Across The Cursed Lands III – 2 – Kolejna krwiożercza mutacja

Duch już miał dość jego ciężaru i Nicholas niestety doskonale to czuł. Koń jednak nadal szedł i nie protestował, a generał też znał jego limity dzięki licznym podróżom, które wspólnie odbyli na tych niegościnnych ziemiach, dlatego wciąż siedział na siwym grzbiecie potężnego, zimnokrwistego ogiera i powoli zagłębiał się z nim w las, w który prowadziła najkrótsza droga do Chicago.
Nie miał czasu, żeby ułatwiać tę podróż swojemu wierzchowcowi częstszymi postojami. Wiedział, że jest to gra na czas, a jego ludzie w Chicago potrzebują pomocy. List, który otrzymał od swojej siostry, wzbudził w nim nie tylko wiele emocji i zrodził wiele pytań, ale też upewnił go, że zagrożenie jest prawdziwe. Wątpił, żeby Jess kontaktowała się z nim listownie, gdyby nie była pewna tego, o czym go powiadomiła.
Wciąż miał w głowie te słowa. „Jest wyrok na waszych ludzi za murem”. To nie brzmiało jak pogłoska, plotka czy podejrzenie, a określenie „wyrok” mówiło samo za siebie. Jefferson Black i William Lockerbie w tym momencie posiadali najwięcej informacji na temat całej sprawy ciągnącej się od Ośrodka Zdrowia w Luizjanie, a ponadto dotychczas na tyle dowiedli swojej lojalności, że zwyczajnie Nicholas nie mógł ich zostawić samych sobie. Gnał więc przed siebie, nie mając pojęcia, dlaczego jego cholerna siostra po tylu latach ciszy dała o sobie znać i skąd miała pojęcie o sprawie. Jechał jednak z przeczuciem, że właśnie w Chicago teraz powinien być.
Fakt, że zbliżał się zmierzch, a on zagłębiał się w las, w tej chwili nie miał żadnego znaczenia. Może jakby był kimś innym, może jakby tylko sobie wyobrażał, podsycając swój strach, co w takim lesie się kryje… Może wtedy by się bał. Ale on doskonale wiedział, z czym wiąże się zapuszczanie się w ciemność i nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby własne bezpieczeństwo postawić w tej chwili wyżej niż dobro ogółu.
Bez strachu popędził Ducha pomiędzy gęste drzewa i po chwili poczuł, jak w liście nad jego głową uderzają ciężkie krople deszczu, a zaraz po tym i na jego ciało i metalowe kończyny.
— Psia jego mać — burknął pod nosem, nakrywając głowę kapeluszem.
Krople ze specyficznym dźwiękiem odbijały się od jego metalowych elementów, które wystawały spod ubrania, ale im głębiej w las szedł, tym bardziej jego ciało i ciało Ducha osłaniane było przez gęste drzewa. Z racji zachmurzenia wydawało się, że jest później, bo mrok szybko ogarniał okolicę. Zapach lasu też stał się bardziej wyczuwalny w wilgotnym powietrzu, a wierzchowiec co raz prychał niecierpliwie.
Przez myśl Nicholasa przeszło, że dobrze byłoby mieć tu Mavericka, nie tylko jako kompana w podróży, ale też jako kogoś, kto znał się na mutacjach i zwierzętach ogólnie, więc mógłby stwierdzić, jakie jest zagrożenie w takim miejscu, w którym właśnie znajdował się Nicholas. Wierzył jednak, że w zastępstwie za kochanka, który obiecał czekać na niego na ranczu, wystarczy mu karabin Gatlinga, rewolwery i sporo amunicji. W końcu z tego, co się orientował, nie istniało nic, czego nie powstrzymałaby porządna porcja ołowiu. Przez chwilę nawet myślał, że będzie musiał go zmarnować, kiedy na swojej drodze zobaczył podejrzany kształt.
Po kilku krokach konia zauważył, że w razie czego wystarczy zwykły rewolwer, ewentualnie strzelba, bo na rozmiękłej szosie, podmywanej przez przepływający przez nią strumień, stał wóz, a wokół niego panicznie biegał człowiek.
Po jego stroju generał rozpoznał, że to jakiś farmer bądź rzemieślnik. Ze starym, przemoczonym kapeluszem i podziurawionymi rękawicami, próbujący właśnie równocześnie podnieść bok wozu jedną ręką, a drugą, w której trzymał młotek, najpewniej coś przybić, by naprawić swój zniszczony pojazd. Z przodu stał niecierpliwiący się, ewidentnie młody rumak, a na drodze leżało kilka płóciennych worków, które musiały wypaść, gdy wóz się rozklekotał.
Nicholas odetchnął z rezygnacją. Nie miał teraz czasu na bycie pomocnym, cokolwiek by o sobie nie mówił i za jak porządnego obywatela by się nie uważał jeszcze tych kilkanaście lat temu. Nie miał jednak jak wyminąć tego nieszczęśnika, bo ten był na jego drodze.
