Newton’s Balls – 15 – A nie mówiłam?

Przez cały tydzień Courtney nie rozmawiał z Chasem dłużej niż chwilę. Chłopak jedynie wpadał po psa, a on sam spieszył się na tyle, że nawet nie zdążył mu wyjaśnić, dlaczego jest taki potłuczony. Dopiero w niedzielę mieli się spotkać… i to na dłużej. Kurator wiedział, że tym razem chłopak nie musiał jechać do Newtonów, skoro ostatnio przepracował u nich sześć godzin. Zamierzał więc to wykorzystać i dać mu możliwość spędzenia tego dnia miło, przyjemnie, z dala od swoich dziadków i bezproduktywnego szlajania się po mieście z kumplami. Kazał mu tylko wcześnie rano przyjechać na rowerze pod swoje mieszkanie. O dziewiątej więc sam był już gotowy do drogi. Wyciągnął swój rower, do dużego plecaka zapakował wszystko, co będzie im potrzebne później i ubrał się dość wygodnie — w granatowe krótkie spodnie, szary bezrękawnik i na wszelki wypadek schował do plecaka kurtkę na deszcz. Nie tylko jedną, ale też dla Chase’a. Wszystko wyniósł z domu i już na podwórku czekał na swojego podopiecznego, z Tankiem radośnie biegającym wokół.
Pies, kiedy po piętnastu minutach obiegł wszystkie kąty podwórka, zajął się ich obwąchiwaniem, co zajęło mu kolejnych piętnaście minut. A Chase’a jak nie było, tak nie było. Courtney zaczął się niecierpliwić. Siedząc na ławce ogrodowej obok postawionego roweru i leżącego u swoich stóp plecaka, zadzwonił w końcu do podopiecznego, ale nie doczekał się połączenia.
Nie miał pojęcia, co się mogło stać, bo spóźnienie było już bardzo duże. Po kolejnych pięciu minutach przeszukał swoje kontakty w telefonie i znalazł ten do domu chłopaka. Jeśli coś się stało, może przynajmniej mu powiedzą, czy Chase wyjechał z domu. Zadzwonił więc do starych Lashów.
Ci o dziwo odebrali, a konkretnie odebrała babcia chłopaka.
— Ta, kto mówi?
— Courtney Corn, kurator pani wnuka. Czy zastałem Chase’a?
— Co? A nie wiem, chyba nie — odparła lekceważąco kobieta.
— To uprzejmie proszę, aby pani sprawdziła. Nie widziała pani, żeby wychodził? — pytał swoim poważnym, formalnym tonem, który nie zostawiał miejsca na dyskusję.
Kobieta westchnęła ciężko, potem krzyknęła głośno imię chłopaka, a dopiero po tym odezwała się do telefonu.
— Nie ma go albo nie odpowiada. A tego już nie sprawdzę, bo się gnojek cholerny zamyka. Ale mógł wyjść.
— Dobrze, dziękuję bardzo. Życzę miłej niedzieli, do widzenia — odpowiedział do telefonu, poczekał na burkliwą odpowiedź i dopiero się rozłączył.
Rozejrzał się wokół po swoim podwórku, spojrzał za radosnym Tankiem i popatrzył na wszystkie przygotowane rzeczy. Pokręcił w końcu głową, zostawił to wszystko i wrócił do domu.
Kiedy zamykał za sobą drzwi, usłyszał sygnał przychodzącej wiadomości. Usiadł ciężko, nie zdejmując nawet butów, na fotelu w salonie i dopiero ją odczytał.
„Spóźnię się”. — Brzmiała krótka wiadomość od Chase’a. Czterdzieści pięć minut od umówionego czasu.
Zirytował się dość mocno. Czy chłopak nie mógł napisać tego wcześniej? Podarował sobie nawet odpisywanie i tylko włączył telewizor na poranne wiadomości. Nie miał pojęcia, ile się Chase spóźni i co się w ogóle stało, żeby mógł to jakoś obliczyć. Musiał się więc odmóżdżyć przy ekranie, żeby się nie denerwować.
Obejrzał cały program telewizji śniadaniowej i nawet początek programu przyrodniczego, kiedy usłyszał szczekanie psa. Po chwili też dźwięk otwieranych drzwi kuchennych. Ściągnął brwi i lekko zacisnął szczęki, ale nie odwrócił wzroku od ekranu.
Chase wszedł razem z psem do salonu i słychać było, że zatrzymuje się gdzieś w połowie drogi do kanapy.
— Eee… sorry za spóźnienie.
Courtney dopiero teraz obejrzał się na niego z grobową miną.
— Serio…?
— Eee… — Chase podrapał się po karku. Był zgrzany i jeszcze trochę czerwony na twarzy. — No… tak.
— Co się stało w ogóle? Że nie dałeś rady napisać wcześniej, hm? — Courtney uniósł się z fotela i założył swoje wytatuowane ramiona na piersi.
— Bo… — Chase nie wyglądał na skorego do rozmowy. — Myślałem, że się wyrobię. Sorry, serio.
— Skąd ty w ogóle jechałeś, że zajęło ci to półtorej godziny?! Już nie wspomnę, że dopiero po trzech czwartych tego czasu stwierdziłeś, że się spóźnisz…
Chase rozejrzał się po salonie, wciskając w końcu dłonie w kieszenie.
— Weź już… Nic się przecież nie stało, no… Jestem już — burknął pod nosem, gapiąc się gdzieś pod swoje nogi.
Tym razem Courtney spojrzał na niego jakoś inaczej. Wyczuł, że coś jest na rzeczy, bo chłopak dziwnie się zachowywał. Podszedł do niego powoli i dotknął boku jego twarzy, unosząc mu trochę głowę.
— Wszystko w porządku?
— Tak, spoko jest. Sorry, jeszcze raz za to spóźnienie — odparł chłopak, uśmiechając się słabo, aby zejść z tematu.
Kurator jeszcze przez moment analizował jego twarz, po czym przytaknął i pocałował go krótko w usta.
— To chodź. Weź Tanka na podwórko, bo nie będzie nas cały dzień. Jedzenie mu już wyniosłem, a jakby padało, moja sąsiadka ma klucze, więc wprowadzi go do domu — wyjaśnił jeszcze, sięgając do kieszeni po swoje klucze.
Chase chwilę bacznie mu się przyglądał, po czym uznał, że wszystko może poczekać. Zabrał psa na zewnątrz i już bez słowa szedł śladem mężczyzny. Całusa też nie chciał ani komentować ani analizować.
Wyszli przed dom, zamknęli go i wsiedli na rowery. Courtney zarzucił na siebie plecak i spojrzał w niebo. Widać było kilka większych, białych chmur, więc według niego było bardzo odpowiednio. Słońce nie powinno ich razić, nie padało, tylko był trochę mocniejszy niż zwykle wiatr. Sam już po ataku byłego chłopaka Roxy w poniedziałek czuł się lepiej. Miał co prawda szew na łuku brwiowym, ale siniaki na plecach już prawie mu zeszły i nic specjalnie go nie bolało. Liczył więc, że jazda będzie przyjemna.
Po wyjechaniu za ogrodzenie wskazał swojemu podopiecznemu kierunek wschodni.
