Across The Cursed Lands III – 4 – Sposób na dotkliwe rany

Noc zapadła bardzo szybko, a Jefferson nawet nie wiedział, jak między palcami umknęło mu te kilka godzin. Musiał pozbyć się nieboszczyków, pojechał też do miasta, żeby zapewnić władze, że wszystko jest w porządku, bo domyślał się, że po akcji na ulicach niektórzy mieszkańcy mogli donieść na dwóch podejrzanych mężczyzn goniących jakiegoś bogu ducha winnego wąsacza. Albo co gorsza, napisać o tym w tutejszej gazecie, a co jak co, ale rozgłosu nie chciał. To było ostatnie, czego było im trzeba. Zjadł też jakąś kolację w mieście, nie licząc na posiłek w posesji Castora Lockerbie. A gdy już się umył i przebrał w nieprzepocone ciuchy, spostrzegł, że było już po północy.
Jak już się domyślał, bardziej zaszkodzić sobie w tym domu nie mógł, więc pokierował się prosto do pokoju Williama, żeby go pilnować. A przynajmniej wierzył, że wszyscy będą tak przypuszczać.
W sypialni Williama nie paliła się już żadna lampka, więc do środka wszedł bardzo cicho, by go nie obudzić. Po kilku krokach w ciemnościach przekonał się jednak, że ten nie śpi. Leżał na plecach, bez opaski na oku, jednak blizny nie było widać w tych warunkach. Błękitne okno zaś wpatrywało się w idącego do łóżka Rangera. Ten jeszcze był ubrany, żeby nie robić niepotrzebnych plotek, ale i żeby szybciej wydostać się z pokoju, jeśli cokolwiek miałoby się wydarzyć.
— Hej… Jak się czujesz? — spytał szeptem, bo było ogólnie bardzo cicho. W tle wył upioryt w fabrykach, ale po kilku dniach w Chicago nie słyszało się go tak, zupełnie jak tykania zegara. Każde jednostajne dźwięki niknęły, spychane na dno podświadomości.
— Zadajesz mi ostatnio bardzo często to pytanie, Jeff — zauważył lekarz i podniósł się na łóżku, by usiąść, a nie leżeć. Odsunął się też trochę, żeby Ranger mógł przysiąść obok.
Ten skorzystał z tego niemego zaproszenia i kiedy już był dość blisko, wyciągnął dłoń do twarzy lekarza. Przysunął ją sobie bliżej, sam się wychylił i delikatnie pocałował go w policzek.
— Trochę wydarzyło się u ciebie w ciągu ostatnich dni. Nie dziw mi się. Kiedy się poznaliśmy, nie wyobrażałem sobie, że… to wszystko się wydarzy.
— Zanim się poznaliśmy, chyba byłem kimś zupełnie innym. Zmieniłem się przy tobie — William odpowiedział ciężkim głosem, ale jego następne słowa zmieniły trochę wydźwięk tego zdania. — W większości na lepsze. Więcej dostrzegam i chyba… pokonuję wiele oporów. Ale czuję się dobrze — dodał bardziej poważnie, przy tym patrząc prosto w czarne oczy Rangera i nagle odnajdując w jego bliskości jeszcze większe ukojenie niż dotychczas. — Jeszcze lepiej, gdy tu jesteś.
— Ciekawe, czy ja się zmieniłem — prychnął Jefferson i przesunął spojrzeniem po jego twarzy. Popatrzył na jego oko, a raczej na bliznę po nim. Pocałował go tam, na wysokości kości policzkowej.
Lekarz odetchnął cichutko i zbliżył się bardziej. Przekręcił głowę i pocałował Rangera w szyję, tuż pod szczęką. Czuł, że mężczyzna już wziął kąpiel, ale wciąż pachniał sobą, nie mydłem. Jakoś nagle go to podnieciło i zdał sobie sprawę, że nie kochali się już kilka dni. Pragnął go dotknąć, poczuć pod sobą, na sobie, jakkolwiek.
— William… — Jefferson zaczął, bo nie był, mimo wszystko, pewien, czy jest to odpowiedni moment. Niedawno przecież matka lekarza została zamordowana, w tym domu zresztą, kilka godzin wcześniej William zastrzelił z premedytacją chyba pierwszy raz w swoim życiu jakiegoś człowieka, a teraz zapowiadało się na to, że chce się kochać.
— Wiem, że nastrój jest ciężki, ale zapewniam cię, Jeff… — William odetchnął na jego skórę i zaczął powoli rozpinać mu koszulę — stanie mi.
— Nie wiem, czy właśnie tego… nie powinienem się obawiać. Że sypiam z szaleńcem. — Jefferson zaśmiał się trochę na siłę, ale też bardzo cicho. Czekał, aż mężczyzna pozbawi go koszuli.
— Miałem dotąd wrażenie, że już w drodze tak uważałeś — odpowiedział William ze śladowym uśmiechem, który jednak szybko zniknął z jego twarzy.
Nie potrafił się teraz śmiać, ale chciał odsunąć w jakiś sposób myśli od tego, co się ostatnio działo. Nie traktował jednak Jeffersona jako lekarstwo na swoją „chorobę”. Zaskoczył się sam sobą po raz kolejny, bo teraz w tym mężczyźnie widział po prostu osobę, z którą to wszystko przeżywa i która jest jak… sam nie wiedział, jak to określić. Jak inny żołnierz w bitwie, którego życie jest równie warte, co jego i który czasem zarówno potrzebuje pomocy, jak i jej udziela.
Teraz jednak nie chciał patrzeć na ten seks jako na remedium, a jako na wzajemnie przekazywaną przyjemność. Rozchylił więc poły koszuli Rangera, pochylił się i z zamkniętym okiem polizał jego ciemny sutek.
Black westchnął cicho i nisko. Od razu poczuł ciarki na całym ciele i były to te z tych bardzo przyjemnych. Nie takie, które czuł, kiedy widział słoje z sercami w środku.
— Połóż się…