— Hej! Co się tu wydarzyło?! — zawołał, powoli dojeżdżając do rozwalonego wozu.
Nieznajomy nagle uniósł na niego spojrzenie, tym samym puszczając bok wozu, a ten opadł ciężko, podskoczył, zaś rumak z przodu zarżał głośno.
— Cholera jasna! — zaklął mężczyzna w wieku Nicholasa, bądź nieco starszy, i wzniósł ramiona do góry. — Panie, Bóg mi cię zsyła! Pomoc mi potrzebna, bo wóz mi się złamał, a zaraz będzie — roześmiał się histerycznie, z ewidentną paniką — zmrok!
Nicholas nie był jednak ani tak przestraszony jego słowami, ani na tyle przejęty, żeby od razu zeskoczyć z grzbietu Ducha i pomóc.
— Jak co dnia — mruknął. — Masz czym naprawić w ogóle ten wóz? — spytał, nagle myśląc, żeby może wykorzystać wóz i odciążyć konia.
— Ano mam, mam młotek, mam kilka desek i gwoździ. Zawsze to wożę na wszelki wypadek, ale, cholera jasna, do tego jedna para rąk więcej by się przydała. U nas w wiosce brak dobrego lekarzyny, a mi już kończyny odmawiają po… — brodaty farmer urwał w pół zdania, gdy Nicholas dojechał do niego na tyle blisko, że dało się dostrzec lepiej nie tylko jego masywną posturę, ale i metal w części ciała. Zrobił więc zabawną, ogłupiałą minę, a jego mocno gestykulujące ręce zastygły w powietrzu.
Musiał gapić się wysoko w górę, żeby dojrzeć twarz jeźdźca, bo nie dość, że ten był wysoki i potężny, to koń wyglądał prawie jak dwa jego własne rumaki, a kopyto było na tyle szerokie, że bez problemu zmiażdżyłoby mu czaszkę, gdyby ta nieszczęśliwie znalazła się na ziemi.
— Jak daleko stąd jest miasto?
— Jeszcze ze cztery godziny jazdy! — nieznajomy jęknął donośnie, jakby właśnie sobie o tym przypomniał. Machnął żywo na Nicholasa. — Pomóż, panie, naprawić, no błagam ja ciebie, to może razem żywo dotrzemy do wsi.
Nicholas nie był rad z tego, że tak wolno jechał, ale nie mógł zamęczyć Ducha.
— Cholera. Jak naprawimy ten wóz, to zawieziesz mnie do miasta? — spytał jeszcze, nim zsiadł, a jego zniecierpliwiony rozmówca rozejrzał się wokół, jakby pytał drzew, czy mogą mu wyjaśnić, dlaczego Nicholas się ociąga.
— Tak! Tak, zawiozę, ale weź panie już pomóż, bo nie wiesz chyba, co tu się czai!
— Ano nie wiem. Nie są to przecież płazery, więc nie ma co aż tak srać w gacie — burknął Nicholas i zsunął się z siodła Ducha. Koń zarżał, jakby wszem i wobec chciał oznajmić, że była to najwyższa pora, a kiedy generał stanął obok farmera, okazało się, że jest od niego o głowę wyższy. — Łap się za narzędzia. Podtrzymam wóz.
— Dzięki. Dzięki, panie! — farmer zawołał z ulgą i pobiegł od drugiej strony wozu sprawnie i żywo, jakby żadna kończyna bynajmniej nie odmawiała mu posłuszeństwa tak, jak mówił.
Wrócił z deską i sakwą pobrzękującą gwoździami. Był cały mokry, choć trudno było powiedzieć, czy to od ulewy, czy może potu, który zrosił jego ciało, gdy próbował naprawić swój wóz. Po zapachu też trudno było ocenić, bo capił końskim łajnem, sianem i zwyczajnie brudem.
— To… to łap pan, ale spróbuj mi tego na łeb nie opuścić. Od dołu muszę jedną deskę przybić, bo tu mi się podłamało na cholernym kamorze.
Nicholas spojrzał na wóz i mężczyznę, mając nadzieję, że ten się pospieszy i stanął obok koła. Złapał metalową dłonią za najstabilniejszy element konstrukcji i bez większego wysiłku uniósł cały wóz, aż koń zarżał, kiedy dyszel się przekrzywił. Właściciel w tym czasie nawet nie musiał dużo się schylać, żeby wejść pod własny wóz. Wytrzeszczył za to swoje szeroko rozstawione oczy i wpatrzył się w Nicholasa wzrokiem, jakby właśnie stanął przed nim jakiś cudak z cyrku. Otrząsnął się, gdy wielka kropla z gałęzi u góry upadła na rondo jego starego kapelusza.
— Do… dobra… Tak pan trzymaj — wykrztusił i szybko zabrał się do pracy.
— Ja trzymam, o to się nie bój. Ty się zabierz do pracy, bo spędzisz tu noc, a chyba tego nie chcesz — mruknął Nicholas, trzymając już wóz dwiema rękoma, żeby mężczyzna był spokojniejszy i tak się nie gapił.
Już po chwili rozległo się miarowe uderzanie młotka, gdy farmer przybijał deskę do spodu wozu, pocąc się jeszcze bardziej i sapiąc jak pociąg ruszający ze stacji. Konie czekały cierpliwie, a las odzywał się swoimi naturalnymi dźwiękami.
