No Exit – 25 – Wieczór wymagający dobrej kondycji

Marvin siedział na stołeczku przy toaletce już w pełni przebrany za anioła i kończył swój makijaż. Właśnie ze skupieniem malował sobie usta na biało. Twarz też miał nieco jaśniejszą dzięki pudrowi, a na dłoniach koronkowe, białe rękawiczki. Do tego podobne kabaretki i wysokie, białe szpilki. Na górnej połowie ciała nie miał nic poza skrzydłami, których na szczęście pozbywał się po kilku pierwszych minutach występu, gdy upadał z „nieba”. Jego skóra błyszczała się lekko dzięki jasnemu sprayowi z małymi, lśniącymi drobinkami.
— Głośno jest — rzucił, poprawiając szminkę. — Chyba wieść, że znowu występujemy razem, rozniosła się błyskawicznie po okolicy.
— Ta, cyrk znowu przyjechał do miasta — zadrwił Jaz, który już dawno był gotowy. Grał człowieka, więc jego strój nie był skomplikowany. Miał za to mocniej podkreślone oczy, a ubrania tylko nieznacznie zniszczone. Konkretnie bluzka, która teraz była podklejona od spodu, aby rozerwać się dopiero, kiedy będą się szarpać z „aniołkiem” na scenie.
— Mówiłeś, że Harley obiecał ci premię? Musimy się postarać, stary. Przyda się dodatkowa kasa — odparł Marvin, pochylając się bardziej w stronę lustra, by przyjrzeć się, czy dokładnie zrobił makijaż i gdy uznał, że jest idealny, wstał. Wszystko musiało być perfekcyjne. Tak jak każdy krok na scenie.
Bardzo ważny był dla niego ten powrót na scenę. Chciał wrócić jako gwiazda, przypomnieć gościom, kogo uwielbiają i za co uwielbiają. Poza tym, nie mówił o tym często, ale taniec był całym jego życiem. A właściwie gdyby nie Jasper, to by nim był. Niemniej, Marvin wiedział, że to jest tak naprawdę rzecz, którą najlepiej potrafi i dawało mu to wyjątkowo dużo satysfakcji. Każdy trening sprawiał, że czuł się coraz lepiej, a samo bycie na scenie… Tak, zdecydowanie tego potrzebował.
— No, ale też mam nadzieję, że nie tylko Harleyowi się spodoba. W ogóle, co z Deanem? Tu mieliśmy się chyba z nim spotkać, a na razie go nie ma. Myślisz…? — Jasper zawiesił głos, nie będąc pewnym, czy może wypowiadać swoje myśli.
— Może… — Marvin uśmiechnął się lekko i poprawiał sobie jeszcze szelki ze skrzydłami, by wszystko dobrze się trzymało. — Ale to duży chłopiec, poradzi sobie z naszym kochanym Panem Potworem, a jak obiecał, że będzie, to będzie.
— Masz do niego duże zaufanie. Nigdy nie martwiło cię to, że siedział?
— Martwiło? Jasne, że mnie martwiło. Mój kumpel poszedł na kilka lat do pierdla, Jaz. Na pewno się nie cieszyłem.
Jasper skrzywił się na ten lekki, w swoim odczuciu, atak. Do tego się nie zrozumieli.
— Ale wiesz… tak w sensie… — Westchnął. — Że on cię martwił?
Marvin oparł się tyłkiem w bialusieńkich stringach o skraj toaletki.
— Czy się go bałem? Na pewno nie. Znam go od dziecka. Jest dla mnie jak brat, pierwszy kochanek, kumpel i mentor w jednym. Że podpala różne przedmioty… Każdy ma jakąś swoją mroczną stronę, stary.
Jaz niby mógł przyznać mu zwyczajnie rację, ale i tak dodał:
— No… ale jednak wiesz, podpalać różne rzeczy, a siedzieć za podpalanie różnych rzeczy… Ale nie, wiesz, żeby nie było, ja go lubię, nic do niego nie mam, tak tylko gadam.
— Wiem, że to nie jest normalne. Nie powinien tego robić, ale nie chcę go oceniać tylko poprzez pryzmat tego, że jara się ogniem. Równie dobrze, jakbym uważał go za pojeba, to on mógłby mnie uważać za babę — prychnął Marvin. Uważał, że skoro nie chce, by ktoś się do niego doczepiał, tak sam nie może się doczepiać do nikogo. Dlatego też nie nabijał się z Patsy’ego po botoksie, czy barmana Ethana, że chodzi regularnie na solarium. No… kpił z pochodzenia Orvela, ale ten po prostu był chujem. Za to Dean był dla niego jedną z bliższych osób i inne jego cechy były dużo ważniejsze niż piromania.
— Ale ty jesteś słodką babą! — Jasper zaśmiał się, po czym wykrzywił wargi, przypominając sobie, że w tej chwili nie bardzo ma jak go pocałować, aby nie najeść się szminki.
— Dzisiaj jestem dla ciebie niewinnym aniołem, który tylko czeka, aż po występie będzie mógł się dla ciebie otworzyć… — odmruczał Marvin, wyciągając do przodu nogę i wierzchem stopy w wysokich szpilkach przesunął po łydce kochanka.
Zanim Jaz zdążył chociażby zamrugać, w drzwiach garderoby pojawiła się głowa ich choreografa, który zawołał:
— Za minutkę wchodzicie! — I wybiegł.
Jaz spojrzał na drzwi i uśmiechnął się kącikiem ust ze smutkiem.
— No, to już tylko odwalić ten występ — zamruczał nisko i posłał Marvinowi całusa, kiedy już wstał, aby jeszcze troszkę się porozciągać.
Potem stanęli za wyjściem na scenę, czekając, aż z głośników popłyną pierwsze nuty utworu. Gdy to nastało, Marvin jeszcze mrugnął do Jaza i wyszedł pierwszy na scenę od razu tanecznym krokiem, rozpoczynając swój układ.
Nie skupiał się na tym, co działo się przed sceną i dalszych w zakamarkach klubu, bo był całkowicie skupiony na tańcu. Kątem oka jednak dostrzegł Harleya stojącego na balustradach, skąd obserwował scenę. Widział też, że ludzi w klubie była wręcz masa. Cały tłum wpatrywał się teraz w niego, na scenę, która była odpowiednio oświetlona reflektorami. Poblask był delikatny i podążał w ślad za tańczącym „aniołem”.
