Love Interest – 16 – Gaszona nadzieja

Jeszcze nie zdążył otworzyć oczu, a już miał wrażenie, że kręci mu się w głowie. Przez chwilę zupełnie nie wiedział, co się dzieje, a tym bardziej co działo się przed tym, kiedy stracił przytomność. Nie otwierał więc oczu i tylko starał się jako tako odzyskać świadomość. Ale kiedy tylko doznał przebłysków ostatnich minut w ośrodku, nagle się poderwał i otworzył oczy. Automatycznie ściągnął brwi, bo głowa mocniej go zabolała.
Zauważył, że znajduje się w niedużym pokoju, bo nawet mniejszym niż jego łazienka w swoim apartamencie. Ściany były gładkie, w niebieskim kolorze, brakowało okien, podłogę stanowiła miękka wykładzina, a na niej leżały dwa szerokie materace. Na jednym z nich właśnie leżał. I to wcale nie w swoim zwykłym ubraniu, w którym tu przyjechał. Miał jakieś białe spodnie na gumce i szpitalną koszulę.
Obok nadal, miał nadzieję nieprzytomny, leżał Percy. Był ubrany podobnie, jednak tylko w białe spodnie. A John nie miał pojęcia, gdzie są.
Podniósł się szybko i dopadł do drzwi. Ciężkich, metalowych, bez żadnej szybki. Szarpnięcie klamką nie pomogło, mimo że próbował z całych sił. Odetchnął ciężko i na moment przytknął do nich czoło. Czy naprawdę… aż tak bardzo dał się wydymać?
Nie miał pojęcia, co się tu dzieje, czego ci ludzie chcą i dlaczego, a raczej co sobie myśleli, zamykając go tu.
Odwrócił się z powrotem do Kaprana i szybko przy nim klęknął. Poklepał go po policzku i powiedział głośno:
— Percy! Percy, obudź się!
Młodszy mężczyzna skrzywił się przez sen, ale potrzeba było jeszcze kilku szarpnięć i kilku chwil, aby otworzył oczy.
— Co…? — spytał, wciąż otumaniony i w końcu usiadł, rozglądając się po pomieszczeniu. — Gdzie…?
— Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy i co się dzieje, ale zdecydowanie wykracza to poza plan naszego pobytu — odpowiedział grobowo John. Wewnętrznie czuł spory niepokój. Nie miał pojęcia, co się tu dzieje.
Percy jeszcze raz przetarł twarz i podniósł się. Obszedł całe pomieszczenie, sprawdzając je najpierw wizualnie, potem… zerknął na swojego pana i zaczął ukradkowo węszyć. Czuł nadal woń lasu, więc przypuszczał, że nigdzie ich nie wywieźli.
John za to wciąż klęczał przy materacu i patrzył za nim. Nie miał pojęcia, co w ogóle mogli zrobić w takiej sytuacji.
— Co czujesz?
— Chyba nadal jesteśmy w tym ośrodku, ale nie poznaję, kto nas tu przeniósł. — Percy podzielił się z nim swoim spostrzeżeniem.
— Masz pomysł, jaki mogą mieć w tym cel? Okup?
— Nie mam pojęcia. Jeśli tak, to chyba powinni nam o tym powiedzieć. Ale jeśli… — Przełknął ślinę, kucając pod ścianą. — To nie wiem, po co ja tu jestem.
John rzucił mu długie spojrzenie i sam w końcu usiadł na materacu, przy którym klęczał. Kiedy dowiadywał się o warunki i plan działania tego ośrodka, wszystko wyglądało tak profesjonalnie, tak idealnie. Nic z tego nie rozumiał. Zaczynał się więc coraz bardziej niepokoić, a wszystkie myśli atakowały jego wyobraźnię. Czy pan Kelly zorientuje się, że coś jest na rzeczy? A jeśli tak, to niby w jaki sposób? Czy ktoś w ogóle sprawdzał ten ośrodek? Czy wpakowali się w jakieś wielkie bagno, czy zaraz może ktoś wyskoczy, że jest to część chorej atrakcji?
Percy patrzył jeszcze chwilę na swojego pana, ale w końcu schował głowę w ramiona. Nie miał słów, aby podnieść ich obu na duchu.
Dość długo trwali tak w milczeniu, aż w końcu coś zatrzeszczało, a z ukrytego w ścianach głośnika dobiegł ich głos. Nie było wątpliwości, że należy do Williamsa.
— Witam ponownie, panie Brown. Jak się spało? Mam nadzieję, że dobrze. Nie będę się rozwlekać i tak dość się dziś nagadałem. Sprawa wygląda prosto. Pan jest zdrowym, pan oddaje nam swoją krew tak, jak pan robił dotychczas dla rządu, my w zamian pana karmimy i nie dopuszczamy, aby pana chory pana zeżarł. Wszystko jasne?
John poderwał głowę i zmarszczył się nieprzyjemnie. Wstał na równe nogi i zbliżył się do ściany z głośnikiem, podejrzewając, że i kamera się tam znajduje. Williams wyjaśnił wszystko bardzo szybko i bardzo dokładnie, aż John nie mógł uwierzyć w taką impertynencję.
— Słucham…? — rzucił cicho, z kotłującym się w nim gniewem. — Zapłaciłem wam krocie, a wy teraz zamierzacie doić ze mnie i dodatkowo nas tu więzić? Zdajecie sobie sprawę z karalności takich czynów?!
— Oczywiście, panie Brown. — Znowu rozległo się z głośników. — Kamera jest trochę bardziej w prawo, tak przy okazji. Ale nasze ryzyko jest dokładnie wykalkulowane. Proszę też swoje ryzyko wykalkulować. Napady dzikich na zdrowych to naprawdę wielka tragedia dla całego społeczeństwa. Nie chcielibyśmy pana stracić.
John obejrzał się na siedzącego pod ścianą Percy’ego i zacisnął pięści. Wrzał. Jak ci ludzie w ogóle śmieli? A on, jak był głupi, że nie sprawdził tego ośrodka dokładniej?!
— Jak długo zamierzacie coś takiego ciągnąć? Jak wielu zdrowych tak właściwie tutaj trzymacie? Nie zamierzam pozwalać, by cokolwiek ode mnie brano w taki sposób, stawiając mi takie warunki, a do tego odbierając to wszystko w sposób nielegalny i przede wszystkim nieetyczny.
— Proszę wziąć głęboki wdech, panie Brown, zaszkodzi panu. Kolacja będzie o standardowej porze — przemówił głos znowu, nie wdając się z mężczyzną w dyskusję.
John zacisnął zęby i wycedził:
— Nie oddam wam ani kropli mojej krwi.
Tym razem już nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Zapanowała cisza. Percy też się słowem nie odezwał, nadal siedząc na swoim miejscu.
John za to ponownie rozejrzał się po tym zupełnie pustym pomieszczeniu wyposażonym tylko w materace, światło i drzwi. Musieli ich przecież puszczać do toalety. Jeśli chcieliby brać od niego krew, musieliby przecież też go wyprowadzać. Wiedział, że musi znaleźć jakiś sposób ucieczki. Albo chociaż skontaktowania się z kimś z rządu. Znał numer alarmowy… ale jak miał niby pod niego zadzwonić?
W końcu powoli podszedł do Percy’ego i bez słowa usiadł tuż obok niego. Zapatrzył się przez siebie, zdając sobie sprawę, że jak głupcy wpadli w pajęczą sieć.
— Co… zamierzasz? — spytał cicho Percy, czując instynktowny niepokój, a raczej jego wzrost po słowach, które usłyszeli. Jeśli nie dostanie leków, to może się to źle skończyć, a też nie wyobrażał sobie, aby zmuszali Johna do ponadnormatywnego oddawania krwi. Bo domyślał, że ci bandyci nie będą działać jak rząd.
— Nie wiem… — odpowiedział John szeptem, zamykając przy tym oczy. — Niestety nie miałem planu B na taką sytuację…
— Nie zgadzaj się na ich warunki. Zamęczą cię.
— Nie mam zamiaru być tu długo… — John nie odpowiedział bezpośrednio na jego słowa, bo nie miał pojęcia, co zrobić. Każda droga była niekorzystna. — Musimy spróbować skontaktować się z rządem.
Percy rozejrzał się po pomieszczeniu.
— Jak?
— Trzeba znaleźć sposób. Percy, oni nas po miesiącu nie odprawią do domu z życzeniem powrotu do zdrowia.
— Na pewno nie. Tym bardziej, że ja nie wiem, jak długo nie będę stanowić zagrożenia. A oni mogą nas teraz podsłuchiwać.
— Wiem — szepnął John i oparłszy łokieć na kolanie, zamknął twarz w dłoni. — Spróbujmy na razie przeczekać i ocenić szanse. Nie warto nic robić pochopnie.
Percy mruknął na zgodę. Nie miał nic pocieszającego do dodania. Miało być dobrze, a wyszło… tragicznie. Dodawanie, że on w ogóle odradzał mu wyjazd do kliniki, bo nie było w tym sensu, byłoby szczytem głupoty. Dlatego też milczał, czekając, aż przyniosą ten obiecany posiłek i poinformują ich, jak mają się myć i załatwiać.
Byli w koszmarnej sytuacji i tak jak nie widzieli wyjścia z tego pokoju, tak i nie wiedzieli, jak się wyplątać z tego bagna. Mieli nadzieję, że to tylko chwilowe.