— A to, co tu grasuje… — farmer odezwał się ciężkim głosem, złapawszy zadyszkę, gdy przeniósł się bliżej przedniego koła i tam też coś majstrował — to są… uch… spekmosy. Słyszałeś pan kiedyś o nich…?
Nicholas zastanowił się, starając się przypomnieć sobie nazwę. Jakoś nieszczególnie mu to coś mówiło. Dlatego chciał, żeby był z nim Maverick. Trudno.
— Nie. Czym to jest?
— Jakbyś pan je zobaczył… Cholera jasna, decha twarda jak kamor! Ale jakbyś pan zobaczył spekmosa… byś pan powiedział „o, to pewnie jaki łoś większy, zaraz sobie pójdzie”. Bo to prawie tak jak łoś duże, za jedno takie poroże to pewnie byś pan kupił michę upiorytu. Ale byś się pan zdziwił… Och, Jezu, weszła! — Zawołał z ulgą, gdy wbił kolejny gwóźdź. Podczołgał się więc dalej i z gwoździem między zębami zaczął przymierzać mniejszą deskę. — Byś się pan zdziwił, bo maja zęby jak koty. A do tego kły jak noże rzeźnika. Wielkie i długie, jak się wbiją, to nie wyrwiesz.
Nicholas słuchał tego i odruchowo rozejrzał się po okolicy. Czyli znowu jakiś nowy gatunek. Wnioskując z opisu mężczyzny, nigdy nie spotkali się w czasie swojej drogi z czymś takim. A to źle świadczyło.
— Dużo ich tu? Samotnie chodzą?
— Nie. Właśnie, panie, nie. Przyszły skądś… przyszły skądś początkiem sierpnia. Kręcą się stadnie po okolicy. Raz bliżej wodopoju, raz zapuszczają się na pastwiska i nam cielaki wyżerają. Cielaki szczególnie, ale raz myśmy widzieli, jak chłopca od naszej kochanej burdelmamy jeden taki nadziewa na poroże. Wielka tragedia we wsi była… — Farmer w końcu uniósł się i otrzepał ręce. — Są jak rozjuszone, wściekłe psy. Myśmy dawno tak agresywnych zwierząt nie widzieli.
Nicholas trochę nie wierzył, żeby to, co słyszał, było prawdą. Jeśli była to jakaś mutacja z łosiem, to nie powinna ani chodzić stadnie, ani być tak bardzo agresywna. Ale co on tam o tym wiedział? Miał tylko nadzieję, że to krwiożercze coś nie ma pancerza. Takie stwory były najgorsze.
— Długo jeszcze? — zmienił temat.
Jego rozmówca zamrugał i pokręcił szybko głową.
— Nie, nie, wybacz, panie. Możesz pan puścić. Dzięki wielkie! Jedźmy zatem, póki jeszcze trochę widno, bo jak nas tu coś wywęszy, to jesteśmy zgubieni.
— Masz w ogóle broń ze sobą, czy wypuściłeś się do lasu jak głupiec? — spytał Nicholas i podszedł do swojego konia, uprzednio ustawiwszy wóz. Musiał przywiązać jego lejce, żeby Duch szedł z nimi i się gdzieś nie spłoszył. — I pogoń konia, wypchnę trochę was z tego błota.
— Broń mam! A jakże by inaczej, od kiedy spekmosy grasują?!
Po tych słowach farmer wrzucił na swój wóz powywalane worki i podszedł do rumaka z przodu. Klepnął go w zad i zawołał na niego, a ten z prychnięciem pełnym wyrzutu zaczął mozolnie ciągnąć wóz, który Nicholas zaszedł od tyłu i zaparłszy się w grząskiej ziemi, pchnął, żeby ułatwić zwierzęciu pracę. Chwilę to trwało, ale nagle poczuł luz i koła potoczyły się już bez oporu po ścieżce.
— No, nareszcie. Jedziemy — generał mruknął i podszedł do przodu, żeby zasiąść na wozie.
Teraz już było ciemnawo nie tylko przez chmury sunące po niebie, ale i przez to, że słońce było już bardzo nisko nad linią horyzontu. A jeśli do miasta były jeszcze cztery godziny, czekała ich długa droga w ciemnościach. Farmer jednak był wyraźnie weselszy, że wreszcie mogą ruszyć i żwawo zagwizdał na konia, który pociągnął wóz dalej, jedyną ścieżką, która wiodła przez ten gęsty las.
— Godwin Parks. Żem się nie przedstawił — odezwał się, wyciągając dłoń w rękawicy do siedzącego obok generała, który uścisnął ją zdrową ręką.
— Nicholas — sam przedstawił się jedynie z imienia, chociaż nawet przez chwilę rozważał podanie fałszywego. Tak dla bezpieczeństwa. Miał jednak całkiem popularne imię, dlatego uznał, że nie ma sensu przesadzać. — To gdzie masz tę broń? — dopytał, samemu mając ze sobą jedynie parę rewolwerów i strzelbę. Karabin nadal był przyczepiony do siodła Ducha.
Mężczyzna postukał łokciem w belkę za sobą, gdzie w osłoniętym materiałem wozie spoczywał jego dobytek.