Wszystko było harmonijne, zgrane i płynne. Ludzie żywo reagowali, a kiedy na scenie pojawił się drugi tancerz, a muzyka zmieniła się na dużo cięższą i szybszą, zrobiło się bardziej gorąco.
Gdzieś w tym tłumie poza managerem był jeszcze Karl, trzech tancerzy, którzy dziś rano przyszli na próbę oraz Dean, mocno odczuwający efekty seksu sprzed niespełna dwóch godzin.
Cały występ wyszedł bardzo seksownie. Na pewno część osób musiała po nim udać się na małą wycieczkę do darkroomu, w głowach mając wyprężające się ciała dwójki tancerzy i scenę, w której człowiek ostatecznie dominuje nad aniołem, posiadając jego splamione upadkiem na ziemię ciało.
Kiedy tancerze schodzili ze sceny, Harley uśmiechnął się do nich z góry i skinął z aprobatą głową. Musiał być zadowolony z osiągniętego sukcesu. Gdy tylko reflektory zostały zgaszone i scenę znowu ogarnęła ciemność, a reszta klubu została oświetlona, wrócił do swojego biura.
Marvin oddychał głęboko, już po drodze do garderoby zdejmując szpilki. Występ był jednym z dłuższych, jakie kiedykolwiek prezentowali i do tego bardzo wymagający. Jego klatka piersiowa poruszała się głęboko.
Rzucił buty pod ścianę i podszedł do stojącej na toaletce butelki wody, by się napić. Jaz też wyglądał na zmęczonego, ale poczekał, aż kochanek się napije i dopiero wziął od niego butelkę.
— Chyba się udało. — Zaśmiał się ze zmęczeniem przebijającym się nawet w głosie, zerkając na białe usta Marvina. — Ale padam… — Nie skończył, bo ktoś zapukał do ich garderoby.
Marvin chwilowo nie miał siły iść, by otworzyć, bo właśnie usiadł na krzesełku i zaczął rozmasowywać sobie łydki, więc tylko rzucił:
— Wejść!
Jaz rzucił mu wymowne spojrzenie, bo nim wyszli na scenę, zamknął drzwi. Już się tego nauczył. Wszystko po to, aby nikt im się do rzeczy nie dobrał. Większy uraz miał tym bardziej po problemie związanym z Orvelem. W końcu w tej sprawie ich prywatność była bardzo mocno nadszarpnięta i wykorzystana.
Kiedy przekręcił zamek siłującemu się z klamką gościowi, do środka wpadł Dean.
— Głupie drzwi — burknął na wstępie, a potem od razu zaczął grzebać w kieszeniach spodni.
— Tak w ogóle to cześć — odparł Marvin, sięgając do drugiej łydki. — Co tam, mistrzu?
— Nieźle. Niezły występ. Już trochę liczyłem, że się wyjebiesz, jak się tak przechylałeś od tego „uderzenia”. — Zaśmiał się, wyjmując kluczyki. Pomachał nimi. — Kto zgłasza się na ochotnika? Bo na pewno nie ja.
— Mogę prowadzić. Ale co się tak spieszysz? Nie przyjechałeś ledwo przed występem? — zapytał Marvin.
— No… — Dean się zaciął. — Tak, ale nie spieszę się. Tylko mam zamiar pić, a potem, jak zgubię kluczyki, to żaden z nas kulturalnie nie wróci do ciepłego mieszkanka Jaza.
Jasper musiał przyznać mu rację.
— Spoko, ale będziesz miał jakiś telefon, aby cię potem znaleźć czy coś?
Kiedy Dean potaknął, Marvin dodał:
— Tylko nie wymieniaj karty. Chciałbym się tym razem dodzwonić. — Po tym wstał i zabrał od niego kluczyki, by później, jak już się przebierze, schować je do kieszeni spodni. — Byłeś z Harleyem? — dopytał.
Dean zerknął to na jednego, to na drugiego i skinął głową.
— No — przyznał, wkładając dłonie w kieszenie. — Ale, bo nie mówiłem chyba… W niedziele będę się zbierać. Jeśli już jest pozamiatane, to oddam wam już tę kanapę.
Marvin ściągnął krótko brwi, ale ostatecznie nie znalazł argumentu, żeby zaoponować. Oczywiście mógłby powiedzieć, że chciałby, aby ten jeszcze z nimi został, bo stęsknił się przez ten długi czas niewidywania się, ale wiedział, że obaj byli dorośli i Dean na pewno też miał swoje sprawy w Montanie.
— Okej. Szybko się zwijasz, ale mam nadzieję, że dobrze się u nas bawiłeś.
— Co będę wam zagracał mieszkanie? Trochę sobie ulżycie po tym małym problemie, a ja jeszcze dam się zaprosić. — Dean uśmiechnął się i puścił im oczko.
— Jasne, możesz już sobie planować kolejny urlop z zakwaterowaniem na kanapie w moim mieszkaniu. — Jaz zaśmiał się przyjaźnie.
— Może jak już będzie cieplej, to zrobimy sobie przyjemniejsze ognisko — wtrącił Marvin, przy okazji sięgając po wacik i płyn do demakijażu. — Ale jeszcze mamy sobotę, żegnać się będziemy później.
— Mm, jasne, a na razie… — Dean podszedł do Marvina i zabrał mu kosmetyki z dłoni. — Siadaj, ściągnę ci to, będzie szybciej i będę mógł ukraść ci wtedy chłopaka do picia. — Zaśmiał się, rzucając Jasperowi serdeczne spojrzenie.
— Nie musisz mnie kraść. A Marvin dostanie soczek — odparł najmłodszy z obecnych.
Marvin usiadł na taborecie i zamknął oczy, wystawiając twarz do Deana.
— Ale pamiętasz, Dean, co ci mówiłem? Że musisz jeszcze ze mną zatańczyć.
— Mówiłeś coś takiego? — Najstarszy mężczyzna zaśmiał się, wyciskając na wacik mleczko do demakijażu i powoli ściągając z Marvina jego make up.
— Twoje zdanie w tej kwestii się nie liczy. Zatańczysz i już — odpowiedział Marvin z lekkim uśmiechem, poddając się jego działaniom.
— Uparciuch — Dean prychnął i pstryknął go delikatnie w nos.

