Across The Cursed Lands III – 1 – Skrytobójca

Mimo że minęła już północ, w posesji państwa Lockerbie nikt nie spał. Służące były zbyt zaaferowane wydarzeniami w ciągu dnia, by zmrużyć oczy, zaś mężczyźni pilnowali, żeby podobny atak się nie powtórzył. Jak się okazało, kilku służących doznało drobnych obrażeń przez starcie z zamaskowanym Azjatą, kobietą z warkoczem i ich dwójką pomocników. William pomógł im, na ile mógł, ale cały czas jego umysł zdominowany był widokiem martwej matki, którą trzymał w laboratorium. Opatrując rannych, myślał, czy to wszystko miało sens, czy w tej szaleńczej, tajnej, rządowej misji dojdą do czegokolwiek i czy taki koszt tej podróży w ogóle był opłacalny. Czy śmierć jego matki była konieczna, czy zostanie jakoś odkupiona, czy może zwyczajnie była na… darmo. Serce ściskało mu się boleśnie, gdy o tym myślał. Nie chciał, by to wszystko się stało. Nie chciał sprowadzać na rodzinę nieszczęścia, nie chciał takiej straty, nie chciał też wzroku ojca pełnego niechęci. Dostateczną ilość razy w życiu go zawiódł, ale dotąd myślał, że już bardziej nie może, że dostatecznie odbiega od jego obrazu idealnego syna. Dzisiaj przekonał się, że jednak się dało.
— Myślę, że o wszystkich już zadbałem. Nie było wewnętrznych obrażeń, więc jeśli nie nastanie żaden kolejny atak, nie będzie w służbie żadnych strat — powiadomił ojca, gdy wszedł do jadalni po opatrzeniu ostatniego służącego.
Ojciec siedział przy długim stole i pił burbon, William zaś marzył o szklaneczce Jacka, by popaść w jakieś upojne zapomnienie. On, odkąd zostawił Jeffersona w stajni, miał szansę być jego jedynym ukojeniem. Ranger został ze swoim koniem, kiedy już go opatrzyli, a on sam stwierdził, że na zewnątrz nie zaszkodzi dodatkowa para oczu. Wyczulonych oczu.
— Niestety tylko w służbie. — Castor powitał syna krzywą miną i ostrym słowem. Patrzył na niego przy tym jak na przeciwnika, a nie swoje dziecko, którym William mimo wszystko wciąż był. Przez to lekarz znów poczuł się, jakby to on dostał cios nożem w brzuch, nie zaś jego matka.
— Niestety — przyznał chłodno, stojąc przed stołem z rękami splecionymi za plecami. Wciąż był w tych pomiętych, zakrwawionych ubraniach, w których trzymał martwą matkę. — Gdzie jest… ciało mamy?
— Czemu cię to interesuje? — spytał pan tego domu bardzo sucho, jakby usłyszane pytanie zadał mu morderca, a nie William. — I, do cholery, przebrałbyś się, a nie chodzisz jak jakiś męczennik.
— Nie miałem na to czasu. Było sporo rannych. Zaraz pójdę się umyć. Chciałem tylko sprawdzić, jak się czujesz. — William nie spodziewał się, żeby te słowa jakkolwiek pomogły ojcu, ale naprawdę chciał się upewnić, czy ojciec nie popełni jakiegoś głupstwa albo czy zwyczajnie nie potrzebuje jego towarzystwa. Wyglądało jednak na to, że burbon bardzo dobrze zastępuje jego rolę. Może nawet lepiej, bo mężczyzna nie wydawał się, jakby chciał w tej chwili oglądać swojego syna.
— A jak mogę się czuć, kiedy mój dom zostaje zakatowany przez jakichś oprychów, których sprowadza na nas pewnie nieistniejąca organizacja, a w niej mój jedyny syn? A przez to ginie mi żona? Jak myślisz? Jak mogę się czuć?! — prychnął i napił się ogromnego łyka alkoholu.
— Wierzę, że to wszystko dla lepszego dobra. Że razem z Jeffersonem próbujemy rozwikłać coś, co może zagrażać całemu państwu. Nie tylko tobie, ojcze, mnie, czy matce. To jest coś naprawdę wielkiego, a my… — Odetchnął głębiej i zacisnął palce splecione za plecami. — My nie chcieliśmy, żeby ktoś przez to cierpiał. I ja też cierpię po tej stracie. To była moja matka.
— Której nie widziałeś ponad dwa lata. Wyjechałeś z miasta, William, chociaż ona chciała cię tutaj — odparł Castor, wylewając na syna swój gniew i żal, a ten zacisnął wargi na moment, starając się panować nad sobą.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio było mu tak przykro. Było mu potwornie źle, gdy Jefferson zdradził go z tamtym mężczyzną z Frankfortu, ale teraz niechęć ojca była jak kolejny silny cios. Mocniejszy niż ten zaserwowany przez Rangera w nos.
— Był pożar, z którego ledwie uszedłem z życiem. Straciłem oko, byłem przerażony. Może uciekłem, ale… ale teraz wreszcie zacząłem być mężczyzną, jakim chciałeś mnie widzieć. Jeżdżę konno — mówił szybko, twardo i chłodno, mimo że w klatce piersiowej czuł nieprzyjemny żar. — Strzelam. Przemierzam Stany w poszukiwaniu naprawdę złych ludzi, śpię pod gołym niebem… Wyjechałem, to prawda, ale wróciłem jako ktoś inny, kogo powinieneś móc szanować i… i mama przez to nie żyje. Nie widzisz, co to za ironia? Może powinienem był zostać w książkach lub… lub spłonąć w tamtej bibliotece… Przepraszam za jej śmierć, ale to nie była moja wina — skończył bardzo stanowczo, tak jakby słowa Jeffersona, że nie mieli na to wpływu, rzeczywiście utkwiły mu w sercu, mimo że dalej nie był ich pewien.
— To czemu nie zdołałeś jej… — Mężczyzna urwał, chociaż William już słyszał, jak mówi na koniec „uratować, skoro tak bardzo się zmieniłeś?”. Widział to na twarzy ojca, kiedy ten tylko zaczął mówić, ale nie dał rady skończyć, bo obaj usłyszeli pukanie w drzwi, a po chwili do środka zajrzał jeden ze służących.
— Najmocniej przepraszam, ale czy mógłbym prosić panicza Williama?
Castor wykrzywił usta i machnął ręką w geście świadczącym o tym, że uważa obecność syna za zbyteczną i nie ma potrzeby, by ten mu dalej towarzyszył. Lekarz więc nie zamierzał się naprzykrzać. Miał tylko nadzieję, że słowami i zachowaniem ojca kieruje po prostu żal.
— Coś się stało? Ktoś zasłabł? — zapytał, gdy wyszedł z jadalni i zamknął za sobą ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi, żeby ojciec miał spokój. Wiedział, że chwila z mocnym trunkiem czasami potrafiła zdziałać cuda.
— Pan Black pytał o panicza i prosił, żeby był panicz „przygotowany” — wyjaśnił czarnoskóry służący, cytując przy tym to, co zostało mu powiedziane, bo mówiąc ostatnie słowa, widać było, że nie wie dokładnie, co ich gość miał na myśli.
— A gdzie jest teraz Jefferson? Możesz mu przekazać, że dołączę do niego, gdy tylko się umyję i przebiorę.
— Pan Black był w stajni, kiedy z nim rozmawiałem. Przekażę mu, paniczu.
— Dziękuję.
Służący odszedł z uprzednim skinieniem, William zaś podążył na piętro, choć zawahał się jeszcze, czy nie wejść do jadalni i nie spróbować dotrzeć do ojca. Uznał jednak, że był to równie naiwny pomysł, jak chociażby próba ujarzmienia Oficera przez kogoś innego niż Jefferson.