— Nie mogę ci pomóc się rozebrać? — zapytał szeptem lekarz i samym końcem języka podrażnił twardniejącą brodawkę.
— Nie całkiem. Jednak nie jesteśmy wciąż w pełni bezpieczni.
— Przekręciłeś klucz w drzwiach, ojciec ma mnie dość, służba nie będzie nas niepokoić z trywialnych powodów, a drzwi są lepiej zaryglowane — odpowiedział lekarz, którego palce powoli i drażniąco przesunęły się po nagich żebrać Rangera pod koszulą i dotarły do jego paska w spodniach.
— A ten Azjata może znowu zakraść się oknem — przypomniał mu Jefferson, ale i tak wychyli się do pocałunku. — Chcę tylko, żebyśmy byli bezpieczni. Ale do spodni możesz zejść.
William zerknął w dół i zastanowił się, jak to mogą zrobić. Podciągnięcie spodni na pośladki nie było jednak czasochłonnym zadaniem, więc po rozpięciu spodni Rangera, obsunął je w dół lekkim szarpnięciem.
Jefferson uśmiechnął się pod nosem i przekręcił się na łóżku, żeby mieć Williama pod sobą i nie tylko poddawać się jego rękom. Skoro ten uznał, że to jest dobry czas i nie spaczy mu to jeszcze bardziej psychiki, mógł na to pójść.
— W szufladzie wciąż jest olejek. Możemy go użyć — zaproponował lekarz, bo szafka, o której mówił, była od strony Jeffersona. Tam też spoczywało trochę zapasowych naboi. — Kiedyś… trzymałem tam zrobione przez siebie narzędzie… Pistolet z poruszającą się końcówką w kształcie członka — dodał trochę po to, by rozluźnić atmosferę, a trochę dlatego, że po prostu mu się przypomniały samotne noce z erotyczną zabawką.
— Aż boli mnie w uszy, kiedy nazywasz to pistoletem — prychnął drugi mężczyzna i pocałował Williama całkiem mocno, przyciskając jego głowę do poduszki.
Dopiero po tym sięgnął do szuflady i między rewolwerem a pudełkiem z nabojami znalazł małą fiolkę naturalnego olejku. Musiał mu sprawić olejki też do pielęgnacji broni i jej czyszczenia, żeby lekarz miał też takie, a nie tylko ten dla przyjemności. Skoro już nauczył się strzelać i… zabijać.
— Spokojnie, wolę twój pistolet — odpowiedział William ze śladowym uśmiechem na ustach, który nie za dobrze było widać w tych ciemnościach, ale na szczęście Ranger wyczuł go w jego głosie.
— Możesz go potrzymać i się z nim zabawić — zachęcił, kiedy znowu klęczał nad nim i całował go po szyi. Mógł mu potem obcałować coś innego, ale chciał jeszcze trochę bliskości twarzą w twarz.
Nawet nie wiedział, jak bardzo wpasowuje się swoimi pragnieniami w pragnienia lekarza. Ten jedną ręką złapał go za kark i pogłaskał po nim, drugą zaś podążając już do penisa Rangera i znów dając popis swoim manualnym zdolnościom. Wiedział, gdzie chwycić, gdzie popieścić. Gdzie ścisnąć, by wzbudzić dreszcze w ciele drugiego mężczyzny i gdzie pomasować, żeby członek szybko twardniał. A Jefferson mógł nisko zamruczeć na pochwałę jego pracy. Bo to, co robił lekarz, było naprawdę przyjemne i tylko musiał pamiętać, żeby być cicho.
Poruszył biodrami, wsuwając się w jego dłoń i dysząc w szyję. Te ruchy były przyjemne dla oka Williama, który co prawda wolałby teraz widzieć spinające się mięśnie swojego towarzysza, ale pobudzał go też sam zarys jego sylwetki i obserwowanie tych ruchów.
— Och, Jefferson… Dasz mi na dłoń trochę olejku? Będzie ci przyjemniej.
Ranger zaburczał, nie chcąc przerywać, ale wiedział, że William w tej chwil jest głosem rozsądku. Wyprostował się, wziął fioleczkę, otworzył ją i wylał trochę oliwki na swój członek i na dłoń partnera. Po tym wrócił szybko do poprzedniej pozycji i cmoknął powoli różowiejące wargi. Te odpowiedziały na pieszczotę, poskubały jego usta, a dłonie oczywiście nie zapomniały o tym, co powinny robić na dole. Teraz więc, już mając mokro i ślisko, szybciej poruszały się po członku i naciągały, to ściągały skórkę z główki.
Jefferson w końcu zaczął nisko powarkiwać i mocniej poruszać biodrami. W końcu jednak ugryzł wargi Williama i odsunął się od jego dłoni. Wziął głęboki wdech i przytknął palec do ust, nakazując mu ciszę. Po tym, chwyciwszy olejek, przeniósł się w dół łóżka, a tam ściągnął mu spodnie od pidżamy. Uśmiechnął się, kiedy członek zahaczył o nie i zabujał się, całkiem sztywny. Jak zwykle nie zawiódł się libidem Williama, bo ten mimo ostatnich wydarzeń był sztywny i gotowy.
— Wiem, że musimy być cicho… ale nie zasłaniaj nas kołdrą — wyszeptał lekarz, podziwiając go z dołu, na ile mógł.
Jefferson chwilę to rozważał, aż w końcu tylko skinął głową. Wylał sobie na palce trochę oliwki, rozsunął nogi Williama i sięgając dłonią między jego pośladki, ustami pocałował penisa.
Kręgosłup lekarza wygiął się, a z jego ust wydobyło się ciche westchnienie. Jeszcze kiedyś, gdy tak robił, jego żebra bardzo mocno się uwydatniały. Teraz nabrał trochę mięśni i jego ciało było lepiej zbudowane. Wciąż jednak daleko mu było do ciała Jeffersona, który chętnie dobierał się Williamowi do krocza. Było to takie podniecające połączenie, że William nie mógł się powstrzymać przed wpatrywaniem się w niego niemalże jak prześladowca i wsunięciem mu palców we włosy.
