Newton’s Balls – 6 – Nienawidzić mocniej

Chase nie rozumiał jednej rzeczy: czemu nikt nie zrobił tego wcześniej? Po zimie, jak chyba zwykle się robiło, a nie w środku lata, kiedy czuł, jak skóra brązowieje mu na plecach od palącego słońca. Niemniej, nie miał innego wyboru, tylko dziękować losowi, że nie ma lęku wysokości i nie boi się wdrapywać na dach, aby czyścić z liści wszystkie rynny. Praca była może nie tak męcząca, jak noszenie worków z ziemią i przekopywanie rabatek, na które umówił się na przyszły tydzień, kiedy miał spędzić tu sześć godzin, aby nie przerywać pracy, ale i tak temperatura z nieba i temperatura dachu dawały mu się we znaki.
Zanim tu wyszedł, pani Newton dała mu buteleczkę kremu do opalania i nie pozwoliła mu się zabrać za pracę, zanim nie wysmarował się nim porządnie. Potem już miał spokój i mógł, a raczej musiał pracować nad wyczyszczeniem rynien. Znowu nie miał pojęcia, ile czasu mijało, bo komórkę, portfel i klucze zostawił na dole, żeby przypadkiem nic mu nie wpadło do jakiejś dziury. Ale był pewien, że połowy wyznaczonego czasu tu nie spędził, kiedy nagle usłyszał niepewny głos młodszego z braci Newtonów.
— Ch… Chase?!
Zerknął z wysokości piętra na chłopaka na dole. Przy okazji omiótł wzrokiem okolicę, czy Ian gdzieś się na niego nie czai.
— Co?
Nie widział starszego z braci. Nie tylko teraz, ale w ogóle nie było go w domu, kiedy tu przyszedł. Była tylko pani Newton i najwyraźniej Philip, który wcześniej musiał się zaszyć w pokoju. Teraz stał na trawie w klapkach, jego szczupłe kolana widać było pod czerwonymi spodenkami, a na górze miał tylko szary podkoszulek, który jednak wisiał na nim na tyle, że Chase był skłonny uznać, że jest po bracie. Co dziwnego jednak, chłopak trzymał w ręku tackę z jakimiś miseczkami.
— Mógłbyś… zejść? Zrobiliśmy z mamą risotto.
Chłopak na dachu skrzywił się, nie rozumiejąc. Po co niby był o tym informowany? Chyba nie chcieli się z nim… dzielić?
— Jeszcze nie skończyłem! — odkrzyknął, ale ruszył ostrożnie w stronę drabiny.
Philip nic nie odpowiedział, tylko przełknął ślinę bardzo głośno i przeszedłszy kilka kroków, usiadł na schodku wiodącym na taras oraz postawił obok tackę. Kiedy Chase zszedł na dół, zobaczył, że były na niej dwie niebieskie miseczki pełne parującego jedzenia oraz dwa widelce. Philip zerkał przy tym na nastolatka, jakby nie wiedział, czy chce tu być, czy woli uciec.
— Bo zwykle… potem się marnuje, jak nikt nie zje. Jest z kurczakiem i grzybami — wydusił.
Chase otrzepał dłonie i wytarł je o spodnie, przy okazji otrzepując je z pojedynczych liści i piasku z dachu. Podszedł spokojnie do chłopaka i zerknął na jedzenie.
— A gdzie jest twój brat?
— Ma trening. Czemu o niego pytasz? — Philip podsunął mu miskę i dodał ciszej: — Usiądź i jedz.
— Bo zakładałem, że gotów by był tu coś dosypać w ramach umilenia mi czasu — zakpił Chase i rozejrzał się. — Twój ojciec się na to godzi? — spytał, nie siadając jeszcze. Patrzył podejrzliwie na posiłek i chłopaka. Po cholerę przecież częstowaliby go jedzeniem?
Philip przeniósł swoją miskę na kolana i pochylił się nad nią tak, jak tylko on umiał. Jakby zaraz z nieba miały się na niego sypać igły. Do tego w takich luźnych ciuszkach po domu wyglądał jeszcze bardziej mizernie.
— Tata trenuje Iana, a dzisiaj jestem tylko ja z mamą — wyjaśnił, nabierając widelcem trochę jedzenia. — Jak nie lubisz, to zaniosę z powrotem…
Chase fuknął pod nosem.
— Nie, zjem — odparł, szybko się pochylając i porywając jedzenie. Usiadł zaraz z nim na jednym ze stopni i od razu wziął dużą porcję do ust. Było gorące, więc na twarz wystąpiła mu mina bólu, ale szybko udało mu się przełknąć. Był zgrzany i jadł gorące żarcie. Ale było pyszne, więc nie zamierzał narzekać. — Szenki — wymamrotał, kiedy miał kolejną porcję w ustach. Liczył przy tym, że Philip nie jest takim chujem jak Ian i nie wpadł na pomysł dosypania mu czegoś do jedzenia.
Przez chwilę jednak miał wrażenie, że może jednak jest, bo gapił się na niego tymi swoimi trochę wyłupiastymi oczami, jakby na coś czekał. Zarumienił się, kiedy Chase wydał z siebie mimowolny dźwięk oznaczający, że mu smakuje.
— Bo z mamą robiłem — rzucił bez kontekstu, nerwowym głosem, jakby nie wiedział, co w ogóle powiedzieć i denerwował się obcowaniem ze swoim prześladowcą.
Chase, kiedy zaspokoił pierwszy głód, a w misce było jeszcze trochę jedzenia, zwolnił. Na tyle, że znalazł czas, aby odezwać się między kolejnymi kęsami.
— Nie spinaj się, kurwa, jak dupa w ciasnych gaciach. Nic ci tu nie zrobię, bo mnie wsadzą.
Philip skrzywił się i jadł dalej, nie patrząc wiele na rozmówcę, tylko na mieszankę ryżu, warzyw i mięsa w swojej misce. Co raz przesuwał klapkami po trawie pod najniższym stopniem.
— W ogóle ja nie chciałem, żeby tak wyszło. W sensie… sąd i w ogóle.
Chase zdziwił się, marszcząc się przy tym brzydko.
— Jaszto? — wymamrotał z pełnymi ustami.
— Bo ja tylko chciałem, żebyś nie brał mi pieniędzy… Bo chciałem uzbierać na teleskop i… Ian przesadził, miał tylko ci powiedzieć, że to się ma skończyć. Ale on jest strasznie narwany i teraz ty tu pracujesz… — mówił, wywijając widelcem z grymasem na ustach.
— Przepraszam, kurwa, bardzo, że tak se wymyślił twój ojciec i jebany sąd! — Chase fuknął pod nosem i pokręcił głową, nim wpakował kolejną porcję jedzenia do ust. Głupi, było pomyśleć wcześniej, a nie teraz marudzić, że jeszcze mu się tu plącze.
Philip zacisnął usta i zamilkł, patrząc uporczywie na miseczkę. Potem odetchnął i wrócił do jedzenia. Było naprawdę wyjątkowo dobre i tak bardzo różniło się od tego, co Chase zwykle jadał w domu. Jego babka ograniczała używanie przypraw chyba tylko do soli i cukru. W tym daniu za to Chase czuł ich bardzo wiele, więc nie miał zamiaru niczego zmarnować i po chwili słychać było, jak skrobie widelcem po dnie, wyjadając ostatnie kawałeczki.
