeśli jakieś by się pojawiło. Miał przy tym szeroki uśmiech i brzmiał, jakby mówił całkiem poważnie.
— Ale spróbuj, w Davenport możemy dokupić amunicję, nawet jak całą wystrzelasz w powietrze.
— Nie jestem pewien, czy przy moim podskakiwaniu, przypadkiem nie postrzeliłbym któregoś z was — odpowiedział William z twarzą bez wyrazu, choć ból odbijał się w jego jasnym oku. Całe szczęście, że od kilku chwil jechali wolniej, żeby dać koniom się zregenerować i żeby mogły ewentualnie przyspieszyć przy jakimś ataku z powietrza. Nicholas zresztą też wyglądał na zmęczonego. William lepiej to widział, tym bardziej, kiedy ten kulał albo pozwalał bezwładnie zwisać swojej metalowej ręce.
— Na razie aż tak szybko nie jedziemy. Możesz spróbować. I w ogóle, jak? Aż tak źle? Nie spadłeś ani razu.
To William musiał przyznać. Jeśli wierzyłby w jakieś bóstwa, chwaliłby za to opatrzność. Nie wierzył, więc uważał, że to szczęście.
— Mimo to, wolę podróżować tylko z tobą. Ma to więcej niż jedną korzyść — odpowiedział cicho, zerkając krótko na ciało Jeffersona.
— Wiem, o czym mówisz. Może w Davenport będzie chwila — odpowiedział Ranger i że sam nie był tak obolały, nie stawiał przyjemności kontra obolałe jądra.
— Jeśli dostaniemy osobny pokój, może się uda — mruknął William z rozmarzeniem, po czym dodał głośniej, żeby jadący na przedzie mężczyzna go usłyszał: — O jakiej porze mamy być na miejscu?!
Nicholas zatrzymał wierzchowca i odwrócił go, żeby odpowiedzieć lekarzowi. Ten już zauważył, że generał nie był skory, żeby skręcać swój kręgosłup.
— Jeśli nadal będziemy mieli tyle samo szczęścia do zwierząt, jak do tej pory, to najpóźniej za pięć czy sześć godzin.
— Och… — wydusił cicho William. — To dobra wiadomość.
Potem drgnął, gdy coś zaskrzeczało w oddalonych koronach drzew. Jechali akurat przez łąki, niestety niewyjeżdżoną trasą, a przez wysoką trawę. Obawiał się, że właśnie podążali przez „talerz” z daniem drapieżnego ptactwa.
— Faktycznie tu są — rzucił do nich Jefferson, a Nicholas tylko sięgnął po strzelbę, tak na wszelki wypadek.
Ruszyli dalej, lecz spokojnie, pilnując koni, żeby się nie spłoszyły. A przynajmniej Nicholas i Jefferson o tym wiedzieli. Nie William, który rozglądał się wokół, szukając źródła dźwięku. Co prawda odgłosy nie były tak trwożące krew w żyłach, jak dźwięki wydawane przez korbary, jednak wciąż budowały w głowie lekarza obrazy bardzo niebezpiecznych potworów wyposażonych w jadowite szpony. Kręcił się więc na boki i nie spostrzegł, że w tej wysokiej trawie bardzo blisko Pigmenta znalazł się jakiś… zwierz. Nie dało się teraz dostrzec jego szczegółów, bo był szybki i skoczny. Był jednak na tyle duży, że plamisty koń dostrzegł go, gdy ten skoczył i czmychnął tuż przed jego kopytami. Pigment zarżał, poderwał kopyta i puścił się przed siebie, a jego jeździec już po trzech szybkich krokach konia, nieprzygotowany na to absolutnie, krzyknął i runął z siodła.
Trawa była wysoka i bujna, co nieznacznie zamortyzowało jego upadek, ale kapelusz odfrunął mu na bok, a on sam stęknął, gdy obił bok i ramię, na chwilę niknąc towarzyszom w wysokich źdźbłach.
Przymknął oko, czując ból, a kiedy je otworzył, zobaczył w trawie patrzące na niego małe, paciorkowate, czarne oczka. Reszta zwierzątka przypominała mu trochę mysz, bo miała krótszy ryjek niż szczury. Było to zwierzę też bardziej puchate, ale jego łapki były dłuższe, zaś uszy małe i spiczaste jak u wiewiórki. Nie umiał określić, czym jest, tym bardziej, że zwierzątko szybko umknęło, a zaraz za nim podążyło kilkanaście kolejnych. Widział ich więcej dalej w trawie.
— William? Will! Kurwa! — Usłyszał krzyk Jeffersona, potem kroki konia, a następnie tuż obok niego zeskoczył jego czarnooki towarzysz. — Hej, nic ci nie jest?
— Nie wiem — wydusił, nie wiedząc, czy bardziej w szoku po widoku gryzoni, czy przez upadek. Podniósł się na łokciu i rozejrzał nieprzytomnie za swoim kapeluszem. — Widziałem to jedzenie…
— Jedzenie? — Jefferson nie zrozumiał, a William usłyszał, jak Nicholas woła ich z pytaniem, czy sobie nic nie złamał.
— Te gryzonie, na które… uch… — William podniósł się do siadu i pomacał się po boku. Sięgnął po leżący nieopodal kapelusz. — Spadłem — mruknął. Może kiedyś nie przejmował się specjalnie tym, że nie umie jeździć konno, bo przecież był z miasta, był lekarzem i wydawało mu się to dostatecznym usprawiedliwieniem. Jednak ciągłe przebywanie z Jeffersonem i poruszanie się po miejscach, gdzie jazda konna jest na porządku dziennym, sprawiły, że brak tych zdolności odczuwał jako własną ułomność.
— Pierwsze koty za płoty. Kolejne upadki będą mniej bolesne. — Ranger jednak, ku jego zaskoczeniu, nie spojrzał na to tak jak on. Wyciągnął do niego dłoń, żeby pomóc mu wstać. — Nic se nie złamałeś albo skręciłeś? Możesz jechać dalej?
William ocenił swój stan i uznał, że żyje. Skończy się co najwyżej na siniaku. Już miał powiedzieć, że mogą jechać, gdy ujrzał, jak z prawej strony nadlatuje jakiś stwór. Najpierw myślał, że to ptak, więc chciał krzyknąć, by to zastrzelili, bo może to być ten drapieżca. Okazało się jednak, że wcale nie jest to tak duże, jak mu się wydawało i gdy stwór przysiadł na siodle nieporuszonego Pigmenta, okazał się być bardziej… łysy niż typowy ptak. Co prawda odrobina piórek wychodziła spomiędzy maleńkich, śliskich łusek, lecz wyglądały bardziej jak pierze pisklaków. Całe ciało było granatowe, uszy niczym u nietoperza i zamiast dziobu pyszczek. Wielkie oczy, niefrasobliwość w chodzeniu po siodle i duże łapy zdradzały bardzo młody wiek stworzenia. Zdecydowanie nie mógł być to ptak, bo miał cztery łapki, ogon, zaś dźwięk, który z siebie wydał, brzmiał jak przenikliwe skomlenie.
Jefferson spojrzał na stworzenie, dotychczas w życiu takiego nie widząc. I nie pojmował Pigmenta, który przestraszył się jakimś gryzoniem, a tego małego potworka ignorował.
— Co do…?
— Squabat — rzucił Nicholas gorzko. — Nie wiem, co bydle tu robi w ciągu dnia. Jakiś młody jest — syknął i wymierzył strzelbą w powietrze. Kiedy nacisnął spust, ta narobiła wiele huku, a zwierz wzbił się w powietrze, robiąc masę skrzeku.
Dwójka młodszych towarzyszy generała skrzywiła się, bo odgłos naprawdę był bardzo przenikliwy. Stwór był też szybki, choć wciąż specyficznie nieporadny, niczym szczeniak usiłujący wskoczyć na za wysoki stopień.
— Znasz je? — zapytał William, jakoś szybciej się zbierając. Jeśli w ciągu dwóch minut widział dwa zmutowane gatunki, to nie chciał wiedzieć, ile jeszcze ich się tu kryje. Podążył więc pospiesznie do Pigmenta.
Nicholas skrzywił się, a każda jego mina wyglądała jeszcze gorzej przez paskudne blizny.
— Niestety. Ale są ponoć dość inteligentne i nie zagrażają ludziom aż tak — dodał z wielką niechęcią do tego, co mówił, jakby aż fizycznie go to bolało. — Wszystko w porządku? Możemy jechać? Tracimy czas.
— Wybacz — odpowiedział William trochę bardziej zgaszonym głosem. Wskoczył na Pigmenta i już wiedział, że przez ten upadek te ostatnie pięć czy sześć godzin do Davenport spędzi w całkowitym napięciu. Teraz uratowała go trawa, ale gdyby spadł na suchej ścieżce lub, co gorsza, nad kamienistym urwiskiem, byłoby to bardziej zgubne.
Jefferson także podszedł do Oficera i wsiadł w siodło. Puścił oczko do swojego partnera.
— Nie jest źle. Już niedługo twoje klimaty — rzucił, mając na myśli cywilizację.
Tak, do tego właśnie William tęsknił i tylko dlatego nie ociągał się z popędzeniem Pigmenta do jazdy.

