Bonus – Świąteczne wyzwolenie

Nastroje w kraju były bardzo ciężkie. Trudno było normalnie funkcjonować, nie uważając na słowa, szczególnie, kiedy było się w mniejszości. Matka przestrzegała Williama, by się nie wychylał, by nie rozmawiał z nikim na tematy polityczne, bo bardzo dobrze wiedziała, że jej syn bywał czasem zbyt szczery. Zupełnie nie myślał o konsekwencjach swoich poglądów. William nie był zachwycony tym, że na przykład nie może powiedzieć do Jacoba Robbinsona, znajomego bankiera ojca, że jego niewolnik w sumie lepiej by się spełnił na wolności i choć jego organizm był imponujący przez ciężką pracę, to jednak powinien móc być panem swojego ciała, nie zaś wykorzystywać je do celów, do jakich pragnie wykorzystać je bankier. Tym bardziej, że mieszkali na północy i tutaj coraz więcej obywateli była za Lincolnem. Marion jednak wolała, żeby jej syn nie naraził się żadnemu konserwatyście i nie skończył tak, jak kończyli niektórzy czarni, którzy pragnęli wydobyć się z kajdan.
— Willy, pamiętaj, żeby…
— Mamo wiem, nie martw się o mnie — William przerwał matce, gdy ta po raz kolejny chciała go przestrzec o omijaniu pewnej dzielnicy Chicago, przez którą jej syn miał najbliżej do biblioteki, ale na której ostatnio rozległy się niebezpieczne zamieszki. — Pojadę obok ratusza.
— Dobrze.
Marion ujęła jego policzki w dłonie i pocałowała go w czoło, a jej syn uśmiechnął się lekko. Po tym owinął szyję szalem i nałożył na głowę kapelusz. Już wiedział, że zmarznie. Śnieg sypał od tygodnia niemal bez ustanku. Również dlatego nie podobało mu się wydłużanie drogi, bo nie raz wozy grzęzły w wysokim śniegu i trzeba było czekać, aż woźnica sobie z tym poradzi. Konie też były mniej skore do posłuszeństwa. Dlatego, gdy tylko wyszedł z rezydencji i już poza jej murami wkroczył jedną stopą na schodek do wozu, zwrócił się do swojego dzisiejszego woźnicy:
— Pojedziemy najkrótszą drogą do biblioteki.
— Tak jest, paniczu.
I już chwilę później młody, nastoletni William Lockerbie jechał w wygodnym wnętrzu wozu w stronę miejsca, w którym wybitnie lubił przesiadywać. Uczył się medycyny, czytał wiele książek i robił wiele notatek. To wszystko przez pierwsze cztery dni tygodnia. W pozostałe zazwyczaj pracował nad metalami, uczył się o stopach i wykorzystywaniu substancji. Wciąż nie mógł się zdecydować, którą ścieżką pójść. Czy zostać naukowcem, czy lekarzem. Skłaniał się do tego drugiego, bo jednak kontakt z czymś żywym był dla niego bardziej inspirujący. Matka też go do tego przekonywała. Ojciec chciał, by poszedł do wojska, ale już dawno stracił nadzieję…
Niebo było całkowicie białe. William wyjrzał przez okienko i swoimi błękitnymi oczami wpatrzył się w duże, puchate płatki śniegu spadające z góry. Jeśli tak dalej pójdzie, miasto już w ogóle nie będzie przejezdne. Marzyło mu się stworzenie maszyny niczym pociąg, jeżdżącej po ulicach i wypuszczającej z wielkich dysz z przodu gorące powietrze, które momentalnie rozpuszczałoby śnieg.
Widział długie sople zwisające z dachów, widział jak matki wołały na dzieci, by się nie podskakiwały i nie próbowały ich zerwać, bo te mogą spać i je zabić. William był ciekaw, jak na żywo wygląda śnieg zabarwiony krwią.
Kilka razy musieli się zatrzymać. Niektóre wozy ugrzęzły i trudno było przejechać przez drogę. Młodzieniec w wozie niecierpliwił się, bo było zimno. Zacierał co raz dłonie, by je rozgrzać, bo same rękawiczki niewiele dawały. Potrzebował jakichś cieplejszych i już myślał, czy może nie kupić sobie takich z podobnego materiału do tych, jakie sprezentował mamie na święta. To znaczy oczywiście Marion jeszcze ich nie dostała, bo Boże Narodzenie miało nadejść dopiero za tydzień, ale ten mały podarunek już miał.
Zniecierpliwił się, gdy kolejny postój trwał dłużej niż poprzednie dwa. Wychylił się więc z okienka i zawołał do woźnicy:
— Panie Longertips, co tym razem się dzieje?!
— Niech panicz nie wychodzi z wozu…!
— Nie zamierzam, ale chcę wiedzieć, co się dzieje — zniecierpliwił się.
Woźnica najwyraźniej się wahał, ale w końcu wychylił się ze swojej deseczki i odpowiedział ciszej niż chwilę temu.
— Chyba lincz, paniczu.
William uniósł wysoko brwi i wbrew swoim wcześniejszym słowom, wysiadł z wozu.
— Paniczu…!
— Zostań. Zaraz wrócę — zapewnił i raźnym krokiem, mimo wysokiego śniegu, podążył dalej uliczką.
Trudno było cokolwiek zobaczyć, bo ludzi zebrało się sporo. Sporo jednak szło w przeciwnym kierunku niż młody Lockerbie, by nie mieć nic wspólnego z tym, co właśnie działo się przy kwiaciarni. Kilka wozów stało też nieopodal, podobnie jak konni, którzy jednak nie zbliżali się zanadto.
Im bliżej wydarzenia, tym było głośniej. William już słyszał pojedyncze krzyki, które brzmiały na przemian jako bluźnierstwa i oskarżenia.
— … ukochanego konia mojej Maddie!
— Koń ważniejszy jest niż człowiek?!
— To nie jest człowiek! Ludzie, na Boga, to dzikusy!
William przedarł się w końcu przez mały tłumek i stanął pod latarnią. Docisnął się do niej bokiem ciała, gdy kolejny gap przedarł się obok.
Teraz już widział, jak wygląda krew na śniegu. Duża, zaskakująco żywo czerwona plama zdobiła biały puch przy ciele jednego z czarnych niewolników. Twarzy nie było widać, gdyż leżał brzuchem do dołu, lecz niewątpliwie nie żył. Jego ciało nie poruszało się w oddechach, zaś głowę miał zatopioną w śniegu. Zaraz obok niego klęczał drugi, młody niewolnik, który jednak wcale nie wyglądał na tak czarnego, jak ten martwy. Miał jasny kolor skóry, jakby któreś z rodziców było białe. Oczy miał jednak duże i brązowe, usta pełne jak inni czarnoskórzy niewolnicy i do tego niewolnicze znamię wypalone na ramieniu. Było to dobrze widać, bo mimo chłodu był pozbawiony koszuli, a jego plecy ozdobione były krwawymi pręgami. I naraz krzyknął, gdy skórę rozcięło kolejne uderzenie bicza.
— To się nie godzi! — zawołała kobieta spośród gapiów.
Kilku mężczyzn musiało również spróbować przerwać tę scenę, lecz najwyraźniej ludzie pana, który wymierzał cięgi, zdołali ich powstrzymać, bo teraz, mimo że ci znów się szarpnęli, ludzie pana przycisnęli rewolwery do ich brzuchów, zakazując wtargnięcia.
— To moja własność! Zrobię z nimi, co chcę! — krzyknął biały właściciel jeszcze żyjącego niewolnika i znów go uderzył.
William sapnął cicho i zapytał kobiety stojącej obok i zasłaniającej białą chusteczką usta:
— Czemu zawinili?
Kobieta popatrzyła na niego z przestrachem. Jej skronie były lekko zroszone potem, policzki zaś mocno rumiane, a nastoletni Lockerbie wiedział, że nie jest to sprawka mrozu.
— Próbowali ukraść konie pana… A gdy państwo się zorientowali, ponoć zabili konie w stajni i spróbowali uciec pieszo.
— Och…
William mimowolnie spojrzał na nogi żyjącego niewolnika, jakby chciał ocenić, czy ten dałby radę w taką pogodę daleko przebieg. Może i by dał. Dla niego wydawało się to wręcz nierealnym zadaniem i sam pewnie umarłby w śniegu zaledwie kilometr za murami Chicago, lecz tacy ludzie słynęli z dużej wytrzymałości.
Przełknął ślinę, czując, że sam zaczyna mieć rumieńce.
Niewolnik zaciskał zęby, gdy dostawał cięgi, ale nic nie mówił. Nie krzyczał też, nie walczył, tylko klęczał, czekając, aż ten koszmar się skończy. William sam nie wiedział, jaki był dla niego ten koniec. I nie dowiedział się, bo naraz z latarni obsunęła się ciężka, duża warstwa zmarzniętego śniegu i spadła mu prosto na głowę…