*

Za każdym razem, kiedy pobierali mu krew, pod koniec robiło mu się niedobrze. Nie patrzył w stronę aparatury, ale doskonale czuł, że nie ograniczają się do tego, co robił rząd. Pobierali znacznie więcej, jakby chcieli go wysuszyć do ostatniej kropli, a przynajmniej takie miał wrażenie.
Był poranek trzeciego dnia pobytu w tym pseudo ośrodku. A raczej w obozie, w którym na pewno nie tylko on był trzymany, ale i inni naiwni zdrowi. Był ciekaw, jak wielu z nich przeżyło. Chociaż nie… był ciekaw, jak długo żyli.
Sam nie miał zamiaru poddać się tym ludziom i zwyczajnie nie brał do ust nic więcej niż wodę. Doskonale wiedział, że gdy będzie osłabiony przez głód, nie będą mogli z niego doić, a i krew będzie dużo mniej wartościowa. Idąc tutaj kilkanaście minut temu, a raczej będąc tu prowadzonym, już zasłyszał, jak ten przeklęty Brent Williams mówi jednej z pielęgniarek, że dzisiaj, z racji jego osłabienia, pobiorą mu krew tylko teraz, rano, a nie dwa razy dziennie, jak przez ostatnie dwa dni.
Musieli zmusić go do współpracy, to wiedział. Dlatego nadal trzymali go z Percym, aby w końcu zaczął się bać i zgodził się na nie tylko jedzenie, ale też na lek dla jego towarzysza. W dużym skrócie, brali go na przetrzymanie.
Znowu rozejrzał się po białym suficie wyposażonym w zbyt ostre oświetlenie, czekając, aż skończą. Potem napotkał wzrokiem Williamsa, siedzącego przy jasnym biurku w rogu gabinetu i rozmawiającego przez telefon z jakimś klientem. Czyli z innym zdrowym, który miał być złapany w ich sidła. Sączył mu te same kłamstwa co jemu, gdy organizował sobie przyjazd.
Kiedy odłożył słuchawkę, John zwrócił się do niego:
— Tak właściwie jesteś zdrowy czy chory? Produkujesz leki dla siebie czy zwyczajnie masz za mało pieniędzy, żeby ci się na nich wygodnie spało?
— Panie Brown, ja na nich nie śpię — odparł Williams, okręcając się do niego przodem i przyglądając, jak jest przymocowany do łóżka skórzanymi pasami. — Kojarzy pan taką angielską… — zamyślił się nad słowem — bajkę o mężczyźnie, co kradł bogatym, a rozdawał biednym? — spytał z wyrazem obłudy na twarzy.
— Myślę, że twoje porównanie jest dalece odbiegające od tego, co faktycznie robisz. Wiem już jednak, że nie chodzi ci o lekarstwo dla siebie. Ale po co to robisz? Boisz się igieł, że nie chcesz sam oddawać rządowi krwi i szukasz takich… sposobów? — John nie miał specjalnie sił, by nawet wyrywać się z tych pasów. Na niewiele by się to zdało. Zauważył, że mocno zwracają uwagę na to, by nie mieli możliwości ucieczki. Z pokoju do łazienki czy tego gabinetu prowadziła ich zawsze dwójka żołnierzy i skuwała ich kajdankami.
— Rząd za bardzo pcha nosa do nie swoich spraw, panie Brown. — Williams wzruszył ramionami w beztroskim geście. — Sam pan wie, dieta, restrykcje, a ja wcale nie jestem aż tak odległy od ideału słynnego złodzieja z Sherwood. Rząd każe sobie płacić krocie za waszą krew, a ja znalazłem sposób, aby trochę tę cenę obniżyć przy jednocześnie wysokiej produkcji. Chociaż jak pan widzi, zdarzają się takie małe trudności jak pan.
— To przykre. Wygląda więc na to, że na wiele się wam nie przydam. Co wtedy zamierzacie zrobić? Macie tu jakiś cmentarz, czy palicie zwłoki? — spytał John w zarówno grobowym tonie, jak i z grobowym spojrzeniem. Zaczął mieć parszywą satysfakcję, że sporządził testament i podzielił udziały…
— Och, nie, panie Brown. Mamy bardzo dobry zespół lekarzy. Dużo łatwiej zajmować się żywym, jednak w razie konieczności zwyczajnie będziemy podtrzymywać pana w stanie śpiączki. Nic się nie zmarnuje. — Mężczyzna uśmiechnął się na koniec z ociekającą jadem słodyczą.
John zacisnął pięść z tej strony leżanki, z której Williams go nie widział. Nie chciał mu dać satysfakcji i pokazać, że chociaż śladowo się łamie. Spojrzał za to ostro na pielęgniarkę, która pobierała mu krew i wycedził zimno:
— Czy byłaby pani tak uprzejma i wyciągnęła już tę igłę, czy woli pani, by już teraz była konieczność podtrzymywania mnie w stanie śpiączki, bo zaraz moja skóra zacznie przypominać kolorem pani fartuch?
Ta od razu nie zareagowała, tylko spojrzała na swojego pracodawcę, a dopiero kiedy ten z chłodnym wyrazem skinął głową, odłączyła go od aparatury.
— Proszę pomyśleć, panie Brown. My nie pilnujemy aż tak surowej diety, jeśli pan podejmie dobrą decyzję, możemy panu dać trochę sprzętu do pokoju. Proszę nie zgrywać bohatera. Żadne z nas nie chce, aby ten dziki, z którym pan przyjechał, był dla pana zagrożeniem.
— Jest chory. Nie dziki. Tobie do dzikich jest bliżej… panie Williams.
Mężczyzna skwaśniał na twarzy, ale w końcu machnął dłonią.
— Zabierzcie go. I dajcie mu jeść.
Dwójka żołnierzy, którzy znajdowali się poza pielęgniarką i Williamsem w pokoju, zbliżyła się do leżanki i odpięła pasy zabezpieczające. Potem pomogli Johnowi wstać i wyprowadzili go z gabinetu.
Droga do pokoju nigdy nie trwała zbyt długo. Przewidzieli zapewne, że na małym dystansie trudniej jest któremuś zdrowemu znaleźć drogę ucieczki. Przeszli więc zaledwie dwie długości korytarzy, nie mijając wiele pokoi, aż w końcu wepchnięto Johna do środka i zatrzaśnięto drzwi. Jedzenie zapewne miało niebawem się pojawić, ale John nie zamierzał go tknąć. Mimo że żołądek ściskał mu się boleśnie i czasem ciężko było mu wstać. Tym bardziej teraz, po pobraniu krwi, kiedy od razu przewrócił się na materac.