— Pojedziemy na razie tam, w stronę jeziora. A potem wzdłuż niego ścieżką do pewnego punktu. Powinno nam zająć maksimum dwie godziny, bo zakładam, że nie męczysz się szybko?
— Nie, dużo jeżdżę na rowerze. Spoko więc. Martw się o siebie, abyś nie spuchł — odparł nastolatek już z szerszym uśmiechem i wyprzedził mężczyznę na ulicy, którą jechali. Jak wiele znajdujących się w dzielnicach mieszkaniowych, była pusta, nie licząc pojedynczych samochodów.
Courtney uśmiechnął się do siebie i pojechał za nim. Już na początku Chase wrzucił duże tempo, więc musiał przyspieszyć. Coś czuł, że gdy wyjadą z miasta i znajdą się na nierównej ścieżce wiodącej wokół jeziora, będzie trudniej. Starał się więc oddychać spokojnie i nie męczyć się za bardzo już teraz. Sam miał dobrą kondycję, bo biegał codziennie na bieżni i miał dużo ruchu w ciągu dnia, ale Chase miał siedemnaście lat i na pewno dużo więcej fizycznych zajęć. A dodatkowo wszędzie jeździł na rowerze, bardzo sporadycznie korzystając z autobusów albo samochodu.
Po jakimś czasie wyjechali z miasta, ale jeszcze przez kilka minut co raz mijali spacerowiczów czy pojedyncze osoby również podróżujące takim samym środkiem transportu jak oni. W końcu jednak nadszedł czas, że znaleźli się na ścieżce sami. Była całkiem szeroka, ale nierówna. Z prawej strony mieli gęste drzewa, z lewej za to wspaniały widok na jezioro Michigan. W oddali dało się dostrzec łódki, a nawet paralotnię na niebie. Było tu znacznie ciszej niż w mieście, bardziej naturalnie, prywatnie.
Courtney sięgnął dłonią do czoła i otarł je, nie zaprzestając pedałowania. Jechał już teraz obok chłopaka, bo szerokość ścieżki na to pozwalała.
— Jak tam? — zagadał go w trakcie jazdy, już dużo wolniejszej, bo nie było ani takiej potrzeby, ani warunków, aby pędzić na złamanie karku.
Chase zerknął na mężczyznę.
— Spoko. Spokojnie tu.
— Mhm. Na miejscu powinniśmy być niedługo. Ale wyglądałeś na zgrzanego, jak przyjechałeś do mnie — zauważył Courtney, wciąż zerkając to na niego, to na drogę. — Skąd jechałeś?
— Spieszyłem się, to dlatego — wyjaśnił swój stan Chase, nie odpowiadając przy tym na pytanie. Uważał, że nie ma sensu zawracać tym głowy Courtneyowi.
Kurator ściągnął brwi, widząc, że chłopak ewidentnie unika odpowiedzi. Zastanawiał się tylko, czy to dlatego, że zrobił coś niedozwolonego, czy się czegoś wstydzi.
— Chase, to coś ważnego, prawda? Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
— Bo to właśnie jest nieważne. — Nastolatek westchnął ciężej. — I spoko, nie wpakowałem się w nic czy coś. Nie ma co gadać. Lepiej… o, powiedz, coś se zrobił w twarz — zasugerował, aby odciągnąć temat od siebie. Jemu już z twarzy prawie całkowicie zeszły strupy po ataku jego babci.
— Powiem ci, jeśli powiesz mi, co się stało dzisiaj rano. Skoro to nic ważnego, to chyba możesz mi powiedzieć, hm? — Courtney był nieustępliwy. I nie łagodziły tego okoliczności natury, spokoju i ciszy wokół. Był zaniepokojony.
— Uparty jesteś, wiesz?
— O tobie mogę powiedzieć to samo.
— No ale… To serio nic ważnego — jęknął z pretensją, że się to z niego wyciąga. — Byłem tylko u Newtonów, nic więcej.
— U Newtonów…? — powtórzył Courtney z brakiem zrozumienia na twarzy. — Przecież nie masz dzisiaj pracy, w zeszłym tygodniu zrobiłeś za dwa razy.
Chase skrzywił się, nie patrząc na rozmówcę, a przed siebie.
— No… Wiem.
— Więc…? — Courtney niecierpliwił się coraz bardziej i najchętniej odwróciłby do siebie jego twarz, ale niestety byli w ruchu. I na jazdę też musiał uważać, bo znaleźli się na bardzo niewygodnej części ścieżki, gdzie konary z rosnących przy niej drzew mocniej wychodziły z ziemi.
— Więc… odrabiałem za to, kiedy mnie od nich zabrałeś do Tanka — odburknął chłopak. Mówił jednak na tyle głośno, aby być słyszalnym.
Courtney rozchylił lekko wargi, nagle czując się trochę… oburzonym. Pani Newton zapewniała go, że chłopak nie będzie musiał tego odrabiać, bo rozumie sytuację. Wyglądało na to, że jej mąż miał co do tego inne zdanie.
Chwilę nic nie mówił i odwrócił twarz od chłopaka na rzecz zapatrzenia się przed siebie. Jechali więc przez moment w ciszy.
— Kto był w domu, jak teraz pracowałeś? — zapytał w końcu.
— Wszyscy — odparł skrótowo Chase, po czym krótko spojrzał na mężczyznę. — To już wiesz, a ja nadal nie. O coś się rozjebał?
— Mogłeś powiedzieć mi wcześniej. Spróbowałbym to anulować albo przesunąć. Tak nie powinno być, to była sytuacja awaryjna — odpowiedział z irytacją Courtney, nie zwracając uwagi na pytanie chłopaka.
— Już mówiłem, że sorry za spóźnienie. Myślałem, że szybciej mi się zejdzie, a to i tak przesunąłem na rano. Daruj mi, co? — warknął na koniec, chcąc już uciąć ten temat.
— W porządku… — odpowiedział spokojnie Courtney, chociaż nie podobała mu się ta informacja. I tak jednak nic już z tym nie zrobi, więc równie dobrze może odpuścić. Znowu spojrzał na drogę i wreszcie odpowiedział na wcześniejsze pytanie chłopaka. — Kiedy w poniedziałek musiałem cię wysadzić wcześniej, pojechałem do swojej podopiecznej i… — Zaczął opowiadać i mniej więcej streścił całe zajście. Nie wdawał się w szczegóły, ale dał ogólny obraz chłopakowi. — Zawaliłem przez to dwa spotkania i mam szytą ranę, więc mogło się to stać jedynie w poniedziałek.
— Kolejny już niedługo, nie rozjeb se czegoś kolejnego — odparł Chase z lekkim rozbawieniem całą historią. Nie złośliwym, jednak typowym dla śmiania się z czyjegoś nieszczęścia. Widać przy tym było, że stara się mieć dobry humor, mimo że nie najlepiej mu to wychodziło.
— Postaram się… — Courtney westchnął ciężko i jeszcze dodał kilka słów na temat narkotyku, który wykryto we krwi chłopaka. Rozmowa więc zaczęła przechodzić z tematu na temat, aż w końcu dojechali na miejsce.