***

Obudziło go ciche postukiwanie i bardzo, bardzo przyjemny zapach. Jakby… imbir? A może pomarańcze…? Sam nie wiedział. Poczuł się tak utulony ogarniającymi go doznaniami, że nie chciał otwierać oczu w obawie, że to tylko halucynacje i wszystko zniknie.
— Och… Chyba się obudził.
— Nie, śpi dalej.
— Wcale nie, poruszył się.
Głosy były dwa, kobiet i mężczyzny. Ten pierwszy jakby starszy, drugi zaś przyjemnie głęboki. Był ich ciekaw… Postanowił więc uchylić powieki i w końcu się rozejrzeć. A gdy tylko uniósł głowę, ta mocno zapulsowała. Stęknął.
— Oj, oj, ostrożnie, paniczu!
Czarnoskóra, starsza kobieta dobiegła do niego i swoją ciepłą, pulchną dłonią ułożyła go z powrotem na posłaniu, a William poznał, że znajduje się w obcym domu, w izbie, której nie zna, ale która nie wygląda na ruderę. Uznał więc, że nie jest w domu czarnoskórej rodziny, lecz zwyczajnie otaczają go niewolnicy. Jego łoże było pachnące i czyste, zasłony zdobione i zapewne drogie, podobnie jak ściany ozdobione sztuką, na której zakup ta kobieta musiałaby pracować całe życie.
— Co się stało…? — wydusił słabo. Niewiele pamiętał.
— Śnieg panicza ogłuszył. Pan kazał nam się paniczem zająć.
Tym razem odpowiedział mu męski, głęboki głos, który okazał się należeć do tego samego czarnoskórego niewolnika, który był biczowany na drodze. Teraz odziany był w lnianą, starą koszulę, wiszącą na jego umięśnionym ciele. Bystre oko młodzieńca od razu dostrzegło bandaże pod materiałem. Mężczyzna siedział przy małym piecyku, dzięki któremu w pokoju było ciepło i przyjemnie. To stamtąd też dobiegały te przyjemne zapachy.
— Powiadomię pana, że panicz się obudził. Jak się pan nazywa, paniczu? Musimy panicza odwieźć do domu — zagadała starsza kobieta, już drepcząca do drzwi.
— William. William Lockerbie — odpowiedział i ułożył się wygodnie.
Kobieta przytaknął i czym prędzej opuściła izbę. Niewolnik za to nie odezwał się. Odwrócił się do piecyka i grzał dalej dłonie, jakby uważał, że nie powinien patrzeć na tego młodego, białego człowieka. Ten jednak był go ciekaw, bo w rezydencji nie mieli niewolników. Mieli służbę, ale każdej osobie pracującej w domu płacili.
— Jak się nazywasz? — zapytał.
Niewolnik z lekkim zaskoczeniem obejrzał się na niego i zawahał się z odpowiedzią.
— Credo, paniczu.
— Credo? Jak wyznanie wiary?
— Nie — burknął niewolnik, jakby urażony tymi słowami. Opanował jednak dość szybko mimikę. — W języku mojego ludu oznacza to coś zgoła innego.
— Och. Rozumiem. — William spróbował trochę się podnieść, bo z tej pozycji patrzenie na rozmówcę było dość niekomfortowe, a miło mu się go obserwowało. — Wyglądasz, jakby rany ci nie wadziły — zauważył.
Niewolnik spuścił wzrok i potarł kciukiem o dziurę w swoich wychodzonych spodniach.
— To zahartowanie. Nie pierwszy raz byłem bity.
— Więc masz silne ciało.
— Tak. Myślę, że tak. Inaczej by mnie tu nie trzymali — odmruknął Credo, a jego ton świadczył o tym, że z trudem przychodzi mu hamowanie swoich uczuć względem osoby, która sprawiła mu ból.
— Jednak jakkolwiek nie masz silnego ciała, nie przetrwałbyś długo poza murami Chicago — spostrzegł William, zerkając za okno. Było już ciemno, ale przez blask latarni na ulicach widział, że śnieg wciąż sypał. — Powinniście byli uciec na wiosnę.
Niewolnik uśmiechnął się z niejakim rozbawieniem i odwrócił w stronę rozmówcy, plecami wystawiając się do ognia.
— Panicz radzi mi, kiedy uciekać? Nie powinno to chyba wyjść z ust białego obywatela.
— Nie radzę, tylko spostrzegam fakty. Szkoda by było, by takie ciało jak twoje zmarzło na śniegu na pustkowiach. Choć wtedy ciała dłużej się konserwują, jednak bezruch nie zawsze jest ciekawym do obserwacji stanem.
Credo skrzywił się lekko, jakby nie bardzo wiedział, jak powinien zareagować na takie słowa. William musiał być dla niego dziwakiem. Dziwakiem o podejrzanym spojrzeniu, bo zobaczył, jak blondyn przesuwa wzrokiem po jego ramionach i szyi.
— Nie było innego czasu. To musiała być zima — odmruknął w końcu i spuścił głowę.
William za to ściągnął delikatnie swoje wąskie brwi i podparł się jeszcze wyżej. Ból głowy ustawał.
— Dlaczego?
— Nie uwierzyłby panicz. Wziąłby nas za dzikusów, których powinno się spalić na stosie.
— Spalić? Dzikusów? Nie popieram niewolnictwa, a każdy człowiek, póki nie popełnia przestępstwa, jest panem własnego ciała i własnego życia, więc uważam, że jeśli nikomu nie szkodzicie, nie mam prawa was oceniać i karać — William odpowiedział tak, jak przestrzegała go matka, ale przecież rozmawiał z niewolnikiem. Ten na pewno nie będzie miał mu za złe takich poglądów.
I tak właśnie było. Credo zaskoczył się mocno i przez moment nawet patrzył na niego niedowierzająco, aby upewnić się, czy ten biały człowiek go nie podchodzi. I może nastoletni William nie wyglądał na w pełni umysłu, ale musiał przekonać mężczyznę, że mówi szczerze.
— Popiera więc panicz Lincolna?
— Popieram wolność.
Credo skłonił lekko głowę, jakby mu w ten sposób dziękował i w końcu uniósł się. Dopiero teraz blondyn spostrzegł, że jednak doskwierają mu rany. Poruszał się powoli, ostrożnie, a ręce jakby nie współgrały z nogami, gdy szedł, tylko przylegały ciasno do boków. Plecy musiały go boleć.
Przystanął przy oknie i powiedział cicho, jakby bardziej do siebie czy kogoś znajdującego się za szybą i stojącego gdzieś dalej w zaspach śniegu:
— Już i tak za późno…