Prawie natychmiast po tym dopadł do niego czekający i zamknięty tu cały czas mężczyzna. Złapał go za ramiona i posadził na materacu. John słyszał, jak go obwąchuje. Pierwszy raz zdarzyło się to wczoraj wieczorem, a teraz coraz bardziej się nasilało.
— John…
Trochę zaczynało go to przerażać, bo czuł, że zachowanie jego partnera się zmienia. Przez to nie był tak ospały i zirytowany jak podczas pobierania krwi, a zwyczajnie wściekły na to, co się tu działo. Nie odpowiedział jednak ostro, tylko objął mężczyznę, pogłaskał po włosach i pocałował w skroń.
— Spokojnie — szepnął.
Percy wziął głęboki oddech i przymknął oczy, poddając się gestowi. John widział, że się starał, ale też widział, że jego partner powoli, ale sukcesywnie staje się tym „dzikim”.
— John… nie wytrzymałem. Zjadłem to, co przynieśli ci pierwszego dnia — wymamrotał, wspominając porcje jedzenia, które ich kaci nie zabierali w nadziei, że John w końcu się zdecyduje. I tak przynosili nowe jedzenie, ale o dodatkowe sprzątanie się nie martwili.
— W porządku. — John uśmiechnął się do niego miękko. Uczyli ich na tych licznych, wcześniej w jego mniemaniu idiotycznych wykładach dla zdrowych, jak postępować z chorymi, którzy tracą kontrolę. Wiedział, że jeśli sam zachowa się impulsywnie, jeśli okaże zdenerwowanie, tylko nasili podenerwowanie u Kaprana. Musiał być spokojny, dawać mu oparcie. Tym bardziej, że zwyczajnie nie chciał go straszyć. — Zaraz przyniosą kolejny posiłek i jego też zjedz. Wiesz, że przez wirus ma się dużo szybszy metabolizm.
Młodszy mężczyzna spojrzał Johnowi w twarzy i w końcu oparł czoło o jego ramię.
— Też musisz jeść. Jesteś bardzo słaby… czuję to — dodał i znowu powęszył, a John słyszał, jak jego głos staje się bardziej warkliwy.
Poprawił się na materacu i przytulił do siebie mężczyznę. Cały czas przesuwał uspokajająco swoją suchą dłonią po jego włosach i plecach.
— Wytrzymuję. Powiedzieli nawet, że dziś już nie będą brać ode mnie krwi — dodał jako pocieszenie.
Percy zamruczał nisko i gardłowo na zgodę. Chwilę nic nie mówił, tylko obwąchiwał mężczyznę, aby w końcu spokojnie położyć głowę tuż przy jego szyi.
— Nie wiem, co robić… boję się, że coś ci… zrobię — burczał niskim głosem, grzejąc jak piec starszego mężczyznę.
— To tylko wrażenie, jesteś pobudzony. Nic mi nie zro… — nie skończył, bo nagle Percy poderwał głowę, zapatrując się w stronę drzwi, a po chwili zaczął warczeć, nie obnażając jednak zębów. Burczał tylko i chwilę John nie wiedział czemu, ale po chwili i on usłyszał czyjeś kroki za drzwiami.
Te przeszły obok, a dopiero dłuższy moment po ich ustaniu Percy spojrzał znowu na swojego pana. Wyglądał na pobudzonego, rozbitego i nieradzącego sobie. Bał się. Ale nie o siebie, a o Johna.
John zacisnął zęby, patrząc na niego z bólem. Na te jego szeroko otwarte w strachu oczy. Był takim głupcem, że dał się na to wszystko nabrać… a jeszcze większym, że wciągnął w to tego mężczyznę.
— Przepraszam — szepnął, znowu przyciskając go do siebie. Poczucie winy próbowało mu wycisnąć łzy z oczu.
Percy pisnął cicho, ale dał się przytulić. Starał się nad sobą panować, ale sam po sobie widział, że działa coraz gorzej. Coraz jawniej i w bardziej zwierzęcy sposób okazuje swoją niechęć, strach czy, co najgorsze, złość.
— Jakoś stąd wyjdziemy…
— Oczywiście. To potrwa jeszcze tylko chwilę, więc musisz być silny. Niedługo wyjdziemy — mówił cierpliwie John, starając się go uspokoić. I jeszcze chwilę zwyczajnie do niego w ten sposób szeptał, aż w końcu Percy znowu gwałtowniej zareagował. Tym razem, kiedy przyniesiono jedzenie. Johnowi jednak udało się go przytrzymać i gdy zamknięto drzwi, wskazał na leżącą na podłodze tacę z jedzeniem. Gruby kawał steku, talerz pełen frytek, do tego sałatka i koktajl. I jak zwykle butelka wody. Na sam widok jedzenia ślinianki mocniej zaczęły mu pracować, a żołądek skręcił się boleśnie. — Jedz. Będziesz lepiej panował nad sobą, gdy zabijesz chociaż poczucie głodu — powiedział to, co wiedział z wykładów. — Tylko wodę mi zostaw.
Percy popatrzył pytająco na swojego pana. Nie podobało mu się to, co mówił. Nie podobało się to jego jeszcze zdrowo działającej świadomości. Jego dzika część za to mówiła mu, aby rzucić się na jedzenie. Był głodny.
— John… musisz jeść — wywarczał, jednocześnie zerkając chyłkiem na jedzenie.
— Dobrze, zjem, ale nie teraz — odpowiedział John tylko po to, żeby go uspokoić. Doskonale wiedział, że jeśli Percy nie będzie jeść, będzie dużo gorzej, niż jakby on nie zjadł. Głód wzmagał agresję u chorych i dzikich. — Ten obiad zjesz ty. Zobacz, jakie grube jest mięso, na pewno ci pomoże.
Percy nie odpowiedział, tylko łakomie spojrzał na posiłek. Potem krótko na Johna, warknął ostrzegawczo i wstał pospiesznie, by zabrać tacę z jedzeniem. Odszedł z nią w róg pomieszczenia. Po chwili, kiedy dosłownie połykał kolejne frytki, zatrzymał się i obejrzał na Johna. Nie panował nad sobą coraz bardziej. Nigdy jeszcze nie był tak długo bez leku.
Na moment odłożył jedzenie i chwilę oddychał głęboko, starając się uspokoić i zbalansować. W końcu wziął zakręconą butelkę i rzucił ją w stronę mężczyzny.
— Zo… zostawię ci trochę.
— Nie musisz. Przyniosą posiłek za cztery godziny. Jedz. — John uśmiechnął się do niego słabo i opadł do tyłu. Musiał podeprzeć się dłonią. Odetchnął i odkręcił butelkę. Bez wody nie dałby rady wytrzymać. Z jedzeniem było łatwiej. Wiedział jednak, że w końcu będzie musiał zjeść…

