Newton’s Balls – 21 – Najcięższe wyzwanie

Wakacje minęły Chase’owi szybciej, niż by chciał. Do początku roku szkolnego został tydzień, co wydawało mu się straszne. Dni uciekały między palcami tak, że ledwo co się przespał z Courtneyem, a już był umówiony z kumplami na ogradzanie budy na działce dziadków. Był przy tym trochę zły, bo dziadka musiał przekupić nielegalnie zdobytym alkoholem, żeby ten się nie rzucał, że w ogóle cokolwiek robi na podwórku. Już i tak miał pretensje, kiedy ze swoim kuratorem przywieźli budę, ale autorytet osoby delegowanej przez prawo trochę ostudził jego zapędy wichrzyciela kłopotów.
— Siema, jesteś pierwszy. — Chase przywitał się z Raphaelem, kiedy ten przyjechał jako pierwszy pod jego dom. Roy też miał wpaść, ale napisał mu, że się spóźni, bo laska nie chce go z łóżka wypuścić. Ale obiecał, że będzie i Chase zamierzał to od niego wyegzekwować.
— Spoko. Mam tę siatkę i… — Raphael po wyjściu z samochodu sięgnął jeszcze po reklamówkę z dwiema butelkami Coca-Coli Cherry — picie. Wciąż jest gorąco, nie? — zagadał, zamknął pickupa i dopiero wyciągnął dłoń do Chase’a. Był od niego niższy, ubrany teraz w szary bezrękawnik z kapturem i spodenki z kieszeniami po bokach. Miał krótkie włosy, bystre spojrzenie i trochę melancholijny wyraz twarzy. Jedyne, w czym był podobny do brata, to oczy i szeroki podbródek.
— Masz też te słupki, nie? — spytał Chase, kiedy obaj obchodzili samochód, żeby wyjąć wszystkie potrzebne narzędzia i rzeczy z paki. Okazało się, że Raphael nie musiał odpowiadać, bo obaj zobaczyli niezbędne słupki zaraz po otwarciu. — Super, wszystko jest. Ciekawe, czy dużo Roy się spóźni. Jak skurwiel znowu dyma. — Zarechotał, sięgając po siatkę, bo była najcięższa, ale najłatwiej było ją nieść.
— Pewnie tak, skurczybyk. — Raphael pokręcił głową i odstawił butelki obok nowej budy, nim wrócił do samochodu, żeby pomóc kumplowi. — W ogóle czaderska ci wyszła. — Skinął na budę. — Długo ci zeszło z budowaniem? — zapytał, sięgając po skrzynkę z narzędziami. Uważał, że jego brat bardziej by się przydał do tego zajęcia, bo był większy i silniejszy, ale cóż, wykpił się treningiem na siłowni. Jakby niezłej, a do tego przydatnej siłowni nie miał tu, pomagając kumplowi w potrzebie.
— Dzięki, też uważam, że jest zajebista. Aż się śmieję, nie, że wygląda lepiej niż ten, kurwa, dom! — Chase zarechotał, kursując razem z kumplem od samochodu do budy i z powrotem. — A całość, wiesz, nie wiem, no, kilka dni. Trzeba było poprzycinać deski, nie? I jeden dzień na przykład była malowana. Bo farba jakaś, co to dwa razy i aby dobrze wyschła. Tam jebać, ważne, że jest czaderska. A jak będzie siatka i furtka na kłódkę, to będzie wypas po całości.
— Weź, nieźle się za to bierzesz. I w schronisku teraz robisz. Jakiś psiarz się z ciebie zrobi i jeszcze tu watahę założysz. — Raphael trącił go łokciem z uśmieszkiem i wziął jeszcze z pickupa dwie pary rękawic, które mogły się im przydać, żeby nie poranić dłoni przy pracy.
— Weź, ta praca w schronisku i nawet ścieranie gówna to jest lepsze od pracy u Newtonów. I w ogóle skurwiele… ja pierdolę… — Aż pokręcił głową, biorąc spray, aby narysować na ziemi linie, jak kopać. — Muszę jeszcze tego posrańca Iana przeprosić. Łapiesz w ogóle? Philip jeszcze jest — wzruszył ramionami, na moment się prostując — nie wiem. Pizda z niego jakich mało, ale chociaż nie sra wyżej niż dupę ma. A ten jego brat to totalny zjeb.
— Ej, ale ty nie mówiłeś, że to musisz odwalić do końca sierpnia? — Raphael nagle zaskoczył i rzucił mu bardziej czujne spojrzenie. Przy tym na razie usiadł na skrzynce z narzędziami. I tak nie miał co robić, póki jego kumpel nie wyznaczy miejsca i wolał też poczekać na Roya. Żeby nie odwalili całej pracy, nim ten się łaskawie zjawi.
Chase zatrzymał się tuż przed końcem malowania. Spojrzał wielkimi oczami na kumpla.
— Tak mówiłem?
— No… Bo ma iść we wrześniu do wojska. Chase, ty tego lepiej przypilnuj — odpowiedział Raphael z krzywą miną.
W tym momencie zobaczyli, jak okno od strony salonu otwiera się nagle i wychyla się z niego głowa Ester. Popatrzyła wrogo na wnuka i jego gościa, który z uprzejmym, choć trochę zlewczym „bry” uniósł jej rękę na powitanie.