— Zaraz za plecami. Dubeltówkę Lefaucheux, taką, wiesz, panie, łamaną. To mi kiedyś wuj podarował. Dobra jak jasna cholera.
— Ano nienajgorsza, jak jest jeden przeciwnik, a nie stado — mruknął Nicholas, nie czując się na siłach, żeby być pomocnym i wspierającym. Już chciał być w Chicago, a najlepiej znowu na farmie.
— Pan jak jakiś znawca brzmisz — zauważył Godwin. — Skądś pan jest i co właściwie w tych okolicach robisz?
— Zmierzam do Chicago. Tędy najkrótsza droga — wyjaśnił, nie wchodząc w szczegóły. Może i był nieuprzejmy, ale nie umiał i nie miał siły, żeby być miłym, kiedy czarne chmury, w przenośni i dosłownie, gromadziły mu się nad głową. No i mókł, tak samo jak Godwin, z którym teraz jechał. Ten jednak wydawał się tym nie przejmować.
— To prawda, panie, to prawda. Dużo tu podróżnych przejeżdża, tośmy myśleli, żeby w wiosce rozwinąć jakieś, wiesz pan, atrakcje. Przyciągnąć was tu na dłużej, co byście zatrzymywali się, by odetchnąć i wydać więcej pieniądza — odpowiedział farmer z gromkim śmiechem. — Aleśmy musieli zainwestować w jakie ogrodzenie miasta. Mur, panie, drewniany taki z palami budujemy, bo nam tu chyba od strony Chicago właśnie zwierząt przybywa.
— Coś poza tym przerośniętym łosiem? — spytał generał i zauważył, że już nie pamięta jego nazwy. Jako drużyna byli silniejsi niż w pojedynkę.
— Trochę przerośniętych gryzoni mamy, trochę mniejszych kotowatych, ale teraz spitraliśmy, kiedy to spekmosy przybyły. A słyszałem, panie, że z kopalni przy Chicago uciekło trochę tych ich mięsistych koni. Strach się bać, jak to się w dziczy będzie zachowywało.
Nicholas musiał mu przyznać rację. Zabawa z naturą była niebezpieczną grą, ale czasami nie widział też innej drogi, niż tylko się do niej dostosować. Bo nie było szans, żeby na tę chwilę odejść od upiorytu.
— Może zdechną…
— Ano może… Ale wiesz, co nas, panie, bardziej niepokoi ostatnio?
— Hm?
— Bo u nas sporo czarnych. Przyjechali po wojnie, przejazdem, tak jak pan. Ale zostali, bo u nas zawsze każdy pomocny, lubimy podróżnych i zawsze gotowiśmy rękę wyciągnąć — opowiadał Godwin, co raz popędzając swojego rumaka, by ten nie szedł tak mozolnie. — A już kilku naszych czarnych w lesie zaginęło. I zawsze, panie, czarni. Myśmy się zastanawiali, czy to przypadek, czy to znowu klan działa, ale boimy się o to drugie. Gazety, pewnie panie wiesz, coraz więcej piszą o nowych atakach.
— Co piszą? — Nicholas ściągnął brwi, czując, że w tym pędzie za nowymi tajnymi informacjami umknęło im coś, co jest powszechnie widziane przez każdego. Poczuł się trochę jak głupiec. — I jak sami czarni, to może to być klan. Chyba że wasza bestia ma wyszukany gust.
— Ano może ma. A piszą straszne rzeczy. Ostatnio w okolicach Newcastle było kilka ataków. Skatowano całą rodzinę czarnych i powieszono na drzewach na obrzeżach. A w zeszły wtorek pisali, że w Północnej Karolinie na domach ktoś ryje napisy, że Wielki Czarownik powrócił i poszerza swoje… te… horyzonty. Ja tam nie wiem, panie Nicholasie, co to może oznaczać, ale umierają tam nie tylko czarni. Innowiercy też i, cholera jasna, ktoś nawet napadł na wagon z ludźmi, wiesz pan, niespełna rozumu i wybił co do jednego! Jacyś tam, panie, badacze co te swoje… liczby spisują, cholera wie po co, obliczyli, że ataki i napady na ludzi w ciągu ostatnich miesięcy niepokojąco wzrosły. Jakby nie tylko nam tu zwierzaki mutowały, ale i — roześmiał się histerycznie — ludziom we łbach się poprzewracało.
— Może chęć zysku. Pieniądze zawsze mutują w głowach ludzi — mruknął Nicholas i z niechęcią pokręcił głową. Psuło się. I widział to niestety bardzo namacalnie. Bardziej namacalnie niż by chciał. — Ale na południu też dobrze się nie dzieje, tyle ci powiem. Tyle problemów, a ludzie szukają sobie sami nowych.
— Zamiast zebrać siły, walczyć z tym całym syfem, z tą… tą… tym popędem pieprzonym i potworami zabijającymi nam dzieci, to jeszcze się sami wybijają. Ech, panie Nicholasie, straszne rzeczy się dzieją, a ja nie wiem, czy myśmy tego muru naszego nie powinni budować, by się uchronić przed ludźmi, a nie zwierzętami.