Philip uśmiechnął się i zagadał nieśmiało:
— Smakowało ci?
— Ta, niezłe było. Możesz przekazać matce. I ten, jej podziękować — odparł, odstawiając miskę i wstając z miejsca, aby wrócić na dach. — Która w ogóle jest?
— Dochodzi druga chyba… — odpowiedział Philip, ale jeszcze poszperał w kieszeniach spodenek w poszukiwaniu komórki, żeby powiedzieć mu dokładnie, a w tym czasie w domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Newton więc obejrzał się odruchowo, mimo że przez przeszklone drzwi tarasu nie było widać więcej niż salon. Najpewniej uznał, że otworzy matka i w końcu wyciągnął telefon. — Jest za dwanaście druga.
Chase skinął głową. Miał tu być do trzeciej, więc jeszcze trochę czasu mu zostało. Mniej więcej połowa.
— To wracam na górę — stwierdził i odruchowo klepnął Philipa w ramię, nim ruszył do drabiny.
Chłopak spiął się od razu, niemal podskakując w miejscu, ale potem uśmiechnął się lekko. Kiedy Chase podchodził do drabiny, sam jeszcze posiedział na schodku, żeby dojeść do końca swój posiłek. Obejrzał się jednak znowu, bo usłyszał kroki w salonie i dostrzegł swoją matkę z nieznanym mu mężczyzną. Wskazywała mu z wyrazem przejęcia na twarzy stronę. Mężczyzna przytaknął i przeszedł szybko na taras.
— Dzień dobry. Szukam Chase’a — powiedział na widok chłopaka siedzącego na schodku, a Philip z ogłupiałą miną wskazał swojego oprawcę, który był już w połowie drabiny.
Nieznajomy przytaknął i zszedł z tarasu, po czym zawołał do starszego chłopaka:
— Chase! Złaź, kończysz na teraz!
Zawołany obejrzał się za siebie i ściągnął pytająco brwi, widząc swojego kuratora.
— Co jest?! — warknął, zeskakując na dół. — Niczego przecież, kurwa, nie zrobiłem — burknął ogłupiały. Po cholerę Courtney tu przyłaził?
Philip też gapił się na nich z zainteresowaniem, a jego matka stanęła w drzwiach tarasu, nie wiedząc, o co chodzi. Courtney za to nie wyglądał na wesołego i mimo że Chase nie znał go długo, to mógł odczytać z jego twarzy napięcie i powagę.
— Chodź tu, nie marudź! Jedziesz ze mną do kliniki, wyjaśnię ci w samochodzie. Gdzie masz rzeczy? — ponaglił go.
Chase także bardziej się spiął i skupił.
— Tam… — odparł i kiedy zszedł z drabiny, zabrał do kieszeni cały swój niezbędnik, od telefonu poczynając, skończywszy na kluczach. — I… kliniki? — spytał, mimo że Courtney mówił, że wytłumaczy mu w samochodzie. On chciał wiedzieć już.
— Weterynaryjnej — wyjaśnił skrótowo Courtney i położył mu rękę na ramieniu, żeby jednak trochę bardziej go pospieszyć. Kiedy mijali matkę Philipa, zwrócił się do niej: — Przepraszam, że go teraz zabieram, zadzwonię do pani później i wszystko wyjaśnię.
Rudowłosa kobieta przytaknęła grzecznie i odsunęła się z progu.
— Dobrze, nic się nie stało. Do widzenia.
Chase za to zrobił większe oczy, słysząc odpowiedź mężczyzny. Poczuł przy tym nieprzyjemny skurcz w żołądku.
— Coś z Tankiem? — spytał, szarpnąwszy swojego kuratora za koszulę. Nie zatrzymał się jednak, tylko szedł szybko w stronę wyjścia. Panika wspinała mu się po kręgosłupie.
— Podjechałem do ciebie około południa, żeby pogadać z twoimi dziadkami — mówił Courtney, wychodząc z domu i kierując się do swojego samochodu, sporego Chryslera w czarnym kolorze, ale chyba długo nie odwiedzającego myjni. — Wsiadaj — urwał wyjaśnianie, aby obejść samochód i dopiero kiedy obaj znaleźli się w środku, kontynuował. — Twój pies leżał na podwórku przy tej przewróconej taczce i… Cóż, koniec końców wyszło na to, że prawdopodobnie twój dziadek chciał na niego postawić w walkach psów.
Chłopak z każdym słowem, jakie słyszał, niepokoił się coraz bardziej, a kiedy usłyszał koniec, jego emocje ze strachu przerodziły się w czystą nienawiść.
— Kurwa! — wrzasnął i na moment zakrył twarz dłońmi. Czemu to wszystko się działo?! — Co mu jest? — Opanował się szybko i spojrzał z przejęciem na Courtneya. — Zabrałeś go?
— Tak, zawiozłem go do kliniki, poczekałem, co powiedzą. Nic mu nie będzie, ale miał kilka sporych ran. Najgroźniejszą przy oku, ma też trochę naderwane ucho — relacjonował rzeczowo kurator, patrząc na drogę, kiedy jechał szybko, ale ostrożnie w stronę centrum miasta. — Ale nie to jest w głównej mierze powodem, dla którego po ciebie pojechałem. Ja nie mam nic do powiedzenia, więc musisz jakoś za niego poświadczyć albo wyjaśnić… — Zawahał się i spojrzał krótko na chłopaka. — Bo chcą go zabrać.
Chase zamarł… Zabrać?
— C… co? — wydusił i szybko pokręcił głową. — Nie, nie mogą! — krzyknął i uderzył dłonią o deskę rozdzielczą samochodu. — Nie mogą, kurwa, zabrać mi psa! — powtórzył. Był rozdarty. Spanikowany, wściekły i smutny. Jak w ogóle mogło do tego dojść? Jak ten stary, jebany dziad mógł to zrobić! Zabije skurwysyna, jak zabiorą mu psa!
— Powiesz, że to ty jesteś właścicielem, nie twój dziadek, zapewnisz, że o niego dbasz — odpowiedział Courtney poważnie, skręcając w stronę bardziej zatłoczonej ulicy. Klinika mieściła się w samym centrum. — Podejrzewają, że może być to tym, czym faktycznie było, ale… — zawahał się i dodał z westchnieniem: — powiedziałem im, że macie dziurę w płocie i jakiś pies musiał tam wbiec i się z nim pogryźć. Na szczęście twój dziadek nie chciał się fatygować do kliniki, więc nie zniszczył mojej wersji.
Chase automatycznie pokiwał głową, sięgając dłonią do twarzy i przygryzając nerwowo skórę na kostkach. Denerwował się i widać było to nie tylko po jego niespokojnej postawie, ale i po twarzy. Nie mógł się pogodzić z tym, że coś takiego stało się Tankowi i że dziadek zmusił go do walki psów. Przecież to mogło go zniszczyć. Całe jego szkolenie, socjalizację, wszystko!
Courtney zerknął na niego ponownie, ale nie dodał nic, jadąc jeszcze przez chwilę, aż zatrzymał się na parkingu podziemnym dużego budynku.
