Across The Cursed Lands III – 3 – Zemsta dla syna

Jeden dzień spędzony niemal w całości w mieście nie przyniósł Jeffersonowi i Williamowi żadnych sukcesów. Nie wpadli na trop tajemniczego Azjaty i jego towarzyszki, nie znaleźli też żadnej wskazówki, zaś służby miasta nie zrobiły nic w związku z napadem poza przyjęciem zgłoszenia i wzmocnienia patroli wokół posesji Castora Lockerbie. Młodzi towarzysze jednak nie zamierzali kolejnego dnia czekać na odstrzał w domu i znów wybrali się do miasta. Nie zmienił tego nawet planowany na jutrzejszy poranek pogrzeb Marion, którym zajmował się Castor. William nie chciał o tym rozmawiać, zaś ojciec jasno dał mu do zrozumienia, że nie potrzebuje przy tym jego pomocy. Lekarz więc postanowił jedynie przywdziać czerń i nie wchodzić Castorowi pod nogi. Wyglądał bardzo niecodziennie w tych kolorach. Jefferson zwykle widywał go w beżach czy brązach, więc teraz wydawał się specyficznie… dostojny. Jeśli można było tak to nazwać. Czarne, wąskie spodnie, wysokie buty z metalowym obcasem, które Ranger już znał. Ponadto jeszcze bardziej niż zwykle elegancka, czarna kamizelka i podobna, przedłużana marynarka, w której kieszonkę wsunięty był srebrny zegarek. Na głowie Williama spoczywało eleganckie nakrycie głowy, bardziej przypominający melonik niż kowbojskie kapelusze. Żeby tego było mało, pogoda wydawała się rozumieć stan panicza Lockerbie, bo niebo nad Chicago miało szarawy kolor, a gęste chmury mozolnie przesuwały się po nim i zwiastowały deszcz.
— Nie sprawdzaliśmy jeszcze dzielnicy wokół cmentarza na wschodzie miasta. Ostatnio, jak pamiętam, strawił ją pożar, więc nie wiem, jak teraz wygląda — William odezwał się, gdy przejechali konno mostem przez rzekę biegnącą środkiem miasta.
Nie marudził, że szukają napastników na Oficerze i Pigmencie. Uznał, że to rzeczywiście szybsza i bardziej… mobilna forma transportu, gdyby musieli nagle uciekać. Do tego Jefferson nalegał, żeby je ze sobą zabrać. I kiedy ujął to tak, że zwierzęta będą z nimi bezpieczniejsze, niż zostawione w posiadłości, trudno było się z tym spierać.
— To tam się udamy. I będziemy liczyć, że nadal jest tam cmentarz, a nie na czyichś grobach postawili jakąś fabrykę — fuknął Jefferson i znowu obejrzał się na lekarza. Był to tak niestosowny moment, żeby William mu się podobał w tych ciemnych ubraniach, że aż sam karcił się w myślach.
— Niestety jest to bardzo prawdopodobne, skoro najwięcej fabryk stanęło w regionie strawionym przez pożar. Ciekaw jestem, czy biblioteka, w której straciłem oko, wciąż stoi… — William zadumał się nieco, ale wciąż nie był na tyle dobrym jeźdźcem, by potrafić myśleć o niebieskich migdałach, a nie skupiać się na utrzymaniu w siodle. Ściskał więc mocno lejce, choć już nie ciągnął za nie Pigmenta, jak nauczył go Jefferson. Koń i tak szedł za swoim czarnym towarzyszem, samemu się go pilnując, jakby to on zamiast jeźdźcy myślał o niebieskich migdałach.
— Możemy sprawdzić. I tak nie ma co na tę chwilę być w rezydencji. A te fabryki wywołują u mnie ciągły ból głowy. I na cmentarzu… Popierdoleńcy.
— Dobrze, to pojedźmy tędy. — Lekarz szarpnął lekko lejce i skręcił w uliczkę, którą dobrze znał. A przynajmniej wydawało mu się, że dobrze znał, bo niegdyś jeździł nią do biblioteki i znał każdy jej szczegół. Obecnie była pełna wszystkiego, co nowe. Sklepików z narzędziami, aptek, nowych latarni, ozdób i elewacji w ciemnej oprawie. Zresztą nie tylko otoczenie wyglądało inaczej. Ludzie, którzy tu mieszkali, musieli być z wyższej klasy. Bardziej ubiorem przypominali teraz Williama niż Jeffersona.
— Wiele się zmieniło? — Ranger zaciekawił się, bo w sumie niewiele wiedział o tym, jak kiedyś to miejsce wyglądało. Jak dla niego, nie przypominało czegoś, gdzie niedaleko mógłby być cmentarz, ale wolał nie dopytywać za wiele. Obawiał się odpowiedzi, że właśnie mijają jego teren, a on widział jedynie wystawę z elegancką biżuterią.
— Prawie nie poznaję tego miejsca — odpowiedział William, zwykle skupiony na ciele swojego towarzysza, a teraz przesuwający wzrokiem po wszystkim, co ich otaczało. Specyficzne dla jego uszu po takiej podróży było nawet uderzanie końskich kopyt o twarde, kamienne uliczki, nie zaś o zwyczajnie wydeptaną ziemię. — Kiedyś myślałem, że to, co teraz tu widzimy, czeka dalekie mi pokolenia i nawet tego nie dożyję. A sam zobacz… Wszystko jest takie nowe… takie mechaniczne.
Mężczyzna jadący na czarnym koniu skrzywił się brzydko.
— Niestety. Nie mogę jakoś na to patrzeć, jak coś, co kiedyś wykonywał człowiek i robił to dobrze, teraz partaczy maszyna.
— Niekiedy maszyna robi coś lepiej niż człowiek — odpowiedział William i znów pokierował ich w inną uliczkę. Jechał trochę na pamięć, ale cały czas nie był pewien, czy dobrze prowadzi. — Tu kiedyś były budki z gazetami… Odczuję to jako osobistą porażkę, gdy w mieście okażę się złym przewodnikiem. Jadąc do Chicago, spodziewałem się, że odwdzięczę ci się za twoje przewodzenie w dziczy. — Westchnął cicho do siebie i obejrzał się. Robił to non stop, bo byli przecież nie na wycieczce po mieście, a na zwiadach.
— Ale miasto spłonęło. Jest inne, wystarczy, że nie zabłądzimy i możesz uznać to jako sukces. Więcej po tobie nie oczekuję — odparł Jefferson, nie myśląc, jak to, co powiedział, mogło brzmieć. Cały czas prowadził Oficera jedną dłonią, drugą trzymając na kolbie rewolweru.
William znów westchnął i pomacał się po boku, gdzie pod tą schludną marynarką miał swojego Colta.
— Jak twoja kostka? — zapytał, by zmienić temat, bo jakoś od śmierci matki nie widział w niczym niczego pozytywnego i nawet już nie był pewien, czy taki rozwój Chicago mu się podoba. Nagle zapragnął, by wszystko było tak, jak kiedyś, gdy Chicago było zwyczajnym miastem, a Marion Lockerbie jeszcze żyła.
— Lepiej, ale nie zeskakiwałbym na nią bez potrzeby. — Jefferson sam z trudem znajdował pozytywy. Nie mówił jednak nic negatywnie czy w wisielczym nastroju, bo tego było już nadmiar. — Nie planujesz jakichś zakupów, nim wyjedziemy? Bo kiedyś będziemy musieli, to pewne.
— Wiem… Powinniśmy się wyposażyć w duży zapas amunicji… — William mruknął ponuro i gdy tylko wyszli za róg dużego banku, zatrzymał Pigmenta i ściągnął brwi. — Tu była brama na cmentarz — powiedział rzeczowo, gdy ujrzeli ogrodzone miejsce na budowę.
Jego towarzysz zaklął szpetnie. William znał go na tyle długo, że nie bolało to jego uszu, ale sam nie powtórzyłby pewnie tych słów.
— To właśnie jest pieprzony upadek człowieczeństwa — skomentował Ranger i skręcił, żeby obejść budynek.
Dokładnie w tym momencie coś przykuło jego wzrok. William tego nie zauważył, bo wpatrzony był w ogrodzenie placu budowy, jednak Jefferson dostrzegł kątem oka, że nie tylko oni wykonali ten podejrzany manewr. Nie tylko oni zatrzymali się przed niegdysiejszym cmentarzem i nie ruszyli dalej tą samą drogą. Miał wrażenie, że skądś kojarzy twarze dwójki konnych, na których może nie zwróciłby takiej uwagi, gdyby ci nie wyglądali bardziej jak typowi południowcy niż obywatele tak rozwiniętego miasta jak obecne Chicago. Nie pasowali mu do tła i wydawali się jakby znajomi.
— William?
— Tak? — Lekarz zerknął na niego krótko, już zjeżdżając z Pigmentem na bok, zaraz za Oficerem, gdy na ich drodze pojawił się automobil, specyficznie piszczący przez upioryt.
— Zastanawiam się, czy skądś znamy takich dwóch, co tam stoją i też obserwują budowę. Ale nie patrz na nich od razu, bo nie jestem ich pewien.
Jego towarzysz napiął się i mocniej ścisnął lejce. Pigment na szczęście tego nie poczuł i szedł dalej swoim flegmatycznym krokiem. Jego jeździec za to po kilku kolejnych krokach wykręcił się odrobinę, jakby sprawdzając, czy przy strzemieniu wszystko jest w porządku i zerknął spod ronda kapelusza na dwójkę mężczyzn, którzy jechali kilkanaście metrów za nimi. Momentalnie poczuł, że serce mocniej zabiło mu w piersi.
Powoli się wyprostował, przez chwilę nic nie mówił, aż szepnął głośno do Rangera:
— Czy to nie ci mężczyźni, którzy… byli kiedyś w barze? — zapytał mało precyzyjnie.
— W jakim barze? — Jefferson od razu nie zrozumiał. — W tym, gdzie był ten twój kutas? — spytał, mając na myśli bar, który znajdował się na tyłach krawca, gdzie poznał mężczyznę, z którym swego czasu spotykał się William. I z którym się nie polubił.