*

Spali blisko siebie. Jeden materac był zupełnie pusty. John leżał na boku i jak zwykle, od kiedy nie jadł i nie miał siły, strasznie dużo spał. Nawet w ciągu dnia. Teraz jednak był ranek, kolejny dzień w tym przeklętym ośrodku, a jego świadomość była zupełnie wyłączona. Gorące ciało Percy’ego grzało go przyjemnie.
Kapran leżał przy nim, obejmując ramieniem i pilnując. Był czwarty dzień, kiedy był bez leku, a jego świadomość z każdą chwilą wyparowywała coraz bardziej. Coraz mniej zachowywał się jak człowiek, coraz bardziej jak zwierzę. Teraz też, kiedy wpatrywał się w drzwi, pilnując śpiącego prawie że pod sobą mężczyzny.
Jego zapach, który zawsze dawał mu poczucie bezpieczeństwa, w dużej mierze pomagał w tym, by nie kierował swojej złości i agresji w jego stronę. Co innego, jeśli chodziło o odgłosy stóp zza drzwi. Tym bardziej teraz, kiedy te zaczynały się nasilać… kiedy już niemal czuł zapach osób zbliżających się do ich pokoju, żeby zabrać Johna na kolejne pobieranie krwi. Aż w końcu drzwi się otworzyły i zapach uderzył w niego jeszcze mocniej niż dotychczas.
Percy, już nie kontrolując, aby wyglądać jak człowiek, czy jak taki się zachowywać, obnażył zęby i zawarczał na dwóch mężczyzn, którzy weszli do środka. Zamknął i otworzył szczęki, oblizując zęby jak wściekłe zwierzę. Podniósł się przy tym bardziej, przyciągając Johna do siebie zaborczo i bez wyczucia.
Ten momentalnie się obudził i ściągnął mocno brwi, jeszcze nie ogarniając, co się dzieje. Jego koncentracja przez brak jedzenia też mocno się nadwyrężyła. Adrenalina jednak go pobudziła, kiedy tylko ujrzał, w jakim stanie jest Percy i że po drugiej stronie pokoju jest dwójka mężczyzn.
— Percy, spokojnie — powiedział szybko, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Dwójka strażników jednak nie zamierzała być delikatna. Jeden mruknął do drugiego:
— Weź tego szczura odsuń i bierzemy zdrowego.
Drugi przytaknął, z pałką w ręce bezceremonialnie podszedł do Kaprana i oderwał go od Johna. Nie przewidział jednak tego, że ten odwróci się, wyrwie mu i złapie zębami jego rękę. Jednocześnie szarpnął za ubranie i powalił strażnika na podłogę.
John zobaczył tylko rozbryzg kwi, nim widok zasłonił mu mężczyzna, który próbował go ponieść, aby móc go wyprowadzić. Słyszał jednak dalej wrzask i wściekłe warczenie, a następnie pisk i znowu warczenie.
John w normalnym wypadku nie byłby w stanie wyrwać się temu mężczyźnie. Ani teraz, ani kiedy byłby najedzony, bo strażników Williams miał wyjątkowo rosłych. Jednak teraz adrenalina wypełniła go całego, zupełnie przesłoniła mu wszelkie uczucie słabości czy strachu, więc odepchnął od siebie mężczyznę, po czym dopadł do szarpiącej się dwójki. Widział, że strażnik znowu zamachnął się pałką i uderzył Percy’ego. John nie wpadł na żaden lepszy pomysł niż wkroczenie pomiędzy nich i zasłonięcie sobą Percy’ego.
— Uderz, a Williams powiesi cię na swoim płocie pod napięciem! — warknął, dysząc z wysiłku.
Mężczyzna zawahał się, ale długo nie konwersował z Johnem na temat słuszności jego groźby, bo jego uwagę przykuwał Percy, który stał na razie za Johnem i w końcu odsunął się w skulonej pozycji powoli do tyłu. Miał jego krew na ustach. Ciekła mu po brodzie i wcale nie pomogło, że kawałek dłoni, który mu odgryzł, już przełknął.
— Kurwa mać… — pogryziony strażnik przyciskał krwawiące miejsce do ciała, ale i tak spomiędzy palców na podłogę kapała krew.
— Tylko spokojnie. Panie Brown, niech się pan odsunie… — Drugi strażnik z trochę chłodniejszą głową uspokajająco skinął na zdrowego. Nikt nie wiedział, jak zaraz potoczy się sytuacja.
— Nigdzie się nie odsunę — wycedził John, wciąż stojąc kawałek przed swoim partnerem. Wiedział, że sytuacja jest podbramkowa, wiedział, że jak obejrzy się na Kaprana, to zobaczy prawie dzikiego człowieka. Ale nie zamierzał pozwolić im go stłuc. A może zwyczajnie chcieli go zabić.
Zanim strażnicy coś powiedzieli, naraz rozległ się kolejny tupot stóp i do pokoju wpadła następna dwójka uzbrojonych w pałki mężczyzn. Na tak nagłe najście Percy już nie zamierzał cofać się w kąt. Poczuł się na raz jak osaczone zwierzę, które jedyną ucieczkę widzi w ataku. Tak też zrobił. Zaatakował pierwszego lepszego strażnika, starając się z wielką siłę i agresją przedrzeć do drzwi.
John patrzył na to z napięciem i poczuciem bezradności. Nie miał pojęcia, co może zrobić, a wszystko działo się tak szybko! Trójka mężczyzn obezwładniała Percy’ego, a jeden trzymał go od tego z daleka. Aż w końcu John widział, jak dosłownie wywlekają go z sali, szarpiącego się i miotającego. Następnie dosłownie zatrzasnęli mu drzwi przed nosem, a John jedynie mógł uderzyć w nie pięściami.
Wszystko w nim wrzało. Ze strachu, z wściekłości, z głodu i przede wszystkim bólu na widok tego, co się działo z Percym. Mimo że nie miał na nic siły, nie potrafił też po prostu usiąść i czekać.
Podszedł w miejsce, skąd jak oceniał kamera najlepiej go widziała i spojrzał w jej kierunku.
— Williams! Nie masz prawa dotknąć go chociażby palcem! Twoi ludzie mają go zostawić w spokoju, a on ma być z powrotem w tym pokoju, bo, przysięgam, od teraz nie wezmę do ust nawet kropli tej przeklętej wody!