— Pamiętaj, żeby być opanowanym i nie wrzeszczeć po wszystkich. To był wypadek, załatasz dziurę i nic takiego się nie powtórzy — przypomniał, gasząc silnik i wychodząc z samochodu.
Chase znowu nic nie powiedział. Wysiadł z samochodu z ciężkim sercem i drżącymi rękoma. Wsadził je więc do kieszeni spodni, aby jako tako to ukryć. Ruszył za swoim kuratorem w stronę windy, która miała wywieźć ich na wyższe piętro.
Klinika była schludna, jak każda inna zaprojektowana w jasnych kolorach i sterylna. Nie była też bynajmniej pusta, bo w poczekalni siedziało kilkoro ludzi z mniejszymi i większymi zwierzętami.
Courtney na początku przejął głos i poinformował kobietę w białym fartuszku, stojącą za ladą recepcji, w jakiej są sprawie, a ona grzecznie, z uśmiechem przytaknęła. Przez telefon poinformowała odpowiedniego lekarza o ich przybyciu i już po chwili z długiego korytarza ruszył ku nim starszy, siwiejący jegomość, którego Courtney już dzisiaj widział.
— Są panowie. To właściciel? — zapytał kuratora, wskazując na Chase’a. Miał srogą minę, którą tylko potęgowały okulary połówki na nosie.
— Tak, Chase Lash.
Dopiero po potwierdzeniu lekarz spojrzał dokładniej na nastolatka i wskazał korytarz.
— Proszę ze mną do gabinetu.
Chase się nie odzywał. Widział, jak weterynarz na niego patrzy i nie podobało mu się to spojrzenie. Zgarbiony i zdenerwowany udał się za starszymi od siebie mężczyznami.
Weszli do gabinetu, który nie wyróżniał się niczym od tych, które Chase już widywał. Lekarz wskazał im dwa krzesła stojące przed biurkiem, a sam zasiadł za nim.
— Pewnie twój kurator już poinformował cię, że pies został pogryziony — zaczął, w specyficzny sposób łącząc ze sobą symetrycznie opuszki palców obu dłoni, które oparł o blat. — Domyślasz się, co się mogło stać?
Chase usiadł z wahaniem na jednym z krzeseł. Zerknął przy tym krótko na mężczyznę, który go przywiózł, a potem spojrzał na weterynarza.
— Inny pies go pogryzł?
— Tak, na to wygląda. Pana kurator mówił, że twoi dziadkowie nie chcieli się tu z nim zabrać i zostawili psa na podwórku. Pan Corn mówił też, że nie zauważyli pogryzionego psa — mówił weterynarz z lekkim powątpiewaniem w głosie. — Co ty o tym myślisz? Bo mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że nie oddamy wam psa bez pewności, że jest bezpieczny.
— Niech pan wybaczy, że się wtrącę. — Courtney przejął na chwilę głos, patrząc w oczy lekarza. — Chase pracował w tym czasie, jego babci nie było w domu, a dziadek, jak go zastałem, był świeżo po drzemce. Wypadki mają miejsce codziennie, tym bardziej w okolicy, w której, jak na pewno pan doktor wie, jest bardzo wiele psów.
— Należy więc dbać o to, by takie wypadki się nie zdarzały — odparł z naciskiem starszy mężczyzna i zwrócił się do chłopaka. — Czy ten pies ma w ogóle budę?
Nastolatek zacisnął mocniej usta i pięści w kieszeniach spodni. Czuł, jak z każdym pytaniem weterynarza i przy tym, jak na niego patrzył, coraz bardziej opuszcza go samokontrola.
— Dbam o Tanka jak mogę. Chcę… Muszę go zobaczyć.
Lekarz skrzywił się brzydko, a Courtney, w niewidoczny dla niego sposób, nie odwracając od niego wzroku, sięgnął pod biurkiem do kolana Chase’a i ścisnął go lekko na znak ostrzeżenia lub otuchy.
— Zaprowadzę cię do niego, jeśli będę pewny, że ten pies nie jest niczym zagrożony — mówił lekarz. — Teraz wszystko z nim w porządku, dostał szybką pomoc i jutro go wypiszemy. Nie chcę musieć dzwonić do schroniska, jeśli wróci tu za kilka dni z kolejnymi ranami po walce z innym psem.
Chase wziął głęboki oddech i na moment spuścił głowę, zaciskając oczy i usta. Spojrzał po tym jeszcze raz na weterynarza.
— Pan nie rozumie. Muszę go zobaczyć, przecież go, cholera, nie wyniosę.
Lekarz znowu rozchylił usta, żeby zanegować, ale Courtney przerwał mu, nim zaczął.
— Proszę mu pozwolić. Widzi pan, że chłopak teraz spokojnie z panem nie porozmawia. A w międzyczasie wszystko panu wyjaśnię.
Weterynarz przesunął opuszkami palców po dolnej wardze i w końcu bez słowa sięgnął po telefon na biurku. Przytrzymał jakiś przycisk i powiedział do słuchawki:
— Siostro Finney, proszę przyjść i zaprowadzić właściciela do jego psa.
Po tym odłożył słuchawkę, ale nie odezwał się słowem do swoich gości. Nie czekali zresztą długo. W gabinecie pojawiła się ta sama kobieta, która stała w recepcji i z delikatnym uśmiechem poprosiła Chase’a, żeby poszedł za nią.
Chłopak od razu poderwał się ze swojego miejsca. Cały się trząsł, ale i tak jeszcze w drzwiach obejrzał się na Courtneya, czy ten pójdzie z nim.
— Idź — odpowiedział ten krótko, wciąż siedząc na miejscu, naprzeciwko weterynarza, w którego mocy było teraz zadecydowanie, czy Tank wróci jutro do domu z Chasem, czy pojedzie do schroniska.
Pielęgniarka za to położyła dłoń na ramieniu chłopaka i delikatnie go pociągnęła.
— Chodź, Tank dostał leki, więc jest ospały, ale na pewno ucieszy się na twój widok.
Chase skinął krótko głową. Był zdenerwowany i miał na tyle ściśnięte gardło, że ciężko było mu mówić.
Przeszli do jednej z kilku niedużych sal, w której psy najpewniej po zabiegach były izolowane od siebie. Cała jedna ściana była zagospodarowana spójnym kompleksem dużych klatek, gdzie zwierzęta miały dość miejsca, aby się wygodnie ułożyć i odpocząć, ale na tyle mało, aby nie zrobiły sobie dodatkowej krzywdy.
Tank leżał na dole, na zielonym materiale, który był wyłożony w klatce. Odpoczywał z przymkniętymi oczami do czasu, aż nie usłyszał dźwięków. Wtedy jego ślepia się rozchyliły i od razu słabo zaskamlał na widok swojego pana.
Chase, już nie czekając na jakiekolwiek pozwolenie, szybko do niego podszedł. Upadł na kolana przed drzwiczkami klatki w najniższym rzędzie i otworzył je. Wsadził głowę do środka, aby przytulić psa. Ten zapiszczał znowu, liżąc go po twarzy i co chwilę uderzając plastikowym kołnierzem okalającym jego szyję.