— Mój kutas, Jeff, jest w moich spodniach — lekarz odpowiedział swoim bardziej typowym, chłodnym tonem. — Ale tak, mówię o krawcu, gdzie wpadliśmy na mojego dawnego znajomego. Wydaje mi się, że siedzieli kilka stolików dalej. Mocno się wyróżniali — dodał już bardziej półgłosem i jakby nigdy nic, skręcił z Jeffersonem w drogę wiodącą do dawnej biblioteki. — Myślisz, że są powiązani z… tamtym Azjatą?
— Zatrzymajmy się w którymś sklepie i sprawdźmy — zaproponował Ranger, mając nadzieję, że tak właśnie się przekonają, czy ci mężczyźni podróżują za nimi, czy tylko na nich trafili drugi raz w mieście. I czy nie są też jakimiś przejezdnymi, bo oni sami też mogli się wyróżniać.
— Dobrze. Chodźmy więc do apteki. Może będą tu mieli coś, co mnie interesuje — zaproponował lekarz, widząc szyld z dwiema skrzyżowanymi fiolkami nieopodal.
Przejechali dzielący ich do apteki odcinek, nie przyspieszając i nie zwalniając. Starali się zachowywać naturalnie, choć William miał wrażenie, że wszyscy wokół widzą, jaki jest spięty. Zeskoczyli z koni, a William przywiązał Pigmenta do belki. Lekko, jak poradził mu Jefferson, jakby mieli nagle szybko rzucić się do ucieczki, lub, przeciwnie, w pogoń. Aż czasami zaskakiwało go, jak wielu rzeczy nauczył się, odkąd zaczął pracować z Rangerem. Jakie rośliny są jadalne, jak jeździć na koniu, czy chociażby jak strzelać, czy przywiązać konia, żeby ten nie uciekł, ale samemu móc go szybko odwiązać.
— Bandaże? Czy masz jakiś pomysł, żeby coś do badań kupić?
— Nie, do badań niczego nie potrzebuję. Mama miała bardzo dobrze wyposażone laboratorium — William odpowiedział cicho i wszedł za Rangerem do apteki.
Wnętrze było pełne regałów ze słojami i pudełkami ze specyfikami. Było też mocno czuć wszelkie zioła i chemikalia i, co było bardzo zaskakujące, znajdowała się też skrzynka z upiorytem. Ponoć ta apteka miała na niego specjalną licencję, o którą było bardzo trudno. William więc w normalnej sytuacji byłby poruszony tym, do jakiego miejsca przyszło im trafić, jednak za bardzo myślał o tym, że tamta dwójka mężczyzn mogła właśnie opracowywać plan ich zabójstwa. Udawał więc, że przegląda regały, ale przy tym zerkał za szklaną witrynę.
— Są tam. Zatrzymali się przy kolejnym sklepie obok — mruknął Jefferson, kiedy stanął obok i oglądał gruby bandaż . — Myślisz, że się nada na nogę? Żeby bardziej ją usztywnić? — spytał, czując, że nie zostaną tutaj zaatakowani. Za dużo było tu specyfików i zbyt trudno byłoby być stuprocentowo skutecznym.
— Tak, możemy wziąć nawet dwie sztuki, żeby były na zmianę — odpowiedział William, zabierając od towarzysza bandaż, by lepiej mu się przyjrzeć.
Aptekarz profesjonalnie się nie wcinał, widząc, że radzą sobie sami i jedynie sprawdzał zawartość jakiegoś kuferka, wyczytując coś na długiej, wąskiej kartce. William podejrzewał, że było to jakieś zamówienie. Jego matka niegdyś wysyłała służbę z taką listą, sama nie kłopocząc się do apteki. Potem jedynie sprawdzała, czy wszystko się zgadza.
Na myśl o matce William poczuł niespodziewany przypływ agresji. Nie mieli stu procent pewności, że tamta dwójka jest powiązana z ich napastnikami, a mimo to miał ochotę wyjść i zrobić im krzywdę. Nigdy wcześniej nie posądziłby się o takie zapędy, ale miał wrażenie, że ostatnie dni wszystko zmieniły.
— Kupimy i zobaczymy, czy za nami jadą, tak? — upewnił się, starając się skupić na twarzy… przystojnej i tak przyjaznej twarzy Jeffersona, nie na obliczach tamtych mężczyzn.
— Mhm. Najlepiej byłoby ich zatrzymać, ale jest ich dwóch. Najwyżej tylko jednego i liczyć na szczęście, że ten, który nie padnie od kulki, wie więcej — Jefferson mruknął trochę posępnie, bo wcale nie był pewien, czy zabijanie kogoś bez dowodów jest dobrym pomysłem.
— Myślę, że możemy podążyć do pewnej ślepej uliczki. Jeśli pójdą nią za nami, będziemy mieć pewność, że nas śledzą, bo na jej końcu jest jedynie mała kapliczka. O ile wciąż stoi — zasugerował William, mając w głowie dawny plan tej części miasta. Przy okazji podążył z Jeffersonem do aptekarza, żeby zapłacić za bandaże.
— To dobry pomysł, byle byśmy nie zapędzili się w kozi róg. Właśnie, dasz radę poprowadzić Oficera za lejce? — spytał i czekał, aż towarzysz zapłaci.
— Oficera? — ten powtórzył z lekką trwogą w głosie, przy okazji przekazując kwotę do zapłaty aptekarzowi, który albo był niemy, albo uważał, że nie ma się co wcinać w ich rozmowę. Dotąd nie usłyszeli od niego nawet jednej sylaby. — Nie wiem, czy by mnie posłuchał.
Aptekarz chwilę pogrzebał w kasetce i oddał resztę klientowi, a jego towarzysz klepnął Williama w ramię.
— Posłucha. To tylko chwila, a może uda mi się ich zajść od tyłu.
— Dobrze. Mów mi tylko, co mam robić — poprosił William i podziękował uprzejmie aptekarzowi. Miał nadzieję, że będzie miał okazję tu wrócić przed wyjazdem, bo apteka była bardzo dobrze wyposażona, a fakt, że samemu można było obejrzeć asortyment, zachęcał jeszcze bardziej do kupowania, nawet tego, czego się nie znało.
Jefferson wyszedł pierwszy, pożegnawszy aptekarza.
— Na razie jedziemy za tobą, a jak będzie jakieś miejsce, żebym mógł się schować, to podam ci lejce. Zachowuj się swobodnie — mruknął, patrząc w jego stronę, ale William widział, że nie patrzy mu na twarz, a za nią.
Lekarz tylko skinął głową i podszedł do Pigmenta, którego już się nie bał, od kiedy poznał jego osobowość. Koń był taka apatyczny, jak nic, co William dotychczas poznał, więc jedynie obawiał się go, gdy na nim siedział.
Schował w jukach zakupione bandaże i już za drugim podejściem udało mu się wskoczyć na siodło. Sapnął cicho, poprawił kapelusz i bez słowa podążył dalej, prowadząc w stronę ślepej uliczki. Nie oglądał się za siebie, by nie wzbudzać podejrzeń. Nie wiedział więc, czy tamta dwójka wciąż za nimi jedzie. Jefferson jednak kontrolował sytuację. Znał więcej sztuczek niż jego towarzysz i teraz mógł z pewnością powiedzieć, że byli śledzeni. Że też nie mogli się od tego uwolnić… Sami znowu byli celem, zamiast na ten cel, w założeniu, zapolować. Wkurzało go to niemiłosiernie, ale trzymał się bardzo blisko Williama.
Im dalej jechali, tym mniejsze tłumy mijali. Mieszkańcy musieli wiedzieć, że jazda tą drogą kończy się na kapliczce, więc nigdzie nią nie dotrą. Było jeszcze po drodze kilka mniejszych sklepików z warzywami, gazetami i kilka słupów informujących o planach budowy czy zmianach w rozkładzie pociągów, ale w końcu oczom Jeffersona i Williama ukazał się drewniano-kamienny budynek z wieżą wyposażoną w duży dzwon. Po bokach drogi stało kilka domków mieszkalnych, ale już nie tak wysokich jak te nowsze, postawione na zgliszczach po pożarze. Dzięki temu ponad dachami dało się dostrzec wielkie fabryki, pracujące mozolnie koła zębate i kominy wypuszczające dym. Przez to dwójka towarzyszy miała wrażenie znalezienia się w jakiejś maleńkiej wiosce obrośniętej z każdej strony zmechanizowaną cywilizacją. Wrażenie to było przytłaczające. Tak jak przytłaczające są wysokie ściany wąwozu, na których mogą wisieć korbary gotowe sfrunąć ze świstem podobnym do wycia, jaki towarzyszył spalaniu upiorytu i zakończyć życie. Tak jak wybuch jakiejś fabryki mógł zakończyć życie tego miasta. Mieszkali na tykającej bombie, po której chodzili i którą sami rozwijali.
— Już mam dość tego miasta… — Jefferson wymamrotał, odrobinę zwalniając i unosząc głowę, jakby podziwiał spod ronda kapelusza wysokie kominy, a wzrokiem w rzeczywistości wodził po budynkach, szukając miejsca do kryjówki. Pomiędzy domkami było trochę przestrzeni na sznurki do prania czy kosze, więc mieli możliwość ucieczki.
— Ja sam nie wiem… Wszystko wydaje mi się mniej fascynujące, niż gdy tu przyjechaliśmy — przyznał ponuro William i dodał bardziej półgłosem: — Są za nami?
— Tak. A mi się to wszystko wydaje jakieś urojone. Jakbyśmy żyli na czymś, na czym nie powinniśmy — Jefferson kontynuował rozmowę, oglądając przez chwilę wysoki słup dymu unoszący się z grubego komina. Do obrazu brakowało już tylko martwych zwierząt, ptaków, na ulicach, bo błoto i ciągły nieznośny hałas już były.
— Mnie jedynie martwi to, że nikt z nas nie jest pewien, jak to, co budujemy i co teraz nas otacza, na nas wpływa. Zacząłem się nad tym bardziej zastanawiać, gdy przejechaliśmy przez te kopalnie pod Chicago. Widziałeś pracujące tam konie. Co, jeśli i człowiek będzie się zmieniał przez pracę tak blisko upiorytu?
— Będzie powszechna panika albo zabijanie noworodków — odparł Jefferson oschle, wiedząc, że jeśli już nie było miejsca na szacunek dla zmarłych, to nie będzie go też w momencie, kiedy zaczną się rodzić dzieci z mutacjami. Dziwiło go, że jeszcze nikt nie poruszył tego głębiej, że rząd nie spróbował podjąć jakichś kroków ograniczania pracy z upiorytem, czy budowania tych cholernych fabryk z dala od miast. Wszystko wydawało się takie nierozsądne…