Nie liczył już czasu, nie miał pojęcia, jak późno się zrobiło, gdy wszedł do wanny i powoli zaczął zmywać z siebie krew, pot i brud. Chciałby zmyć równocześnie poczucie winy, żal, smutek i wszystkie inne negatywne emocje, ale tak to nie działało. Wiedział, że musi minąć czas i właśnie w ten sposób próbował myśleć. Przełożyć to na logiczny tryb, w którym jeden czynnik wpływał na drugi, w którym musiał przejść jakiś proces, zaś wszystko po drodze było po prostu kolejnymi etapami.
Po kąpieli założył na siebie tylko bieliznę w postaci długich, białych spodni i podobną koszulę. Czuł się fizycznie świeżo, choć równocześnie był bardzo zmęczony. Ledwie doszedł do pokoju Jeffersona, mając wrażenie potwornie miękkich nóg. Kiedy jednak okazało się, że jego towarzysza nie ma tam, gdzie miał nadzieję go zastać, zszedł na parter w jego poszukiwaniu. Służba okazała się w tej chwili nad wyraz pomocna, bo pokierowała go od razu do kuchni. Czyli miejsca, gdzie zazwyczaj nie przebywa żadna osoba z rodziny czy gości, a jedynie kucharki, czy inni zajmujący się domem. Jego partner jednak właśnie tam siedział, przy zużytym stole, rozmawiając z kobietą i mężczyzną, popijając jakąś gęstą zupę. Na jej widok William przypomniał sobie, że nic nie jadł od kilku godzin, ale wcale nie nabrał przez to apetytu.
— Smacznego — powiedział cicho, zmęczonym, choć spokojnym głosem. Zbliżył się przy tym do masywnego stołu, nie zważając na panujące tu zapachy. Żadne go nie kusiły, choć w domu matka zawsze dbała o obecność zdrowych produktów i aromatycznych przypraw.
— Mmm, dzięki. Zaraz kończę — odparł Jefferson, po czym uniósł miskę i wypił jej zawartość do końca, siorbiąc przy tym.
Ciemnoskóra kucharka aż spojrzała na niego w szoku, widząc to, i zerknęła na Williama, jakby właśnie zachowanie jego towarzysza miało go zniesmaczyć, a ona temu nie zaradziła. Lekarz jednak był już zanadto przyzwyczajony do towarzystwa Jeffersona, by w ogóle zwrócić na to uwagę.
Poczekał w milczeniu przy stole, nie nawiązując żadnego tematu z służbą. Ważne dla niego było, że wszyscy już byli opatrzeni i w tym momencie bezpieczni, a był zbyt zmęczony, by silić się na czcze rozmowy.
Ranger odetchnął głośno, kiedy odstawił miskę na blat i uśmiechnął się uprzejmie.
— Dziękuję za posiłek. To niełatwe o nim myśleć po takim dniu, ale, jak mówiłem, jakby coś się działo, to powiadomcie mnie najpierw — zaczął mówić do kobiety, po tym jednak zwrócił się do mężczyzny. — I tak, dobrze, że nikomu nic się nie stało — dodał jeszcze, wstając i klepnął służącego w ramię dla otuchy. Dopiero po tym spojrzał na lekarza i wskazał mu brodą drzwi.
Wyszli za nie, a William przeszedł jeszcze kawałek, żeby nikt ich nie słyszał. Nie wiedział, czy ktoś jeszcze nie uważa jego pojawienia się tu za przyczynę śmierci Marion, więc nie chciał, żeby jakiś nadgorliwy służący podkopywał go jeszcze bardziej u ojca jakimiś zasłyszanymi słowami.
Przystanął przy komodzie na korytarzu, tuż za wejściem do spiżarni i obejrzał się na Rangera.
— Ustawiliście warty, gdy opatrywałem rannych? — zapytał.
— Tak, dwie osoby robią obchód wokół domu. Jestem ustawiony na piątą — wyjaśnił i przyjrzał się lekarzowi, analizując jego postawę i twarz. — Ale ty jak się czujesz? Wiesz, już w mieście wiedzą o napadzie, więc ciężko będzie im się poruszać, kiedy są poszukiwani — mówił, starając się jakoś pokrzepić Williama, bo ten był jakiś bardziej blady niż zazwyczaj.
— Dobrze. Ale jest już późno, więc skoro masz wartę na piątą, powinieneś przespać się kilka godzin.
— O mnie się nie martw. Dam sobie radę. Lepiej chodź na górę. Powiesz mi, jak ojciec — zasugerował Jefferson, też nie chcąc się zagłębiać w rozmowę na korytarzu, a miał jeszcze z nim kilka kwestii do omówienia.
— Nie ma wiele do opowiadania… — mruknął cicho William, ale poszedł przodem, jak poprosił Ranger.
W domu było cicho, od miasta też nie dochodziły żadne dźwięki, nawet fabryk, jednak mimo to czuć było, że w budynku nie zapadł całkowity spokój. Skutki ataku były wręcz namacalne, choć służba postarała się, żeby szybko wszystko zostało uprzątnięte.
Dotarli do sypialni Williama, a ten zamknął drzwi za swoim partnerem. Zapalił lampkę oliwną, odłożył broń na szafkę przy łóżku i wskazał Jeffersonowi posłanie.
— Usiądź. Jak twoja noga?
— Doskwiera, ale mniej niż poczucie, że to jeszcze nie koniec. Nie wiem czemu, ale czuję się w obowiązku to naprawić, co jest dziwaczne, bo w końcu to nie my popełniliśmy błąd — rozgadał się Jefferson, kiedy tylko usiadł we skazanym miejscu. Nie widać było, by jego głowa była zmęczona, chociaż ciało musiało.
— Czuję się podobnie, ale bardziej martwi mnie to, że nie możemy tego naprawić, a jedynie się wynieść… tak jak ojciec kazał — odpowiedział lekarz, przysiadając obok Rangera. Z ponurą miną, w tej białej, bufiastej bieliźnie wyglądał znacznie mniej poważnie i formalnie niż zwykle. Jego towarzysz wyciągnął dłoń do jego uda, uścisnął je krótko i, miał nadzieję, pokrzepiająco.
— A wiesz już gdzie? Tak naprawdę nie mamy na tę chwilę planu. Tu mieliśmy czekać na dalsze rozkazy.
— Może z powrotem do kwatery w Kansas. Tam nie mam takich warunków do pracy jak tutaj, ale już udało mi się do czegoś dojść w kwestii serc, więc myślę, że mogę dalsze badania przeprowadzać tam — zasugerował William, przy okazji podsuwając się trochę do Jeffersona. Było mu dobrze, gdy miał go przy sobie. Jakby nie patrzeć, Jefferson był Texas Rangerem, potrafił strzelać, więc przy nim czuł się bezpiecznie.
— To zajmie nam dużo czasu. Dużo dłużej niż wiadomość. Do tego nie wiem, czy znowu chcemy bez konkretnej potrzeby opuszczać mury. Moim zdaniem lepiej by było jeszcze tu przeczekać. Nawet w hotelu. — Jefferson westchnął i złapawszy lekarza w talii, przyciągnął go jeszcze bliżej siebie. — Musisz się przespać, mogę tu zostać.
— Opowiedz mi lepiej, jak to się wszystko stało. Gdzie cię zaatakowali? — William rzeczywiście był zmęczony, ale cała ta sytuacja utrzymywała go w ciągłym napięciu, więc wcale nie był pewien, czy by teraz usnął. Chciał wiedzieć, na czym stali i czy mają szanse wymyślić jakąś drogę obrony.
— Kiedy byłem na mieście, usłyszałem coś niepokojącego. Obserwowali mnie i chyba coś planowali. Tutaj też musieli cię obserwować i chcieli dokonać ataku w tym samym czasie, ale ich uprzedziłem. I właśnie w jednym z zaułków był ten Azjata. Jest cholernie sprawny i szybki. Nie używa broni palnej. Za to kobieta, która mu pomagała, już tak. Wkurwia mnie, że sukinsyna nie dogoniłem na mieście — opowiedział, nie skupiając się szczególnie na detalach, jak przebiegło wydarzenie, bo uważał, że nie były tak istotne jak to, co zaobserwował w trakcie.