— Dobry… Chase, tylko za głośno mi tu nie być! Dziadek ogląda mecz.
— To niech jak coś pogłośni, nie? — odpowiedział chłopak i przewrócił oczami, kiedy spojrzał znowu na kolegę. Zapomniał o tym wojsku. Do tego Courtney mu nie przypomniał. Dobrze, że Raphael miał głowę na karku.
— Nie mądrzyj się, macie się nie tłuc! — warknęła Ester i zatrzasnęła okno. Framuga miała już mocno odpadającą farbę, a zasłonki w oknach nie były prane chyba miesiącami. Rzeczywiście patrząc na to, można było stwierdzić, że buda Tanka wygląda lepiej.
Kiedy kobieta zniknęła ponownie w domu, Raphael przewrócił oczami.
— No to masz tydzień, nie? Dorwij go jakoś, bo będzie lipa.
Chase napiął się cały i z nieciekawą miną przeklął.
— Kurwa, ale chujnia. Że też nie mogę mu tego napisać. Wiesz, jaki z niego kutas?
— No? Coś odwalił?
Chase dopiero teraz zauważył, że za dużo mówił. Wzruszył więc tylko zlewczo ramionami i domalował do końca linię, według której mieli kopać.
Temat urwało im nadejście Roya. Przyjechał swoim samochodem, zaparkował obok pickupa Raphaela i uśmiechnął się szeroko do kumpli. Tym swoim lśniąco białym uśmiechem. Do tego jak zawsze był modnie ubrany, z czyściutkimi adidasami i w firmowej koszulce.
— Siema, mróweczki, już zapierdalacie? — Zaśmiał się w wyraźnie dobrym humorze i podał każdemu dłoń na powitanie.
— Tak jak ty zaraz też będziesz. Ubrałeś się, jebańcu, jak na wesele. Nie szkoda ci tego, skoro będziesz zapierdalał z łopatą? — Chase zaśmiał się, kiedy tylko przybił z kumplem piątkę. Był zadowolony, że Roy aż tak się nie spóźnił.
— Wypierze się — odpowiedział lekceważąco czarnoskóry chłopak i zatarł ręce. — To co, jaki jest plan? Najpierw kołki?
— Najpierw dziura w ziemi, aby Tank się nie przekopał, czy co. Więc łap za łopatę i lecisz z tym według, widzisz, tej o, pomarańczowej krechy na trawie. — Chase pokazał kumplowi, samemu sięgając po jedną z trzech łopat. — I tak na głębokość… tu łopaty, nie? I w miarę wąskie, aby nie było w chuj zakopywania.
— Styka — zgodził się Roy, a Raphael również podniósł się ze skrzynki i wziął ostatnią łopatę. — Długo nam to chyba może zejść, nie? Ciesz się, że z żadną lalą się nie umówiłem.
— „Żadną”… Ty kiedyś HIV-a złapiesz, jak nie przestaniesz zaliczać codziennie innej — przestrzegł go najmłodszy z trójki, właściciel owych łopat, które przyjechały z nim na pickupie.
Chase zaśmiał się, przypominając sobie, że sam się badał na polecenie Courtneya.
— Właśnie, weź się zbadaj. Wiesz, za darmoszkę to jest, a jak byś miał taki świstek, to laska gotowa cię jeszcze bez gumy wpuścić.
— Popierdoliło was?! — oburzył się Roy i zamachał na nich łopatą. — Nie mam żadnego syfa! Jestem odporny na takie gówna i zabezpieczam się, więc bez, kurwa, insynuacji.
— Ja się tam może zbadam, zanim przejdziemy z Shirley na ten stopień — mruknął Raphael ni to do kumpli, ni to do siebie, już biorąc się do pracy. Może w porównaniu do brata był bardziej mózgowcem, ale i tak z uwagi na swoich kumpli często zawijał z nimi na siłownię. I teraz kopanie łopatą w twardej ziemi nie stanowiło dla niego specjalnego wyzwania.
— Wiesz, mi moja laska kazała, więc… jak tam se chcesz. Poza tym, niektóre laski są pojebane, pamiętacie tę Madlen? Czy Marry, chuj, nieważne, tę co to zaciążyła, żeby kolesia wrobić w ślub? — Chase’a nie uraziły słowa Roya, a uwagę Raphaela puścił mimo uszu. Także zaczął kopać. Żywo, bo chciał, aby wszystko było dziś skończone. A kopanie wydawało mu się znacznie prostsze niż montaż furtki.
Pracowali więc sprawnie we trójkę, z babcią Chase’a popatrującą na nich co jakiś czas, ale na szczęście niewtrącającą się. Nie było też takiego skwaru, jak w dzień, kiedy Chase malował z kuratorem budę, więc praca jak na razie wcale nie była nieprzyjemna.
— No, ja bym się nawet bał bez gumy! To, to jedynie anal w chodzi w grę, a i tak cholerne panienki zbyt delikatne, bo przecież „w pupę boli” — przedrzeźnił Roy zapewne niejedną swoją jednonocną przygodę, wykrzywiając wydatne wargi.
— A miałeś w ogóle? — zagadał Chase, wspominając ostatnie i, jak na razie, niestety jedyne ruchanko z Courtneyem. Jemu się strasznie podobało. I fakt, Roy miał rację, ze swoją „dziewczyną” nie miał strachu, że wpadną.