Po kilku kolejnych metrach pokonanych na tej jednostronnej uliczce rozlegał się już tylko stukot kopyt czterech koni. Pigmenta, Oficera i dwójki rumaków śledzących ich mężczyzn. William przez to poczuł, że niemal każdy mięsień ma spięty, a rękę na wszelki wypadek trzymał zaraz przy swoich Colcie.
— Na razie spróbujmy nie dać się zabić tamtej dwójce… — mruknął cicho.
— Mhm — mruknął Jefferson i puścił oczko Williamowi, kiedy na prawo od nich pojawiło się nisko powieszone pranie i kilka beczek. To był ten moment, kiedy miał okazję zajść tych mężczyzn od tyłu, jeśli tylko lekarz poprowadzi jego konia, żeby jego zniknięcie nie było zbyt oczywiste.
Wjechali pod rząd podwieszonych, białych prześcieradeł. Jechali bardzo blisko siebie, więc William mógł niepozornie przejąć od swojego towarzysza lejce. Sama bliskość Oficera sprawiała, że był spięty, ale teraz bardziej bał się śledzących ich mężczyzn niż tego końskiego demona. Z determinacją podążał więc dalej, a Jefferson mógł niepostrzeżenie zeskoczyć ze swojego ogiera i ukryć się za beczkami. William za go podążył dalej, wiedząc, że teraz prawdopodobnie ich ogon posługuje się bardziej słuchem i idzie jego śladem, wciąż słysząc stukot kopyt dwóch wierzchowców.
Ich plan miał zarówno plus w postaci możliwości otoczenia śledzących ich mężczyzn, ale jednocześnie sami właśnie zapędzali się w ślepy zaułek. William, nim spotkał Jeffersona Blacka, nie przypuszczał, że jego życie będzie kiedykolwiek aż tak na krawędzi. Z drugiej strony był teraz tak zdeterminowany odwetem za mord matki, że nie bał się tak, jak może powinien. Szedł dalej, słysząc, że mężczyźni są za jego plecami. Aż w końcu i przed nim samym uliczka się skończyła, więc powoli doprowadził do jej końca Pigmenta i Oficera i zatrzymał się.
— Panie Lockerbie… — usłyszał za swoimi plecami spokojny ton, który szybko się zmienił. — Gdzie pana towarzysz? — jeden z mężczyzn spytał, zatrzymując się, jak i jego kompan, zaraz za lekarzem.
William pociągnął uzdę Pigmenta, żeby koń odwrócił się bokiem. Spojrzał chłodno na dwóch wąsatych południowców.
— Nie tam, gdzie się go spodziewasz.
— Ręce do góry, panowie — wszyscy usłyszeli słowa Rangera, tak samo jak pstryknięcie odbezpieczonych rewolwerów.
Jefferson znajdował się tuż za śledzącymi ich mężczyznami i już nie miał wątpliwości, że ci ich znają. Jeden z nich nawet pociągnął za uzdę konia i sięgnął prawą dłonią do rewolweru, ale nie zdążył wymierzyć, nim Ranger pociągnął za spust i trafił go prosto w oko. Krew trysnęła, ciało się zachwiało, aż upadło z łoskotem na wilgotną ziemię.
William zacisnął mocno szczęki, drgnął, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nie był pewien, czy Ranger naumyślnie nie strzelił właśnie w to miejsce, ale spostrzegł, że… widok padającego od strzału mężczyzny bardziej go uspokoił, niż zaniepokoił. Sam również sięgnął do swojego drobnego Colta i wymierzył w wąsacza stojącego pomiędzy nimi.
— Spokojnie! — krzyknął mężczyzna w potrzasku, unosząc obie ręce i patrząc to na jednego, to na drugiego towarzysza. Przy tym jakby unikał zerkania na swojego martwego kompana. Jego wargi drżały widocznie mimo wąsów, zaś postawa stała się zdecydowanie bardziej napięta. Z jakiegoś powodu William był pewien, że zobaczyłby jego drżące nogi, gdyby ten nie siedział właśnie w wysłużonym siodle.
— To, kurwa, nie próbuj kozaczyć jak twój kompan. Nie sięgamy po broń, kiedy cały dzień kogoś śledzimy — wysyczał Jefferson. I nadal mierząc do niego, skinął na niego jednym rewolwerem. — Zsiadaj z konia. Ręce na widoku.
Nie umknęło jego uwadze, że mężczyzna zerknął szybko na boki i do góry, jakby oceniał swoje możliwości ucieczki. Musiał jednak spostrzec, że został zaciągnięty w kozi róg. Od prawej miał ścianę. Od lewej miał ścianę. Nad sobą wiszące pranie, a po obu kolejnych stronach dwóch mężczyzn z bronią w ręku.
Zaklął bezgłośnie i zsunął się po siodle, trzymając ręce w górze.
— Ja nic nie wiem. Jesteśmy tylko… jestem tylko pomocnikiem — burknął.
— To nie mamy co z tobą rozmawiać? Możemy od razu ci posłać kulkę? — prychnął Jefferson i mierząc w jego czoło, podszedł do niego i zabrał mu oba rewolwery. Kiedy je wyjmował, dotykał lufą jego czoła. — Po co nas śledziliście?
W czasie przeszukania William też zszedł z konia, pociągnął oba za uzdę i doszedł do Jeffersona. Wąsaty mężczyzna obejrzał się na niego i przemielił w ustach kolejne przekleństwo. W nim jednak obaj zasłyszeli jakieś Azjatyckie imię na literę H, poprzedzone nieprzyjemnym epitetem.
— A po co się śledzi, do kurwy, ludzi? Żeby wiedzieć, gdzie idą i co robią — sarknął na Rangera. Zwłoki u jego stóp musiały go trwożyć i zapewniać, że z tą dwójką nie ma żartów. Widać to było po kropelkach potu na jego skroniach i szybszym oddechu.
— To inaczej, mądralo zawszony. — Jefferson stuknął go rewolwerem w czoło, ale zaraz też trochę się odsunął, żeby ten nie był za blisko, tak na wszelki wypadek. — Po co wam wiedza, gdzie jesteśmy i kto kazał wam nas śledzić? Jak nazywają się ten Azjata i dziewczyna?
— Powiem ci, to obaj mnie zestrzelą. Czy ty, czy oni. Co mam mieć z tego, że dam wam jakieś informacje? — wąsacz odpowiedział ostro i na koniec splunął pod nogi Rangera. A potem jęknął.
William, który bardzo dobrze znał się na anatomii i wiedział, gdzie boli najbardziej, zamachnął się i uderzył w plecy mężczyzny trzonem swojego drobnego Colta. Wąsacz nie tylko jęknął, ale i upadł na jedno kolano.
— Imiona — William powtórzył twardo i sucho. A przy tym tak chłodno, że gdyby Jefferson go nie znał, wziąłby go za jakiegoś okrutnego prześladowcę pozbywającego się swoich ofiar w białych rękawiczkach. Albo czarnych, z racji jego dzisiejszego ubioru.
— Mów albo będzie boleć dłużej. A jak nas dobrze nakierujesz, to może przeżyjesz. To dobra opcja — Jefferson zachęcił mężczyznę, zerkając z zaciekawieniem na Williama. Był pod wrażeniem. Ale też bolało go to, co doprowadziło tego lekarza do takiego chłodu.
— Nie wiem, gdzie oni są. Azjata to, kurwa, Azjata. Hibiki… Jakoś, kurwa, tak. Pierdolone imiona. A ona… Nie mówi jej imienia, nie przedstawiali się. Pracują też dla kogoś, ale nie wiem dla kogo.
— Jak was rekrutowali? — zapytał William, trzymając teraz lufę przy potylicy mężczyzny, który chyba coraz bardziej zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji, bo głos drżał mu mocniej niż na początku.
— Mie… mieliśmy obaj zawisnąć. Dostaliśmy ofertę pracy… albo szubienicę. Każdy by wybrał śledzenie jakiejś pary na długiej trasie, niż śmierć przez pohybel!
— Z tym nawet nie będę dyskutować, ale to jeszcze mniej będzie mnie teraz boleć, żeby strzelić ci w łeb — mruknął Jefferson. — Też braliście udział w napad na posiadłość?
— A myślałeś, że tylko Azjata i jego suka zrobili takie spustoszenie? — fuknął wąsacz, a William skrzywił wargi i mocniej przycisnął lufę do głowy mężczyzny, aż wypychając ją w przód. — Hola, spokojnie! Odpowiadam na pytania.
— I cwaniakujesz — zauważył Ranger, nie powstrzymując Williama. — Nie żyje pani domu. Wiesz, że to w tych okolicznościach w chuj zła informacja? — Skrzywił się i popatrzył na wąsacza z politowaniem. — W najlepszym razie zawiśniesz. Kolejny raz.
— Nie żyje…? — mężczyzna powtórzył głupio i zrobił przy tym tak przekonującą minę, że William i Jefferson właściwie mogli uznać, że faktycznie nic nie wiedział. To jednak nie dawało dobrego wrażenia. Jeśli był odsuwany od sprawy, a jedynie wykonywał rozkazy, nie mógł im wiele przekazać. — Nie miałem z tym nic wspólnego! Mieliśmy tylko odwrócić uwagę służby, by oni mogli dostać się do niego! — dodał głośniej, wskazując głową za swoje plecy, na lekarza.
— Ale spierdoliliście sprawę. W ogóle, od początku był plan, że oni to załatwią? Coś mi się nie wydaje. I nie próbuj kłamać — Jefferson pytał dalej, na razie czując, że trup im by więcej powiedział.
— Mówię ci, że to Hibi-kutas się zajmuje planami i tylko dostajemy informacje, kiedy i gdzie mamy się poja…