— Tank, och, już, już dobrze, dobrze — wyszeptał Chase do zwierzęcia, głaszcząc je po boku i starając się być jak najdelikatniejszym, aby nie sprawić mu bólu. W tym wszystkim nawet nie zauważył, kiedy po policzkach pociekły mu łzy. Może i był twardy i zawsze tak sobie wmawiał, ale ten pies strasznie dużo dla niego znaczył. Nie mógł zrozumieć, jak w ogóle do tego doszło, a do tego słowa weterynarza i jego spojrzenie…
Przycisnął psa mocniej do siebie. Tank nie powinien tak cierpieć. Nie zasługiwał na to.
Pielęgniarka nie przeszkadzała mu w tej chwili i nawet wyszła z salki. Zostawiła jednak otwarte drzwi i stała za nimi, aby przypilnować chłopaka i psa. Chase w ogóle się nią nie przejął. Zapomniał o jej istnieniu. Skupił się wyłącznie na swoim psie. Na oglądaniu jego pogryzień, zadrapań i w jakim ogólnie był stanie. Nie czuł w tej chwili złości, tylko smutek. Był kompletnie rozbity i nawet jeśli wiedział, że to wszystko wina jego dziadka, to też na siebie brał sporą część. Tank nie miał budy z prawdziwego zdarzenia. Nie miał dobrego kojca, ani nie był żywiony najlepszymi karmami. Dostawał tylko resztki ze stołu. Chłopak też wiedział, że nie ma dla niego tyle czasu, ile by chciał i fakt, że po kryjomu w zimę wpuszczał psa do swojego pokoju, wciągając go przez okno, wcale nie sprawiał, że stawał się lepszym właścicielem.
Nie był pewien, ile czasu minęło, kiedy w końcu usłyszał kroki na korytarzu i rozpoznał głosy weterynarza i swojego kuratora.
— Dlatego byłbym wdzięczny za wyrozumiałość…
— Tak… tak, wiem, rozumiem całą sytuację, chociaż ta dziura w płocie…
Rozmowa urwała się, kiedy mężczyźni weszli do salki. Chase spojrzał na nich czerwonymi od płaczu oczami i… nic nie powiedział. Szepnął coś do psa, delikatnie go popchnął i zamknął znowu w klatce. Nie odzywając się dalej ani słowem, wstał i pchnąwszy ramieniem weterynarza oraz Courtneya, wyszedł z pomieszczenia. Pokierował się do wyjścia. A przynajmniej taką miał nadzieję. Przez cały czas łzy ciekły mu po policzkach.
Kurator ściągnął brwi, przeprosił mężczyznę i podążył za swoim podopiecznym.
— Chase! — zawołał za nim.
Chłopak jednak szedł dalej przed siebie, nie zatrzymując się. Co raz tylko czasami kulił ramiona przez płacz.
Kurator dobiegł do niego w końcu i zatrzymał w połowie korytarza.
— Hej. Poczekaj.
Nastolatek zatrzymał się, ale odwrócił twarz, kręcąc nieznacznie głową. Był cały czerwony, a oczy miał już spuchnięte od płaczu. Nos co raz przecierał dłonią.
— Z Tankiem jest okej, dojdzie do siebie. Poczekaj przy samochodzie, ja skończę rozmawiać z tym konowałem i zaraz do ciebie wrócę z wieściami. Okej? — powiedział szybko Courtney, poważnie, na koniec upewniając się, czy chłopak go posłucha.
Ten jednak znowu pokręcił głową, tym razem bardziej energicznie.
— Nie — zaczął i zaciągnął się powietrzem z drżeniem całego ciała. — Nie… niech… niech go zabiorą. Ja… — zaciął się znowu i załkał, kuląc się w sobie, zupełnie nie jak buńczuczny nastolatek, którego Courtney poznał. — Ja nie mogę… To co ten facet powiedział… i… jak patrzył. A dziadek… — Pociągnął nosem, opierając się o ścianę za swoimi plecami. — Pójdę i tak siedzieć za to, co mu zrobię, za to co zrobił… Tankowi.
Courtney momentalnie ściągnął brwi i położył mu dłonie na ramionach.
— Weź głęboki oddech. Nie pójdziesz siedzieć, nie pozwolę ci na to — powiedział twardo, patrząc mu w oczy, po czym ścisnął mocno jego ramiona. — Potrzebujesz tego psa.
Chase pokręcił głową, znowu zachłystując się płaczem.
— Ale… nie jestem dla… niego dość dobry. Nie ma budy… Nie mogę go ochronić przed dziadkiem… Ktoś… ktoś da mu lepszy dom.
Widział, przez zupełnie zamglony przez łzy obraz, jak jego kurator ściąga brwi i chyba całkowicie odruchowo wyciera mu mokry policzek dłonią. Milczał moment, myśląc, aż w końcu powiedział dziwnym głosem:
— Mogę go jutro zabrać do siebie, u mnie się wyleczy, aż coś nie wymyślisz. Zbudujesz mu budę. U mnie będzie do tego czasu bezpieczny. Przywyknął do ciebie, Chase, więc nie odbieraj mu siebie. On też ciebie potrzebuje.
Chłopak od razu spojrzał na mężczyznę większymi oczami. Wyglądał nadal na zagubionego i niepewnego tego, co usłyszał.
— Ale… chyba nie możesz tego zrobić — wydusił przez wciąż ściśnięte gardło. Przynajmniej przestały nim targać spazmy rozpaczy na myśl o decyzji, jaką podjął przy klatce swojego psa.
— Mogę. Poczekasz teraz przy samochodzie, ja porozmawiam z lekarzem, a potem pojedziemy po jakieś karmy i to co trzeba na jego rany. Zapytam o to lekarza. Pojedziesz ze mną, bo pokażę ci, gdzie mieszkam, żebyś mógł go odwiedzać. W porządku?
Chase jeszcze raz pociągnął nosem, patrząc nadal z zagubieniem i pytaniem w oczach, ale w końcu pokiwał głową. Nie miał pojęcia, co miałby powiedzieć.
Kurator, widząc jego zgodę, ścisnął jeszcze raz jego ramię w geście otuchy i dopiero go puścił.
— To idź na parking, zaraz do ciebie przyjdę — powiedział, a sam pospiesznie ruszył z powrotem do salki.
Chase jeszcze moment patrzył na plecy swojego kuratora bolącymi od płaczu oczami. Pękł zupełnie i było mu z tym niewyobrażalnie głupio, jednak… był wdzięczny Courtneyowi za pomoc. Nie chciał zabierać Tanka do domu, tak samo, a może nawet bardziej niż sam nie chciał tam wracać po tym, co jego dziadek zrobił. I jak jeszcze tego dnia, rankiem nie wyobrażał sobie, aby nienawidzić swoich dziadków bardziej, tak teraz wiedział, że jest to najzwyczajniej w świecie możliwe.
W tym wszystkim jeszcze jedna rzecz go jednak martwiła. Własne poczucie winy, fakt, że to obcy człowiek znalazł jego psa i udzielił mu pomocy, a nie on sam. Że nie był dostatecznie czujny, Tank wystarczająco silny, aby sobie poradzić, a los dostatecznie sprawiedliwy, aby jak już miał się mścić, to tylko na nim samym, a nie krzywdził przy tym niewinnego zwierzęcia.