***

Bardzo wielu członków Armii Rasistów w Stanach Zjednoczonych próbowało upolować Ryana Wyzwoleniec. Jak co roku. Jak na złość. Byli upierdliwi jak pchły na skórze Małego Jaya.
Ale teraz nie to było najgorsze. Na Gwiazdkę rok temu działał w Teksasie. Dwa lata temu przywołali go w Nowym Meksyku, a jeszcze rok wcześniej w Arizonie udało mu się sprowadzić do XXI wieku mnóstwo Czekoladek. Dlaczego więc, do cholery, w tym roku zaklęcie musiał wypowiedzieć ktoś na północy?! Na północy był śnieg!
— Niestety muszę przyznać ci, mój drogi Mały Jayu, że jeżeli Roger The Cutas odkryje mój słaby punkt i postanowi wykorzystać tę moją bezgraniczną miłość do śniegu, to mamy… jak to się mówi kolokwialnie… przejebane — powiedział Ryan nie bez swojego nieodłącznego, wymuszonego uśmiechu, gdy próbował całym ciałem przylepić się do puchatego futra swojego kota.
Mały Jay tylko miauknął… okej, tylko zaryczał, a z okolicznych jodełek pospadał śnieg. Cóż, nie każda roślinka, dotychczas przyzwyczajona do spokoju i ciszy na tym Wielkim Zadupiu, znosiła wibracje, jakie powodował głos przerośniętego kocura. Mały Jay olbrzymi był jak bizon i w tym momencie był jedynym źródłem ciepła dla swojego jeźdźca.
Ryan Wyzwoleniec ścisnął mocniej futro Małego Jaya i przyspieszył. Musiał znaleźć się pod Chicago na Gwiazdkę, a już czasu wiele nie było. Zaklęcie zostało wypowiedziane, Armia Rasistów Rogera The Cutasa siedziała mu na ogonie, a jemu było do diabła zimno!
Po kolejnych przebiegniętych milach musieli zrobić postój. Ryan potrzebował ognia, by się ogrzać, zaś Mały Jay zapolować na jakiegoś jelenia czy niedźwiedzia… według Ryana tutaj to chyba tylko polarnego. Byli głodni i zmarznięci, więc znaleźli sobie niedużą polankę w środku lasu, skryli się pod prowizorycznie i bardzo szybko zrobionym szałasem, a Ryan rozpalił ognisko. Miał ciepłe ubrania, co było plusem, ale dziwnie się czuł w takim grubym kożuchu. Nie nosił takich rzeczy. Najlepiej czuł się w kąpielówkach, a do tego, jeśli akurat Lenny by go zobaczył (co było mało prawdopodobne, bo pewnie teraz się drań wygrzewał na słońcu w Miami), to nawet on by pewnie nie kłopotał się dobieraniem się do niego, rozbieraniem tych warstw i przebywanie obok siebie byłoby potwornie męczące. Bo jak to tak mieć obok siebie Lenny’ego i się z nim nie pieprzyć?
Ryan westchnął głęboko i kiedy Mały Jay poszedł na polowanie, wykorzystał chwilę czasu na sprawdzenie, ilu to czarnych w tym roku ma uratować i przetransportować ich w bardziej sprzyjające czasy. Niczym czekoladowe bombonierki zbierane do ozdobnego pudełeczka.
Wyciągnął komórkę, odblokował ją i wszedł w swoją nową apkę. Nową, jak nową, po prostu wczoraj zrobili mu jakąś aktualizację, automatyczną rzecz jasna, dzięki czemu nie musiał się logować na swoje Konto Bohatera, tylko przez odcisk palców i skan linii papilarnych system go rozpoznawał, po czym od razu łączył z centralą. Niby fajnie, ale przez to Ryan musiał wysunąć dłonie z rękawiczek. Zrobił to z bólem serca i „kurwą” na ustach, ale w końcu centrala się odezwała.
— Ooo, dzień dobry, Ryanie Wyzwoleńcu! — Na ekranie pojawiła się twarz Adwokata Waltera, znanego bardziej jako Tęczowy Guru.
Ryan uważał, że facet jest potwornie przystojny, miał cudowny uśmiech, wiecznie radosne oczy, ale… gdy awansował i pojawił się w centrali, narzucił bardzo dziwne zasady. Ryan nie miał nic przeciwko, ale jednak dotychczas uznawał swoją pracę wyzwalania czarnych niewolników za priorytetową, zaś Tęczowy Guru zdecydowanie przekładał wagę homoseksualistów ponad wagą czarnych. Dobra, może Wieszcz Marvin coś ostatnio sobie wymyślił, że jednak trzeba z historycznych czasów wyciągnąć kilku gejów, bo potem się geje rodzić nie będą, ale Marvin normalny nie był, bo przecież orientacja nie była dziedziczna. Ryan nie rozumiał, dlaczego wszyscy brali na poważnie słowa kolesia, który swoje zaliczanie każdego samca w każdej wiosce tłumaczył chęcią udowodnienia tej teorii, ale nie wnikał. Skoro miał ratować i homoseksualistów, mogło tak być, chociaż nie rozumiał, dlaczego mieli oni płacić nasieniem za przejście przez portal. Póki niewolnicy płacili kroplami własnej krwi, wszystko wyglądało całkiem rozsądnie, ale dlaczego geje mieli płacić spermą, tego już nie czaił. Niby jak? Cały proces będzie trwał wieki, a wiedział, że kolejka będzie długa. A mieli tylko Gwiazdkę.