Ujrzeli parterowy, ale spory budynek portowy, a dalej kilka mol, przy których zacumowane były jachty. Po drugiej stronie tego otwartego terenu zobaczyli dwójkę ludzi na koniach, właśnie wjeżdżających między drzewa oraz parę siedzącą przy drewnianych stoliczkach, popijającą coś z bidonów. Oni również mieli rowery.
Courtney z Chasem podjechali pod budynek i zsiedli z rowerów. Starszy mężczyzna zdjął plecak i wyszukał łańcuch zabezpieczający. Podał go chłopakowi.
— Przypniesz je tu? Ja pójdę wynająć łódkę.
— Łódkę? — Chase zagapił się na swojego kuratora z łańcuchem w dłoniach. — Po co? — spytał naiwnie, zaprzestając na korzyść tej rozmowy rozglądania się po okolicy. Chyba jeszcze nigdy tu nie był. Zresztą wątpił, aby ktokolwiek z jego środowiska pojawiał się w takim miejscu.
— Wypłyniemy na jezioro. A konkretnie ty nas tam pokierujesz, więc mam nadzieję, że instrukcję znajdziemy na łodzi. Ja nie mam pojęcia, jak się tym steruje — przyznał z lekkim uśmiechem Courtney i zarzucił plecak na ramię. — Będzie fajnie — zapewnił i ruszył do budynku.
— Ej! — zawołał za nim Chase.
Courtney, który już obszedł barierkę oddzielającą kamienną dróżkę do budynku od zielonych terenów, obejrzał się na chłopaka.
— No?
Chase już chciał zawołać, że on nie wyrażał zgody na ten cały plan. Na żadne pływanie łódką ani inne fanaberie… jednak zamiast tego burknął:
— Nic. — I pochylił się, aby przypiąć rowery. Nie powinien godzić się na to spotkanie. Już czuł to pod skórą.
Courtney patrzył na niego jeszcze chwilę i w końcu zniknął w budynku na kilka minut. Kiedy wrócił, miał ze sobą kluczyki do jednego z mniejszych jachcików. Skinął na Chase’a i ruszył z nim na molo.
— Mamy trójkę — poinformował go, rozglądając się za jakimiś tabliczkami z napisami na łódkach.
Chase spojrzał jeszcze na przypięte rowery, po czym przeskoczył niski, ozdobny płotek i ruszył na ukos w stronę swojego kuratora. Nadal był sceptyczny co do tego pomysłu z łódką.
— Serio ty nie pływałeś?
— Jeszcze mi się nie zdarzyło — odpowiedział mężczyzna i wreszcie zauważył, że na każdej łódce wisi biała plakietka z dużym, czarnym numerkiem. Ich łódź znajdowała się przy pierwszym molo, więc właśnie na nie wszedł. — A ty?
— Nie, dlatego jeszcze bardziej mnie dziwi, skąd ci taki pomysł strzelił do łba. — Chase nadal szedł dwa kroki za mężczyzną i sceptycznie patrzył na ten cały pomysł.
— Pomyślałem, że spodoba ci się spróbowanie czegoś nowego. Sądziłem, że facetów ogólnie jarają takie „zabawki” — stwierdził Courtney, kiedy dotarli pod trójkę.
Był to nieduży, biały jacht motorowy. Dziób był ostro zakończony, a szybka przed sterem mocno pochylona. Silnik mechaniczny znajdował się z tyłu i również na tyłach łodzi były siedzenia w kawowym kolorze. Nie zmieściłoby się tu więcej osób niż czwórka, ale wyglądał na wygodny. Obok miejsca dla sternika było jeszcze jedno miejsce, a na tyłach coś wyglądającego na kanapę, której oparcie tworzyła biała ścianka łodzi.
Chase przyjrzał się łódce. Był niby podjarany, że wypad na rowery nie skończy się tylko jazdą w tę i z powrotem, odwaleniem przez Courtneya swojego obowiązku bycia dobrym kuratorem i tyle. Jednak coś mu tu nie pasowało.
— Wiesz, nie mówię, że nie… ale… I też nie chcę brzmieć jak cipa, ale czy chociaż jedna osoba wsiadająca na tę łódkę nie powinna kumać, o co w tym chodzi?
Courtney uśmiechnął się do niego lekko i wskoczył na jacht. Rzucił na kanapę swój plecak i przeszedł do części ze sterem. Po chwili Chase widział, jak macha do niego znalezioną tam instrukcją oraz krótkofalówką.
— W razie kłopotów można się porozumieć z ludźmi od tego. Mamy instrukcję. A ja, jak mówiłem, sam nigdy nie sterowałem łodzią. — Zapauzował na chwilę i dodał z pocieszeniem: — Pływałem jednak z kimś, więc myślę, że chociaż z obserwacji będę mógł coś doradzić.
Chase nadal nie był przekonany i stał na molo, patrząc trochę w dół na mężczyznę na pokładzie łódki. Cała sytuacja kojarzyła mu się znowu z tym szukaniem na siłę mu nowych zainteresowań i słowami ojca, co by wykorzystywał ofiarowywane rzeczy, póki kurator nie będzie go pchał na terapie. I że dzięki współpracy szybciej się odwali.
— To kolejny element tej resocjalizacji? — spytał podejrzliwie, nie chcąc jednak nadal robić sobie długów. Nawet mimo porad ojca.
Courtney ściągnął brwi i wyprostował się zupełnie. Odrzucił instrukcję i krótkofalówkę na siedzenie.
— Nie… — odpowiedział takim tonem, jakby zaskoczyło go pytanie Chase’a. — Chciałem, żebyśmy miło spędzili czas na czymś bardziej zajmującym niż oglądanie telewizji, czy granie na kompie. Nie mam zamiaru cię prosić, byś po tym wypadzie dalej wybierał się na rejsy albo uczestniczył w jakichś spotkaniach.
Chase odetchnął ciężko i krótko rozejrzał się po okolicy, aż znowu nie spojrzał na mężczyznę.
— Ta… Czyli znowu tak z dobroci serca wydajesz na mnie swoją kasę?
— Sam nie miałem z kim się tu wybrać. Praca zajmuje mnie tak, że nie mam zbyt wielu znajomych, do których mógłbym wpadać na niedzielnego grilla. Więc mógłbyś, proszę, zapomnieć na chwilę o tym, że powinienem cię nawracać i spędzisz ze mną miło czas? — Courtney na koniec rozłożył wymownie ramiona.
Chase odetchnął z rezygnacją i pokręciwszy głową, wszedł w końcu na łódkę.
— Czuję się jak pizda — burknął. — Co teraz?
— Siadaj — poprosił Courtney i sam zszedł niżej, aby odpiąć łódkę od molo. Kiedy to zrobił, wrócił do chłopaka i zajął miejsce obok steru. Sięgnął po instrukcję. — Kluczyki — powiedział i rzucił mu te, które dostał od właściciela.
Chase, nadal stojąc na środku, złapał je, przyjrzał się im i spojrzał spode łba na opiekuna.