*

Kiedy Dean i Marvin ruszali się na parkiecie, ocierając się o siebie w dosyć szybkim tańcu i idealnie się ze sobą zgrywali, spora część osób wokoło była tym zaciekawiona. Marvin uśmiechał się do kumpla kusząco i co raz, niby przypadkiem, dotykał go pośladkami. Dean też sugestywnie się o niego ocierał, a każdy ruch był niewymuszony i przy tym bardzo, bardzo zmysłowy. Nie było to tylko bujanie się do rytmu, a wymyślany na poczekaniu taniec. Pełen figur, znanych im ruchów, które musieli wykonywać setki razy, tańcząc kiedyś ze sobą częściej.
Karl, który właśnie zszedł ze swojego podwyższenia, by odsapnąć, rzucił im długie spojrzenie. Zacmokał pod nosem, poprawił luźne, ale prześwitujące szorty i podszedł do baru.
— Ethan, daj mi trochę wody — poprosił barmana i spojrzał na stojącego obok Jaza. — Nieźle się ruszają — skomentował jego faceta i Deana Boyera, piromana.
— Co nie? — Jasper uśmiechnął się bardzo szeroko, pijąc kolejnego z rzędu drinka. Piwa też się napił. Ogólnie mieszał wszystko, więc był wyjątkowo radosny. Tylko strasznie, strasznie chciało mu się palić, ale na zewnątrz było lodowato. — Dean jest miękki jak guma.
Karl pokiwał głową i przysiadł na barowym krzesełku. Napił się wody, którą Ethan podał mu z lodówki, ale nie zatrzymał się na krótką konwersację, bo klub był dzisiaj wyjątkowo zatłoczony i miał pełne ręce roboty. Nie pomagał nawet dodatkowy barman pracujący na pół etatu. Wiedział, że to za sprawą występu Jaspera i Marvina i nie miał co narzekać. Napiwków dostał już całą masę.
— W ogóle podobnie się ruszają. O, o, o! — Karl wskazał nawet dłonią, gdy dwójka mężczyzn synchronicznie zafalowała, ocierając się o siebie klatkami piersiowymi. — Podobny styl.
— No, Dean podobno uczył go tańczyć — wyjaśnił Jaz, znowu popijając swój alkohol. — Ale dobry jest. Podobno jakieś walczyki nawet tańczył, łapiesz? — Zarechotał, bo już w tym stanie nawet takie rzeczy go bawiły.
Karl spojrzał na niego kątem oka, bardziej czujnie, a widząc ten jego radosny uśmiech, wyszczerzył się do niego.
— Zajekurwapocieszne — odparł ze śmiechem. — Ale są strasznie sobą zajęci. Nie nudzi ci się? — Odchylił przy tym kolano, zaczepnie stukając nim nogę Jaza.
— Hę? — Ten oczywiście nie załapał od razu. — Aaaa! — wydarł się i złapał Karla za nadgarstek. — Chcesz tańczyć, chodź! — Zarechotał i pociągnął go na parkiet jak szmacianą lalkę.
— Wow, spoko, kurwa… — Karl zaśmiał się i rzucił przez ramię butelkę wody Ethanowi, dając się pociągnąć. — Ale nie wypierdolisz się jak długi, co? — upewnił się.
— Nie — odparł Jaz pewnie i kiedy byli już na parkiecie, objął chłopaka najpierw w pasie, a potem złapał go za dłoń i obrócił nim. — Naturalny talent — zakpił z siebie, głośno i radośnie się śmiejąc.
Karl odpowiedział szerokim uśmiechem, tańcząc z nim chętnie. Na szczęście Jaz nie był na tyle pijany, by upaść, więc tańczyło mu się dobrze, choć bardzo chaotycznie i nawet nie wiedział, który z nich prowadził.
— Ej, w ogóle słyszałem, że załatwiliście sprawę z Orvelem… — rzucił po jakimś czasie, obejmując mężczyznę za szyję i kręcąc tyłkiem.
Jaz trochę spoważniał.
— Nie będę o tym gadać.
— No, weź, Jaz… Chciałem jakoś przeprosić, bo… Głupio mi trochę, jak się okazało, że wasza wersja była prawdziwa…
Jasper spojrzał na Karla srogo z góry, odsuwając go od siebie. Jego nastrój w jednej sekundzie zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni, a to wszystko przez wyobrażenie sobie twarzy tamtego suczego syna i tego, co zrobił Marvinowi.
— Trochę?! — syknął. Alkohol nie pomagał mu w panowaniu nad emocjami, a głośna muzyka wokół zmuszała do krzyczenia.
Chłopak skrzywił się, zatrzymał zupełnie i spuścił wzrok.
— No, nie, no… Bardzo. Syf straszny wyszedł. Ale już po problemie, nie?
— Jeśli ten chuj nie wpadnie na pomysł, aby coś odpierdolić w imię zemsty, to tak. I… — Jasper szturchnął go palcem w klatkę piersiową. — Niech cię to na przyszłość nauczy myśleć!
— Sorry, no, skąd miałem wiedzieć, że Patsy to puści dalej?! Albo że jego facet jest pojebem, który uśmiecha się jak wujek dobra rada, a potem szantażuje i molestuje innych facetów? — jęknął blondyn.
Jaz wciągnął powietrze nosem i jeszcze chciał mu coś powiedzieć o tym, że właśnie na tym polega myślenie, na przewidywaniu, na tym, aby najpierw zastanowić się, a potem robić… Nic jednak nie powiedział, bo na jego ramiona zwalił się mu blondwłosy ciężar.
— No cio, tygrysku, chodź pić. — Dean zamruczał mu do ucha i nawet je liznął, nim odsunął się. Klepnął go jeszcze w pośladki i ruszył w stronę baru.
Jasper westchnął ciężko, wyminął Karla bez słowa i poszedł za Deanem. W tym czasie Marvin zniknął im z oczu, by pójść pogadać z Harleyem o występie i przycisnąć go w sprawie obiecanej premii.