— Dzień dobry, Adwokacie, bardzo mi miło widzieć twoją radosną twarz w ten piękny, mroźny, szczypiący w każdy centymetr skóry, ciemny i ponury wieczór — Ryan przywitał się z uśmiechem zgoła mniej szczerym niż rozmówca. — Bądź tak łaskaw i powiedz mi, proszę, jak się przedstawiają rokowania i na jak dużą kolejkę mam liczyć?
— Powiem ci, mój drogi, że liczba jest bardzo dobrze się zapowiadająca. Przybywają już niewolnicy i geje z Wisconsin, będzie też ich trochę z Wyoming. Póki co możesz liczyć na czterysta czternaście osób!
— Czterysta czternaście? — Ryan zdziwił się i podsunął przy okazji bliżej ogniska. — Nie było przypadkiem czterysta siedemnaście? Powinna być, jeśli się dobrze orientuję, tendencja wzrostowa, nie spadkowa, panie Adwokacie.
Tęczowy Guru zafrasował się i pokiwał głową, a z jego kasztanowych włosów posypał się brokat.
— Niestety dwie osoby zrezygnowały. Credo Finney zgłosił się wcześniej wraz ze swoim współniewolnikiem, Johnem, a także kochankiem. Młodym kochankiem, który nawet nie wiedział o istnieniu naszego przedsięwzięcia, bo nie znał zaklęcia Szamana Fostera. Credo miał po kochanka pojechać i zabrać go na Gwiazdkę do portalu, ale pan przyłapał do z Johnem przy ucieczce. Johna zabito, a Credo wychłostano.
Ryan skrzywił się i pomyślał o wszystkim tym, czym groził mu Roger The Cutas i że bardzo chętnie by te wszystkie groźby zrealizował na takich skurwysynach jak właściciel Credo.
— Zajebiście, jacy to nasi Amerykańscy przodkowie byli dobroduszni… — odpowiedział z ironią. — Ale dobra, jeśli nie pomieszałem nic w tej twojej skrótowej opowieści, Credo i jego kochanek dalej żyje. Dlaczego nie chce przybyć do portalu?
— Nie zdążyłby już pojechać po swojego kochanka, a bez niego nie chce się przenosić.
— Za dużo Szekspira czytali, czy jak…?
— Oni nie umieją czytać…
— Och. No tak. A ja ich wszystkich przenoszę do naszych czasów. Ciekawe, dlaczego w światowych rankingach inteligencji obywateli Stany Zjednoczone wypadają tak słabo…
Tęczowy Guru westchnął, a w powietrzu wokół niego rozpylił się różowy pyłek.
— Działamy dla dobra uciśnionych. Nie marudź, mój drogi.
— Żeby jeszcze ktoś z Marvela stworzył na naszej podstawie komiks, to może bym uznał to za dochodowe, a tu nawet DC nami gardzi… — zamarudził Ryan, bo mroźne okoliczności wcale nie nastrajały go do heroicznej walki o prawa równości.
Adwokat Walter zafrasował się jeszcze bardziej.
— Powstała manga… — spróbował.
— „Wyzwolony Ryan w walce z tentaclami”. To hentaiec…
— … wciąż manga… — odparł już z mniejszym przekonaniem jego rozmówca z centrali, po czym postanowił wrócić do głównego tematu i porzucić ten niewygodny. — Ale, ale, mój drogi, masz jakiś pomysł, jak załatwić sprawę z Credo?
— Tak. Podeślij mu jakąś pomoc od Wróża Jasona, bo ja niestety jestem tu tylko Wyzwoleńcem. Wyzwoleńcem, mój kochany, tęczowy prawniku, który na pewno bardzo dobrze znasz cały kodeks i wszystkie dołączone do niego ustawy. Włącznie z nowelizacjami naszego nowego rządu. Tymi cofniętymi też… Nieważne. W naszym kodeksie Wyzwoleniec ma robić co…? No tak! Przepuszczać uciśnionych przez portal. Role są podzielone i za magię odpowiada tu nasz kochany Wróż, więc bardzo cię proszę, zerknij do Palarni i poproś go, by ruszył swoje chude dupsko i coś zrobił, bo jednak byłoby kiepsko, gdyby przez jego lenistwo premia przeszła mi obok nosa. A przypominam, że jak liczba spadnie poniżej czterysta dziesięć, to moja premia będzie…
— Mniejsza o dziesięć procent. Pamiętam — Tęczowy Guru przerwał mu, bo już widział, że Ryan się zapędził. A jak Ryan się zapędzi, to całe przedsięwzięcie może wziąć w łeb, tak jak pięć lat temu, gdy monolog chłopaka trwał do Sylwestra, a ten połapał się, że nikogo nie przeprowadził przez portal, gdy zaczęto puszczać sztuczne ognie. — Więc zmykam do Palarni. Jakby co, jesteśmy w kontakcie.
Adwokat Walter się rozłączył, a Ryan dodał tylko pod nosem, że jednak trudno tu będzie załadować telefon.