***

Pod bramy Davenport dotarli przed szóstą wieczór. Chociaż trudno było mówić o bramach, bo tutaj miasta nie ograniczał taki mur jak ten w Chicago. Mieli jednak trochę inny problem z dostaniem się w jego granice, bo zajechali do miasta od południa, więc mieli całą rzekę Missisipi do przebycia. Most, który zbudowano niecałe dwadzieścia lat temu, w tej chwili dostępny był jedynie dla kolei. Nie wiedzieli, czy to kwestia jakichś remontów, czy po prostu jeździły tędy tylko pociągi, ale już po podjechaniu do zabudowań przy brzegu dowiedzieli się, że jedyną drogą do Davenport na ten moment jest wynajęcie łodzi. Wynajęli więc, ale przewoźnik kazał poczekać przy porcie, aż zbierze się jeszcze piątka chętnych do przeprawy. Inaczej mu się nie opłacało. Stanęli więc na szerokim molo, widząc za plecami tory z powoli posuwającymi się po nich wagonami, zaś przed sobą, po drugiej stronie szerokiej rzeki, miasto. Widzieli liczne, piętrowe budynki, ale też wiele kominów i chmury dymu na niebie. Sam most, który znajdował się na wschód od małego portu, był bardzo imponujący. Masywny, z licznymi podporami i stanowiący jakby podłużną klatkę dla pociągów poruszających się nim. William był pełen podziwu. Jefferson i Nicholas mniej, dlatego jedynie czekali na przewoźnika, gdy lekarz mrużył swoje oko i podziwiał konstrukcję.
— Zostajemy tu na noc? — Jefferson wdał się w rozmowę z generałem, skoro mieli do tego sposobność. Przez tych sześć dni mało rozmawiali, ale sama obecność mężczyzny pozwoliła Jeffersonowi oswoić się z nim. Czuł się pewniej i nie spinał się tak, jak na początku.
— Tak. Zregenerujemy siły, kupimy prowiant i jutro wyjeżdżamy. Możemy już pojechać krótko po świcie. Nie pali nam się ogon tak jak w Chicago — odpowiedział Nicholas, opierając się bokiem ciała o drewniany budynek przy porcie. Usiadłby, ale przeklęci pracownicy portowi, młodsi od niego o dwadzieścia lat i znacznie sprawniejsi, zajmowali ławki i nad kawałkami chleba dyskutowali o czymś ze śmiechem.
Właściwie już tutaj mogli dostrzec, jak inna panuje tu atmosfera w porównaniu do tej w Chicago. Nie wiedzieli, jak będzie w centrum Davenport, jednak tutaj ludzie wydawali się mniej anonimowi. Więcej rozmawiali ze sobą, śmiali się i okazywali sobie uprzejmości. Chicago było jakby zamknięte, zaś jego mieszkańcy odizolowani od siebie, mimo że było ich tam tak wielu. To chyba było jednak typowe. Nicholas wiedział, że czym więcej osób żyło w jednym miejscu i wykonywało różne, niezwiązane ze sobą prace, tym bardziej stawało się sobie obcymi i jakby żyjącymi we własnych światach. A małe miasta? Tam po leki nie szło się do aptekarza, tylko pana Xao, który prowadził aptekę.
— Mamy już jakiś upatrzony motel? Czy szukamy? — dopytał jeszcze Jefferson, naprawdę licząc na oddzielne pokoje.
— Będziemy szukać. Ale w centrum, przy ratuszu, gdzie jest więcej gospód. W tłumie łatwiej o anonimowość — odpowiedział generał, choć wątpił, by ktoś wziął go za szarego obywatela. Zwracał na siebie uwagę.
Dalej przy skraju mola stał William, który właśnie wytężał wzrok i rozmawiał z jednym pracownikiem portowym o pociągach. Z kolei do Jeffersona i Nicholasa niespodziewanie podszedł młodzieniec, choć może i wiekiem był bliski Rangerowi, niosący dwa kufle pienistego piwa.
— Panowie czekają na przejazd, zgadza się? — zagadał ich, mimo że słyszał, że zajęci są rozmową. Wypiął przy tym pierś, gdzie znajdowała się plakietka z krzywo napisanym imieniem, a sam młodzian wyciągnął do nich po kuflu. — Firma Eel przeprasza za oczekiwanie i zapewnia, że niebawem ruszycie. Państwo nietutejsi, nie? — dodał na koniec mniej wyuczenie.
Generał nie przyjął kufla od razu. Spojrzał na niego wręcz krzywo.
— Jeśli już przepraszacie, to nie znaczy, że przejazd przeciągnie się do jutra? — spytał oschle.
Młodzian pokręcił głową i czekał z ręką w powietrzu, aż pasażer weźmie darmowy napitek.
— Nie, mój drogi panie, ruszymy za kwadrans. Mamy już trójkę kolejnych podróżnych, to jak nam tu do piętnastu minut nikt się nie pojawi, ruszamy. Firma Eel dba o klientów, więc mamy nadzieję, że podróż będzie dla panów przyjemna! — zawołał z taką radością, jakby celem jego życia było podawanie piwa strudzonym podróżnym. Policzki miał co prawda zapadnięte, lecz musiała to być sprawa genetyczna, bo cały był raczej kościsty. Koszula na nim wisiała, zaś brązowe, znoszone spodnie trzymały się na nim zapewne tylko dzięki dobrodziejstwu szelek.
Nicholas nie był w stu procentach przekonany, ale zabrał piwo. Jefferson, idąc w jego ślady, także się poczęstował. Miał nadzieję, że nie będą to za bardzo szczyny. Albo nie aż takie szczyny, jak mogły być, kiedy są darmowe.
— Macie tu duży ruch? — zagadał chłopaka, nim ten się oddalił.
Pracownik firmy przewozowej Eel uniósł obie dłonie i poruszył nimi jak skrzydełkami, wykrzywiając swoje grube brwi.
— Średniawo, ale to zależy, jaka klientela, drodzy panowie — powiedział i najwyraźniej pytanie Rangera było dla niego zielonym światłem, by zabawić podróżnych, bo cofnął się o krok i przysiadł na drewnianym, szerokim palu, do którego przywiązane były liny niedużej łajby przy molo. — My tu jako przewoźnicy mamy więcej klientów z okolicy, czy o, takich co to z Davenport — wskazał na miasto po drugiej stronie rzeki — chcą się przedostać jeno na wyspę Rock — przy tych słowach poklepał pieniek, mówiąc tym samym o miejscu, w którym się znajdowali. — O, albo z wyspy Rock Arsenal. Wiecie, panowie, że od sześćdziesiątego trzeciego do piątego mieliśmy tam tuzin tysięcy więźniów zawszonych Konfederatów? — dodał z dumą.
