Love Interest – 12 – Nad światłami Nowego Jorku

W poniedziałek z samego rana pan K zaczął prowadzić z trójką przyszłych dziedziców domu przygotowanie do nowej roli. Susan i Ashley podchodziły do tego chętnie, z entuzjazmem, ale lokaj doskonale widział, że Kapran, mimo że się stara i przyswaja wiedzę, to jednak jego entuzjazm jest zerowy. Jak na dłoni widać było, że mu się to nie podoba, ale przynajmniej do wczoraj John nie chciał słyszeć o odmowie. Jego pewność w tym zachwiało jednak poobserwowanie szkolenia z boku. Nawet on widział, że Percy nie pali się do tej roli i mimo że wewnętrznie go to irytowało, to jego rozsądek mówił, że młody mężczyzna może mieć rację. Cały czas przy tym jednak martwiło go, co by się mogło stać z Percym, gdyby nie miał tu żadnego prawa głosu. Z drugiej strony Susan dobrze się z nim dogadywała, więc nie powinna się go pozbyć… Obawy go jednak nie opuszczały.
Dochodziła prawie północ, kiedy John żegnał się z Ashley w salonie na dole rezydencji. Długo rozmawiali o Włoszech i jej rodzicach. Było już jednak na tyle późno, że wolał pozwolić jej spać. Poprosił jeszcze lokaja o przyprowadzenie Percy’ego i usiadł z kubkiem gorącej herbaty z miodem przy kominku.
Po kilku minutach samotności usłyszał, jak za jego plecami, ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do pomieszczania się zamykają.
— Wzywał pan, proszę pana.
John obrócił głowę w lewo, by spojrzeć na mężczyznę w szlafroku. Sam wciąż był w pełni ubrany, czyli jak zwykle w garniturze, chociaż krawat miał już mocno poluzowany.
— Tak. Obudziłem cię? Usiądź — powiedział, wskazując na kanapę, na której sam siedział.
— Nie, proszę pana. Szykowałem się do snu, aby rano być wyspanym i wypoczętym i aby dobrze wypełniać pana polecenia, proszę pana — odparł Percy bez cienia emocji w głosie czy na twarzy. W międzyczasie zajął wskazane miejsce.
John miał ochotę przypomnieć mu, że umawiali się na brak formalności w swojej obecności, ale widział, że Kapran robi to specjalnie, aby podkreślić, jak się obecnie czuje. Nie dziwiło go to, chociaż z drugiej strony wydawało mu się to niedojrzałe. A może dlatego, że był zdenerwowany jego podejściem do dziedziczenia.
— Jak wam dzisiaj minął pierwszy dzień szkolenia? — zapytał, powoli pijąc herbatę.
— Dobrze, proszę pana. Bez niespodzianek i według oczekiwań pana Kelly’ego — streścił Percy, patrząc na swojego rozmówcę z coraz większą goryczą. Dziwnie się z nim czuł. Bo niby mieli rozmawiać swobodnie, ale co to była za swobodna rozmowa, kiedy i tak zawsze ostatnie słowo należało do Johna?
John dłuższą chwilę odpowiadał milczeniem i intensywnym spojrzeniem, aż w końcu odstawił kubek i pomasował nasadę nosa.
— Dlaczego tego nie chcesz…? — rzucił ni to do siebie, ni to do Percy’ego.
Ten też chwilę milczał, może licząc na ciąg dalszy, po czym jednak westchnął. Spasował, w swoim mniemaniu wyjątkowo szybko.
— John… mówiłem ci. Nie jestem do tego odpowiednią osobą. Nie mam tu żadnego autorytetu, to się źle skończy.
Jego opiekun ściągnął mocniej brwi i dalej nie otwierał oczu, analizując to wszystko. Z jakiegoś powodu chciał, żeby Percy myślał teraz o sobie, a nie o tym, co jest dobre dla tego domu.
W końcu uniósł głowę i sięgnął do kolana mężczyzny obok. Ścisnął je lekko.
— Chcę sprawić, żebyś w przyszłości nie był skazany na myślenie „jak przeżyć następny dzień”. To moja odpowiedzialność.
Młodszy mężczyzna spojrzał na dłoń pana, potem na jego twarz, a następnie znowu na jego dłoń. Położył na niej swoją i nieznacznie ścisnął.
— Tylko że taką odpowiedzialność masz wobec wszystkich w tym domu. A mi nie ufają i to wszystko może zostać zniszczone. John, nigdzie chyba jeszcze się nie wybierasz, do tego czasu możesz się kilkanaście razy rozmyślić i żałować, że teraz mnie w to wciągasz.