***

Wszystko dzięki czarodziejskiej zapalniczce. William nie wierzył w to wszystko, co go ostatnio spotykało. A już zdecydowanie trudno było mu uwierzyć w to, że w laboratorium swojej matki potajemnie buduje wielkiego, mechanicznego pająka i że w budowie pomaga mu mały, ale przeraźliwie chudy, latający koleś z dziwnymi znakami na ciele, które dotąd widywał tylko w książkach o Indianach. I że ten chudy ktoś przedstawia się jako Wróż.
— To naprawdę fascynujące… ale cały czas jestem pewien, że powinienem się uszczypnąć, bo to wszystko jest snem — powiedział na wydechu, pełen emocji.
Cały czas popatrywał na rozbrojoną na części mechaniczną zapalniczkę, którą podarował mu Wróż, żeby mógł na podstawie jej minimalnego silniczka zrobić napęd pająka.
— Ja cię szczypać nie będę, mogę co najwyżej przypalić — zasugerował Wróż Jason z uśmiechem chochlika.
Fruwał wokół pracującego młodzieńca, a z jego szarych skrzydełek sypał się popiół. Dla Williama bardziej wyglądał jak mała, piekielna istota, którą wyczarowali z popiołów indiańscy szamani. Ale to nie było ważne. Istotne za to było to, że dzięki temu pająkowi Credo będzie mógł szybko dostać się do swojego kochanka, żeby razem z nim przejść przez portal do czasów odległych o kilka stuleci i wieść bezpieczne życie. W ogóle, kiedy Credo mu to opowiedział, William nie wierzył. Do czasu, aż wczorajszej nocy zawitał do niego Wróż. Wystraszył się go i uderzył swoim opasłym egzemplarzem Powszechnej Medycyny, a do teraz na białej ścianie jego sypialni znajduje się odbity, szary odcisk w kształcie tego chudzielca. Od tego czasu Wróż Jason nie szczędzi mu złośliwości.
— Nie, dziękuję. Przypalenie to bardzo mało przyjemne doznanie.
Wróż Jason zrobił kółeczko w powietrzu i zamruczał do siebie:
— No jeśli Wieszcz Marvin ma rację, to się jeszcze przekonasz jak bardzo…
— Słucham?
— Nic, nic. Twórz dalej, słońce. — Jason uśmiechnął się i usiadł sobie na metalowym odwłoku powstającego pojazdu, by obserwować dalsze zmagania panicza Lockerbie.
Ten więc uznał jego mamrotanie za mało istotne i wrócił do pracy. Był zbyt zajęty tworzeniem tego działa, by z nim rozmawiać. Może jednak powinien zostać mechanikiem…?

***

Pędzenie na mechanicznym, wielkim pająku było niesamowicie szybkie i pobudzające pracę serca do takiego stopnia, że krew niemal gotowała się w żyłach. Przez całą drogę nastoletni William Lockerbie miał wzwód i mimo że zapewnił Credo o tym, że ten powstał w wyniku podniecenia własną pracą, to czarnoskóry mężczyzna wcale nie był pewien, czy nie powinien się jednak odsunąć. Miejsca na ciele pająka jednak wiele nie było, więc zmuszony był siedzieć obok tego dziwnego blondyna z erekcją godną masztu przy Białym Domu. Był jednak zadowolony. Jechali po jego ukochanego i mieli co prawda tylko sześć godzin, by znaleźć się przy portalu, ale w takim tempie powinni zdążyć. Tego był przynajmniej pewien do czasu, aż nie usłyszeli… rytmicznego uderzania, które poruszało niemal całą ziemią w okolicy.
— Co to…? — William przesunął małą dźwignię przy jednym z dwunastu oczek swojego mechanicznego wozu i zatrzymał go.
Przystanęli na samym środku polany, jednak niewiele widzieli wokół, bo był już wieczór, niebo było granatowe, a nawet otaczające polanę drzewa wyglądały tylko jak cienie. Chmury nie przepuszczały blasku gwiazd czy księżyca. Wciąż jednak było słychać te niepokojące dźwięki. Jak… marsz.
— Tam… Tam chyba coś widać.
Credo wskazał na coś, co zaczęło jakby… migać na horyzoncie. Najpierw w małej ilości, ale potem migające światełka wyglądały bardziej jak linia.
— Kurwa… KKK…? — wydusił z przestrachem.
William nie potwierdził, a jedynie ściągnął brwi, zdecydowanie uznając, że coś tu jest na rzeczy. Nie, to nie mógł być Ku Klux Klan, bo ci zazwyczaj dzierżyli ogniste pochodnie. A to światło było jakby… sztuczne. Wróż Jason przestrzegał go przed tym.
— To Armia Rasistów Rogera The Cutasa.
Światełka były coraz bliżej i w końcu dwójka jeźdźców na ciele mechanicznego pająka dostrzegła szczegóły. Każdy członek armii ubrany był w niebieski mundur, a ich herb, widoczny na niesionej przez jednego osobnika fladze, miał na sobie wzór przedstawiający skrzyżowane maczugi. William nie był pewien, czy to kwestia tego, że jako nastolatek wszystko zbereźnie kojarzy, czy jednak te maczugi wyglądają jak owłosione jądra, ale nie poddawał tego rozważaniom. Wiedział, że armia była niebezpieczna.
— O! To oni! To ten asfalt i ciota, których szukamy! — zawołał ich przywódca, Roger The Cutas, gdy tylko dostrzegł pająka i dwójkę na nim siedzącą.
William i Credo spojrzeli po sobie. Żadne z nich nie miało pojęcia, co oznacza słowo „asfalt” i „ciota”, ale podejrzewali, jaki był przekaz. Roger chciał ich zabić.
— Brać ich! Zasadzić im pały w dupy! No homo!
Członkowie armii wyciągnęli z pochew… drewniane pałki i rzucili się biegiem na osłupiałą dwójkę. Armia była wielka, a za plecami pająka znajdowały się bardzo gęsto rosnące drzewa, które sprawiały, że ci nie mieli drogi ucieczki. Pająk nie miał szans zmieścić się w lesie. Serce Williama przyspieszyło rytm, aż zabolały go skronie, zaś Credo przeżegnał się w oczekiwaniu na klęskę… aż naraz rozległ się głośny ryk i spomiędzy drzew wyskoczył czarny kształt. Dosłownie czarny, więc na początku nikt nie był w stanie stwierdzić, czym on jest. Ryk jednak był bardzo specyficzny i Credo połapał się, co to jest, gdy dźwięk się rozległ. A zaraz za nim krzyk bólu pierwszego żołnierza Rogera The Cutasa, gdy długie, ostre kły rozerwały jego ciało.
— To Strażnik Panter! — Credo zawołał z uśmiechem.
— Słucham…? — Przerażony William gubił się w tym, czego doświadczał i wcale nie był pewien, czy ten przerośnięty kot, gdy już posili się armią, nie zwróci się do nich z prośbą o zostanie jego deserem.
— To pomocnik Ryana Wyzwoleńca. Jesteśmy ocaleni!
Pantera zawarczała znad kolejnych zwłok i obejrzała się na nich, a jej zielone, dzikie oczy zabłysnęły wrogo.
— Spierdalać stąd, a nie „jesteśmy ocaleni”! Nie zeżrę ich wszystkich, bo jest ich, kurwa, za dużo, więc spierdalać do portalu, ale już! — warknęła i skoczyła do dalszej walki.
A William nie pytał. Nie chciał ani pały Rogera w dupie, ani kłów Pantera w nodze, więc złapał za dźwignię, pchnął, a pająk ruszył biegiem dalej, w stronę wioski kochanka Credo.
I cały ten chaos z powodu miłości… Nie wierzył, że się w to wszystko wpakował.