— Jak coś rozjebię, to nie mam z czego tego, kurwa, spłacać. I wcale mi się nie podoba, że nie masz o tym zielonego pojęcia — mruknął, ale i tak usiadł na miejscu kapitana z rezygnacją i przeświadczeniem, że jest to fatalny pomysł Courtneya. Jak cały z wyciąganiem go w ogóle w niedzielę gdziekolwiek. I może stary Newton i obietnica z nim, że rano będzie w ich cholernym ogrodzie, ściągnęła go z łóżka lewą nogą, ale i tak uważał, że Courtney niepotrzebnie tak się starał po tym, jak ostatnio nie chciał z nim w ogóle gadać po tych badaniach. Teraz jednak wyglądał, jakby chciał tu być i był przy tym cierpliwy.
Wspólnie przeczytali cały początek instrukcji, nim włączyli silnik i wypłynęli z portu. Tempo na początku było strasznie powolne, bo Chase nie chciał robić nic gwałtownego, kiedy wokół znajdowały się inne łodzie. Ale… załapał bardzo szybko. Tak jak prowadzenie samochodu nie było dla niego jakimś szczególnym wyzwaniem, tak obsługa łodzi motorowej też nie okazała się trudna. Musiał tylko załapać, do czego służy kilka przycisków, jak się przyspiesza, zwalnia i hamuje. Było nawet łatwiej niż na drodze, bo tutaj otaczała ich tylko woda, żadne inne pojazdy czy znaki wyznaczające drogę.
Gdy wreszcie znaleźli się kawałek od brzegu, a nawet ludzie na nim wydawali się maleńcy, Courtney rozluźnił się i poklepał chłopaka po ramieniu.
— Świetnie ci idzie. Przepłyniemy kilka kółek i może zatrzymamy się gdzieś na środku? Wziąłem trochę jedzenia i picia.
— Spoko — odparł nastolatek już ze swobodniejszym uśmiechem i przyspieszył na prostej, pozwalając, aby łódź podskakiwała na kolejnych niewielkich falach, jakie tworzyły się na jeziorze od wiatru. Nawet mu się to w efekcie podobało, mimo początkowego sceptycyzmu.
Kurator odpowiedział uśmiechem i splótł palce na karku, wystawiając twarz do wiatru.
— Dobry sposób na wykorzystanie pogody… Już rozumiesz, dlaczego nie chciałem wziąć dzisiaj Tanka.
— No, chociaż chyba by nie wyskoczył — odparł Chase podniesionym głosem, bo przez szum wiatru i silnika gorzej było słychać.
— To „chyba” upewnia mnie, że podjąłem dobrą decyzję — zauważył Courtney z lekkim rozbawieniem. Widział, że mu się podoba. Tak jak pięcioletniemu chłopczykowi nowa kolejka albo pierwszy zdalnie sterowany samochodzik. Tak, zdecydowanie Chase był jak typowy mężczyzna. Ze smykałką do męskich zabawek.
Sprawdzał możliwości łódki, ale nadal nie przesadzał, nie szarżował na złamanie karku, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia i zapomnienia. Mimo że wszystkie myśli, jakie kłębiły się Chase’owi w głowie, nie chciały aż tak łatwo ustąpić. Cały czas przeplatały mu się w głowie myśli o tym, co mówił ojciec, co proponował Courtney, o dzisiejszym poranku i głupich uwagach Iana. I jakkolwiek chciał to wszystko zamazać, wyprzeć, to jednak wszystko to gdzieś gniło, odkładane na bok, spychane w kąt świadomości. Courtney chciał, żeby się tego wszystkiego pozbył, by pozwolił sobie nie myśleć. Wiedział jednak, że jest to bardzo ciężkie i nigdy tak naprawdę nie da się tego do końca wyprzeć. Przed chłopakiem na pewno był ciężki rok, ale miał nadzieję, że po skończeniu szkoły wyjdzie na prostą. Zamierzał mu w tym pomóc.
Gdy chłopak szukał odpowiedniego miejsca, żeby się zatrzymać, kurator przeszedł na dół do swojego plecaka i zaczął wyciągać na siedzenie opakowane w papierowe torby duże, przełożone różnymi produktami bagietki. Była sałata, był ser, wędlina i sosy. Po pieczywo specjalnie wyszedł rano do piekarni, żeby było świeże. Do tego miał dwie butelki różnych soków. Usiadł i poczekał na chłopaka, równocześnie przeglądając na swoim telefonie Internet.
Po chwili zapanowała cisza. Silnik łodzi się zatrzymał, a ta swobodnie dryfowała, nie stwarzając dla nikogo zagrożenia. Chase przeszedł od steru na kanapy znajdujące się z tyłu łodzi.
— Jak tam?
Courtney oderwał wzrok do swojego kalendarza i odwrócił do niego głowę. Uśmiechnął się.
— Siadaj, zjemy coś. Zgłodniałem od rana — zaproponował, podniósł jedną torebkę z dużą kanapką i sokiem i wyciągnął do niego. Swoją miał na kolanach.
Chase usiadł obok i poczęstował się jedzeniem i piciem bez dodatkowego słowa. Widział, że mężczyzna coś robi, więc nie odzywał się, aby mu nie przeszkadzać.
Courtney jeszcze przeczytał kilka notek i dopiero schował telefon do kieszeni. Potem wyciągnął swoją kanapkę i spojrzał na chłopaka, który już jadł.
— Jak ci minął tydzień? Nie mieliśmy okazji wiele porozmawiać — zagadał.
— A, okej — odparł zdawkowo Chase. Nie wiedział, o czym miałby mu opowiadać, aby nie narobić sobie więcej kłopotów.
Courtney patrzył chwilę na niego w ciszy, przeżuwając jedzenie. Nie zbliżał się do niego fizycznie, bo miał wrażenie, że chłopak tego nie chce. Był cały wycofany.
— Jesteś dzisiaj nieswój.
Chase spojrzał na niego. Był lekko pochylony, bo jadł i nie chciał, aby wszystko wylądowało mu na koszulce.
— Tak? Znaczy… że jaki?
— Nie mówisz wiele, nie uśmiechasz się, nie patrzysz na mnie…
Chase uniósł znowu wzrok na mężczyznę. Wyglądał na zdziwionego.
— Przecież patrzę na ciebie. Nie łapię, o co ci chodzi?
— O to, że jesteś wycofany dzisiaj, ale mam nadzieję, że to tylko gorszy dzień — stwierdził Courtney i skinął na łódkę. — Jak ci się podoba?
— Fajna, fajna sprawa. Można tak fajnie spędzić z kimś czas, sam na sam. Byś mógł też się pobawić w sterowanie, to se kogoś następnym razem możesz zaprosić — odparł i siorbnął soku, nie przejmując się przy tym swoim ubogim językiem.
— Może mógłbym… — Courtney zapatrzył się na cudowny widok, jaki mieli z łódki i pochylił się. Oparł łokcie o kolana, co raz gryząc bagietkę i obserwując naturę. Czuł się tu spokojnie.