21 thoughts on “Newton’s Balls – 6 – Nienawidzić mocniej

  1. Katka pisze:

    Basia, witaj ponownie :D Fajnie, że znów czytasz. Jak zawsze sporo nadrabiania, ale przynajmniej więcej czytania XD A dziadek Chase’a to samo zło. W ogóle Chase nie mial szczęścia do rodziny. Ale może inaczej szczęście go znajdzie i mu to zrekompensuje :) Dzieki za wenę! Przyda się :D

  2. Basia pisze:

    Witam,
    to ja ;] wróciłam w jakimś stopniu na jakiś czas…
    rozdział wzruszający, jak bym dorwała tego dziadka w swoje ręce, to… Courtney wspaniale się bardzo zachował, może Chase za kumpluje się z Philipem…
    Dużo weny życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Kasia, no Chase nie powinien odpuścić, ale z drugiej strony nie ma też za bardzo co zrobić z tym fantem. Nie ma tu za bardzo mocy sprawczej, choć też uważam, że nie powinno tak byc, by to płazem poszło takiej osobie. No ale rzeczywistość jest inna :/ A Philip jest w porządku, to faktycznie ;) Na pewno jest bardziej ok niż Ian, mimo że to on jest ofiarą. Ach, ludzie są dziwni XD I spoczko, miło nam, że w ogóle komentujesz :D

  4. Kasia pisze:

    Mocno poruszający rozdział. Scisnęło mi się serducho, ale i też „nóż w kieszeni otworzył” Zlałabym tego dziadka na kwaśne jabłko za to co zrobił i myślę że będę zawiedziona jeśli Chase mu odpuści. Jest tyle okropnych ludzi na świecie, od razu przypomniał mi się ten chłopak który najpierw skatował Barego a potem chciał zakopać go żywcem. Podziwiam ludzi którzy potrafią zachować spokój w takich sytuacjach. Courtney zachował się naprawdę super i mam nadzieję że ta sytuacja chociaż między chłopakami przyniesie jakieś korzyści. Philip też mi się podobał w tym rozdziale i chociaż kibicuję tej drugiej konfiguracji to fajnie by było gdyby się Chase i Philip chociaż zakumplowali. Dzięki za rozdział, sorki że tak pozno przybywam ale miałam koszmarnie męczący ten tydzień :) pozdrawiam