***

Ryan Wyzwoleniec zerknął na zegarek na ręce i ziewnął. Pierwsze dziesięć par, które waliły sobie na śnieg przed portalem, jeszcze go jarały, ale gdy już przepuścił dwieście siedemdziesiąt jeden osób, a w śniegu zrobiła się obleśna biało-czerwona plama (bo geje przechodzili na przemian z niewolnikami), zaczęło mu się zbierać na wymioty.
— Och… Teddy… tak mi dobrze… — stękał drobny, chudy gejek, klęcząc na rozłożonym kocu i wystawiając tyłek do swojego misiowatego partnera.
— Tak, cukiereczku? To będziemy zaraz ko…
— Nawet o tym nie myśl! Po dwóch minutach?! Ruszaj się! — warknął chudzielec, misiek speszył się i ze słodkim „tak, tak, cukiereczku” pieprzył go dalej.
Kwadrans później kolejny niewolnik przecinał sobie przedramię, by skropić świeżą spermę swoją krwistą zapłatą i przejść przez portal, a Ryan odhaczył go na liście. Jeszcze tylko troszkę. Księżyc powoli przesuwał się po niebie, Gwiazdka dobiegała końca, a on dalej nie widział w kolejce dwójki, którą mieli tu przytachać Wróż Jason i Adwokat Walter. Czyli im się nie udało. Oczywiście. Jak się samemu czegoś nie zrobi, to się nic nie osiągnie. A premia poszła się jebać.
Ryan westchnął i czekał, aż ta szopka się skończy, bo chciał już wrócić do swojego ciepłego Miami. Chociaż musiał przyznać, że polegiwanie na Małym Jayu było przyjemne.
Gdy ostatnia para wkroczyła do portalu, a do końca Gwiazdki zostało siedem minut, Ryan po raz ostatni rozejrzał się po pustej okolicy. Portal jeszcze migotał, spokojnie można by się było przedostać do środka, ale ani Credo, ani jego kochanka nie było wi…
— Jesteśmy, jesteśmy! — rozległo się wołanie.
Ryan obejrzał się, a Mały Jay zastrzygł uszami. I rzeczywiście. Na horyzoncie pojawił się metalowy potwór. Mały Jay zasyczał, a Ryan pacnął go w wielkie ucho.
— To metal, głupku, nie widzisz?
Mały Jay przekręcił pyszczek i szybko zaczął się oblizywać, udając, że nie było sytuacji. Ryan więc uśmiechnął się i wyszedł na spotkanie przybyłych.
Pająk zatrzymał się nieopodal, a jego długie odnóża zagłębiły się w wysokim śniegu. Z odwłoku na dół zeskoczyła dwójka czarnoskórych mężczyzn i jakiś blondyn, o którym Ryan nic nie wiedział.
— Rozumiem, że mam przyjemność z Credo, który postanowił poddać się, bo jakiś tam białas raczył wychłostać go publicznie? — zagadał Ryan, wsuwając dłonie w kieszenie swojego kożucha, którego postanowił spalić, gdy tylko wróci do domu, a następnie obsikać zgliszcza.
Niewolnik zarumienił się, ale zaraz dostał buziaka w policzek od swojego szczęśliwego z ratunku kochanka. Ten był ciemniejszy i niższy, ale całkiem uroczy. I na pewno zadowolony, że razem ze swoim facetem może wkroczyć do świata, w którym czeka ich wolność i szczęście.
— Tak… to my — mruknął Credo.
Ryan wskazał im portal.
— To zapraszam, panowie, ale niestety musicie się sprężać, bo zostało nam pięć minut. I macie szczęście, bo nie musicie się tu teraz ruchać na szybko. Skoro jesteście niewolnikami, wystarczy, jak skropicie mi tu… ooo, dokładnie tu, gdzie widzicie ten spermowy rynsztok, tak, tak, właśnie tu, swoją krwią — zachęcił z uśmiechem prezentera próbującego wcisnąć gospodyniom domowym proszek spierający najgorszą kupę niemowlaka z białego dywanu.
Niewolnicy popatrzyli po sobie z brakiem przekonania, ale podeszli do portalu, w romantyczny sposób wzajemnie podcięli sobie skórę i po skropieniu krwią śniegu wkroczyli w portal. William był osłupiały tym, co zobaczył, ale Ryan Wyzwoleniec szybko zwrócił jego uwagę na siebie.
— No… ty kolego masz niestety mniej szczęścia, bo masz tylko cztery minutki, żeby mi tu dojść.
— Hm? W cztery minuty?
— Niestety tak.
— A ile razy?
Ryan ściągnął brwi i rozejrzał się na boki, jakby pytanie było do kogoś innego.
— Co ile razy?
— Ile razy mam dojść? — William powtórzył pytanie tonem, jakby rozmawiali o dzisiejszych obfitych opadach śniegu.
Ryan zdębiał i uśmiechnął się wymuszenie.
— Wystarczy raz… I nie, nie będę drążyć chyba…
— Ale właściwie po co mam…
William Lockerbie nie skończył pytania, bo naraz krzyknął krótko, gdy za plecami Ryana zmaterializował się osobnik, któremu musiało tu być bardzo zimno. Miał w końcu na sobie jedynie czerwone kabaretki, czarne buty na obcasie i szminkę na ustach. Sutki zesztywniały mu błyskawicznie na tym mrozie.
Ryan obejrzał się za siebie, zlustrował przybysza i uśmiechnął się olśniewająco.
— Mmm… Wieszcz Marvin. Jak zawsze miło… i apetycznie widzieć.
— Hej — Wieszcz przywitał się kuszącym uśmiechem. — Przybyłem ci przekazać, żebyś przypadkiem nie zachęcał tego młodego przystojniaka do przejścia przez portal.
— Nie? Nie jest nasz drogi Pan Libido gejem?
— Jest… i to bardzo, bardzo napalonym, ale wieszczę mu, że szczęście osiągnie i w swoim świecie, więc nie ma potrzeby go do nas zabierać. I tak jest nas tam już dużo, a jednak góra mówi, żeby ratować tylko tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Tacy jak on dadzą sobie radę.
William ściągnął swoje jasne brwi i postąpił krok naprzód. Zerknął też krótko na portal, bo miał wrażenie, że ten zaczął blednąć. A był bardzo ciekawy, co jest za nim.
— Nie mogę z wami pójść?
Ryan obejrzał się na niego i pokręcił głową.
— Co ja mogę na to poradzić, hm? Jak mamy takie rozkazy, to niestety nie możemy cię zabrać, choć coś mi mówi, że i tak twoja karnacja nie pozwoliłaby ci wylegiwać się godzinami na plaży… a wiele więcej nasze czasy właściwie do zaoferowania nie mają. Okej, mamy jeszcze burgery, Budweisera i… no tak! Wy tu nie macie samochodów! — zawołał i odwrócił się do Wieszcza Marvina. — Na pewno nie możemy tego nieszczęśnika uratować?
Czerwone usta Wieszcza wykrzywiły się w uśmiechu.
— Niestety nie. Ale mówiłem. Będzie szczęśliwy.
— Skąd wiesz…? — William zapytał z obawą.
— Bo pozwolę ci wypowiedzieć życzenie — Marvin podszedł do niego powoli, zmysłowo i seksownie, mimo wysokiego śniegu doskonale sobie radząc z obcasami. — Spełnię, cokolwiek sobie zamarzysz.
William wciągnął zimne powietrze do płuc i zastygł, jakby i czas stanął w miejscu. Miał nawet wrażenie, że płatki spadały z nieba w wolniejszym tempie, a Ryan zupełnie się nie ruszał, niczym rzeźba lodowa. Zrobiło się też dziwnie cicho. Zaś gdy się odezwał, dźwięk jego głosu zawibrował w powietrzu.
— Chcę… chcę nieziemsko przystojnego mężczyzny, który kiedyś mnie pokocha…
Wieszcz Marvin uśmiechnął się wdzięcznie, wykonał niemal kobiecy gest swoją męską dłonią, a gdzieś w oddali zadzwoniły dzwoneczki.
— I będzie ci dane…