Wąsacz nie skończył, bo naraz uwagę całej trójki odwrócił dziecięcy okrzyk. Jakiś mały chłopczyk wybiegł spomiędzy beczek, trzaskając za sobą drzwiami małego domku i śmiejąc się, a zaraz za nim, ponownie otwierając drzwi i znów nimi trzaskając, wybiegła równie głośno śmiejąca się, starsza dziewczynka w warkoczach. Cała trójka mężczyzn poderwała wzrok, a wąsacz upatrzył w tym swoją drogę ucieczki. Podniósł się z kolana, pchnął Jeffersona na najbliższe kartony i rzucił się biegiem uliczką pomiędzy wiszącym praniem i innymi tobołami. William nie strzelił za nim tylko dlatego, że mężczyzna pobiegł w tym samym kierunku co dzieci. Mógłby w nie trafić. Zamiast tego więc po prostu rzucił się za nim biegiem.
Widząc to, Jefferson także pobiegł za nimi. Sam puściłby już tego oprycha, bo nie był im na nic potrzebny, ale skoro William czuł potrzebę działania, nie mógł być gorszy.
Pranie bardzo im przeszkadzało. Ranger nie raz zwyzywał je w myślach, nim w końcu wybiegł za ostatnie koszule. Brodacz był szybszy od lekarza, ale niepotrzebnie co chwilę się oglądał. Jefferson widząc, że nie może teraz nigdzie skręcić, zatrzymał się, wymierzył i strzelił. Pocisk trafił tam, gdzie chciał, czyli w kolano zbiega. Problemem jednak było to, że teraz stanęli na szerszej, już bardziej uczęszczanej drodze. Rozległo się więc sporo krzyków, w tym dziecięcych, a przechodnie nie wiedzieli, czy czekać i oglądać wydarzenie, czy uciekać. Wąsacz upadł tuż pod ganek pralni, zaś William doszedł do niego pospiesznym krokiem, pochylił się i oddychając płytko, przycisnął lufę do jego czoła. Wpatrzył się chłodno w twarz mężczyzny, czując wewnętrznie, że naprawdę pragnie go zastrzelić.
Jefferson nie zwlekał. Podbiegł do nich i widząc spojrzenia, które są na nich skierowane, sięgnął pod kamizelkę w poszukiwaniu odznaki. Tak rzadko ją wyjmował, że aż poczuł się dziwnie, kiedy zasłaniał się nią teraz, pokazując mieszkańcom jej blask.
— Wszystko w porządku! To zbieg, poszukiwany listem gończym! Nie ma nic do oglądania! — zawołał do gapiów, mając nadzieję, że William teraz nie dokona trepanacji czaszki kulą z rewolweru. Nie był jednak tego taki pewien, bo dotąd chyba nie widział takiego wyrazu twarzy na jego obliczu.
Na szczęście ludzie uspokoili się na widok odznaki, zupełnie jakby sam Chrystus zszedł z niebios i powiedział, że wszystko w porządku, że to właśnie diabelski pomiot zostaje ukarany przez zastępy aniołów. Jedna z kobiet nawet przeżegnała się i pociągnęła za rękę małą dziewczynkę.
— William? — spytał Jefferson, kiedy przypiął odznakę z przodu, na piersi i miał nadzieję, że zamiast odpowiedzi nie usłyszy huku wystrzału.
Lekarz zerknął na niego krótko, ale nie cofnął broni.
— Chcesz go zabrać do aresztu czy rezydencji? Ojciec go zabije na miejscu.
— Prawo każe mi zabrać go do aresztu — odparł Jefferson, jakby to nie znaczyło, że on sam planuje go tam zabrać. — Z aresztu mogą go wyciągnąć, ale nie wieżę psu, że nic więcej nie wie. Twój ojciec więc też nie jest dobrym wyjściem.
— Może zabierzmy go do laboratorium. Ojciec tam nie bywa, odkąd mama… — William urwał i odetchnął cicho. — Przesłuchamy go tam.
— Są tam też narzędzia. Będzie śpiewał. — Jefferson pochylił się do rannego. Chwycił go za ramię i pociągnął, żeby wstał. Wąsacz od razu zawył z bólu, a noga się pod nim ugięła. — Pizda — skomentował Ranger i pociągnął go do koni.
William ruszył za nim, schowawszy swoją broń. Na szczęście konie były na miejscu, a oni wreszcie mieli jakiś sukces w tym drobnym wypadzie na zwiady w mieście. Nie spodziewał się, że tak szybko się to uda, ale był zadowolony, że uszczuplili zastępy Smitha o dwóch ludzi.
Nieboszczyka zabrali na jego rumaku. I zarówno krwawiącego wąsacza, jak i tego bez ducha poprowadzili w stronę posesji. William jechał przodem, prowadząc konie tych, którzy na nich polowali, a Jefferson pilnował tyłów. Miał więcej nadziei niż jeszcze rankiem.
Problem jednak powstał, gdy dojechali do posesji. Służba cały czas była w pełnej gotowości i stała na straży, zaś Castor, mimo że zajmował się przygotowaniami do pogrzebu, na pewno nie byłby zadowolony, że bez jego wiedzy przyprowadzają do domu jednego ze sprawców napadu. William był pewien, że sam chciałby się na nim zemścić, ale oni potrzebowali informacji. Wiedział, że to tamten Azjata dokonał mordu na Marion i to on powinien ponieść śmierć z rąk jej rodziny. W swojej chęci zemsty pamiętał jednak też o tym, że cała sprawa, nad którą pracuje TABiW, jest tutaj kluczowa i to o Johnie Smith i jego poplecznikach mieli się dowiedzieć, nie zaś kierować egoistycznymi pobudkami. Tylko dlatego nie strzelił do tego wąsacza.
— Nie wiem, wobec kogo będą lojalni — William zwrócił się do Jeffersona, gdy zatrzymali się przed posesją i myśleli, jak dostać się do laboratorium. — Pewnie powiadomią ojca, ale może będziemy mieć kilka godzin. Miał wyjechać do miasta, by kupić kwiaty na grób.
— Czyli tak czy inaczej się dowie — mruknął Ranger, bo nie podobało mu się to. Więzień, który wie, że i tak zginie, nie był łatwy w przesłuchiwaniu. — Ale może pomów z nimi, odwróć ich uwagę, ja sprowadzę go na dół — zaproponował, nie mając teraz innego wyjścia.
— Dobrze — William zgodził się, również nie mogąc teraz wymyśleć nic innego. Spiął więc boki Pigmenta i podążył przez bramę w stronę posesji.
Tak jak się spodziewał, na balkoniku siedział jeden z służących, wyposażony w długą strzelbę. Gdzieś za załomem rezydencji właśnie znikał chodzący tam i z powrotem mężczyzna na patrolu, a w oknach co raz pojawiały się czyjeś twarze.
Jefferson został trochę w tyle. Starał się wyglądać naturalnie, żeby służba nie myślała, że właśnie wiozą więźnia, a ktoś z nimi przyjechał. Małe były na to szanse, ale mogli chociaż opóźnić podenerwowanie.
Po przejechaniu ogrodu, William zatrzymał się przed wejściem i skinął na chłopaka ze strzelbą na balkonie. Wiedział, że ten niemalże adorował jego ojca, więc zależało mu, by nie widział, jak Jefferson niepostrzeżenie przyjeżdża z jeńcem. Jeszcze byłby gotów pognać do miasta, by powiadomić o tym Castora.
— Firo! Mam dla ciebie zadanie! — zawołał i wyciągnął z juków Pigmenta bandaże. Zaś do lokaja, który przyszedł go powitać, dodał: — Niech kilku ludzi spakuje lekarstwa i narzędzia matki. Będziemy z panem Blackiem wyjeżdżać niebawem z miasta. Chcę, żeby wszystko było gotowe, gdyby nastała nagle taka potrzeba. Zaangażuj w to więcej niż jedną służącą. Nie chcę ociągania.
— Tak jest, paniczu — lokaj nie miał żadnych słów przeciwko wykonaniu tego polecenia. Chłopak ze strzelbą jednak podszedł mało skupiony do młodego pana, bo patrzył jeszcze gdzieś w dal, gdzie Jefferson powoli zbliżał się do domostwa.
— Ja? Co mam zrobić? — spytał.
— Pójdziesz ze mną do mojego pokoju, gdzie napiszę ci listę zakupów — William odpowiedział do młodzieńca, chcąc póki co trzymać go blisko siebie, by dać Jeffersonowi czas. Przy tym przekazał lejce Pigmenta lokajowi i sam skierował się do wejścia do rezydencji, oczekując, że młodziak podąży za nim. Wciąż pamiętał go z czasów sprzed pożaru, gdy ten miał może trzynaście lat i był jedynie pomocnikiem stajennego na ich posesji. Teraz był jakby młodym synem jego ojca, którego ten nie doceniał tak, jak i jego. Ale Firo nie zrażał się tym i ślepo podążał za Castorem Lockerbie. William tego nie rozumiał, ale nie był pewien, czy chce.
— Dobrze, a kto ma teraz pilnować domu? — spytał Firo, podążając jednak za lekarzem do drzwi.
— Zaraz ktoś cię zastąpi. Pan Black ustali warty. Możesz odłożyć tę strzelbę — William odpowiedział spokojnie do chłopaka dobre dziesięć, czy jedenaście lat młodszego. Podążył dalej, uderzając metalowymi obcasami o deski schodków. — Jak idą przygotowania do pogrzebu? — dopytał, by odwrócić uwagę chłopaka od stawiania wart.
Ten jeszcze obejrzał się na wspomnianego mężczyznę, który właśnie zatrzymywał się na ganku i znikał mu z zasięgu wzroku. Odpowiedział młodemu paniczowi, wierząc jednak w umiejętności Rangera. Rozmawiał z nim chwilę, widział, jak strzela, jak jeździ konno. Jedyne co go zatrzymywało, to że nie chciał zawieść pana domu. Dostał jednak rozkaz, więc musiał wiernie podążać za paniczem, który poprowadził go aż do sypialni i zamknął za nim drzwi. Na kluczyk. Potem podszedł do szufladki w drobnej szafce przy łóżku i wyciągnął świstek papieru.
— Usiądź — zachęcił, wskazując stoliczek i krzesełko, tuż przy regale z medycznymi książkami, które swego czasu służyły mu do nauki medycyny, gdy wciąż zdobywał wiedzę. — To może chwilę potrwać.
— Mam nadzieję, że nie za długo. Panicza ojciec kazał mi tam być. Nie chcę go rozczarować. — Chłopak przysiadł na wskazanym miejscu.