Chase nie dodał nic więcej, także jedząc. Uważał, że mówi rozsądnie. Courtney powinien wybrać się nad jezioro z kimś, z kim chce rozmawiać, a nie z kimś, kto jest pod ręką, bo nie ma czasu na normalne relacje z powodu pracy. Do tego, przecież mężczyzna nie był zainteresowany rozmową z nim po tym, co powiedział. A on sam przepraszać za to nie zamierzał. Tylko po co dał mu całusa przed wyjściem na rower? Może geje tak mieli. Tak to sobie wszystko tłumacząc, dojadł do końca, zwinął papierek w kulkę i wrzucił ją do plecaka mężczyzny, siorbiąc już tylko sok.
Przez to przedłużające się milczenie Courtney coraz bardziej się martwił. Nie wiedział, dlaczego Chase nagle zaczął się tak zachowywać. Oddalał się od niego myślami całkowicie. Zamierzał więc sprawdzić jego podejście do swojej osoby poprzez dotyk. Jeśli się odsunie, to może poukładał sobie w głowie, że tego nie chce?
Dojadł więc do końca, po czym odłożywszy torebkę i sok, przysunął się do chłopaka. Położył mu dłoń na policzku, odwrócił do siebie jego twarz i pocałował powoli, delikatnie, ale długo.
Chase początkowo się spiął, zaskoczony pocałunkiem. Niby za co go dostał? Nie odsunął się jednak, ale też nie odpowiedział na niego, cały czas patrząc pytająco na kuratora. Kiedy ten się odsunął, Chase miał ściągnięte brwi.
— A to za co?
Courtney uniósł brwi i znowu go cmoknął. Nie odsunął się za daleko.
— Musi być za coś?
— No… zwykle coś jest za coś. Tym bardziej, że ostatnio byłeś na mnie wkurwiony, więc nie wiem, po wała mnie teraz całujesz, jak ci nie pasi moje podejście.
Courtney momentalnie ściągnął brwi i popatrzył na niego uważniej.
— To o to chodzi? Jesteś taki, bo się ostatnio zirytowałem twoim zachowaniem?
Chase westchnął ciężej i przewrócił oczami.
— Co się przyczepiłeś tego „taki”? Lepiej, jak się zachowuję jak debil i szczerzę jak durny do sera? Zresztą, wiesz, nieważne. — Chase machnął ręką, odwracając spojrzenie na moment. — Zachowuję się dobrze, myślałem też o tym sporcie, co tam gadałeś. Myślę, że tam mogę iść na coś, jeśli to nadal, nie wiem, pasuje twojemu poglądowi na tam zmienianie mi życia, czy coś. Jestem na tak — odparł, postanawiając nie wspominać jednak o wizycie u ojca. Nie wiedział, czy to by było na rękę kuratorowi.
Courtney odetchnął głębiej i przytaknął.
— Cieszę się. Pomyśl tylko, na co byś chciał chodzić, co lubisz poza hokejem. Ale… — Uciął na moment temat, bo teraz mimo oczywistej radości, że Chase się zgodził na ten pomysł, niepokoiło go jego zachowanie. — To, że raz mnie zdenerwowałeś, nie znaczy, że cię odrzucam, Chase — powiedział ostrożnie. Może chłopak w ten sposób to odczuł? Mógł przez swoje… doświadczenia być bardziej czułym na niechęć ze strony innych. — Wciąż cię szanuję, lubię i mam nadzieję, że nie odczułeś tego jako jakąś chęć do zmiany naszych relacji.
Nastolatek wzruszył ramionami.
— Obojętnie. Zresztą… — zerknął na niego — miałem się zachowywać, to się zachowuję. I myślałem może o czymś z koszem albo jakieś pływanie czy coś.
Courtney sam przez tę rozmowę poczuł się bardziej nieswój. Chase każdym swoim gestem i słowem dawał mu do zrozumienia, że coś mu nie pasuje. Odsuwał się ewidentnie, a on nie mógł wręcz jako kurator naciskać na większą bliskość, tym bardziej fizyczną. Przybrał więc bardziej formalną maskę na twarzy i odsunął się odrobinę.
— Kosza masz w szkole częściej, więc może znajdę ci coś z pływaniem. Dam ci znać, jak odpowiednio poszperam.
— Chyba że masz inny pomysł. Ja i tak się nie znam — odparł Chase, opierając łokcie o kolana i patrząc kątem oka na mężczyznę. Brzmiał przy tym, jakby powtarzał czyjeś słowa, albo tylko się tak wydawało Courtneyowi.
— Dobrze, zajmę się tym. Postaram się do czasu, aż następnym razem odwiedzisz Tanka — odpowiedział, nie sugerując już nawet, że chciałby może odwiedzić jego.
Chase skinął głową i uśmiechnął się na siłę.
— To ten… A kiedy bym mógł?
Mężczyzna wyciągnął ponownie telefon, żeby spojrzeć na swój kalendarz. Kiedy go załadował, odpowiedział:
— Pasowałby ci czwartek około czwartej po południu? Zostanie mi tylko papierkowa robota, więc będę w domu.
— A… nie będę ci przeszkadzać?
Kurator ściągnął brwi i schował telefon.
— Nie, Chase. Nie będziesz mi przeszkadzał. Chciałbym, żebyś przyszedł i… — zawahał się, czy to dodać, ale w końcu zaklął w myślach i skończył, jak zamierzał — i przyszedł też dla mnie, nie tylko dla psa.
Chase chwilę nic nie mówił, ale w końcu uśmiechnął się.
— Jasne. To w czwartek wpadnę — odparł, starając się zachowywać normalnie. Tak samo jak przy kumplach, jak zawsze, na co dzień. Odsuwać od siebie to, co było niewygodne i nie robić wyjątku w stosunku do tego mężczyzny. — Sorry. Dobre żarcie w ogóle.
Courtney skrzywił się i w końcu odwrócił się całkiem do niego.
— Okej. Masz dość macania się z pedałem? — zapytał najbardziej prosto i rzeczowo, jak umiał. Nie chciał takiego poruszania się po cienkim lodzie. Chciał jasnej sytuacji.
Chase ściągnął brwi pytająco, prostując się też przy tym.
— Myślałem, że miałem cię tak nie nazywać. I nic takiego nie mówiłem.
— Zachowujesz się, jakbyś nie chciał mieć już ze mną wiele wspólnego… — mruknął Courtney, trzymając dystans i starając się to wyjaśnić. Jak miał go nie dotykać, to chciał, do diabła, wiedzieć.
Chase fuknął pod nosem, marszcząc mocno brwi.
— Ty pierwszy miałeś ze mną problem, więc nie wiem, co się do mnie dopierdalasz teraz. Zresztą, nic nie mówiłem na to. Zgodziłem się też na ten twój plan ze sportem, na te rowery i łódkę. U Newtonów tylko jeszcze Iana mam przeprosić i będzie tak, jak chyba ma być, nie? — odparł, starając się zachować spokojny, może nawet beztroski ton. Wiedział jednak, że niedługo będzie musiał zabrać Tanka do siebie. Była zresztą połowa wakacji. A ojciec…? A on? On sam już nie wiedział, co powinien o tym wszystkim myśleć. Chyba był zwyczajnie idiotą, debilem, tępą pałą. Jak zwał, tak zwał, wychodziło na to samo.
— Nie zachowuj się tak — powiedział ostro Courtney i chwycił go z boku twarzy. — Jakby to wszystko było ci obojętne. Widzę, co łatwo przełykasz, a co cię martwi, a teraz pozujesz, jakby wszystko było okej. Widzę, że nie jest. Ale nie wiem, czego chcesz.