Jefferson zaburczał nisko i spojrzał na niego w górę swoimi czarnymi oczami. Pod tym względem jego nazwisko niesamowicie mu pasowało. Zresztą, tak samo jak w kwestii poczucia humoru, które teraz zaprezentował, kiedy obnażył zęby i udał, że zaciska je zaraz pod główką penisa Williama. Starszy mężczyzna napiął się przez to nagle i zastygł, ale kiedy spostrzegł, że to tylko żarty, odetchnął i ściągnął brwi.
— Chcesz, żebym poza koszmarami o mordowaniu tamtego mężczyzny jeszcze śniło mi się, że zdradziecko pozbawiasz mnie przyrodzenia?
Jefferson odsunął usta i prychnął.
— Nie. Zresztą, wątpię, żebyś to zapamiętał — dodał i polizał jego penisa, rozkoszując się twardością i jednocześnie miękkością skóry. Lubił penisy i nic na to nie mógł poradzić, ale nie zamierzał mruczeć z przyjemności, czy świntuszyć, bo było mu z tym wciąż dość dziwnie. Possać go ze smakiem jednak mógł i zamierzał to zrobić.
William za to cicho zamruczał z przyjemności, głaszcząc Jeffersona po głowie. Tak, zdecydowanie potrzebował tego seksu. Był jednym z bardzo nielicznych ostatnio przyjemnych doświadczeń.
— Weź go w całości — poprosił cicho, odruchowo kręcąc biodrami.
Ranger zaburczał w proteście, bo penis w ustach ruszał się, kiedy William to robił. A wolał mieć więcej kontroli niż mniej. Dlatego przycisnął silną dłonią biodra lekarza do materaca, unieruchamiając go. Possał chwilę samą główkę, oblizał go po bokach i dopiero wziął do ust. Najpierw do połowy, a po kilku bardzo przyjemnych dla odbiorcy ruchach głową w końcu wykonał prośbę.
Powieka lekarza zacisnęła się mocno, podobnie jak jego usta, bo wiedział, że inaczej głośno by stęknął. Jefferson nie tylko lubił ciągnąć, ale był w tym całkiem dobry, więc przyjemność fundowana takimi zabiegami była bardzo dobra. William rozłożył szerzej nogi, poddając się tym pieszczotom i głaskał go po głowie.
— Tak, Jeff… Jeszcze chwilę… a może strzelę dziś jeszcze raz w kierunku czyjejś twarzy, jednak… och, z innej broni…
Jefferson nie skomentował tego wisielczego żarciku tylko dlatego, że bardziej go rozbawił, niż zniesmaczył. Possał mocniej członek i na moment wziął go bardzo głęboko, żeby zaraz polizać po czubku.
Robił to wszystko tak, jakby się bawił tym penisem, jakby go kosztował, sprawdzał, jak zareaguje, jak zasmakuje, ale równocześnie dawał tym wiele przyjemności Williamowi. Nie miał pojęcia, czy była to sprawa dziedziczna, czy William po prostu tak miał, ale wcale się nie zaskoczył, gdy penis bardzo szybko zadrżał i wystrzelił prosto do jego ust. Nie do gardła, bo akurat w tym momencie nie miał go głęboko, a wypełnił mu policzki. Nasienie znalazło się na języku i podniebieniu, więc bardzo dobrze poczuł jego smak.
Nie przełknął go od razu. Zakrył tylko dół twarzy dłonią, żeby William za bardzo nie widział, i dopiero roztarł spermę w ustach, smakując ją dokładniej. Może tylko mu się wydawało, ale smakowała inaczej niż zwykle. Ale też dawno tego nie robili, więc mógł zapomnieć.
Dopiero po tej analizie przełknął wszystko i bardziej skupił się na pieszczeniu dziurki lekarza. Wydawała się już gotowa, choć mogło to być za sprawą rozluźnienia lekarza po spełnieniu. W każdym razie dawała już warunki, żeby w nią wejść, co zresztą potwierdził William, gdy wymruczał błogo:
— Wsuń się we mnie, Jeff…
Ranger nie odpowiedział werbalnie, tylko skinął głową, przesunął jeszcze swoimi szorstkimi dłońmi po udach lekarza i rozsunął je, żeby zaraz chwycić pod nie, za pośladki, i unieść biodra Williama. Sam znalazł się między jego nogami, a własnym członkiem otarł się o rowek między pośladkami. Było tam przyjemnie wilgotno, więc nie obawiał się, że sprawi partnerowi ból.
Uprawianie seksu w domu było zupełnie inne, jeśli chodziło o warunki, niż kochanie się w dziczy. Wszystko miało plusy i minusy i co prawda w dziczy ich stęknięcia usłyszeć mogły jedynie zwierzęta, ale tutaj było jakby spokojniej i pewniej. Tym bardziej, że nie spali w gospodzie, a w domu rodziców Williama. Oczywiście byłoby wielkim pechem, gdyby do już powstałych uprzedzeń Castora wobec ich dwójki doszło jeszcze to, że Jefferson pieprzył jego syna, ale liczyli, że mężczyzna nie ma najmniejszego zamiaru, by do nich zawitać.
Mieli siebie na wyłączność, a Ranger już po chwili mógł wejść w partnera, nisko ściągającego go do siebie i całującego. Przy tym bardzo chętnie na to odpowiedział. Wsunął się powoli, ale za jednym razem głęboko. Moment tak trwał i na pocałunku tłumił ich jęki przyjemności. Ten stan jednak nie trwał długo, bo Jefferson też chciał seksu. A seks wiązał się z ruchem, dotykaniem się, wypychaniem bioder i wsuwaniem się, czy ocieraniem się o drugą osobę.
— Mmmm… Lubisz tak? Na pierzynach? — spytał szeptem z lekkim rozbawieniem, odnosząc się do tego, jak jego partner zawsze marudził na warunki.
