No Exit – 44 – Dlaczego z tobą jestem?

Do środy, a konkretnie do środowego wieczoru, na który umówili się z Christine, Jasper i Marvin nie rozmawiali wiele. Było między nimi dziwnie ciężko, a ten drugi na jakikolwiek dotyk Jaza i jego subtelne zachęcenie do seksu, odmawiał. Nie miał nastroju na pieprzenie się, a przez tę rozmowę o przeszłości Jaspera miał wrażenie, że ten uważał, że był dla niego dla jego ciała. Ale jeśli tak by było, to czy nie ograniczałby się tylko do seksu?
Teraz, gdy już dochodziła szósta wieczór, na którą umówili się z byłą dziewczyną młodszego z tancerzy, akurat podjechali pod bar serwujący grillowane jedzenie. Marvin zgasił na parkingu motocykl i gdy Jasper zsiadł, sam również to zrobił. Było mu trochę gorąco w kurtce motocyklowej, więc już chciał znaleźć się w środku i ją z siebie zdjąć.
Jaz uśmiechnął się do kochanka miękko i skinął na niego głową, aby weszli.
— Mam nadzieję, że ją polubisz — rzucił, starając zachowywać się normalnie, mimo że bał się zarówno tego, jak jego była zareaguje na nich razem, a także jak Marvin będzie się zachowywał w stosunku do niej. Ciekaw był też, czy się zmieniła.
Kiedy weszli do środka, kelnerka wskazała im stolik, gdzie już czekała Christine.
Bar, w którym się umówili, znajdował się na przedmieściach, więc musieli kawałek przejechać, by się tu dostać. Mimo to, było warto. Miał specyficzny, przytulny klimat miejsca pozbawionego krzykliwego wyglądu niektórych miejscowych knajp czy klubów. Główne pomieszczenie było spore, a w nim porozstawiano drewniane, prostokątne stoliki. Do tego takie same krzesła, niczym nieobite, za to gustowne i proste. Próżno było szukać metalowych konstrukcji. Wszystko było zbudowane z drewna, a podłoga lekko skrzypiała, czym tylko dodawała klimatu. Całość zwieńczona była takimi detalami jak drewniany strop i skórzane kamizelki kelnerek założone na białe koszule z bufiastymi rękawami. Gości nie było wielu, za to z kuchni dochodziły cudowne zapachy.
Marvin podążył za kochankiem do stolika i pozwolił najpierw jemu przywitać się z byłą dziewczyną. Jasper, kiedy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się ciepło i szybciej do niej podszedł. Złapał ją za dłoń i pocałował w policzek.
— Cześć, kochana, mam nadzieję, że długo nie czekałaś. — Uśmiechnął się do niej promiennie, nie tylko ustami, ale i oczami.
Stęsknił się za jej wyglądem, a i dziewczyna dużo się w jego oczach nie zmieniła. Poza tym, że wypiękniała. Nadal jednak była, delikatnie mówiąc, krągła. Jej szerokie biodra i uda zakrywała gustowna spódnica z wysokim stanem, a bluzkę miała luźno wyciętą w dekolcie w półksiężyc. Wszystko było utrzymane w kolorach przytłumionej zieleni i delikatnej pomarańczy. Dobrze się to komponowało z falowanymi, kasztanowymi włosami. Nie miała mocnego makijażu i uśmiechała się pełnymi ustami do swojego byłego chłopaka. Dość pyzate policzki dodawały jej swoistego uroku.
— Tylko chwilę i… Ale ekstra cię widzieć! — jęknęła wręcz z jakimś żalem, że tak dawno się nie widzieli i mocno objęła Jaza, stając przy tym na palcach.
Marvin w tym czasie stał kawałek za swoim facetem, a widząc, że powitanie może się przedłużyć, zajął się swoją kurtką i zawiesił ją na oparciu jednego z krzeseł.
— W końcu wyrwałaś się z wielkiego miasta i odwiedziłaś staruszków i mnie przy okazji — odparł Jasper i jeszcze ją ścisnął, nim się odwrócił przodem do Marvina. — Pozwolisz, że przedstawię. Christine Hall, a to Marvin Milligan, mój facet. Mówiłem ci o nim — przedstawił ich sobie z uśmiechem na twarzy. Nie chciał teraz myśleć o wczoraj i całym dzisiejszym dniu, który był… dziwny.
Dziewczyna tym razem przełknęła ślinę z wyraźną nerwowością, lekko się przy tym rumieniąc. Widziała, jaki Marvin był przystojny… Była wręcz w szoku, że takiego faceta znalazł sobie Jaz. Naprawdę… kiedy tylko weszli, aż się na niego głupio zapatrzyła.
Mężczyzna zbliżył się do niej i uścisnął jej rękę.
— Cześć, miło mi poznać. — Uśmiechnął się do niej lekko, ale nie tak, jak robił to w stosunku do mężczyzn. Nie tak kusząco, zmysłowo.
Dziewczyna odpowiedziała nerwowym uśmiechem i zerknęła na Jaza, jakby z prośbą o ratunek i też delikatnie uścisnęła swoją pulchną dłonią tę nowopoznanego mężczyzny. Taką… męską i dużą.
— Cześć — wydusiła, jakoś czując się strasznie niezręcznie.
Jasper, z racji, że ją znał, położył jej rękę na ramieniu i potarł je lekko, wyczuwając jej odczucia.
— No, już. Siadajmy, co? Trzeba dużo obgadać — zaproponował, puszczając dziewczynę przodem, aby usiadła na krzesełku. Sam usiadł tuż obok. — Masz na coś ochotę? — spytał się wpierw swojej byłej, a potem skinął na Marvina na znak, że o to samo i jego pyta.
Ten właśnie przeglądał menu, więc tylko odpowiedział, że zaraz wybierze. Christine za to uśmiechnęła się do Jaza dużo swobodniej niż do Marvina.
— Ja już przeglądałam i wybrałam sobie sałatkę. Nie mam chyba ochoty na mięso. — Zaśmiała się, w duchu nie chcąc przy tych dwóch mężczyznach za bardzo się obżerać.
Jaz pokiwał głową na znak, że rozumie i też zaczął przeglądać menu.
— Ale weźmiemy sobie na spółę taką cebulkę, co nie? Będzie dla nas wszystkich — dodał jeszcze, mając straszną na nią ochotę i… na moment się zawahał, zerknąwszy na kochanka. Może poczeka, aż ten coś weźmie. Nie wiedział, skąd mu to się nagle wzięło. Znaczy, domyślał się, że przez wczorajszą rozmowę, ale nagle poczuł dużą dozę niepewności co do tego, co powinien jeść. Już bardzo dawno tego nie miał. Tego, że bał się, że przesadzi.
— Ja wezmę stek, kartofle pieczone w skorupce i sos barbacue — oznajmił Marvin, unosząc głowę znad karty dań. Nie miał za bardzo ochoty na zieleninę.
Gdy tylko skończył mówić, do ich stolika podeszła kelnerka z włosami zaplecionymi w długi, bo aż do pasa, czarny warkocz. Uśmiechnęła się do nich sympatycznie i zapytała o zamówienie.
— To tak… — Jaz postanowił zamówić za nich wszystkich. — Ten duży talerz z opiekaną cebulką, dla tej damy sałatka…
Dziewczyna dodała, którą wybrała, a kelnerka wszystko skrzętnie zapisywała. Jasper jeszcze powiedział, co dla jego kochanka, a potem się zawahał. Zjadłby żeberka… ale w końcu wybrał kompromis między lekkim daniem a czymś, co nie będzie wyglądało, że robi to specjalnie.
— A dla mnie grillowany dzwonek z łososia.
Zamówili jeszcze do tego mrożone herbaty i kiedy kelnerka odeszła, Marvin wreszcie postanowił zabrać głos, chociaż wciąż nie był pewien, czy jednak im tu nie przeszkadza. W końcu Jaz i Christine mieli ze sobą wspólną przeszłość i sporo wspomnień. Jego co najwyżej Jaz mógł przedstawić, pokazać i… Marvin sam nie wiedział, o czym mieli rozmawiać. Tym bardziej, że nie przywykł do pogaduszek z dziewczynami.
— Masz ładne buty — rzucił. — Mógłby być na trochę wyższym obcasie, ale są ciekawie wiązane i kojarzą mi się z jedną parą, w której występowałem podczas swoich pierwszych występów w klubie.
Christine zamrugała powiekami, całkowicie zaskoczona taką uwagą. Nie spodziewała się, że mężczyzna pochwali coś w jej stroju.
— Och… dziękuję — wydusiła. — Niedawno… je kupiłam — odparła, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie miała dobrych kontaktów z facetami, bo ci zawsze strasznie ją onieśmielali. A że nie była drobną, słodka blondyneczką, to nie było to uznawane za urocze, a jedynie nieporadne. Przynajmniej tak sobie tłumaczyła swoje porażki i nie umiała się rozluźnić, nawet kiedy wiedziała, że Marvin jest chłopakiem jej byłego.