Chase wzruszył ramionami i zabrał mu z dłoni swoją twarz.
— To wszystko jest mi obojętne — odparł oschle i wstał, aby usiąść za sterami łódki. Równie dobrze mogli już wracać. Na co obietnice, na co puste słowa, jak i tak był zwyczajnym śmieciem ze slumsów? Jego nie obowiązywały zwyczajnie zasady i było tak, jak mówił ojciec. Musiał przetrwać ten rok i jeszcze raz przemyśleć, czy komplikować go sobie tymi dziwnymi relacjami z mężczyzną. Przecież ten nie był słodką brunetką, o której opowiadał ojcu, a facetem.
Courtney pochylił się i oparł łokcie o kolana, a twarz schował w dłoniach. Miał ochotę się roześmiać. Był głupi, że w ten sposób chciał do tego chłopaka dotrzeć, a do tego sam sobie emocjonalnie przez to szkodził. Zdecydowanie nie powinien tego w ten sposób rozgrywać. Może błędem było zrobienie mu wtedy loda? Nie… błędem musiało być po prostu mieszanie mu w głowie, w jego poczuciu własnej seksualności, angażowaniu się. I jak, do diabła, miał to teraz wszystko naprawić…?
Nie wiedział. Został więc w swojej pozycji, czekając, aż Chase pokieruje ich z powrotem do portu. A potem prawdopodobnie bez słowa wrócą do domu i… i nie wiedział, co dalej. Głos Jennifer zamilkł w jego głowie, jakby niemo mówił: „A nie mówiłam?”.
Gdzieś w połowie drogi silnik jednak znowu zwolnił obroty, a nastolatek odwrócił się do mężczyzny.
— Ej, Corn. Miałeś się nauczyć to prowadzić na swoją randkę — rzucił w stronę mężczyzny. Trochę się uspokoił dzięki mocnym powiewom wiatru na twarzy, dlatego uznał, że dobrym wyjściem będzie pokazanie mężczyźnie, że jest „okej”, jak ojciec radził. Aby przejść przez to na spokojnie.
— Nie chadzam na randki. — Usłyszał jednak takie słowa w odpowiedzi, a Courtney tylko odwrócił się trochę do niego bokiem. — Nikogo tu nie wezmę.
— A to ja niby mam złe podejście — prychnął Chase i zwolnił jeszcze bardziej. — Na pewno? Ty buliłeś, to chociaż spróbuj — zachęcił jeszcze odnośnie łódki.
Kurator myślał chwilę, zagryzając wnętrze policzka, ale w końcu uniósł się bez słowa i przeszedł do steru. Wymieniając się miejscem z Chasem, z racji wąskiej przestrzeni, otarł się pośladkami o jego krocze i westchnął w duchu ciężko. W końcu jednak zajął miejsce sternika.
— Hm, jak to było… — mruknął do siebie, przypominając sobie, co czytał w instrukcji.
— Tu. — Nastolatek wskazał mu palcem, co ma robić i usiadł na siedzeniu obok, przyglądając się mężczyźnie. — Czemu nie? — spytał po chwili, kiedy Courtney sobie ze wszystkim sprawnie poradził i znowu ruszyli.
— Nie mam czasu. — Kurator jak zwykle podał pierwszy argument, którym posługiwał się zawsze, gdy ktoś go o to pytał. — Nie czuję, żebym się z kimś zgrywał — dodał jednak, powoli płynąc po jeziorze.
— To jest chyba lepsze wyjaśnienie, skoro masz jednak czas, aby spędzać niedziele z gnojkiem z wyrokiem. — Chase całkiem rozsądnie zauważył nieprawdziwość pierwszego argumentu.
— Dla ciebie chcę mieć ten czas. Nie mam specjalnej motywacji, żeby mieć go dla potencjalnej randki — przyznał szczerze Courtney i uśmiechnął się słabo. — Bynajmniej Hectora bym tu nie zabrał. Nawet nie lubi się przytulać.
Chase prychnął pod nosem, patrząc na taflę jeziora i drzewa rosnące w oddali na brzegu. Dopiero po tym spojrzał znowu na mężczyznę. Siedział przy tym lekko zgarbiony na małym siedzisku z dłońmi między nogami, a stopami na podpórce.
— I to jest wyznacznik? Przytulanie się? — zadrwił.
— Nie. Mówi do mnie „pączuszku”. To go dyskwalifikuje — odpowiedział Courtney nieco żartobliwie, uśmiechając się do Chase’a słabo.
Chłopak też prychnął pod nosem.
— Nie wiem, co niby masz pączuszkowatego — skomentował, ale kontynuował. — Ale reszta? Koleś nie jest chyba jedynym peda… gejem — poprawił się, starając się za wszelką cenę zachowywać. Jeśli miał to przetrwać, a Courtney miał się faktycznie się od niego odwalić… Chociaż nadal nie był pewien, czy tego tak w stu procentach chce — na świecie, nie?
— Walter Mason, którego poznałeś, jest zajęty. I mimo że sam jestem gejem, nie mieszkam w homolandzie, więc nie znam ich tak wielu. Przez Internet z reguły umawiam się tylko na seks, nie wierzę w portale randkowe — wyjaśnił spokojnie kurator, aż w końcu skupił wzrok bardziej na chłopaku niż jeziorze. — Czemu to drążysz?
Chase wpierw wzruszył ramionami zlewczo.
— Nie wiem. Tak se. Bo jak zabiorę Tanka, będziesz chyba miał więcej czasu wolnego. I kłopot z głowy. A argument o braku czasu będzie jeszcze bardziej chu… zły — poprawił się znowu. Tak naprawdę chciał, aby kurator naprawdę nie miał czasu wolnego, a raczej, aby wykorzystywał go na siebie. Aby on mógł odbębnić swoje i brnąć dalej przed siebie. Aby nie widzieć tych kontrastów między tym, jak żył Courtney, a jak żył on. Bo jak w ciągu ostatniego tygodnia się przekonał, tak było zwyczajnie trudniej. Tak spadać za każdym razem, kiedy wracało się do domu. Niż zwyczajnie tkwić w tym samym.
Courtney pokiwał głową, ale nie skomentował tego. Nie chciało mu się z nikim wiązać. Miał dość emocjonalnych przeżyć w pracy, żeby się jeszcze próbować zgrywać z kimś w związku. To też przecież wymagało olbrzymiego nakładu poświęcenia, a on w taki sposób pracował.
— Nie myśl tyle o moim życiu towarzyskim, tylko skup się na sobie, Chase. Może tobie się trafi jakaś fajna dziewczyna. — Uśmiechnął się w końcu do niego. — Nie powinienem ci zabierać wolnej niedzieli. Masz wakacje, powinieneś odpoczywać i się bawić, hm?
— I tak nie popierasz tego, jak się niby bawię, więc… — mruknął Chase obojętnym tonem. Czy właśnie skończył ten dziwny rodzaj znajomości z Courtneyem? Chyba tak, sądząc po tym, jak ten teraz się zachowywał. I naprawdę starał się myśleć, że tak będzie lepiej. — Ale co do dziewczyny, to ostatnio zrobiłem z ciebie dziewczynę. Tak, wiem, wściekniesz się — burknął na koniec, już żałując, że się odezwał.