Najpewniej spełnianie rozkazów Castora sprawiało mu większą satysfakcję. To Williama w tym momencie nie obchodziło. Musieli mieć czas wyciągnąć z jeńca jak najwięcej, a Castor na pewno by im to utrudnił. Sam więc usiadł przy szafce nocnej i zaczął pisać. Powoli, mozolnie i bardzo szczegółowo. Przy tym analizował, czy taki czas wystarczyłby Jeffersonowi na dostanie się do laboratorium. A kiedy skończył, musiał mieć nadzieję, że tak. Bo on już wypisał chyba wszystko, co tylko mógł, a Firo mocno się niecierpliwił.
Wstał i podał listę zakupów młodemu pracownikowi ojca, którego nos wyglądał jak zakrzywiony w górę rogalik.
— Proszę. Kup mi to wszystko w mieście jeszcze dziś. Na twojej warcie stanie ktoś inny, a ty zajmij się tym, o co cię proszę — mówił, już wychodząc z chłopakiem z sypialni. I nagle zastygł, gdy usłyszał głos ojca na dole rezydencji. Był na tyle donośny i głęboki, że nie mógł go pomylić z każdym innym. Zaklął w duchu i wcisnął do rąk Firo kilka banknotów. — Idź — dodał pozornie spokojnie, sam zaś skręcił w innym kierunku niż zamierzał, żeby schodami dla służby zbiec do laboratorium.
Jeffersona znalazł bez problemu. Był tam, gdzie się go spodziewał, i właśnie kończył wiązać do krzesła bladego i wiotkiego od rany postrzałowej południowca. Martwy towarzysz leżał na stole niczym, jakby tylko czekał na sekcję.
— Jesteś. Udało się? — spytał Jefferson, gdy tylko go zobaczył.
— Niestety mamy problem — powiedział William, szybko zamykając za sobą drzwi i przekręcając zamek. — Ojciec wrócił. Nie wiem, kiedy ktoś mu powie, że przyszliśmy z jeńcem, ale lepiej się spieszyć — dodał poważnie, już podchodząc do Rangera i po drodze zdejmując z głowy kapelusz.
— Kurwa, a nie miał być w mieście? — Jefferson skrzywił się i zaraz spojrzał na mdlejącego mężczyznę. — Ej! — Kopnął go w kostkę. — Ocknij się! Jak chcesz mieć szanse stąd wyjść, to musisz gadać szybko.
Wąsacz spojrzał po nich ze strachem i potem na twarzy. Spróbował się szarpnąć, ale był zbyt dobrze związany, żeby się wyrwać. Jego panika osiągnęła jeszcze wyższy poziom, gdy spostrzegł, gdzie się znajduje. Na ścianach laboratorium wisiały regały z narzędziami, nie tylko takimi jak igły, ale też nożyki, skalpele i piłki do amputacji. Wszędzie było też sporo dziwnych substancji, a ponadto na pewno mężczyzna nie spodziewał się, że na jednej szafce zobaczy słój z… sercem.
Krzyknął głośno, a William obejrzał się szybko na drzwi, jakby już od tego krzyku Castor miał się w nich zjawić.
— Gadać, a nie krzyczeć — zwrócił się ostro do mężczyzny i podszedł do jednej z półek, by chociażby przestraszyć mężczyznę skalpelem w dłoni. — Powiedz nam, kto was zatrudnił i gdzie to było.
— Ja pierdolę, ja nic nie wiem! Nie dam se wyciąć serca! Lepiej mnie zastrzelcie, nie dam sobie wyciąć serca! Jest moje! — Wąsacz panikował i mimo bladości na twarzy, nadal szarpał się dzielnie w swoich więzach.
— Nikt ci go nie wytnie. Póki żyjesz — Jefferson dodał mimochodem. — Jeśli nam powiesz, co chcemy wiedzieć. Zapewniam cię, wolisz kulkę, niż żeby mąż zmarłej cię skatował, więc się spiesz.
— Zabierzcie mnie stąd!
— Gdzie i kto cię rekrutował? — William powtórzył pytanie ostro i pozornie spokojnie, chociaż cały czas nasłuchiwał, czy ktoś nie nadchodzi.
Skrępowany wąsacz jęknął, już mocno trzęsąc się ze strachu.
— Fa… facet z blizną na szyi. Miał długie włosy, nie przedstawił się! Zabrał nas z aresztu w Tennessee!
— Kiedy?
— Ko… końcem lipca.
Lekarz spojrzał szybko na Rangera, czując teraz bardziej niż wcześniej, że byli naprawdę blisko Smitha i ten zwiał im sprzed nosa.
— Byliśmy niedługo potem w Nashville.
— Jechaliśmy… też przez, o Boże, tamtędy — przesłuchiwany drżał jak osika i nie wyglądał na łotra w swoim obecnym położeniu.
— Po co ten facet z blizną was potrzebował? Ilu jeszcze miał ze sobą ludzi? Kogoś pamiętasz? — Jefferson spytał i także nasłuchiwał, trzymając broń w pogotowiu.
— Nie… Nie, był sam, przysięgam! Przysięgam! — krzyknął głośniej z panicznym płaczem, który irytował napiętego Williama. Powinni byli go wziąć do piwnicy, bo był koszmarnie głośny.
— Wierzymy, ale to dla nas za mało informacji. Powiedz wszystko, co wiesz.
— Jezu, ja nic nie wiem! Myśmy tylko raz zasłyszeli, że pytał o konia, którym najszybciej dotrze na wybrzeże!
— Wybrzeże? — powtórzył William, zerkając szybko na Jeffersona, a w tym samym momencie w drzwi coś załomotało. Mocno i zdecydowanie.
— Will?! — dobiegł ich niski, wściekły głos Castora Lockerbie, po którym rozległo się ponowne łomotanie. — Jesteś tam z tą szują? Z tym sukinkotem?! Otwieraj!
Jefferson spojrzał na wąsacza.
— Jeszcze coś i skończy się to tylko kulką — zwrócił się do niego, wiedząc, że i ten domyśla się, jak będzie wyglądał jego los, gdy mężczyzna za drzwiami dostanie się do niego. Tym bardziej, że wejście drżało od kolejnych ciosów pięścią.
— Otwieraj! Obedrę sukinkota ze skóry i pogrzebię żywcem! — darł się Castor, już nie jak cywilizowany człowiek, a głodna krwi bestia.
William aż się cofnął od krzesła z uwiązanym mężczyzną i patrzył to na niego, to na drzwi. Wąsacz za to już był całkiem zasmarkany i zapłakany, niczym trzyletnie dziecko, które uderzyło się w kolano.
— Nic nie wiem! Jechał na wybrzeże no, do stolicy chyba! Nie wiem, kurwa, nie wiem, mówił tylko, że musi dobrego konia, że odeśle nawiązkę z Waszyngtonu, ale ja nie wiem, czy on tam prosto i nie wiem, z kim się zna i my tylko chcieliśmy dorobić i przeżyć!
— I tak mieliście zawisnąć na stryczku — Jefferson mruknął na tyle cicho, że walenie w drzwi prawie go zagłuszyło.
Wyciągnął rewolwer z kabury, odbezpieczył i… zatrzymał się. Spojrzał na Williama i odwrócił broń rękojeścią w jego stronę, kiedy wyciągnął ją do niego.
Lekarz zastygł, wąsacz na krześle też. Drzwi jednak wciąż chwiały się w zawiasach, gdy Castor próbował dostać się do środka. Wnętrze laboratorium, w którym zginęła Marion Lockerbie, wydawało się jednak Williamowi teraz jakąś zupełnie inną czasoprzestrzenią. Jakby był samotnym jeźdźcem idącym wzdłuż wąwozu, niewidocznym dla podróżnych z jego szczytów. Nawet nie był pewien, czy oddychał, gdy podszedł do Jeffersona i wziął od niego broń.
— Will, otwieraj! Otwieraj, do diabła!
Stanął przed wąsaczem, który już modlił się o szybką śmierć i szeptał paciorki.
— Will…!
Drzwi znów załomotały, gdy lekarz wyciągnął przed siebie broń. Głośny trzask rozległ się po ich upadku na podłogę laboratorium, zaś Castor, który już miał wbiec dalej, zatrzymał się krok za progiem, kiedy tylko z broni trzymanej przez Williama wystrzelił pocisk i przewalił ciało wąsacza do tyłu.
Jefferson nie patrzył na zwłoki dłużej niż sekundę. Odwrócił się do Castora z chłodną miną i nic nie powiedział. Nie było co, syn dokonał zemsty, a dla ojca nie zostało nic. Ale on nie mógłby pozwolić na przesadny sadyzm, który na pewno Castor zafundowałby temu mężczyźnie.
Przez kilka długich sekund pomiędzy całą trójką panowała absolutna cisza. Po tym w korytarzu wiodącym do laboratorium znalazło się kilku mężczyzn ze służby, ale żaden z nich nic nie powiedział. Castor za to doskoczył do trupa na stole i potrząsnął nim, by zobaczyć, czy ten żyje. Nie żył i było to od razu widoczne po dziurze w oczodole.
— Wybacz, ojcze — mruknął William i obszedł osłupiałego rodzica, by pokierować się z powrotem na piętro. Colt Peacemaker w jego dłoni był teraz dla niego jak… jak jakaś proteza. Nie mógł go puścić i wciąż ściskał wręcz boleśnie dla swoich opuszek.
Jefferson nie ruszył za nim, uznając, że trzeba wynieść ciała albo chociaż przełożyć to na przewróconym krześle w poziom. Żeby okazać wąsaczowi minimalną dozę szacunku.
— Tak trzeba było. Dostali to, na co zasłużyli, nie mniej, nie więcej — mruknął, patrząc chłodno na nadal białego ze złości Castora.
— Oni ją zabili? — mężczyzna niemal przerwał mu na końcu zdanie i ściskał pięści równie mocno jak William ściskał rękojeść broni.
— Oni zaatakowali. Ten, który zabił, jest naszym kolejnym celem.
Castor wykrzywił usta i ominąwszy stół z nieboszczykiem, zbliżył się do Rangera. Najwyraźniej nie obchodziło go, że ten miał władzę, że miał prawo zrobić to, co zrobili, ani że go polubił, gdy przyjechał tu z jego wiecznie zawodzącym go synem. Wyciągnął rękę i stuknął go pięścią w tors.
— Moim celem — wycedził cicho, po czym zawrócił i wyszedł z pomieszczenia.
Ranger nie przejął się tym małym popisem siły. Wiedział, że mężczyzna jest raczej bezpieczny, bo nie on był celem Azjaty. A i wiedział, że nie znajdzie mordercy żony. Pozostawało mu mieć nadzieję, że Castorowi wyjdzie to na zdrowie. Nie tak jak tym dwóm południowcom wyszło współpracowanie ze Smithem.