— Myślisz, że od dawna nas śledzili? Może wiedzą, że pracowaliśmy nad narządami i chcieli nas zlikwidować, nim do czegoś dojdziemy. Jeff… — William odwrócił w jego kierunku głowę i dodał znacznie poważniej i pewniej: — Może powinniśmy ostrzec Gavina, że mieliśmy ogon. I też… też Malvina Berry’ego. Zatrzymywaliśmy się u nich w drodze tutaj, więc mogą być zagrożeni.
Ranger skrzywił się. William miał rację, już nie tylko oni było w to zamieszani, ale wszyscy, którzy im pomagali, jak nieszczęśliwie dowiódł przypadek matki Williama.
— Kurwa — zaklął i na chwilę przygryzł bok ust. Od razu jednak syknął, kiedy podrażnił rozciętą wargę. — Ale jak? Oni nie znają szyfru, nie możemy też im wszystkiego napisać w otwartym liście. Znaczy Malvinowi. Gavin zna zagrożenie, ale Malvin ma dużą wiedzę, lecz nie wie, w co może go ona wpakować.
Sytuacja była patowa. Nie mogli w tym momencie wyjechać z miasta i znaleźć się na otwartym terenie niczym kaczki do odstrzału. Nie mieli też jak powiadomić kogokolwiek o niebezpieczeństwie. W tym momencie więc jedyna słuszna myśl wpadła Williamowi do głowy i wcale mu się ona nie podobała.
— Może powinniśmy w takim razie… sami zaatakować — zaczął ostrożnie, a przy tym ścisnął udo Jeffersona trochę mimowolnie, w geście większego napięcia. — Poszukać ich w mieście, bo na pewno tu są. Wiemy, jak wygląda Azjata i ta kobieta.
Jefferson przytaknął. Sam nie lubił bezczynności, więc ten pomysł wydawał mu się naprawdę dobry. No i dzięki temu mogli pokrzyżować im trochę plany, tak jak on wierzył, że pokrzyżował, kiedy sam zaatakował Azjatę, a nie czekał na jego uderzenie z ukrycia. Jednak było coś jeszcze i nie wiedział, czy powinien się tym dzielić teraz z Williamem.
— To jest jakiś pomysł. Odciągniemy ich przy tym trochę od domu, ale… Will?
— Mhm?
— Chodzi mi o tę kobietę. I… masz na sobie medalik od Showa?
Jasne brwi lekarza ściągnęły się w pytającym geście, ale William posłusznie wyciągnął spod swojej białej koszuli łańcuszek, na którym wisiał medalik Boosy.
— Tak, noszę go cały czas.
Jefferson sięgnął do niego, aby lepiej mu się przyjrzeć. Jak nic, był identyczny jak ten, który widział podczas walki z kobietą próbującą odstrzelić mu głowę. Aż zaklął pod nosem.
— Co się stało? — zapytał zniecierpliwiony William. Nie rozumiał, co medalik ma wspólnego z całą sytuacją.
Jego towarzysz nie miał za tęgiej miny, kiedy puścił medalik i spojrzał na niego, analizując, czy to, o czym myślał, w ogóle miało sens. Czy jednak nie przesadza, czy nie był to za duży zbieg okoliczności albo czy była to odpowiednia pora na tę rozmowę.
— Kiedy udałem się za tym Azjatą w pościg, w pewnym momencie pojawiła się ta kobieta. Jak zauważyłeś, jest rewolwerowcem, więc dała im większą przestrzeń, ale udało mi się do niej zbliżyć i w pewnym momencie oboje spadliśmy z dachu — mówił, a kiedy zobaczył na twarzy Williama konsternację, odetchnął z pretensją, jakby musiał mu tłumaczyć swoje motywacje. — Dobrze strzela, ale nadal jest kobietą, więc jest słabsza. Musiałem się zbliżyć, inaczej w końcu by mnie trafiła. Ale nie o tym, kurwa… — Jefferson pochylił się nad swoimi kolanami i dopiero znowu spojrzał na Williama. — Ona miała taki sam wisiorek. Wypadł jej spod bluzki, kiedy się szarpaliśmy.
— Jak to…? — wydusił głupio lekarz i dotknął się piersi w miejscu, w którym spoczywał medalik. — Miała medalik Boosy? Ale… To nie ma sensu.
Ranger wzruszył ramionami. Obawiał się to powiedzieć, bo właśnie dla niego też nie miało to sensu, jeśli chciał wierzyć w nieskazitelność swych idoli.
— Wiem, ale myślałem, że może ma go tak, jak ty masz swój. Albo go ukradła. Chociaż… — Urwał, bo ostatnia opcja była niedorzeczna. A raczej za nic nie chciał w nią wierzyć.
— Jeżeli Show miał taki medalik, a był Dżentelmenem… żona Gavina była Adelą… to idąc tym tokiem myślenia, w Boosa pozostaje już tylko jedna kobieta. Wściekła Jess. Mówiłeś, że Wściekła Jess była rewolwerowcem, Jeff…
— Wiem — potaknął Ranger, ale dalej wydawało mu się to niepokojące. Był w sumie tym przerażony, że walczył dziś z Wściekłą Jess. — Wiek się zgadza. Była najmłodsza i jako o jedynej z nich nic nie było wiadomo. Znikła po śmierci Małego Nicka. Kurwa… To robi się niepokojące. Show mógłby nagle się tu pojawić i nam to wszystko wyjaśnić.
— Tak, ale nie wiemy, gdzie jest. Nie możemy też wrócić do Gavina i skontaktować się z jego żoną. — William powiedział to wszystko i poczuł się nagle bardzo ciężko. — A ja muszę pogrzebać mamę…
— Dlatego na tym się teraz skup — przypomniał mu od razu Jefferson. I tak nic innego nie mogli zrobić z tą kobieta, teoretycznie Wściekłą Jess.
— Dobrze. Pewnie pogrzeb będzie dopiero pojutrze lub później… Więc może jutro udamy się po więcej amunicji i spróbujemy poszukać tej dwójki… — Lekarz westchnął ciężko i przeczesał palcami swoje jasne włosy. — Ty też się prześpij. Do piątej rano jest jeszcze trochę czasu. Musisz być pełen sił, Jeff. Nie chcę, żebyś przez zmęczenie skończył gorzej, szczególnie, że oni są naprawdę niebezpieczni.
— Zdaję sobie z tego sprawę — przytaknął Ranger i uśmiechnął się pokrzepiająco do lekarza. — Myślisz, że ktoś zauważy, jeśli tu zostanę? Aby zapewnić ci bezpieczeństwo rzecz jasna.
— Nie, nikt nie powinien nas niepokoić, chyba że coś by się działo. Ale będzie to zrozumiałe, jeśli tu zostaniesz — odpowiedział pewnie William. Nie chciał, żeby Jefferson stąd wychodził. A przy tym wychylił się i pocałował mężczyznę mocno. Krótko, bez pogłębiania pieszczoty, ale z dużym uczuciem. Dopiero teraz, powoli coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że czuje do tego mężczyzny coś bardzo… ciepłego. I chyba już potrafił to nazwać. — Jeff…
— Mmm, wiem, też potrzebuję od tego odetchnąć, ale niestety jeszcze nie przyszedł na to moment — odparł mężczyzna i wstał, aby zaraz po tym przeczesać mu włosy palcami. — Odpocznij, przyniosę sobie od siebie coś do okrycia.
Lekarz odetchnął cicho i mimo że chciał jeszcze coś powiedzieć, jedynie przytaknął i odsunął się. Wszedł na swoje łóżko, gdy Jefferson już wstał, i spojrzał w stronę okna. Zasłony były odsłonięte, a on widział przez szybę ciemne niebo. Myśl, że gdzieś tam czaili się na nich ludzie Johna Smitha, mocno go niepokoiła. Nie chciał, by z ich rąk zginął ktokolwiek w tym domu. Tak jak Marion Lockerbie, przy której ciele William właśnie miał ochotę się ułożyć.
Z trudem odetchnął, czując, że znów coś ściska mu gardło. Wiedział, że będzie to ciężka noc.

