Across The Cursed Lands III – 5 – Człowiek prezydenta

Minęły cztery dni od pogrzebu i właściwie dopiero dzisiaj Jefferson miał z Williamem jakiś lepszy kontakt. Czuł, że lekarz ma parszywy nastrój, że wydaje się być cały czas gdzieś obok myślami. Dużo czasu spędzał w książkach, a w dniu samego pogrzebu prawie nic nie mówił. Pochowanie Marion Lockerbie było trudnym przeżyciem, zarówno dla ojca, jak i syna. Nie było łez, ale każdy czuł, że rozpacz wisi w powietrzu. Castor upił się tego wieczoru i całą noc krążył wokół domu z butelką, będąc przy tym bardzo głośnym. Nikt jednak nie zwrócił mu uwagi. Miał prawo przeżywać swoją żałobę, jak tylko chciał. William zresztą też się upił, ale z dala od ojca. Bardzo szybko też poszedł spać.
Na szczęście zamachów przez ostatnie dni nie było. Ani Azjata, ani jego towarzyszka nie próbowali wedrzeć się do rezydencji, zaś William i Jefferson niewiele wychodzili do miasta. Jedynie na zakupy przed wyjazdem, który wciąż planowali.
— Musimy w końcu ustalić, gdzie pojedziemy, Jeff… — William westchnął głęboko, składając spodnie w kostkę, by zajmowały jak najmniej miejsca w jukach.
Ranger już poradził mu, by zanadto nie obciążać koni, bo możliwe były szybkie, nagłe ucieczki, w trakcie których potrzebowali pełnej siły swoich wierzchowców. Jak teraz widział, rzeczy tych było naprawdę mało. Nie jak Rangera, ale bardzo mało w porównaniu do tego, kiedy William pierwszy raz mu powiedział, że zabiera ze sobą całą walizę z rzeczami. Tej zresztą wtedy prawie nie mógł wnieść po schodach. Wiele się zmieniło od tamtego czasu.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale wróciłbym do kwatery. Tam na pewno ktoś będzie. Chociażby ten zawszony Hamilton, mól książkowy jebany. — Jefferson nie odpuścił sobie zbluzgania człowieka, którego szczerze nienawidził, a z którym musiał współpracować.
— Obawiam się tylko, że przez to zdradzilibyśmy położenie kwatery naszym obserwatorom — spostrzegł rozsądnie William, dociskając ubrania na dno torby. — Też myślę o kwaterze, ale najpierw musielibyśmy być pewni, że tamci za nami nie jadą.
— Celna uwaga — burknął Jefferson, wciskając dłonie w spodnie. — Ale to może… pojedziemy, poczekamy, aż na pustym terenie będą za nami szli, zasadzimy się na nich i odstrzelimy im łby? — zasugerował, naprawdę nie mając jednak pomysłu, co zrobić, żeby byli w pełni bezpieczni.
— Możemy. Dobrze by było też wybrać jakąś bardziej okrężną drogę do Kansas City, żeby przypadkiem nie zdążyli komuś wysłać wiadomości, w jakim kierunku jedziemy. — William zerknął na niego, wciąż pochylony nad swoimi rzeczami. Dalej chodził w czerni, ale pakował już swoje jaśniejsze odzienie. Po wyjechaniu z Chicago zamierzał wrócić do dawnego siebie.
Jefferson przytaknął, stojąc trochę na Williamem i patrząc, co ten robi. Sam już był spakowany. Zresztą, chyba od zawsze żył na torbach.
— Albo możemy wykorzystać jeszcze jakiś adres od tego przylizanego chuja — burknął, znowu obraźliwie określając Hamiltona, który był ogólnie obeznanym we wszystkim człowiekiem agencji. Jefferson wiedział, że miał mnóstwo teoretycznej wiedzy, że kontaktował się z powiązanymi z rządem ludźmi w całym kraju i werbował takich osobników jak on.
Zresztą Jefferson sam dobrze pamiętał, jak to właśnie Hamilton ściągnął go do kwatery. Ani po dobroci, ani świadomie, bo po jednej z akcji, konkretnie z, jak się okazało, małym płazerem i krowami, pozbawił go przytomności. Potem Jefferson obudził się, nie wiedząc ani gdzie jest, ani co się z nim stanie i została mu złożona propozycja nie do odrzucenia.
O mało w ogóle nie było mowy o składaniu propozycji, bo gotów był tam wszystkich wystrzelać, spodziewając się, że z jakichś względów został po prostu porwany. Okazało się jednak, że na taką ewentualność ludzie z TABiW byli przygotowani i nie miał w swoim magazynku naboi. A potem, gdy rozmawiał już z członkami agencji, uspokoił się. Przedstawiono mu, czym zajmuje się agencja, kto z rządu w Waszyngtonie to nadzoruje. Dlaczego została powołana. Usłyszał nawet nudną część o historii TABiW. A sam fakt, że w dużej mierze byli tam ludzie kiedyś walczący w wojnie secesyjnej, zasłużeni i szanowani, bardziej go w tym podekscytował. Na zgodzenie się na bycie jednym z ich ludzi miał też wpływ fakt, że ostatnimi czasy misje, które dostawał, przyprawiały go o mdłości, były nudne i wcale nieporywające. Więc okazja do zrobienia czegoś bardziej