*

Dean oparł się o ścianę i roześmiał, kiedy jakiś gość klubu rzucił mu przerażone spojrzenie, po tym jak wyszczerzył się do niego. Był zupełnie nawalony. Kiedy Jasper poszedł tańczyć z Marvinem, wypił straszne ilości alkoholu z jakimś kolesiem, który był w jeszcze gorszym stanie. Tamten już nie wstał. On jednak dał radę i teraz nawet stał na własnych nogach. Jego gospodarze zniknęli z parkietu. Najpewniej udali się gdzieś w ustronne miejsce, aby się obmacywać, a on nie miał siły ich wszędzie szukać. Do tego Marvin miał kluczyki do samochodu. Został sam, na łasce ścian i schodów, po których właśnie wchodził. Czuł się jak w siódmym niebie, że nikt ich nie pilnuje, ale kiedy był w połowie, nie było to już dla niego tak dziwne. Ciężko było po nich wejść. Znacznie łatwiej było się zwalić u ich szczytu w wąskim korytarzyku, na samym jego końcu w ciemnym kąciku.
Kiedy uderzył bokiem ciała w ziemię, jęknął, potem się roześmiał, skupił i podłożył sobie rękę pod głowę. Był tak pijany, że chciało mu się… albo nie. Chciało mu się jedynie leżeć i umrzeć, a już nauczony doświadczeniem wiedział, że takie miejsce gdzieś na odludziu jest dużo lepsze niż kanapy w darkroomach.
Nie wiedział, ile czasu minęło, aż usłyszał czyjeś kroki. Były dość ciężkie i nagle zatrzymały się tuż przy nim.
— Kurwa — oznajmił nieznany mu głos, po czym jego właściciel chwycił go pod ramię i z łatwością uniósł w górę. — Wstawaj, kolego, to nie izba wytrzeźwień.
Dean nie protestował. Zaburczał tylko, dając się jako tako postawić na nogi.
— Mm… zapłacę… — burknął znowu, unosząc jedną rękę, z założenia pewnie wychodząc, że coś zdewastował.
Ochroniarz westchnął i oparł go o ścianę.
— Czekaj tu, zastanów się, z kim tu przyszedłeś albo czy masz drobne na taryfę i zaraz cię wyprowadzę. I ani się rusz! — Mężczyzna jeszcze zagroził mu palcem, nim otworzył drzwi do biura managera, by zrobić to, po co tu przyszedł.
Dean zamruczał potakująco, zsuwając się na dół po ścianie. Przymknął przy tym zmęczone oczy.
Słyszał jak przez mgłę rozmowę ochroniarza ze znanym sobie głosem. Coś o jakimś cynku o inspekcji klubu. Harleyowi wydawało się to nie podobać, co wyniósł z tonu głosu. Rozmowa jednak nie przebiegała głośno i ostro, a na koniec ochroniarz rzucił:
— Dobra, szefie, ja spadam, bo jedne zwłoki się tu obok biura zwaliły.
— Jasne. Ja się idę odlać — stęknął manager, najwyraźniej wstając z fotela. — A potem zajrzyj do darkroomów, czy nie ćpają.
— Ta jest!
Ochroniarz wyszedł z biura pierwszy i westchnął z rezygnacją, ujrzawszy Deana znowu na ziemi. Schylił się już bez słowa, podciągnął go do góry i już miał go wyprowadzić, gdy Harley wyszedł z biura i ściągnął brwi, zauważając, o czyich zwłokach mówił ochroniarz.
— Czekaj, Hugh — rzucił i podszedł do nich, zadzierając głowę pijanego za podbródek. — Hej, Dean!
Blondyn zaburczał, z trudem unosząc jedną powiekę. Uśmiechnął się głupkowato.
— Cz… czszuje — wymamrotał i mocniej chwycił się ochroniarza, kiedy znowu mu się nogi ugięły. — Ma… — ziewnął i od razu zawiało od niego niezłą mieszanką.
Harley uniósł wzrok do nieba i skinął na swojego pracownika.
— Posadź go u mnie w biurze, a potem poszukaj mi Marvina albo Jaspera — polecił, a ochroniarz tylko grzecznie przytaknął i dosłownie wniósł Deana do biura.
Poza fotelem Harleya przy biurku, były jeszcze dwa pod ścianą i na jednym z nich posadził pijanego mężczyznę. Potem wyszedł, by poszukać tancerzy. Manager za to zamknął drzwi gabinetu i spojrzał z góry na pijanego piromana, wsadzając ręce w kieszenie garniturowych spodni.
Dean zakręcił się na krześle i zwinął dziwnie, podkulając nogi pod siebie i zasypiając w takiej pozycji, że jedynie kot następnego dnia nie byłby połamany.
Harley prychnął pod nosem i usiadł ponownie za biurko. Cóż, teraz fakt, że chciało mu się lać, poszedł w odstawkę. Nie miał zamiaru zostawiać tu pijanego Deana samego. Ponownie więc zajął się swoimi sprawami i przedzwonił do jeszcze jednego ochroniarza, który akurat miał wolne, by wpadł jutro rano i sprawdził cały klub, czy nie ma gdzieś czegoś, do czego mogłaby się doczepić inspekcja. Potem już tylko czekał, aż przyjdzie Marvin albo Jasper.
W tym czasie Dean znowu zakręcił się na siedzeniu i kiedy wyglądało na to, że ma spaść, w ostatniej chwili się zatrzymał i poderwał głowę, rozglądając się bardzo tępo.
— Jasno — jęknął, mrużąc oczy i znowu się kuląc. Potarł też twarz, a kiedy katem oka zobaczył Harleya, przeklął szpetnie.
— Zgasić? — zapytał manager, podjeżdżając na fotelu o metr do ściany, gdzie były włączniki i przestawiając jeden, przez co reflektory nad Deanem zgasły. Teraz świecił się tylko jeden, po drugiej stronie gabinetu. — Lepiej?
— Mmm… — zamruczał blondyn potakująco. — Coś… zjebałem? — spytał, czując, że nie ma w ogóle władzy w ciele, a w głowie ma śmietnik. Nie był w stanie przypomnieć sobie, jak się tu znalazł ani co robił przez większość czasu po tym, jak zaczął pić z Jasperem.