Krzyczał jeszcze moment, a odpowiadała mu cisza. Nie poddał się jednak i w końcu usłyszał głos mężczyzny, z którym chciał rozmawiać.
—To bardzo nierozsądne, panie Brown. Powinien pan się raczej cieszyć, bo właśnie musieliśmy usunąć z pana otoczenia czynnik zagrażający. Który jednak okazał się nieskuteczny…
— To jest czynnik zagrażający dla was, nie dla mnie, ty idioto! — warknął, tracąc wszelkie opanowanie. Miał tego wszystkiego dość, nie miał wpływu na nic, co się tu działo, mimo że wmawiał Percy’emu co innego, nie widział jakiejkolwiek nadziei na wyjście, a teraz zabrali mu kogoś, kto był tu dla niego jedynym pozytywnym elementem. — Oddajcie mi go! Zrobię co chcesz, ty przeklęty skurwielu, ale oddaj mi go i podaj mu lek!
— Panie Brown, ten dziki pogryzł mojego człowieka. A pan prędzej czy później zacznie się tak czy inaczej słuchać — mówił dalej głos z głośników. Jakby sprawdzał Johna.
— Chyba, że umrę z odwodnienia albo zrobię sobie coś innego, żebyś tylko nie miał ze mnie żadnego profitu. Nic mnie tu nie będzie trzymać, jak go zabijecie. To jest mój partner i chcę go mieć w tym pokoju, rozumiesz? Mogę jeść wszystko, co przyniesiesz, będę o siebie dbał, jak tylko chcesz, tylko oddaj mi go. — Na koniec jego głos się załamał, a pięści zacisnęły tak mocno, że aż zbielały mu opuszki palców. — Proszę.
Głos w głośnikach znowu chwilę nie odpowiadał. John trzymany był w niepewności, aż w końcu usłyszał, pierwszy raz naprawdę z ulgą, Williamsa.
— Jeśli już pan tak ładnie prosi. Zgoda. Proszę jednak zdawać sobie sprawę, że jeśli złamie pan warunki, to pożegna się pan z tym dzikim na zawsze.
John skinął twardo głową.
— I podajcie mu lek — przypomniał od razu.
— Innej opcji niestety nie ma. Zagryzłby pana, panie Brown. A teraz proszę się uspokoić, nie robić awantury, zjeść posiłek, który zaraz zostanie przyniesiony do pana i nie przeszkadzać sprzątaczce, gdy będzie czyścić tę krew.
— Zgoda — odpowiedział tylko i wreszcie usiadł ciężko przy ścianie pod drzwiami, a raczej obsunął się po niej, tracąc zupełnie siłę w nogach.
Myśli cały czas podsuwały mu obrazy, co zrobili teraz z Percym, czy jest bardzo poturbowany, czy się boi… Czy coś mu zrobili. A raczej jak bardzo go pobili w ramach rewanżu za ugryzienie. Jego wzrok przy tej myśli powędrował na plamy krwi na jasnej podłodze.
Nie mógł się teraz załamać. Musiał to przetrzymać. Może znajdzie się w końcu ratunek. Przecież ci ludzie nie mogli ciągnąć tego wiecznie. W końcu każdy popełnia błąd. Tak jak on popełnił błąd, odsyłając Percy’ego do Claudii Hobb. A jak oni go popełnią, będzie gotowy, by to wykorzystać. Do tego czasu musieli przetrwać, a on grzecznie musiał oddawać im krew.
Sytuacja była patowa.
— Dzień dobry. — Rozmyślenia przerwało mu otwarcie drzwi i wejście kościstej dziewczyny z wózkiem do sprzątania i tacą z jedzeniem w dłoni. — Przyniosłam pana śniadanie. Proszę mi nie utrudniać sprzątania — poprosiła i postawiła przed nim jedzenie, nim wjechała z całym sprzętem do środka i zaczęła zmywać podłogę.
John obrzucił ją krótkim spojrzeniem, mimowolnie zastanawiając się nad tym, co ona z tego wszystkiego ma. Szybko jednak jego wzrok przyciągnęło jedzenie. Był tak głodny, jak jeszcze nigdy w życiu. Żołądek skręcał mu się boleśnie, a w gardle miał sucho. Nie rzucił się jednak na jedzenie, wiedząc, że byłoby tylko gorzej. Powoli zaczął maczać bułkę w ciepłej owsiance i zaczął jeść.
Nigdy nie przypuszczał, że coś tak mało apetycznego będzie mu tak bardzo smakować i w niesamowity sposób zapychać. Dzięki jedzeniu też nie skupiał się na dziewczynie, która uporała się ze wszystkim, nim on skończył jeść.
Tym razem zamiast wody dostał ciepłą czekoladę, co też powitał z wielką ulgą. Podczas jedzenia, które w tym momencie dało mu wręcz swoistą ekstazę, na chwilę zapomniał o wszystkim innym. Ale kiedy już na talerzu zostały same okruszki, a w misce krople mleka, obejrzał się znowu na drzwi z nadzieją, że Percy zaraz tu wejdzie.
Czekał jednak jeszcze długo, chociaż nie wiedział ile konkretnie, bo nie miał tu zegara. Czas dłużył mu się niemiłosiernie. Williams na szczęście nie wykpił się ze swojej umowy i po jakimś czasie drzwi znowu się otworzyły, a do pomieszczenia weszło dwóch strażników. Jeden zatrzymał gestem Johna, a potem razem z towarzyszem wnieśli, a raczej wciągnęli nieprzytomnego Percy’ego, wlokąc go za ramiona. Rzucili go na jeden z materacy, a John od razu spostrzegł, że ten ma związane ręce. Nie tylko w nadgarstkach, ale także na wysokości łokci. Nogi miał też spętane jak u konia, aby nie mógł biegać.
Szybko do niego doszedł i kiedy strażnicy już zamykali za sobą drzwi, obejrzał go całego. Jak bardzo jest poturbowany, jak go położyć, żeby było mu wygodniej. Bolało go, że w ogóle był taki związany.
Odgarnął mu z czoła włosy i pocałował go w nie kilka razy. Spróbował po jego temperaturze określić, czy dostał lekarstwo i miał wrażenie, że tak. Zresztą, nie pozostawało mu nic innego, jak uwierzyć Williamsowi.
Sam położył się na materacu i przyciągnął do siebie Percy’ego. Tak, by ten był do niego mocno przytulony.
Miał go z powrotem. W absolutnie fatalnej sytuacji, ale go miał. Teraz tylko to się liczyło.

