Love Interest – 17 – Sally Schoch

Kiedy tego poranka Brent Williams dowiedział się, że Sally Schoch, jedna z kobiet zajmujących się przygotowywaniem jedzenia dla zdrowych, dziś nie pojawiła się w pracy, zrezygnował z dopieszczania swojej brody, z której był niesamowicie dumny i o którą dbał lepiej niż o własne dziecko. Musiał szybko dowiedzieć się, czemu nie ma jej w ośrodku. Wczoraj już nie pojawiła się na swojej zmianie, ale koleżanki kryły ją, mówiąc, że się czymś zatruła. Jak wczoraj uwierzył, tak dzisiaj nie było to już normalne.
Najpierw udał się do punktu obserwacyjnego, w którym był widok na wszystkie kamery w budynku i tereny wokół. Widział każdą izolatkę, w której mieszkali zdrowi, widział łazienki, gabinety lekarskie, a także sypialnie pracowników. W żadnym pomieszczeniu jednak nie zauważył Sally Schoch. Poszedł więc do swojego biura i zasiadł za ciężkim stołem. Zaczął po kolei wzywać wszystkich, którzy ostatnio mieli kontakt z kobietą. Był zdenerwowany, bo nie lubił takich komplikacji.
— Proszę wejść! — zawołał, kiedy kolejna z osób, współlokatorka z pokoju Sally, zapukała.
— Dzień dobry. — Dziewczyna wsunęła się do środka i uśmiechnęła sztucznie, zamykając za sobą drzwi. — Wzywał pan.
— Tak, niech pani siada, pani Quinn — odpowiedział w fałszywie miłym tonie. Kiedy ta zajęła miejsce, splótł dłonie na biurku i zapytał: — Kiedy pani ostatnio widziała pannę Schoch, pani Quinn?
Dziewczyna nerwowo poprawiła na sobie ubranie.
— Umm… no, wczoraj. Kiedy wychodziłam z pokoju. Ona poprosiła mnie, abym przekazała, że źle się czuje.
— Rozumiem. Kiedy na noc nie pojawiła się z powrotem, próbowałaś się z nią skontaktować?
— Tak, oczywiście. Jednak nie było sygnału w jej komunikatorze. Ale to się zdarza, bo baterie szybko się wyczerpują.
— Miała jednak cały dzień, noc i dzisiejszy poranek, żeby wziąć nowe baterie z magazynku. Czy w magazynku ubyło nowych baterii, pani Quinn? Otóż nie, sprawdziłem tę informację. Jak więc wytłumaczyłaby pani nieobecność panny Schoch? Mieszkacie panie razem. Nie wspominała o żadnych planach… wyjazdu? — Williams pochylił się nad biurkiem, dążąc do tego, by jego rozmówczyni poczuła się przytłoczona, by zaplątała się, zagubiła i chociażby przypadkiem wyznała to, co wie.
— Nie, nie, nic mi nie mówiła. Sama się o nią martwię! — Dziewczyna strapiła się, spuszczając wzrok. Ciężko było mieć pewność, czy dobrze kłamie, czy faktycznie jest tak, jak mówi.
— Doprawdy, pani Quinn? A może nie widziała pani, żeby panna Schoch pakowała swoje rze… — Williams nagle urwał, a raczej przerwał mu głośny dźwięk… alarmu.
Oboje zadarli głowę i spojrzeli na migającą na czerwono lampkę. Z głośników nie tylko w tym gabinecie, ale w całym budynku zaczął bić głośny alarm, który oznaczał jedno.
— Zakłócenie bezpieczeństwa! — rzucił Williams, podnosząc się na równe nogi.
Nie przejmując się swoim gościem, wyminął biurko i pobiegł w stronę pokoju kontrolnego. Zniknięcie jednej z dziewczyn, alarm, to wszystko źle wróżyło!
W budynku nastał istny chaos. Do tej pory alarm był bardziej taki… pro forma. Nikt nie spodziewał się, że z takim bezpieczeństwem, z taką profilaktyką i w takim miejscu cokolwiek im zagrozi.
Po sterylnie wyczyszczonych, pustych korytarzach biegali strażnicy, by sprawdzić każdą izolatkę. Istniało przecież prawdopodobieństwo, że alarm został włączony, bo któryś zdrowy uciekł.
— To Brown?! — Williams zatrzymał się w połowie jednego korytarza i wrzasnął za biegnącą dwójką strażników. — To Brown nawiał?! — powtórzył, bo to ten zdrowy sprawiał ostatnio największe problemy.
— To nie zdrowi, nie ma powiadomienia, że zostały naruszone wewnętrzne zabezpieczenia, proszę pana! — odparł jeden ze strażników, a Williams z ogniem w oczach zwrócił się do niego.
— To co, do diabła?!
— To chyba, proszę pana, naruszenie zewnętrznej zapory.
— Dzicy…?
— Sprawdzamy to — odpowiedział usłużnie strażnik.
— To do roboty! — warknął Williams i sam pobiegł w kierunku pokoju kontrolnego.
Kiedy tylko tam dotarł i odepchnął człowieka siedzącego z rozdziawionymi ustami przed monitorami, sam zupełnie zastygł. Zimny pot spłynął mu po plecach, a serce uderzyło tak mocno, jakby doznał elektrowstrząsów. Oto na obrazach z zewnątrz budynku ujrzał… wozy wojskowe. Jeden właśnie rozbił bramę, a za nim wjechało kilka kolejnych, z których już w drodze wyskakiwali uzbrojeni żołnierze.
Po przeciwnej stronie terenowy opancerzony wóz rozbijał mur, a po chwili już nic więcej nie widział, tylko mignęło mu na jednym z ekranów, jak specjalny oddział odcina ich od prądu. Zapanowała ciemność.
— Kurwa mać… — wyrwało mu się, a pierwsi strażnicy wybiegli z pomieszczenia. Jedni, aby sięgnąć po broń, inni, aby gdzieś się chować, czy próbować uciec.
Nie trzeba było być specjalnie inteligentnym, by zrozumieć, co się dzieje. Wszyscy pracownicy tego ośrodka mogli mieć, mówiąc brzydko, przejebane. Williams wiedział to, ale obchodziło go teraz tylko to, co stanie się z nim samym. Tym bardziej, że gdy tylko wybiegł z pokoju, stwierdził, że kolejna jego droga ucieczki została zamknięta. Bo oto… usłyszał dźwięk helikoptera, a wyjrzawszy przez okno, zobaczył dwa, lecące w stronę ośrodka.
Nieobecność panny Sally Schoch była już zrozumiała. Kobieta musiała na nich nakablować. Nie rozumiał tylko czemu. Nie był okrutny dla ludzi tu pracujących, mieli leki, mogli w spokoju żyć, a że przy okazji odgrywali się na zdrowych, co im to wadziło? Nie pojmował, a dla siebie nie widział wyjścia. Chyba że…
Pobiegł pędem w stronę magazynów. Przebrał się tam w jedną z piżam, jakie dawał zdrowym i zabrawszy klucze do jednego z pokoi, w nim postanowił się skryć.