John to wszystko wiedział. Tak samo jak to, że może nawet ktoś wynajdzie serum, które całkowicie usunie wirusa, że wszystko może się tak naprawdę zmienić, zanim umrze. Ale przecież wciąż istniało prawdopodobieństwo, że obecna sytuacja utrzyma się przez kilkanaście, czy kilkadziesiąt kolejnych lat.
— Może mógłbym zwyczajnie zobowiązać Susan i Ashley, byś miał tu zapewnioną pracę… — rzucił bardziej do siebie, patrząc w kierunku ich dłoni. — Nie chcę, żebyś mnie za to nienawidził.
Percy znów westchnął i pogładził kciukiem jego dłoń.
— Nie nienawidzę cię. I będzie tak, jak postanowisz, nawet mimo mojej niechęci. W końcu bym przywykł. Ty tu nadal jesteś panem. Na zbyt wiele sobie pozwoliłem i pozwalam, ale to też trochę twoja wina, bo sam mówisz, abym inaczej cię traktował.
John pozwolił sobie na słaby uśmiech i sam delikatnie pogładził jego kolano.
— Na razie zostawię to dziewczynom. Może zanim umrę, znajdziemy trzecią osobę, która się do tego nadaje.
— Jesteś pewien? — spytał Percy, pochylając się nieznacznie do dołu i zerkając na twarz Johna pytająco.
— Nie do końca, bo to dla mnie konflikt pomiędzy postawieniem na wyższym stopniu dobra albo twojego, albo reszty tego domu. Ale tak zdecydowałem — powiedział na koniec pewniej i wyprostował się na siedzeniu. — Przekażę panu Kelly’emu, że od jutra będzie prowadził szkolenie samych dziewczyn.
Percy odetchnął i uśmiechnął się lekko.
— Dziękuję i… przepraszam, że tak to wyszło.
John skinął głową i cofnął dłoń, żeby sięgnąć po resztki herbaty.
— Też powinienem cię przeprosić, że nie zapytałem cię o opinię przed podjęciem decyzji — powiedział, dopijając herbatę i unosząc się. — Ah… Zapisałeś się na tenisa… więc ja znalazłem galerię, w której za miesiąc odbędzie się wystawa.
Percy uśmiechnął się, poprawiając na swoim miejscu.
— Moje gratulacje. Na pewno będzie sukcesem.
— Liczę na to. Mój przyjaciel nie będzie mógł się pojawić, ale na pewno uraduje go, że jego prace znajdą się na tej wystawie — powiedział John, już ruszając w stronę kuchni. Zatrzymał się w progu i spojrzał na swojego przystojnego podopiecznego. — Jest późno, możesz pójść spać. Zobaczymy się jutro.
Percy skinął głową i także wstał z miejsca. Podszedł do mężczyzny spokojnie, chociaż wewnętrznie czuł dziwny niepokój. Bardzo specyficzny, który kojarzył z nieznanym.
— Dobrze i… dziękuję, że mnie wezwałeś.
— Zmusiłeś mnie do tego swoim podejściem — odparł John z lekkim uśmiechem, który wyglądał wręcz niecodziennie na jego zwykle formalnej i surowej twarzy.
Percy, widząc go, odważył się odpowiedzieć tak, jak chciał, a nie jak powinien.
— Nie miałem wyjścia, kiedy mówiąc najpierw co innego, potem uciszyłeś mnie rozkazem.
W odpowiedzi otrzymał pocałunek w kącik ust.
— Wybacz mi. Miałem nadzieję, że wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre.
— Dla mnie może i tak, ale nie dla ciebie i tego domu. Nie jesteś o to zły, John? — pytał dalej Percy, nie odsuwając się po tym pocałunku. Przywykł do tego mężczyzny na tyle, że nawet miło było mu, kiedy ten wykonywał tak czułe gesty w jego stronę.
John nie był pewien, co odpowiedzieć. Wewnętrznie był zły na Percy’ego, że nie był egoistą w tym jednym przypadku, ale rozsądek mówił mu, że robi słusznie. A i w jakiś sposób takie patrzenie na sprawę przez tego mężczyznę upewniło go w jego lojalności i oddaniu.
— Nie. Dzięki temu wiem, że decyzja o niewyrzuceniu cię z domu była słuszna i zasługujesz na to, co tu masz. Martwi mnie wasza przyszłość, ale liczę na to, że wspólnie uda nam się zapracować na to, żeby wszyscy tutaj byli bezpieczni. Ty również.