— Dobrze mnie znasz, Jeff… Wiesz, że tak… Byłoby jeszcze lepiej, gdyby… och, gdyby łóżko było szersze… paliło się światło… i na szafce stał… mm… Jack Daniels — wydyszał lekarz, nieodpowiadający na jego ruchy, bo czuł, że Ranger dobrze sobie radzi z wypychaniem bioder i pieszczeniem jego wnętrza. W tym momencie było mu doskonale, gdy po prostu pod nim leżał i dawał się tak specyficznie pieścić.
— Jedynie możesz później zasłużyć… mm, na Jacka — Ranger wymruczał nisko, pchając biodrami w przód i co jakiś czas całując szyję czy usta lekarza. Było mu z każdym ruchem coraz lepiej, a lekki posmak spermy w ustach dodawał temu pikanterii.
Posiadanie stałego partnera było wielkim plusem w otaczających ich realiach, a do tego tak sprawnego i zawsze chętnego… Jego tyłek chętnie go przyjmował, zaś penis, którego chwilę temu Jefferson ssał, również mógł mu zrobić dobrze, gdy zmieniali konfigurację. Było to naprawdę przyjemne uczucie i jakkolwiek z początku miał opory, by się kochać w obecnych… okolicznościach, tak jednak uznał, że seks to dobry pomysł. Obaj odpływali, zatracali się całkiem w cielesnej przyjemności i zapominali o troskach. Przynajmniej chwilowo. William całkiem skupiał się na tym, co Jefferson mu robił, samemu dotykając go, gdzie tylko sięgnął. A czasem też sięgał do jego pośladków, pod którymi wciąż mężczyzna miał spodnie, i ścisnąwszy je, dopychał go mocniej do siebie.
Jefferson współpracował i mocniej w niego wchodził. Trochę ciężej oddychał, ale żeby i jego kochanek nie jęczał za głośno, całował go i zatracał się z nim w przyjemności. Gorącej, na miękkiej pościeli, przy lekko uchylonym oknie, przez które wpadało ratujące ich od żaru, świeże powietrze.
— Will… Dobrze ci?
— Nie… mogło być… lepiej… Choć… nie, mogłoby… gdyby ta noc trwała dłużej — lekarz odpowiedział szeptem, zaciskając palce na jego śniadej skórze. Sztywnym penisem tarł o umięśniony brzuch Jeffersona, chcąc całkiem się w tym zatracić, jednak wciąż musiał być czujny w razie jakiegoś ataku zza okna, czy odwiedzin służby w drzwiach.
— Jak tego dożyjemy, to jeszcze to nadrobimy — zapewnił Jefferson z typowym dla siebie poczuciem humoru. Przy tym też na moment zatkał usta Williama, wysunął się i mocniej w niego wszedł, samemu powarkując pod nosem.
Dobrze zrobił, bo zza jego dłoni lekarz wydał głośniejszy, na szczęście stłumiony jęk. Przy tym ścisnął mocno pośladek Jeffersona i zacisnął powiekę z całej siły. Na szczęście było ślisko, a on był rozluźniony długą penetracją, więc nie zabolało go, wręcz przeciwnie. Gwałtowne i głębokie wejście poruszyło całym jego ciałem, wywołało drżenie godne drżenia suchej ziemi przy biegu stada bizonów. Poczuł się, jakby odpływał w bardzo odległe miejsce, a wszystko dzięki temu twardemu penisowi. Przez to jego własny też znów zbliżał się do wytrysku. Jefferson jednak zamierzał koniec tej przejażdżki zapewnić mu w galopie, a nie spokojnym stępie, więc kiedy już go nie kneblował, chwycił go za penisa i jeszcze pieprząc jego tyłek, trzepał mu, patrząc, jak lekarz kręci się na pościeli pod nim. I tylko błagał, żeby ten nagle nie wydarł się i nie zbudził całego domu. Na szczęście nie był zwykle przesadnie głośny w seksie, więc nie obawiał się tego zanadto. Widział, że nad tym panuje, że bardziej odpowiada swoim ciałem niż werbalnie, a już całkiem dał popis swojej samokontroli, gdy docisnął obie ręce do ust, wygiął się i spryskał swoją klatkę piersiową wraz z medalikiem ligi Boosa.
Jefferson zmarszczył nos i zacisnął zęby, widząc to i czując, jak jego penis jest ściskany. Kilka szybkich ruchów i sam doszedł z niskim powarkiwaniem. Zaraz po tym, nie wysuwając się, pochylił się i zlizał białą spermę, a z medalika wręcz ją scałował. Miał nadzieję, że William jakoś głupio tego nie skomentuje, burząc tym ten naprawdę dobry seks, który mieli w tych okolicznościach.
Jedynym komentarzem, jaki nastał po tym geście, było pogłaskanie włosów Jeffersona. William był zbyt zmęczony dwoma orgazmami i wydarzeniami z całego dnia, by kierować docinki. Było mu dobrze.
— Mm… Może ten Azjata znów tu był… by nas zabić… ale zobaczył, co robimy… i stchórzył — rzucił mało przytomnie.
Od rozmowy o jego towarzyszce nie mówili o tym, że ta mogła być Wściekłą Jess i jakoś nie poruszali w ogóle jej tematu. Skupili się na mężczyźnie, chyba obaj nie chcąc na razie dopuszczać do głowy myśli, że członkini Boosy mogła być w to zamieszana. Kładło to cień na całą altruistyczną działalność tej grupy.
— Nie wiem, czy jednak jeszcze bardziej by nas nie chciał zabić, widząc, co robimy — prychnął Jefferson, pocałował klatkę piersiową Williama i wysunął się z niego, żeby zaraz położyć się na brzegu łóżka, bliżej komody ze schowaną bronią. Podciągnął też spodnie na pośladki.
William zrobił to samo ze spodniami od bielizny i przekręcił się na bok. Tak jak lubił spać, z policzkiem przy klatce piersiowej Rangera.