*

Oddział żołnierzy wpadł do budynku i rozproszył się po różnych pomieszczeniach. Akcja wyglądała na zaplanowaną, dopracowaną. Każdy bez rozkazu biegł w odpowiednim kierunku, jakby przejrzał już wcześniej cały plan budynku. A może tak właśnie było?
Część więc podążyła do restauracji i kuchni, część do piwnic, a część na piętra, gdzie mieściły się najważniejsze pomieszczenia. W tym pokoje dla zdrowych. Wejścia były na kartę magnetyczną, ale wystarczyło strzelenie w zamek, by te się otworzyły. I w ten sposób żołnierze znajdowali kolejnych zdrowych, wyciągali ich sprawnie, aż w końcu w jednej z izolatek dostrzegli… dwójkę mężczyzn. W tym jednego spętanego, który zareagował gwałtownie na ten hałas i wtargnięcie. Zawarczał odruchowo, jednocześnie wciskając się bardziej w siedzącego tuż obok niego starszego i chudszego mężczyznę. Ewidentnie wyglądał na chorego, który nie bierze regularnie leków.
Trzech żołnierzy, którzy wpadli do pokoju, unieśli od razu nabite karabiny i wycelowali w niego, ale zdrowy, który z nim był, natychmiast przycisnął go do siebie. Jedną, otwartą dłoń wyciągnął w kierunku wojskowych, by zatrzymać ich zapędy.
— Proszę opuścić broń! To mój podopieczny, Percy Thornton. Ja mam na imię John Brown, mój numer weryfikacyjny to 98372611003. Nasze dokumenty powinny być w rękach Brenta Williamsa lub zostały zniszczone. Proszę nie robić krzywdy mojemu podopiecznemu — powiedział szybko, chociaż bardzo pewnym głosem.
— Mamy kolejnego zdrowego i jeszcze jego chorego. Jest związany — poinformował dowództwo przez krótkofalówkę jeden z wojskowych ubranych w taktyczne czarne uniformy i przyłbice. Za ich plecami dalej działa się akcja. — Tak jest! — dodał po chwili, gdy otrzymał odpowiedź i skinął na swoich towarzyszy. — Wyprowadźcie ich. Kaptur i ogłuszacz.
— Tak jest! — odparła pozostała dwójka, a jeden z nich, idąc w stronę Percy’ego, wyciągnął materiałowy, przezroczysty kaptur i założył na głowę chorego, nim wbił mu z psykiem w ramię jakąś substancję.
— Proszę mnie zapewnić o jego bezpieczeństwie. — John od razu wstał na równe nogi.
Byli tutaj ponad tydzień, on był osłabiony dwudniowymi pobieraniami krwi, a Percy nie dostawał leku tak często, jak powinien. Ale teraz to, co się działo, było dla nich jak jakiś cud prosto z nieba. Musiał jednak zadbać o to, by nic nie stało się im obu. Bo wiedział, że o niego, jako o zdrowego, będą dbać.
— Proszę się nie martwić. Jest związany na jego szczęście. Ale też wszystko zależy od niego — wymamrotał zza swojej maski jeden z wojskowych, wyprowadzając w eskorcie Johna Browna.
— Proszę więc podać mu dodatkowe leki. Pokryję wszystkie koszta — dodał John, boso wychodząc z żołnierzami.
Widział, jak z innych izolatek wyprowadzani są kolejni zdrowi i był w szoku, jak wielu ich było. Na kilku już wpadł w łazience, gdy pozwalali im się umyć, czy skorzystać z toalety, ale była to jedynie garstka. A teraz widział, że było ich więcej. I to w różnym wieku, chociaż w dużej mierze były to kobiety. Cóż, jakby nie patrzeć, to one częściej chciały dokonywać zabiegów upiększających.
Żołnierze jednak nie pozwalali mu na głębszą obserwację, bo przecież co chwilę słychać było strzały, kiedy któryś ze strażników ośrodka wystrzelił do żołnierzy. Eskorta więc musiała ich jak najszybciej doprowadzić do bezpiecznych wozów.
Tam zostali pozamykani, a w każdym był jeden lekarz na szóstkę zdrowych. Oglądali ich, wypytywali, spisywali ich dane i wieźli do szpitala. John tylko nie wiedział, gdzie jest Percy. Co z nim zrobili? Nie było jak jednak się przebić, oddziałów wojska było tak dużo, samochodów także, a wszystko działo się błyskawicznie.
Nawet nie chciał tego wszystkiego utrudniać. Nie rozumiał, dlaczego tak się stało, ale był wdzięczny jakiejś nadludzkiej sile, która to spowodowała. Czy to któryś zdrowy uciekł i sprowadził pomoc? Czy rząd już wcześniej podejrzewał ośrodek? Czy rodzina któregoś z zaginionych zdrowych dokopała się, gdzie jest? A może to któryś pracownik pękł, widząc, w jakich warunkach są trzymani? Nie wiedział. Dominowało w jego umyśle teraz to, że są wolni. Że ten koszmar się skończył. Że… że będą mogli wypić brandy przy kominku.
Jeśli tylko Percy’emu nic się nie stanie. Niecierpliwił się przez całą drogę do szpitala. Na szczęście dostał ciepły koc i buty. Podano mu też od razu witaminy, ale najwyraźniej też coś mocnego na uspokojenie, bo… po kilku minutach jazdy osunął się na bok i przysnął.