Generał nie wzruszył ramionami, ale popijał ze spokojem swój trunek.
— Takie czasy. I co się z nimi stało? — spytał od niechcenia. — I co ważniejsze, coś tam teraz jest?
— Na miejscu więzienia? A cmentarz tam mamy. — Młodzian machnął ręką i strzelił szelkami. Do molo już powoli cumowała łódź, którą mieli przedostać się na drugi brzeg rzeki. Mogliby dostać się tam szybciej, lecz potrzebowali czegoś więcej niż łajba zbudowana z trzech desek, by przeprawić się z końmi. — Ciekawe, czy więcej tu zmarło Konfederatów czy Indian, no nie? Bośmy tu mieli wojnę z Indianami — dodał wyniośle.
— Tak, i wytłukliście ich jak kaczki — mruknął Jefferson ponuro, bo mniej szkoda mu było żołnierzy, którzy sami szli na wojnę, niż Indian, którzy walczyli o swój dom.
Nicholas był zaskoczony jego stanowiskiem, do którego właśnie się przyznał, popierając stronę Czarnego Jastrzębia, którego ludzie zginęli tu w setkach, zaś kolonistów jedynie w dziesiątkach.
Ich nowo poznany rozmówca otworzył usta w osłupieniu, nie wiedząc, co odpowiedzieć, ale chwilowo uratował go William, który zauważył, że z kimś rozmawiają i podszedł bliżej.
— Dzień dobry — zwrócił się do pracownika portowego i stanął obok Jeffersona ze splecionymi na plecach rękami. — Piękny most — dodał, wskazując na konstrukcję łączącą dwa brzegi.
Tym razem młodzian już się uśmiechnął i wypiął dumnie pierś.
— Pierwszy most kolejowy na rzece Missisipi! Ma już siedemnaście lat, panowie! Ale kłopotów to z nim było nie lada.
— Czemu? — spytał Nicholas, choć znał historię. Wolał jednak, żeby ten kwadrans czekania minął na opowieściach niż sprzeczkach o czerwonoskórych.
William oparł się o ściankę budynku portowego i napił się łyka piwa od Jeffersona, zaś radosny młodzian chętnie odpowiedział na zadane pytanie.
— Widzicie, panowie, że tu nam pociągi kursują. Jak mówiłem panom, nasi klienci to ci o, bliżsi tu, z okolic. A to wszystko dlatego, że z dalszych miast to podróżni wolą jechać pociągiem, przemknąć mostem i fruuu, są w mieście, jak squabaty przefruwające nocą z dachu na dach. Wielu przewoźnikom się to nie podobało. Pan John Hurd nie był szczególnie zadowolony, że koleje zabierały klientów.
— Dlatego jeden z jego parowców uderzył w most. Oczywiście niby niecelowo, że niby był to przypadek, ale każdy wiedział, jak naprawdę było — dodał generał, żeby uzupełnić historię chłopaka.
Ten zaś zrobił minę pełną podziwu i znów strzelił szelkami. Za każdym razem, gdy się cieszył, to robił, więc gest ten zaczynał całej trójce przypominać merdanie psiego ogona.
— Tak jest! Sam szanowny prezydent Lincoln bronił firmy kolejowej i naszego cudownego mostu. I most został. Uczciwy zawsze zwycięży.
William zerknął znów na most, dziwiąc się, jak ktoś chciałby go burzyć. Nie dość, że był piękny, to jeszcze tak ułatwiał podróżnym drogę.
— Tak przynajmniej się dzieje w legendach — podsumował. — Dobrze, że i czasem w naszej rzeczywistości — dodał z nadzieją, że i ich misja zakończy się zwycięstwem dobra. Miło byłoby zostać legendą. Nawet niewymienianą z imienia, to i tak to mogło być przyjemne i całkiem ciekawe doświadczenie.
— Dobrze, pogawędziliśmy sobie. A teraz, kiedy ruszamy? — Nicholas sprowadził wszystkich na ziemię swoim szorstkim tonem, przypominając im, że nie są w barze na piwie, mimo wypitego piwa.
Młodzian roześmiał się, zeskoczył z pieńka i podbiegł do nich po puste kufle po piwie.
— Zapraszam, zapraszam. — Wskazał na łódź, która właśnie przycumowała do mola. Zawołał jeszcze na garstkę innych pasażerów, którzy oczekiwali kawałek dalej. — Szanowni państwo, zapraszamy! Z końmi panom pomóc? — zwrócił się znów pospiesznie do trójki towarzyszy.
William był ku temu bardzo chętny, Nicholas mniej, ale się zgodził, Jefferson za to oszczędził młodemu chłopakowi nieufności Oficera, przez którą koń mógł go nastraszyć. W końcu po kilku minutach wszyscy pasażerowie byli na barce i mogli przepłynąć na drugą stronę.
Okazało się, że po rzece płynie wiele mniejszych i większych łódek, zaś kawałek dalej dostrzegli większy parowiec. Płynęli więc powoli i ostrożnie, a dzięki temu William mógł dłużej podziwiać most. Jednak po przepłynięciu połowy rzeki skupił się bardziej na powiększających się budynkach na drugim brzegu. Właśnie przy nim mieściły się te największe. Ponad nimi wznosił się wąski stożek wieży kościelnej, po zachodniej stronie zaś kominy fabryk. Były jednak znacznie rzadsze niż te w Chicago, a samo budownictwo, choć wysokie, przez ostatnie dni spędzone w rodzinnym domu wydawały się Williamowi nieduże. Nie narzekał jednak. Jego ciało pragnęło znaleźć się w wygodnej gospodzie. Sięgały też dalej w stronę horyzontu, nieograniczone i nieogrodzone żadnym murem. Mogły się swobodniej rozprzestrzeniać i rosnąć.
— Ciekawe, ile jeszcze takich miast spotkamy po drodze — zwrócił się do Williama Jefferson, kiedy już prawie dobijali. Każde zawsze wydawało mu się inne od pozostałych, a jednocześnie takie samo. Tak jak dla Williama każdy las mógł być taki sam, a jednak nieznany.