Percy uśmiechnął się jeszcze i chwycił dłoń mężczyzny. Cieszył się, że nie będzie już musiał być jedną z osób, które mają przejąć kiedyś po Johnie dom, tak jakby ten miał umrzeć za kilka miesięcy.
— Jesteś dobrym panem. A to wszystko jest bardzo przyszłościowe i nigdzie nie wybierasz się dalej niż na górę do sypialni. Ze mną? — dodał na koniec wraz z mocniejszym uderzeniem adrenaliny.
Wywołał tym też zdziwienie mężczyzny, które zobaczył nie na jego twarzy, ale poczuł na dłoni, gdy ta mężczyzny lekko drgnęła. Nie wątpił jednak, że poza zdziwieniem, Johnowi zrobiło się przyjemnie.
— Odniosę tylko szklankę i możemy iść — odpowiedział, mając ochotę teraz przysunąć się do swojego podopiecznego, jakby wcale nie mieli zaraz razem położyć się w łóżku, tylko tu pożegnać. Czasami nawet nie rozumiał siebie, że tak bardzo lgnął do Percy’ego Thorntona.
— Proszę, ja to zrobię.
— Nie trzeba. Poczekaj, zaraz wrócę — zapewnił John i pocałował go jeszcze raz, nim niechętnie puścił jego dłoń i zniknął w korytarzu wiodącym do kuchni.
Percy już nic nie powiedział, tylko zamknął za sobą salon i udał się pod windę, aby tam poczekać na swojego pana. Nie był pewien, czemu aż tak bezproblemowo pchał się do tego mężczyzny, ale teraz poczuł taką ulgę po tym, jak izolowali się od siebie, że chciał z nim spędzić jeszcze trochę czasu.

*

— Na dziś koniec, dziękujemy wszystkim i zapraszamy ponownie — obwieścił w megafonie męski głos.
Na kortach tenisowych odbiły się ostatnie piłki, a osoby je zajmujące podeszły do siatek i podziękowały sobie nawzajem za spotkanie. Nie liczył się wynik, chodziło o rekreację, chociaż i tak Percy był z siebie dumny, że z każdym kolejnym dniem mierzył się z coraz bardziej doświadczonymi uczestnikami i wracał do formy.
Udał się wraz z resztą do szatni, aby ustąpić miejsca dla kolejnej grupy. Korty były oblegane, gdyż niewiele ich zostało od czasu początku apokalipsy. Ten konkretny ośrodek sportowy miał dodatkowy atut, którym był brak podziału na zdrowych i chorych. Co prawda przed przyjęciem trzeba było przejść szczegółowe badanie lekarskie, a przed każdym przybyciem na kort wziąć lek na wirusa, ale nie było to nie do zniesienia. Dzięki temu było tutaj naprawdę sporo ludzi i można było się mierzyć z wieloma stopniami zaawansowania.
— Po kogo przyjechał jakiś elegancik, nie wiecie? Po jakąś panienkę? — rzucił jasnowłosy mężczyzna wchodzący jako ostatni do męskiej szatni, w której Percy już się przebierał. I mógł się założyć, że gość przybył po jakąś chorą osobę.
Percy nie spieszył się, przyjmując podobny tok myślenia co blondyn. Słyszał przy tym krótką, pozbawioną głębi wymianę zdań na temat atrybutów niektórych dziewczyn na korcie, które nosiły krótkie, białe spódniczki. A gdy już doprowadził się do porządku i wyszedł za dwójką innych mężczyzn z szatni, na końcu korytarza, przy automacie, dostrzegł swojego opiekuna.
John właśnie wyciągnął kubek z kawą i napił się odrobinę, nie widząc ich jeszcze. Jego ostry profil był nie do pomylenia z nikim innym. Do tego długi, czarny płaszcz i wypastowane buty.
— Zakład, że to zdrowy? — rzucił jeden z dwójki idących przed Kapranem mężczyzn.
— Zakład, że dziany? — dodał drugi, a Percy wcale nie chciał dłużej słuchać ich wymiany zdań.
Przepchnął się pomiędzy nimi i idąc szybciej, podszedł do Johna.
— Dzień dobry panu, czy jest powód pana obecności tutaj?
— Dzień dobry, Percy — odpowiedział John, odwracając się do niego przodem, a dwójka wcześniej rozmawiających mężczyzn uniosła wysoko brwi. — Przyjechałem po ciebie, by zabrać cię na kolację, jeśli masz ochotę i siłę.