— Nie, z tego co mi wiadomo przynajmniej. Nie jest ci niedobrze? — dopytał się manager, sięgając już do telefonu na biurku i wykręcając numer Marvina.
— Nnn… — Dean zamruczał znowu i widząc, że ten gdzieś dzwoni, dodał: — Marvin ma… klusyki — wyseplenił. — Ale poszli się… chyba pieprz… — zawiesił się. — Nie wiem, kiedy — jęknął żałośnie i oparł głowę o ścianę za sobą.
— Szzz… — uspokoił go Harley, nasłuchując i wreszcie rzucił do telefonu: — Jesteście w klubie? — Chwilę panowała cisza, po której dodał: — To mi przykro, że przerywam, ale do biura, w mig. Już — dodał rozkazująco i nie czekając na odpowiedź, odłożył telefon, po czym wstał zza biurka i podszedł do kulącego się na fotelu Deana. Kucnął przed nim. — Na pewno nie będziesz rzygał? — zapytał miękko.
Dean zerknął na niego, a przynajmniej mniej więcej na niego.
— Nnn… — zamruczał, po czym położył mu jedną dłoń na ramieniu, a drugą na podłokietniku krzesła. — Po… poczekam przed… — dodał, próbując wstać. Nie chciał się tu znaleźć ani narobić problemów. Chciał tylko się chwilę zdrzemnąć.
— Nigdzie, kurwa, nie idziesz! — Harley warknął od razu i przytrzymał go na miejscu. Był bardzo zdecydowany, a animuszu dodawała mu jego masywna sylwetka. — Siedź, nie ruszaj się, bo mi się ze schodów spierdolisz i będę musiał szukać twoich kłów, bo pewnie sporo za nie dałeś.
Dean zamruczał i nawet nie miał siły, aby się wyrywać. Burknął coś niewyraźnie pod nosem, a po chwili do gabinetu ktoś zapukał. Harley uniósł się i otworzył, a gdy zobaczył Marvina i Jaza, zaprosił ich do środka.
— Dean coś wymamrotał, że macie kluczyki. Piliście obaj?
Marvin ściągnął brwi, zerkając na swojego kumpla, po czym uśmiechnął się z politowaniem.
— Ja nie piłem, mogę prowadzić. Wybacz za niego.
Jaz nic nie powiedział, bo opierał się o futrynę, też wyglądając na mocno nieświeżego. Dean za to, jak dziecko, wyciągnął ręce do Marvina, znowu burcząc coś pod nosem. Przed Harleyem czuł się strasznie, strasznie głupio.
Marvin pochylił się do kumpla i podniósł go z siedzenia. Oplótł sobie szyję jego ręką, żeby ten się nie wywalił.
— Dobra… Dzięki, już go zabieramy — rzucił do managera, który uśmiechnął się lekko i podszedł do nich. Spojrzał na Deana, złapał go za podbródek i powiedział:
— Śmierdzisz, ale daj buzi. — Po tym cmoknął mężczyznę w usta i odsunąwszy się, pozwolił im, a raczej Marvinowi wyprowadzić mężczyznę.
I jak Dean nie był ciężki, tak sprowadzenie go po schodach mogło okazać się trudne, tym bardziej dla Marvina, który jeszcze musiał patrzeć, czy Jasper poradzi sobie z ponownym pokonaniem tej zdradzieckiej przeszkody. Na razie uczepił się barierki i dzielnie sam schodził, ale upadek mógł być kwestią czasu.
Harley patrzył za nimi z dość mocnym sceptycyzmem, po czym na chwilę olał swoją pracę i podszedł do schodów, do których dotarł już Marvin z Deanem.
— Daj go, pomogę wam. Pilnuj Jaza, żeby się nie wypierdolił, bo nie chcę potem słyszeć o kolejnym urlopie z powodu uszczerbku fizycznego — powiedział, zabierając z rąk Marvina piromana i nie przejmując się niczym, chwycił go pod kolana, podnosząc go w ten sposób. — Do tylnego wyjścia.
— Jasne, szefie — odpowiedział Marvin, patrząc z trudnym do odczytania wzrokiem na szefa i kumpla, po czym zarzucił sobie rękę Jaza na szyję. — Powoli, tygrysie.
Jasper zamruczał potakująco, trzymając się kochanka i schodząc już sprawniej w dół. A na pewno pewniej, wiedząc, że ktoś go w razie co złapie.
Dean za to, dopiero kiedy znalazł się na rękach Harleya, zauważył, że tak bez jego opinii został potraktowany.
— Boże… — jęknął, czując się jak jakaś panienka. Mimo tego jednak przylgnął twarzą do szerokiej klatki piersiowej mężczyzny i wciągnął jego zapach. Aż mu się bardziej zakręciło w głowie.
— Nie, tylko Harley, ale możesz tak mówić. „O, Boże Zajebistego Orgazmu” — manager zamruczał mu cicho do ucha, po czym jednak bardziej skupił się na ostrożnym schodzeniu z nim po schodach, niż flirtowaniu. Zresztą, jaki sens w ogóle był we flirtowaniu z pijanym mężczyzną? Nie wiedział, chociaż niesienie go w ten sposób było nawet przyjemne. Pomijając te momenty, kiedy stopy blondyna zaczepiały a to o szczebelki schodów, a to o rogi ścian.
Szedł tuż za Marvinem i Jasperem, którzy po zajściu skręcili nie w stronę parkietu i wyjścia głównego, ale do wyjścia dla personelu.
Dean już nic nie odpowiedział, oddychając na klatkę piersiową starszego mężczyzny. Było mu bardzo źle, że ten musi go nieść, bo się schlał jak jakaś pijaczyna, ale i dobrze tak blisko niego, mimo swojego stanu.
Marvin jeszcze przytrzymał im drzwi, a Jaz już powoli szedł w stronę samochodu. Kiedy oparł się o niego ciężko, ten nie zaczął wyć, bo nie miał nawet alarmu.
Harley spojrzał z wyczekiwaniem na starszego z tancerzy, którzy dzisiaj wdzięczyli się na scenie, a ten wyciągnął kluczyki z kieszeni i otworzył auto.