Nicholas mruknął na potwierdzenie, ale już nie czuł tak wielkiej ochoty na rozmowę, jak jego towarzysz. Chyba bardziej przywykł do samotności. Dodatkowo, kiedy było coraz ciemniej, łatwiej było coś usłyszeć, jeśli zwierzę będzie się do nich zbliżać, niż kiedy kłapało się ustami.
Jechali dalej w coraz większych ciemnościach. Widzieli coraz mniej, a drzewa zamieniały się w wielkie kształty, które rosły wokół ścieżki niczym strażnicy. Godwin zamilkł szybko i nasłuchiwał. Przez długi czas, dobre dwie godziny jazdy, nie słyszeli nic niepokojącego. Taki stan zmienił się, gdy wkroczyli na rzadziej obrośnięty drzewami teren, który z lasu zamieniał się w łąki. Wtedy po okolicy rozległ się ni to ryk, ni to rżenie. Nicholasowi trudno było to zdefiniować, bo nigdy tego nie słyszał. A że słyszał już w życiu wiele, wiedział, że odgłos został wydany przez coś, czego nie zna. Na przykład przez…
— Spekmosy — wykrztusił Godwin, szarpnąwszy lejce, żeby jego rumak się zatrzymał. — O mój kochany Boże… Ten dźwięk był ostatnim, jakie słyszało nie raz nasze bydło.
Nicholas zaklął szpetnie i jako że się zatrzymali, chwycił mężczyznę i przyciągnął do siebie.
— Jak szybkie są? — spytał, bo chyba wszystko omówili, ale nie to. A on miał szanse na pozbycie się tych bydlaków, skoro już są na otwartym terenie, bo dawało to szanse na skorzystanie z karabinu.
— Szybkie jak diabli! Wielkie jak łosie, szybkie jak koty! — Godwin odpowiedział z paniką i sam sięgnął za sobie po dubeltówkę. — Umrzemy… Jak to stado, to umrzemy!
— Pierdolisz! — fuknął Nicholas i puścił go. Zszedł z wozu i szybko, kulając przy tym mocno, podszedł do Ducha.
Koń niecierpliwił się, ale uspokoił go, na ile się dało, klepiąc po boku. Po tym odpiął od jego boku ogromny, metalowy walec. Było to specjalnie przerobione dla niego działo Gatlinga. Zamiast standardowej podstawy w postaci trójnogu albo wózka, była podpórka. Na górze za to znajdował się półokrągły uchwyt, za który generał mógł trzymać, kiedy opierał potężną broń o swoje metalowe biodro.
Sięgnął jeszcze do juków i wyjął z nich długi pas amunicji, którą doczepił do broni. Odbezpieczył wielolufowego, żelaznego potwora i rozejrzał się po ciemnym lesie. Wiedział, że powinien chronić obywatela, ale wolał zostać przy koniu, bo bez niego nie dotrze do Chicago i nikogo więcej już nie uratuje.
Godwin, wyposażony w dubeltówkę, wychylił się mocno z deski na przedzie wozu i obejrzał na swojego chwilowego towarzysza. W tym momencie jego strzelba przy broni generała wygląda niczym członek Chińczyka przy wielkich genitaliach czarnego mężczyzny. A przynajmniej Godwin w ten sposób to spostrzegł, bo raz już w swoim życiu widział penisy Azjatów sikających za załomem pralni, widział też członki czarnych, lejących w krzaki po pracy na polu.
— O ja cię panie pierdolę… — wydusił w szoku.
I zaraz, gdy wypowiedział ostatnią sylabę, po okolicy rozległ się ten specyficzny skowyt. Głośny na tyle, że można było się spodziewać kreatury go wydającej dosłownie kilkanaście metrów dalej. Obaj mężczyźni więc spojrzeli w kierunku źródła dźwięku i ujrzeli, jak ze skraju drzew po drugiej stronie polany wyskakują wielkie postacie.
Miały długie nogi, niezakończone jednak kopytami, a łapami, jak u kota. Poza tym jednak posturą przypominały łosia. Zgarbione, z obronnym, szerokim porożem, na którym u niektórych wisiały gałęzie czy trawa. Zwierzęta nie mogły mieć dobrego wzroku, jak przypuszczał Nicholas, ale zdecydowanie miały masę i siłę rażenia, kiedy wpadały na coś z wielką mocą.
— Strzelaj! — krzyknął do woźnicy, jeszcze licząc, że zwierzęta się spłoszą.
Jego rozkaz został wykonany momentalnie. Godwin przykleił się plecami do belki wozu i wycelował. Nie trafił w żadne ze zwierząt, ale huk wystrzału zwrócił ich uwagę na podróżnych. Niestety nie tak, jak Nicholas by chciał. Wyglądało na to, że Godwin miał rację co do ich agresji. Dźwięk strzelby ewidentnie je rozjuszył, bo niemal wszystkie sztuki, konkretnie osiem, wyciągnęły pyski do nocnego nieba i zawyły głośno i nieprzyjemnie. Z nieba wciąż padało i dotychczas to dźwięk deszczu rozlegał się po okolicy, ale został stłumiony przez skowyt.