  5. Katka pisze:

    Saki, mega wzruszająca scena, nie dziwię się więc takim reakcjom. Pamiętam, że pisałyśmy ją ze ściśniętym sercem. Tym bardziej, że to wszystko nie było planowane, cała akcja wyszła jakoś tak sama, więc było to tez zaskoczeniem dla nas i nie miałyśmy się jak mentalnie przygotować do napisania, haha. No i to, że uspokoiłaś się, gdy Courtney znalazł rozwiązanie, znaczy, że wczuwasz się i czujesz postać Chase’a. To fajne. Kiedy tak czytelnik przeżywa akcję wraz z bohaterami. No i widzę, że faktycznie mały dylemacik masz, hehe, bo obie opcje są kuszące. Ale to na plus, bo jak jedna nie wyjdzie, przynajmniej z drugiej będziesz zadowolona XD Tez serdecznie pozdrawiamy! :D

  6. saki2709 pisze:

    Autentycznie się poryczałam, czytając tą scenę z Tankiem i po tym. Można powiedzieć, że płakałam razem z Chasem i uspokoiłam się dopiero wtedy, kiedy Courtney zaproponował, że weźmie psa do siebie na jakiś czas. Serio, myślałam, że bardziej już się nie da nienawidzić tych dziadów, ale jak widać, można. Jak można tak okrutnie traktować zwierzęta?
    Courtney jak na razie zbiera same plusy i z rozdziału na rozdział lubię go coraz bardziej.
    Philip jest słodki i uroczy i w sumie nie wiem, czy wolę jego czy kuratora jako parę dla Chase’a.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. I chcę więcej Philipa. Może wtedy mi się rozjaśni, czy wolę jego czy Corna. Ale póki co, kogo by Chase nie wybrał, będę równie usatysfakcjonowana. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział z Shanem i Davidem.
    Serdecznie pozdrawiam i dużo weny życzę

  7. Shivunia pisze:

    sabrinetaylor >> Biedny Tank :( mnie to zawsze przeraża, jak ludzie są wstanie traktować zwierzęta. Takie przedmiotowe to jest. Co do Chase’a to też jestem z niego dumna, ale ogólnie nie lubię tego rozdziału. Bo wczuwam się zawsze w chłopaka i ryczę jak bóbr kiedy go czytam ;p A Courtney to skarb :D

    Parabula >> Dziadek jest pojebany. Ale niestety obawiam się, że jego podejście do psów może podzielać wiele ludzi. Niestety nie jestem tego wstanie pojąć a co za tym idzie, wytłumaczyć, czemu ludzie to robią. A w tym dziadek Chase’a. I moim zdaniem to nie ma żadnej różnicy czyj to był pies. Takich rzeczy w ogóle nie powinno się robić. Co do „masakry” to mi się wydaje, że dla chłopaka była to niezła masakra. Mógł stracić jedyną przychylną mu dusze. I to tak nagle i przez kogoś kogo nienawidzi. Ogólnie bardzo smutna scena, Chase miał apogeum swojego dołka, w sumie, dlatego smuteczek to miłe współczucie dla postaci ;)

    Liv >> Miło nam słyszeć, że wzbudził emocje rozdzialik :D I w sumie ciekawie brzmi, że Chase’a przeciętność wzbudziła u ciebie okruszek pozytywnych emocji w jego stronę. Ciekawe ciekawe. Co do miłosierdzia do ludzi… to chyba trochę tak, że zwierzęta zawsze są niewinne i nie mają jak się bronić. Zresztą, może nie powinnam bronić własnej postaci, ale sama mam zdecydowanie więcej miłosierdzia do zwierząt niż do ludzi i może przez to lepiej mi go zrozumieć. Philip w końcu mógł się bronić. Tank nie miał jak. A Chase jeszcze teraz się poczuł, że i psa zawiódł. Że było tak jak weterynarz powiedział. Pies został nieprzypilnowany. Że nie miał godnych warunków, a chłopak żył z tym z nia na dzień. To trochę jak taka znieczulica kiedy codziennie widzi się jakaś krzywdę i do momentu kiedy ta nie zostanie wytknięta się o niej zapomina. Ooook, zamedrkowałam się. „W ogóle Tank, z całym szacunkiem, mógłby może sobie zdechnąć.” – bardzo smutne co mówisz :( Bo jak Chase może cierpieć, tak nie wiem czemu pies ma „zdychać” :( A duma i łzy. Myślę, Że Chase nawet tego za bardzo nie zarejestrował. Był w kompletnej rozsypce. A Philip jest faktycznie słodki. Taka mała ciamajda z niego.

    Aeneryss >> Bo psy nie patrzą czy człowiek jest kuratorem, czy jest złym człowiekiem dla innych, ważne aby był fajny i był dobry dla psa, to juz oddadzą mu całe serducho swoje. Dlatego tak dobrze można dzięki nim pokazać inną stronę człowieka. A raczej, one umieją wyciągnąć z człowieka to co w nim siedzi naprawdę. Phil faktycznie jest spoko. NIE jest przeżarty nienawiścią. A dziadek faktycznie powinien spotkać zły los. Pytanie czy spotka. (ale zawsze zostają jak coś opcje fików XD)

    O. >> Nie wiem czy Cortney urósł az do rangi bohatera, ale na pewno nieźle sobie zapulsował. W końcu pojawił się w odpowiednim czasie i miejscu. Biedny by był Tank gdyby nie on. Co do prawa to te jest całkiem skomplikowane, ale na pewno lepsze jest pod względem szybkości wydawania wyroków w takich sprawach. Z tego co wiem, nie czuje się jednak wyrocznią w tej kwestii. No i jak mówisz, faktycznie teraz Courtney ma szanse lepiej poznać chłopaka. Nie tylko w biurze czy w parku. Ale cóż, znowu przekroczył granice. A komentarz o Rynnie XD lol

    Eterna >> Zgadzam się, biedny Tank, biedny Chase. Chociaż i tak nadal bardziej żal mi psa :( Courtney był na szczęście w odpowiednim miejscu i czasie. Dzięki za miłe słowa.