— Bo mówiłem ci kiedyś, że z Marvinem tańczymy w klubie. Ale bez striptizu, żebyś sobie nie pomyślała — Jaz wtrącił się do rozmowy. — I ma więcej butów na szpilkach, niż ja w życiu miałem normalnych.
— Na… naprawdę…? — Christine popatrzyła na Marvina. Najwyraźniej jej zdumienie potęgował jego wygląd. Nigdy by nie powiedziała, że ten mężczyzna nawet chodzi na obcasach. Był przecież taki… męski.
— Nie wiem, ile Jaz miał butów w swoim życiu, ale mam całkiem sporą kolekcję — przyznał Marvin, zupełnie nieskrępowany tym faktem. Gdy do ich stolika ponownie podeszła kelnerka, aby na razie postawić przed nimi wysokie szklanki z mrożoną herbatą, kostkami lodu i plasterkami cytryny, dodał: — A ty, czym się zajmujesz? Jaz mi nie mówił, a gejowski klub nie jest dobrym tematem.
— Pracuję w przychodni dla zwierząt — odparła dziewczyna, od razu sięgając po szklankę. Ten mężczyzna ją wyjątkowo peszył. Był taki przystojny. Zazdrościła Jasperowi, że był na tyle silny, wziął się za siebie i… znalazł sobie takiego faceta. — Ale na recepcji. Tak… no, pierwszy kontakt, te sprawy. Zapisuję zwierzęta i ich właścicieli w bazie danych i umawiam ich na terminy.
— Czyli lubisz zwierzęta? Masz jakieś? — Marvin prowadził tę niezobowiązującą rozmowę, patrząc jej w oczy, sam niezbyt skrępowany. Obserwował ją, ciekaw, które cechy charakteru tak się podobały Jasperowi, że z nią był. Co ich łączyło.
— Mam. Psa, nowofundlanda. Jest takim dużym miśkiem! — Zaśmiała się i zerknęła na Jaspera niezobowiązująco.
Ten od razu odpowiedział uśmiechem i delikatnie dotknął ją ramieniem.
— I co? Chodzisz z nim na długie spacery, a potem grzeje ci stopy, jak czytasz książki?
Dziewczyna zachichotała, zatykając usta.
— Weź, no, nie czytaj mi w myślach — rzuciła z udawaną pretensją.
— Nie czytam, wiem. Na pewno masz tam u siebie jakieś swoje ulubione miejsce. Siedzisz w tych swoich skarpetkach, podkoszulce i bokserkach i pochłaniasz te swoje książki. Co ostatnio fajnego czytałaś? — zagadnął z jawnym i szczerym zainteresowaniem.
Marvin z każdym słowem wyłączał się z rozmowy, a gdy dziewczyna podała jakiegoś nieznanego mu autora, już tylko patrzył. To na uśmiech Jaza, który ten co chwilę posyłał dziewczynie, to na żywsze iskierki w jej oczach. I tak do czasu, aż nie drgnął, gdy do ich stolika ponownie podeszła kelnerka oraz postawiła przed nimi talerze z zamówionym jedzeniem.
— Jaz, mogłeś dla Christine zabrać książkę. Masz przecież jej „Zapomniany rodowód”, czy jakkolwiek się to nie nazywało. Wiesz… Orvela — rzucił nagle, sięgając po sztućce.
— Och… Wciąż to masz? — Dziewczyna jakby zupełnie zapomniała o tej książce, którą wieki temu pożyczyła byłemu chłopakowi. Coś jej jednak nie grało, bo autor nie miał na imię Orvel, ale nie mogła sobie przypomnieć jak.
— Mhm, trzymałem ją, wiesz, a nuż byś chciała ją z powrotem, ale teraz głupi zapomniałem zupełnie. Wybacz, mam nadzieję, że nie jesteś zła? — Jasper spytał ze szczerą skruchą w głosie i nim zabrał się za łososia, sięgnął sobie po kawałek cebulki. — Mmm… pycha. Chris, spróbuj, super jest. Kilka kawałków nie zaszkodzi. — Uśmiechnął się do dziewczyny promiennie i tylko na chwilę rzucił Marvinowi przelotne spojrzenie. Kiedy dziewczyna po krótkim grymaszeniu też się poczęstowała, młodszy z tancerzy spojrzał już bardziej na kochanka. — Jak tam stek?
— W porządku. Lubię mocno dopieczone — odpowiedział Marvin i odkroił kawałek oraz pomaczał w sosie. Wyciągnął go ponad stołem do kochanka. — Spróbuj.
Jasper przełknął ślinę i spojrzał w oczy Marvina. No, nie, żeby się krępował, ale… Chwycił widelec i od razu zjadł kawałek.
— Dobre — przyznał, oddając sztuciec. — Też chcesz spróbować mojego? — spytał, po czym zerknął na swoją byłą. — A ty? Nie wysmażyli za bardzo chyba — dodał, oglądając swojego łososia, a przez głowę przeszła mu myśl, czy dobrze zrobił, zabierając Marvina. Może ten się nudził i już miał dość?
— Nie, dzięki, ja mam w swojej sałatce. O, widzisz? — Christine wskazała na nią. Była tam też mozzarella w formie light oraz mniej tłusty dresing. — A ty, Jaz, coś czytasz? I tylko nocami pracujecie? Ja mam czasem nocne dyżury, to taaaaka masakra! — jęknęła, jedząc niespiesznie i kiedy mówiła, patrzyła głównie na byłego chłopaka. Wzroku Marvina unikała. Nie dlatego, że była nieuprzejma. Mężczyzna zwyczajnie ją krępował.
— Tylko nocami w sumie. Często wychodzimy z klubu już dobrze po trzeciej, no więc potem wstaje się nie wcześniej niż przed dziesiątą, jedenastą. Potem są treningi. A niedawno przyjechał do miasta kumpel Marvina i jest teraz naszym choreografem, więc mamy niezły natłok ćwiczeń. Daje nam popalić, co nie Marvin? — Zerknął na kochanka.
— To musisz dużo spalać — wtrąciła jeszcze dziewczyna, aż trochę znowu zazdroszcząc byłemu, że ma do tego samozaparcie. Ale jeśli ma taniec, to chyba było mu łatwiej niż jej, pracując w lecznicy i siedząc cały dzień na stołeczku.
— Występy są ciekawsze, ale tak, pracy przy Deanie więcej — odpowiedział Marvin i najpierw chciał zaproponować Christine, żeby wpadła jakiś zobaczyć, ale ostatecznie zrezygnował i tylko zjadł kolejny kawałek ładnie upieczonego, parującego ziemniaka. Na pewno by nie przyszła. Wyglądała na dość nieśmiałą, a w końcu w klubie byli głównie sami faceci, nie licząc dwóch, sporadycznie pojawiających się tancerek czy też kilku lesbijek, bądź koleżanek przychodzących tam gejów.
— To dobrze, jak wam daje wycisk. Im więcej ruchu, tym lepiej chyba. — Dziewczyna zaśmiała się lekko, popijając swoją sałatkę mrożoną herbatą. — Ale ja nigdy nie wiedziałam jak tańczysz, Jaz. No, nie licząc naszego balu maturalnego. Pamiętasz, jak było fajnie? Ten alkohol dolany do ponczu! — Znowu uśmiechnęła się szeroko do Jaspera, chociaż nawet na balu nie uniknęli przytyków. Ale wtedy, kiedy był to dość specjalny dzień, starała się na to nie zwracać tyle uwagi.
— Jasne. Było mega miło. O właśnie, do kiedy zostajesz w mieście? To może jeszcze byśmy poszli do klubu, wiesz, taka powtórka z balu, ale już dla dorosłych. — Zaśmiał się i spojrzał na Marvina. — Ty byś chciał z nami iść czy nie bardzo?
Mężczyzna, który znowu się wyłączył, gdy Christine zaczęła mówić o balu maturalnym, uniósł wzrok na Jaza znad szklanki.
— Hm?
Jaz ściągnął brwi i westchnął.
— Nie słuchasz. Jesteś zmęczony, czy zwyczajnie cię nudzimy? — spytał wprost. — Chciałem iść z Chris do klubu heteryckiego i pytałem, czy chciałbyś z nami iść. Ale chyba nie, z tego co widzę.
Marvin lekko drgnął, czując się jawnie złajany i to jeszcze przy Christine, która lekko się zaczerwieniła i wbiła wzrok w sałatkę. Mężczyzna za to skierował spojrzenie na kochanka. Nie chciał wprost odpowiadać, że czuł się nie na miejscu, bo sam przecież sprowadził do domu Deana i postawił Jaza w niemal identycznej sytuacji, w której teraz on sam był. Byłoby nie fair, gdyby się wycofał. Ale gdy tylko widział, jak dziewczyna z przejęciem rozmawia z Jasperem na różne łączące ich tematy, to nawet nie miał co dodać. Przecież książek w ogóle nie czytał, nie miał pojęcia nawet o autorach, a co dopiero o tytułach. No i ich wspomnienia też były tylko… ich. Porzucił też pomysł wypytywania Christine o Jaza, bo ta była ewidentnie skrępowana, gdy się do niej zwracał.