Spekmosy rzuciły się biegiem w ich stronę i to bynajmniej nie na przełaj wszystkie na raz. Trójka pobiegła od lewej, zwinnie przeskakując większe krzaki, dwójka czmychnęła koliście od drugiej strony, zaś pozostałe trzy sztuki rzuciły się prosto na nich z porożem agresywnie skierowanym w stronę stojącego na przedzie rumaka zaprzężonego w wóz.
Nicholas znowu zaklął i już nie czekając na nic, wycelował w pierwsze dwa zwierzęta, które zbliżały się w jego stronę. Odgłos pocisków odbijał się echem od ściany lasu, potęgowany przez wilgoć powietrza i deszcz. Pierwsza sztuka runęła, kiedy podcięte przez pociski nogi nie utrzymały ciała. Generał widział, jak upada na pysk, jak zahacza rogiem o ziemię, przez co wyłamuje sobie kark. Kolejna sztuka nie upadła, ale zachwiała się, raniona wystrzeliwanymi salwą pociskami. Po chwili już nie stała, a położyła się na ziemi, dysząc ciężko.
Okazało się, że zwierzęta były cholernie szybkie. Może i masywne, ale łapy miały mocno umięśnione i ewidentnie kocie. Kiedy więc Nicholas wycelował w trójkę biegnącą od lewej, dwójka od prawej strony znalazła się tuż przy nich. Były to najmniejsze osobniki, ale z tak bliskiej odległości dało się poznać, że wielkością dorównywały rumakowi Godwina. I to właśnie koń oberwał pierwszy i zarżał boleśnie, gdy długie, twarde kły spekmosa zatopiły się w jego karku. Drugi zwierz wpadł na wóz i przewalił go na bok, razem z Godwinem, który upadł z krzykiem.
Duch zarżał, bo przewrócony wóz pociągnął jego głowę w dół za lejce. Nicholas zaklął bardziej z jego powodu, niż z tego, że kiedy wyciągał nóż, żeby przeciąć lejce, jeden z potworów doskoczył do Godwina. Ten zatrzymał go strzelbą, której nie puścił, ale nie było szans, żeby tak wielkie zwierzę nie było od niego silniejsze. I kiedy pękły lejce, pękła też strzelba, a mężczyzna wrzasnął. Tym razem nie ze strachu, a bólu, gdy jego ciało zostało przebite długimi jak noże zębami krwiożerczego łosia.
Ziemia nasiąknęła nie tylko deszczem, ale i krwią farmera. Z worków, które wypadły z wozu, wysypało się zboże, powalony rumak wciąż rżał, Godwin dogorywał, a kolejne stwory skierowały się na pozostałą, żyjącą dwójkę — Ducha i Nicholasa. Jeden z większych spekmosów przeskoczył powalony wóz, w locie wyglądając niczym skrzydlaty demon, i opadł miękko na łapy tuż przed generałem. Zaskowyczał, a tuż przed ciosem Nicholas zobaczył jego koci nos, lecz ewidentnie dłuższą, bardziej łosiowatą mordę. Spekmos szeroko otworzył paszczę, by zagłębić swoje długie na kilkadziesiąt centymetrów kły w jego ciele. Nie spodziewał się jednak, że ciało nie jest miękkie, jak każdej jego dotychczasowej ofiary. Nicholas wyciągnął bowiem metalową rękę, a na niej zatrzymały się zęby stwora. Ten był wyraźnie zaskoczony i generał widział to przez chwilę, kiedy spekmos zaciskał uporczywie zęby, starając się przegryźć rękę, aż do momentu, kiedy nie runął, gdy mężczyzna wyciągnął rewolwer i wpakował mu kulkę między oczy. Krew zwierzęcia trysnęła mu na twarz jak deszcz z nieba.
— Pierdolone gówno! — syknął i uniósł karabin, który opadł na ziemię.
Ostatnie stwory, które niepotrzebnie się zawahały, zostały powalone długą serią ołowiu. Echo jeszcze chwilę niosło ten dźwięk po pustej okolicy, a ciała ósemki stworów leżały na polanie. Jedno spojrzenie na Godwina upewniło Nicholasa, że nie ma czego ratować. Młody rumak farmera jednak jeszcze dyszał, rżąc z bólu w wysokiej trawie. Nick podszedł do niego. Z bólem w kościach kucnął obok, przytrzymał mu łeb i chwilę pogładził dłonią, aż pociągnął za spust, by ukrócić cierpienie zwierzęcia. Nie dało rady go już uratować. Tak samo jak mężczyzny, który utknął w lesie, a towarzystwo Nicholasa nie zapewniło mu większego bezpieczeństwa. Generał nie był z tego rad, ale nie miał czasu, żeby pochować farmera. Zabrał swoją broń, karabin znowu przyczepił do siodła, a zaraz po tym sam wspiął się na grzbiet Ducha.
— Mało odpocząłeś. Jeszcze trochę. Jazda — popędził go i ruszył w deszczu, który wpływał po jego ciele i martwych ciałach wokół, jakby chciał zatrzeć ślady tego, co tu się wydarzyło.