— Takich może więcej. Są powoli rozwijające się i już prezentujące sobą postęp, ale jeszcze nie do końca. To Chicago pod tym względem było jedyne w swoim rodzaju — odpowiedział lekarz, trzymając się jedną ręką drewnianej poręczy na pokładzie, drugą zaś kapelusza, żeby silny wiatr nie zwiał mu go z głowy.
— Waszyngton też jest inny niż to, co do tej pory widzieliście — wtrącił się do rozmowy Nicholas. Był tam i nie chciał wracać, tak jak Maverick nie chciał opuszczać swojego rancza. — Davenport jest zwykłe, ale dobrze zaopatrzone.
— Zrobimy więc zapasy — ucieszył się William, zamierzając nie tylko kupić jedzenie, ale też poszukać jakiegoś dobrego, może pachnącego olejku nawilżającego. Liczył, że znajdzie z Jeffersonem chwilę na coś… sam na sam.
— Dopływamy, drodzy podróżni! — zawołał naraz kapitan ich niedużej łajby. — Dziękujemy za skorzystanie z usług firmy przewozowej Eel! Mamy nadzieję, że jeszcze zobaczymy państwa na naszych łodziach! Przypominamy, że pływamy też na Wielkich jeziorach i transportujemy…
Mężczyzna mówił dalej, przedstawiając klientom ofertę swojego pracodawcy, zaś trójka kompanów już przygotowywała się do zejścia na ląd. Musieli zabrać swoje konie i przedostać się do centrum miasta, żeby znaleźć dobry nocleg.
To zajęło im niewiele czasu. Droga była prosta, a ruch na ulicach uniemożliwiał im szybszą jazdę. Jednak i tak dystans był krótki, więc w końcu stanęli pod jednym z hoteli. Był chyba tym najczęściej odwiedzanym, gdyż stajnia za nim wyglądała na naprawdę obszerną, a co chwilę ktoś wchodził, czy wychodził z salunu znajdującego się na parterze.
— Jeśli będą wolne pokoje, to zatrzymamy się tutaj — osądził Nicholas, bo chciał zniknąć w tłumie.
— Dobrze. Poczekajcie przy koniach. Zapytam — zaoferował William, z wewnętrzną nadzieją, że gdy pójdzie sam to załatwić, uda się dostać dwa oddzielne pokoje.
Przekazał tylko lejce Pigmenta Jeffersonowi i pozdrowiwszy uniesieniem kapelusza mężczyznę, z którym mijał się w progu hotelu, wszedł do środka.
Co pierwsze rzuciło mu się w środku w oczy, to nie tłum, kolekcja alkoholi czy skąpo odziane kelnerki, a ogromny, podwieszony pod sufitem żyrandol. Nie można było go nawet nazwać mianem duży, on był monumentalny. Miało się wrażenie, jakby, stanąwszy pod nim, można było go dotknąć.
William obawiał się o koszta tutejszych pokoi, ale był chyba zbyt oczarowany tym wystrojem, żeby się martwić. Rozglądał się więc na boki, gdy podążał przez krótki hol do recepcji. Tam jego wzrok przykuł młody mężczyzna specyficznej urody. Nie był do końca biały, ale też nie wyglądał jak Indianin. Musiał być mieszańcem i… musiał być też źle traktowany, bo lekarz przez otwarte drzwi za recepcją ujrzał, jak dziewczyna niewiele od niego starsza, w hotelowym fartuszku, pchnęła go w ramię i rzuciła coś, co brzmiało jak „Mówiłam, byś to za mnie zrobił, to to, do diabła, zrób!”.
William zignorował to podobnie jak pracownik za ladą recepcji, który stał bliżej i musiał to słyszeć, ale wcale nie starło to z jego twarzy radosnego uśmiechu kierowanego do gości.
— Dobry wieczór — przywitał się William. — Jestem tu wraz z dwójką towarzyszy. Czy macie jakieś wolne pokoje?
— Zaraz sprawdzę. — Mężczyzna w służbowym stroju, ale już nie pierwszej świeżości, zajrzał do zeszytu i pokiwał głową. — Tak. Dwa na pierwszym piętrze, jeden na drugim albo trzecim. Jak panom będzie łatwiej? — spytał uprzejmie, nie podając jednak ceny za łóżko.
— Hm… — William zamyślił się. Potrzebował z Jeffersonem prywatności, więc zapytał: — Jeśli na pierwszym piętrze jest pokój dla jednej osoby, wezmę na pewno taki — zaczął, wierząc, że Nicholasowi będzie łatwiej wejść na pierwsze piętro niż wyżej. — A na drugim czy trzecim jest pokój z dwoma łóżkami?
— Mmm… Nie, ale na poddaszu jest czwórka. Mogę panom go wynająć na dwie czy trzy osoby. Pokój jednak jest bez żyrandola, jak reszta, bo sufit jest nisko. Nie będzie to problemem?
William był pewien, że poradzą sobie bez żyrandola. Odpowiedział więc uprzejmym skinieniem głowy.
— Tak, poproszę więc ten pokój na poddaszu, ale to dla mnie i jednego towarzysza. Drugi na pewno będzie wolał miejsce na pierwszym piętrze. Te dwa więc weźmiemy na dzisiejszą noc.
— Dobrze. Stajnie też dla panów doliczyć?
— Tak, tak, oczywiście — przyznał, bo zapomniał o tym. — Na trzy konie. Prosiłbym o nakarmienie ich i napojenie.
Wyciągnął przy okazji banknoty zza skraju marynarki i odliczył podaną przez recepcjonistę kwotę. Ku swojemu zaskoczeniu, zauważył, że nie było tak drogo, jak przypuszczał. To trochę budziło obawy, że coś się za tym kryje, ale na razie był dobrej myśli. Przy okazji znów ujrzał tamtego mieszańca, który wyszedł właśnie z zaplecza i otrzymał kolejne suche polecenie od innego pracownika, więc podążył do czekających kawałek dalej gości, żeby odebrać od nich bagaż i zanieść na piętro.
William tymczasem rozliczył się, otrzymał kluczyki do pokoi i ponownie wyszedł z hotelu, żeby przekazać wieści swoim towarzyszom. Zaskoczył się, że w tym krótkim czasie zrobił się już lekki półmrok. Słońce szybko zachodziło.
— I? — spytał pierwszy Nicholas, stojący już obok Ducha.
Jefferson w tym czasie jakby tylko czekał na słowa lekarza, że mogą odpiąć bagaże od siodeł.