niebezpiecznego, a przy tym prawego, całkowicie go do tego przekonała. Spędził w kwaterze jednak kilka długich dni, mimo że już powiedział „tak” niczym panna przed ołtarzem, bo generał chciał upewnić się, czy aby można mu zaufać. A gdy okazało się, że nie zamierza nikomu wydać informacji i być wobec nich lojalnym, dostał misję sprawdzenia Ośrodka Zdrowia Karmazynowa Rzeka. Miał to być zresztą jego test. Miał pracować z kimś im zaufanym, kto w razie czego poradzi sobie z młodym i głupim Rangerem. Oczywiście wszystko potoczyło się kompletnie inaczej, Benjamin Show nie był aż tak chętny do pracy, dodatkowo był ranny, ale też nieprzejęty, że zostawia nowy nabytek agencji z nowo poznanym lekarzem. Wszystko to było tak spontaniczne, że zapewne generał Orkenzy łapał się za głowę, nie wierząc, że nie doszło do większej tragedii albo jakiegoś popisowego niepowodzenia.
— Chyba jestem spakowany. — William wyrwał go ze wspomnień, prostując się i patrząc na swoje dwie, naprawdę nieduże torby. Co prawda nie spakowali jeszcze żadnego prowiantu, ale wyglądało na to, że ich konie wiele nosić nie będą musiały.
— Mało tego, jestem pod wrażeniem — pochwalił go Jefferson. — No i uniesiesz to na schodach — dodał zaczepnie, będąc jeszcze trochę w sferze wspomnień.
William westchnął cichutko z rezygnacją.
— Tak, Jeff, dziękuję, że mi to wypominasz, ale obawiam się, że nawet ty się krzywiłeś, nosząc moje narzędzia — zauważył i chciał jeszcze coś dodać, ale z racji otwartego okna w sypialni usłyszeli nagle jakieś krzyki spod wejścia do rezydencji.
Ranger, także zaalarmowany tymi odgłosami, ewidentnie jakąś sprzeczką, szybko ruszył do wyjścia z pokoju. Oba rewolwery jak zawsze miał przy sobie, więc pierwszy zbiegł na dół, żeby zobaczyć, co się dzieje. Już na schodach słyszał, że jego towarzysz nie pozostaje w tyle. On jednak pierwszy był na parterze i słyszał głos Castora, krzyczącego na kogoś, by się wynosił.
— Nic mnie nie obchodzi, kim jesteś i po co tu jesteś! Nic ci nie powiem, precz! — krzyczał, a w tle słychać było rżenie konia.
Jefferson widział przez otwarte drzwi na ganek, że zgromadził się tam spory tłumek. Na pewno był lokaj i ze dwóch służących. Dwie kobiety ze służby również obserwowały zdarzenie z samego progu, więc trudno było Jeffersonowi przedrzeć się dalej. A Castor wciąż coś krzyczał, tym razem już poważniej, bo… zawołał do Firo, by przyniósł mu strzelbę.
Ranger nie słyszał w tym wszystkim głosu drugiej osoby. Nie umiał powiedzieć czemu, ale jednocześnie ten niechciany gość musiał być z tych, którzy łatwo nie ustępowali.
Nie był pewien, czy powinien się wtrącać, jednak obawiając się użycia broni, przepchnął się do przodu, żeby może pomóc Castorowi. Nawet jeśli ten nie chciał ich widzieć na swojej posesji.
Scena, którą ujrzał na ganku, rzeczywiście była niepokojąca. Castor co prawda posłał po strzelbę, ale jeden z służących już dzierżył rewolwer. W końcu od kilku dni wokół posesji cały czas stały warty, więc wielu było uzbrojonych. Mężczyźni tylko czekali na bardziej stanowczy rozkaz, zaś Castor stał na najwyższym szczeblu na schodkach i próbował wygonić stojącego u dołu… generała Orkenzy.
Jefferson poznał go od razu i wcale się nie dziwił, że reszta mogła być zaniepokojona, nie tylko przez jego metalowe części, blizny, ale i masywną lufę karabinu Gatlinga przy siodle jego wielkiego konia.
— Nie każ mi się powtarzać — zwrócił się generał do Castora, który groził mu palcem. — Gdzie są… — Urwał, kiedy zobaczył Jeffersona. Aż odetchnął głęboko i wskazał go dłonią. — Nie można, kurwa, było tak od razu? — burknął do gospodarza domu i wspiął się na pierwsze stopnie domostwa.
Jefferson był w tym czasie w ogromnym szoku, że właśnie przed nim pojawił się sam generał, dowodzący całym TABiW.
— Co… co generał tu robi? — spytał, a Castor nie wyglądał na zadowolonego, że jest ignorowany.
— Co robi w moim domu?! — warknął, a Firo w końcu dobiegł do niego z czerwonymi policzkami, sapiący i trzymający strzelbę. Wściekły Castor machnął tylko na niego jak na natrętną muchę, chyba widząc, że już nie ma co sięgać po broń.
Sprawę pogorszył jeszcze William, który również przybiegł za Jeffersonem i ujrzawszy, kto jest sprawcą tego zamieszania, zareagował prawie takimi słowami jak jego towarzysz podróży. Castor więc warknął na obu młodych mężczyzn:
— Jaki, kurwa mać, generał?!
Nicholas Orkenzy spojrzał na starszego Lockerbie.