— Dzięki, klub chyba sobie podaruję, bo bym strasznie żałował, nie mogąc się o ciebie poocierać — odpowiedział, rzucając Jazowi lekki uśmiech. Nie chciał odpowiadać na pierwsze pytania.
Jasper jeszcze chwilę patrzył na kochanka, po czym skinął głową, nieświadom jego rozważań.
— Spoko, rozumiem. — Uśmiechnął się ciepło. — Wiesz, nie chcę, abyś myślał, że, no, się odłączam od ciebie, ale nie widziałem Chris wieki. Zresztą, sam mówiłeś, że ją o coś pomęczysz o mnie — dodał, aby rozładować atmosferę i szturchnął dziewczynę lekko.
Ta otworzyła szerzej oczy.
— Co? Ale o co? Jaz, no… — jęknęła, pesząc się najwyraźniej. To było na swój sposób zabawne. Z samym byłym chłopakiem rozmawiała tak luźno, ale kiedy tylko ktoś obcy się do niej zwracał, od razu się usztywniała i spinała. Ciekawe, ile było w tym faktu, że zwyczajnie bała się oceny innych osób.
Marvin przyjrzał się jej. Nie był pewien, czy to dobry pomysł. Nie chciał jej stresować, bo w końcu chciała spotkać się z przyjacielem. Cieszył się w sumie, że ci wybiorą się sami do klubu. Przy nim nie bardzo mogli pogadać, bo widział, że Jaz cały czas uważał, by nie był wyłączony z tematu.
— Chciałem się tylko dowiedzieć, jaki był w szkole — rzucił do niej z lekkim uśmiechem. — Wiesz… kujon czy nie, na co poleciałaś… — dodał niższym tonem.
Dziewczyna lekko się speszyła, po czym uśmiechnęła pod nosem i zerknęła na Jaspera. Ten rzucił jej wyzywające spojrzenie, jakby gotowy na cios.
— Hmm, na co poleciałam… Oj, to trudne. — Zerknęła na Marvina. — Sam widzisz… Oj, widać, że jest zawsze taki uśmiechnięty i pozytywny. Nie tracił nigdy animuszu, nawet jak coś mu nie szło. No i zawsze coś umiał powiedzieć. Tak, abym się nie martwiła, nawet jeśli on przez to martwił się za nas oboje — odparła i szturchnęła go w ramię własnym. — No i słodki był z niego pysiak. — Zachichotała, speszona, że wydała taką tajemnicę.
— Oj, nie. Chris, proszę daruj mi z tym pyśkiem. Moja matka „pyszczek” do mnie mówiła, wystarczy — Jaz jęknął, załamując ręce.
Marvin zaśmiał się krótko.
— Mmm, dobrze, że mi to nigdy do głowy nie przyszło, tygrysie — odpowiedział, mając nadzieję, że Jaz, uprzedzając go w domu, żeby się odpowiednio zachowywał, tego nie miał na myśli. — Ten optymizm chyba mu został. Palił już jak smok, kiedy się spotykaliście? — dopytał dziewczynę, wyjadając przy tym resztki ze swojego talerza.
Christine pokręciła głową.
— Nie. Uzależnił się, jak zaczął się odchudzać. Nie wiem, czy ze stresu, czy bo tak. Albo chciał zaimponować reszcie chłopaków — dodała już bardziej gorzko.
— Czy to ważne? Trzymam się i nadal oddycham. Ty, Marvin, zresztą też palisz — Jaz wytknął mu. — I nie mów, że mniej niż ja. Ostatnio sporo paliłeś.
— Ale jest spokojniej i powoli wracam do maksimum pięciu na dobę — odpowiedział starszy mężczyzna, który przez problemy z Orvelem rzeczywiście więcej palił. — Jaz, w ogóle, poprowadzisz z powrotem? Poszedłbym zamówić sobie piwo.
Młodszy mężczyzna zrobił większe oczy.
— Mam poprowadzić twoją dziecinkę…? No proszę ja ciebie. Co to się dzieje? Ale spoko, jeśli chcesz. — Uśmiechnął się do niego szeroko. — Och, czekaj. Chris, też chcesz może coś procentowego do picia?
— Mmm… No, może…? Napiłabym się też piwa, ale smakowego chyba — odpowiedziała z wahaniem, a Marvin odłożył sztućce i uniósł się.
— Okej, to zamówię i zaraz wracam — rzucił, wychodząc zza stolika.
— Dobra. — Jaz posłał mu swój szeroki, niemalże głupkowaty uśmiech i zerknął na dziewczynę ciepło. — I jak tam? Nie nudzisz się, czy coś?
— Ja? Daj spokój, tyle się nie widzieliśmy! I musisz mi w ogóle opowiedzieć, jak żyjesz, jakie masz mieszkanie, co robisz… — wyliczała, zupełnie zapominając o swojej sałatce. — I… ten, myślisz, że mnie nie polubił? — wypaliła, patrząc ponad ramieniem byłego chłopaka na plecy Marvina, idącego nieco nonszalanckim krokiem w stronę baru.
Jaz także zerknął w tamtą stronę.
— Ech, okej. Po kolei czy od końca?
Christine aż mocniej zacisnęła palce na widelcu.
— Tak źle wypadłam? — jęknęła.
Jaz zaśmiał się i uścisnął ją ciepło za ramię.
— Nie, co ty. Nie wydaje mi się. Jest… Marvin jest po prostu trochę nie w temacie. Wiesz, specjalnie nie opowiadałem mu o czasach szkolnych i tylko nie bądź na mnie o to zła. No, bo… wiesz, nie wiem, czy chciałby, abym tak w samych dobrych słowach wspominał swoją byłą. — Uśmiechnął się pokrzepiająco i odgarnął jej kosmyk włosów za ucho.
Christine pokiwała głową i odetchnęła ciężko, aż jej biust zafalował. Marvinowi, jak widać, się nie spieszyło, bo stał oparty o blat i rozmawiał o czymś z barmanem, kiedy ten nalewał piwo do kufli.
— Czyli co…? Nic nie wie? Nie wypaliłam jak głupia z tym pyśkiem?
— No, nie mówiłem mu o takich szczegółach. Jakoś wydały mi się mało ważne. No i w sumie dopiero wczoraj pokazałem mu swoje stare zdjęcia — Jasper zgasł trochę. — I się pożarliśmy. I… taa. — Zerknął na nią i upewniwszy się, że Marvin jeszcze nie wraca, dodał: — No, bo, kurcze, sama zobacz na niego. I pomyśl, co by było, jakbym… nie wiem. No… — wyjaśnił pokrętnie, mając nadzieję, że może jej to powiedzieć, a dziewczyna nie obrazi się na niego, a zrozumie. Sama w końcu z nim zerwała, kiedy ten stał się takim ciachem. Presja społeczna miała na to największe znaczenie, ale też ich relacje jakoś się zmieniły.
Christine westchnęła i podłubała chwilę w swojej zieleninie.
— Nie wiem… Jak poważny jest wasz związek? — Uniosła wreszcie spojrzenie na jego twarz, która tak wyprzystojniała, od kiedy nabrał zdrowszej formy. Szczękę miał cudnie zarysowaną, był wysoki, wysportowany… — Jak jest silny, to by przetrwał i to. Poza tym, trzymasz się genialnie. Naprawdę, jestem z ciebie strasznie dumna, draniu! — dodała z większym entuzjazmem, chociaż jej samej było dość przykro, że nie umiała tak się za siebie wziąć jak Jasper.
Mężczyzna, słuchając jej, aż odetchnął, po czym bez pytania objął ją mocno ramionami i przytulił.
— Jesteś najlepsza, wiesz? Zawsze wiesz, co mi powiedzieć, nawet, jeśli sama w tym czasie myślisz straszne głupotki. Powinnaś kupić sobie jeszcze jednego psa, to byś miała więcej z nim ruchu. O, na przykład husky. By nie było już przebacz. A książki zamienić na audio booki — dodał i pocałował ją w skroń.
Christine roześmiała się głośno, po czym odsunęła go od siebie, wciąż cała rozweselona.
— Nie lep się, bo jeszcze będzie zazdrosny! — rzuciła, wskazując na wciąż stojącego przy barze Marvina, który lekko przesuwał palcem po kuflu, oparty łokciami o blat, z odruchowo wypiętym tyłkiem.
Jasper też się zaśmiał i jeszcze przyciągnął do siebie dziewczynę. Szepnął jej do ucha:
— Ma o kogo. — Chciał poprawić jej humor. Zawsze to robił. I najgorzej się czuł, kiedy nie dawał rady.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, ale nie dodała już nic, bo wreszcie Marvin odbił się od baru i wrócił do stolika. Przed nią postawił Somersby ze słomką, a sam usiadł ze swoim zimnym kuflem Portera.
— Wszystko widziałem — rzucił do nich niby poważnie, chociaż tak naprawdę dostrzegł tylko to ostatnie przytulenie, kiedy zawracał.
— Czyli co? — dopytał Jaz z szerokim uśmiechem i jeszcze na szybko dojadł swój obiad, nim odstawił talerz bardziej na bok i sięgnął po herbatę.