Percy też obejrzał się na gapiących się na nich mężczyzn chłodnym spojrzeniem. Wyraźnie mówiło, aby nie wciskali nosa w nieswoje sprawy.
— Dziękuję, proszę pana. Jeśli tylko pragnie pan mojego towarzystwa, będę zaszczycony.
John skinął głową i dopił małe espresso. Wrzucił pusty kubeczek do kosza obok automatu i spojrzał na mężczyzn kawałek dalej pytająco. Zrobił to jednak z tak srogim wyrazem twarzy, że ci szybko czmychnęli w boczny korytarz.
— Chodźmy zatem, kierowca czeka przed budynkiem — powiedział, ruszając z Percym do wyjścia na parking.
Młodszy mężczyzna podążył za nim i jeszcze minęła chwila, nim wsiadł, bo z kierowcą spakował swoją torbę z rzeczami i rakietę do bagażnika. Po tym dopiero dostał się do swojego pana.
— Gdzie pan, proszę pana, chce udać się na kolację? Pytam, bo obawiam się, że mój strój może nie być zbyt stosowny — zauważył rozsądnie, gdyż faktycznie był tylko w koszuli, skórzanej kurtce i jeansowych spodniach.
— Zadbałem o to — zapewnił go John i wychylił się do pokrowca, którego Percy dotąd nie zauważył, bo kolorystycznie zlewał się z siedzeniami, a do tego było już dość ciemno. — Koszulę zostaw, ale zmień spodnie i załóż marynarkę — polecił i podał mu pokrowiec.
Kierowca prowadził coraz bardziej w stronę centrum Manhattanu. Ulice były o tej porze jeszcze dość tłoczne, mimo zapadnięcia zmroku i licznych patroli.
Percy przyjrzał się ubraniom, a potem zerknął na swojego pana.
— Dobrze, proszę pana, ale już widzę, że odmowa nie była uwzględniana — dodał z lekkim uśmiechem, zaczynając się rozbierać, aby się przebrać.
— Liczyłem, że jednak chętnie przyjmiesz moją propozycję — odpowiedział John z oszczędnym uśmiechem, nie kłopocząc się odwracaniem wzroku. Spokojnie przyglądał się, jak naga skóra Percy’ego odsłania się pod zdejmowanymi spodniami. — Jedziemy do sprawdzonej restauracji, ale rzeczywiście, restrykcje co do stroju są dość duże.
— W takim razie to musiała być szybka decyzja o tym wypadzie, proszę pana. Inaczej mógłbym lepiej się przygotować — mówił Percy, wyginając się na fotelu, kiedy ubierał spodnie. — Nie mam najlepszej bielizny do takich spodni — dodał, kiedy je zapinał.
— Musimy to przeżyć. Ale zmieniając temat, powiedz mi, jak dzisiaj minął ci trening.
— Trening minął dobrze, proszę pana. Czuję przyjemne zmęczenie, proszę pana — mówił formalnie, bo nie wiedział, ile słyszy kierowca.
Przy tym wszystkim na szczęście miał dużo miejsca, bo bynajmniej samochody, którymi woził się John Brown, nie były małe i ciasne. Był tu nawet mały barek i telewizor, ale z tego obecnie nie korzystali.
— Jak tam wygląda sprawa z partnerami do grania? Znajdujesz tam kogoś, czy będziesz musiał znaleźć kogoś z domu, kto będzie chciał też trenować? — pytał dalej John, nie omieszkując spojrzeć, jaką bieliznę ma Percy. Były to czarne bokserki, dobrze trzymające genitalia. Nie miały jednak cienkich szwów i te na pośladkach mogły się odznaczać w spodniach.
— Co jakiś czas wymieniamy się partnerami do gry w grupie, proszę pana. Są też rankingi, aby móc zdobywać doświadczenie i mierzyć się z odpowiednimi przeciwnikami, proszę pana.
— Ciekawe. Na jakim poziomie zaawansowania więc jesteś?
— Już na średnim, proszę pana. Jeśli pokonam w przyszłym tygodniu dwóch zawodników, mam szansę na awans.
— Liczę na to. Są tam organizowane jakieś mecze pokazowe, na które mogą przychodzić osoby z zewnątrz? — zapytał John, który bardzo chętnie zobaczyłby swojego podopiecznego na korcie i ujrzał, jakie ma zdolności.
— Nie wiem, proszę pana, jednak mogę się dowiedzieć — zapewnił Percy, kiedy wiązał na ślepo i bez żadnego problemu krawat. Teraz wyglądał dużo bardziej elegancko.