— Proszę zachować te wulgaryzmy dla siebie — mruknął niskim, znużonym i chyba zmęczonym tonem. Po tym zwrócił się do lekarza. — Ile wie? — spytał go formalnie i tak, że William nie był pewien, czy dobrze zrobił, że w ogóle ojciec mógł cokolwiek wiedzieć.
— Niewiele. Wie tylko, że pracujemy dla rządu. To jest człowiek rządu, ojcze — dodał już do Castora i przepchnął się pomiędzy służbą. — Prezydent go szanuje, a zapewne wrócił z długiej drogi i potrzebuje wypoczynku — dodał niemalże jak własna matka, która to dbała o wszelkie konwenanse, gdy Castor przejawiał się beztroską.
— Ma jak to udowodnić? — fuknął jeszcze pan domu, najwyraźniej nie pojmując jeszcze, z kim ma do czynienia.
Nicholas zmierzył go spojrzeniem.
— Mogę ci zaręczyć, że jak przyjdzie co do czego, nie będziesz nawet myślał, abym cokolwiek ci udowadniał. Nie marnuj więc mojego czasu — mruknął, stając jeszcze bliżej mężczyzny i przerastając go tym samym wzrostem i całą posturą swojego ciała. Jeśli było tak, jak myślał Jefferson i William, i generał był Małym Nickiem, to określenie musiało być bardzo, bardzo ironiczne.
— Nie musisz się o nic troszczyć, ojcze, to nasz gość. Zadbamy o niego, a i zapewniam, że możesz mu zaufać — odezwał się William, zanim Castor zdążył wypluć z siebie kolejną dawkę jadu.
Najwyraźniej postura Nicholasa trochę go strwożyła, jak i sam fakt, że rzeczywiście może mieć do czynienia z człowiekiem prezydenta. Cofnął się więc i zmierzył ostro swojego syna i jego towarzysza.
— Ciekaw jestem, ile jeszcze problemów sprowadzi na ten dom wasza obecność — powiedział nieprzyjemnie i oddalił się.
Nicholas popatrzył za nim i spojrzał na swoich ludzi. Obawiał się odpowiedzi, którą otrzyma po swoim pytaniu. Ale w końcu po to tu przybył.
— Jakich problemów? — spytał, a służba powoli zaczęła się wycofywać, tym bardziej, kiedy Jefferson warknął na nich, że już nic się nie dzieje i nie ma, co oglądać.
Wymienił z lekarzem porozumiewawcze spojrzenie, zaś ten zatrzymał jednego służącego z rozkazem zajęcia się koniem ich nowego gościa. Potem zwrócił się do niego samego:
— Wiele się wydarzyło. Jeśli generał pozwoli, porozmawiamy w środku, w laboratorium mojej mamy. Będziemy mieć więcej prywatności, a jeśli generałowi nie przeszkadza spożywanie posiłków wśród medykamentów i narządów, to podam go tam. Chyba że jest generał szczególnie zmęczony podróżą, to rozmowa może zaczekać.
— Nie. Zależy mi raczej na czasie — mruknął Nick, mierząc ich surowym spojrzeniem. Nie można było powiedzieć, żeby był człowiekiem łatwym w obyciu. Wzbudzał respekt albo nawet strach. Jak chociażby w młodym służącym, na którego spojrzał groźnie, kiedy ten podszedł do jego konia z trwogą i niemym pytaniem, co on ma niby począć z tą wielką bronią przyczepioną do siodła.
— Dobrze… To zapraszam do środka. Jeff generała zaprowadzi, a ja zatroszczę się o generała bagaż i posiłek — zaproponował William, spięty towarzystwem Nicholasa, którego zdecydowanie się obawiał, ale równocześnie poczuł tak wielką ulgę na jego widok, że aż nie potrafił tego opisać. Upatrywali wraz z Jeffersonem w generale człowieka o wielkich możliwościach, a że stał on na czele TABiW, sprawa dotarcia do kwatery była rozwiązana. Mogli zwyczajnie przyjąć rozkazy, nie zaś kombinować, jakim cudem przeżyć wyjazd z Chicago i pozbyć się ogona.
— Tylko bez fanaberii, musimy porozmawiać — powiedział Nicholas, a Jefferson już czekał na niego przy schodach, które miały ich doprowadzić do laboratorium. Ostatnio wiele się w nim wydarzyło. Na szczęście drzwi znowu zostały osadzone.
William skinął głową i gdy tylko Nicholas i Jefferson zniknęli w posesji, zajął się rozdaniem rozkazów dotyczących konia, bagażu i posiłku dla gościa. Nakazał też przygotować jedną sypialnię do snu, jeśli generał życzyłby sobie nocować. Uwijał się z tym szybko i sam zabrał z kuchni błyskawicznie przygotowany, ale bardzo duży posiłek złożony z zimnej pieczeni, kolby gotowanej kukurydzy i dużego kufla spienionego piwa. Nie chciał, by towarzyszyła mu jakakolwiek osoba postronna, więc z tacą pospiesznie podążył pod drzwi laboratorium i zastukał w nie łokciem, bo nie miał jak otworzyć.
— Jeff, tu Will!
Ranger po chwili mu otworzył i od razu przyjął od niego tacę, żeby lekarz mógł zamknąć za sobą drzwi.
— Wchodź. Jest, jak się okazuje, dużo do omówienia. I dobrze, że nie ruszyliśmy do kwatery — dodał, nie wierząc, że aż tyle się zmieniło, odkąd znaleźli się w Chicago. Jednak faktycznie to miasto było jakąś wyrocznią dla nich.