— No, dwa razy czy trzy… Wiesz, jak się zajebiście im poślady odkształcają, jak mocniej dociśniesz? — Roy poruszył brwiami i oblizał usta. Potem cmoknął nimi, jakby kosztował same delicje. — Cacuszko! — podkreślił, wracając do kopania.
Chase roześmiał się, a Raphael przewrócił oczami.
— Debil jesteś, jak się czasami ciebie słucha — rzucił jeden z braci „aniołków”.
— Ale, ej, co? Dobrze mówi. To zajebiste jest. Jak jeszcze laska ma taką zajebistą dupcię. To jak ugniatanie tych ich ud. Do tego jak dochodzą, to cię aż tak zaciskają, wiesz, nie każda, kurwa, lalunia wie, czym jest Kegel, czy jak mu tam — odparł Chase i na moment wbił szpadel w ziemię. Przy okazji pochwalił się swoją nową wiedzą, jaką o dziwo uzyskał od Asha ze złomowiska, który przyszedł pijany do pracy i opowiadał o swojej pierwszej.
— E… co…? — Roy nie załapał za bardzo, a nawet Raphael spojrzał na Chase’a jakoś tak ciekawiej. — Jaki, kurwa, kegel? I nie mów, że miałeś anal, pało!
— No mięśnie jakieś w cipie. Ponoć, wiesz, laski na piłkach czasami je ćwiczą — wyjaśnił Chase najpierw z dumą w głosie, czym są mięśnie Kegla, po czym dodał z szerokim uśmiechem: — I tak, tępe chuje, miałem anala. Podwójny spust!
Raphael uniósł wysoko brwi i na moment zapomniał o kopaniu dziury. Roy za to wyprostował się zupełnie i zrobił wielkie oczy.
— Pierdolisz! Ta twoja nowa dała ci się w dupę dwa razy spuścić? Coś ty jej, skurwysynu, dał, że ci dała? Jednej mojej musiałem pilnować przez cały dzień małej siostry, a druga była tak ujebana, że nawet nie wiedziała, że bierze w zad.
Chase zarechotał, wyjątkowo rozbawiony mękami kumpla. Do tego był dumny ze swojej „dziewczyny” i z siebie, że udało mu się dwa razy dojść.
— Ale z ciebie lamus, ja jebię! — Zarechotał głośno. — Byłem miły i mi dała. Do tego lubi, łapiesz, luuubi moją pałę.
— Moją też lubią — obruszył się czarnoskóry chłopak i z większą zaciętością zaczął kopać dół.
— Chase ma starszą niż twoje szesnastki, Roy, starsze są bardziej doświadczone, to co się dziwisz? — podsumował Raphael, również kopiąc dalej. — Teraz, w naszym wieku, powinniśmy se właśnie takie wyhaczać. A jak się od nich nauczymy, co i jak, to potem na studiach zarywać młode dziewczyny.
Chase także wrócił do machania łopatą, ale i tak rzucił Raphaelowi krzywe spojrzenie. Niby mądrze gadał, ale…
— Czy ty masz jakiś biznes-ruchany-plan? Bo gadasz, jakbyś se to w kalendarzu rozpisał.
— Nie. Shirley przecież też ma szesnaście lat, jak ja — odpowiedział spokojnie chłopak. — Tylko tak by było najrozsądniej. Starsza też wie, jak się zabezpieczać i w ogóle.
— Ale ciąga po lekarzach, więc Roy z tą swoją niechęcią by raczej takiej nie puknął. — Chase z rozbawieniem rzucił wyzywające spojrzenie ciemnoskóremu kumplowi.
— Za dużo zachodu — stwierdził Roy, machając na nich dłonią. — Ten cały syf by zajął więcej czasu niż sam numerek. Po chuja? To wy się związkujecie, mi się nie chce. Dobrze, że Gabe też tylko rucha, bo jeszcze by wszyscy moi kumple, kurwa, za rączkę latali. — Pokręcił głową z niesmakiem.
— Ja chociaż dostaję dobrego loda za tę rączkę, więc… — Chase zawiesił głos i wzruszył ramionami. Zawsze wkurzało go, że laski obciągały od niechcenia. Aby to było tylko zaliczone i można było przejść dalej.
Wbił kolejny raz łopatę w ziemię i prawie zderzył się z tą Raphaela. Zerknął, czy Roy już kończy. Kończył, a dzięki rozmowie zajęło im to dużo mniej czasu, niż zakładał.
— Skubany… — mruknął Roy, popatrując na Chase’a. Zazwyczaj to pozostała trójka patrzyła na niego z zazdrością, bo naprawdę nieźle umiał bajerować i to on miał największe doświadczenia w łóżku. A teraz było odwrotnie. To on zazdrościł Chase’owi.
Raphael odrzucił łopatę i poszedł po słupki. Miał nadzieję, że będą stać stabilnie. Nie chciał się głowić, jak to zrobić lepiej i spędzić tu całego dnia. Liczył, że po wszystkim gdzieś wyskoczą na miasto.
Pierwsza próba zakopania słupka okazała się jedną wielką porażką. Ten chybotał się na boki i nie było opcji, aby utrzymał skaczącego na niego psa. Potem wpadli na pomysł wbicia dodatkowo słupków w ziemię. To zajęło im za dużo czasu, jak to określił Roy, ale przynajmniej teraz, kiedy napinali siatkę, ta była stabilna i cała konstrukcja nie groziła zawaleniem.