*

Percy czuł zapach szpitala oraz ból głowy. Kiedy spróbował się ruszyć, zauważył, że wiele się nie zmieniło. Nadal miał skrępowane ręce i nogi, ale tym razem na krzyż. Szarpnął się bez specjalnego przekonania. Był otumaniony od leków, ale niegłupi, aby wiedzieć, że to nic nie da. W końcu pasy, jakimi był przypięty do łóżka, miały na celu utrzymanie chorych przed ewentualną ucieczką.
Rozejrzał się po szpitalnej sali, a raczej po zasłonach, które oddzielały go od sali. Słyszał czyjeś głosy, rozmowy, jęki. Musiał być na dużej, wspólnej, najtańszej sali. Ale był w szpitalu, a to znaczyło, że żyje. Uśmiechnął się do siebie mimowolnie.
Znowu mu się udało, znowu jakimś cudem żył. Już raz w to zwątpił, kiedy wyciągnęli go ludzie Williamsa i go pobili… ale wtedy coś się stało, skoro tylko go związali jak wściekłe zwierzę i oddali Johnowi. Percy domyślał się, że to jego zasługa, że ten zgodził się na układ z ich oprawcą i dlatego żył.
A potem wojsko. Znowu myślał, że potraktowany będzie jak każdy chory, który może być zagrożeniem. Dosłownie go wywlekli, od razu stracił z oczu Johna i już myślał, że to koniec mimo ich zapewnień. Tym bardziej, że czym one były w stosunku do bezpieczeństwa zdrowych? Zdrowych, których wywozili zbiorowymi ambulansami z pełną obstawą. A on tam został, aż teren nie został oczyszczony i wszyscy z budynku nie zostali wyprowadzeni albo zabici. I czekał… jakby miał inne wyjście.
Kilka osób nie doczekało się wyroku, zostali straceni za stawianie oporu zaraz po tym, jak upewniono się, że nie są zdrowi. Potem przyjechały więźniarki i zabrały głównie dziewczyny, które robiły w ośrodku za służbę. Aż w końcu, kiedy było bliżej wieczora i on się doczekał, aby ktoś się nim zainteresował. Słyszał ich rozmowy, nikomu się nie spieszyło. Był pozaplanowy, zbędny. W końcu przyjechali tu tylko po zdrowych i przestępców.
Zabrali go do jednego z wozów. Dostał zastrzyk i chyba usnął w połowie drogi, bo nie pamiętał, jak dotarł do szpitala. A teraz nawet nie miał jak się dowiedzieć, gdzie jest. Ale żył, choć wątpił w to, jadąc związany jak zwierzę razem z kilkoma wojskowymi w transportowcu.
Teraz czuł, że podano mu większą dawkę leków. Po tym, jak przez ponad tydzień dostawał tylko jakieś małe dawki i to bardzo nieregularnie, teraz doskonale odczuł różnicę. Mógł nad sobą panować, jego świadomość była jaśniejsza, ale i tak miał wrażenie, że zapach i słuch znacznie mu się wyostrzyły. Na tyle, że zanim zasłonki przy jego łóżku się odchyliły, już wiedział, kto do niego przyszedł.
— Percy! Obudziłeś się! — Susan zasłoniła usta z wyraźną troską wypisaną na twarzy, ale i szczerą radością. Od razu pochyliła się do niego i przytuliła go mocno, a jej ciemne włosy połaskotały jego policzki.
Percy uśmiechnął się delikatnie. Nie odwzajemnił jednak uścisku, bo nie miał jak, będąc przypiętym do łóżka.
— Witaj. Miło cię wiedzieć, Susie. Jak się miewasz? Bo nawet taka roztrzęsiona wyglądasz wyjątkowo uroczo — zagaił, starając się rozluźnić dziewczynę. Cieszył się przy tym, że ją widzi. Znaczyło to nie mniej nie więcej, że nie zawieźli go byle gdzie, tylko do Nowego Jorku. Bo przecież gdyby był gdzieś indziej, Susan czuwałaby u Johna, a nie była tutaj.
Dziewczyna roześmiała się i starła małą łezkę, która pojawiła się jej w kąciku oka. Od razu przysunęła sobie krzesełko, żeby usiąść bliżej.
— Nie czaruj teraz, tylko lepiej powiedz, jak ty się czujesz — odpowiedziała pełnym przejęcia głosem. Położyła mu przy tym swoją kobiecą, wiotką dłoń na jego, przypiętej do łóżka. — Niewiele mi powiedzieli, tak właściwie to Ashley dzięki temu, że jest chrześnicą Johna, więcej się dowiedziała o tym, co tam w tym… ośrodku wam robili i przekazała mi.
Percy puścił jej oczko, aby się tak nie emocjonowała.
— Jest okej. Nic mi nie jest poza tym, że mam trochę siniaków i nadal jestem przywiązany. Jak się czuje Jo… pan Brown? — poprawił się od razu, odsuwając od siebie złe wspomnienia i… zwyczajnie nie chcąc z nią o tym rozmawiać. Wystarczyło już na pewno to, co wiedziała, a Percy wiedział, że lekarze interesowali się głównie Johnem i o nim coś mogli powiedzieć.
— Spał, kiedy do niego zajrzałam. Teraz jest u niego Ashley. Obiecała, że jak się obudzi, przyjdzie tu powiedzieć, czy od razu wracamy, czy zostajecie na obserwacji. Ale z nim już wszystko w porządku, chociaż wygląda, jakby schudł — odpowiedziała Susan już spokojniejszym tonem i uśmiechnęła się do niego delikatnie.
— Przypuszczam, że będą chcieli go przetrzymać jeszcze na obserwacji. Na pewno wyjdzie im w badaniach, że nie ma odpowiednich wyników krwi i będą chcieli to ustabilizować — osądził Percy, biorąc głębszy oddech i dopiero uśmiechając się do dziewczyny. — Idź do niego.
— Nie, nie… W ogóle… — Susan wychyliła się zza zasłonki i zawołała do przechodzącej przez salę pielęgniarki: — Przepraszam! Czy temu pacjentowi można już zdjąć pasy?
— Spokojnie, proszę pani, lekarz przyjdzie za pół godziny, pacjent dostanie jeszcze jeden zastrzyk, to zdejmiemy.
— Rozumiem, dziękuję — odpowiedziała współpracownica Percy’ego i znowu spojrzała na niego. — Pytałam już o jedzenie, powinni ci przynieść i będziesz mógł się umyć.
Percy znowu uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
— Jesteś strasznie w gorącej wodzie kąpana, Susie. Dopiero się obudziłem. Nie ma pośpiechu. Pasów zresztą też jeszcze nie chcę, aby mi zdejmowali — dodał ciszej i puścił jej znowu oczko. — Kto się teraz zajmuje domem? Pan Kelly tam został?
— Tak, musiał zostać. Nikt poza nami jeszcze nie wie, co się stało. Zadzwonili do pana K, kiedy transportowano was do szpitala. Przyjechałyśmy jakoś około siódmej, godzinę temu. Ja nawet nie wiedziałam, gdzie pan Brown z tobą wyjechał, bo tylko Ashley i pan K wiedzieli o tym ośrodku. A właściwie nie wiedzieli żadnych szczegółów…
— Pan Brown wszystko załatwiał. Też nie wiedziałem, gdzie to jest, więc nie jesteś odosobniona. Powiedz mi lepiej, jak sobie radziliście bez pana w domu? — zmienił gładko temat, aby odciążyć siebie od niewygodnych rozmów, ale też aby dziewczyna nie martwiła tej swojej ładnej głowy, którą musiała niedawno myć, bo jej włosy pachniały lawendowym szamponem.
— Dobrze. Ashley z panem K głównie się wszystkim zajmowali, ale miałam też w tym swój wkład. To bardzo mi schlebia, że mogę podejmować jakiekolwiek decyzje, będąc chorą. — Susan podchwyciła jego temat, ale cały czas głaskała go swoją przyjemnie gładką dłonią po wierzchu jego. — I Clay zaprosił mnie na randkę — dodała jako luźną informację.
— O, w końcu. Mam nadzieję, że wybrał przyzwoite miejsce. Mówił ci gdzie? — spytał Percy, utrzymując niezobowiązującą rozmowę. Znał już trochę Susan, nie chciał, aby się denerwowała, a wiedział, że tak by było, jakby dowiedziała się, do czego zmuszali ich pana, jak on sam zdziczał. Jeszcze mogłaby się przestraszyć. Dlatego też ograniczał, ile mógł, węszenie. Niepokoiło go to. Nie chciał też z tego powodu, aby zdejmowali mu pasy. Niby był spokojny, myślał logicznie, grał beztroskiego przed dziewczyną, ale cały czas miał wrażenie, jakby to wszystko mocniej niż kiedykolwiek siedziało mu w tyle głowy.
Na szczęście dziewczyna pociągnęła temat i zaczęła opowiadać mu nie tylko o wybranym miejscu na randkę, ale o innych sytuacjach, które działy się w domu. Dowiedział się, że wreszcie Matt wrócił z karnego obozu, na który wysłał go John za zdradę. Dowiedział się o programie, który Susan zainstalowała dla ich wygodniejszej pracy i o wielu innych rzeczach. Rozmowa zabiła mu czas aż do następnej wizyty lekarza, po której dostał leki, zdjęto mu pasy i podano jedzenie. I dopiero wtedy Susan powiedziała, że zajrzy, co słychać u ich wspólnego pana.