*

Tym razem pobrali mu krew około południa. Przez cały ten czas John zastanawiał się, czy Percy nie ocknie się pod jego nieobecność i się nie przestraszy, że jest sam i do tego związany. Na szczęście jednak po powrocie do sali John zauważył, że ten wciąż leży na materacu z zamkniętymi oczami. Odebrał więc najpierw tacę z obiadem i postawił ją obok materaca. Wiedział, że młodszy mężczyzna nie będzie mógł sam jeść, dlatego sam postanowił poczekać z jedzeniem i jedynie usiadł obok, opierając plecy o ścianę. Przy tym przyciągnął do siebie Kaprana i położył sobie jego głowę na kolanach. Mechanicznie głaskał go po włosach, czekając, aż ten się zbudzi. Nie myślał wiele. Ostatnio robił to cały czas i był tym bardziej zmęczony niż niejedzeniem. Teraz po prostu… wyłączył się.
Kiedy już prawie przysypiał znużony beznadziejnością ich sytuacji, usłyszał i poczuł, że Percy się budzi. Powoli, nadal niechętnie. Stęknął, próbując się przeciągnąć, po czym szarpnął się i nagle bardziej rozbudził, czując, że jest związany. Poderwał się do pozycji siedzącej i dopiero ulokował wzrok w Johnie. Duży siniak na twarzy był nie do przeoczenia.
Starszy mężczyzna położył mu dłoń po drugiej stronie twarzy i pogłaskał po niej uspokajająco.
— Związali cię, ale pozwolili ci tu być. Nic ci się nie stanie, spokojnie — powiedział szybko, ale w miarę cierpliwym tonem. — W porządku?
Percy odetchnął ciężko i spuścił głowę.
— Prawie nic nie pamiętam… Dali mi lek prawda? — spytał, bo czuł się lepiej, ale nie idealnie.
— Tak. Będą ci go teraz podawać, będziesz mógł się kontrolować — zapewnił go John. — Usiądź wygodniej, zjemy razem — dodał i pomógł mu przyjąć jakąś wygodną pozycję.
Percy usadowił się w miarę wygodnie. Nie było to jednak łatwe, bo skrepowane ręce za plecami bolały go i utrudniały zachowanie równowagi.
— Ty też zacząłeś jeść.
John skrzywił się lekko, ale przytaknął.
— Nie miałem wyjścia. Grozili, że wprowadzą mnie w stan śpiączki, a ciebie zabrali. Musimy to jakoś przeczekać — odpowiedział i położył sobie tacę z jedzeniem na kolanach. Teraz, kiedy wreszcie jadł, dawali duże porcje, którymi spokojnie mógł się podzielić z partnerem. Zaczął więc powoli kroić mięso i nabiwszy kawałek na widelec, zamaczał go w ciemnym sosie oraz skierował ust Percy’ego.
Ten spojrzał na mężczyznę pytająco, ale w końcu otworzył usta i wziął kęs. Był głodny, zmęczony i bolało go całe ciało. Nie było w tym nic dziwnego, bo był okropnie poobijany. A wirus też niszczył jego ciało.
John karmił go powoli i sam jadł. Było to fizycznie bardzo dobre uczucie po tym, jak się głodził przez ostatnie dni, ale niestety nie przesłaniało ono tego koszmaru, w którym się znaleźli.
— Co będziesz chciał zrobić w pierwszej kolejności, kiedy wrócimy do domu? — zapytał po chwili.
— Usiąść przy kominku w salonie i napić się brandy — odparł Percy z przelotnym uśmiechem na swoich kształtnych ustach, które w tej chwili były z jednej strony skaleczone od uderzenia. — A ty?
— To co mówisz, brzmi dobrze — przyznał John, również delikatnie się uśmiechając. Przy tym cały czas karmił Percy’ego, to mięsem, to sałatką czy pieczonymi kartoflami. — Wysłałbym chłopców i dziewczyny gdzieś do miasta, by było spokojnie. Posłuchałbym muzyki…
— Moglibyśmy coś zjeść spoza zakazanej listy. Tak jak mi obiecałeś.
— Co byś powiedział na tłuste, niezdrowe, amerykańskie jedzenie z jakimś słodkim deserem na koniec?
— Poparłbym — odpowiedział Percy z delikatnym, zmęczonym uśmiechem. — I cieszyłbym się, że nikt nam w tym nie przeszkodzi. Nikt ci nie zarzuci, że musisz się zachowywać.
— Będziemy sami. Odeślę wszystkich i cały salon wraz z kominkiem i tymi… rarytasami będzie nasz — zapewnił go starszy mężczyzna, któremu ta rozmowa sprawiała jakąś specyficzną przyjemność. Wprawiała go w śladową lekkość i przekonywała, że to, o czym rozmawiają, ma rację bytu. A nie, że po kilku miesiącach więzienia zwyczajnie… umrą.
Obaj woleli żyć nadzieją, mimo że ta z każdym dniem była sukcesywnie gaszona, wiązana czy wręcz z nich wypompowywana. Wszystko tu wydawało się tak dobrze działać. Było przemyślane, zaplanowane, aby zabrać im ich życie.
— Tak… — odparł Percy i przysunął się bliżej Johna. Oparł głowę o jego ramię. — Będzie dobrze…
John zapatrzył się na resztki jedzenia na tacy i w końcu odłożył ją na bok, by móc objąć młodszego mężczyznę. Odetchnął głębiej i pocałował go w czubek głowy.
— Będzie dobrze.