W tym czasie Ester Lash zdążyła wyjść z domu na bingo. Jak zwykle ubrana jak na jakąś galę, żeby zaimponować innym graczom. Właściwie to wyglądała elegancko tylko według siebie, bo tak naprawdę jej strój zwykle zajeżdżał kiczem. Jednak ani Chase, ani Roy, ani Raphael tego nie skomentowali. Pracowali dalej w spokoju.
Naraz dźwięk smsa oznajmił Royowi, że to dobry moment, aby chociaż na chwilę wykpić się od pracy i zostawiwszy ją dwójce kumpli, odczytać wiadomość. Ci, jak z początku byli tym zirytowani, tak potem się jednak rozchmurzyli. A to wszystko za sprawą informacji od czarnoskórego chłopaka.
— No! Zajebiście, chłopaki, w poniedziałek będzie biba! To potem akurat dwa dni na odchorowanie i do budy. — Zaśmiał się, machając telefonem. — U Chelsea, ma pustą chatę, masa ludzisk z budy będzie.
— To zabieramy się wspólnie, czy tam schodzimy? — spytał Chase pierwszy, bo Raphael akurat skupiony był na zakładaniu metalowych zaczepów na słupki i przymocowywaniu dzięki nim siatki.
— Ej, i napisz przy okazji mojemu tępemu bratu, co? Albo zadzwoń do niego, bo mi trochę ręki brakuje — dodał Raphael.
— Dobra, spoko loko, zadzwonię — podchwycił Roy, a do Chase’a rzucił: — Może na miejscu, co? Bo ja samochodu nie będę, kurna, brał, bo może się uda jakiś alkohol dorwać, a nie jestem idiotą, który zostawia auto przy domu, w którym się odbywa ostatnia wakacyjna impra, nie?
— Dobra, spoko. — Chase mruknął na zgodę, widząc sens w wypowiedzi kumpla. Zaraz po tym zrobił sobie z trzecim chłopakiem małą przerwę. Została im tylko furtka. I zaledwie dwie, trzy godziny do zmierzchu. Zajęło im to cały dzień, byli głodni, ale w domu nic do jedzenia nie mieli, zaś zamawianie pizzy było ryzykowne ze względu na dziadka Chase’a. Jeszcze by wywęszył żarcie. Pili więc tylko colę, którą przyniósł Raphael. Chase w duchu dziękował, że musi się martwić jedynie o swoje jedzenie. Zazwyczaj jeszcze dochodziło martwienie się o to, czy Tank miał coś w pysku.
Roy odszedł kawałek na bok, żeby zadzwonić do Gabriela i poinformować go o wszystkim, a Raphael przysiadł na trawie obok Chase’a i sięgnął po resztki coli w butelce.
— Nieźle wygląda, nie? — zagadał, wskazując na płot.
— No, ful profeska. — Nowy właściciel budy i wybiegu uśmiechnął się szeroko. — Będzie Tank miał pałace. I nikt się nie dopierdoli i nie będzie chciał mi psa zabrać.
— No… Twój dziadek to kutas — mruknął jego rozmówca i gdy się napił, podał mu butelkę.
Chase westchnął ciężko i pociągnął łyk napoju. Wgapiał się przy tym gdzieś w przestrzeń dobrą chwilę.
— Ej, Raph, weź mi powiedz, jak ty byś przeprosił Iana? Wiesz, gdybyś musiał.
— Byłbym obojętny. Jeśli chcesz odwalić swoje, ale przy tym chuja wkurwić, to pokaż, że cię to nie rusza. Możesz być nawet miły. Nic tak nie wkurwia, jak miły wróg.
Chase psyknął pod nosem. Już czuł w kościach, że nie podoba mu się ten plan, ale mózg podpowiadał mu, że Raphael ma rację.
— No, może… Chujnia z tym. A z innej beki, myślisz, że w ciągu tego roku Roy wpadnie?
Raphael od razu spojrzał mu czujniej w oczy i wyciągnął do niego dłoń z jedną ze swoich min pod tytułem „robimy interesy”.
— Sto dolców, że w ciągu pierwszego semestru.
Chase zerknął krótko na odwróconego do nich plecami Roya, który cały czas nawijał przez telefon.
— Nie no, weź, ja obstawiam, że wstrzeli się na Sylwka.
— Jak przed Sylwkiem, stówa moja. Jak po, twoja.
Chase przygryzł dolną wargę i uścisnął kumplowi dłoń. Nie miał żadnych moralnych zahamowań, żeby zakładać się o coś tak niemoralnego.
— Stoi. Tylko mu gum nie dziuraw.
— Nie zamierzam, to ma być fair play — potwierdził Raphael i wyprostował się, kiedy czarnoskóry chłopak wreszcie się do nich zbliżył.
— Co się panienki opierniczają? Montujemy tę jebaną furtkę i zawijamy na jakieś żarcie, bo zacznę żałować, że nie wziąłem tego pudełka z kanapkami od mamy!
Skinęli mu głowami i otrzepali jeszcze spodnie na tyłkach. Każdy był głodny i zmęczony, ale mieli dobre humory. Lubili spędzać wspólnie czas, a do tego, robili coś pożytecznego. Nie dla miasta czy ogólnego dobra. Ale dla siebie. I z jakichś powodów taka praca była przyjemniejsza, a do tego nie zostało im jej już wiele. Wszystko wyglądało jak na razie bardzo porządnie. To był dobry dzień.