23 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 3 – Zemsta dla syna

  1. TigramIngrow pisze:

    „towarzyszył spalaniu upirytu”
    ” nie wydał z siebie żadnego dźwięki. ”
    W końcu nauczyłam się kopiować tekst na komórce.
    Jestem taaaka dumna w Willa. Ta twardość, ten chłód…! Mój mężczyzna :3

  2. SilencedUnknown pisze:

    Właśnie przeczytała twoją odpowiedź Katka… a potem powtórzyłam sobie ten mój i aż mi wstyd, że napisałam „kontem”… C
    o jest najgorsze, nawet nie mogę usprawiedliwić tego późną godzina!
    Jest mi źle ze samą sobą… :p
    Także mała poprawka w stylu GG :

    *kątem

  3. Katka pisze:

    Wadera, bestiariusz na pewno ruszy! Cały czas zapisujemy, jakich potworków nie ma jeszcze w bestiariuszu, jakie czekają na swoją kolej, tylko tak jak mówisz – czasu na razie nie ma, ale mam nadzieje, ze uda nam się to ogarnąć, bo wiem, że to całkiem zacny dodatek :) A co do tego komentarza – tak, śmierć matki wpłynęła na Williama wyraźnie. On i Castor przeżywają swoje rozgoryczenie zupełnie inaczej, ale mówiąc brutalnie, Willowi ta śmierć w obliczu tego, czym się zajmują, może jednak wiele pomóc. Nauczył się, że muszą na siebie uważac, że wróg nie ma litości i że sami też powinni być bezwzględni. Ale może wyjazd z Chicago dobrze mu zrobi i przestanie tak bardzo żyć śmiercią matki ;) Zobaczymy.

  4. Wadera pisze:

    Trzeba przyznać, że śmierć matki mocno Willem wstrząsnęła. Mam wrażenie jakby stał się bardziej poważny, dorosły. W dodatku zaczyna zmieniać poglądy, wydaje się być bardziej świadomy spraw, które do tej pory ignorował.
    Niby dobrze, ale …. mam nadzieję, że kiedy żałoba już minie Will wróci do siebie choćby częściowo, bo mam wrażenie jakby był całkiem inną osobą.
    Jeśli mam być szczera, boję się o jego libido, niby rzecz podrzędna, ale kurcze…
    Miejmy nadzieję, że za jakiś czas, kiedy już wyjadą z Chicago wróci jednak do formy.
    Oczywiście jak zawsze w tym opowiadaniu akcja rwie do przodu. Tajemnica na tajemnicy i wszystko ma po kilka denek…. zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie :)

  5. Katka pisze:

    SilencedUnknown, zdecydowanie trzeba wziąć poprawkę na to, że to są inne czasy XD Tak jak mówisz, teraz krwawa zemsta jest niedopuszczalna… wtedy niby prawnie też nie bardzo, jeśli dobrze pamiętam, no ale jednak jak widać nikt się tym nie przejmuje za bardzo. Och a Castor może faktycznie działa trochę dzikimi instynktami, haha, no ale biedny jest z drugiej strony, bo jego ukochana żona zmarła i… cóż, emocje robią swoje. Może kiedyś wybaczy Williamowi.