— Mamy dwa pokoje. Był dostępny z jednym łóżkiem na pierwszym piętrze, więc wziąłem dla ciebie. — William podszedł i podał generałowi kluczyk z drewnianą tabliczką, na której namalowano numer pokoju. — Ja z Jeffem mam ostatni wolny pokój na poddaszu — skłamał i obejrzał się na drzwi hotelu. — Ktoś powinien przyjść po konie.
— Mam nadzieję, że mają dobrą stajnię. — Jefferson podzielił się z nimi swoim typowym zastrzeżeniem.
Nicholas podziękował za pokój niżej, a po chwili podbiegł do nich młody stajenny, żeby zabrać konie. Wytłumaczył im też, gdzie ich szukać, pod jakimi numerami te dostają boksy i w końcu cała trójka mogła udać się do swoich pokoi.
Umówili się, żeby za kwadrans spotkać się przed wejściem do hotelu i pójść po jakieś zapasy. Nie chcieli marnować na to czasu rankiem, a teraz wciąż było dość wcześnie, żeby zdążyć do sklepów przed zamknięciem.
Po rozstaniu się na piętrze z generałem dwójka towarzyszy nie ociągała się i szybko ruszyła wąskimi schodkami na poddasze. William jednak z każdym krokiem szedł coraz wolniej i krzywił się, gdy czuł każdy mięsień w nogach.
— Może chociaż trochę zmężnieję w nogach… — rzucił po drodze z cichym westchnieniem, szukając pozytywów w swoim cierpieniu.
Jefferson roześmiał się z tego, co usłyszał. Niósł większość ich bagaży, puściwszy lekarza przodem z kluczem.
— Jak można zmężnieć w nogach? I idąc tym tokiem myślenia, jak chcesz zmężnieć w ramionach?
— Osiąga się wtedy takie ramiona, jak twoje — wytłumaczył poważnie lekarz, oglądając się na niego i lustrując jego ręce. Żałował, że Jefferson miał na sobie koszulę i kamizelkę, bo z racji noszenia tobołów, na pewno jego bicepsy się napinały.
Wyminęli jednego gościa i już na ostatnich stopniach byli sami, bo na poddaszu znajdował się tylko jeden, ale duży, pokój.
Jefferson poczekał przed nim, aż William otworzy drzwi.
— W ogóle, nieźle się trafiło z tym pokojem. Nicholas raczej nie będzie chętny tu na samą górę się wtarabaniać — prychnął, bo już zauważył, że jego idol nie był tym, który z lekkością wskakiwał na konia, czy lubił schody.
— Były jeszcze dostępne na drugim i trzecim piętrze, ale o tym nie musi wiedzieć — odpowiedział William i rzuciwszy swojemu kompanowi przez ramię delikatny uśmiech, wszedł do środka.
Pokój był bardzo obszerny, bo, rzeczywiście, dla czterech osób. Były tu więc cztery identyczne łóżka zasłane błękitną pościelą. Do tego w pokoju stała duża, obszerna szafa ze zdobionymi żłobieniami w drzwiach, na jasnej podłodze leżał chyba dość stary, wychodzony dywan, zaś na zielonkawej ścianie wisiał… olbrzymi obraz przedstawiający, ewidentnie, klęskę Indian w jakiejś bitwie z kolonistami. William poczuł specyficzny niesmak, gdy pomyślał, że pracuje tu mieszaniec. Musiał czuć się fatalnie, znosząc tu czyjeś bagaże.
— Nie jestem pewien, czy ten optymizm i radość widoczne na twarzach ludzi w Davenport ma przełożenie na ich sumienia i serca — rzucił, zdejmując kapelusz.
Jefferson spojrzał na obraz.
— Masz na myśli to? Moim zdaniem popieprzona sytuacja. Gorzej prawie niż z czarnymi, bo tych jest więcej i umieją krzyczeć. Indianie są inni — mruknął, samemu wybierając łóżko. To obok Williama. — Ale w ogóle, jak podróż? Pewnie czujesz się jak poturbowany worek kartofli.
— Gorzej… — William westchnął i usiadł na skraju łóżka. Popatrzył na Rangera i wyciągnął do niego rękę. — Mógłbyś podejść i mnie pocałować? To na pewno nie ukoi bólu, jak mama mnie okłamywała za bycia dzieckiem, ale na pewno będzie miłe.
— Nie tylko twoja matka cię tak okłamywała. Wiele matek tak mówi, może więc coś jednak w tym jest? — Jefferson podszedł do swojego jasnowłosego towarzysza. Objął go dłońmi za twarz i pocałował, pochylając się przy tym. Zaraz po tym cmoknął go w czoło. — To powinno pomóc najbardziej.
William westchnął cicho i dotknął jego dłoni na swoim policzku.
— A jak twoja kostka? Nie doskwiera ci już? — zapytał. Co prawda wiedział, że od urazu Jeffersona minęły już dwa tygodnie, ale wolał upewnić się, czy Ranger wciąż odczuwa skutki, co mogłoby oznaczać jakieś komplikacje przy gojeniu się.
— Nie. Jest dobrze. Czuję się wręcz przepełniony energią — odpowiedział ten i jeszcze raz go pocałował, po czym zmierzył spojrzeniem. — W końcu własny pokój. Marzyłeś o tym, co?
— Wreszcie będę się mógł odwdzięczyć za nasz ostatni dobry seks, jeśli pozwolisz — odparł lekarz i pomasował jego bok. Wiedział, że za chwilę powinni być na dole, więc nie pozwalał sobie na wiele wyobrażeń. Bo wystarczyło, że znalazł się w tym pokoju sam na sam z Jeffersonem i już penis lekko mu stwardniał.
— Zobaczymy — odparł Ranger, nie pozwalając lekarzowi za bardzo się rozbestwić. Zresztą na myślenie, co będzie, mieli całą noc. — Idziemy?
William rozejrzał się i znów wydał z siebie cichy odgłos cierpienia. Słowo „idziemy” brzmiało teraz dla jego obolałego ciała tak samo źle jak „jedziemy”. Nie miał jednak wyboru.
— Dobrze, chodźmy — zgodził się, wstał i ponownie nałożył na głowę swój kapelusz. Dziś już nie był w czerni. Od kiedy wyjechali za mur Chicago, nosił swoje dawne beże i brązy.
— Nie wzdychaj tak. Już bliżej niż dalej. Stąd mamy cztery dni drogi, jeśli nic się nie wydarzy. I chyba jest lepiej niż pierwszego dnia — zagadał Jefferson, także zabrał swój kapelusz i wychodząc, wyłącznie w koszuli i kamizelce, a płaszcz zostawiając za sobą na łóżku, obejrzał się ostatni raz bezwstydnie na lekarza.