— Ładuj ich, a ja zaraz wrócę z rzeczami — rzucił do managera.
— Nigdzie nie ucieknę.
Marvin przytaknął i zawinął się pospiesznie w stronę klubu, a Harley spojrzał na Jaza nakazująco.
— Pakuj się na tylne, dam ci obok Deana.
— Mhm… Się robi — odparł najmłodszy mężczyzna i z trudem wszedł do samochodu. — Chyba, że chcesz se go ukraść — dodał już ze środka i roześmiał się pijacko.
Dean nie zareagował na to w ogóle, bo chyba znowu mu się przysnęło. Tracił świadomość i odzyskiwał ją, zupełnie nad tym nie panując. Alkohol zupełnie zdominował jego mózg.
Harley spojrzał na niego i mimowolnie uśmiechnął się bokiem ust.
— Takiego spitego, nadającego się tylko jako termofor do łóżka? — odparł bez specjalnej irytacji, a wręcz z rozbawieniem. — Wasz kumpel, wasz problem — dodał i czując, że jest zimno, a on stoi jak kretyn z tym zapitym facetem na zewnątrz, ostrożnie się pochylił, by posadzić byłego tancerza w środku. Nie powiedział nic do niego, skoro spał.
Jaz jeszcze się zaśmiał i kiedy Dean zamiast siedzieć, zaczął się pochylać, położył sobie jego głowę na kolanach.
— Idź, bo zamarzniesz. Jak już nie masz termoboru… termoworu… oj, wiesz.
— Nie zostawię was tutaj, dwóch pijanych. Okradną was, zgwałcą albo coś zarzygacie — odparł poważnie Harley, oglądając się w stronę wejścia do klubu, ale Marvin jeszcze nie nadchodził.
— Pierwsze wątpliwe, a na ostatnie nic nie poradzisz — stwierdził Jaz i ziewnął. Zaśmiał się z tego. — Ej… Ale dobrze było?
Harley pochylił się, opierając dłońmi o dach samochodu nad otwartymi drzwiami i spojrzał na siedzącego w środku Jaspera. Chwilowo starał się nie zwracać uwagi na to, że zimno mu w tyłek i nerki.
— Występ? Udał się. O premii pogadamy, jak wytrzeźwiejesz.
— Mmmm… Okej.
Harley chwilę mu się przyglądał, po czym tylko uśmiechnął się do siebie. Jak widział ich w takim stanie, przypominał sobie swoje dawne klubowe wycieczki, gdy jeszcze sam doprowadzał się do takiego upojenia. Teraz już tego nie uskuteczniał. Był za bardzo zapracowany i chyba już zbyt dojrzały na takie ekscesy.
— Żyją? — usłyszał głos Marvina, który właśnie dotarł do samochodu z kurtkami dwójki pijanych mężczyzn.
Manager odsunął się od auta i przytaknął.
— Jeden usnął, drugi ma ataki śmiechu, ale żyją. Dopilnuj, by się nie połamali, a ja wracam do pracy.
— Dzięki, szefie.
— No, na razie chłopcy. — Harley jeszcze obejrzał się na nieprzytomnego Deana, klepnął na pożegnanie Marvina w pośladek i ruszył do klubu.
Jaz także pomachał swojemu szefowi i znowu się zaśmiał, nim krzyknął do Marvina, kiedy ten wsiadł do auta:
— Marvin!
— Co tam, tygrysie? Jak rzygać, to za okno — odparł mężczyzna, zapinając pasy i wsuwając kluczyki do stacyjki.
— Kocham cię! — wymamrotał Jaz z błogim, pijackim uśmiechem. — I zaczyna chcieć mi się lać, a Dean ślini mi się na spodnie — poinformował rzeczowo, opisując dość jednoznacznie zarówno swój stan, jak i fakt, że ich gość właśnie tuli się do uda swojego gospodarza jak do maskotki.
— Zdejmiemy, jak dotrzemy do domu. I wytrzymaj, bo z tego co wiem, Dean za pissingiem nie przepada — odpowiedział cierpliwie Marvin, odpalając samochód i wyjeżdżając z parkingu. Na szczęście specjalnie daleko do domu nie mieli. To cieszyło tym bardziej, kiedy uwaga strasznie mocno rozbawiła Jaspera.
Dojechali w kilka minut później, a Marvin tym razem był skazany tylko na siebie, jeśli chodziło o wytaszczenie pijanych mężczyzn z samochodu. Jakimś cudem mu się to udało i gdy weszli pod mieszkanie, nakazał kochankowi iść do sypialni, a sam poprowadził Deana do salonu.
— Kładź się, mistrzu. Rozbieram cię i idziesz lulać — rzucił do niego miękko, jedną ręką odsuwając kołdrę z kanapy, a drugą go trzymając.
Dean zwalił się na posłanie i znowu zamruczał sennie. Nie protestował też kiedy młodszy mężczyzna go rozbierał. Aż zastanawiające było, czy to dlatego, że jest świadom, gdzie się znajduje i z kim jest, czy dlatego, że jest tak napruty, że każdy mógłby to zrobić.
Marvin pozbył się z niego całego ubrania, ale nie kłopotał się już ubieraniem go w króliczą piżamę. Przykrył go tylko pościelą, upewnił się, czy ten leży stabilnie i dopiero zgasił światło w salonie. Wreszcie sam mógł zdjąć kurtkę, buty i bluzę, bo zrobiło mu się przez te siłowe zmagania z dwójką pijanych ludzi bardzo gorąco.
Kiedy przeszedł do sypialni, znalazł na łóżku rozpłaszczonego na samym środku Jaspera. Chrapał.
Popatrzył na niego z góry i skrzywił się. Ogarnęła go lekka irytacja. Udał się im wielki występ, problem z Orvelem został zakończony, a jego kochanek, zamiast spędzić z nim namiętną noc z obiecanym, cudownym seksem, ujebał się jak prosiak. Nic teraz nie mógł na to poradzić, dlatego z neutralną miną podszedł do niego, rozebrał podobnie jak Deana, do rosołu, i przykrywszy go kołdrą, którą musiał spod niego wyszarpnąć, poszedł się umyć. Musiał posiedzieć w ciepłej wodzie i dać sobie odpocząć po tym wymagającym dobrej kondycji wieczorze.