— Chyba nie interesuje mnie już, z jakich powodów chce naszej śmierci. Mam nadzieję jedynie, że to my pierwsi mu ją zadamy — szepnął.
Jefferson mruknął na potwierdzenie, obejmując go luźno ramieniem. Przez moment myślał, ale w końcu spytał, wierząc, że starszy mężczyzna jest już przyzwyczajony do jego braku zahamowań czy wyczucia:
— A jak o tym mowa… Jak się czujesz po zastrzeleniu tego faceta? To chyba twój pierwszy trup, hm?
— Powiedziałbym, że pierwszy zabity z zimną krwią, gdy byłem w pełni świadom, co chcę zrobić i zrobiłem to — odpowiedział William po chwili do jego klatki piersiowej. Pościel połowicznie ich zakrywała, zza okna dobiegał „krzyk” palonego upiorytu, a służba najpewniej czatowała wokół domu. — Przypadkiem zabiłem jeszcze kilku bandytów, w drodze do Galveston. Doktor Show dał mi bombkę, której użyłem, gdy zaatakowano nasz pociąg.
— Ale nie widziałeś, jak umierają? — spytał Ranger, starając się przypomnieć sobie swojego pierwszego trupa. Pamiętał, że później nie mógł spać w nocy, nawet jeśli nie widział jego oczu, kiedy go zastrzelił. Pamiętał, jak był zaskoczony, gdy bezwładne ciało upadło. Miał wtedy około piętnastu, czy czternastu lat. William za to prawie dwadzieścia siedem. Trudno było to jednak porównywać. Obaj wychowali się w całkowicie innym środowisku i dorastali z innymi wartościami.
— Nie widziałem — przyznał lekarz. — Nie wiem, jak się teraz czuję… To bardzo sprzeczne z moją profesją, choć teraz jestem bardziej człowiekiem rządu niż doktorem — dodał, próbując sobie chociaż tak tłumaczyć własny postępek. Jako coś, co musiał zrobić, a nie do końca wybrał.
— Mi to bardziej wytyczyło drogę w życiu — mruknął Jefferson, wiedząc, że ten, kogo zabił, był przestępcą i dobrze zrobił. I przez to, jak na to patrzył, też trochę nakierował się na to, kim teraz był.
— Wolę ratować życia — przyznał William po dłuższej chwili ciszy, gdy tylko wsłuchiwał się w kojący rytm bicia serca Jeffersona. — Dlatego spróbujmy rozwikłać tę sprawę, Jeff. Mam przeczucie, że to dotyczy dobra większej ilości ludzi niż tylko woźnicy ze zniszczonym sercem, czy pacjentów ośrodka w Luizjanie.
— Czasami tylko boję się, do czego nas to doprowadzi… Ale nie teraz o tym — Jefferson zbył temat i odwrócił twarz do Williama, dotykając nosem i ustami jego włosów. Odetchnął w nie i potarł jego ramię. — Chciałbym już wyruszyć.
— Jeszcze pogrzeb… Spakujemy się odpowiednio i możemy spróbować znaleźć sposób na wydostanie się z miasta. Myślę, że mogą nas obserwować. Chyba więc lepiej zrobić to niepostrzeżenie.
— Też tak myślę… — Ranger skrzywił się brzydko. — A ojciec? Nie będziesz tęsknił, czy się martwił? — Chciał się upewnić.
— Słyszałeś go, Jeff — szepnął William i przymknął oko, przytulając się wygodniej. — Wolałby, żebyśmy już opuścili miasto.
— Właśnie. Słyszałem jego. Nie ciebie.
— Nie mam ciepłych stosunków z ojcem… Nie mam też żadnej mocy sprawczej i moje martwienie się w drodze niczego nie zmieni. Tak samo jak nie zmieni niczego nasze pozostanie tu — William odpowiedział rozsądnie, bo wiedział, że w tej kwestii muszą myśleć o TABiW, nie zaś o jego uczuciach czy rodzinnych więzach. — Mam nadzieję, że będę mógł kiedyś wrócić i upewnić się, czy jest bezpieczny.
— Może powrócisz tu jako bohater narodowy. — Jefferson zaśmiał się krótko w jego włosy. — Też całkiem ciekawa opcja. Po tym, jak zabijesz głównego skurwysyna, który próbuje nas wszystkich zabić, uratujesz kraj przed sercami w słojach, ojciec będzie musiał cię docenić jako pełnoprawnego mężczyznę jeżdżącego na krowie i kutasie.
Kąciki ust Williama mimowolnie uniosły się w górę, a on delikatnie stuknął bok Rangera.
— Pigment jest koniem, nie krową.
— Krową w ciele konia! — Jefferson prychnął z rozbawieniem, ale znowu pocałował go w głowę. — I coś ci w końcu do niej wbiłem.
William tylko mruknął w odpowiedzi i pogłaskał jego cudowny w dotyku bok. Jefferson był mu tu teraz potrzebny nie tylko po to, by uchronić go przed ewentualnym atakiem, ale też by zwyczajnie mógł zasnąć. Bo wcale nie był pewien, czy dałby radę, gdyby go tu nie było. W końcu próbował i dlatego nie spał, gdy Ranger tu przyszedł, bo wciąż myślał o ciele wąsacza upadającym po jego strzale na posadzkę w laboratorium.
— Jutro w południe pogrzeb… Spróbujmy się wyspać — szepnął. Bał się jutrzejszego dnia prawie jak pierwszej przejażdżki na koniu, ale wiedział, że prawdziwy niepokój i obawa przyjdą rankiem. Teraz wciąż pochowanie matki wydawało mu się odległe.
— Mhm — jego partner odpowiedział cicho i mało wylewnie, już nie chcąc zaprzątać mu myśli czymkolwiek, by mógł zasnąć spokojnie i chociaż trochę wypocząć. Czuł się jakoś w obowiązku mu to zapewnić, dlatego bez udziału głowy czy rozważania tego, zgadzał się być teraz oparciem dla tego konkretnego lekarza. Byciem jego bandażem na psychiczne rany, tak jak ten zapewniał mu opiekę na te fizyczne.