    Interia >> Fajnie, ze się wzruszyłaś. Ja jak pisałyśmy ta scenę z Tankiem ryczałam jak bóbr, a kiedy czytam też mi się łezka zakręci. Jestem mega wyczulona na krzywdę zwierząt. Nawet jak są jakieś programy o tym to zawsze się rozczulam. Dlatego doskonale cie rozumiem. Ginie główny bohater filmu „ok”. Ginie zwierzątko które było bardzo poboczne – krokodyle łzy. I tak, to cholernie smutne i wkurzające, ze faktycznie dziadek Chase’a wcale nie jest najgorszym przypadkiem. Że są gorsi ludzie. I może nie będzie to spoiler, ale takim ludziom Chase dużo chętniej rozwalił by łeb niż Ianowi XD
    Bardzo dziękujemy za słowa uznania, co do wzruszania. Zwierzęta mają w sobie tą moc hahaha. A co do Philipa, to on jest też jedną z opcji na parę. Ale co z tego wyjdzie nie mogę już powiedzieć. Chociaż pewnie Chase z chęcią zjadłby od niego więcej hahaha ;p

    Zen >> Smutne, że w sumie Tank jest psem którego rasa(rasy) zostały stworzone właśnie do takich walk. Ale i tak uważam, że jednocześnie stały się najbardziej psami do człowieka. I stąd też ich zaufanie przez które dziadek mógł go w to wpakować. I też nie rozumiem takich ludzi. Courtney zaiste uratował Tanka. Bo w sumie wiele innych opcji nie było. Ale taaaak, teraz będzie jego podopieczny wiedział gdzie mieszka hahaha

    Mati >> Ano angstowy rozdział. Ale chociaż widać ze Chase nie jest kompletnym dupkiem bez uczuć i coś tam ma w sercu, chociaż do zwierząt. I fajnie słyszeć że Courtney cie zdobył :D

    Damian>> Jeszcze kto w kim się zabujał i co bedzie dalej to jeszcze trochę zanim wszystko się wyjaśni. Ale przyjdzie na to czas. Ale i tak miło słyszeć, że pasowali by do siebie, chociaż to trochę taki syndrom oprawca-ofiara. Ale Philip jest faktycznie słodki. Chociaż hahaha, i tak uważam że Tank jest słodszy. Ale on jest tam najsłodszy w ogóle. Zresztą jak każdy pies czy zwierzak. Okrucieństwo dla okrucieństwa to skończone skur… zło XD

    Nyu Lucy >> Niestety minus rozdziałów ale i ich plus. Zawsze może na dłużej ci wystarczyć pewna historia. Ale rozumiem ból bardzo dobrze. Jest więcej czasu aby pomyśleć o losie Tanka. I kurcze, niby faktycznie Chase bardzo dorośle się zachował, ale czy faktycznie opcja oddania nie była by dla psa lepsza. Chyba na pewno, gdyby nie Courtney i jego propozycja. Z drugiej strony to co piszesz, że gdzie lepiej niz u właściciela. Psy też się przywiązują i potem jest im ciężko. Trudne decyzje, trudne. Na szczęście tu jakoś wybrnęli dzięki łamiącemu zasady kuratorowi hahaha I krew Petersona? Hahaha, coś w tym jest. Ale spokrewnieni na pewno nie są ;)

    Mikorin >> Hahahah, ciekawe ile by było osób za kim ;) Ale zgadzam sie Philip jest słodki. Ma trochę syndrom ofiary, ale i tak z niego miły chłopaczek. Nakarmi, popatrzy sobie, powie coś zestresowany hahaha ;) na pewno mu miło, że sa osoby które go popierają :D Tak jak my popieramy komentowanie XD

  8. mikorin pisze:

    Biedny Tank, biedny Chase. Chłopak ma cieżko, nie dziwie sie jego zachowaniu. Czytam to opowiadanie i czytam, i dopiero teraz komentuje ehs. Co do Courtneya fajny chłop tatuaże kolczyki mrrr chociaż dla mnie jak na razie #teamphilip hihi słodki jest.

  9. Nyu Lucy pisze:

    OOOO! Jak mnie to wzruszyło…. No nie mogę. Cudny rozdział, ale czytam czytam i … chce czytać dalej , a tu co? Koniec -.- Jednak Chase może być z siebie dumny. Chociaż szkoda mi go. I to było tak dojrzałe i słodkie zarazem jak chciał oddać Tanka. Ale i tak nigdzie lepiej nie będzie miała psina jak u właściciela. Dobrze, że był przy nim Courtney. Gość ma u dużego plusa, chociaż i tak go lubię. A co do początku rozdziału to przez głowę mi przeszło, że może Philip to jakiś daleki krewny Petersona? :D No nic, kończę już i czekam. ~~

  10. damiannluntekurbus17 pisze:

    Teraz mam watpliwosci. Mam wrazenie, ze Philip zabujal w tym rozbojniku chociaz moze stara sie byc mily. Osobiscie – bardzo go lubie i kto wie moze jednak beda ze soba. Pasowaliby do siebie xD
    Risotto – ostatni raz jadlem rok temu i przez was z calego rozdzialu to najbardziej mi zostalo w glowie xD
    Biedny Tankus, nie wyobrazam sobie, zeby moi rodzice lub dziadkowie zrobili cos takiego. Sa dziwni, ale na cierpienie zwierzat raczej by sie nie zgodzili. Zwlaszcza moj tata, ktory ostatnio dowiedzial sie o smierci jakiegos faceta i bardziej oplakiwal zastrzelonego tygrysa xDDD W sumie pies, ktorego bede mial nie mialby zadnych szans… Znacie rasy, ktore wystarczy kopnac zeby sie rozpadly? Taki juz urok szpicow miniaurowych xDDD

  11. Mati pisze:

    Biedny psiak, Chase… Ach, za dużo smutku jak na jeden rozdział.
    Courtney mnie zdobył, totalnie. To, że przygarnął psiaka na jakiś czas, ach.
    Aż mi się przypomniało jak moja psinka o mało co nie…

  12. Zen pisze:

    Ale mi się smutno zrobiło, biedny Tank :( Nie rozumiem jak ludzie mogą dawać psy do walk i patrzeć jak sie nawzajem zagryzają, to całkowicie niemoralne i nienormalne. Dziadek Chasea powinien za to zgnić w pudle a potem w piekle. Nienawidze takich ludzi.
    A Courtney super sie zachował postanawiając zabrać Tanka do siebie :) I teraz Chase będzie mógł odwiedzać Courtneya w domu ( ͡° ͜ʖ ͡°) no i oczywiście Tanka też :D
    Weny!