***

Nie podobało mu się, że nie unicestwili ani Lockerbie, ani Blacka. Musiał przyznać, że ta dwójka okazała się sprytniejsza, niż podejrzewali. Ranger był sprawny zarówno kondycyjnie, jak i w posługiwaniu się bronią, a jego doktorek miał obstawę w postaci ojca i służby wyposażonej w liczną broń. Jedyne, w czym Hibiki upatrywał korzyści, to śmierć jego matki, bo liczył, że to mocno naruszy morale tej dwójki i teraz nie będą tak czujni i skupieni jak wcześniej. Dlatego uważał, że właśnie był idealny moment na kolejny atak.
Lockerbie jeszcze nie doszedł do siebie po śmierci matki, wszyscy w domu byli zmęczeni walką i na pewno nie spodziewali się, że tej samej nocy znów zaatakują. Tym razem jednak nie z hukiem. Hibiki bowiem nie miał przy sobie ani swojej towarzyszki, ani dwóch przydupasów, których przysłał im Smith. Był sam — cichy, szybki i niezauważalny. I w tym upatrywał swojej siły.
Do wschodu słońca były jeszcze dwie godziny, więc ciemności skrywały jego postać, gdy powoli przedostawał się przez mur na teren posesji Lockerbie. Był ubrany na czarno, co dodatkowo pomagało, a ostrza schowane były w pokrowcach, więc blask księżyca nie odbijał się od nich i nie informował o jego obecności. A domyślał się, że postawiono w domu warty, więc nawet tu, gdy kroczył powoli przez ogród do budynku, musiał być ostrożny.
Słyszał, jak ktoś gdzieś rozmawia. Było wręcz oczywiste, że służba nie przywykła do tego, żeby trzymać warty, bo w ten sposób, zachowując się głośno, dawali jasny sygnał, gdzie są i jak ich wyminąć. Hibiki więc bez problemu ich obszedł, chowając się za niewysokimi kłębami kwiatów. Dotarł pod ścianę domu i wyciągnął zza paska dwa małe, zakrzywione ostrza z grubymi uchwytami i za ich pomocą zaczął się wspinać po pokrytej deskami ścianie. Nikt się go tam nie spodziewał.
Wiedział, gdzie znajduje się sypialnia panicza Lockerbie. Zrobili już obeznanie, obserwowali tę dwójkę dostatecznie długo, by wiedzieć, którędy się poruszają. Domyślał się też, że Ranger, który był ranny i zmęczony, musiał albo odpoczywać w swoim pokoju, albo przysypiać na jakiejś warcie przy domu. Teraz więc miał okazję wyeliminować przynajmniej lekarza. Zresztą Ranger już miał spisany swój los.
Bezgłośnie dotarł pod okno na piętrze, przy okazji uważając, żeby nie stać się widocznym dla kogoś obserwującego ogród z innych pokoi. Na balkonie obok nie było żadnej straży, więc ostrożnie przystanął przy barierce. Mógł stamtąd spokojnie sięgnąć do uchylonego okna w sypialni Williama Lockerbie i otworzyć je szerzej. To, na jego szczęście, nie zaskrzypiało. Jak na razie wszystko szło bez najmniejszego problemu. Podciągnął się, wszedł przez okno cicho po parapecie i już był w ciemnym pomieszczeniu. Niewiele światła wpadało przez okno, bo było bliżej nowiu niż pełni, do tego niebo było zachmurzone, a zasłony w oknie grube. Widział jednak zarys łóżka, na którym znajdował się jego cel.
Lockerbie spał na boku, odwrócony w stronę okna i oddychający spokojnie przez sen. Na szafce przy łóżku leżał rewolwer. Jeśli Hibiki się nie mylił i mógł ocenić po kształcie broni w tych ciemnościach, był to ten specyficzny, nieduży Colt. Wątpił, aby lekarz miał lepszy refleks od niego, jednak i tak zamierzał być ostrożny.
Powoli sięgnął do paska przy spodniach i wręcz nie oddychając, wyciągnął krótkie, poręczne ostrze. Mając je już w zaciśniętej pięści, na palcach ruszył w stronę łóżka i śpiącego mężczyzny. Krok po kroku, sprawdzając palcami, czy podłoga nie skrzypi albo nie wydaje innych dźwięków. Widział naprawdę niewiele, ale kiedy już był o krok, coś mocniej go zaniepokoiło. Tuż obok lekarza, któremu właśnie planował poderznąć gardło, ktoś leżał. Po tym, jak poruszył się nerwowo na łóżku, Hibiki wyczuł, że postać ma bardzo lekki sen.
W jednej sekundzie w głowie pojawił mu się obraz, kiedy to swego czasu czatowali pod łóżkami tej dwójki i czuli, a raczej jego towarzyszka czuła, jak ci uprawiają… seks. Poczuł się jak głupiec, że teraz nie wziął pod uwagę ich romansu. Domyślał się, że Lockerbie może mieć obstawę w postaci służby pod drzwiami, ale nie spodziewał się, że Ranger będzie z nim spał w jednym łóżku.
Nie lubił zmieniać planu w połowie trwania akcji. Wiedział jednak, że teraz nie ma wyboru i musi skupić się najpierw na Blacku. Poderżnięcie gardła lekarzowi i starcie z Rangerem byłoby zgubne. Za to pozbycie się Blacka z początku dawało mu więcej pola manewru, bo jego towarzysz nie był tak sprawny. Obecność Blacka mogła być właściwie korzystna, jeśli uda mu się dobrze to rozegrać i pozbyć obu mężczyzn przy tej jednej akcji. Zmienił więc swoją drogę i zamiast zbliżyć się do Lockerbie od jego strony, powoli podążył naokoło, żeby łatwiej dostać się do krtani Rangera.
Jego szczęście niestety dla niego, a na korzyść śpiącej dwójki, okazało się krótkotrwałe, bo kiedy już pochylał się, by uśmiercić Rangera, ten zaburczał i uchylił powieki. Hibiki nie miał już drogi odwrotu. Zaatakował, ale jego dłoń została chwycona w nadgarstku, zaś Jefferson okazał się szybki, nawet jak na kogoś ledwo obudzonego i rannego.
— Will! Broń! — krzyknął Black i nadal trzymając rękę Azjaty, w której ten miał ostrze, sam sięgnął pod poduszkę po swój rewolwer.
Hibiki nawet nie zaklął ani nie syknął. Drugą ręką uderzył Rangera z boku w skroń, a gdy poczuł, że zacisk na nadgarstku zelżał, wyszarpnął się i uskoczył w stronę okna. Nie było szans, by dał radę walczyć tu wraz z dwójką uzbrojonych mężczyzn.
Prawie doskoczył do parapetu, gdy poczuł ostry ból w ramieniu. Tym razem już syknął cicho i opadł bokiem ciała na ścianę, czując, jak kula rozrywa mu skórę. Sięgnął do cholewy, w ułamku sekundy wyciągnął dwa shurikeny i na czuja, spodziewając się na łóżku lekarza, odwrócił się i rzucił. Ostre gwiazdki utknęły w ścianie tuż nad ramieniem Lockerbie, który wystrzelił do niego chwilę temu, a teraz podrywał się z materaca.
Na kolejny strzał Hibiki nie musiał czekać, ale ten już był celniejszy. Trafił go w dłoń, którą rzucał i tym razem już wymierzony był przez Rangera.
— Nie ruszaj się! — krzyknął ten, najwyraźniej czując przewagę i potrzebę, żeby go złapać, a dopiero później zastrzelić.
Azjata jednak nie mógł sobie na to pozwolić, nawet jeśli by miał przy tym zginać. Przeskoczył przez parapet, łapiąc się jedną dłonią skraju okna i dopiero zeskoczył. Upadek powalił go na bok, ale dał mu niezbędny czas, aby się skryć, nim mężczyźni, których chciał zabić, dobiegną do okna i ostrzelają go jak dzikie ptactwo.
Ból w prawej górnej kończynie nie był teraz istotny. Podniósł się i rzucił biegiem równie sprawnie, jakby nie miał dwóch ran postrzałowych, choć specyficznie szumiało mu w głowie. Słyszał już nawoływania służby, bardziej chaotyczne i przerażone, niż zorganizowane. Domyślał się, że nie są przeszkoleni w walce, a teraz z trwogą wyczekują podobnego ataku do tego sprzed kilkunastu godzin. Na ich szczęście, Hibiki był sam. Biegnący teraz zwinnie do muru pomiędzy drzewami, w sadzie, aby uniknąć kolejnych strzałów, które leciały w jego kierunku z okna z sypialni Williama Lockerbie.
Ostatni pocisk wbił się w drzewo niedaleko niego. Po tym rozległy się krzyki zaniepokojonych mieszkańców posesji, ale on już był poza ich zasięgiem. Musiał tylko się oddalić i opatrzyć.