  6. SilencedUnknown pisze:

    Byłam ciekawa czy koniec końcem William zabije tego kolesia czy nie. W pewien sposób mi ulżyło, że jednak się na to odważył, ale z drugiej strony, gdzieś na tyłach mojego rozsądku pojawia się myśl, że to złe i niezbyt bezpieczne zabijać drugiego człowieka, ale to kwestia tego, że zwyczajnie jestem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku, mam inną moralność i przywykłam do praw panujących teraz i do ostrzejszych zasad ich egzekwowania ^^ Gdybym żyła w ich świecie to kto wie… :P
    I zastanawiam się, czy ojciec Willa naprawdę ma zamiar „wziąć sprawy w swoje ręce” i szukać tego Azjaty, czy jak? Nie wydaje mi się to dla niego nazbyt bezpieczne, ale niech se koleś robi co se chce, skoro dzikie instynkty przeważają u niego nad logiką.. ^^
    I czy Castor zmieni przez to wszystko nastawienie do Willa? Spojrzy na niego pod trochę lepszym kontem? Mam nadzieję, choć z każdym rozdziałem, mam większe wrażenie, że Castor jest bardzo prymitywnym człowiekiem, którego duma nie pozwoli pokazać, że się mylił osądzając syna.
    No nic, czekam na więcej! ;)

    Pozdrawiam ;)

  7. Katka pisze:

    Kaczuch_A, ooo, jak były ciarki to bardzo dobrze! Och, lubię, jak macie takie emocje przy czytaniu czegoś, o nie jest seksem XD daje kopa do pisania takich ambitniejszych dziełek XD Ale zgadzam się, że możemy już troszkę zapomnieć o tym nieokiełznanym króliczku. Will nauczył się innego życia i doświadczył ostatnio sporo na własnej skórze, a że jednak jest człowiekiem myślący i uczącym się… to coś mu się tam pozmieniało. „Co też się spodoba Jeff’owi, bo Will będzie mężniał w oczach i wtem zapłonie gorące uczucie, krew i testosteron będą się wylewały w każdym rozdziale do tego namiętne i gorące numerki.” – a to zabrzmiało tak poważnie, że mój mózg usłyszał to głosem takiego lektora mówiącego coś na trailerach XD Dzięęęki za komcie :D

  8. kaczuch_A pisze:

    Uuu William robi się taki badassem, skrzywdzonym, cierpiącym ale jednak aż miałam ciarki jak czytałam końcówkę rozdziału. Wydaje mi się, że Jeff teraz okaże się sporym wsparciem dla doktorka i że w samym Willu się coś zmieni. Już nie będzie takim nieokiełznanym króliczkiem i będzie rozważniej i baczniej stąpać po ziemi. Co też się spodoba Jeff’owi, bo Will będzie mężniał w oczach i wtem zapłonie gorące uczucie, krew i testosteron będą się wylewały w każdym rozdziale do tego namiętne i gorące numerki. Aż się doczekać nie mogę~! :3

    Weny drogie panie~!

  9. Katka pisze:

    Liv, to chyba dobrze, kiedy nie wiadomo, jak się coś zakończy :) Przyjemność z czytania i przeżywania tego z bohaterami jest większa :) Mmm i zgadzam się co do Willa – musi wyglądać seksownie! Jeffowi nie ma się co dziwić, bo nie tylko się zmienił wygląd Willa, ale chwilowo i jego… hm, sposób bycia. No i to, jak się zmieniło Chicago… Faktycznie, trochę nie jest to dla Willa powrotem do domu. Bo teraz dom jest czymś zupełnie innym. Smutek. Ale spoko, i tak ma niezłe wsparcie w Jeffie. Sam by przez to nie przeszedł. Baaaardzo fajnie, że tak wyczekujesz dalszych rozdziałów! :D

  10. Liv pisze:

    Przeczytałam kilka razy i ciągle nie mam dość. Żal Willa jest taki szczery, wszystko jest super. Serio, ostatnio nie piszę wiele, tylko chłonę kolejne rozdziały ATCL od początku. Tym smuciej mi, że wiem jak się to zakończy. :(
    W sumie nie wiem co napisać. Will w czerni musi wyglądać zajebiście. Jasna karnacja + czerń rządzi. Nie winię Jeffka… ^^
    Zaczęłam odczuwać stratę matki Willa. Polubiłam ją bardzo, a dopiero teraz mogę współczuć Willowi i Castorowi. Chociaż jemu to ciężko, życzę mu tego samego (niechcący).
    I wyobrażam sobie, jak trudno musi być teraz Willowi, kiedy myślał, że wróci do domu, a Chicago to już nie to samo. Jeff mógłby mu trochę pomóc, i nie mówię tutaj o namiętnych nockach, tylko serio. Trochę się dziwię, że jeszcze nie pogadali porządnie. Ale well ^^
    I bardzo cierpię, jako że zaniedbałam inne opowiadania i chciałabym nowe rozdziały ATCL jeden po drugim. ;) A nie ma szans, niestety. Będę czekać cierpliwie i wyobrażać sobie, co powiedziałby Will tamtego wieczora po seksie, gdyby Jeff mu nie przerwał.
    I też czuję dreszcze jak czytałam, zwłaszcza po raz pierwszy. Emocje są silne w tym opo. xd

  11. Katka pisze:

    Zen, no ja bym na ich miejscu chyba też miała jakąś fobię prześladowczą XD Bezpiecznie to oni się na pewno nie czują. A z kolei na miejscu wąsacza w tym laboratorium… Daj spokój, zesrałabym się XD Tyle dobrze, że Will nie miał na sobie białego fartucha lekarskiego XD Hibiki na pewno się błyskawicznie nie regeneruje XD Nie martw się, musi się wyleczyć, chociaż może równie dobrze wykorzystać to, że Jeff i Will będą uważali, że da sobie na chwilę spokój i jednak nadejdzie. No pozostaje Wam się dowiedzieć z czytania XD Z Nickiem to samo. Wszystko jest możliwe, a Chicago to duże miasto… Co do Challengu – suuuuper, że chcesz się zaangażować! :D Bardzo nas to cieszy :D I w ogóle właśnie chodzi o to, by te sumki były małe, bo chcemy, żeby każdy jakiś grosik od siebie dorzucił, a nie mało osób, a duże kwoty. Bądźmy solidarni XD A co do PS……… GENIALNE! :D Taki Jasonowy Jason! Pozwolisz może, żebyśmy wrzuciły go jako osobnego posta i dały do Artów na stronie? Bardzo ładnie prosimy :D

  12. Zen pisze:

    Will taki stanowczy tutaj, nie dziwie sie że Jeffowi sie to podoba *-* Wszędzie jakieś ogony i dziwni ludzie, ja na miejcu chłopaków co 5 metrów oglądałym sie za siebie. Myślalam że jak zabiorą wąsacza do tego laborarorium to będą go torturować, ale wsumie dobrze że tego nie zrobili. Mogloby to wtedy zepsuć troche klimat. I nie dziwie sie że wąsacz był taki przestraszony tam, klimacik troche jak z horroru.
    Oby tylko znaleźli Hibikiego zanim ten znowu zaatakuje :/ chociaz może nie nastąpi tak aż tak bardzo szybko skoro została ranny, ale to azjata więc kto ich tam wie czy nie ma jakiś dziwnny substancji na przyśpieszenie regeneracji XD
    I jetem ciekawa czy Jeff i Will natrafią na Nicka jescze jak będą w mieście czy już jak z niego wyjadą. A może Nick przyjedzie do Chicago a oni z niego wyjadą i sie miną? To by było śmieszne i troche smutne XD

    A i pozwole sobie tutaj skomętować Challenge cd. Całkiem dobry pomysł z tym zbieraniem pieniędzy :) no i oczywiście bonusów ^-^ W tym miesiącu niestety nie byłam w stanie nic wam wplacić ale już w następnych będe sie starała wpłacać chociaż jakieś drobne sumki :)

    PS. skończyłam ostatnio tworzyć Jasona i mam nadzieje że wam sie spodoba :D http://www.deviantart.com/art/Jason-Rebel-586660785

  13. Katka pisze:

    Asus, o tak, lubię czytać takie komentarze! :D nawet nie wiesz, jakie to super, jak się widzi, ze tekst wzbudza takie emocje. No i fajnie w ogóle, że udało nam się rozpocząć tę część z przytupem, skoro takie emocje wzbudziła. Ale masz rację. To dopiero początek. Jeszcze się wiele będzie działo i po tych pierwszych 3 rozdziałach chyba jesteście na to przygotowani :) Marion faktycznie trochę jak zło konieczne, no ale dzieki temu mamy właśnie przemianę Williama. Stało się to dość gwałtownie, choć mam nadzieję, ze naturalnie. Tzn. gwałtownie po części, bo śmierć matki była pewnym punktem granicznym, choć w trakcie całej podróży William już się trochę zmieniał, kreowany nowymi warunkami. Jess na pewno się pojawi w najmniej oczekiwanym momencie, haha, a Hibiki… no na razie musi leczyć rany. Teraz jednak nauczy się trochę na błędach, chyba głupi nie jest, więc trochę szkoda, ze Jeff nie wykorzystał tamtej okazji i nie zabił go. Bardzo nas cieszy takie słodzenie ;) To opowiadanie jest szczególnie wymagające, dlatego każdy odzew, w którym je doceniacie, jest dla nas niesamowicie ważny :) Dzięki!