— Wasze czułostki. Ciekawie jest widzieć cię, Jaz, z dziewczyną. W pracy nie mamy wiele kobiet — Marvin wyjaśnił Christine, popijając niespiesznie piwo. Wolał mieć coś w ręce, kiedy znowu temat zejdzie na coś, co go nie dotyczy. Przynajmniej miał się czym zająć, a nie siedział jak głupi, tylko na nich patrząc.
— Och… — dziewczyna odparła dość niemądrze i napiła się piwa. — Mam nadzieję, że ci to jakoś nie przeszkadza? — odniosła się jeszcze do tego, że jej były chłopak a obecny Marvina ją przytulał.
— Nie… Myślę, że to przeżyję. Czasami zapominam, że Jaz też leci na dziewczyny. A jak już o tym mowa… — Rzucił kochankowi krótkie spojrzenie i znowu skierował wzrok na Christine. — Wiedziałaś już wtedy, że ma pewien… pociąg do męskich dupci?
Dziewczyna spiekła raka, a Jaz zerknął na nią ni to przepraszająco, ni to z rozbawieniem.
— Ja mam powiedzieć czy ty? — spytał jej, a ona jeszcze ściągnęła brwi, zastanawiając się, jak na to odpowiedzieć.
— No… Wiedziałam. — Zerknęła na byłego chłopaka. — Kiedyś wyszło, jak oglądaliśmy… film.
— Porno. Trójkąt, dla ścisłości — Jaz dodał, nie powstrzymując się przed stłumionym chichotem.
— Mmmm, niegrzecznie… I Jaz wpatrywał się bardziej w któregoś z aktorów, nie aktorek? — Marvin z zaciekawieniem się im przyglądał. To już był ciekawszy temat, no i mógł w nim bardziej uczestniczyć. Pomijał, że w ich wieku robił bardziej niegrzeczne rzeczy niż oglądanie pornosów. Swój pierwszy gang bang miał w wieku szesnastu lat, ale tego bynajmniej nie zamierzał wywlekać przy wspólnej kolacji.
— Wyszło bardziej w rozmowie. Wiesz, od słowa do słowa. Który jest przystojniejszy i dziwnie było jednak, że tego aż tak bardzo nie zlewałem.
— Mhm, a potem jeszcze oglądaliśmy sobie modeli — dodała Christine.
— Więc nie było dla ciebie zaskoczeniem, że teraz ma faceta — skwitował Marvin, opierając się wygodniej o drewniane krzesło.
Siedzieli w barze jeszcze przez niecałą godzinę. Rozmowy czasami toczyły się wyłącznie pomiędzy Jazem a Christine, choć co raz Marvin wtrącał swoje trzy grosze. Jasper umówił się jeszcze z dziewczyną na wyskoczenie następnego dnia do klubu. Ustalili godzinę i wreszcie wyszli na parking.
Było już ciemno, ale właśnie o tej porze zjechało się więcej ludzi. Zamówili taksówkę dla Christine i poczekali, aż ta podjedzie. Dopiero wtedy Jasper zasiadł za kierownicą Harleya Davidsona należącego do Marvina, a ten usiadł za nim, objął go w pasie i lekko przymknął oczy, gdy wyjechali w kierunku mieszkania.
Kiedy stali na światłach, Jaz na chwilę położył dłoń na jego kolanie i pomasował je pieszczotliwie. W czasie jazdy nie rozmawiali. Dopiero, kiedy podjechali pod dom.
— Zaparkuję go. Poczekasz czy idziesz? — spytał Jasper, kiedy już wyłączył silnik.
— Czekam — odpowiedział starszy mężczyzna, schodząc z motoru i odsuwając się pod drzwi kamienicy, żeby zaczekać na kochanka. Wcisnął tylko dłonie w kieszenie swojej skórzanej kurtki i oparł się plecami o ścianę budynku.
Jaz mruknął na potwierdzenie i odstawił motocykl kochanka do małego garażu. Zamknął go jeszcze i uśmiechnął się do właściciela maszyny.
— Chodź, zrobimy sobie jeszcze może kawę do papieroska na noc, hm?
Marvin przytaknął i wszedł za kochankiem na klatkę schodową.
— Mamy chyba jeszcze to bezkofeinowe badziewie, które przypadkiem kupiliśmy? Nie chcę się faszerować na noc kofeiną — odpowiedział, wchodząc za nim po schodach.
— Może jest, najwyżej po Deanie zostało kakao. — Jasper zaśmiał się, szperając po kieszeniach za kluczami.
— Mhmm… — Marvin tylko odmruczał, czekając, aż Jaz otworzy, a kiedy tylko to zrobił i rozebrali się w przedpokoju, rzucił: — To zrobisz? — Po tym od razu skierował się w stronę łazienki.
— Jasne! — odparł ten, idąc do kuchni.
Kiedy wstawił już wodę i znalazł bezkofeinową kawę, oparł się łokciami o blat kuchenny, patrząc, jak woda gotuje się w elektrycznym czajniku. Nie było w tym nic pasjonującego, ale nie myślał o tym, tylko o Christine, o tym, jakie ta zrobiła wrażenie na Marvinie i o tym, co ten o niej myślał… Nadal jakoś bolała go wczorajsza rozmowa oraz to wyjście mężczyzny właściwie bez rozwiązania sprawy. Zastanawiał się, ile czasu potrwają między nimi te ciche dni.
Zdążył robić kawę i przenieść się z nią do salonu, nim Marvin wyszedł z łazienki. Miał na sobie jedynie czarne, obcisłe slipki, bo właśnie brał prysznic. Nim usiadł obok kochanka, włączył jeszcze radio, nie chcąc, żeby panowała nieznośna cisza. Dopiero potem sięgnął po kawę.
— Dzięki — rzucił, pijąc powoli.
Jaz mruknął coś pod nosem i usiadł przy stoliczku ze swoją.
— Dzięki, że poszedłeś, mimo że się nudziłeś — rzucił, jakby mówił do kawy nie kochanka.
— Raczej czułem, że przeszkadzam, stary. Ale fajna dziewczyna. Cieszę się, że nie miałeś żadnej pindy — odpowiedział Marvin, w przeciwieństwie do Jaza, obserwując go.
— Jakoś nigdy w takich nie gustowałem — odparł jego kochanek z lekkim skrzywieniem ust, siorbiąc kawę.
Marvin milczał przez moment, patrząc na niego i myśląc. Było między nimi od wczoraj bardzo niezręcznie, a on miał wrażenie, że Jaz, od kiedy mu pokazał, jak kiedyś wyglądał, jakby się czegoś bał. Wywnioskował co nieco z jego słów, ale nie był pewien. Choć jeśli miał rację, to najchętniej siłą wbiłby mu do głowy, że się myli.
Przesunął wargami z zamyśleniem po krawędzi filiżanki, po czym rzucił do kochanka tonem, z którego niewiele dało się wyczytać:
— Tylko w takich, na które miałeś szanse, jako tłusty chłopak. Tak samo jak teraz masz szansę mieć mnie, póki trzymasz formę.
Jaz lekko drgnął, ale nie spojrzał na kochanka. Zacisnął tylko usta i oblizał je nerwowo.
— Ta… chyba tak — mruknął. — Chociaż to było draństwo z mojej strony…
— „Tak”…? Jakie, kurwa, „tak”, Jaz?! — krzyknął Marvin, odstawiając filiżankę i unosząc się z kanapy.
Jasper mocniej zacisnął palce na kubku, ale nic nie odpowiedział, tylko wpatrzył się w jasnobrązowy płyn w środku. Nie miał nic do dodania. Tak naprawdę na początku spróbował z Christine, bo wydawała się w miarę ładna i bardziej dostępna niż inne dziewczyny. Nie patrzyła na niego koso. A potem go rzuciła, bo nie byli w stanie sobie poradzić z różnicami, jakie pomiędzy nich się wdarły. Źle się z nim czuła, poza tym, że nadal ktoś się jej czepiał za to, jak wygląda.
Marvin patrzył na niego z góry uporczywie, oczekując jakiejś reakcji, ale kiedy się nie doczekał, wsunął palce we włosy i odetchnął. Wciąż stał nad kochankiem z mocno dudniącym sercem.
— Czemu mnie wciąż tak oceniasz, Jaz? Jak jakąś kurwę, której zależy tylko na seksie, kutasach, seksownych facetach i pełnej dupie? Za mało ci okazuję, co czuję, za mało czytam, mam zbyt płytką osobowość…?
Jasper od razu poderwał głowę i wzrok na kochanka. Serce mocniej mu zadudniło w klatce piersiowej i nieprzyjemnie zabolało. Odstawił kubek na stolik.
— Nie… Marvin. Nie porównuję cię przecież… — jęknął. — Nie myślę o tobie źle, to… to nie tak. Masz cudowną osobowość, przecież cię kocham za nią… i… — Oblizał usta nerwowo, nie wiedząc, jak się tłumaczyć. Znowu spuścił wzrok i odetchnął szybko, starając się opanować. Było mu cholernie ciężko. Chciał zwyczajnie uszczęśliwić Marvina. Nie skazywać go na to, aby kiedyś musiał być z kimś, kto go w ogóle nie kręci. Nie chciał widzieć w jego oczach tego braku szacunku, który tak często kiedyś widział w oczach znajomych ze szkoły. I może był głupi, może powinien ślepo wierzyć kochankowi, ale zwyczajnie się bał.