16 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 4 – Sposób na dotkliwe rany

  1. TigramIngrow pisze:

    „mężczyzna nie ma najmniejsze zamiaru,”
    „Posiadanie stałego partnera było wielki plusem”
    Nawet nie zdałam sobie sprawy z tego, że tak dawno nie było seksu. Wciągnęłam się w fabułę. Uff… Wszystko ładnie pięknie, oni chcą wyjeżdżać, a gdzie Nick?

  2. Katka pisze:

    Wadera, libido Willa jest sławne nie bez powodu XD może mu stanąć w każdej sytuacji. W każdej XD jeśli chodzi o wibratory to pamiętam ze przy pierwszej części ATCL coś na ten temat szukalysmy i znalazlysmy kilka zdjęć takich starych zabawek erotycznych. Ale teraz odpisuje z komórki zaś wszystkie materiały mam na kompie więc niestety nie mogę teraz podrzucić. Ale Will chyba pierwszy nie był niemniej swoją zabawkę na pewno sam stworzył. A Jefferson i jego spermowy fetysz to już w ogóle bajka. Uwielbiam to w nim XD no i Pigment oficjalnie jest krową. Stało się.

  3. Wadera pisze:

    „Zanim się poznaliśmy, chyba byłem kimś zupełnie innym. Zmieniłem się przy tobie. (…)W większości na lepsze. Więcej dostrzegam i chyba… pokonuję wiele oporów”
    Ten cytat chyba najbardziej ilustruje zachowanie Willa przez ostatnie odcinki i widać to ostatnio wyjątkowo mocno. Na szczęście są rzeczy, które nigdy się nie zmieniają – widać nie potrzebnie martwiłam się o libido naszego lekarza :D
    I dlaczego mnie nie dziwi, że doktor kombinował, kombinował i zapewne skonstruował pierwszy wibrator ;) /robiłyście research co do istnienia prototypów wibratorów w tamtych czasach? jestem strasznie ciekawa XD /
    Ogólnie seks tej dwójki zawsze jest na tyle gorący, że trudno się skupić na komentowaniu. Choć przyznam, że jak Jeff scałowywał spermę z medalika to miałam na twarzy takiego wielkiego banana :D
    I wreszcie mieliśmy coming out Pigmenta – jest transgatunkowy, to krowa uwięziona w ciele konia…..padłam XD
    Nie mogę się doczekać kolejnych odcinków :)

  4. Katka pisze:

    Saki, w przypadku Willa seks dobry na wszystko, więc na pewno na chwile zapomniał o rzeczywistości. To dobry sposób na relaks, nawet w takich okolicznościach. W ogóle zgadzam się, że telefony komórkowe by im się tam bardzo przydały… szczególnie Nicholasowi i Maverickowi. Ale takie czasy. Co najwyżej mogą liczyć na listy, ale to nie to samo co usłyszeć głos ukochanego. Ale, żeby ta rozłąka nie była marnotrawstwem, musi się spieszyć i zdążyć do Chicago, nim chłopcy pojadą. A co do Hibikiego, masz rację. On nie jest jednak typem, który się łatwo poddaje, więc na pewno nie będzie chciał im dać spokoju. Muszą się mieć na baczności, bo wyeliminowanie dwóch wrogów nie daje im stuprocentowego bezpieczeństwa. Dzięki za komentarz, był jak najbardziej zrozumiały ;) Fajnie, ze odniosłaś się do poprzednich rozdziałów i nie martw się niekomentowaniem na bieżąco. Dobrze widzieć od czasu do czasu taki duży komentarz i ważne dla nas, że wciąż czytasz :)