— Dobrze? — zaskoczył się William.
Zaryglował drzwi i skoro Nicholas zajął miejsce, na którym ostatnio przesłuchiwali nieboszczyka, sam dosunął sobie mały stoliczek, zdjąwszy z niego uprzednio skrzynkę z narzędziami.
Nicholas przyjął jedzenie, ale najpierw napił się. Jego blizna na twarzy, kiedy mówił, dość brzydko się naciągała, a on jak zwykle nie używał albo w minimalnym stopniu używał lewej połowy ciała.
— Sytuacja dość mocno się skomplikowała. Obecnie jesteśmy na etapie śledztwa, kto jest przeciekiem w kwaterze i dostarcza naszemu przeciwnikowi informacji o waszych ruchach. Dlatego w dużej mierze mieliście ogon. A wasza wiedza zapewnia wam wyrok śmierci u naszych przeciwników.
William, który akurat siadał w trakcie przemowy generała, zastygł z tyłkiem dwa centymetry nad blatem stolika i zerknął szybko na Jeffersona.
— Przeciek…? — Przysiadł. — To chyba nie jest Gavin, mąż Adeli? — zapytał o pierwsze, co przyszło mu do głowy, bo ten mężczyzna na pewno wiedział, dokąd zmierzają.
Nicholas ściągnął brwi i zadumał się.
— Nie przypuszczam, ale zbadamy ten ślad. Niewiele osób jest w tej chwili poza listą podejrzeń, ale Adela na pewno będzie bronić swojego małżonka, a i ja nie przypuszczam, żeby był czemukolwiek winny — mruknął, niespiesznie zabierając się za posiłek. — Na razie jest tylko kilka osób, którym możecie ufać. Ja, Hamilton i właśnie Adela.
William odetchnął cicho, mając wielką ochotę zapytać tego mężczyzny, czy Adela jest Wściekłą Ad, a on Małym Nickiem. Były jednak teraz ważniejsze sprawy. A jeśli lista zaufanych osób się zawężała, byli w wielkich tarapatach. Cieszył się, że w drodze skorzystali tylko z pomocy Gavina, jeśli chodziło o listę od Hamiltona.
— A co z doktorem Showem? Także jest zaufany? — zapytał, zakładając nogę na nogę.
Generał skinął głową. Ufał Showowi, nawet jeśli nie miał z nim kontaktu.
— Tak, chociaż w tej chwili nie wiemy, gdzie jest — mruknął, jedząc, a raczej wrzucając w siebie jedzenie między momentami, kiedy mówił. — Na tę chwilę najważniejsze jest zabranie was stąd. Mam niesprawdzone informacje, że ktoś na was poluje. I albo jesteście dobrzy i tego uniknęliście, albo dopiero to na was czeka.
Jefferson zaklął i zerknął na Williama.
— Jest gorzej. Już na nas polowali i to kilka razy — mruknął. — Zabili panią tego domu, chcąc dorwać Willa. Mnie zaatakowali w mieście.
— Potem był jeszcze jeden atak w nocy, ale udało nam się ranić napastnika — wtrącił William. — Podobnie jak… zastrzelić jednego, a drugiego wziąć jako jeńca. Była ich czwórka, jeśli nasze informacje są prawdziwe.
— Jeńca? — zainteresował się od razu Nicholas. — Gdzie on jest? — spytał, mając nadzieję, że coś z niego wyciągnie. Miał w tym jakieś doświadczenie.
— Niestety nie żyje. — Jefferson zgasił jego entuzjazm. — Powiedział nam jednak, że został zwerbowany przez Smitha, razem ze swoim towarzyszem, a potem wykonywali polecenia takiej dwójki. Młodej kobiety i Azjaty. Zdradził nam jego imię, to niejaki Hibiki. Tak? — upewnił się, spoglądając na Williama.
— Tak. Jest to oczywiście Azjata, który zaatakował Jeffa w mieście, zabił moją matkę i potem próbował zamordować mnie w nocy. Postrzeliliśmy go, lecz uciekł — dodał William.
Nicholas skinął głową i wrócił do jedzenia bez zadowolenia na twarzy. Jeszcze chwilę słuchał lekarza i Rengera, którzy opowiadali mu, czego się dowiedzieli, jak przebiegła ich droga do Chicago od ostatniego raportu. Aż nie podzielili się najistotniejszym szczegółem.
— I ten południowiec, którego Will zastrzelił, twierdził, że Smith kierował się w stronę Waszyngtonu. Nie wiedział jednak, czy dokładnie tam, czy zwyczajnie na wschód.
— Tak, mówił o wybrzeżu — podchwycił William. — I podobno potrzebował dobrego i wytrzymałego konia. Prawdopodobnie, jeśli jechał z Tennessee, już tam dotarł, jednak może to jest dobra informacja, gdzie możemy go szukać po tym, jak nam z Jeffem ślad się po nim urwał.
— Tak… jest to pewien trop. Weźmiemy go pod uwagę — przytaknął Nicholas i odsunął od siebie talerz. Oparł dłonie o swoje kolana i spojrzał na nich przeszywająco. — Czy jest cokolwiek, co was w tej chwili trzyma w Chicago?
— Nie, tak naprawdę mieliśmy już jechać — odpowiedział Jefferson, dotychczas stojący nieopodal i opierający się plecami o szafkę z opatrunkami. — Dzisiaj się spakowaliśmy. Tu nie jest bezpiecznie.