16 thoughts on “Love Interest – 16 – Gaszona nadzieja

  1. Katka pisze:

    Basia, super, że nadrabiasz! Już coraz bliżej zakończenia LI :D A klinika… no niestety okazała się BARDZO dużym niewypałem. Tego się na pewno John nie spodziewał :(

  2. Basia pisze:

    Witam,
    no i znów jestem na kilka dni… trochę nadrobię tekstów, przynajmniej mam taką nadzieję…
    no i co nasz Percy praktycznie zamienił się w dzikiego, ech gdyby sprawdził klinikę lepiej, mam nadzieję, że się wykaraskają z tego….
    Dużo weny życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Kotokot, czyli rozumiem ogólnie, że drama Ci pasuje i można Cię „kupić” za jej pomocą XD Hehe, fajnie, że jednak końcówka uratowała opowiadanie w Twoich oczach :) Mamy nadzieję, że ostatnie rozdziały tego nie zmienią :)

  4. Kotokot pisze:

    Prawdę mówiąc to opko średnio mi się podobało, ale dwa ostatnie rozdziały totalnie mnie kupiły *.* Jezu nie będę teraz mogła spać! Ogólnie kocham ten świat z SV i LI<3333

  5. Katka pisze:

    Illita, nooo, sielanka jest fajna, pisze się ją zresztą równie miło jak się czyta. Ale cóż, czasem musi się coś złego stać… Świat jest pełen ludzi takich jak Williams :/ Ale utopienie się w łyżeczce wody jest równie koszmarne jak wydłubanie serca tępą łyżeczką. Smutne XD Żyj! Następny rozdział już tuż tuż!

    Kruha, na pewno jeszcze kilku czytelników wymyśliłoby inne alternatywne możliwości rozwiązania, ale Twoje są bardzo prawdopodobne. Bo tak, wszystko rozegra się ostatecznie w następnym rozdziale… dum, dum duuuum!

  6. Kruha pisze:

    W next odcinku albo ich zabiją, albo przybędzie na ratunek grupa SWAT i ich odbijąąąąą, bo już pewnie od dawna rozpracowywali tę grupę przestępców.

  7. Illita pisze:

    Boże, najczarniejsze scenariusze się spełniły D: Tak bardzo rozdziera mi to serce :( Najchętniej czytałabym tylko o cukierkowym świecie, a tu drama. Mam nadzieję że coś uda im sie zrobić, że uciekną, albo że pan K ich wyciągnie, że skontaktują się z rządem, COKOLWIEK bo po prostu… Jak im się coś stanie to chyba utopię się w łyżeczce wody ;___; Williams kutasie, wypuść ich! Jak już ktoś wcześniej napisał, pikawa nie wytrzyma jak tak dalej pójdzie no XD

  8. Katka pisze:

    Liv, uuu, rozdział w top rozdziałów? Podoba mi się :D Dobra drama nie jest zła. Fajnie, że Ci się podobało. Rozdziały wzbudzające duże emocje są zwykle dobre, czy chodzi o złe czy dobre emocje. Byle poruszały. Oooj i wiesz, nie pogardziłybyśmy taką analizą, analizy są fajne! Jakby Ci się więc nudziło, to my serdecznie zapraszamy :D No i podoba mi się ta rozkmina, że postępki tych złych jednak też w jakiś sposób są zrozumiałe. Bo co by nie mówić, rząd jest bardzo bezwzględny wobec chorych, więc o rebelię nie trudno. Każdy orze jak może, jak to się mówi…

    Omega, noo, ktoś mógłby ich uratować :( Chociaż też pytanie, czy musi to być „ktoś”, czy może sami wpadną na jakiś genialny pomysł. Bo raczej długo nie pociągną… no ale tutaj wszystko jest możliwe. Williams na pewno zadbał o wszelkie srodki ostrożności. No i słusznie zauważyłaś, Kapran krok po kroku dziczeje, czy to przez tamtą akcję z Claudią Hobb, czy to teraz. Mamy nadzieję, że to w jakiś sposób też tłumaczy zbliżanie się do Johna. A 28 bardzo szybko nadejdzie, don’t worry ;)