17 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 2 – Kolejna krwiożercza mutacja

  1. TigramIngrow pisze:

    „— Ja trzyma, o to się nie bój. ”
    „przez co wyłamuje sobie kar. ”
    Nie mam pojęcia, czemu uparcie czytałam nazwę stworów jako spermokosy. Nevermind. W ogóle myślałam, że nagle zza krzaków wyłoni się Maverick.

  2. Wadera pisze:

    Jak wielokrotnie wspominałam, nie jest to moje ulubione opowiadanie, ale kurcze….jak można nie czytać czegoś co napisałyście….niemożliwe po prostu ;)
    Zastanawiam się co się dzieję z Maverick’iem, cały czas mam nadzieję, że on i Nick znowu zacieśnią więzy rozluźnione przez czas, odległość i (nieuzasadnione) obawy ich obu. Potworów coraz więcej i coraz to nowsze, aż strach się bać co będzie dalej. Mam też małe pytanko, czy porzuciłyście kontynuowanie Bestiariusza czy jednak zamierzacie coś tam jeszcze opublikować tylko w tym momencie doba jest za krótka? ;D

  3. Katka pisze:

    Kaczuch_A, wiesz, w sumie nie jesteśmy jeszcze pewne, czy to będzie ostatnia część, bo nie skończyłyśmy jej, wciąż się pisze i nie wiemy, jak się nam rozłoży akcja. Jeśli zamkniemy ją w sensownej ilości rozdziałów, to skończy się na tej części, ale wiesz, mamy niby te główne punkty, które trzeba napisać i nie ma ich jakoś potwornie dużo, ale często te historie „w trasie”, te przygody trochę przedłużają. Także sprawa wciąż otwarta.

  4. kaczuch_A pisze:

    Katka, a to już będzie ostatnia część ATCL? Jeżeli Mav nie pomoże w tej wyprawie, to sądzę że to będzie taki swojego rodzaju krzyżyk nad ich związkiem, nie wiem za bardzo się oddalą od siebie etc. Czarno to widzę, bo ich relacje w ostatniej części znacznie się popsuły, to co będzie tutaj jak nic się nie zmieni nie chcę sobie tego wyobrażać. No i teraz przed każdym rozdziałem będę myśleć zabiją kogoś, czy nie xDDD Adrenalina skacze, nie ma to tamto xD

  5. Katka pisze:

    Kaczuch_A, Mavek się w kooońcu pojawi. W końcu. Pytanie, w jakich okolicznościach. Ale dobre prawisz – tu będzie troszku więcej krwi. Oj będzie. No ale akcja osiąga kulminację, nie ma się co dziwić. Ale, ale, trzymaj za nich kciuki, to na pewno nic się im nie stanie!

  6. kaczuch_A pisze:

    Liczyłam, że pojawi się Mav, na serio na to liczyłam. Mam nadzieję, że ruszy swój tyłeczek i poratuje Nicka, na prawdę. Widać, że ta seria będzie krwawa, ludzie i mutanty będą padać jeden po drugim (X-meni) xD będzie krwawo, ale mam nadzieję że 4 pozostanie przy życiu, reszta mi zwisa xD

  7. Katka pisze:

    Kasia G., zgadzam się, ze Maverick by się przydał, bo na pewno by wiedział, co zrobić z tymi stworkami… chociaż Nicholas dobrze sobie poradził XD Chociaż nie wiadomo, czy zaraz znów jakaś mutacja się nie pojawi. No ale nasz Zwierzak to uparte zwierzę XD A wyczerpanie upiorytu byłoby spoko. tylko biedny Will by cierpiał, bo on go jednak lubi XD No ale te mutacje są zastanawiające. Człowiek to też w jakimś stopniu zwierzę, więc jakiś wpływ to musi mieć…

  8. Kasia G. pisze:

    Maverick by się przydał podczas tej podróży, ciekawe co się musi stać żeby ruszył ten swój zadek z rancza? Mam nadzieję że nic co skrzywdzi Nicka. W ogóle we dwoje jest zawsze lepiej podróżować, chroniliby siebie nawzajem a i czas by się znalazł na odświeżenie miłości. Ale to uparty muł ten zwierzak 😜 Zresztą Nick też jest uparciuchem. Ten upioryt to chyba powinien się wyczerpać po prostu, od razu by się problemy skończyły. A tak coraz gorsze mutacje, myślę że na ludzi też dobrego wpływu nie ma. Bardzo mnie ciekawi jak to wszystko rozwiążecie. Pozdrawiam

  9. Katka pisze:

    Beata, uuu, to jak nie przepadasz za motywem dominacji, to niedobrze, bo właściwie w całym Savage Virus jest on raczej mocno widoczny. Chociaż potem troszkę łagodnieje do lżejszej formy, więc skoro przetrwałaś 10 rozdziałów, to może potem będzie lepiej ;) W każdym razie jak skończysz, to polecam Love Interest – osadzone side story w tych samych realiach, ale tam dominacja jest pokazana w zupełnie inny sposób. Może więc bardziej Ci się spodoba. Co do Jeffa i Willa, to nie obawiaj się. Z następnym rozdziałem powrócą z wielkim hukiem :) Oooch, a wymyślanie mutacji to fajna zabawa XD Można nieźle kombinować! XD Miłego czytania życzę! ;)