— Właściwie nigdzie nie jest bezpiecznie, bo wciąż żyje Azjata i jego towarzyszka.
Jefferson spojrzał na Williama i przez moment między całą trójką trwała krępująca cisza.
— Odnośnie tej towarzyszki. Jest jeszcze coś…
Nicholas spojrzał na młodego rewolwerowca z pytaniem i sugestią, żeby kontynuował.
— Bo kiedy zaatakowali mnie w mieście, wywiązała się między mną a nią strzelanina, potem przerodziło się to w szarpaninę i… — Jefferson spojrzał na towarzysza, by upewnić się, czy ma kontynuować.
William skinął głową delikatnie. Co prawda ich podejrzenia mogły być tylko wynikiem głupiego zbiegu okoliczności, jednak jeśli były prawdziwe, mogło to zmienić wiele rzeczy. A generał powinien o tym wiedzieć. Szczególnie jeśli był bratem Wściekłej Jess.
Jefferson skrzywił się i odetchnął. Stał z założonymi na piersi rękoma i miał wrażenie, że zaraz się wygłupi.
— Kiedy ona leżała na mnie, zza jej koszuli wysunął się medalik. Był niby zwyczajny, ale miał na sobie inicjały… A ta kobieta całym opisem pasuje do kogoś innego, kto swego czasu posługiwał się symbolem, jaki zobaczyłem na jej medaliku. To może być zbieg okoliczności, ale… — zawiesił się i wzruszył ramionami.
— Był na nim pentagram — dodał William, żeby uzupełnić opowieść Jeffersona, a jednocześnie medalik na jego szyi wydał mu się nagle cięższy.
Generał w tym czasie przyglądał się im z uwagą. Musiał nad czymś się zastanawiać, bo trwało to aż nieprzyjemnie długo.
— Medalik, mówicie? — spytał. Mógł im ufać, już się o tym przekonał. Zresztą planował coś niedorzecznego, więc tym bardziej musiał im zaufać.
— Tak jest. Myślimy, że może on coś znaczyć. Był dość nietypowy — podjął Ranger, a kiedy ich gość sięgnął dłonią do swojej koszuli i rozpiął u góry jeden guzik, obaj zrobili zdziwione miny.
— Taki? — spytał Nicholas Orkenzy, kiedy wyjął zawieszony na jego piersi srebrny wisiorek.
Zarówno William, jak i Jefferson wstrzymali oddech. Ich teoria o tym, że każdy członek Boosy miał medalik z pentagramem i inicjałami, teraz idealnie zespoliła się z teorią, że Show był Dżentelmenem, towarzyszka Azjaty Wściekłą Jess, żona Gavina Wybuchową Ad, zaś generał Orkenzy Małym Nickiem. Brakowało tylko Zwierzaka.
— Och… Więc… generał jest Małym Nickiem — wydusił w końcu William. Mimo świadomości, że sprawa Johna Smitha była teraz ważniejsza, kwestia Boosy właśnie całkowicie pochłonęła jego umysł. Nie wyobrażał sobie nawet, jak teraz czuł się Jefferson, który dorastał razem z legendami o lidze Boosa i swojego idola upatrywał właśnie w Małym Nicku.
Ranger zresztą właśnie gapił się na Nicholasa i nie dowierzał, że to wszystko może być najprawdziwszą prawdą.
— Ale… — zaczął, ale ich gość mu przerwał.
— Mały Nick nie żyje — mruknął. — Boosa, przestała istnieć po tym, jak pożarł go płazer. Dlatego nie mogę potwierdzić pana słów, panie Lockerbie. Ale tak, kiedyś wszyscy należeliśmy do grupy wierzącej, że coś zmieni. Wszyscy teraz robimy coś lepszego, pod prawdziwymi nazwiskami, bardziej w ukryciu, nie czekając na oklaski i krzyki uciechy małych dzieci — odparł, a Jefferson przez jego słowa nie śmiał się odezwać. Sam był tym krzyczącym dzieckiem.
Jeśli coś mogło teraz zniszczyć nastrój, który wytworzył się w tym laboratorium, to chyba jedynie uderzanie pięści Castora o drzwi. Nic takiego jednak się nie stało, a dwójka towarzyszy wciąż patrzyła na Nicholasa jak na kogoś, kogo ujrzeli po raz pierwszy w życiu. Generał mógł im tyle wyjaśnić! Tyle opowiedzieć! A jednak w głowach Williama i Jeffersona wciąż pobrzmiewało pytanie, które zadał w końcu lekarz:
— Więc… dlaczego siostra generała próbuje nas zabić?
Nicholas sięgnął po piwo, żeby dać sobie tym czas na odpowiedź.
— Nie wiem. Ale… ona też wysłała mi list, o tym, że spisany został na was wyrok —mruknął, a Jefferson nadal nie wierzył, że właśnie był, nie dość że częścią tajnej organizacji, to właśnie rozmawiał z Małym Nickiem. Czuł się jak dziecko. — Zresztą, mówiłem. Boosa przestała istnieć po tym, jak ponoć zginąłem. Do połowy jest to prawda — mruknął i spojrzał na swoje protezy. — Drogi się rozeszły. Nic nie było już tak, jak wcześniej.
— Wciąż jednak współpracujecie — zauważył rozsądnie William, który chyba był tu jedynym poza Nickiem zdolnym do mówienia. Jefferson się po prostu gapił. — Doktor Show, jeśli dobrze rozumiemy, jest Dżentelmenem. Otrzymałem od niego medalik. Żona Gavina musi być Wybuchową Ad…? — kontynuował, patrząc pytająco we wzbudzające respekt oczy Nicholasa. Chciał, żeby wreszcie te puzzle, które od dłuższego czasu mieli z Jeffersonem porozrzucane, złożyły się w jedną całość.