Marvin sapnął głucho i wreszcie usiadł ponownie na kanapie.
— Nie wiem, jak to odebrać. Twierdzisz, że jestem z tobą dla twojego ciała. Nie wiem, co… — Nawet nie umiał wydusić z siebie odpowiednich słów. Było mu cholernie przykro, jak Jaz mu nie ufał. To wszystko brzmiało, jakby nie wierzył w ich miłość. W ogóle.
Jaz potarł twarz dłonią, nie chcąc tracić twarzy.
— Nim się zainteresowałeś w dużej mierze — mruknął pod nosem. — A… ja nie chcę cię rozczarować i abyś… — Westchnął ciężko. — Wybacz. Po prostu chciałbym, abyś nigdy się na mnie nie zawiódł. Abyś… abyś miał kogoś, o kim marzysz i aby to nie było kiedyś już tylko przywiązanie.
— Jesteś głupi, Jaz. Skoro tak mnie oceniasz, to chcesz mi powiedzieć, że z twojej strony by było tak samo? Jakbym… nie wiem, kurwa, spadł z balustrady i połamał se kręgosłup, to też byś był ze mną tylko z przywiązania? — wycedził Marvin, mając wrażenie, że kolejne słowa kochanka są jak kolejne szpile wbijane w jego ciało. — Wiesz, może się kurwiłem całe życie, ale ktoś mi pokazał, czym jest uczucie. Może nie wierzysz, Jaz, ale ja wiem. I nie kończy się to na twoim jebanym chuju, sześciopaku i, kurwa, odpowiedniej wadze! — na koniec już krzyknął, mając ochotę znowu wstać i wyjść, ale nie mógł wiecznie uciekać.
Jasper specyficznie czknął i zakrył usta dłonią, a w jego oczach niespodziewanie zebrały się łzy. Mężczyzna szybko starł je dłonią i pokręcił głową.
— Wybacz… — wymamrotał. — Nie… nie zostawiłbym cię. — Pokręcił głową, jakby samemu sobie dodatkowo to wmawiając. — Ja… zwyczajnie… — Wzruszył ramionami, nie mogąc zebrać słów, aż w końcu spojrzał na kochanka czerwonymi oczami. — Czy ty nie myślałeś, że z ciebie zrezygnuję, jak… robiłeś to wszystko? A to… — Westchnął i znowu spuścił głowę. Może był głupi, że martwił się takimi rzeczami. W końcu, jeśli będzie się zawsze pilnował, ćwiczył i nie pozwoli sobie na chwilę odpuścić, to nic się nie stanie. Nadal będzie atrakcyjny dla Marvina i siebie samego. Jednak, jak wspominał te czasy, kiedy się z niego i Christine nabijali, jak potem ją wyzywali, nawet kiedy jemu udało się schudnąć… Jak on nawet słyszał codziennie w szatni pytanie, czy dobrze mu się pieprzy ze swoją maciorą. Rzygać mu się od tego chciało. Niestety, jak się przekonał, bójki wcale nie wychodziły mu na dobre. Chciał już zakończyć tę wymianę zdań.
— Nie zostawiłeś mnie — odpowiedział twardo Marvin, wstając i siadając okrakiem na jego udach. — Dlatego ja ciebie nie zamierzam — dodał, obejmując go za szyję i głowę i przytulając do siebie.
Jasper pociągnął nosem i zaciągnął się zapachem Marvina. Objął go w pasie, nic nie odpowiadając. Chciał go zwyczajnie potrzymać przy sobie, poczuć jego ciepło i… przeprosić jakoś. Znowu, że kazał mu się martwić. Znowu nie dawał mu oparcia, a denerwował go.
— Naprawdę jesteś głupi — usłyszał po chwili, ale nie został puszczony. — Uwierz we mnie. I w siebie.
Jaz potarł głową po torsie kochanka na znak zgody. Nadal było mu dziwnie ciężko, ale mógł się zgodzić.
— Wybacz… Znowu… cię wkurzyłem.
— Przestań. Każdy ma coś, czego się wstydzi — odmruknął Marvin, przytykając policzek do jego włosów. Nie wiedział, co mu powiedzieć. Uważał, że przekazał mu to, co musiał, czyli że kocha jego całokształt i chce z nim być, cokolwiek się nie stanie. — I nie przepraszaj, tylko nie pozwalaj tym debilnym myślom włazić sobie do głowy.
Jasper prychnął pod nosem, ani myśląc odsuwać się od kochanka. Słysząc jego serce bijące tuż przy jego uchu, uspokajał się. Chciał, aby zawsze tak było. Aby ten go trzymał i aby chciał siadać mu na kolanach. Bardzo, bardzo chciał z nim być.
— Ty też? — rzucił pod nosem już z lekkim rozbawieniem. — I postaram się. Chcę być dla ciebie idealny. Taki, jakim mnie widziałeś w mokrych snach, nim się jeszcze zeszliśmy.
— Jesteś lepszy niż w tych mokrych snach. One były niedoskonałe, ty jesteś — odpowiedział Marvin. Było mu tak dobrze, kiedy czuł go blisko. Tym bardziej po tym, jak od wczoraj prawie w ogóle się nie dotykali.
— Przestań, bo się speszę. — Jaz pocałował go w środek klatki piersiowej. — Wiesz, że jak teraz powiem, że cię kocham, to nie będą to puste słowa. Serio. Zniosłem to wszystko, co do tej pory przeżyliśmy i zniósłbym więcej dla takich chwil jak ta, kiedy mogę cię trzymać tak blisko i słyszeć, jak ci serducho bije w klatce piersiowej.
Marvin odetchnął głęboko, po czym wsunął palce w krótkie, ciemne włosy kochanka i lekko się odchylił, by popatrzeć w jego oczy.
— A wiesz, że jak ja teraz powiem, że cię kocham, to też będzie prawda? I że pod tym „cię” nie kryje się tylko powierzchowny Jaz, a całe jego wnętrze też? I nie, nie mówię o twoich flakach.
Jasper aż wziął głębszy oddech i złapał Marvina za twarz. Przyciągnął go do siebie i pocałował z pasją, nie bacząc na swój nienajlepszy stan po płaczu. Jeśli Marvin deklarował coś takiego, musiał znieść jego wilgotne i czerwone oczy.
— Jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi.
— I pogódź się z tym, że taki zostaniesz, bo nie mam zamiaru cię wypuszczać — odpowiedział Marvin, czując, że szumi mu w skroniach od emocji. Wiedział, że skoro przetrwali to, co spotkało ich dotychczas, przetrwają więcej. — Jutro odetchniesz w klubie z Chris, jak wrócisz, będziesz miał ze mną gorący seks i potem już będzie tylko lepiej, mm? — dodał, patrząc mu w oczy i cmokając krótko w usta.
Jaz skinął najpierw głową odruchowo, po czym spojrzał na niego czujniej.
— Bo nie masz nic przeciwko, abym poszedł tańczyć do klubu z moją byłą?
— Nie zdradzałeś mnie, kiedy mogłeś, więc nie, nie mam nic przeciwko. To twoja kumpela, a ja nie jestem złą żonką, która odmawia mężowi „pójścia na piwo z kumplami”. — Marvin uśmiechnął się lekko do kochanka.
Jaz odpowiedział jeszcze szerszym uśmiechem i potarł twarzą o klatkę piersiową kochanka, aby zetrzeć z niej resztki wilgoci. Pocałował go na koniec w sutek. Nie chciał go puszczać.
— Jesteś cudowny. Mówiłem ci to?
— Zdarzyło ci się… — odpowiedział Marvin z zastanowieniem. — Poczekaj… — Wygiął się do tyłu, wykręcając swoje sprężyste ciało i udało mu się sięgnąć po swoją kawę. Była już chłodna, ale nie chciał schodzić z kolan kochanka. Gdy wrócił do wcześniejszej pozycji, napił się i przesunął wolną dłonią po jego cudownie wyrzeźbionym torsie. — Przyznaj, że też jesteś z tego dumny…
Jaz przełknął ślinę i, chcąc nie chcąc, skinął głową.
— Mhm. No, wiesz… dużo na to pracowałem. I na szczęście są efekty.
— Bardzo seksowne efekty — odmruczał Marvin i objął go luźno. — Skoro potrafiłeś do tego doprowadzić, to dasz radę to utrzymać. Ale nie chcę już o tym rozmawiać, mm? Nie chcę już, żebyś płakał — dodał ciszej z delikatnie ściągniętymi brwiami, przesuwając wzrokiem po jego twarzy.
Jaz momentalnie spalił raka, słysząc ostatnie zdanie.
— Umm… To z nerwów — jęknął, pesząc się. Nie chciał się tak rozkleić, ale trochę go to emocjonalnie przygniotło.
Marvin uśmiechnął się lekko, widząc rumieńce.
— Zdarza się, tygrysie — odpowiedział i już po prostu tylko go przytulił.
Jaz nic nie dodał i oparł bok głowy o klatkę piersiową mężczyzny. Nawet jak zacznie im być niewygodnie, to trudno. Chciał z nim pobyć.