***

Philip z brakiem entuzjazmu przyglądał się, jak jego brat się pakuje, przygotowuje i od tygodnia opowiadał o wojsku. Już sam nie wiedział, czy jest zadowolony z wyjazdu brata, czy wręcz przeciwnie. Bo z jednej strony był to jego brat, z drugiej, nadal się nie pogodzili po tym, jak ten go uderzył. Rodzice też zachowywali się przez to dziwnie. Słyszał częściej, jak mama z tatą się kłócą. Począwszy od tego, kto ma rację, skończywszy na bardziej drobiazgowych tematach, właśnie takich jak wyjazd Iana. Sam nie wiedział, co o tym myśleć. Był zagubiony. A do tego już nie widywał Chase’a i nie miał jak spytać, co ma zrobić, kiedy wróci do szkoły. To, że on przestał go nękać, nie znaczyło, że wszyscy przestaną.
— Podasz mi te bluzki? — Ian przerwał jego rozmyślania, unosząc głowę znad dużego plecaka i wskazując na poskładane przez ich mamę koszulki leżące na biurku. W końcu Philip siedział obok, mógł więc na coś się przydać.
Młodszy z braci obejrzał się na ubrania. Zsunął się z parapetu, zabrał je i podał Ianowi.
— Wiesz, że tam sam będziesz musiał składać ciuchy, co nie?
Ian rzucił mu ostre spojrzenie i wcisnął ubrania do plecaka.
— Wiem i nie mam z tym problemu. Wiesz, że teraz sam będziesz o siebie dbać w szkole? — odpowiedział wymownie i pokręcił głową.
Philip nie był głupi i wiedział, że Ian miał mu za złe to, co powiedział ostatnio przy swoim prześladowcy. Musiało to bardzo mocno zakłuć w jego męską dumę i w pewien sposób go obnażyć, bo ewidentnie nie chciał nawet o tym rozmawiać. Był jednak zły na brata i było to widać.
— Nie, żebyś pomagał mi cały rok — mruknął pod nosem Philip i wrócił na swoje miejsce. I chociaż było faktycznie tak, jak mówił, to tylko dlatego, że nie powiedział Ianowi ani nikomu, że ma problemy. Ale oni też niczego nie zauważyli.
— Trzeba było powiedzieć wcześniej, to ten dupek nie zdzierałby z ciebie kasy cały rok! — fuknął Ian i uniósł się znad plecaka. — Dobra, sorry. Weź, Phil, jestem tu ostatnie dni, będziesz się tak zachowywał jak jakaś mimoza i mędził? Teraz ci już nie pomogę, weź się w garść, bo ci znowu ktoś wejdzie na głowę! — Rozłożył przy tym ramiona, wykrzywiając usta w irytacji.
Młodszy chłopak strapił się jeszcze bardziej i wzruszył ramionami, chowając się w swojej bezpiecznej pozie z rękami oplatającymi kolana.
— Może nie wejdzie. Zresztą, ja tak nie umiem. Będę starał się zwyczajnie trzymać z dala od problemów. I nie mów, że jestem mimozą — burknął smutno pod nosem.
Ian wywrócił oczami i usiadł ciężko na swoim łóżku. Kilka ostatnich dni w wygodnym domu, na wygodnym posłaniu. Wiedział, że potem będzie inaczej, ale jarało go to.
— Bo jesteś — jęknął. — No, ale dobra, dasz se radę. Trzymaj się w grupie, nie łaź sam, to będzie okej.
— Jakby cię to szczególnie obchodziło — mruknął cicho Philip. — Zresztą, to całe wojsko, serio chcesz tam iść? — spytał z brakiem przekonania na twarzy, kiedy spojrzał na brata.
— No, chcę. Zawsze chciałem. Dzieciakom się szybko odwiduje zostanie policjantem, strażakiem czy astronautą… ale jak widzisz nie mi. Tata to nieźle pielęgnował poza tym — prychnął, siedząc luźno i tak inaczej niż Philip. Wyglądał na pewnego siebie i silnego i jedynie przy ojcu stawał się często napięty i, nie raz, zestresowany.
Philip zamruczał potakująco i z małym przekonaniem. Chwilę trwali tak w ciszy, aż w końcu odważył się spytać.
— Ej, Ian… nadal jestem zły… że mnie uderzyłeś, ale… myślisz, że teraz to przejdzie z ciebie na mnie? Wiesz? Ojciec?
Ian skrzywił się odruchowo, ale po tym ułamku sekundy zapanował nad mimiką twarz i przybrał kamienny wyraz. Jakby to, jak traktował go ojciec, wcale mu nie wadziło.
— Nie, spoko, brat. Oni się chyba nami podzielili, wiesz, ja taty, ty mamy. Zresztą, pewnie będę musiał mu się spowiadać, bo będzie cały czas chciał mieć tę swoją… kontrolę — prychnął. — Nie cykorz.
— Nie cykorzę aż tak bardzo… tylko… — Westchnął ciężko, opierając brodę o kolana. — Nie rozumiem, czemu tak to jest. Znaczy, wiesz, ty, tata. A potem Chase i ty? Bo wiesz… nie chcę, żebyś taki był.
— Jaki…? — Ian tym razem spojrzał na niego bardziej podejrzliwie, jakby wcale nie chciał usłyszeć wyjaśnienia tego, o co pytał.
— No taki… jak tata względem ciebie? — spytał Philip, bo bał się ostrej reakcji na to, co powiedział.
Ian zassał dolną wargę i potarł dłonią po swoich krótko ściętych, kasztanowych włosach. Nie umiał na to odpowiedzieć. W grupie rówieśniczej zawsze był tym pewnym siebie, ostro reagującym i twardym. Tak się nauczył.
— Jestem sobą — mruknął.
Philip nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową, przyznając bratu rację. Nie lubił wchodzić w konflikty. A konflikty z Ianem były jak konflikty ich matki z tatą. Było więc sporo racji w stwierdzeniu, że rodzice się nimi „podzielili”.
Ian jeszcze chwilę tylko na niego patrzył, po czym wstał i zbliżywszy się, potargał go po włosach, jak małego chłopczyka.
— Sorry za to, że cię walnąłem.
Philip spojrzał na niego jak zbity pies.
— To nie było fajne — mruknął z żalem, ale też czując, że nic na to nie poradzi i dłużej nie ma sensu się złościć.
Jego brat niechętnie przyznał mu rację skinieniem głowy.
— Wiem. Dlatego przepraszam. Ale jestem ostatnie dni w domu, więc chcę, żebyśmy się pożegnali pokojowo. Możemy zacząć od pooglądania razem TV, póki rodziców jeszcze nie ma.
Młodszy chłopak spojrzał na Iana, jak zawsze niepewnie, po czym skinął głową.
— Okej… Może być. Może obejrzymy jakiś film, hm?