— Tak, i nie mamy obecnie pojęcia, gdzie Show jest. I nie mam też pojęcia, czemu przekazał panu swój medalik — dodał już Nicholas jakby ostrzej, ale William nie wiedział, czy do niego, czy do Dżentelmena, którego tu nie było. Generał jednak domyślał się, że Show mógł to zrobić w razie takiej okoliczności. Że ta dwójka mogłaby potrzebować pomocy i jedynie pokazanie medalika wzbudziłoby zaufanie w innym członku Boosa, a tym samym zapewniło im ratunek.
— A Zwierzak? — wydusił w końcu Jefferson, bo tylko jego mu brakowało.
— Tak, tylko on nam pozostaje. Czy… czy nie żyje? — dopytał spokojnie William, choć z wyczuwalnym napięciem.
— Nie — odparł poważnie Nick, myśląc jednocześnie, że sam prawdopodobnie za kilka dni zginie z jego ręki. — Jednak nie współpracuje czynnie z agencją.
— Och… — wydusił William, w duchu mając nadzieję, że podobnie jak Wściekła Jess, nie przeszedł na złą stronę. Chociaż zaskakujące było, że Jess wysłała wiadomość do generała, równocześnie próbując zabić Jeffersona. Wnioski miał dwa. Albo działała na dwa fronty, albo chciała ściągnąć tu brata i jego też się pozbyć. — Rozumiem.
— Ogólnie długa historia. Na tę chwilę zostaniemy tu ostatnią noc, a jutro wyruszamy. Trzeba was stąd zabrać. — Nicholas w końcu wyjawił im swój plan, za który, obawiał się, słono zapłaci. Nie widział jednak innej drogi.
— Ale rozumiem, że nie wracamy do kwatery? — Jefferson w końcu wydusił coś z siebie, nie mając pomysłu, gdzie się udadzą, ale przecież był z nimi generał.
— I co z naszym ogonem? — wtrącił William. — Nie mamy pewności, że nie jesteśmy obserwowani.
— Jego się zgubi albo będziemy na niego przygotowani w miejscu, do którego zmierzamy. Przypuszczam jednak, że kiedy wyruszymy przed świtem, nikogo wcześniej nie powiadamiając o naszych planach, powinniśmy zyskać w najgorszym razie czas. Dlatego na tę chwilę, oficjalna wersja jest taka, że jeszcze kilka dni tu jestem.
— Dobrze. Powiadomię o tym służbę i ojca. Mogę jednak zostawić mu liścik? — dopytał na koniec William. Wiedział, że pomiędzy nim a ojcem obecnie było bardzo źle, ale nie chciał opuszczać tego miejsca bez żadnego pożegnania, nawet w postaci słów na papierze. Nie wiedział, czy nie przyjdzie im zginąć, więc nie chciał, żeby takie były ich ostatnie wspólne chwile. By ojciec miał o nim złe mniemanie, a on nie mógł się pożegnać i… przeprosić.
Nicholas zadumał się.
— Tak, myślę, że to będzie sprawiedliwe. Tym bardziej, że śmierć pana matki na pewno nie była czymś, z czym łatwo było mu się pogodzić. I pośrednio to wina nas wszystkich — zgodził się, bo w sumie nie miał innego wyboru. — Byle nie pisał pan, gdzie zmierzamy. Zresztą, nawet panowie nie wiedzą.
To było dla nich obu niekomfortowe, jednak równocześnie ufali generałowi, szczególnie że ten okazał się być Małym Nickiem. I byli w duchu szczęśliwi, że wyrwie ich z tej klatki, jaką przez ostatnie dni było dla nich Chicago.
— Więc wyruszamy dziś przed świtem? — dopytał Jefferson. Dobrze, że byli już spakowani.
— Tak, w drodze jeszcze zapoznamy się ze szczegółami. Jesteście, jak rozumiem, gotowi? — spytał Orkenzy i podszedł do regału, na którym stał słój z sercem. Skrzywił się, a z jego blizną wyglądało to jeszcze bardziej masakrycznie. — Nieciekawie to wygląda. Ma pan, panie Lockerbie, jakieś teorie na ten temat?
— Powoli je dopracowuję. Podzielę się nimi, gdy ruszymy w drogę. Nie zabieram już serc, są zbyt ciężkie. Mam wszystkie informacje i będę je analizował w drodze. Mama bardzo mi pomogła — odpowiedział William, również unosząc się ze stoliczka. — Sypialnia dla generała będzie przygotowana. Jeśli mamy udać się w drogę wcześnie, sugeruję wcześniej się położyć.
— Dla niepoznaki sami przygotujemy rano konie — wtrącił Jefferson, zerkając jednak na generała w poszukiwaniu zgody. Wcześniej sam wszystko planował, ale teraz miał do czynienia do samym, cholera, Małym Nickiem. — Lepiej, Will, żebyś nikogo do tego nie wyznaczał.
— Tak, tak będzie najlepiej. Zresztą nie przepadam za służbą — potwierdził Nicholas, przypuszczając, że faktycznie każdy z nich przygotuje swojego wierzchowca, a nie Jefferson oba konie. Ale o tym nie trzeba było mówić. Jutro czekała ich bardzo długa i trudna droga. I jak na razie tylko generał Orkenzy o tym wiedział…