*

Popołudnie i cichy szmer wentylatorów, zagłuszany przez muzykę z głośników. Brakowało okien na całej przestrzeni dużej sali, więc trójka mężczyzn na scenie, w podziemnym klubie nie czuła, jak mijają im kolejne minuty. Nie widziała, jak na zewnątrz robi się ciemno. Dean jednak musiał kontrolować czas, aby jeszcze zdążyli się zebrać, nim pojawią się pierwsi goście w No Exit. Na szczęście ostatni dzwonek zawsze mieli w momencie, kiedy przychodzili ochroniarze. Dean nie nawiązywał z nimi nigdy flirtu towarzyskiego. Wpierw czuł zażenowanie po tym, jak kiedyś jeden z nich znalazł go na piętrze, schlanego w trupa, a później przez ich budowę ciała. Wolał profilaktycznie nie nawiązywać bliższych relacji z osobami pasującymi do jego wzorca zainteresowań.
— Dobra, styknie na teraz! — ogłosił w końcu i sam klęknął, łapiąc głębszy oddech. Był zmęczony i bolały go nogi od… ujeżdżania, jakie sobie zaserwował w nocy.
Marvin przetarł czoło rękawem czarnej, przylegającej do ciała bluzki. Był zmęczony, ale dobrze mu się ćwiczyło. Podszedł do butelek z wodą stojących na skraju sceny i na raz wypił połowę zawartości.
— Jest okej, tylko końcówkę jeszcze dobrze by było dopracować następnym razem, co mistrzu? — zwrócił się do Deana i usiadł na posadzce. Musiał dać odpocząć nogom.
— Mhm, będzie spoko. Nie pozwolę, abyście schrzanili mój układ — odparł najstarszy z obecnych i przechylił się do tyłu. Jego nogi nadal były zgięte w kolanach, więc teraz położył się na swoich stopach.
— Jesteś jak sprężyna, Dean — zauważył Jaz, który odebrał Marvinowi butelkę. Sam był zmęczony, bo nie spał dużo, po tym jak wybrał się z Chris do klubu. Teraz więc marzył, aby dziś wyjątkowo pójść spać przed północą. Wiedział, że to się nie uda. Nigdy się nie udawało. Marvin wcześniej co prawda obiecał mu seks zaraz po powrocie, ale było na tyle późno, że już spał, kiedy Jaz wrócił. Skończyło się więc na porannym numerku, dzięki któremu przyjemnie rozluźnili się przed przyjechaniem na próbę.
— I to młoda sprężyna. Powinieneś dalej tańczyć — dodał Marvin, wpatrując się właśnie bezwiednie w lekką wypukłość w spodniach Deana, która uwydatniła się przy tej pozycji.
— Chyba żartujesz. Starczy mi użerania się z wami na scenie, a poza tym faceci przychodzą tu patrzeć na ciasteczka, a nie słone paluszki — odparł choreograf, wyciągając ręce nad głową i przeciągając się.
— Niektórzy lubią chudych — dodał Jaz i zerknął krótko w stronę balkoniku, skąd ich manager niejednokrotnie oglądał ich występy.
Dean zmrużył oczy, próbując rozgryźć młodszego z tancerzy. Czy go wrabia, że Harley tam stoi, czy nie. Jaz nawet się uśmiechnął, jakby na kogoś patrzył.
— Nie ma go! — syknął Dean, ale wygiął się bardziej, robiąc niemalże mostek i patrząc do góry nogami za siebie.
Rzeczywiście, balustrady były puste i zaciemnione, bo światło wciąż oświetlało tylko scenę. Nie było co marnować prądu, skoro o tej porze jedynie te rejony klubu zajmowali.
— Czyli Harley nie gustuje w takich dużych chłopcach, jakiego ja mam, mm? — Marvin rzucił pytająco do kumpla, ale patrzył na Jaza, lustrując go od góry do dołu łakomie.
— Nie wiem — Jaz wzruszył ramionami i spojrzał na Deana, który przewiercał go swoimi niespotykanie jasnymi oczami. Były aż dziwne, jakby się nad tym rozsądnie zastanowić.
— Nie mówi im „nie” chyba — odparł na pytanie Marvina. — A jak już o pieprzeniu mowa, to, Marvin, do czegoś ty Jaza wczoraj zmuszał, że ten taką ma zamułę?
— Jaz wczoraj mnie zdradzał ze swoją pierwszą dziewczyną, a rano musiałem mu pokazać, że w domu ma już dobrą dupę — odpowiedział, podciągając jedną nogę i rozmasują ją sobie. — I… chyba pokazałem — dodał zmysłowo, oglądając się na kochanka.
Ten przełknął ślinę zupełnie odruchowo i uśmiechnął się dziwnie. Nie było wątpliwości co do tego, że pokazał. I to jeszcze jak.
— Najlepszą — wyszeptał, a Dean popatrzył to na jednego, to na drugiego.
— Okej. Mam nie wnikać, czy..?
Jaz teraz zwrócił na niego uwagę.
— Moja była dziewczyna była w mieście, odwiedzała rodzinne miasto, rodziców i przy okazji się z nią widzieliśmy — mówiąc, wskazał przy okazji kochanka. — A potem obiecałem jej wyjście do klubu i dlatego jestem zmęczony.
— Musiał się pochwalić, jak dobrze macha tyłkiem — wtrącił Marvin. — Podobało się jej?
— Tak! Była zachwycona. Głównie zazdrosnymi spojrzeniami wokół. — Jaz uśmiechnął się, dumny z siebie jak paw. W końcu to na niego ktoś zwracał uwagę. Całą uwagę. To, przy najseksowniejszym facecie, jaki w ogóle się urodził, Marvinie, którego idealizował po wszech miarę, nie było takie łatwe.
— No proszę, to nie tylko uradowałeś dziewczynę, która mogła się z takim mięskiem pokazać, a jeszcze pokazałeś tej heteryckiej części, jaki jesteś gorący. Powinienem chyba bardziej uważać, żeby jakieś podejrzane dziewczyny nie chciały mi cię odbić — odpowiedział Marvin, unosząc się wreszcie z posadzki i podchodząc do kochanka. Pocałował go w bok szczęki.
— Myślisz, że mają w ogóle jakieś szanse? — Jaz uśmiechnął się jak zawsze szeroko, niemal wariacko. Jak on kochał tego faceta, to mu się nawet w głowie nie mieściło.
— Nie wiem… Dlatego muszę zadbać o to, żebyś chciał patrzeć tylko na mnie… — zamruczał mężczyzna i zerknął na prawo, gdy usłyszał kroki na piętrze. — Tak, jak teraz nasz szef wpatruje się w swojego „słonego paluszka”.
Jaz uśmiechnął się pod nosem i spojrzał w tę sama stronę co Marvin. Dean się nie odwrócił.
— Za często się odwracam. — Westchnął, chociaż też słyszał kroki.
— Nie chcesz posłać swojemu potworowi buziaka? — Marvin zwrócił się do kumpla, a Jazowi zawiesił rękę na szyi i stuknął go w bok biodrem. Chciał, żeby go objął. Dzisiejszy seks rano był naprawdę… gorący i wręcz łaknął więcej Jaza. To nic, że przez ostatnie trzy godziny cały czas się dotykali, tańcząc. I to nic, że Jaz chyba myślał podobnie, bo chwycił silną ręką kochanka za bok i przycisnął do swojego. Tak, na przyjemne usposobienie i chęć do kontaktu fizycznego Jaspera zawsze można było liczyć.
— Niech lepiej przyjdzie i sam se go weźmie, a nie będę mu coś słać. Jeszcze za przesyłkę ktoś sobie policzy — Dean odparł na tyle głośno, aby słyszeli go nie tylko ci przed nim, ale i ten za nim.