Kiedy Hibiki czmychał pomiędzy drzewami, a Jefferson ostrzeliwał go z okna, William z bronią w ręku i sercem bijącym tak szybko, że aż boleśnie, wciąż w białej, bufiastej piżamie, wybiegł z sypialni i popędził do pokoju ojca. Nie miał pojęcia, czy z Azjatą był tu ktoś jeszcze, nie zważał też teraz na to, czy za chwilę nie wpadnie na niego któryś z napastników. Miał w głowie tylko obraz kolejnego rodzica leżącego we własnej krwi, więc rozsądek uleciał z jego zwykle roztropnej głowy.
— Ojcze! — krzyknął już w drodze, nie mając właściwie pojęcia, czy Castor jest u siebie.
Nie było go, bo ten także wypadł ze swojej sypialni i teraz prawie zderzył się z Williamem na korytarzu. Złapał go jedną dłonią za ramię, w drugiej trzymając strzelbę.
— William? Co to, do kurwy, teraz było?!
— Atak… Znowu — wydyszał lekarz, bo chyba w jednym momencie emocje wycisnęły z niego wszystkie siły. Na widok ojca poczuł jednak nieopisaną ulgę. — To był ten Azjata, który zabił… mamę. Nie wiem, czy był sam. Postrzeliliśmy go z Jeffem.
— Tylko postrzeliliście? Kurwa, a niby rewolwerowiec z tego Blacka. Gdzie uciekł? — spytał mężczyzna i minął Williama, kierując się do pierwszego okna, aby może zobaczyć uciekiniera i odstrzelić mu łeb.
— Przez sad do muru, więc chyba był sam. Ale musimy sprawdzić rezydencję.
William podążył za ojcem pospiesznie. Nie zdziwił się, że ten wciąż był ubrany i nie spał. Zapewne nie mógł zmrużyć oka, a śmierć Marion nie pozwoli mu zasnąć jeszcze wiele nocy.
— Żeby to pies jebał! Przez to wszystko nigdy tu chyba nie będzie już spokoju! — burknął do siebie Castor, ale tak, aby syn go słyszał, nawet jeśli mówił za okno, przez które wyglądał. — Nie ma tego śmiecia. Idź z tym swoim Rangerem sprawdzić dom — rozkazał, wycofując się w końcu ze swojego miejsca obserwacyjnego.
William tylko skinął głową poważnie i już nie ciągnął rozmowy z ojcem. Nie było sensu, a wiedział, że Castor wciąż jest wrogo do niego nastawiony. Wyszedł więc z niedużego, gościnnego pokoiku i podążył z powrotem do swojej sypialni. Po drodze minął dwójkę mężczyzn z służby, którzy pospiesznie rozpalali lampki oliwne na korytarzu. Wyglądali na zaaferowanych i przerażonych, a lekarz wcale im się nie dziwił.
Wrócił do swojego pokoju, gdzie jeszcze był Jefferson. Światło było już pozapalane, a on przyglądał się ramie okna i śladom, jakie zostawił ich niedoszły zabójca.
— Wszystko w porządku? — spytał, kiedy tylko zobaczył lekarza.
— Tak, ojciec żyje. Prosił, byśmy sprawdzili rezydencję — odpowiedział William, zbliżając się do okna, by przez nie wyjrzeć. Gdy tylko to zrobił, ściągnął brwi i dodał: — Ale mam wrażenie, że tym razem był sam.
— Też tak myślę. Zakradł się tu bardzo cicho. Zbyt dużą ilość osób ktoś by zauważył — zgodził się z towarzyszem Jefferson i spojrzał na niego czujniej. — Wiem, że się martwisz o ojca, ale ty jak się czujesz?
Wreszcie błękitne oko Williama skierowało się na Rangera, nie zaś na sad, w którym zniknął ten skrytobójczy Azjata. Westchnął cichutko i poprawił opaskę na oku.
— Dobrze, nic mi nie zrobił. To ciebie chciał najpierw zabić. I… widziałeś? — Uśmiechnął się bardzo blado, ale nawet to wyglądało jak wielka zmiana na jego zmęczonej tymi nagłymi wydarzeniami twarzy. — Trafiłem go.
Jefferson także się uśmiechnął.
— Tak, widziałem. I żałuję, że chciałem go zatrzymać, a nie zastrzeliłem go — burknął, przecierając dłonią twarz. Także był zmęczony i, jak Castor, w pełni ubrany.
— Może uda nam się to następnym razem. Pójdziemy na zwiady w ciągu dnia… ale teraz sprawdźmy dom. Nie chcę, żeby ojciec miał kolejny powód do uważania nas za przyczynę aktualnego nieszczęścia, gdy okaże się, że jednak ktoś jeszcze się tu zakradł.
— Mhm, idziemy — przytaknął Jefferson i jeszcze przeładował magazynek, by był pełen. Sam miał już buty na nogach, jak wielokrotnie, kiedy spali pod gołym niebem.
Jego towarzysz nie ubierał na siebie nic więcej, ale także uzupełnił amunicję. Wziął jeszcze do drugiej dłoni lampkę, by móc sprawdzić nieoświetlone pomieszczenia. Posesja była bardzo duża, więc mieli przed sobą wiele pokoi, choć już gdy ruszyli schodami na wyższe piętro, zauważyli, że służba także wyposażyła się w broń i chodziła od pokoju do pokoju, sprawdzając cały dom. Było wyjątkowo głośno, jak na tę porę.
— Nie usłyszałem, jak wszedł, Jeff — odezwał się do Rangera William po kilku minutach sprawdzania domu, akurat gdy wyszli z jednej z łazienek dla służby. — Oni naprawdę muszą być dobrze wyszkoleni.
— Tak… Wiem. Zauważyłem. Dobrze, że z tobą zostałem. Najpewniej przyszedł dokończyć to, co mu się nie udało. Kurwa, może powinniśmy naprawdę przenieść się do jakiegoś hotelu?
— A co z ojcem? — William zatrzymał się przy drzwiach łazienki, gdy już z niej wyszli. Popatrzył w oczy Rangera poważnie, choć z rozterką we własnych, bo nie potrafił stwierdzić, która opcja była lepsza. — Mogą przecież uznać, że i jego zabiją, nawet jak nas tu nie będzie. Nie mogą być przecież pewni, czy ojciec nie wie o tym wszystkim, co badamy i co wiemy na temat ich sprawy.
— Sam też wybrał, że mamy się stąd wynosić — przypomniał Williamowi Jefferson i ruszył dalej. Ale widział sens w tym, co ten powiedział. — Możemy tu też zostać, to była wyłącznie propozycja, ale nie wiem, czy nie są skupieni jednak na nas.
— Może. Chociaż mamę zabili… — William zadumał się ponuro i wszedł za swoim towarzyszem do kolejnego pokoju, tym razem pełnego rupieci, starych mebli i zasłoniętych prześcieradłami obrazów.
To pomieszczenie też wydawało się puste, ale i tak najpierw podeszli z lampką do okien, by upewnić się, czy ktoś nie próbował się włamać. Były na szczęście szczelnie zamknięte. Kiedy Jefferson przechadzał się dla pewności pomiędzy rupieciami, William zapatrzył się za szybę na miasto. Byli na poddaszu, więc dobrze widział większość budynków w oddali, a szczególnie kominy z fabryk, które mimo późnej pory cały czas pracowały. Kłęby dymu wyglądały na nocnym niebie upiornie.
— Szkoda, że nie znamy w Chicago żadnego innego Texas Rangera. Twoja obecność u mojego boku jasno pokazuje, jak dobrze jest mieć was przy sobie… — rzucił z zadumą, niepewien nawet, czy Jefferson go słyszał.
— Hmm? — Ranger nie dosłyszał i teraz patrzył na towarzysza pytająco. — I w ogóle rankiem trzeba to wtargnięcie też zgłosić.
— Dobrze. Sprawdzimy dom, prześpij się kilka godzin i po śniadaniu pójdziemy zgłosić ataki i poszukać naszego ogona w mieście — uznał William, który czuł, że już dzisiaj nie zaśnie. Mógł więc sam tym razem czuwać nad Jeffersonem.
— Musimy też dobrze zabezpieczyć wyniki twoich badań — przypomniał mu młodszy mężczyzna, kierując się już do kolejnego pomieszczenia. Był zmęczony, ale starał się myśleć trzeźwo. Na ile mógł, będąc upojonym zmęczeniem.
William tylko przytaknął. Też nie miał siły na rozmowę, ale zakodował to, co powiedział Jefferson. Wcześniej zupełnie o tym nie pomyślał. Nagle wszystko się skomplikowało i bał się, że coś przeoczą.
— Ten składzik jest ostatni na poddaszu. Musimy jeszcze sprawdzić piwnicę i parter, ale myślę, że dół już sprawdziła służba. Tam są ich pokoje — poinformował Jeffersona, gdy wyszli z najmniejszego pomieszczenia na piętrze, coraz bardziej upewniając się, że Azjata był tym razem jedynym napastnikiem.
— To idziemy — odparł Ranger i z bronią w pogotowiu, a lekarzem za plecami, podążył dalej, aby sprawdzić każde pomieszczenie.