15 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 5 – Człowiek prezydenta

  1. TigramIngrow pisze:

    „- Nie — odparł poważnie Nick, myśląc jednocześnie, że sam prawdopodobnie za kilka dni zginie z jego ręki. ” Cocococo? Że jak? Nick zginie z ręki Mavericka? Yyyy… Aaa… W sensie, że sprowadzi Willa i Jeffa do swojego domu?

  2. Katka pisze:

    Beata, heeej! :D Spoko, rozumiemy brak czasu, ale też miło nam, że jednak znalazłaś tę chwilkę, żeby coś napisać ;) Fajnie, że czytasz NM :D No i tym lepiej, że Ci się podoba. Jest bardzo specyficzne i mam wrażenie, że ma wielu antyfanów też XD Super więc, że przypadło Ci do gustu. A co do ATCL, Jefferson na pewno piszczał jak mały chłopiec, ale tylko w swojej głowie XD Udało mu się zachować jako taką pozę, ale był podjarany jak tęcza na placu Zbawiciela XD A gdzie pojadą, powiem, że w bezpieczne miejsce. Więcej okaże się niebawem… :D Pozdrawiamy cieplutko i mamy nadzieję, że do następnego komentarza ;) Miłego czytania!

  3. beata pisze:

    Witajcie dziewczyny. Dawno nie komentowalam, ale w końcu postanowiłam coś napisać żebyście nie pomyslaly że was zostawiłam :-D Jestem w trakcie czytania NM i nieziemsko mi się podoba. Ale niestety ostatnio obwet nie mogę znaleźć kilku chwil by coś napisać :-( Cieszę się że generał dotarł do nich cały i zdrowy i że w końcu powiedział im prawdę. Chciałabym zobaczyć minę Jeffa :-D dobrze że nie zaczął piszczec jak mały chłopiec :-D jestem ciekawa gdzie teraz pojadą. Czyżby do zwierzaka? Tego by chyba Jeff już nie wytrzymał :-P Czekam na dalszą część. Pozdrawiam gorąco.

  4. Katka pisze:

    Kasia G., Maverick jest raczej samotnikiem, więc można sobie wyobrazić, co by pomyślał o niespodziewanych odwiedzinach XD W każdym razie zobaczymy, czy Twoja teoria się sprawdzi. Może obecność innych ludzi jednak skłoniłaby go do działania. Choć podejrzewam, że Nick nie ma już na to wiele nadziei… Ale masz rację, bardzo niewiele brakowało, bo już chłopcy byli gotowi do drogi, więc w sumie Nick zastał ich w ostatnim momencie. Haha, a bagaże… taaaak, byłoby ciężko się zmieścić do juków XD Jeszcze w podróż na kilka dni może, ale nie taką długą. Willuś by przyczepką nie pogardził…

  5. Kasia G. pisze:

    Czyżby generał zamierzał ich zabrać na ranczo do Mavericka? No jestem bardzo ciekawa jak na to zareaguje jego partner :) Ale może to właśnie skłoni go do ruszenia dupy z miejsca, no bo przecież przed obcymi chyba nie będzie mu wypadało pokazać swoich słabości? No ciekawe, ciekawe czy chociaż raz moje przypuszczenia, które naprawdę logiczne mi sie teraz wydają, się sprawdzą ☺No i bardzo się cieszę że nie minęli się z Nickiem, bo niewiele brakowało :) To pakowanie Willa skłoniło mnie do pewnej refleksji – za nic w świecie nie zmieściłabym swoich bagaży w jukach :) Konno mogĺabym podróżować tylko z przyczepką :) Dzięki i pozdrawiam ☺

  6. Katka pisze:

    Kyna, taaak, początkowa pompa może wywoływać niepokój… Przyznam w każdym razie, że w tej części będzie trochę takich sinusoidalnych poziomów, a to akcja, a to moment na oddech. Ale tak jak chłopcy czują oddech wroga za plecami, tak Wy też powinniście się spodziewać dużych, niespodziewanych ŁUP XD Och no i jaka wiara w Mavericka! Nicholas na pewno by nie narzekał, gdyby do nich dołączył. Ale Mavcio jest strasznie uparty…

    Luana, haha wytrwaj! Potem przy czytaniu wielu rozdziałów na raz na pewno będzie przyjemnie! :D

  7. Kyna pisze:

    Nick! <3
    A tak w ogóle – zaczęłyście z pompą, a tu nagle taki "luz"… Stresuję się, myśląc, że za chwilę coś na nich wyskoczy. Uch.
    Nick Nickiem, ale Jeff i tak będzie najlepszy xD Coś czuję, że będzie miał szansę się wykazać przed swoim idolem. A siostrzyczki nie rozumiem. Kompletnie. Nawet nie próbuję zgadywać co siedzi w jej głowie.
    No i teraz nie pozostaje nic innego, tylko czekać aż Pan M. dołączy do wesołej gromadki xD (bo wieżę, że dołączy. nikt mi nie wmówi, że nie:)

  8. Katka pisze:

    Linerivaillen, niestety przy pisaniu tej akcji x-miesięcy temu nie wyliczyłyśmy, że padnie na walentynki XD Mam nadzieję że mimo to się podobało :)

    Porebula, haha jak atmosferę odpowiednią było czuć i napięcie także, to dooobrze. No nikt się tam Nicka nie spodziewał, a już tym bardziej, że potwierdzi się w końcu, JAKI to Nick XD No i fajnie, że kombinujesz… :) Ja oczywiście nie mogę nic na 100% potwierdzić, bo sami musicie odkryć, co to się wydarzy, ale ładnie łączysz wskazówki. A co do serialu, to przyznam, że nie widziałam i nawet nie kojarzę, wiec trzeba nadrobić ;) Lubię seriale w tym klimacie.