— Taki skąpy w czułostkach? Powinieneś brać przykład z Jaza — stwierdził Marvin, po czym zerknął w stronę przypatrującego się im Harleya. — Albo ktoś inny powinien brać…
Manager pokręcił głową, po czym zaczął schodzić po metalowych schodkach, co było wyraźnie słychać na scenie.
Dean psyknął pod nosem i dopiero się odwrócił, aby zobaczyć swojego kochanka zmierzającego w ich stronę. Uśmiechnął się delikatnie i nie spuszczając wzroku z potężnego ciała swojego szefa, odparł Marvinowi:
— Brać przykład i cię przytulić? — spytał i dopiero rzucił starszemu tancerzowi przelotne, rozbawione spojrzenie.
Marvin od razu poczuł, jak dłoń Jaza mocniej go do siebie przyciąga.
— Możesz próbować, ale nie wiem, czy pierwsze twój facet, czy mój ci to uniemożliwi — odpowiedział sugestywnie, a Harley wszedł po niskim stopniach na scenę i stanął nad Deanem.
— Nawet o tym nie myśl — rzucił, pochylając się, łapiąc go mocno za szczękę i całując krótko, ale zdecydowanie w usta. — Nie zapomnieć mi tych butelek wyrzucić, nim się zmyjecie — dodał do tancerzy, wskazując na porzuconą wodę.
— Spoko, nie zostawiamy syfu. Zwykle — odparł Jaz.
— A ja nie wiem, czy uda mi się przesunąć o centymetr w jego stronę, jak tak mnie od tyłu pilnujesz. — Dean uśmiechnął się figlarnie do Harleya, nadal klęcząc sobie na parkiecie sceny.
— Od tyłu robię ci co innego. Ale chłopcy niech ładnie sami posprzątają. To radyjko też ma zniknąć. — Harley dodał do Jaza i Marvina, po czym spojrzał w dół na kochanka. — Jesteś wolny?
Jaz dla świętego spokoju już zajął się tymi butelkami i radiem. Dean w tym czasie pokręcił głową na pytanie Harleya i dopiero, kiedy ten spojrzał na niego z zaciekawieniem, dodał:
— Nie. Nie jestem wolny. Taki duży jeden szef fajnego klubu mnie już zajął. Czemu nie za biurkiem? Hm?
— Laptop mi się zwiesił i się wkurwiłem, więc wyszedłem się zrelaksować twoim widokiem — odparł Harley tak prostym i swoim zwykłym, poważnym tonem, że ciężko było to wziąć jako wymuszony komplement, a raczej najzwyklejszą szczerość.
Marvin się uśmiechnął, ale nie przyglądał się im dłużej, tylko pomógł swojemu facetowi w ogarnianiu sceny, żeby była śliczna i czysta, jak sobie manager wymarzył.
— Ciekawa terapia. Powinieneś sobie w takim razie skołować jakieś zdjęcie na biurko, skoro tak cię relaksuję. — Dean wyciągnął ręce w górę, aby Harley go podciągnął i postawił na nogach.
Ten, zamiast to zrobić, rzeczywiście szarpnął go do góry, ale następnie przerzucił sobie przez ramię i ruszył w stronę schodków.
— Wolę cię żywego.
— Ej! — Dean od razu krzyknął i złapał się mocno dłońmi jego ubrania. Nogi też skulił. — Co ja jestem?! Lekki, przenośny zestaw wystroju?
— I taka trochę przerośnięta pigułka na poprawę nastroju. Tak — potwierdził Harley, uśmiechając się do siebie. Trzymał choreografa pewnie, nie zważając na jego wiercenie się. Jego masywne mięśnie były przy tym wyraźnie napięte.
— Sam jesteś piguła. Umiem chodzić! — Dean zajęczał, zwisając w końcu bezwładnie.
Jaz za to popatrzył za nimi i uśmiechnął się wymownie do Marvina.
— Może jeszcze włączmy tę muzykę?
— Sugerujesz, że będzie tak głośno? — Marvin uśmiechnął się kątem ust, widząc, jak Harley trzasnął Deana w pośladek, aż plasnęło i zaczął w nim wchodzić na górę. Skojarzył mu się z takim barbarzyńcą, który porywa w lesie jakiegoś zabłąkanego faceta i bierze go do swojej jamy. Albo sarenkę.
— Nie wiem. Ale nie zaszkodzi. — Jaz wzruszył ramionami i cmoknął w usta kochanka, nim poszedł włączyć już jakąś składankę, aby coś grało w całym klubie. Na radyjku puszczali sobie kawałki na następne występy. Tak było prościej i było mniej latania, niż jakby trzeba było iść na DJkę za każdym razem.
— Mhm… — Marvin tylko odmruknął i popatrzył to za swoim facetem, to za znikającym szefem i choreografem na górze. — Ale chodź, zbieramy się i wracamy do domu. Musisz odespać! — zawołał za Jasperem. Widział, że ten był zmęczony po całej nocy i dniu ćwiczeń. Wiedział też, że nie żałuje. Wyraźnie udał mu się wypad z Christine do klubu, a radosny Jaz był dla Marvina jednym z lepszych widoków, jakie doświadczał.
Dziewczyna już wyjechała z miasta albo właśnie wyjeżdżała, więc nie miał powodów do zazdrości. Jasper Moseley był jego i tylko jego, co było wyjątkowo przyjemne, kiedy ten na niego tak patrzył z uwielbieniem, czułością i oddaniem. Dokładnie tak jak teraz, kiedy zgodził się na powrót do domu, do łóżka i znowu w ramiona kochanka.

12 thoughts on “No Exit – 44 – Dlaczego z tobą jestem?

  1. Katka pisze:

    Saki, „ Marvin się zmienił i to bardzo, ale na lepsze. To, że zrobił się taki kochany i wierny tylko dodaje mu do zajebistości XD” – co nie? Normalnie coraz bliżej mu do idealnego faceta. Chociaż przyznam, ze tę idealność jego i zajebistość można traktować trochę jako wadę, bo ja bym się osobiście przy nim potwornie nijaka czuła XD no ale popatrzeć na takiego to miło XD I spoko, na pewno coś z nimi się jeszcze pojawi, bo jak mówię, mamy do nich słabość ;) A co wskoczy na miejsce NE… dum, dum, dum, już niebawem się dowiecie :D Będzie się działo! :D

  2. saki2709 pisze:

    Tak czytam te komentarze i czytam, i zadaje sobie pytanie: jak to koniec opowiadania? Niby był spis treści, ale zupełnie mi wyleciało z głowy, ile miało mieć rozdziałów. Będę tęsknić za chłopakami. No dobra, teraz co do rozdziału. Dobrze, że Marvin i Jaz w końcu doszli do porozumienia. Kłótnie nie są fajne. Marvin się zmienił i to bardzo, ale na lepsze. To, że zrobił się taki kochany i wierny tylko dodaje mu do zajebistości XD Była Jaza całkiem spoko. Nawet ją polubiłam. A jeśli chodzi o Harleya i Deana, nadal ich uwielbiam i będę za nimi tęsknić nawet bardziej niż za głównymi bohaterami. „Lekki, przenośny zestaw wystroju” – padłam. Kocham cię, Dean. A Harley ze swoją pigułką tylko mnie dobił XD Jak nie będzie z nimi żadnego bonusu w przyszłości, to będę bardzo smutać.
    Lecę, pędzę, by czytać następny – ostatni przed epilogiem ;_: – rozdział. Zastanawiam się, co wskoczy na miejsce NE. Osobiście jestem za ATCL, bo się strasznie za chłopakami stęskniłam. FDTS też kocham, ale nie można mieć wszystkiego. Chyba że na zmianę. A może szykujecie kompletnie coś nowego, tylko chowacie to w sekrecie do ostatniej chwili?
    Pozdrawiam i życzę weny