*

Percy nie widział już Johna tego wieczora ani przez całą noc. Następny dzień za to zaczął się sporym rumorem, a przynajmniej w jego sali. Było tu w końcu sporo pacjentów, co chwilę ktoś się budził, ktoś potrzebował leków, ktoś zostawał wypisany. Około dziewiątej rano za to poinformowano go, by się ubrał. Wczoraj dziewczyny musiały przywieźć mu ubrania, bo te leżały na szafce przy łóżku. Mógł więc zasłonić swój sektor zasłonkami i zmienić ubrania. Jak się dowiedział, po to, by wyjść ze szpitala. Nie samemu jednak…
— Pan Brown czeka na pana w samochodzie, przed szpitalem. Podpisał już pana wypis — poinformowała go starsza pielęgniarka, gdy tylko wyszedł zza zasłonek.
— Pan Brown już został wypisany? — zdziwił się, odbierając od niej swój wypis, a konkretnie jego kopię. Przypuszczał, że będą go trzymać w szpitalu nieprzyzwoicie długo. Tak na wszelki wypadek.
Pielęgniarka pokwaśniała na twarzy. Wyglądało na to, że miała na ten temat swoje zdanie.
— Na własne życzenie. Pertraktacje trwały całe rano, ale pan Brown powiedział, że „nie życzy sobie bycia więzionym gdziekolwiek przez następne dziesięć lat”. Będzie więc miał odwiedziny lekarza dwa razy dziennie. Ech, zdrowi… — dodała na koniec wymownie. — Trafi pan do wyjścia?
— Tak, tak, trafię. Dziękuję pani bardzo — dodał i odruchowo obdarował ją miłym uśmiechem, mimo że nadal wyglądał mizernie.
Po tym wyminął ją i kierując się wąskimi, tłocznymi korytarzami, dotarł na główny hol. Potem dalej, aż na podjazd przed szpitalem, gdzie wcale nie było luźniej. Co raz podjeżdżała taksówka, a wokół roznosił się śpiew ambulatoryjnych syren.
Już gdy przeszedł kilka kolejnych kroków, wyczuł zapach, który najsilniej kojarzył. Taki, który nie tylko rozpoznałby wszędzie, ale który wywoływał w nim wyłącznie pozytywne emocje. I naraz zobaczył czarny, lśniący samochód, o który plecami opierał się John Brown. Ubrany był w przyniesiony przez dziewczyny garnitur, ale teraz nie leżał na nim tak idealnie. Widać było, że schudł przez ten czas więzienia. Mimo to na jego twarzy na widok Percy’ego pojawił się słaby, ale czuły uśmiech.
Młodszy mężczyzna, nie zwlekając, podszedł do niego i stanął na przeciwko w wygodnej do rozmowy odległości, ale wciąż stosownej, choć tak naprawdę bardzo chciał go przytulić.
— Wypisał się pan na własne życzenie, to odważne.
John wyprostował się i powoli przemknął spojrzeniem po jego twarzy. Widział ślady siniaków, zmęczenie odbijające się w podkrążonych oczach, ale… to był jego Percy. Panujący nad sobą, wolny.
— Potrzebuję przestrzeni i zależności tylko od siebie — odpowiedział, a z samochodu wysiadł kierowca i obszedł samochód, żeby otworzyć im drzwi. John więc spojrzał do wnętrza wozu, a potem znowu na swojego podopiecznego. — Wracajmy do domu.
Percy spojrzał na mężczyznę jeszcze raz trochę pytająco, trochę z wątpliwością, czy ten dobrze robi, ale w końcu wsiadł do samochodu. Chciał się wyspać, chciał wypić i zapalić przy kominku, chciał być w spokoju sam na sam z Johnem Brownem.
Kiedy ruszyli i wyjechali na ulice miasta, Percy od razu poznał, gdzie są. Do domu mieli z tego szpitala bardzo blisko. I dobrze było znowu zobaczyć znajome zabudowania, kiedy przez ostatnie dni widziało się jedynie biel ścian izolatki.
— To była niejaka Sally Schoch — odezwał się John dopiero po dłuższej chwili jazdy, patrząc za okno. — Jedna z pielęgniarek, której pękło sumienie. Ośrodek działał już czternaście miesięcy. Proces rozpocznie się w przyszłym miesiącu.
— Czyli zawdzięczamy jej życie. Ciekawe, jaki będzie jej los. Czy chociaż spojrzą na nią łagodniej za to, że nas wszystkich uratowała, czy skończy jak wszyscy inni za to, że brała w tym udział — podsumował Percy, patrząc się za okno. — Powiedz, myślałeś, że się nie uda…
— Tak. Sądziłem, że nie mamy żadnych szans. Ale miałem wciąż nadzieję… Musiałem ją mieć.
— Kiepsko było ją od ciebie wyczuć. — Percy prychnął pod nosem i w końcu spojrzał na Johna. Mogli swobodnie rozmawiać, bo szyba oddzielała ich od kierowcy.
John również odwrócił wzrok od mijanych widoków, by ulokować go w twarzy partnera.
— Wybacz mi.
— Nie mam ci czego wybaczać. Pozytywne myślenie nie zawsze działa. Zachowywałeś się naprawdę niesamowicie. Mogę się założyć, że niektórzy, którzy tam byli, nawet przez chwilę nie zachowali tak zimnej krwi jak ty przez cały ten czas.
John uśmiechnął się blado.
— Przetrwaliśmy. I możemy napić się brandy przy kominku. Ale z jedzeniem spoza listy musimy zaczekać. Chcą unormować mi wszystkie wyniki, nim pozwolą mi funkcjonować tak, jak przed… przed tym wszystkim. — Zawahał się po tych słowach i przesunął dłoń po siedzeniu w stronę ciała drugiego mężczyzny. — Jeśli po tym wszystkim wciąż chcesz być blisko mnie.