— Może być, tylko weź ten swój dysk, bo ty masz więcej filmów, chomiku — odpowiedział z uśmieszkiem Ian i porzuciwszy na razie pakowanie się, poszedł do wyjścia ze swojego pokoju. Wiedział, że jak rodzice wrócą, to jego wyjazd znowu będzie głównym tematem i nie będzie miał szans na spokojne cieszenie się ostatnimi dniami w domu.
Philip już żywiej pokiwał głową. Zeskoczył z parapetu i udał się po wspomniany dysk. Zaraz potem byli obaj na dole przed dużym, płaskim telewizorem i podpinali pod niego sprzęt, aby coś wybrać i obejrzeć.
W domu było spokojnie i pusto. Z otwartych okien do środka wlatywało świeże, ciepłe powietrze. Mama zostawiła im ciastka pod szklaną przykrywką. Wszystko było zadbane, czyste i schludne. Ojciec nie znosił nieporządku, a matka zawsze cieszyła się, mogąc dbać o dom. Teraz, kiedy oboje wyjechali na kolację do znajomych, bracia mogli korzystać z domu w swoim towarzystwie, a wspólne oglądanie filmów zawsze dobrze im służyło. Bo jeśli o to chodziło, to mieli nawet podobny gust. Wybrali więc jakiś kryminał psychologiczny i wygodnie się rozsiedli.
Powoli robiło się ciemniej za oknem, a atmosfera w filmie nadawała specyficznego dreszczyku emocji. Akurat wtedy, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Philip niemalże podskoczył na kanapie, po czym w miarę złapał oddech, zachowując zdrowe zmysły. I tak spojrzał na Iana, czy to on otworzy, kiedy pukanie ponowił dzwonek.
— Jezu, kogo niesie…? Siedź. — Ian westchnął ciężko i kiedy jego brat zastopował film, poszedł otworzyć.
Przed drzwiami zastała go duża niespodzianka. Chase Lash stał w bluzie z kapturem i dłońmi w kieszeniach. Zajrzał za ramię Iana, kiedy ten otworzył, po czym dopiero spytał:
— Są wasi starzy?
Ian, który uniósł brwi na widok gościa, prychnął cicho i bynajmniej szerzej drzwi nie otworzył.
— Nie. Jestem z Philem. Czego chcesz?
— Załatwić formalności, nim pojedziesz. I, wiesz, potrzebuję do tego Philipa jeszcze, jebane formalności. — Chase nie wyglądał na zachwyconego, że tu jest i bynajmniej taki też nie mógł być. Nie był mistrzem ukrywania emocji.
— Jakie formal… — Ian już miał zapytać, ale w połowie wypowiadania zdania dopiero sobie przypomniał, że przecież Chase miał go przeprosić! Zupełnie o tym nie myślał przez sprawę własnego wyjazdu. Był więc mocno zaskoczony. Uśmiechnął się pod nosem i otworzył wreszcie drzwi. — No, to wchodź. Zdejmij buty, bo mama dzisiaj myła podłogi. Phil jest w salonie.
Chase przewrócił oczami, ale zdjął buty na wycieraczce, już w przedpokoju. Rozejrzał się dodatkowo, znając jednak już dobrze wygląd tej części domu.
— To ten… Prowadź — mruknął, pamiętając cały czas o spokojnym oddychaniu.
Ian podążył pierwszy do salonu, gdzie na kanapie wciąż siedział jego brat.
— Zobacz, kogo przywiało.
Philip uniósł głowę i zamrugał na widok gościa. Poprawił się na kanapie, mocniej podkulając nogi pod klatkę piersiową.
— Cześć…
— Siema — odparł zdawkowo Chase i zerknął na telewizor. — Co oglądacie? — spytał, na razie nie mogąc wydusić z siebie niczego bardziej zbliżonego do przeprosin, które musiał nakazem sądu odwalić.
— Film — odparł sucho Ian, stojąc obok z rękami w kieszeniach dresowych spodni.
— „Utalentowany pan Ripley” — uściślił jego brat, z dużo mniejszą wrogością patrząc na gościa. — A ty co tu robisz? Ten… myślałem, że teraz w schronisku pracujesz.
— Pracuję. Na szczęście — prychnął Chase, patrząc głównie na Philipa. — Jest sympatyczniejsze… towarzystwo — dodał i zerknął na Iana. — Ale ciebie jeszcze musiałem złapać, więc czekaj — mruknął do siebie, wyjmując komórkę i wybierając kamerę w opcjach. Rzucił zaraz po tym telefon Philipowi. — Masz, kręć.
— Em… — Chłopak popatrzył na brata i swojego dawnego prześladowcę pytająco.
Ian tylko zaśmiał się i stanął wyprostowany przed Chasem, patrząc mu w oczy bez strachu i z wyższością. Chociaż teraz… po słowach brata o tym, żeby nie był taki jak ojciec, mimo swojej postawy czuł się niepewnie. Nie chciał być jak ojciec. Jeśli kiedyś będzie miał syna, będzie dla niego dobry. Nie będzie tyranem, nie będzie oczekiwał więcej niż chłopiec będzie mógł z siebie dać. I zwyczajnie nie będzie skurwysynem. A teraz, patrząc na Chase’a, miał wrażenie, że to silniejsze od niego. Że teraz, wiedząc, że jest górą, nie może się opanować, żeby tego nie wykorzystać. W tym momencie było mu z tym źle, a to wszystko wina Philipa!
Odetchnął i pokręciwszy głową, skinął bratu na potwierdzenie.
— No, kręć. Niech mu będzie.
— Byś potem nie gadał, że to nie miało miejsca. Nie powtórzę się — syknął cicho Chase, aby, jeśli już Philip filmuje, to się nie nagrało. Spojrzał też przy okazji na młodszego z braci. — Już?
— Mhm… chyba tak. Piknęło i zmienia się czas — potwierdził ten, filmując obu chłopaków.
Chase wziął głębszy oddech, stojąc naprzeciwko Iana. Miał ochotę walnąć go w twarz. Jednak musiał zrobić coś zupełnie innego. Cholera. Wkurzało go to.
— To… Przykro mi, ten… że jebłem twoją głową o szybę i w ogóle cała ta reszta… I ten… Przepraszam.
— I naprawdę ci przykro, że to zrobiłeś? — odpowiedział Ian, stojąc prosto i skinął na brata. — Nie wydawało ci się, że ten chłopak i tak ma dość pod górkę wśród rówieśników, żeby mu dokładać?
Chase psyknął pod nosem i sam spojrzał na Philipa. Jak teraz na niego patrzył, na to, jaką ten ma rodzinę, a głównie ojca i brata, to bardziej widział to „pod górę”, jednak szczerze przykro mu nie było. I tak z chęcią by się zamienił. W końcu obelgi, kasa i godne warunki życia były lepsze niż same obelgi.
— Nie powinienem go skubać ani ci rozjebać głowy. Przeprosiłem. Nie starczy ci?