Ten więc znów mimowolnie pomyślał o zwierzęcym kopulowaniu z tym mężczyzną i jego penis ponownie mocniej odznaczył mu się w spodniach. Nie tak mocno, jak potrafił, więc nie powinno to wzbudzać żadnych podejrzeń, ale na pewno nastroiło to lekarza na gorąco spędzoną noc.
— Trochę tak, to prawda. Może kiedyś uda mi się przejechać kłusem większy kawałek, podskakując tak, jak ty i Nicholas, jakbyście ujeżdżali zgoła co innego, niż jak warzywa wiezione po nierównym terenie — odpowiedział z zabawnie chłodną powagą, gdy wyszedł za swoim partnerem i zamknął drzwi pokoju na klucz.
— Warzywa? W sensie ziemniaki? — Jefferson zaśmiał się, wspominając jedną ze swoich starych docinek, jakimi raczył lekarza.
Powoli szli na dół, a kiedy mijali jeden z pokoi na korytarzu, akurat ktoś z niego wychodził i William przekonał się, że żyrandole były w tym przybytku główną atrakcją. Właściciel miał niewątpliwie ciekawe zainteresowania. Sam uważał je za specyficzną ozdobę, choć chyba w tym względzie pozostawał konserwatystą i zwyczajne lampki oliwne wydawały mu się przyjemniejsze. Zawsze kojarzyły mu się z czytaniem książek anatomicznych do nocy.
— Jak zwykle bawi cię moja nieudolność w przypadku czynności, które tobie przychodzą łatwo — podsumował, ale był już dostatecznie wyczulony na docinki Jeffersona, by nie brać ich do siebie. — Widzisz generała? — dopytał, gdy już kroczyli holem do wyjścia. Tutaj było już więcej ludzi, bo poza klientami czytającymi gazety na kanapach, kręciło się też sporo pracowników hotelu. Ludzie też pili, co nie było niczym dziwnym. Wszak uważano powszechnie, że zalewanie robaka jest szlachetniejsze niż hazard.
— Nie, może czeka na zewnątrz — odparł Jefferson i razem z towarzyszem wyszli na ulicę, żeby dopiero tam znaleźć mężczyznę.
Ten stał z kapeluszem mocno naciągniętym na czoło i postawionym kołnierzem płaszcza, żeby zakrywał jego blizny. Na metalowej dłoni miał skórzaną rękawicę.
— Nareszcie — uraczył ich suchym powitaniem. — Rozpakowywaliście się tam?
— Jeszcze nie. Rzuciliśmy okiem na pokój. Łazienkę mamy na szczęście na piętrze. Jak standardy twojego pokoju? — zapytał uprzejmie William, wciąż nie mogąc do końca przestawić się na mówienie do generała po imieniu, jednak powoli walczył z tym oporem. Miał też nadzieję, że zakupów dokonają w bliskiej okolicy i zaraz żaden z jego dwójki towarzyszy nie zasugeruje jazdy konnej.
Jak Jefferson nie lubił szwendać się piechotą, tak popierał w tej kwestii Nicholasa, który pierwszy stwierdził, że ich wierzchowce muszą odpocząć. Tak jak lekarz od nich.
— Jest jak pokój. Pomijając żyrandol. W pokoju jest mniejsza wersja tego z głównego holu — odparł generał ze skrzywieniem, idąc do centrum miasta, gdzie spodziewał się najwięcej sklepów. Chciał dowiedzieć się przy okazji, gdzie jest tu jakiś treser. Myślał, żeby zakupić Maverickowi coś dla Flapa… na załagodzenie jego pierwszego gniewu.
— Ciekaw jestem, kto jest właścicielem tego przybytku — rzucił William, żałując, że nie zabrał z Chicago swojej laseczki. Dziwnie było mu chodzić po mieście bez jej specyficznego postukiwania.
Ulice powoli pustoszały. Wśród przechodniów nie można już było wypatrzyć ludzi spieszących do pracy czy na zakupy, a bardziej szukających wieczornej rozrywki w barach bądź zwyczajnie spacerujących. Nie było ich jednak wielu, bo dziś wiał dość chłodny wiatr i większość wolała grzać się w murach wszelkich przybytków. Oni także nie zamierzali szwendać się po mieście, a jedynie kupić zapasy amunicji, pożywienia i, w przypadku Nicholasa, jakiegoś drobnego prezentu na przeprosiny. Lekarz z kolei liczył na olejki nawilżające, ale widział, że nie będzie miał z nimi problemu. Szyldów aptek było tu od groma, a tam zawsze mogło znaleźć się coś… śliskiego.
Kiedy znaleźli się na głównym skrzyżowaniu, Nicholas przystanął i popatrzył po kompanach.
— Dobrze, nie mamy co tracić czasu. Will, kupisz bandaże, leki przeciwbólowe, coś na rany, znasz się na tym. Potrzebne są nam głównie bandaże — polecił, myśląc o ciągle pobandażowanych dłoniach Mavericka. — Black, broń i amunicja. Do Gatlinga, do strzelby i dla was. Rozumiemy się?
Jefferson prawie zasalutował przez ten ton.
— Oczywiście. Zajmę się tym.
— Tak, ja również — przytaknął lekarz, mimo zaskoczenia informacją o bandażach nie dopytując, dlaczego one były priorytetem.
— Ja zajmę się jedzeniem. Widzimy się tu za kilka minut. I pytajcie przy okazji, czy gdzieś w mieście jest jakiś treser albo hodowca zwierząt groźnych lub obronnych — polecił im Nicholas, już chcąc odejść.
— Nick. — William jednak zatrzymał go. — Uwzględnij w zakupach warzywa i produkty bezmięsne. Ja nie jadam mięsa. Byłbym wdzięczny.
Nicholas spojrzał na lekarza, a potem krótko na Jeffersona. Ten wzruszył ramionami. Generał więc nie skomentował, tylko skinął głową i odszedł w swoją stronę, żeby kupić im zapas jedzenia.
— Dlaczego jest nam potrzebny treser lub hodowca zwierząt…? — zwrócił się lekarz do Rangera, gdy generał się oddalił.
— Nie mam pojęcia. Nie wiem też, po co mu bandaże. Jakoś bardzo na nie naciskał — odpowiedział Ranger, zauważając to samo, co lekarz wcześniej. — Ale rozdzielamy się. Sklep z bronią widziałem, gdy szliśmy.
Lekarz nie zamierzał go zatrzymywać. Sam był ciekaw zawartości półek aptecznych, więc skinął Rangerowi kapeluszem i podążył przed siebie.