  3. Katka pisze:

    Tazkiel, nooo niestety już końcówka. Jakoś zawsze na koniec łapie sentyment, ale przyznam Ci, że na swój sposób lubię końce, bo to jakieś potwierdzenie i satysfakcja, że coś udało się doprowadzić do końca. Ale tak jak mówisz, są jeszcze bonusy. Więc zawsze jest nadzieja na poczytanie więcej o bohaterach :) Fajnie w ogóle, że mimo początkowego niesmaki opowiadanie Cię wciągnęło :) i nie obawiaj się, coś na pewno zastąpi pustkę po NE :D

  4. Tazkiel pisze:

    Kurcze, jeszcze tylko jeden rozdział, epilog i koniec, koniec!!! Mam sentyment do tego opowiadania. Nie, żebym jakiegoś Waszego opowiadania nie lubiła, ale to jakoś szczególnie mi podeszło. Może dlatego, że dałam mu drugą szansę po tej koszmarnej scenie z Marvinem i Orvelem, która mnie totalnie zniesmaczyła. No, a później przemyślałam sprawę, emocje opadły i mnie wciągnęło :). I smutno mi trochę, że to już prawie koniec! A skoro to opko dobiega końca, to może zlitujecie się nad biednymi czytelnikami i zaczniecie kolejną serię np. FDTS albo doktora Willa i spółki. Nie jestem wybredna:). Wprawdzie nadal czekanie na kolejne rozdziały jest dla mnie bolesne, ponieważ zdecydowanie wolę przeczytać wszystko za jednym zamachem, ale zmuszę się… jakoś:).
    Słoneczne listopadowe pozdrowienia dla Was, miłe Panie.
    Aha, mam nadzieję na bonusy i jest mi całkowicie obojętne, którą parę wybierzecie!!!

  5. Katka pisze:

    Mati, kochają się, kochają, byle co ich na pewno nie rozdzieli :D Mały kryzysik był, ale jednak już za mocne uczucie pomiędzy nimi jest, by coś prozaicznego ich zniszczyło. Haha, a jak mówisz o tym, że przy takich ciachach każdy by był skrępowany – to często jak kminimy z Shiv, z którym z chłopaków by fajnie było chodzić za rączkę po ulicy, to zawsze jest taka myśl, że Marvin może, ale jest… zbyt zajebisty. Byśmy się przy nim czuły jak poczwary jakieś XD Może jakby nie był świadom swojej zajebistości, to łatwiej by się z nim przebywało, ale tak to jednak ciężko XD

  6. Mati pisze:

    Chyba troszkę przesadziłem z tą reakcją do poprzedniego rozdziału. Przecież oni się kochają. Jak mogłem pomyśleć, że tu się jakiś mega dramat rozegra? Głupiutki ja.
    Ale teraz obecny rozdział.
    Nie dziwię się, że Marvin nie wiedział, o czym z nią rozmawiać. Nie znali się przecież. I nie dziwię się skrępowaniu Christine. Chyba każdy by się tak zachowywał przy takich ciachach. I przy tak zmienionym Jaz’ie.
    Hahaha, przenośny zestaw. Fajna scenka z Harley’em i Dean’em, bardzo fajna :D

  7. Katka pisze:

    Liv, „Albo mi się przewidzialo, albo Marvin i Jaz naprawdę szczerze rozmawiali.” – haha aż dziwne, co nie? XD Udało im się, a to oznacza jakiś progres. Się panowie rozwijają. Szkoda, że pod sam koniec opowiadania XD No i jak ładnie podsumowałaś Marvina XD Ale masz dużo racji. Jaz zrobił z niego normalnego człowieka. Aż strach pomyśleć, kim Marvin by był, gdyby nie Jasper… Brrr… Ale wow, fajnie, że tak urośli w Twoich oczach. Nawet jak nie przebili Harlean, to jednak fajnie, że ostatecznie zdobyli sympatię. Bo dotąd chyba przez zachowanie Marvina, nie byli ulubioną parką większości czytelników XD

    O., William jest zawiedziony. A do Marvina masz nieustanny dystans, nawet jak się tak chłopak stara! XD No wiesz?! XD Ale nie no, rozumiem, trudno mu na 100% zaufać…

    Renka, „drobne cieszynk” – awww, jakie słodkie okreslenie! Zapisuję je w swoim słowniku :D Jakoś mnie urzekło XD Hehe, słoneczny dzień bardziej słoneczny dzięki naszym chłopakom – czujemy się spełnione :D Niech nas jeszcze pogodynki reklamują – „jutro o północy nadejdzie z zachodu Shikattales, więc można się spodziewać przez cały dzień silnych promieni słońca” albo „w przyszłym tygodniu niestety zawitają Alberty i Ridleye, więc będzie pochmurno i deszczowo”… To kto aplikuje na pogodynkę? XD Boże, zmęczony człowiek i już zaczyna pierniczyć od rzeczy… I nie przejmuj się literówkami! My ich na pewno więcej robimy w rozdziałach XD

    Damiann, literówki zaraz poprawię. A co do Harleya, to jak denerwuje Cię ich poziom skomplikowania, to może powinieneś czytać bardziej radosne obyczajówki jak FDTS? XD Nie wiem, nie wiem, ale no cóż, jak czasem radowali, to fajnie, jak czasem wkurzali, w sumie też dobrze. Niezbyt fajnie, jak byli obojętni, bo to jest wg mnie jednak niezbyt dobra opcja, bo nudzi, no ale może jakbyś kiedyś czytał drugi raz, to może jakoś Ci się tu ustatkuje ;)

  8. damiannluntekurbus17 pisze:

    ,,A niedawno przyjechał do miasta kumpel Marvina i jest teraz naszym choreografem, więc mamy niezły natłok ćwiczeń. Daj nam popalić, co nie Marvin?” – Jedna literka, a zmienia wszystko. Marvin daje popalic Tygrysowi w lozku xD
    ,,Christine pokiwał głową i odetchnęła ciężko, aż jej biust zafalował. Marvinowi, jak widać, się nie spieszyło, bo stał oparty o blat i rozmawiał o czymś z barmanem, kiedy ten nalewał piwo do kufli.” – A ja myslalem, ze Christine to kobieta… Coz w koncu ,,pokiwał głową i odetchnęła”, wiec pewnie jest obojniakiem xDDD
    I nie… Jednak nie lubie Harleya i Deana. No nie wiem, mam strasznie mieszane uczucia. Raz ich lubie, raz nie, raz mam ich gdzies. Po prostu nie wiem, co mam o nich myslec. Np. Jaza lubie, bo jest taki prosty, a Dean (Harley) jest zbyt tajemniczy, malo o nim wiem, a ja chyba za bardzo nie lubie tajemniczych bohaterow, o ktorych malo wiem xD
    Uwielbiam dramy i akcje, wiec mam nadzieje, ze cos jeszcze tutaj bedzie sie dzialo ;Pi

  9. Renka pisze:

    Take drobne cieszynki jak na przykład Harley przerzucający sobie przez ramię Deana sprawiają, że ten nad wyraz słoneczny dzień robi się jeszcze bardziej słoneczny. Poza tym totalnie się cieszę, że Jaz i Marvin w końcu wyłożyła kawę na ławę i zakończyła swoje spory w akceptowalny sposób.😉

  10. O. pisze:

    Will by się zawiódł gdyby usłyszał, że ludzie nie kochaja wzajemnie swoich flaków. Marvin powinien się poprawić. No dobra, już się go nie czepiam – zmienia się i mam nadzieję że wpatrzone radosnomilosne spojrzenie nie jest klapkami na oczach Jaza.

  11. Liv pisze:

    Dean – sarenka.
    Słodki rozdział. ^^ Albo mi się przewidzialo, albo Marvin i Jaz naprawdę szczerze rozmawiali. :) A Chris jest bardzo fajna, coś jak przyjaciółka idealna.
    Mam nadzieję że to już koniec chwilowych dram w tym opo, mam teraz ochotę na szarą codzienność, najlepiej w nowym mieszkanku sarenki. c;
    Uświadomiłam sobie ze Marvin jest świetnym facetem, odkąd ma Jaza. Słucha go, pociesza go, chodzi na „nudne” spotkania z jego byłymi i zawsze gotów dać dupy ;)
    Wprawdzie to Jaz jest ucieleśnieniem troskliwości, ale oboje są.. tacy mili.. xd
    Na początku raczej za tą parą nie przepadałam, ale mają takie fajne przygody! xd
    Ale nadal Harlean. :>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s