KONIEC

18 thoughts on “Bonus – Świąteczne wyzwolenie

  1. Katka pisze:

    Linerivaillen, bardzo doceniamy, bardzo :D Tak jak każde wejście do nas w tę szczególną noc :D Miło nam strasznie. I tym lepiej, że tekst się podobał :D

    Kasia G., jeżeli się szczerzyłaś do końca, to super, taki był plan! Głupawki muszą wzbudzać radochę, choć czasem się obawiam, ze niektórzy mogą uznać to za żałosny komizm najniższych lotów, haha, bo wysublimowanych żartów tu nie ma, niemniej, jak się podobało i jak widzę jeszcze nikt tego tekstu nie zjechał, to chyba nie musimy się obawiać XD Dziękujemy za życzenia i Tobie również ślemy uściski!

  2. Kasia G. pisze:

    Niesamowite :) Myślałam że coś mi się pomyliło kiedy przeczytałam o Rayanie Wyzwoleńcu i jego kocie, ale już za chwilę przy Rogerze the cutas zajarzyłam i szczerzyłam się już do samego końca :) Cudownie ujęłyście najlepsze z cech charakterystycznych występujących tu postaci. Jason wróż odciśnięty na ścianie u Williama rozłożył mnie na łopatki, a tęczowy guru i sypiący się brokat po prostu powala. Boskie też było kiedy William zapytał ile razy ma dojść w te 4 minuty :D Przypomniało mi się jego wieczne napalenie :) Cudowne oderwanie od rzeczywistości :) Wszystkiego najlepszego na Nowy Rok Wam życzę :)

  3. linerivaillen pisze:

    PIĘKNE. NIE UMIEM MĄDRZEJ. DOCEŃCIE, ŹE JESTEŚ W TAJLANDII I PISZĘ TO NA GODZINĘ PRZED NOWYM ROKIEM. Bardzo przepraszam za Caps Locka. Po prostu moi ukochani (William, Jason i Marvin) w jednym opowiadaniu To szczyt marzeń.

  4. Katka pisze:

    Wadera, to, co ćpamy, to nasza słodka tajemnica XD A Jason na pewno był baaaardzo zadowolony ze swojej roli! Fajnie, że się podobało i fajnie, że dobrze rozluźniło przed pracą. Ja niestety też pracuję, ale na szczęści dziś tylko 4,5 godziny. Ach, a Williama zdolności do dochodzenia… nie wiem ile razy, ale na pewno jest w stanie z dnia na dzień pobijać własne rekordy XD I dzięki za miłe słowa. Lubimy sobie robić jaja z naszych postaci ;) To takie rozluźniające XD

  5. Wadera pisze:

    Ha! jeszcze nie skończyłam czytać, ale … Tęczowy Guru? Serio? Rozwaliło mnie to XD
    Wieszcz Marvin ? Co ćpałyście i dlaczego tym nie dilujecie? (jeśli dilujecie to ja się piszę :P )
    Właśnie wyobraziłam sobie minę Jasona na wieść że został „wróżem” bezcenny widok :)))
    Dobra już przeczytałam :D
    Naprawdę super relaksujęce opowiadanie w sam raz żeby się rozluźnić przed siedmioma godzinami w pracy w sylwestra.
    Wiliama i jego SL (super libido) uwielbiam – Ile razy? (boskie!!! ;) ) Swoją drogą ile razy w sprzyjających warunkach ( z Jaffem u boku) dałby radę w te 4 min? Ciekawa jestem *diabełek*
    Jesteście Dziewczyny jedynymi autorkami które znam, które same tworzą takie cuda z własnych opowiadań i uwielbiam TO!!!

  6. Katka pisze:

    Kasia, och tak, to dla nas bardzo, bardzo miły komplement, kiedy okazuje się, że nasze opowiadania komuś poprawiły humor. To naprawdę super, że możemy komuś pomóc tak na odległość i trochę nieświadomie :) Szczególnie, że kiedy się jest zmęczonym i wkurzonym, to trudno o śmianie się. A jak się udało Cię rozśmieszyć, to bardzo się cieszę :) Ale oby jak najmniej takich przykrych dni w nowym roku! Również zyczymy cudownego sylwestra!

    Lexi, BOŻE! Jason ma traumę, hahaha! Ale genialna wróżka, no genialna! Bije system na głowę! :D

  7. Kasia pisze:

    Armia Rasistów Rogera The Cutasa – Realy?? O jezu dziewczyny wy trzymacie mnie przy zyciu poprostu. Po calym okropnym dniu lawirowania miedzy chorym dzieckiem a wkurwiajacym bylym facetem siadam do kompa zrezygnowana i wypruta z wszelkich sil i zaczynam czytac wasz bonus iiii zaczynam smiac sie jak opetana tego mi bylo trzeba na was zawsze mozna liczyc dzieki dziewczyny. Juz nie moge sie doczekac prologu . Zycze wam szczescia w nowym roku i szampanskiej zabawy w sylwestra oraz WENY!!!!