Percy nie powstrzymał się przed kpiącym uśmieszkiem, który wypłynął mu na usta po tym niedorzecznym pytaniu. Chwycił palcami palce mężczyzny i delikatnie potarł je o siebie.
— Tylko jeśli już odwidziało ci się kombinowanie ze swoim wyglądem i… — zawahał się, na moment przybierając poważniejszy wyraz twarzy. — I się nie boisz. Nadal czuję skutki braku leków.
— Nie boję się. — John nie musiał nawet sekundy zastanawiać się nad odpowiedzią. — W swoim najgorszym stanie w tamtym miejscu nie zrobiłeś mi krzywdy. Spałeś na mnie… pilnowałeś mnie. Byłeś gotowy zaatakować… chciałeś zaatakować. Ale nie mnie. Nigdy.
Bał się wtedy. Nie wiedział, czego spodziewać się po Percym w takim stanie, ale teraz, kiedy patrzył na to już obiektywnie… Percy ani razu nie traktował go jak cel, ofiarę, ale jako swój skarb, który chciał chronić.
Młodszy mężczyzna przygryzł na moment dolną wargę, spuszczając wzrok na swoje kolana.
— Niewiele pamiętam z kolejnych dni. Jeszcze z trzeciego całkiem sporo, a potem już pojedyncze sceny. Pamiętam, jak mnie wyciągali, pamiętam, że widziałem krew… To było dziwne. Teraz też czuję się inaczej… — podniósł wzrok na drugiego mężczyznę — dlatego pytam.
— Rozumiem. Ale nie mam powodu, by się ciebie bać — powtórzył John i ścisnął delikatnie jego dłoń. — Bierz jednak przez jakiś czas leki dwa razy dziennie. Poinformuję o tym pana Kelly’ego.
Percy uśmiechnął się delikatnie i skinął głową. Miał nadzieję, że to go uspokoi i przywróci mu dawne postrzeganie rzeczywistości. Na razie jednak czuł ulgę, że John nie chce nic zmieniać w ich relacjach mimo tego nieprzyjemnego epizodu.
Dojechali na miejsce kilka minut później, ale John nie wszedł drzwiami frontowymi. W końcu już było około dziesiątej. Wielu jego podopiecznych zbierało się o tej porze na śniadaniu, część wychodziła na spotkania z klientami. A on, jakkolwiek wszystkich lubił i lubił z nimi przebywać, tak teraz potrzebował tylko spokoju. Weszli więc tylnymi drzwiami, za którymi z kolei pokierowali się do rzadko używanej windy.
— Gdzie chcesz teraz pójść, Percy? Wyspać się u siebie w pokoju? Jeśli jesteś głodny, możesz się po drodze zatrzymać na piętrze z kuchnią — zapytał John, kiedy weszli do windy, by wiedzieć, jakie piętra zaznaczyć. Sam zamierzał skorzystać z sypialni usytuowanej za biblioteczką w dużym gabinecie na poddaszu.
— Zjadłbym coś faktycznie. Nadal jestem cały czas głodny, jednak… — Wsunął dłonie w kieszenie. — Gdzie ty się udajesz?
— Na poddasze, do drugiej sypialni.
— Chcesz być sam? W końcu? — spytał, na koniec pijąc do tego, że ostatni czas spędzili, mimo że nieprzyjemnie, to prawie non stop ze sobą.
John, który wciąż trzymał dłoń przy przyciskach windy, spojrzał na niego uważniej i odpowiedział:
— Jeśli pytasz, czy chciałbym, byś mi towarzyszył, nie myślę o niczym innym. Ważne jest jednak dla mnie, byś po tym męczącym okresie mógł zaspokoić swoje potrzeby.
— Myślę, że dasz mi się wyspać obok siebie, kiedy już się najem.
— Dobrze. Będę więc w sypialni, nie zamknę drzwi — odpowiedział John i wcisnąwszy dwa przyciski, wyprostował się oraz splótł dłonie za plecami.
W szpitalu co prawda sporo spał, ale nie czuł się wcale wypoczęty. Emocje zupełnie z niego tam nie zeszły, a wręcz napięcie wciąż kumulowało się w jego organizmie, jakby zamknięcie w sali szpitalnej niewiele różniło się od izolatki w ośrodku. Tym bardziej, że w niej nie miał obok Percy’ego i nie wiedział, w jakim jest stanie i jak się czuje. Potrzebował odpoczynku.
Młodszy mężczyzna najwidoczniej, mimo że spędzili ze sobą tyle trudnych dni razem, nie planował się izolować, uciekać i zacierać wspomnienia, zacierać kontaktu z Johnem. To było zbawienne. Tak samo jak widok jego twarzy z lekkim, może trochę pobłażliwym uśmieszkiem.
Pożegnali się na chwilę, gdy Percy wysiadł na wcześniejszym piętrze. John z kolei pojechał na samą górę i wpierw zażył kąpieli. Dużo lepiej się czuł ze swoimi kosmetykami, a nie tymi ze szpitala. Nie spieszył się, jakby delektując się tym wszystkim. W ośrodku za każdym razem, gdy brali prysznic, stał za nimi strażnik. Nawet pilnował ich, stojąc przy drzwiczkach w toalecie. Nie dawano im na to dużo czasu. John więc dopiero teraz zauważał, jakim luksusem była taka prozaiczna czynność, jak wzięcie kąpieli samemu, w pustej łazience i własną możliwością wyboru mydła czy chociażby koloru ręcznika.
Po tym, ubrany już tylko w bieliznę, wszedł do niskiego, ale szerokiego łóżka z jasną, beżową pościelą. Uprzednio oczywiście zasłonił kotary, by słońce go nie raziło. I zamknął oczy. Percy miał niedługo do niego dołączyć. Mieli się wyspać w spokoju. Był wreszcie w domu.