— Co…? — Courtney nie zrozumiał za bardzo i znowu oderwał wzrok od jeziora i portu, wciąż znajdującego się daleko. — W jakim sensie „zrobiłeś” ze mnie dziewczynę?
Chase odetchnął ciężej.
— No… — Odwrócił spojrzenie, zrezygnowany. — Nieważne. Wiedziałem, że się wkurzysz.
— Czy ja wyglądam, jakbym się wkurzał? Tym bardziej, że nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Wytłumaczyłeś komuś, że byłeś z „dziewczyną”, jak się pytał, co robiłeś? — spróbował strzelić kurator, zachęcając go jakoś do rozwinięcia. Bo, cóż, ciekawiło go, o co chodzi.
Chase znowu się rozejrzał, jakby szukał drogi wyjścia.
— No… Uch, kurwa. No… chwaliłem się ojcu tą laską i przedstawiłem cię jako laskę. Koniec tematu — burknął z pochmurną miną. — Sorry, no. Wiem, jesteś kolesiem, nie laską, nie pedziem ani czymś tam jeszcze. Jesteś jak ten kolo z przychodni.
Courtney uniósł brwi, chwilę nie wiedząc, jak zareagować. Naraz Chase przekazał mu tyle informacji. Widział się z ojcem? A skoro mu się czymkolwiek chwalił, to chyba nie mieli złego kontaktu. No i chwalił się zrobionym przez niego lodem… To było akurat miłe. Oczywistym też było, że nie powiedział, że ciągnął mu mężczyzna.
— Nie mam nic przeciwko — powiedział nagle. — Przecież nie mogłeś powiedzieć, że to był facet.
— Mogłem nie mówić nic — rzucił pod nosem Chase nadal z posępną miną.
— Hej… — Courtney znowu zmiękł na widok jego miny i puścił ster, kiedy już zatrzymał łódź. Zbliżył się do chłopaka, objął go i pocałował delikatnie w skroń. — Co jest, Chase? Nie jestem zły, cieszę się, że miałeś się czym pochwalić ojcu, nawet jeśli to tylko obciąg w wykonaniu pewnej dziewczyny — powiedział miękko, z lekkim uśmiechem.
Chase, który nadal siedział lekko zgarbiony z dłońmi między nogami, zacisnął je ze sobą. Pokręcił głową, pozwalając sobie ukryć twarz w ramieniu mężczyzny.
— Nic.
Courtney przesunął dłonią po jego plecach i znowu subtelnie pocałował go w bok głowy. Miał wrażenie, że chłopak jest strasznie zrezygnowany. Nie odpowiedział nic, tylko trzymał go przy sobie, powoli masował i obejmował, myśląc, co z tym zrobić.
Chase nie wyrywał się, tylko tak siedział. Nie mógł więc czuć dyskomfortu względem niego. Do tego dobrze wspominał to, co robili, skoro opowiadał o tym ojcu, nawet pod przykrywką, że robił to z dziewczyną. I odpuścił dziś swoje postanowienie, że nie będzie robił sobie długów i zgodził się na ten dodatkowy sport. To wszystko wydawało się Courtneyowi dziwne. Może chłopak po prostu miał gorszy dzień? Nie wiedział, co z tym zrobić. Ale skoro chłopak tak dobrze myślał o tym, co robili, to musiał tego chcieć. Naprawdę miał skłonności homoseksualne, zresztą, sam Courtney widział, jaki był rozradowany i spełniony ostatnio.
— Mogę być dla twoich znajomych i rodziny twoją dziewczyną, jeśli chcesz, a boisz się, że nie będziesz miał jak tego tłumaczyć — zasugerował po chwili.
Chase spojrzał na mężczyznę podejrzliwym spojrzeniem.
— Nie łapię chyba. Jak dziewczyną?
Courtney westchnął i odsunął się na tyle, by móc mu spojrzeć na twarz.
— Jeśli martwi cię w tym wszystkim to, że nie będziesz miał jak wytłumaczyć naszych spotkań albo jak się… pochwalić, to możesz mówić o mnie jak o swojej dziewczynie.
Chase nadal miał dziwną minę, kiedy patrzył teraz uważnie na twarz opiekuna.
— Przecież… — Uciął bardzo szybko. — Nie będę się z tobą tak często spotykać. No i… — Sam nie wiedział. Czy to dla Courtneya był sam seks, czy w ogóle mu się podobał, czy jak? A poza tym, to był tylko wierzchołek tego wszystkiego, co nie grało. — Zresztą to nawet nie o to chodzi.
Kurator znowu przesunął ciepłą dłonią po jego talii.
— A co? — zapytał miękko. — Chase, wiesz, że chcę ci pomóc.
— Nie wiem. Gubię się. — Westchnął ciężej i z racji, że mężczyzna nadal był dość blisko, oparł czoło o jego klatkę piersiową. — Chcę przetrwać ten jebany rok. Ojciec mówi, abym grał według twoich zasad, żebyś widział, że się zachowuję i żebyś się odpierdolił. To ma sens. Te skoki między tym gównem, a tym jak żyjesz są chujowe. Zaczynam też widzieć sens w tym, co mówi Ian i nadal mam ochotę mu rozjebać mordę. Nie chcę chodzić na terapię od agresji. Zresztą i tak robisz ze mnie straszną pizdę — burknął na koniec, nie odsuwając się jednak.
Courtney westchnął ciężko. Czyli było tak, jak myślał, że jest. Chase był po prostu tym wszystkim przytłoczony.
Pogłaskał go delikatnie po włosach i pocałował w czubek głowy.
— Przetrwasz to, Chase — szepnął. — Nie potrzebujesz terapii od agresji, bo świetnie sobie radzisz. W ogóle świetnie sobie radzisz. Wybacz, jeśli czujesz, że za bardzo na ciebie naciskam — dodał z grymasem, czując, że jest w tym wiele jego własnej winy. Nie wiedział tylko, co może poradzić na to, że Chase czuł się źle, będąc u niego, bo miał porównanie do tego, jak ma zwyczajnie w domu. — Nie będę tego robił. Ale chcę być dla ciebie, w porządku? Po to jestem, żeby było ci łatwiej przeżyć ten rok.
Chase tylko pokiwał głową i w końcu odsunął się, nie patrząc jednak na mężczyznę.
— No, to… Ten… Wracamy, tak?
Courtney chwilę patrzył na jego twarz, po czym uśmiechnął się pocieszająco.
— Mhm. I nie martw się. Cokolwiek by się nie działo, pomogę ci — zapewnił go i dopiero wrócił na miejsce, żeby pokierować łódź w stronę portu.
Chase znowu pokiwał głową i usiadł wygodniej, niżej na swoim miejscu. Zapatrzył się na jezioro. Nic już nie mówił. Czuł się jak przegrany, ale może tak się czuło, kiedy nie trzeba było borykać się z tym wszystkim samemu. Kiedy się odpuszczało i nie zaciskało tak uporczywie zębów, idąc dalej. Nie wiedział. Jak ostatnio niczego.