  8. Katka pisze:

    Kayuri, lesbijki to powinna wyzwalać Lucy z NBTS XD Może i mają taki projekt tajny gdzieś i jest w nim Lucy Wyzwolicielka XD

    MoNoMu, yey, fajnie, że udało się nam Ciebie rozśmieszyć XD Nie na wszystkich działa taki głupi humor, bo jest to komizm raczej niskich lotów, haha, ale takie było założenie, więc jak rozbawiło, to super :D Och i jak dzielnie bronisz Lenniaka! :D Tak, na pewno gdyby był odpowiednio napalony to by się dobrał do Ryana. Opcja z wycięciem dziurki zajebista XD Będzie mi się śnić po nocach XD

    Saki, jak widać nawet taki psychiczny Willuś ma prozaiczne, ludzkie pragnienia XD A to, co wdychamy, to nasza tajemnica, bo inaczej jeszcze ktoś inny by zaczął pisać takie zajebiste opowiadania… XD żaaarcik. Ale super, że się podobało :D Mam zaciesz :D

  9. saki2709 pisze:

    To było genialne XD Zarówno nazwy, jak i cała akcja. Nie wiem, co Wy brałyście, jak to pisałyście, ale róbcie tak częściej :D Czekam z niecierpliwością na wyznanie Jeffa i pierwszy rozdział trzeciej części ATCL. Życzenie Willa było mega słodkie, jak na niego. Rozwaliło mnie to, jak się zastanawiał, jak wygląda śnieg zabarwiony krwią XD To takie w jego stylu.
    Pozdrawiam i życzę weny

  10. MoNoMu pisze:

    Rzadko oglądając/czytając komedie, śmieję się na głos, ale The Cutas rozwalił system xD Musiałam się roześmiać. Ogólnie całe opowiadanko jakby pisane na fazie po prostu… Czyżby dziewczyny pomyliły świąteczną jemiołę z jakimś innym ziołem? ;)
    Bardzo mi się podobało, takie pozytywnie zakręcone. Ale w jedno nie mogę uwierzyć: „jeśli akurat Lenny by go zobaczył (co było mało prawdopodobne, bo pewnie teraz się drań wygrzewał na słońcu w Miami), to nawet on by pewnie nie kłopotał się dobieraniem się do niego, rozbieraniem tych warstw […]” Czy tylko ja tak mocno wierzę w libido i spryt dredziastego? xD Może rzeczywiście nie chciałoby mu się rozbierać cebulki, ale wystarczy tylko wykroić dziurkę w odpowiednim miejscu…
    Łoł, ja chyba też mam jakąś świąteczną fazę, skoro mój umysł podpowiada mi takie obrazy… xD Za wysoki poziom cukru czy coś.

  11. Katka pisze:

    Damiann, tak, William i chociażby Ryan nie są w jednym opowiadaniu ;) Lubimy takie misz masze. W wielu naszych tworach coś takiego znajdziesz :D Haha, no a skąd bierzemy nazwy? Z wyobraźni XD Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś, czytając ;)

    Asus, faaaaaaajnie, że bonus tak się spodobał :D Szczególnie za komplement biorę to, że musiałaś kilka razy sprawdzać, czy dobrze przeczytałaś XD Bo to miała być głupawka, a tylko na głupawki się tak reaguje XD A Jason w sukience musi być słodki! Dzięki za miły komentarz! :D

    O., oj tak, była faza przy pisaniu XD

    Liv, „ Jeff pokocha Willa czy „już” go kocha?” – jeszcze nie wiem, jak mu przejdzie przez gardło, ale chyba wszyscy mamy nadzieję, że tak się stanie XD Will na pewno w duchu też :D Dzięki za te wyłapane smaczki. Zawsze jakoś przyjemnie się czyta komentarz, jak wspominacie konkrety, które się Wam podobały. Mamy zaciesz, że bonusik przypadł do gustu :D Bierzemy to za zielone światło do tworzenia takich głupawek ;)

  12. Liv pisze:

    Aha, jeszcze strasznie podobało mi się to zdanie jak Will cisnął we Wróża Jaya podręcznikiem Powszechnej Medycyny. <3
    Zapłaciłabym żeby to zobaczyć.

  13. Liv pisze:

    No homo.
    Piękne to było. Oczywiście odkąd zobaczyłam, że to historia z Willem, mam na twarzy straszny wyszczerz. Ale to nic, tak się cieszę, to najlepszy (jedyny;) prezent jaki dostałam na gwiazdkę z tym roku. Roger The Cutas to chuj. Ale zakochałam się w Teddym i cukiereczku. Mały Jay i ten trochę większy są super, wszystko jest super i zaraz. Zaraz, zaraz. Jeff pokocha Willa czy „już” go kocha? Bo Will na razie nic o tym nie wie. Teraz jeszcze intensywniej czekam na ATCL. Wyobrażam sobie wyznanie Jeffka.. *.^
    I to zainteresowanie krwią na śniegu… Bardzo willowe. Teraz tylko potrzebny jest fanowski hentai, pomysł już jest. Liczę na kreatywność tych najbardziej uzdolnionych. :)))
    A życzenia noworoczne będą pewnie razem z ATCL, na razie papa, przeczytam jeszcze raz ^^

  14. Asus pisze:

    Muszę powiedzieć, że to było genialne! Ahhh tęskniłam za nimi wszystkimi, a razem tworzą mieszankę nie do pominięcia XD Ze trzy razy czytałam nazwisko pana Rogera i zastanawiałam się czy źle widzę na oczy czy po prostu powinnam już iść spać^^ Naprawdę brak mi słów… a nie, zaraz słów zabrakło jak zobaczyłam w swojej wyobraźni Jasona ze skrzydełkami. Mój biedny mózg dorobił od razu różdżkę + sukieneczkę oraz magiczny popiołowy pył… no ale co tam^^ Armia „No homo” nie miałaby szans z panem adwokatem! Broniłby swych praw niczym lew~~ Chociaż w tym wypadku mogłyby pojawić się gołąbki (nie ukrywam, że na nich czekałam) i swoją homo miłością zacukrzyć cały oddział <3
    Świetnie wam to wyszło, życzę weny na więcej takich zwariowanych pomysłów ;)

  15. damiannluntekurbus17 pisze:

    ,,Tym bardziej, że mieszkali na północy i tutaj coraz więcej obywali była za Lincolnem.” – powinno byc chyba ,,obywateli”
    Wydaje mi sie, czy tu byli bohaterowie z roznych opowiadan? Teczowy Guru, Roger The Cutas… Skad wy bierzecie takie nazwy xD Wyobrazilem sobie tego Wroza Jasona w rozowych majtkach i skrzydelkach. Nie spodobalby mi sie ten widok. Zbyt… Asfaltowo i ciotowato? XD
    I nie wiem czy wytrzymalbym patrzac na ruchanie sie 2 osob, a co dopiero 271. Nie na moje nerwy tyle spustow xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s