14 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 7 – Radosne miasto o mrocznej historii

  1. TigramIngrow pisze:

    Ja cię kręcę. Nie mogę się doczekać tego, jak Nick i Rick zorientuja się, że Will i Jeff są tacy sami jak oni. Jaaaa… Ale to będzie ciekawe! No i nic nie jest wspomniane o nodze Willa po ugryzieniu, więc wnioskuję, że obyło się bez przykrych nastepstw?

  2. Katka pisze:

    Bebok, haha chyba ta reakcja Mavericka jest tu na razie najbardziej wyczekiwana XD Czy się wkurzy, czy może ucieszy na widok swojego partnera… Zobaczymy, ale Nicholas drań nie uprzedził swoich kompanów o ewentualnym zagrozeniu XD Ale po drodze jeszcze się trochę wydarzy, tak jak przewidujesz. Pytanie, czy z krzywdą dla chłopaków, czy nie…

  3. Bebok pisze:

    Sprytny Will ;d załatwił im chyba najlepszy pokój ;D Układ idealny haha ;D
    Już niedługo dowiedzą się po co im te bandaże xd ależ jestem ciekawa jak Mav zareaguje na takich gości i czy szybko ich tajemnice wyjdą na jaw ;D hah ;)
    Afera się szykuje jak ktoś już wcześniej wspomniał, coś się wydarzy. Mam tylko nadzieję, że chłopcom się za bardzo nie oberwie. Wciąż czuję niepokój a bardzo nie chcę żeby coś im się stało ;(

  4. Katka pisze:

    Psyche, niepowtarzalny klimat szczególnie dzięki historii czasami. Jak się pisze o takich miastach i wyszukuje takich historycznych smaczków, to się to nie dość, że ciekawie pisze, ale i nastrój się automatycznie sam taki specyficzny tworzy :) Dzięki za miły komentarz! Ściskamy Cię również :)

  5. Psyche pisze:

    Awwww moje ukochane opowiadanie! Uwielbiam je <3
    Ma ten swój niepowtarzalny klimat i bardzo to sobie w nim cenię :3 No i chłopaki- nie da się ich nie lubić :D
    Och, och, myślę, że w następnych rozdziałach będzie się działo… wow, nie mogę się doczekać! <3
    Ściskam!

  6. Katka pisze:

    Kaczuch_A, zgaaadzam się, jakoś sam fakt, że to tacy dojrzali faceci i mają za sobą już jakiś bagaż i cały czas są przy swojej połówce (albo jak u Marka i Fostera dopiero jej poszukują, czując potrzebę bycia z kimś mimo ewentualnych wcześniejszych związków) jest mega rozczulający. Takie pary w ogóle się jakoś inaczej pisze. Przy Mavie i Nicku niby nie ma już tego elementu poznawania i podchodów jako takich, ale mają przywiązanie, którego nie mają inne pary, i to daje naprawdę dużo dodatkowych emocji przy pisaniu :D Przy czytaniu mam nadzieję też :)

  7. kaczuch_A pisze:

    Katka, to że ta dwójka jest najstarsza i dalszym ciągu coś ich łączy to jest coś niesamowitego. Tyle razem przeszli, znają się od dawna i dalej czują coś do siebie. Kij z tym, że nie potrafią tego okazywać, no i najważniejsze że jeden drugiemu w te uczucia nie wierzy. No osły jedne. starzy, a głupi xD Jakoś w tych starszych parach czuję taką przyjemną ostoję i bardzo mi się to podoba. Mam nadzieję, że dojdą do bardzo przyjemnych konkluzji jak już się spotkają. Może jak oboje się kapną co łączy Jeffa i Willa, to sami jakoś zapragną znaleźć się bliżej siebie. I co prawda na dzikie seksy doktorek jest zbyt zmęczony, ale romantyczne kochanie jak najbardziej wchodzi w rachubę. Więc co by nie było każdy z panów czułostek się doczeka. Mava i Nicka też w tą ekipę wliczam (prędzej czy później) xD

  8. Katka pisze:

    Kaczuch_A, nooom, biedny doktorek :( Nicholas go nie rozumie, Jeffko się stara, chociaż też uważa pewnie, że na dobre mu to wyjdzie, ale Willątko biedne jest :( Seksy by mu się przydały, ale po nich jeszcze kilka dni wylegiwania się w łóżku. A na to biedny ziemniaczek nie ma szans… Ale fajnie zauważyłaś, że fakt, Nick i Mav są najstarszą parą. Dla Mava to dobrze nie brzmi, bo on w ogóle się stary czuje, haha, ale no w sumie jakiś w tym jest urok :D Fajnie, że Tobie to też się podoba :D I dzięki za wenę! Przydaje się nieustannie :D

  9. kaczuch_A pisze:

    Biedny Will, normalnie szkoda mi chłopa bo musi być piekielnie zmęczony. Nieumiejętna jazda na koniu to katorga, więc serio biedny doktorek. Tylko teraz z Jeffem nie mogą za bardzo poszaleć, bo oprócz jajek jeszcze tyłek będzie miał obolały xD A tak serio to czekam na ich seksy po tych wszystkich dramach jakie się im przydarzyły. Też wyczekuję już spotkania z Mavem; i mam wielką nadzieję, że jakoś między nim, a Nickiem się poprawi, bardzo na to liczę. Nie licząc wampirów toż to najstarsza para u Was w opowiadaniach będzie. Tak mi się coś kojarzy i to jest takie fajne, dojrzałe xD

    Weny drogie Panie~!