  10. Beata pisze:

    Chciałam sobie przed snem poczytać dalej następne opowiadanie. Jestem chyba na 10 rozdziale historii josha. Ciężko mi przebrnąć bo nie podoba mi się wątek dominacji ale zobaczymy jak to dalej będzie ;-)
    W każdym razie ucieszyłam się że jest nowy rozdział ATCL. Trochę posmutniałam bo zabrało willa i jeffa :-(
    Jakoś wątek nicka i zwierzaka mi nie przypadł do gustu jak nasi główni bohaterowie. Ale rozumiem że nick i cała boosa są też ważna częścią opowiadania więc muszę przywyknac ;-) niech on szybciej dojedzie do tego Chicago i niech ratuje naszych chłopców. I oby dopadł swoją siostrę i żeby porządnie przetrzepal jej skórę za pracę z wrogiem. O!
    Swoją droga… Fajny ten stwor. Pomysły na mutacje macie coraz lepsze. Ale i tak zająć był najlepszy jak do tej pory ;-)

    Pozdrawiam. I życzę weny. Ja tymczasem wracam do SV i do biednego Josha. ;-)

  11. Katka pisze:

    FunPuppy, zdecydowanie polecam czytanie od początku! ;) I super, że nagroda doszła! :D Bardzo, bardzo się cieszymy, że Ci się podoba :) Troszkę to trwało, ale jest :) A tęczowa taśma robi furorę, odkąd zaczęliśmy ludkom nią zaklejać przesyłki XD

  12. FunPuppy pisze:

    To pierwszy rozdział, jaki przeczytałam z tego opowiadania, ale tak mi się spodobał, że zacznę je czytać od początku :3

    Dziś doszła moja nagroda. Jest cudna! Już dumnie się prezentuje na mojej ręcę. Ale muszę przyznać, że opakowanie sprawiło mi trochę kłopotów xD Dobrze zaklejone tą piękną, tęczową taśmą xD BARDZO DZIĘKUJĘ <3

  13. Katka pisze:

    Liv, haha, tak, Nick to dobry facet. Z reguły XD Był faktycznie trochę zlewczy, ale no cóż mógł poradzić? Nie jest człowiekiem do rany przyłóż, chociaż na pewno jakby dało się go uratować, to by uratował. Ale chyba też troszkę działa na zasadzie „mniejsze zło”. Nom, w każdym wątku ciężkie czasy… trochę się nasi chłopcy napocą w tej części.

    Linerivaillen, ou, to niestety będziesz musiała troszeczkę cierpliwości mieć, bo w tej części tej wątek jest bardziej rozbudowany. Ale tak jak mówisz, jest Jeff i Will i wciąż są głównymi bohaterami ;)

    Yaoistka, nooo, dobre masz wizje. Wszystko jest możliwe w tej rzeczywistości, a chłopcy na pewno się nie raz zaskoczą co to za potwory im na drodze wyskakują. Trzeba się mieć na baczności i wcale się nie dziwię Willowi, że się boi podróżować.

    Jelis , właśnie tak, w mieście zagraża Azjata i jego towarzyszka, a w dziczy mutacje. I gdzie tu się schować?! Oooch a Duch, haha kiedyś szukałyśmy zdjęć właśnie takich wielkich koni. Obok człowieka już śmiesznie wyglądają. William by się bał podejść XD

  14. Jelis pisze:

    Robi się gorąco, akcja przyspiesza… teraz jak nie Azjaci to mutacje… mam nadzieje ze Nick bezpiecznie dostanie się do celu. Swoją drogą chętnie zobaczyłabym Ducha kolo normalnego konia ^^

  15. Yaoistka^^ pisze:

    O cholera… Coraz wiecej tych mutacji =/ moze zaraz bedzie miesisty kon z glowa jakiegos kota duzego? Albo jakies miesiste konie z zgnilym cialem a na glowie sama kosc czaszki z zebami i cie gonia… Brrr jezusiu bym ze strachu juz dawno wystartowala do uczieczki.

    … No… Ponoc taki zwykly rozdzialik ale niezle nakreca. :)

    Weny hehe ^^

  16. linerivaillen pisze:

    Zawsze mnie wkurzał wątek Nicholasa i Zwierzaka. Nie podoba mi się i koniec. No ale Will z Jeffersonem mi to rekompensują, więc jakoś będę musiała przeżyć

  17. Liv pisze:

    No ładnie. Och, Nick, jak z nim przyjemnie. To znaczy może nie akurat w tym rozdziale, ale to dobry facet. xd
    Spekmosy są dziwne. Zastanawiam sie czy Mav o nich słyszał, czy to coś nowego. Chociaż pewnie słyszał, może nawet sam opisał.. :)
    Farmer był wkurzajacy i mało mi go szkoda, ale jednak taka totalna zlewczość Nicka nie jest zbyt budująca. Nie wróży to dobrze na przyszłość wszystkiego. I ciekawe czy sprawy z Maverickiem stoją w tym samym miejscu, co ich zostawiliśmy. Ciężkie czasy chyba idą dla ATCL… :c W każdym wątku śmierć. Ech

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s