— Starczy. Jeśli jeszcze obiecasz, że tego nie powtórzysz i że jeśli będziesz widział, że dzieje mu się krzywda, to zareagujesz — odpowiedział Ian twardo, a Philip przełknął głośno ślinę. I od razu pożałował, bo miał wrażenie, że ten dźwięk też się nagra. Taki wstyd.
Chase skrzywił się od razu.
— Nie, nie będę go bronił. Sam musi się nauczyć, kurwa, żyć, bo będzie pizdką do końca życia. Gnębioną albo w szkole, albo przez swojego brata. Jego już przepraszałem, nie miał wątów, a ty starasz się co? Ugrać jeszcze na tym, kurwa, złotą rybkę i trzy życzenia?
— Nie! Staram się zrozumieć, po cholerę takie głąby jak ty pakują łapska w kieszenie takich dzieciaków i upewnić się, czy mój brat będzie miał wreszcie spokojny rok! Spieprzyłeś mu go dostatecznie, a teraz co? Ma kolejny imbecyl to zrobić, bo wszyscy wokół są ślepi i udają, że tego nie widzą? — Ian uniósł się, zaciskając dłonie w kieszeniach i patrząc wrogo na Chase’a. — W takim kraju chcesz żyć, gdzie nie możesz liczyć na żadną pomoc? Wszyscy będą ślepi, jak ciebie życie w dupę kopnie, wiesz? Bo tacy jak ty nakręcają takie posrane zachowania!
— Tacy jak ja? — syknął Chase i stuknął Iana palcem w klatkę piersiową. — Ile razy ciebie życie kopnęło w dupę? Masz, kurwa, swój jebany pokój, swój jebany ogródek, jebany nasto-kurwa-calowy telewizor i pełną lodówkę w kuchni! Jakoś to, że ja muszę zamykać się w moim pokoju, aby mnie dziadkowie nie okradli, albo że muszę pracować, aby mieć żarcie, chuj was tu wszystkich obchodzi. Ja więc mam być ten miłosierny? I pilnować, aby twojego pizdowatego brata nic nie spotkało? Ja mam darować wszystkim zasraną pomoc, a, kurwa, nie mieć… — zaciął się i cofnął o krok, czując, jak wszystko w nim buzuje. Jak Ian go wkurwiał, jak ci wszyscy bogacze go wkurwiali! — Nic! — syknął na koniec i porwał swój telefon z dłoni Philipa. — Obaj się jebcie! Jak nie chcesz przeprosin, to się sraj! Trafię do paki, to chociaż żarcie będę mieć. Posrańce, kurwa mać! — warknął na koniec, z tymi słowami kierując się do wyjścia. Wiedział, że przeproszenie tego chłopaka będzie najcięższą rzeczą do wykonania, jaką nakazał mu sąd.
— Ian! — jęknął Philip, zeskakując z kanapy. — Miałeś je przyjąć! — dodał płaczliwie i pobiegł za chłopakiem, a tuż przed progiem szarpnął go za rękę i wbił w niego swoje sarnie oczy. — Chase, poczekaj, proszę, zostań!
Nastolatek od razu wyrwał mu rękaw, ale nie odepchnął go. Philip nie był w tej chwili jego wrogiem. Jedynie tylko zalążkiem tych wszystkich problemów. Jakby nie był takim mazgajem i umiał się zachowywać dojrzale, a nie zawsze liczył, że ktoś go wyręczy i uratuje, to on by nie tylko nie wyłudzał od niego kasy, ale też Ian nie musiałby go bronić. A Chase go przepraszać za pobicie.
— Po wała mam zostawać? On ma to wszystko w dupie. Jebany, kurwa, król na włościach. W wojsku dostanie w dupę, a ty się nie zachowuj jak pizda!
— Nie jestem pizdą ani mimozą! — wrzasnął Philip, cały się trzęsąc i czerwieniejąc. — Uspokój się! Obaj się uspokójcie! Nic nie zyskujecie na tych kłótniach, nic!
— Philip, nie podnoś gło… — zaczął Ian, kiedy szybko do nich doszedł, ale brat mu przerwał.
— Dość! Przyjmij jego przeprosiny, on też już ma tego dość! A ja… a ja w szkole dam radę. Nie jestem pizdą… — jęknął na koniec i spojrzał błagalnie na brata.
Ten wykrzywił usta, ale zawsze, kiedy Philip był w rozsypce, miękł. I nie cierpiał czasami siebie za to, że był tego powodem. Dużo łatwiej było mu wyżywać się na Chasie, zwalając wszystko na niego. Ale wiedział, że teraz ma głos decyzyjny i… co by nie mówić, Philip miał rację. Nie zyskiwał na tych kłótniach niczego więcej poza sekundową satysfakcją.
— Dobra — rzucił głucho. — Już się uspokój — mruknął do brata, po czym spojrzał grobowo na Chase’a. — Przeprosiny przyjęte.
Chase naburmuszył się, ale w końcu głęboko odetchnął. Miał nadzieję, że Philip naprawdę poradzi sobie w szkole. Bo nie mógł sobie pozwolić na kolejne problemy przez niego.
— To dzięki — rzucił w końcu do Iana. — I ten… miłego filmu — burknął jeszcze, schylając się, żeby ubrać buty i wyjść. Do porozumienia nie doszli, nie liczył na to, ale miał przynajmniej odwaloną najgorszą rzecz.
Ian już nie miał ochoty go oglądać. Wrócił do salonu, za to Philip przestąpił z nogi na nogę.
— Prze… przepraszam za Iana. Jakby co… to jestem świadkiem, że je przyjął, więc… nie powinieneś mieć problemów — rzucił pocieszającym tonem.
Chase obejrzał się jeszcze za plecami starszego chłopaka. Nie trawił go.
— Mam nadzieję — mruknął do Philipa. — Nie daj się obijać znowu. Nie będę cię chronił jak ten złamas chce, masz sam spiąć poślady. — Stuknął go palcem w mostek. — Na razie — rzucił na koniec, wychodząc za drzwi.
Philip popatrzył za nim smutno, ale przynajmniej z poczuciem, że zrobił coś dobrego — zmusił Iana do przyjęcia przeprosin. Chase’owi więc została tylko praca w schronisku i nadzór kuratora. To też musiało być dla niego strasznie męczące…
Westchnął i dopiero wrócił do salonu. Ian popatrzył na niego czujnie i poklepał kanapę.
— Chodź, już zapomniałem, na czym był stop.
— Mhm… — Tylko na tyle było stać Philipa. Miał jednak nadzieję, że „jakoś to będzie”, a po filmie humory im obu się poprawią.
Ian zrobił mu więcej miejsca, sięgnął po pilota i jeszcze impulsywnie poklepał brata pocieszająco po ramieniu. Jakoś łatwiej było mu przekazywać coś gestami. Zresztą… sam chciał zapomnieć o chłopaku, który właśnie wyszedł. Miał dość własnych problemów na głowie, a Philip… Philip musiał sam sobie radzić w tym roku. Ian miał niestety co do tego spore wątpliwości…