  10. Katka pisze:

    O., na pewno w takiej sytuacji William miałby problem i musiałby robić częste wycieczki do łazienki, żeby sobie ulżyć XD Ale na razie dobrze się ukrywają, nie jest tak tragicznie. Byle w pewnym momencie nie poczuli się zbyt pewnie i czegoś głupiego nie zrobili.

    Levi, hehe, widzę, że trzymasz rękę na pulsie! ;) Afera się szykuje i fajnie, że to czuć, ale jaka będzie… cóż, zobaczymy. Za spokojnej drogi w końcu mieć nie mogą XD Bo by było tylko „a oni szli, szli i szli…”. Zresztą, w takich realiach zawsze się coś nieoczekiwanego dzieje. Mam nadzieję, że zaskoczymy :)

    Saki, udało Ci się skomentować w dniu wyjścia rozdziału! Pamiętam, że często utyskiwałaś, że robisz to z opóźnieniem (co nam absolutnie nie przeszkadza), więc jakoś tak to teraz zauważyłam ;) No i w ogóle super sprawa, że jednak seks nie jest tu najbardziej wyczekiwanym elementem. Romans romansem, ale w przypadku ATCL zawsze chciałyśmy dbać właśnie o fabułę, by to ona bardziej przyciągała. Wiec super widzieć taki komentarz. Flap – tak, zdecydowanie Nick ma uprzedzenie do tych stworzątek przez niego. A Willcio i Jeffko faktycznie duży fart mają, bo potem, jak widzisz, czeka ich już tylko dystans. Więc może chociaż teraz sobie ulżą… Dziękujemy za komentarzyk i pozdrawiamy także ;)

    Kyna, oj nie nazywałabym tego uleganiem mediom. Osobiście uważam, że po prostu warto znać oscarowe filmy, bo to już zaczyna być trochę taka wiedza powszechna. Trochę jak oglądanie po prostu klasycznych pozycji filmowych, jak Lśnienie. Każdy „musi” to znać. Zjawę też oglądałyśmy, więc wiemy, o kim mówisz. No i tak, Indianie łatwo nie mają/nie mieli. Smutne, niestety. A Jefferson i William mają do tego często podejście inne niż niektórzy konserwatyści. Trudno więc w takich miejscach przebywać, gdy mimo wszystko nie bardzo mogą coś na to poradzić. Co do Twojego pytania – nie, wciąż jesteśmy w trakcie pisania. Zwykle, kiedy mamy już całe opowiadanie, to staramy się od razu stworzyć spis treści i go opublikować (tak jak przy NB). Więc cały czas tworzymy :) A scenka – koniecznie narysuj! :DD Będziemy mega szczęśliwe :D

  11. Kyna pisze:

    Nieee! Dlaczego się skończyło tak szybko? :(
    Już chyba nikt nie będzie miał wątpliwości dokąd jadą xD
    Wczoraj oglądałam „Zjawę” (uległam mediom… o zgrozo) i wspomnienie Indian jest… bolesne. Czytając o tym chłopaku w gospodzie przed oczami miałam Jastrzębia (imię bohatera owego filmu). Mam podobne podejście do tematu co Will.
    Tak z ciekawości jeszcze… te opowiadanie macie już napisane do końca, czy jesteście w trakcie?
    Pozdrawiam serdecznie :)
    PS. Mam ochotę narysować tą scenę, gdzie w trójkę rozmawiają z woźnicą (nie, zaraz… jaka była jego funkcja? No przewoził ludzi na drugą stronę mostu… A więc woźnica…), a Will podbiera piwo Jeffowi xD

  12. saki2709 pisze:

    Biedny Will. Nie dość, że ma obite jajka, to jeszcze z konia spadł. Ale może Jeff mu wynagrodzi te męczarnie, które przechodził przez kilka ostatnich dni.
    Wiecie co, to dziwne. Bardziej niż tych zapowiedzianych seksów wyczekuję celu ich podróży, czyli spotkania z Mavem. Serio. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę reakcję tego samotnika na niezapowiedzianych gości. Oj, Nick będzie się musiał postarać, żeby ugłaskać swojego kochanka. Tak w ogóle zastanawiam się, czyje relacje szybciej się wydadzą. Bo my tu się zastanawiamy, czy Nick czegoś nie wyłapie, a tu może on pierwszy się wyda XD Chyba za dużo myślę… To takie kochane, że Nick cały czas myśli o kochanku i się o niego martwi. Szkoda tylko, że obiekt jego uczuć nie zdaje sobie sprawy, jak silne są te uczucia. Nick nie lubi chyba tych squbatów przez Flapa, który tyle razy zranił jego miłość. Ech, niegrzeczny Flap. Zastanawiam się, czy chłopaki coś wykminią, jeśli chodzi o bandaże i tego tresera. Ale chyba jak dojadą na miejsce, to powinni się domyślić, że Nicholasowi chodziło o Mavericka.
    W ogóle Will i Jeff mieli farta, że udało im się znaleźć osobne pokoje. Mogą w końcu pokonać ten dystans, który musieli zachować przy Nicku i nacieszyć sobą. A potem znowu na koń i w drogę. I znowu zero czułostek do samego rancza. Cztery dni drogi, o ile nic ich po drodze nie zatrzyma. Znając Was, wszystko może się zdarzyć.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam i życzę weny

  13. Levi pisze:

    Oj, ciekawie zapowiada się następny rozdział. Osobny pokój dla Willa i Jeffa – będzie gorąco, mam przynajmniej taką nadzieję. No i jeszcze jakaś afera szykuje się w mieście, mniejsza czy większa, ale coś będzie się działo, za często wspominałyście w tym rozdziale o Indianinach więc może to coś z nimi będzie się działo. Może jakaś nowa wskazówka dotycząca Smitha się pojawi.
    Levi

  14. O. pisze:

    Haha, ciekawe co by zrobili gdyby to Nick zamawiał pokoje i wziąłby jeden na ich trójkę ;)
    No i kiedy zaczną się „sypać” z ukrywaniem łączącej ich więzi xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s