18 thoughts on “Love Interest – 17 – Sally Schoch

  1. Katka pisze:

    Basia, no widzisz, dobrze się skończyło :D Była chwila napięcia, ale udało im się przetrwać. Choć na pewno był moment, kiedy wydawało się, ze nic z tego. Ale chyba dobrze, że John zabrał ze sobą Percy’ego. Razem przeżyli coś takiego, a to zbliża. I okazało się, jak Percy jest przywiązany do Johna :)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    jak dobrze, jak dobrze, zostali uratowani, Percy bronił Jjsha, mimo że stał się prawie dzikim to jednak miał świadomość bronienia, tak zdrowy jak zawsze jest dobrze traktowany, a Percy jak nadprogramowy…
    Dużo weny życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Aoi, jak dobrze widzieć Twój nick! Normalnie aż się stęskniłam :D Zawsze jak ktoś się długo nie pojawia, to jest ten lekki zawód i smutek, czy aby nie przestał czytać, ale potem gdy pojawia się znowu, jest zaciesz, ze jednak został XD Milutko zobaczyć od Ciebie komencik :D
    No wielkiej, brawurowej ucieczki nie było. Udało się im mniej boleśnie z tego wyjść. Całe szczęście, bo nie wiadomo, czy by Johnowi w dziczy, uciekając, gdzieś Percy nie zwiał i nie zamienił się w jedno z żyjących w lesie stworzonek XD Dziękujemy też bardzo za te miłe słowa odnośnie rozwijającej się więzi pomiędzy Percym a Johnem. Nie była cukierkowa faktycznie, czasami na pewno frustrowało czytelników, ze tak wolno się docierają i że nie idzie to tak lajtowo w stylu „jestem hetero, ale w sumie możesz mi wsadzać, jest mi z tym zajebiście”. John wiele musiał przejść, ale myślę, że ostatecznie bardziej nawet doceni to, że emocjonalnie się z Percym zbliżyli, bardziej niż fizycznie. Choć seks jest miłym dodatkiem XD
    Dziękujemy za komentarz jeszcze raz! :D Oby do następnego! ;)