20 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 1 – Skrytobójca

  1. Katka pisze:

    Beata, super, że brniesz dalej :D No i naprawdę fajnie, że tak bardzo Ci się to opowiadanie podoba, chociaż, haha, nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy znajdziesz jakieś lepsze XD Bo to zależy, czego się najbardziej szuka i na co się najbardziej liczy. Jeśli chodzi o nacisk na skomplikowaną fabułę, to wydaje mi się, że tutaj właśnie ATCL przoduje. Ewentualnie jeśli bardziej Cię interesuje romans, to pewnie w innych opowiadaniach by się znalazło coś „lepszego”, w zależności od gustów oczywiście :) Chociaż, jak widzisz, tutaj Willusia już brało na wyznania, więc i romansik nam się rozkręca XD

  2. Beata pisze:

    A więc nie czekałam na odpowiedź od was na temat co mam dalej począć z tym jakże super ciekawym opowiadaniem i wzięłam się jednak dalej za nowy tom ;-) nie mogłabym chyba czekać na całość. ;-)
    Ach zdawało mi się czy will chciał powiedzieć kocham cię? ;-)
    Nic więcej sensownego dziś już nie napisze. Padam na twarz. ;-) od jutra a raczej od dzisiejszej nocy zacznę czytać znów jakieś inne opowiadanie niecierpliwie czekając na to ;-) kocham po prostu. Ach szkoda mamy willa. :-( ale jeśli już ktoś musiał zginąć to dobrzew że nie byli to nasi chłopy.