19 thoughts on “No Exit – 25 – Wieczór wymagający dobrej kondycji

  1. Katka pisze:

    Basia, oj tak, byłoby fajnie, jakby został… na pewno z panem potworem byłoby mu dobrze. Jest to jakiś magnez w tym mieście, więc może zostanie :) Zobaczymy, zobaczymy. Brniesz, więc może szybko się przekonasz :)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    występ się udał perfekcyjnie, ale się schlali, jedyny to Marvin trzeźwy… niech Dean zostanie, proszę… on musi być z monstrum to znaczy z Harleyem ;]
    Multum weny i pomysłów życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Bebok pisze:

    Udana impreza widać xd Współczuję poranka, kacycho życia murowane ;D
    Marvin trochę się udupił, bycie jedynym trzeźwym w towarzystwie czasami jest zabawne ale z drugiej strony to utrapienie szczególnie jeśli musisz się zająć kimś zalanym w trupa XD Prawie mi go żal ;P No i z poorvelowego i powystępowego seksu na pocieszenie nici ;p
    Harley po raz kolejny mnie rozbroił ^^ „Śmierdzisz, ale daj buzi” to było meeega urocze :D Dean musi zostać, nie ma opcji.

  4. Katka pisze:

    Kaczuch_A, nooo, Harley będzie smutny, Wy będziecie smutni, Marvin będzie smutny… Deanek powinien zostać ;( Ale jeszcze nie wiadomo, co go do tego przekona i czy w ogóle. Snif, snif… Ale tak, kac gigant na bank będzie po czymś takim XD I dobrze, jak się przesadziło, trzeba za to płacić. Na szczęście mają Marvina, który może im przyniesie jakieś jajeczko na boczusiu i będzie dobrze… Oj, a co do występów, spoko ;) Zakoduj tylko, że są odjechane w kosmos i styknie XD

  5. kaczuch_A pisze:

    Jak Dean wyjedzie to się popłaczę, tak o po prostu, będę tęsknić i płakać w poduszkę za tym świrem. I jaki Harley będzie smutny, nie wyobrażam sobie tego. I panowie brawo na następny dzień kac gigant~! Powodzenia, bo się przyda xD I Marv nici z seksu i dobrze :P Jaz’a uwielbiam, chcę takiego faceta. Ciężko mi wychodzi wyobrażanie sobie ich występów, akurat w tej kwestii moja wyobraźnia artystyczna kuleje xD za mało takich występów widziałam, by mieć pojęcie jak to może wyglądać.

  6. Katka pisze:

    Damiann, wiesz, czy zrobi komuś krzywdę, czy nie zrobi, to już musisz się sam dowiedzieć z tekstu XD ja bynajmniej nic nie powiem. A jest niestabilny psychicznie, więc nigdy nic nie wiadomo. A co do zębów, to oczywiście kwestia subiektywna, każdy ocenia to po swojemu, więc nie dziwi mnie Twoja opinia ;) Deanek je lubi w każdym razie, Harley tez XD

  7. O. pisze:

    Wiem, że moje uwielbienie Lenny’ego może troche popadać ale to cii.. xD
    Ej trzeba zaś na czacie jakoś się spiknac bo widzę więcej nowych czytelnikow to się można poznac ^^

  8. damiannluntekurbus17 pisze:

    Boze, zawze wam zaspamie, wybaczcie xD NIechcacy wcisnalem ,,opublikuj komentarz”. Glupie palce…
    O. – kto wie, niektorzy maja dziwne zapedy, a ja Cie nie znam xD
    Zartuje oczywiscie, wierze, ze gwalty Cie nie jaraja xD

  9. damiannluntekurbus17 pisze:

    Znaczy, bardziej chodzilo mi o to, czy Dean nie zrobi nikomu krzywdy, bo jak sama mowisz ma zaburzenia psychiczne xD Nie chcialbym przeczytac w pewnym rozdziale, ze Harley zostal zamordowany podczas seksu xD
    Co do zebow, fuj. Strasznie to wyglada, zabilbym swojego faceta gdyby takie chcial sobie zrobic. Ja rozumiem oczywiscie, ze ma sie rozne gusta, ale.. Nie. Nie przezylbym tego. Taki egoistyczny jestem, mysle tylko o sobie xD
    O. Kto wie

  10. Katka pisze:

    Damiann, oj, to polecam poczytanie rozdziałów od początku, chronologicznie, bo tak mocno umniejszasz sobie rozrywkę ;) A i ja się czuję trochę dziwnie, musząc wyjaśniać, bo to tak jak spoilery XD Tylko że od tyłu. Poczytaj ;) No ale odpowiem, niech będzie – Dean ma zęby nie spiłowane, jak niektórzy sobie robią, a wstawione zaostrzone. Nie wiem, czy gdzieś widziałes, ale jak nie, to zerknij na googla, pomoże ;) Z kolei piromania, nom, jest piromanem, czyli ma specyficzne… zaburzenia XD Właściwie w tym Google też może pomóc, ja nic nie muszę dodawać XD Tak, to jest na swój sposób psychiczna nieścisłość, więc jak najbardziej można powiedzieć, że Dean jest chory.
    Co do przebierania się… Hm, w klubie to jest trochę inna sytuacja. Zauważ, że Marvin chodzi na co dzień ubrany w jeansy, skórzaną kurtkę, zwykłe podkoszulki, bluzy. Jego kabaretki, szpilki i cała reszta to jego image sceniczny, jego „ja” w pracy. I w klubie nie jest to niczym wow, więc nie ma z tym najmniejszego problemu.
    „Czy tylko ja lece na takich facetow, do tego starszych o kilkanascie lat? xD” – hehehe, na pewno wielu by się znalazło XD Dean popiera w każdym razie XD Chociaż on tam z Harleyem wielkiej różnicy wieku nie ma, właściwie to bardzo niewielką. Ale fajnie, że nasz szefek Ci się podoba :D Męski z niego facet. W ogóle jestem ciekawa, czy Twoja opinia się jakoś zmieni, kiedy przeczytasz całość :) Będziemy wyczekiwać komentarzy :D

    O., wiemy, że byś mu tego nie zrobiła :*

  11. damiannluntekurbus17 pisze:

    Nie wiem dlaczego, ale kazde slowo – prosiak, lulac, slini mi sie na spodnie itp. – wyjatkowo mnie rozbawialy, chyba sie czegos nacpalem (moze to te barwniki od jajek) xD
    Jako, ze ja nie czytam po kolei rozdzialow – bardzo prosze o wyjasnienie mi dlaczego Dean ma takie zeby i co to ta piromania? Wiem, ze to cos z ogniem, ale przed chwila przeczytalem, ze to jakas choroba psychiczna. Dean jest chory? o.o
    Tak sie zastanawiam, jak Marvin moze sie tak przebierac i pokazywac tylu gosciom? Ja osobiscie bym nie mogl – szpilki, kabaretki, makijaz i te sprawy – choc przyznaje, ze chce pracowac w przyszlosci w takim samym miejscu xD
    Zastanawiam sie kogo w tym opowiadaniu nie lubie i latwiej mi napisac kogo lubie. Najbardziej chyba Harleya, taki seksiak, do tego dojrzaly i szef. Czy tylko ja lece na takich facetow, do tego starszych o kilkanascie lat? xD
    Karl i Patsy tez sa fajni. Tego drugiego mi szkoda, bo Orvel go zdradzal (jego nie lubie). Mimo to kocham rozdzial, w ktorym O. gwalci Marvina xD
    Jason i Marvin – niby fajni, ale tacy dziwni. Mam mieszane uczucia i nie wiem, co o nich myslec. Lubie ich, ale no… Chociaz teksty maja fajne xD
    Dean – tez fajny chlopaczek, ale tez nie wiem, co o nim myslec. Moze jak przeczytam rozdzialy od poczatku to bede wiedzial po czyjej stronie zawsze stac xD Chociaz nie wiem jak to bedzie z Harleyem, bo wlasnie sie dowiedzialem, ze siedzial. Mam nadzieje, ze nikogo nie podpalil xD
    Co do pissingu – nie wiem, jak mozna lubic cos tak obrzydliwego ;-;
    Czekam na Charliego i Rusha, moich najlepszych i najcudowniejszych chlopcow xD

    Damiann

  12. Katka pisze:

    SilencedUnknown, fajnie, że macie ogólnie fazę na Deana i Harleya :D Są tu takim trochę nieplanowanym elementem, ale jakoś często postacie, które miały być tylko poboczne, przez przypadek wychodzą za fajne XD A jedyni trzeźwi zdecydowanie mają mniej zabawy, no ale ktoś musi. Potem można liczyć na odwdzięczenie się. I spoko, spoko, nie przejmuj się, bardzo nam miło, ze od czasu do czasu dajesz o sobie znać ;) Chociaż równoczesnie oczywiście życzymy więcej czasu na przyjemności ;) Ciebie też cieplutko pozdrawiamy!

  13. SilencedUnknown pisze:

    No zabijcie mnie, ale ja po prostu uwielbiam Deana i Harleya. Oni są genialni. Razem, czy osobno dawajcie ich więcej. I przyznam, że z chęcią przeczytałabym opowiadanie właśnie ukierunkowane na nich. Naprawdę są mega interesującymi postaciami! ;)
    I współczuję Marvinowi. Skończył tak, jak to zawsze kończą ci trzeźwi na imprezach – ogarniając nieprzytomnych.
    I taki zły Jaz ^^
    Są wybitni jak są pijani ^^ Świetny rozdział ;)
    I przepraszam, że ostatnio nie komentuję, ale niestety nie mam czasu. Jak tylko zapiernicz z nauką się skończy, to powrócę z częstszymi komentarzami, nie tylko dla No Exit, ale i dla Love Interest, Project D. i oczywiście Fire Dragon ^^
    Pozdrawiam! ;)

  14. Katka pisze:

    Liv, pijani ludzie w różny sposób się zachowują, niektórych się lubi, niektórych nie, no ale te dwa typy są na pewno wymagające XD Dobrze, że mają wokół siebie bohaterów XD No i smutno, smutno, Dean się zbiera, a przecież w mieście taki fajny facet jest dla niego… I dzięki, bardzo nie chciałabym być zalana, więc mam nadzieję, że Twoje życzenia poskutkują XD I wzajemnie! ;)

    Aenerys, gratuluję przeczytania, niezła pora na komentowanie swoją drogą XD Baaardzo doceniam! Awww no i słodko, że Deanek pijany przypadł Ci do gustu. Choć wg mnie jest trochę straszny, bo mam wrażenie, że nie powinno się go na sekundę zostawić bez opieki. Ooooj, a Marvinkowi oczywiście, ze Jaz będzie to musiał wynagrodzić! Taka noc, a tak zmarnowana… Smutek, niech stanie na wysokości zadania następnym razem. A jak Dean wytrzyma bez potwora… cóż, może znajdzie innego potwora w Montanie. Wszystko jest możliwe, pytanie, czy jednak ten konkretny mu nie zakręcił w głowie… ;)

    O., to zabawne, że da się cieszyć z braku seksów XD u nich seksy są ryzykowne, bo nie wiadomo kto z kim, gdzie i jaka będzie konfiguracja, a nie wszystkie są chciane XD A Harley jakkolwiek by chciał sobie go zabrać, tak nie może. Niestety syn ponad wszystko XD

  15. O. pisze:

    Ja tu się bałam o seksy nie takie jakie bym Jazowi życzyła a tu niespodzianka nie ma ich wcale xD pasuje mi to xD
    Choć Harley mógł sobie Deana zabrać ciekawe, może ten po alkoholu byłby luzniejszy xD

  16. Aeneryss pisze:

    A jednak przeczytałam! A jak już przeczytałam, to skomentuję, a co.
    Pijany Dean jest swietny. Tak jak normalnie zupełnie nie trawię pijanych ludzi, tak Dean zyskuje w takim stanie +500 do.. w sumie do wszystkiego xD Jaz po alkoholu jest idiotą, ale też go takiego lubię. Chociaż biedny Marvin został na noc bez towarzystwa. Jaz będzie mu to musiał jakoś wynagrodzić xD
    A Dean nie moze wyjechać. Znaczy moze, ale musi potem wrócić. No bo jak on tam u siebie wytrzyma bez swojego ukochanego potwora? Wnic innego nie wierzę tak jak w to, ze wróci. Albo Harley pojedzie do niego. Taka opcja też byłaby fajna!

  17. Liv pisze:

    Najebany Dean jest przeuroczy, ale najebany Jaz jest kretynem… Chociaz moze to tylko moje uprzedzenia, bo go nie trawie. Ale Marvin zachowal sie w porzadku, a Harley to juz w ogole jak bohater i obronca ucisnionego Deana… c:
    Co oni bez siebie poczna???
    W ogole tak sielankowo sie zrobilo, problemy rozwiazane, tylko smutno ze Deana ma zabraknac.. Ale ja w to nie wierze. :3 „Kocha, tylko jeszcze o tym nie wie.” xd
    Zycze wam, zeby nikt nie wpadl na zryty pomysl oblewania was woda w poniedzialek. Zabawa, kurwa.. Buziaaczkii!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s