6 thoughts on “Newton’s Balls – 15 – A nie mówiłam?

  1. Katka pisze:

    Kasia, dokładnie, od Chase’a nie można oczekiwać dorosłych zachowań. W chłopaku burzuja hormony no i wszystkie problemy też mu robią chaos w głowie. Niestety Courtney musi być na to przygotowany. A po wypadzie nad jezioro Courtney też spodziewał się czegoś innego ale wygląda na to że wciąż nie ma na niego sposobu. Może w końcu jakiś znajdzie. Haha ale widzisz, jednak jakiś progres jest skoro Chase już nie pedałuje XD krok po kroczku byle do przodu XD bardzo nam miło że rozdział się podobał :)

    MoNoMu, nie martw się, jeszcze nie raz w tym opowiadaniu będzie do zupy XD nie wiem czy tu strasze czy obiecuje ale jak pisalysmy bylo sporo momentow gdy i nam się łezka uronila. Ale fajnie zauważyłaś że tu i Courtney coś więcej myślał i coś tam sobie uświadomił. Chyba oni siebie nawzajem muszą trochę wychować. Dziękujemy za wene i komenta!

  2. MoNoMu pisze:

    No i wreszcie wszystko jest tak, jak być powinno – czyli do dupy. Ten rozdział naprawdę dodał opowiadaniu realności. Chase jest zagubiony, a przez to apatyczny, jak na dzieciaka w jego sytuacji rodzinnej przystało. Korek za to przyznał się przed sobą i podopiecznym, że jest po prostu samotnym i zagubionym facetem. A nawet naszła go jakaś refleksja (chociaż szybką ją zbył), że kontakty seksualne z podopiecznym to nienajlepsza metoda wychowawcza. Duży postęp jak na niego.
    Z niecierpliwością wyczekuję dalszych rozdziałów i życzę weny!

  3. Kasia pisze:

    I gdzie się podziała opieka nad pokrzywdzonym Cornem? Ach miałam nadzieję że się w ten sposób zbliżą do siebie. Ale z drugiej strony co się dziwić, Chase ma 17 lat. Muszę to sobie co jakiś czas przypominać bo oczekuję od niego dorosłych zachowań, a zupełnie nie powinnam. Co prawda zdążają się ogarnięte nastolatki ale to chyba nie ten przypadek. Ten rozdział był bardzo przygnębiający, spodziewałam się trochę czegoś innego po tej wyprawie na jezioro a tu takie smutne po prostu rozwinięcie. No ale może to jest właśnie ten sposób na ich zbliżenie się do siebie. Kuratorek też sobie kilka rzeczy uświadomił i może takie naciskanie to nie jest sposób na Chase? A zresztą co ja tam wiem, byłabym naprawdę kiepskim psychologiem ze swoim brakiem cierpliwości :) Było też kilka zabawnych momentów, np z pocałunkiem „może geje tak mają ” I proszę już zaczyna gejować a nie pedałować czy ciotować :) Długaśny i pełen przemyśleń rozdział :) Pięknie dziękuję dziewczyny :)

  4. Katka pisze:

    Zuziia, a powiem Ci, że nie dziwię się, że nie wiesz, co powiedzieć XD Przyznam, że jak pisałyśmy tę scenę, to na jej początku byłam pewna, że chłopakom szykuje się cudowna randka, która wypadnie wręcz sielankowo! A tu psikus, nastrój upadł totalnie i wyszło dość nieprzyjemnie. Chase powinien się określić, to prawda, ale niestety on sam tego wszystkiego nie rozumie, zaś ponadto jest no nastolatkiem, więc wszystko w nim buzuje i doprowadzenie do jakiejś harmonii graniczy z cudem. Szczególnie w jego okolicznościach. Rozdział tak, przygnębiający, ale może słoneczko jakoś niebawem wyjrzy do nich zza chmur… ;) Dziękujemy za wenę! :D

    Mati, to, że Chase nie może tego wszystkiego ogarnąć, to chyba bardzo dobre określenie. Bo wiele się dzieje teraz w jego życiu, a i każda ta nowa sytuacja i relacja jest różna od tych, jakie znał. W sensie z jednej strony Courtney, który próbuje mu wejść w życie z mocno pozytywnymi uczuciami i zapewnia mu pewne bezpieczeństwo, komfort i uczucia, a z drugiej strony Chase cały czas boryka się z problemami, które zamiast znikać, co chwilę go atakują. I jest biedak trochę w rozsypce. Brak chyba mu takiego stałego, stabilnego elementu, który by go zapewnił, że ma zagwarantowaną pozycję i zaraz nic nie wyskoczy zza krzaka, mówiąc „ej, masz za dobrze, to muszę ci to spierdolić”. Miota się chłopak zwyczajnie. A co do Courtneya, to zapewniam, że będzie mocno próbował dalej mu pomóc, więc jedyne czego w tym trzeba, to żeby Chase faktycznie mu na to pozwolił…

  5. Mati pisze:

    Szczerze? Aż nie wiem, co napisać. Żal mi Chase’a. Sytuacja rodzinna, delikatnie mówiąc, najlepsza nie jest, kurator chyba coś do niego poczuł, on sam stara się poznać siebie, widzi jak żyje Courtney a jak on… Nie dziwię się, że nie może tego wszystkiego ogarnąć. Ale na szczęście Courtney chce mu pomóc. Oby z tego skorzystał.

  6. Zuziia pisze:

    Mam mieszane odczucia. Wgl już nie rozumiem ich relacji xD Chase powinien się określić. Mam wrażenie, że przez ten rozdział bardzo się od siebie oddalili. Chyba Chase nie jest gotowy w brnięcie w jakieś głębsze uczucia. Uwielbiam to opowiadanie, ale jakoś ciężko mi się wypowiedzieć na temat tego rozdziału bo był trochę taki przygnębiający ;( przynajmniej dla mnie. Weny i pozdrawiam ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s