    Idę w końcu spać. Dobranoc ;-) i do zobaczenia przy innym opowianiu. Tylko czy znajdę jakieś jeszcze lepsze me tego? ;-)

  3. Katka pisze:

    Saki, w sumie słusznie z tym martwieniem się do samego końca, bo właściwie dopóki chłopcy nie rozwikłają tej sprawy, to nie ma co liczyć na żaden spokój. Chyba że jakimś cudem znaleźliby się teraz w jakimś stuprocentowo bezpiecznym miejscu. „ To dla nich obojga trudny czas i potrzebują siebie nawzajem, nie tylko jako dodatkowa para oczu, a o wsparcie mentalne” – dokładnie! Bo to, ze kryją swoich pleców, to jedno, ale też potrzebują wsparcia psychicznego, a myślę, że teraz nawet szczególnie z racji śmierci matki Willa. Jednak jest to ważne w tej chwili, ale na szczęscie to wsparcie mają. Im obu na sobie zależy, nawet jak jeszcze żadne słowa wyznania miłości nie padły ;) A co do spisanego losu Rangera, to punkt dla Ciebie za spostrzegawczość. Ale co to oznacza to… na pewno w końcu się dowiesz! Dzięki za komentarz! ;)

  4. saki2709 pisze:

    Już po tytule wiedziałam, że będzie się działo i od samego początku bałam się o chłopaków. Coś mi się wydaje, że do samego końca opowiadania nie przestanę się o nich martwić. Tak mało brakowało, a doszłoby do tragedii. Dobrze, że Jeffko jednak został przy Willu tej nocy. Ale ale… Will miał zamiar mu to powiedzieć? Jeff zepsuł moment. Doktorek się określił w końcu ze swoimi uczuciami. Jeśli chodzi o Rangera… nie jestem tego taka pewna. Ale czekam z niecierpliwością na to wyznanie. To dla nich obojga trudny czas i potrzebują siebie nawzajem, nie tylko jako dodatkowa para oczu, a o wsparcie mentalne. Widzę, że Jeff wpadł na to, że kobieta z wisiorkiem to Jess. To jest już raczej pewne. Ale zastanawiam się, jakie by było ich zaskoczenie, gdyby się dowiedzieli, że Mały Nick żyje i ma się dobrze. I że jest tak jakby ich szefem.
    Tak jak pisałam wcześniej, rozumiem Castora, ale mam nadzieję, że wybaczy synowi. Ten przy Hibikim nie miał najmniejszych szans.
    Nie spodobało mi się jedno zdanie, a raczej zaniepokoiło, a mianowicie: „Zresztą Ranger już miał spisany swój los.” Może jestem przewrażliwiona, ale czy to nie oznacza, że Jeff tak czy inaczej umrze? Czy ta igła, którą oberwał od Hibikiego była zatruta? Oby nie.
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział.
    Pozdrawiam i życzę weny

  5. Katka pisze:

    Wadera, tak, na szczęście trauma podziałała na Willa bardzo motywująco, nie załamał się i nie zrobił się jakąś łamagą. Jefferson na pewno to docenia. Hehe i trafne spostrzeżenie z tym alkoholem XD Ach, genetyka. I zgadzam się z Tobą odnośnie tego, że Jeff jednak nie domyślał się, co William chce przekazać. Nie jest myślicielem i raczej nie rozkłada wszystkiego na czynniki pierwsze. Teraz trzeba czekać na kolejną okazję, kiedy Will spróbuje to przekazać. I gratuluję udanego komentarza, haha.

    Bebok, atak w odwecie faktycznie może im wyjśc na gorsze, nie na lepsze, więc… no cóż. To jest ryzyko. Ale chyba dobrze, że chłopaki coś robią, bo gdyby tylko czekali na atak, to by było jak stanie w miejscu. W ogole super, że jednak się przekonałaś do tego opowiadania, mimo że początki Ci się nie podobały. Ale to tak trochę jest, że żeby się rozkręcić, to trzeba było czasu. To opowieść drogi, akcja nie gna od samego początku na łeb na szyję. Dzięki za zaufanie i czytanie dalej ;) ooooch a osiągnięcie celu w naszym małym challengu – SUPER! :D Jeszcze w osobnym poście Wam gorąco i oficjalnie podziękujemy, ale WOW, naprawdę fajnie, ze się angażujecie! :D

  6. Bebok pisze:

    Zero wytchnienia dla chłopaków! Mam nadzieję że pomysł z atakiem na „tych złych” nie okaże się katastrofą ;/ wolałabym żeby żadnemu z nich nic poważnego się nie stało….
    Przez to, że tyle się dzieje notki czyta się z zapartym tchem! Dosłownie, niby chciałabym się tym trochę nacieszyć i poczytać na spokojnie ale niestety (albo i stety) się nie da! Kurczę, czekam na każde z waszych opowiadań ale zdecydowanie na ATCL najbardziej nie mogę się doczekać ;D Uwielbiam! Choć przyznam bez bicia, że na początku (pierwszej serii/tomu?) nieco kręciłam na to nosem.
    Cieszę się że zarówno akcja jak i relacje bohaterów rozwijają się w taki a nie inny sposób bo naprawdę mnie to opowiadanko porwało. Aż mam ochotę przeczytać całość od nowa… ale to może jak będzie więcej czasu XD Niestety… chwilowo jest go zbyt mało a jak zacznę czytać to czas nie istnieje… ehh :D
    Pozdrawiam cieplutko!

    A tak btw… nie do tematu xD
    523,12/500 zł -> MISSION COMPLETED!
    Hehehe ^^ Gratki ;D Lud was kocha <3

  7. Wadera pisze:

    Łał, akcja gna do przodu, aż się człowiek nie może doczekać co będzie dalej :)
    Strasznie podobało mi się tutaj zachowanie Williama widać trauma podziałała na niego motywująco. Wydaje się pewniejszy siebie, nie bał się tej małej konfrontacji z ojcem. Tutaj też można zauważyć po kim Will ma to zamiłowanie do alkoholu w stresujących sytuacjach ;)
    Jestem strasznie ciekawa czy Jeff podejrzewał co chciał powiedzieć Will i specjalnie mu przerwał czy jednak myślał po prostu o czymś zupełnie innym. Stawiam jednak na to drugie. Ranger nie jest raczej kimś kto analizuję swoje uczucia. Mam jednak nadzieję, że panowie w niedalekiej przyszłości zwerbalizują jednak te uczucia. Tak jak w przypadku Willa przejdzie to raczej gładko, tak jestem strasznie ciekawa zachowań Jeffa, który jednak może się opierać w tej kwestii.
    Ha! Udało mi się skomentować przed następnym odcinkiem :D Plan zaliczony!

  8. Katka pisze:

    Liv, to, co Willuś chciał powiedzieć, na razie zostaje tylko w sferze domysłów… choć chyba nietrudno się domyślać XD Hehe, fajnie, że podoba Ci się takie romansowo-dramatyczne połączenie. Maverick i Nicholas odegrają w tej części dużą rolę, więc możesz się ich niebawem spodziewać, ale spokojnie, Willuś i Jeff będą z nami cały czas, w końcu to główni bohaterzy. Baaaardzo się cieszę w każdym razie, że podoba Ci się początek tej części :D

  9. Liv pisze:

    O rany, na ATCL znajdę czas zawsze.
    Świetne. Świetne. Kocham Williama. On naprawdę chciał powiedzieć Jeffkowi, że go kocha, prawda?
    Tak naprawdę nie wiem co napisać. Pragnę kolejnego rozdziału, ale czekanie to mały problem teraz. :)
    I uwielbiam to, jak pomieszałyście tutaj romans z dramatem. W postaci ojca Willa. xd A tam serio to smutno mi. Stęskniłam się już za Maverickiem i Nickiem, ale jednocześnie nie chcę ani na moment opuszczać domu Willa. Poważne rzeczy się porobiły.