  5. saki2709 pisze:

    Uwielbiam to opowiadanie. Strasznie się stęskniłam za tą bliskością Willa i Jeffa. Libido Willa nie przestaje mnie zadziwiać. Ale może dzięki temu choć na chwilę zapomniał o otaczającej go brutalnej rzeczywistości.
    Mam nadzieję, że Jeff i Will się nie miną z Nickiem. Nie bez powodu facet robi te kilometry i na tak długo rozstał się z kochankiem. Ten ból, kiedy nie możesz po prostu zadzwonić. Jak ci ludzie radzili sobie bez telefonów komórkowych? Skoro już jestem przy Nicku, a nie komentowałam rozdziału z nim, to tu coś o tym skrobnę. Robi się coraz niebezpieczniej. Te wszystkie mutacje. Co jedna to straszniejsza. Biedny Nick ledwo uszedł z życiem. Cieszę się, że jednak nie podzielił losu swojego chwilowego towarzysza podróży i jego koni. Wieśniaka mi nie szkoda, no, może tylko trochę, ale nie tak, jak Marion w rozdziale wcześniej. Mam nadzieję, że cały i zdrowy dojedzie do Chicago i zdąży się spotkać z chłopakami, zanim ci opuszczą miasto.
    Co do poprzedniego rozdziału, którego też nie skomentowałam (jestem okropna, wiem. Obiecuję poprawę, a i tak nic z tego mi nie wychodzi. Może uda mi się w końcu ogarnąć i zacząć komentować na bieżąco. Tu to jeszcze nic. Jak patrzę, jak bardzo zaniedbałam NB pod względem komentowania, aż mi wstyd. Wiedzcie jedno, czytam wszystko na bieżąco i każdy jeden rozdział genialny. Może kiedyś się ogarnę i skrobnę jakiś komentarz. Przepraszam ;_;) Will mnie zaskoczył swoim zachowaniem, w sensie że z zimną krwią zabił tamtego wąsacza. Zmienił się i to bardzo, zważając na to, jaki był z niego paniczyk na początku. Jeff też trochę się zmienił, ale nie widać tego po nim tak bardzo. Pozbyli się dwóch szczurów, ale nadal mają na ogonie Hibikiego, który nie odpuści, póki ich nie zabije. Nadal się martwię o Jeffa. Ten tekst o spisanym losie Rangera nie daje mi spokoju.
    To chyba tyle. Mam nadzieję, że nie zanudziłam moim przydługim komentarzem, że jest w miarę zrozumiały i że nic nie pokręciłam.
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział.
    Serdecznie pozdrawiam i życzę dużo czasu i weny

  6. Katka pisze:

    Kaczuch_A, ogólnie chyba przez to w jakich realiach żyją i ze ich życie jest zagrożone sprawia że mają dużo możliwości się o siebie troszczyć co też wzmacnia to uczucie. A zapewniam że jeszcze wiele takich sytuacji się znajdzie… Fajnie, ze rozdział się podobał mimo że taki… zdominowany sypialnią XD

  7. kaczuch_A pisze:

    Mówiłam, mówiłam panowie się zmieniają, dojrzewają i mężnieją. To mi się podoba, że bohaterowie Waszych opowiadań nie stoją w miejscu. W przypadku ATCL jest dużo przeżyć, czuć emocje i tak, tak miłość się rodzi :D I wg. mnie to uczucie między nimi będzie silne, bo każdy ma ogromną chęć chronienia tego drugiego. Powoli się od siebie w pewnym sensie uzależniają, a może już są uzależnieni. Rozdział bardzo mi się podobał, Jeff swoim zachowaniem i troską zapunktował i trzymam za nich kciuki i mocno kibicuję~!

    Weny drogie Panie~!

  8. Katka pisze:

    Kyna, wierzę, ze takie rozdziały będące odskocznia od ciągłej akcji są potrzebne od czasu do czasu więc cieszy mnie, że ten był wystarczający :) hehehe a Nicholas już w drodze więc duże prawdopodobieństwo ze się gdzieś tam spotkają. Chyba ze inną trasę wybiorą… no i fajna rozkmina z konikami. Ja też z jednej strony nie wiem czego tu się bać ale z drugiej, no konie jakby nie patrzeć sa… spore XD więc dużo krzywdy mogą zrobić, nawet jeśli nie chcą. Ale Will na szczescie już toleruje swoją krowę XD i spoczko, po ATCL postaramy się jeszcze o jakieś ambitne opowiadanie :)

    Illita, tak, mimo że to w Willu wyraźniej widać zmiany to jednak Jefferson bardzo się otworzył emocjonalnie. Nie jest już tak niedostępny. Ale nasz rację… sielanka nie może trwać wiecznie…

    Damiann, jak zwykle w takich sytuacjach nie jestem w stanie Ci nic innego odpowiedzieć poza to, ze zachęcam do poczytania od poczatku do końca. Tak na pewno będzie przyjemniej, no i wiele więcej będziesz rozumiał ;) ale haha jak kto woli, może w swoim czasie się skusisz :) zachęcam!