    Kyna, jak się podobało, to najważniejsze ;) No i widzisz, Jeff potrafi być miły. Niby fajnie, że Willuś zmężniał, ale jednak widać w tym pewną gorycz i to się Jeffersonowi nie podoba. No ale… Każda żałoba w końcu mija, więc może i serce Willa będzie trochę czystsze od tych zapędów do zemsty. Zobaczymy. A i wena, i czas się przydadzą. Dzięki :)

    Beata, haha spoko, seksik będzie niebawem, nie martw się :D Ale masz rację, skupiamy się tu na fabule i przyznam, że z początku obawiałyśmy się, jaki będzie odzew, bo gdzie to taaaakie ambitne tworzywo na stronie z gejowskim „porno” XD Ale to mega budujące, że ATCL się tak przyjęło :D Hahaha, a zacytowany fragment cudny, tez miałam przy czytaniu go wewnętrzne „awwww” (Jeffa pisze Shiv :D). Haha i nie, nie było krótko. To akurat dłuższy niż standardowy rozdział, o dobre 4 strony zdaje się ;) Po prostu za szybko pochłonęłaś :D Ale to dobrze świadczy o rozdziale, hehe. Miłego czytania SV! ;)

  14. Beata pisze:

    Zdecydowanie jest to moje ulubione do tej pory opowiadanie z Waszego bloga. Seks jest fajny ale fabuła też musi być a tu jest jest od groma. Aż wycieka. Co nie zmienia faktu że jakiś mały seksik w następnym rozdziale mógłby też się pojawic ;-)

    Po prostu pokochalam fragment: Był to tak niestosowny moment, żeby William mu się podobał w tych ciemnych ubraniach, że aż sam karcił się w myślach.
    Jeff nie karć się ;-) twoje myśli są w porządku :-D

    Cieszę się że Will strzelił. Matki mu to nie przywróci ale przynajmniej trochę go to wewnętrznie zmieni i przyniesie troszkę ukojenia. Mam nadzieję.

    Czuje niedosyt. Strasznie krótko było albo mi się to tak to po prostu szybko czyta. ;-)
    Pozdrawiam Was dziewczyny i wracam do czterech ostatnich rozdziałów SV.
    Życzę weny :-*

  15. Kyna pisze:

    Nie pisałam pod wcześniejszym rozdziałem. Trzeba to nadrobić…
    … Tak. Właśnie. Padnięta jestem i nic konstruktywnego nie przychodzi mi na myśl. Powiem jedynie, że mi się podobało i czekam na więcej.
    A. Na jedno szczególnie zwróciłam uwagę. Jeff niby jest rad ze zmiany Willa, ale jednak nie podoba mu się jego „żądza” odegrania się na tych ludziach. W sensie takim, że nie chce by cierpiał. To… miłe…
    Weny. Czasu. Pozdrawiam.

  16. Asus pisze:

    Achhh~~ no cóż mogę powiedzieć. To przecież ATCL <3 już zapomniałam jaki wspaniały dreszczyk emocji towarzyszy przy czytaniu tego cuda. Miodek na złaknione akcji, tajemnicy, dramy i wszystkiego co najlepsze serca… Ponieważ nie komentowałam poprzednich rozdziałów, teraz podsumuję:
    Prolog jak i pierwszy rozdział były szokiem (chociaż w sumie za to kocham to opowiadanko). Zamordowanie matki Willa, ten strach, niepewność, to jak zachował się Castor no i oczywiście Jeff i Will w rolach głównych! To było wspaniałe, wcięło mnie w fotel i zostawiło mętlik w głowie. A potem ta świadomość, że to dopiero początek :D I to jaki początek!
    Byłam trochę smutna z powodu śmierci matki Willa, ale potem, gdy zobaczyłam zmiany jakie zaszły w jego charakterze przez to wydarzenie, to uznałam ją za zło konieczne. Zimny i stanowczy Will to zdecydowanie zjawisko warte zgłębieniaXD
    Najlepsze jest to, że potem akcja wcale nie zwolniła. Myślałam, że mogę się już uspokoić, że na ten rozdział to już koniec, ale nie^^ Wciąż idziemy do przodu i wciąż zostawiamy biednego czytelnika w niepewności i bliskiego palpitacji sercaXD
    Tak więc wielkie brawa dla wspaniałych autorek za to wszystko!
    Wracając do akcji, najpierw jeden atak, zaraz potem drugi… Hibiki to ma szczęście, że jeszcze nie dostał od Jeffa kulki, chociaż bardzo chętnie bym zobaczyła jak go dopada, choć jedna zbłąkana kula… Jess się ulotniła, ale myślę, że pojawi się niedługo! Szczególnie, że Nick również jest w drodze.
    Ciekawa jestem jak Jeff i Will zareagują, gdy wreszcie zrozumieją wszystkie tajemnice i połączą ze sobą fakty. Zdobyli kilka nowych informacji, ale pozostaje tylko czekać^^
    Podsumowując, rozwój głównych bohaterów jest wspaniały, przemiana Willa z delikatnego paniczyka w zdecydowanego faceta jak najbardziej a plus. Jeff, który zauważ plusy Willa i troszczy się i chroni go i przyznaje , że polubił jeszcze bardziej na plus. Zagęszczenie wątków i rozwój akcji wychodzi poza mój ranking. Już nie wspominając o tym, co może się wydarzyć.
    Wiem, że strasznie słodzę, ale nie potrafię znaleźć wad w tym opowiadanku. Wpasowało się idealnie w moje gusta i nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów.
    Kochanym autorkom życzę weny, chęci i dużo wolnego czasu!

  17. Katka pisze:

    Jelis, więź rzeczywiście się umacnia i bardzo fajnie, że to widac. Jefferson w ogóle chyba woli, jak William jest taki bardziej… wyrobiony w tym wszystkim. że nie jest już taką pizdeczką jak na początku, gdy go poznał. no i wiele się między nimi dzieje, więc emocje u chłopaków wzrastają. A Pigment, haha, no lepszego konia Will nie mógł mieć XD Idealnie mu się trafiło. Chyba jak już na dobre zakończymy ATCL trzeba będzie znów wziąć sie za jakieś ambitniejsze fabularnie dzieło, bo masz rację, mocno odstaje od reszty pod tym względem. Faaaajnie, że trzyma w napięciu! :D O to chodzi :D

    Linerivaillen, bardzo możliwe, że nigdy syna nie darzył jakimś wielkim uczuciem. Całe życie właściwie był nim zawiedziony, bo za każdym razem William wybierał ścieżki inne niż wyznaczone przez ojca. Choć z drugiej strony powinien coś do niego czuć, skoro William tak bardzo wdał się w matkę, którą Castor bardzo kochał. Tylko może w tym momencie nie umie z siebie wykrzesać tych uczuć, wciąż będąc w żalu. Ale też masz rację, pisząc, że William wolał swoje wlasne towarzystwo. Jest mocnym indywidualistą, żyje w tym swoim świecie, więc mógł być, mówiąc brzydko, zimny w stosunku do rodziny. I ładnie opisałaś ich osobowości :) Zgadzam się z nimi

    Yaoistka, no na Nicka jeszcze chwile musicie poczekac ;) Ale jest już blisko! No i jak na wyjeździe, to życzę, aby był udany ;)

    Kasia G., oj tak, na pewno zrobił wrażenie na Jeffie. W końcu do tej pory nie pokazywał się z takiej strony. Jak to się mówi, okazało się, ze ma jaja. Jefferson na pewno to podziwia. ale też trochę w tym jego własnego wkładu, hehe, ukształtował nam doktorka. No i Jess jest wciąż wielką zagadką, jak widac :D Zdecydowanie przydałoby się jej złapanie, bo mogliby wyciągnąć z niej informacje… Ale bestia cwana jest niestety…

  18. Kasia G. pisze:

    A już myślałam że będą tortury – po tym uderzeniu wąsacza w plecy, zaczęłam je sobie wyobrażać :) No ale rozumiem że on był tylko pomocnikiem czarnego charakteru, więc zadowiliłam się tym strzałem ale dobrze że to Will. W ogóle Will w tym rozdziale był taki zimny i stanowczy, chyba aż zrobił wrażenie na Jeffie :) Teraz muszą Hibikiego złapać no i Jess, ale z tą ostatnią to lepiej żeby Nick gadał, bo nie mogę uwierzyć że przeszła na ciemną stronę mocy, może sama próbuje rozwikłać tą zagadkę? Oby :) Czekam na spotkanie chłopców z Nickiem . Super rozdział, dzięki dziewczyny :)

  19. Yaoistka^^ pisze:

    Omg… Oh Jeff i Will!!:3 tacy męscy *,,*

    Okey ja na wyjezdzie. Nie ma mnie jeszcze w domu wiec prezent sie spóźnia…

    Ale rozdział :) myslałM jednal ze juz Mały Nick dojedzie xd

  20. linerivaillen pisze:

    Idealne. Niesamowite jak dobrze opracowałyście emocjonalną stronę Williama, jego reakcje i pobudki. Castorama jest jasny i przejrzysty, aczkolwiek mam wrażenie, że on nigdy nie darzył swojego syna prawdziwym ojcowskim uczuciem, skoro odrzucenie go przyszło mu z taką łatwością. W ogóle William wydaje się być oddalony od swojej rodziny. Myślę, że nawet zanim wyjechał, wolał swoje własne towarzystwo, a matki jedynie w kwestii mentorsko-profesjonalnej. Oczywiście, nie twierdzę, że nie czuł z nimi więzi uczuciowej, wręcz przeciwnie. Po prostu William musi być skrzywiony z jakiegoś powodu (i nie mówię o tym, że jest bardzo typowym INTJ ( Jeff to pewnie ISTP)). Takie tego.

  21. Jelis pisze:

    Mam nadzieje, ze to co zobaczył Castor zmieni jego zdanie o synu. Coraz bardziej czuje więź między Williamem i Jeffersonem. No a Pigment to idealny kon dla Willa XD Pasują do siebie, tylko Pigment nie podziela zainteresowania pana i nie napastuje Oficera 😂😂 już nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów, to opowiadanie jest tak inne od reszty. Zagrożenie życia, śledztwo… na prawdę trzyma w napięciu ^^

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s