  4. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    Ehhh dawno już nie komentowałam rozdziałów ale czytam każdy i powtarzałam sobie w duchu że wezmę się w garść i pomęczę troszkę klawiaturę żeby walnąć jakiś komentarzyk. I oto jestem!
    Chyba zbliżamy się do końca opowiadania bo mi tu coś happy endem zajeżdża :P, powiem szczerze że spodziewałam się spektakularnej ucieczki, krwi, urwanych kończyn, ataku dzikich na ośrodek „pijawka” no nie wiem czegoś takiego wow a tu proszę kobiecinie w końcu sumienie się dodzwoniło do zdrowego rozsądku i stwierdziła że trzeba coś zrobić zanim wyssą, wyssają?(matko boska jak to się odmienia??? o.O) ze zdrowych krew jak Mihai z ludzi :D. Podoba mi się to jak powoli i tak naturalnie pomiędzy Percym i Johnem tworzy się więź. Coś genialnego, nie ma nic gorszego niż robienie z kogoś słodkiej parki w opowiadaniach byleby było, nie ważne że czytelnik ma ochotę rzygać tęczą i podciąć sobie żyły misiem haribo. Teraz jeszcze strzelić jakaś super gorącą scenę seksu i możecie sobie odznaczyć kreskę na liście „super opowiadanie, którym zdobywamy serca czytników ”
    Weny życzę moje drogie i gorąco pozdrawiam.

  5. Katka pisze:

    Bebok, może ta przerwa od opowiadań jednak na dobre Ci wyszła, jak zatęskniłaś :) Czasem może warto sobie takie robić. Ważne, że się wraca :D Człowiek się przywiązuje do nicków XD Też mocno cię ściskamy! :) Miłego wieczorku życzę :)

  6. Bebok pisze:

    Cieszę się że w końcu się za to nadrabianie wzięłam bo brakowało mi tych opowiadań :D dzisiaj prawdopodobnie wezmę się za całą resztę ^^ Trochę jednak tu nie zaglądałam :(
    A co do dram… są fajne <3 Kocham dramy co chyba świadczy nieco o masochistycznych skłonnościach xd Ale lubię sobie czasami popłakać ;p Czekam jeszcze na epilog LI ;)
    Pozdrawiam cieplutko!

  7. Katka pisze:

    Kaczuch_A, hehe, aż sobie wyobrażam takie czytanie na szybcika XD Byle tylko wiedzieć, czy z bohaterami jest wszystko okej, czy nie. Swoją drogą tak lepiej niż jakby się miało przewinąć najpierw rozdział w dół, zobaczyć, czy jest happy end i dopiero czytać. No ale wiem, że niektórzy tak tez robią i bardzo mnie to boli XD
    Och, wiem, że trudno będzie się rozstać z bohaterami. I tak, jest to faktycznie bardzo krótkie opowiadanie jak na nasze standardy. Chodzi jednak o proces zbliżenia się Johna i Percy’ego do takiego stadium, by wszystko między nimi było w porządku. Pisanie dalej pewnie byłoby trochę niekoniecznym przeciąganiem. Choć też wiem, że pewnie dałoby się podrzucić im jeszcze trochę kłód pod nogi i sprawić, by akcja była wciągająca. No ale, ale, tak nam wyszło i miło jednak, że będziesz do tego opka tęsknić. Ale mam nadzieję, że tęsknotę zapełnią inne nasze opowiadania! Może kiedyś uda się napisać z nimi jakiś bonusie, więc może jeszcze o nich poczytasz :)

    Bebok, o jaaaa, jak fajnie, że skomentowałaś wszystkie rozdziały, jakie nadrobiłaś! :D W ogóle mega super widzieć takie stadia po czytaniu każdego rozdziału i różne emocje temu towarzyszące. I pozwól, że tutaj odniosę się do wszystkich Twoich komentarzy pod LI ostatnimi. Zatem po kolei. Też lubię taką „sztywność” na takich eleganckich kolacjach bohaterów. Taka dostojność potrafi być pociągająca, a tutaj mamy ją w podwójnej wersji, hehe. Sztywniacy są sexy XD Chociaż przyznam Ci, że jednak jakoś łatwiej się pisze, jak przynajmniej jeden bohater jest trochę potrzepany XD Co dalej… Percy pokazał pazurki i tak jak mówisz, poczuł się w tym zbyt pewnie. Przegiął i sparzył się na tym (całe szczęście że ta kawa nie była wrząca i nie sparzył Johna… więcej blizn to on nie chce). Ale chyba potrzeba było takiego małego zwrotu akcji, by ich relacje stały się klarowniejsze i bardziej równe. I jednak dokończyłaś czytanie w jedną noc! To nam bardzo pochlebia, że mimo że opowiadanie nie jest Twoim ulubionym, to poświęciłaś mu tyle czasu, hehe. Fajnie, że pobyt w klinice wzbudził emocje, nawet jeśli smutne. O to w sumie trochę chodziło, po to mamy dramy. Była krótka, ale mam nadzieję, że na standardy tego opowiadania, które jest krótkie samo w sobie, była wystarczająca. Dzięki za komentarze :D Bardzo fajnie, że jako tako LI Ci się podoba :D

  8. Bebok pisze:

    I po stresie xd Z jednej strony fajnie że wszyscy cali i zdrowi z drugiej oczekiwałam większej dramy. No nic. Niech sobie wypoczną, dużo przeszli w końcu :P
    Wciąż nie jest to moje ulubione opowiadanie ale jednak patrzę na nie odrobinę przychylniej :)

  9. kaczuch_A pisze:

    Cieszę się z takiego obrotu spraw i pozytywnego zwrotu akcji~! Pochłonęłam ten rozdział strasznie szybki, działo się, oj działo, i narzucałam sobie zawrotne tempo by zobaczyć czy panowie wyjdą z tego cało. I tak, udało się~!