  13. Inertia pisze:

    Ochhh, aż się wzruszyłam. Autentycznie!
    Jak w ostatnim rozdziale Chase był mi obojętny tak po dzisiejszym go pokochałam!
    A to wszystko dlatego, że podzielam jego miłość do psów i jestem z tych osób, które rozbeczą się na widok skatowanego psa, a zrobią „meh” na widok jakiegoś pokiereszowanego truposza. Zaczynam widzieć między nami podobieństwo :D Co prawda ja nigdy nie miałam kuratora na karku ani nic z tych rzeczy, ale też częściej zwierzęta darzę sympatią niż ludzi :D
    Razem z nim rosła we mnie wściekłość, choć to tylko fikcja, ale wiem, że ludzie potrafią traktować zwierzęta jeszcze gorzej niż dziadek Chase’a.
    Nie przypominam sobie nawet w tej chwili, bym wzruszyła sie czytając jakąś książkę czy też film, także gratulacje, trafiłyście w mój czuły punkt :D
    Z tego wszystkiego aż zapomniałam o tym spotkaniu z Philippem. To było w swoim rodzaju urocze. Jak sobie przez moment wyobraziłam ich razem, to nawet by pasował do Chase’a, na pewno bardziej niż Courney.
    Czekam na następny! :)

  14. Eterna 94 pisze:

    Biedny Chase, biedny Tank. Widać, że chłopak kocha psinę. Kurator ma u mnie plus 100 punktów/100. Zachował się wspaniale. Inny by czegoś takiego nie zrobił. Świetny rozdział

  15. O. pisze:

    Philip jest taki uroczy~! On pewnie by się jeszcze zaprzyjaźnił z Chase’m, ale coś czuję, że na więcej też, by pozwolił. Jednak na tle Courtney’a wypada blado.. A ten pewnie teraz urósł do rangi bohatera ratując Tanka. Biedny pies, jak ja nie znoszę ludzi jak dziadek Chase’a, na szczęście w Usa maja lepsze prawo i dziadek bezkarnie, by nie skończył jeśli by nie potoczyło się tak jak się potoczyło. A ten bieg wydarzeń nie jest zły… Courtney będzie mógł u siebie Chase gościć xD łóżko, podłoga, biurko, stół, ściana też go pewnie chętnie przywitaja ;]
    Ale ciekawi mnie jak to Courtney będzie sobie radził z psem. Niby jakoś ma elastyczne godziny pracy, ale pewnie i tak go więcej nie ma niżeli jest w domu. No i ten jego brat ma wyjść, choć do tego momentu może już Tanka u niego nie być xD

  16. Aeneryss pisze:

    Psy łączą ludzi. Tak coś czułam, że jeśli Chase ma przestać warczeć na Courtneya przy każdej okazji to Tank będzie miał w tym swój wkład.Szkoda tylko, że musiał przy tym ucierpieć :/ Ale wszystko kończy się dobrze, pies dostanie karme i budę, Chase zjadł normalny obiad, Philip jest całkiem spoko, a dziadek będzie się gotował w piekle po tym jak umrze w meczarniach c: Możecie go zabić? Proooooooszę ;-; A jeśli nie w opowiadaniu to chociaż napiszcie dodatek, w którym Tank magicznie odzyskuje siły i rozszarpuje dziadkowi gardło ;-;

  17. Liv pisze:

    Och och, jaki przejmujący rozdział. ^^
    Chase zachował się zadziwiająco przeciętnie, dlatego mamy postęp. Tylko… ekhm. „Tank nie powinien tak cierpieć. Nie zasługiwał na to.”? No kurwa że nie powinien. Szkoda tylko, że Chase do ludzi nie ma tyle miłosierdzia. :)
    W ogóle Tank, z całym szacunkiem, mógłby może sobie zdechnąć.. Tak żeby jeszcze bardziej Lasha udupić. :l Chcę żeby cierrpiaał c:
    No ale między nim z Cornem było słodko, aż dziwne że Chase pozwolił na otarcie sobie łez nie unosząc się dumą ulicy. Kurde no, wszystko super :) Ale nie wiem, co jeszcze napisać. Phil jest milutki, naprawdę chciałabym go lepiej poznać. Nie wspomnę nawet o tym, że niemal przeprosił Chase’a za to, że ten kosił mu pieniążki. <3 No ale dobra, wszędzie mogłabym się doczepić do osoby Chase'a. A wierzcie lub nie, staram się nie xd Więc bez nieporozumień, jest lepiej :)
    No, dziękuję, czekam z niecierpliwością ^^ (różnica 1 dnia daje mi się we znaki bardziej niż powinna xd)

  18. porebula pisze:

    Jezu biedny chase :c Co za kurwa z jego dziadka. Niech zdechnie w męczarniach. Biedny piesek. Biedny Chase. Tak i Courtney taki miły dobry weźmie pieska i sie zaopiekuje. Tak, będzie dobrze. A dziadek zdechnie i wszyscy będą się cieszyć. Jeju jak Courtney wbił i tak kazał mu złazić to sie wystraszyłam, że maskara. Jakim chujem trzeba być żeby wystawiać NIE SWOJEGO psa w walkach… Zdychaj. Dobrze że pan kurator przyjechał bo nie wiem… Jakby zdechł to bym… Co moge zrobić komuś kto nie istnieje? Nieważne. I jak Chasea uswokajął to tak miło ale jednak nie bo on nie powinjen w ogole plakac bo nie powinnow do tego dojść. Nie moge sie uspokoić. I jeszcze jak stwierdził że to jego wina i że powinni go zabrać :( Zabijcie mnie smurno mi tteraz tak bardzo :(

  19. sabrinetaylor pisze:

    Och, biedny Tank. Jak mozna cos takiego psu zrobic? A Chase zachowal sie niesamowicie dojrzale i prawie sama sie poplakalam, jak czytalam, ze tak mu na Tanku zalezy. I Courtney tez super, ze zgodzil sie wziac go do siebie. Uwielbiam go!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s