    Safira, Jeff aprobuje Twoje podejście. William mniej XD

    Kaczuch_A, gdyby Nicholas powiedział tak, jak zacytowałaś to pewnie by się potoczyły szczęki po tym laboratorium. Na szczęście tam są odpowiednie narzędzia i William by mógł je zaaplikować z powrotem na miejsca sobie i Jeffowi XD Chyba jednak trzeba stopniować szokujące informacje, bo nam Ranger zejdzie na zawał XD A jak już o Jeffku, no cóz, okazuje wsparcie Willowi i tak całkiem nieźle, jak na swoją oschłą osobowość. Ale przytulasek jeszcze jakiś na pewno by nie zaszkodził :D Jednak… tak jak mówisz, w podróży z towarzystwem Nicka to nawet o przytulaski może być trudno… Oj biedne Willusiowe libido…

    Yaoistka, tajemnica kiedyś musiała wyjść, a chyba Nicholas uznal, że to najwyższy czas. Teraz już nie są na tak mega formalnej stopie, w kwaterze, tylko normalnie niczym bracia broni będą razem podróżowac, więc mogą o sobie troszkę więcej wiedziec ;D

    Jelis, masz racje, mógł się spodziewać, ale chyba tak bardzo bał się, że to może być nieprawda i jednak Mały Nick nie zyje, że nie dopuszczał jednak tych myśli do głowy. Więc teraz tym większy szok XD A co do Mava i Nicka to się zgadzam, na pewno byłoby im wszystkim luźniej, ale trudno jednak ryzykowac w takiej sytuacji. Niemniej, no zobaczymy. Może ktoś przez przypadek coś podpatrzy… Haha no i fajnie, że nas odwiedzasz cały czas XD Mimo wszystko miło też widzieć wejścia w dni, w której nie ma rozdziałów. A czasem może zaskoczymy jakimiś bonusem czy coś ;)

  9. Jelis pisze:

    Jeff w szoku ale przecież mógł się tego spodziewać 😂 jestem ciekawa co skłoniło Jess do takiego zachowania. Szkoda ze podróż minie chłopakom w towarzystwie, William ciężko to zniesie xd trzecia część nieźle poruszyła akcje, fajnie by było gdyby wydał się związek Mava i Nicka w końcu sami swoi i atmosfera byłaby lżejsza 😂 nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów i mimo że wiem, że rozdziały są raz ba kilka dni to i tak wchodzę tu codziennie ♡

  10. Yaoistka^^ pisze:

    Ooohooo tajemnica wyszla :3 ciesze sie na ten rozdział mimo ze taki krótki kilka rzeczy uświadomił i dodał nowe pytania xD
    Ostatnie 2 zdania sprawiły ze jestem mega podekscytowana następnymi rozdziałami:3

    No… I ciesze sie ze rozdzialik spowodowal zapomnienie o problemach… Hehe ^^”

  11. kaczuch_A pisze:

    I właśnie w tym momencie Mavercick powinien wjechać dzielnie na swoim rumaku xD

    Ale jestem ciekawa jakie miny by mieli Jeff z Doktorkiem, jakby Nick powiedział: „Zwierzak ma się dobrze, jest moim facetem, mieszkamy se na farmie” xD wiem, że za żadne skarby się to nie zdarzy, ale liczę na wspólną podróż całej czwórki. Tak, tak liczę i pokładam nadzieję w to, że zwierzak faktycznie do nich dołączy. Jeff był słodki, spotkał idola swojego i patrzył xD I nasz seksowny Ranger martwi się o naszego doktorka. Mógłby go przytulić albo co, bo Doktorek serio tego potrzebuje. Tak mi się przykro robi jak widzę co się z ni teraz wyprawia. Jeff przesłanie do Twojej osoby: „Will potrzebuje wsparcia~!” Najlepsze w tym wszystkim jest to, że cieszę się na ich wspólną podróż z Nickiem, ale jednocześnie panowie nie będą mieli zbyt wiele okazji by się w drodze popieścić xD Będzie frustracja i napięcie, bo ktoś może ich sprzątnąć xD

    Magia, czekam na więcej~!
    Weny drogie Panie~!

  12. porebula pisze:

    Uuuu Nick wbił xD
    Tylko ja czułam to co się działo jak rozmawiali? Jezu ta atmosfera xD i jak się dowiedzieli że Nick to Nick bosze kocham XDDD
    On ich zabiera do siebie cnie?? To że Mav go zabije + parę dni + długa i niebezpieczna droga (normalnie jak na polskim argumenty argumenty)
    Jeśli prawda to się chłopaki zdziwią… w tym Maverick bo nie wie… chyba bo tu tesz pasuje że go zabije B)) zostanę szerokiem
    BTW oglądał ktoś coś Ripper Street bo mi się Nick kojarzy z Edmundem Riedem :’)) Nawet 19 wiek więc joł

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s