9 thoughts on “Newton’s Balls – 21 – Najcięższe wyzwanie

  1. Katka pisze:

    Mati, Roy się sam prosi o kłopoty ale z drugiej strony tacy jak on czasem mają niewytlumaczalne szczęście. Hehe no a tytuł opowiadania… tak jak kiedyś mówiliśmy, wcale nie musi się odnosić stricte do Newtonow :) ale pojawiaja się co jakiś czas więc nie jest źle XD Philipa na pewno jeszcze uswiadczycie.

  2. Mati pisze:

    No proszę, proszę, przyjaciele wrócili :D I mam złe przeczucia z tym Roy’em. No ale może szukam sensacji :D
    I super, że jakoś udało się przeprosić Ian’a. A to że młodszemu Newtonowi jakoś udało się doprowadzić do przyjęcia tych przeprosin. Ale coś mało go jak na tytuł opowiadania.

  3. Katka pisze:

    Kasia, no właśnie, dawno nie było scenek z kumplami, a jednak dobrze się czasem odmóżdżyć XD Są może niekiedy przygłupi, ale pomogą, jak kumple w potrzebie. Lojalność tu u nich całkiem dobrze działa. Potem jednak faktycznie mniej ciekawie, no ale przynajmniej Chase ma z głowy te przeprosiny. Teraz tak jak mówisz, byle do 18stki. Ale co się wtedy wydarz i gdzie wyląduje? nie wiadomo. Jeszcze jednak trochę czasu do urodzinek zostało, więc kilka miesięcy się musi pomęczyć z dziadkami. Ale może w międzyczasie się jakoś ustawi i będzie miał furtkę w stronę wolnosci? No pozostaje Wam poczytać i samemu się przekonać XD A Philpek sie może ogarnie. Ile razy można w dupę dostawać… XD Pozdrawiamy! :)

  4. Kasia pisze:

    Dawno już nie było scenek z kolegami, a takie fajne są te ich gadki :) Pierwsza część bardzo przyjemna była. Chase to już teraz prawie spec od seksu widzę hehe 😅No ale w ogóle to fajnie że ma kumpli i to takich co i pomogą jak trzeba. Natomiast dalej już tak przyjemnie nie było, Ian rzeczywiście zachowuje się jak dupek, co pewnie jest wynikiem starań wychowawczych jego tatusia. Co prawda dostrzegam w nim zadatki na lepszą osobę ale jakoś na razie nie jest do tego skłonny. Może to wojsko coś zmieni? Zobaczymy. No ale przeprosiny zostały załatwione, więc w sumie to już Chase ma z górki – no powiedzmy ze z górki bo póki dziadkowie nie dostaną jakiegoś oświecenia to dalej ma przesrane. Ciekawe czy jak skończy te 18 lat to od razu z tamtąd wybędzie, i gdzie? Do Kukurydzka? Nie wiem czy Chase będzie chciał na taką głęboką wodę skakać. Albo czy Corn będzie chciał go sobie tak wziąć na głowę. No ale te roważania pozostawię na później :) Philip coraz bardziej mi się podoba. Mam nadzieję że przygotowałyście mu trochę szczęśliwszą przyszłość niż poprzedni rok szkolny :) Dzięki i pozdrawiam ☺

  5. Katka pisze:

    Bebok, Raphael ma 16 lat bo jest młodszy ale Chase i reszta chłopaków po 17 :) I super widzieć Twój nick znowu! Mam nadzieję że faktycznie naczytamy się znów od Ciebie komentarzy! : D

  6. Bebok pisze:

    Uwaaa! Nereszcie mogę komentować!
    Jezu tyle się działo ostatnio! Buda musi być świetna, fajnie że Chase tak się stara żeby Tank miał swój dom ;) Aż miło poczytać. Ian to dupek…. nigdy nie polubię tej postaci… Tak swoją drogą… niby wiedziałam że oni mają po 16 lat ale jakoś o tym zapomniałam i teraz mnie to trochę zaskoczyło xD
    Muszę wam napisać jakiś dłuższy komentarz do każdego opka bo dużo mnie ominęło ;(
    Pozdrawiam cieplutko ;*

  7. Katka pisze:

    O., Roy się do woja nie wybiera, więc niestety obawiam się, że nie XD I oczywiście masz rację, nie wiadomo, jakie to zmiany przyniesie ten rok. Może być przełomowy dla wielu osóbek w tym opowiadaniu. Będzie się działo, to mogę zapewnić. Phil też powinien się ogarnąć i coś ze sobą zrobić, bo biedak może gorzej skończyć. Lol, a seks na pożegnanie… XD No wiesz, może znów jakiś fik? XD Chociaż taki to by jeszcze bardziej angstowy był :(

    MoNoMu, uuu, to jak się poprzedni rozdział nie podobał, to super, że ten przynajmniej nadrobił wrażenia :) Fajnie, fajnie, no i był faktycznie trochę inny, nie było scen „parkowych”, tylko w gronie innych postaci, więc też się takie inaczej czyta. Pisze zresztą tez, bo jakkolwiek super się pisze romansowe sceny, to czasem trzeba czegoś innego do pełni obrazu świata w opowiadaniu, no i trochę odpoczynku od mizialstwa XD Ciekawe, czy spodoba Ci się, co tam u Phila szykujemy :) Dziękujemy za wenę i też pozdrawiamy oczywiście! :)

  8. MoNoMu pisze:

    Z jakiegoś powodu ten rozdział spodobał mi się bardziej niż poprzedni, w którym Chase pchał drągala do króliczej norki pośrodku pola kukurydzy xD To było takie beznamiętne, nie było nawet tych złych uczuć. Chase był po prostu ciekawy, a Kukurydza żałosny. A wracając do świeższego rozdziału: myślę, że nowy semestr będzie dla Phila przełomowy i chyba ten wątek zaciekawił mnie najbardziej. Czuję w kościach, że będzie się działo!
    Pozdrowienia i weny, weny, weny…!
    MoNoMu

  9. O. pisze:

    Są jakieś szanse by Ian spotkał się we wojsku z Roy’em?
    Ten rok może być dla nich wszystkim wyzwaniem i zapowiada się na zmiany. Ale nie wiadomo, kto się na lepsze zmieni. Wojsko nie zawsze dobrze wpływa na człowieka, a Phil chcąc pokazać, że nie jest pizdą, może posłuchać rady Chase’a x rozdziałów temu i zamienić się w małego terrorysto-szantażystę xD Oj zadzieje się pewnie u nich wszystkich xD
    I Ian, gdzie seks na pożegnanie? ;(((

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s