    Jedyne, maleńkie zastrzeżenie mam takie, że dlaczego już żegnamy się z bohaterami tego opowiadania, z tym opowiadaniem, z tym cudownym opowiadaniem. Stanowczo za krótkie, bohaterowie zbyt zajebiści, by się z nimi żegnać. Jestem na nie~! Tak po prostu chcę jeszcze czytać o tej dwójce, bo po prostu ich uwielbiam.

    I tak, wiem jeszcze epilog, ale to nie to samo co świadomość, że będzie co jakiś czas nowy rozdział, że historia będzie się toczyła dalej. Smutam, po prostu smutam, a po epilogu się popłaczę~! T^T

    I tyle uczuć między nimi jest, to tak pięknie się czyta <3

  10. Katka pisze:

    Aeneryss, no zapowiadało się dość pesymistycznie, ale jak widać zwrot akcji był bardzo pozytywny dla naszych chłopaków. I też lubię moment, gdy Percy pilnował Johna. Przy pisaniu nieźle mnie tym zaskoczył. Chociaż swoją drogą zabawne i trochę creepy jest, że to wydaje się to urocze XD W końcu był już nieźle zdziczały i jak mówisz, mogło się to skończyć rozlewem krwi… A co się stało z Williamsem, będzie wyjaśnione w następnym rozdziale :)

  11. Aeneryss pisze:

    A właśnie, co stało się z Williamem? Bo skoro przebrał się za „zdrowego” to pewnie wpakowali go do ambulansu z innymi, no ale wtedy jakiś inny zdrowy chyba by go poznał, nie?

  12. Aeneryss pisze:

    No i wszyscy żyją. Aż mnei taki happy end zaskoczył xDJuż się zdążyłąm pogodzić z tym, ze coś się stanie i będzie dramatyczne zakończenie
    Najabrdziej w całym rozdziale urzekł mnie fragment o prawie dzikim Percym, któy „pilnował” Johna. Mówcie co chcecie, ale to było urocze xD Nawet, jeśli w każdej chwili mógł go zjeść xD

  13. Katka pisze:

    Agata, nikt nie umarł :) Na szczęście też doszczętnie nie zdziczał. Bardzo nas cieszy, że Cię usatysfakcjonowałyśmy tym rozdziałem. Niestety końcówka, ale jak widać z happy endem ;)

    O., nooo, jak pies obronny to dobre określenie. Bo był agresywny, to prawda, ale chyba wszystkich zaskoczył, że ta agresja nie była skierowana na Johna. Był tak posłuszny, że widział w nim swojego pana, którego musi bronić :D A życzenie dla Williamsa – podoba mi się! Niech sczeźnie!

    Linerivaillen, Mhm, w dobrym momencie się złamała, choć pewnie w kiepskim dla tych, którzy przed Johnem i Percym tam byli i nie przetrwali. No ale dla naszych bohaterów bardzo na rękę. I oczywiście, że się zbliżyli, takie sytuacja naprawdę posuwają relacje do przodu. Myślę więc, że czeka ich bardzo dobra przyszłość razem ;)

    Liv, taaa, dramy są dobre, jak nie trwają za długo XD Dają ten dreszczyk emocji, ale potem wielką ulgę, jak kończą się dobrze. No i tak, niestety musze Cię rozczarować, bo w LI został już tylko epilog i finito ;) To jedno z tych naszych krótszych opowiadanek. Ważne, by pozostawiło pozytywne odczucia.

    Illita, ouuuuu, współczuję zapalenia gardła! :( Nie fajnie, kuruj się! Co by chociaż na majówkę dobrze się czuć. Choć z tego co słyszałam, majówka do najpiękniejszych należeć nie będzie… No ale i tak życzę szybkiego powrotu do zdrowia. I cieszę się, że na ten czas jakąś ulgę Ci zaserwowałyśmy :D mmm no i miód na moje serce z tym przywiązaniem się do opowiadania. Zawsze fajnie jest widzieć, jak czytelnik z niedosytem je kończy niż z przesytem i znudzeniem ;) A scena przy kominku będzie :D

  14. Illita pisze:

    Piękną chwilę mi dzisiaj zafundowałyście, leżę sobie z zapaleniem gardła a tu łup! powiadomienie o nowym rozdziale :D Od razu człowiekowi lepie! Zwłaszcza że rozdział taki cudowny <3 Koniec dramy, sielanka, cud miód malina! Sally, nie znam Cię, ale wiedz że Cię kocham :D Mam nadzieję że będą dla niej łaskawsi przez wzgląd na to że jednak pomogła. Jedyne dlaczego smutno to że to przedostatni rozdział :( Nie sądziłam że aż tak się wczuję w to opowiadanie a jednak tak się stało, będzie mi ich brakowało… Pozostaje tylko mieć nadzieję na scenę przy kominku :D

  15. Liv pisze:

    Milutko, wszystko milutko. Drama sie skonczyla, ale byla piekna, dopoki trwala… xd
    No ale chetnie poczytam o tej scenie przy kominku, bo cos mi sie wydaje, ze nie beda tylko pic brandy :3
    I fajnie, ze juz wracamy do normalnosci, ale FDTS obudzilo we mnie pewne obawy. Otoz LI wtglada, jakby pomalutku zmierzalo ku koncowi. Mam nadzieje, ze wyprowadzicie mnie z bledu. :)

  16. linerivaillen pisze:

    Dobre :) pani się złamała w dobrym momencie ;) teraz jedynie czekam na gorącą scenę z Johnem i Percym :D zbliżyli się do siebie przez ten incydent, może Percy przyzna się już do uczucia?

  17. O. pisze:

    Przez myśl mi przeszło, że Percy zachowywał się jak pies obronny ^^ to takie kochane xD ale dobrze, że mieli kabla.. Życzę Wiliamsowi urlopu wśród dzikich bez lekarstw xD

  18. Agata pisze:

    No. I bardzo dobrze. Jestem zadowolona XD Nikt nie umarł, chwilowa sielanka, tylko teraz przychodzi smutek, że to już praktycznie koniec. A bardzo przywiązałam się do tego opowiadania :c

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s