    Porebula, uuu, Williams zajebisty? A mnie się wydawało, że jakby był w ankiecie z czarnymi charakterami, to mógłby zająć bardzo wysokie miejsce XD No ale… gusta i guściki XD No i ja tam nie wiem, czy oni umrą… okaże się, musicie sami to odkryć. My tu tylko piszemy XD

    O., hehe pan K na czele armii antyterrorystów to by był piękny widok XD Tylko nie wiem, czy z obyczajowego dramatu nie powstałaby parodia… XD

    Kaczuch_A, uch, to może wraz z każdym rozdziałem powinnyśmy czytelnikom wysyłać coś na serce XD Tak pro forma, by potem nie dostać jakiegoś pozwu sądowego od rodziny chociażby Twojej, kiedy znajdą Cię przed kompem martwą po zawale. Ale dbaj o serce! Byłoby szkoda umrzeć przed wyjaśnieniem sprawy chłopaków! No ale tak, mało czasu mają, bo już końcówka opowiadania, więc albo wydarzy się DUŻY przełom, albo chłopaków czeka smutny koniec :( Zgadzam się, że to pierwsze bardziej im się należy, no ale, ale… to jest ciężka rzeczywistość, nigdy nie wiadomo. Tak, wiem, nie pomagam Twojemu sercu XD Ale wszystko się okaże już bardzo niedługo!

  9. kaczuch_A pisze:

    Boże, boże, boże co wyście narobiły. Drama, koniec świata i w ogóle. Jeden rozdział i epilog, mało czasu, to nie skończy się dobrze, Pan K z brygadą musi wskoczyć, bo jak nie to o matko…~! Chcę happy endu, nie chcę śmierci i większej krzywdy dla tej dwójki bo są zajebiści po prostu. Poświęcenie Johna, dziki Percy, który nie atakuje tylko jego, to jest piękne, ale za co ja się pytam za co~?! I jak taki związany leżał, to takie piękne. I jak z tego wyjdą cało to wylecą Johnowi wszystkie kliniki z głowy. Pokładam w ostatni rozdział naprawdę wielkie nadzieje, chcę szczęśliwego zakończenia, by wrócili do domu, usiedli przed kominkiem i było romantycznie, tak na koniec. Należy im się, jak zakończycie to inaczej to się popłaczę, tak po prostu…

    Matko, przez Was ostatnio zbyt wiele przeżywam, pikawa mi nie wytrzyma…xD

  10. O. pisze:

    Czekam na pana K z brygada antyterrorystyczna xD albo na Percy’ego który jak zdziczeje zje wszystkich prócz Johna xD

  11. porebula pisze:

    Czyli pan K nie wyskoczy i nie okaże się że zrobili im surajs, żeby pokazać mu, że ma zajebiste blizny. Szkoda xD
    Będe miała wyrzuty sumienia, no ale Williams jest taki zajebisty, że *brzydkie słowo*.
    Kocham go jednocześnie chcąc, żeby umarł xD
    „pan oddaje nam swoją krew tak, jak pan robił dotychczas dla rządu, my w zamian pana karmimy i nie dopuszczamy, aby pana chory pana zeżarł.” JA TO WIDZE JARAM SIE TYM GOŚCIEM RATUNKU
    „Nie przewidział jednak tego, że ten odwróci się, wyrwie mu i złapie zębami jego rękę.” Dobrze Percy. Moje dziecko. I nawet zjadł! Mamusia byłaby dumna!
    Ale wy ich nie umrzycie, nie? PRAWDA? PRAWDA?
    Chęć nowego rozdziału Dozen ( Fran moim życiem ostatnio bardziej miż przedtem), martwienie sie o Perciego i Johna, dalsze nieogarnięcie, że ni ma FDTS i rozwalony kran… Ciężkie życie… (ta… bardzo)
    awgl to już nie to opowiadanie ale mi sie skojarzo teraz to doszłam do wniosku, że jak Marvin doszedł do wnisku że Dean to coś tam coś tam brat i kochanek w jednym to stwierdiłam, że im patola wyszła nieco… I czemu ja o tym pomyślałam…?

  12. Omega pisze:

    Niech ich ktoś uratuje… Niech pan Kelly zauważy jakąś nieprawidłowość i niech już stamtąd wyjdą ;-; Widzę, że jednocześnie dyskretnie wyostrzacie zmysły Kaprana… bo im bardziej dziki będzie, tym bardziej będzie wszystko odczuwał (prawie tak jak Josh), co może być ciekawym rozwiązaniem, ale mimo wszystko nie podoba mi się, że Williams i spółka zrobili sobie z Johna prywatny bank krwi… Ech… I teraz muszę do 28 czekać na ciąg dalszy ;-;

  13. Liv pisze:

    No dobra, nie spodziewalam sie, ze z tego opowiadania rozkreci sie taki przepiekny dramacik… Ten rozdzial trafia na moje top*nieskonczenie wiele* najlepszych rozdzialow na tym blogu, a na pewno w LI. Strasznie lubie takie klimaty, tak swietnie to opisalyscie… A psychika Johna i Percy’ego… analizowalabym. Ale nie tutaj, bo zajmie to wiecej niz ten rozdzial. xd Ale to daje genialne pole do popisu jesli komus sie spodobalo. Mnie baardzo :)
    No i jeszcze strona „tych zlych”. Tak, stoja za drodze do happy endu, ale gdybym nagle zeskoczyla w tym opo z nieba, zupelnie bezstronna, to moglabym przylaczyc sie do nich. Juz w realu rzad ma przerazajaco ogromny zasieg, a jeszcze w tych warunkach z wirusem… (nie ze „jebac system”, ale cos w tym jest ;) Takze rozumiem obie strony, ale koniec, bo zaczynam rozpisywac sie o tym, co nikogo nie interesuje xd
    Wiec rozdzial fajny, gratulacje pomyslu, bo zajebisty, zwlaszcza tego przywiazania Percy’ego do Johna – dziki, ale jednak troche jak wierny pies. Troche nieskadnie, ale wciaz jestem zamyslona, takze tego. :)
    No i nie zasne. Czeka mnie analiza postaci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s