  9. damiannluntekurbus17 pisze:

    A ja wlasnie zaczalem czytam to opowiadanie od poczatku… To znaczy. Nie od poczatku. Czytam tylko te rozdzialy, ktore maja pociagajacy tytul xD Na dole ktos napisal o Nicku i Zwierzaku i tak postanowilem przeczytac, ale nadal nie wiem, o co chodzi. Mysle, ze za jakis czas sie ogarne i poczytam od samiuskiego poczatku, zeby nie byc z niczym w tyle, bo czuje sie jak idiota czytajac komentarze innych osob, ktore pisza o czyms o czym mam zielone pojecie.
    Czytalem o tym jak Will wyruchal nieprzytomnego Jeffa i moj swiatopoglad sie troche zmienil. Milos jest okrutna. To naprawde jak nekrofilia. Uprawiac seks z nieprzytomna osoba. Will sie zachowal nie w porzadku. No ale jak Jeff mu wybaczyl, to mysle, ze nie widze sensu zywic do niego jakiejs urazy ;p

  10. Illita pisze:

    Cudownie się patrzy na tę całą czułość jaka jest między nimi, to takie niepodobne do Jeffa żeby pytać „Jak się czujesz?” „Dobrze ci?”. Więc tak Jeff, zmieniłeś się! Oboje się bardzo zmienili, też pod kątem uczuciowości i tak miło się na to patrzy <3 Eh, chciałoby się żeby było tylko sielankowo, ale też coś czuję że pogrzeb nie będzie zbyt spokojny…

  11. Kyna pisze:

    Safira, jakie ukłucie? Chyba czegoś nie skojarzyłam…

    A teraz do rzeczy.
    Fajny rozdział. Jest taką odskocznią od tych pełnych akcji i stresujących :) A przez to wydaje się być taki krótki (ale wystarczający).
    Czekam z niecierpliwością na pana-pół-maszyna. Niech się śpieszy, bo młodzi niedługo odfrunął z miasta. Chociaż śmiesznie by było, jakby spotkali się w drodze :D Taki „niespodziewany” zbieg okoliczności xD

    Cieszę się, że Will polubił w końcu swojego konia… (to już zdarzyło się trochę wcześniej, ale teraz o tym napiszę) Serce mi się krajało jak czytałam o jego nastawieniu do tych pięknych zwierząt… Choć czasem było to po prostu zabawne. Jak można się ich bać? Przecież to one trzęsą (za przeroszeniem) zadkiem, jak tylko zobaczą coś nowego. Jak dziś pamiętam popłoch konia (na którym jeździłam), gdy trener wywiesił flagę. Toż to była masakra – ta chusta chciała zagryźć żywcem biedne zwierze! xD W każdym razie skutek był taki, że gdy wsiadałam na tańczącego konia, w miejscu gdzie chciałam usiąść… jego już nie było. Tak więc zaliczyłam popisową glebę :) Albo strach Bonusa(imię konia), gdy zobaczył rower – ach ta panika w oczach. Motylki – krwiożercze bestie, białe drągi – leżące gdzieś z boku… To tylko niektóre z powodów do ucieczki.
    Hmm… Może dlatego ludzie się boją koni? Dla niektórych są nieprzewidywalne. Ale gdy tylko się je pozna, można w porę zareagować i nagle wszyscy myślą, że koń taki ułożony, taki posłuszny… Will ma wielkie szczęście, że trafił na tą „krowę” xD
    Ale się rozpisałam…

    Więcej takich opowiadań! :3 (z końmi, z miłością, z podróżami, z zagadką – w tej kolejności)
    Pozdrawiam!

  12. Katka pisze:

    Jelis, właśnie chyba jedną z najfajniejszych rzeczy jest to porównanie, kiedy się patrzy na to jak było kiedyś i jakie mieli… suche kontakty, a teraz widać faktycznie to przywiązanie. Coś w tym jest uroczego. Byłoby smutno jakby skończyli tak jak Nick i Mav…. ale ogólnie bardzo nas cieszy ze ATCL osiagnelo taki moment ze jest tak przez Was lubiane :D

    O., i dobre wrażenie XD jak to czuć to cudownie, taaaki był plan.

    Safira, wszystko jest mozliwe… dum dum dum….

    Kasia G., przez to że Jefferson z natury jest oschlym facetem i mało uczuc okazuje to jak wychodzi z niego ta opiekuncza strona i jest taki kochany to się idzie rozplynać XD ale tak, głównie i niego zmiany widać widać podejściu do Willa. I rozbroilas mnie z tą krową XD

  13. Kasia G. pisze:

    Ależ ten Jeffuś opiekuńczy :) No po prostu miód malina. Bardzo mnie ujmuje to jak z czułością podchodzi do blizny Willa. I martwi się o niego… Ach chcę takiego Jeffa dla siebie ☺Will za to bardzo się zmienił, zmężniał no i potrafi jeździć na krowie ☺hehe. No właśnie a czy Jeff się zmienił? U niego nie są to takie wyraźne zmiany. Na pewno zmienił swój stosunek do Willa :) Dzięki dziewczyny, pozdrawiam ☺

  14. Jelis pisze:

    Dobrze, że się tym dzielą i Will nie został z tym wszystkim sam. I widać, że zależy im na sobie co jest cudowne kiedy przypomnę sobie początek ich znajomości. Mam tylko nadzieje, ze nie skończą jak Nick i Zwierzak… W każdym razie jestem ciekawa jak zachowa się ojciec Willa na pogrzebie bo mam wrażenie, że coś się wydarzy. Mam mieszane uczucia po tym rozdziale ale zdecydowanie na plus. Już nie mogłam się doczekać kolejnego rozdziału, czytam je najchętniej z tych aktualnie pisanych^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s