  10. Katka pisze:

    Kaczuch_A, hehe no tak ATCL niespodziewanie od początku jebło akcją XD Castor nie popiera tak jak czytelnicy takiego impetu… ale w sumie fajnie, że jednak sporo z Was go jakoś rozumie, mimo że przez niego William cierpi. Bo kurde, jakby nie było, to gdyby chłopaki nie przyjechały, to Marion by żyła. Ma prawo mieć facet zgryz. Ale Willuś ma teraz pod górę. Dobrze, że ma Jeffko. Haha i jaka radocha z niedoszłego wyznania XD No ale, weź, postraszyć troszkę muszę XD Cobyście mieli napięcie i niepewność XD Tu się przecież tyle może wydarzyć…! ale trzymaj za nich kciuki XD Na pewno im to pomoże!

  11. kaczuch_A pisze:

    Woohoo~! Jestem najszczęśliwszym drobiem na świecie ATCL wróciło i to z jakim impetem, jestem w niebie.

    W sumie nie dziwię się ojcu, że tak a inaczej zareagował, biorąc pod uwagę, że z synem nie miał zbyt rewelacyjnych stosunków. Szkoda tylko że doktorek tak na tym ucierpiał przykro mi się zrobiło tej chudziny.

    Szkoda, że Hibiki przeżył, bo to oznacza że będą się ganiać do upadłego i nasza ukochana dwójka jest zagrożona i to bardzo.

    Will kocha Jeffa, Will kocha Jeffa <3

    Weny dziewczyny i Katka błagam Cię nie pisz, że po drodze do miłości ich wystrzelają jak króliki, nie dobijaj xD

  12. Katka pisze:

    Kasia G., na miłość też nadejdzie czas! XD Na razie są na linii ognia, więc muszą nastać bardziej wygodne do myślenia o miłości warunki, by coś ruszyło, chociaż z drugiej strony dramaty często wyciągają z ludzi skrywane uczucia. Och a szansa jest, zdecydowanie. Tylko nie wiadomo, jak to się jeszcze potoczy, bo chyba zapowiada się jeszcze troszkę starć…

    Kyna, tak, Azjata zrobił sobie samowolkę i wcale nie jest bezpieczne to, że tak bardzo jest zdeterminowany, by ich unicestwić. Zdecydowanie jest to twardy przeciwnik dla nich. Oooch a jakby Castor się dowiedział… no cóż, wydziedziczenie gwarantowane XD

    Illita, ooooch, bieda że do 3 spać nie mogłaś! Ale jakże dobrze to świadczy o akcji XD I masz rację, jakby Jeff tej nocy zdecydował się obserwować dom z innego stanowiska i zostawić Willa w pokoju, to już by było po doktorku. Nie ma szans, by ten sam się obronił. Haha a co do Willa i jego wyznania – co się odwlecze, to nie uciecze, jak to się mówi XD Chyba, że po drodze ich ktoś zabije…

  13. Illita pisze:

    To nie był dobry pomysł żeby czytać to w nocy, do 3 nie spałam z emocji XD Tak się bałam o nich jak Hibiki wszedł przez okno… Dobrze że Jeff nie zostawił Willa na noc, bo skończyło by się to tragedią. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie i zawikłanie, zwłaszcza ze Wściekłą Jess, jeśli to naprawde jest ona… No i mam nadzieję że Castor jednak wybaczy Willowi, oboje przeżyli ogromną stratę i takie obwinianie się nic nie zmieni, ani tym bardziej nie pomoże. Plus prawie spadłam z fotela, Will już już miał to powiedzieć a tu mu przerywają! Było tak bliiisko D: ! Nie mogę się doczekać tej chwili :D

  14. Kyna pisze:

    No to się porobiło… Coś źle przeczytałam, czy ten Azjata zrobił sobie samowolkę, próbując samotnie dorwać się do Willa? Mamy nadgorliwca? To nie wróży dobrze.
    Czekam na więcej :)
    PS. Nie wiem czemu, ale chcę by ojciec Willa dowiedział się o nim i Jeffie. Jeszcze więcej problemów, jeszcze więcej dramatu. A co…! (Na szczęście moje zdanie nic nie zmieni ^^)

  15. Kasia G. pisze:

    Nic nie dałyście chłopakom odpocząć i nad ranem atak azjaty im zafundowałyście – i kiedy oni mają sobie tą miłość wyznawać jak nie ma na to czasu? Chociaż wieczorem już było blisko, przynajmniej ze strony Williama :) A tak serio to bardzo się cieszę że jest tyle akcji i już się nie mogę doczekać aż to oni zaczną ten swój atak. Sytuacja się odwróci i zobaczymy co z tego wyniknie :) I jednak jest szansa na to ze spotkają się z Nickiem, nigdy nie potrafię przewidzieć następnych wydarzeń :) Super. Dzięki i pozdrawiam ☺

  16. Katka pisze:

    Linerivaillen, uuu dzięki za ten komplement odnośnie postaci. Super ze tak na to patrzysz. I faktycznie, intryga się rozkręca i teraz kiedy każdy wie o każdym i już dochodzi do starć oko w oko to można się spodziewać więcej akcji.

    O., bo wiesz, jakby nie patrzeć Malvin to niewinny facet który wpakował się poniekąd w intrygę, nie wiedząc o tym więc warto mu jakby co uratować dupę XD

    Safira, powiem jedno. Panowie będą w tej części często musieć osłaniać sobie nawzajem plecy…

    Jelis, chyba ojciec Willa bedzie na to potrzebował więcej czasu. Ale może się uda i mu wybaczy tylko jak Will ma wyjechać i nie wiadomo kiedy wrócić to nie wiem czy sie predko o tym przebaczeniu dowie. Ale liczy na to mocno.

  17. Jelis pisze:

    Kocham to opowiadanie ♡ mam nadzieje ze ojciec Williama zrozumie że to nie jego wina. A ten fragment o czymś ciepłym… miód ba sercu ♡

  18. O. pisze:

    Serio? Martwimy się o Malvina? Bardzoooo….
    Mam nadzieję, że ojciec Willa będzie z nim w stanie normalnie rozmawiać za jakiś czas. No i że znajdą Hibikiego. Hah ponoć najlepszą obroną jest atak

  19. linerivaillen pisze:

    Kocham ATCL. To jest opowiadanie z najlepszym romansem, najbardziej wiarygodnym profilem psychologicznym postaci i uniwersum. Uwielbiam ♡♡♡ I jestem przeszczęśliwa, źe teraz powróciło ♡♡♡ intryga właściwie sięgnęła zenitu, a ja czekam na ostateczne wyznanie uczucia między tymi dwoma ♡♡♡ kurde, kocham ich. I kocham to opowiadanie ♡♡♡

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s