To się Johnowi bardzo podobało. Percy był przystojny, miał ciemny kolor włosów i odpowiednie rysy twarzy, aby wyglądać doskonale w takim ubraniu. Nie dziwił się, że gdy pracował jako mężczyzna do towarzystwa, miał tyle klientek.
— Byłbym wdzięczny. I już dojeżdżamy — dodał, bo właśnie kierowca zaczął zwalniać, aby po chwili zatrzymać się na ulicy przed schodkami wiodącymi do oszklonego wejścia. — Gotowy?
— Tak, proszę pana. — Percy skinął głową, zastanawiając się, jak będzie wyglądał ten wieczór. Trochę czuł się jak z kobietami, z którymi spędzał noce, jednak teraz to on mógł być traktowany jak taka kobieta. Albo jak dziewczyny, które pracowały u Johna Browna.
Po chwili drzwi otworzył im kierowca i mogli już pokierować się prosto do restauracji. John bardzo tu pasował. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest to luksusowe miejsce.
Podążyli do windy, a już w niej John wyjaśnił swojemu towarzyszowi:
— Restauracja mieści się w przeszklonej części na dachu budynku.
— Niezwykłe miejsce jak na obecne czasy. Często pan, proszę pana, spędza tu z kimś wieczory? — spytał Percy, stojąc tuż obok mężczyzny, kiedy jechali windą w górę.
— Jesteśmy sami, Percy — przypomniał mu John, nie lubiąc ostatnio tej formalności pomiędzy nimi, kiedy nie była konieczna.
— Przepraszam, czasami mówię tak odruchowo.
— Ale co do twojego pytania, rzadko tutaj bywam. Właściwie nie zawitałem tu od kilku miesięcy. Skłoniła mnie do tego chęć zabrania cię w miejsce, które jednak nie kojarzy mi się z naszym domem i zabieraniem chłopców w rozrywkowe miejsca.
— Czy na górze też będziemy sami, czy tylko w windzie? — spytał Percy, pozwalając sobie wsunąć jedną dłoń do kieszeni. — I… mam rozumieć, że nie zabierasz tu chłopców?
— Postarałem się o to, żeby nasz stolik mieścił się w jak najbardziej prywatnej części, ale gości na pewno będzie trochę. I tak, nie zabieram tu chłopców. Większość z nich jednak lubi miejsca bardziej… luźne. Mam nadzieję, że tobie będzie się podobać — odpowiedział John akurat w momencie, kiedy winda zatrzymała się na samej górze.
Mimo że teraz widzieli granatowe niebo upstrzone licznymi gwiazdami, nie robiło im się nagle chłodno ani nie poczuli wiatru. Wszystko za sprawą szklanych ścian i dachu. Temperatura wewnątrz więc była przyjemna, ciepła, a dodatkowo w strategicznych punktach znajdowały się kwadratowe, otoczone ładnymi kamieniami piecyki, które dodawały uroku wystrojowi. Były tu również szklane stoliki, krzesełka z czarnymi nóżkami i podłokietnikami, sporo kwiatów i parawanów oraz klasyczna muzyka płynąca od strony grającej na żywo grupy. Obsługa wyglądała nie mniej schludnie niż goście. W tym młoda kobieta, która powitała ich od razu, gdy tylko wyszli z windy.
— Dobry wieczór panom.
— Dobry wieczór. Mamy zarezerwowany stolik na dwie osoby na nazwisko Brown. — Starszy mężczyzna od razu przejął głos.
— Już sprawdzam, proszę pana — odparła kobieta i wyjęła z kieszonki elektroniczny notatnik. — Wszystko się zgadza, zapraszam serdecznie, już panów prowadzę do stolika —dodała z czarującym uśmiechem i ruszyła w stronę jednego z rogów oszklonego pomieszczenia.
Percy nic nie mówił, zostawiając wszystko Johnowi, chociaż walczyła w nim chęć pokazania swojej szarmanckiej strony. Jednak nie był pewien, czy nie będzie to zbytnio przypominać zachowania względem kobiet.
W milczeniu dotarli do stolika, który rzeczywiście znajdował się w całkiem prywatnej części. Mieli stąd doskonały widok na miasto, a od reszty stolików byli odgrodzeni dwoma parawanami.
Kelnerka pozostawiła im karty dań, a John, nim usiadł, zdjął płaszcz i zawiesił go na wieszaczku przytwierdzonym do zdobionego parawanu.
— Jak ci się podoba? — zapytał swojego podopiecznego.
— To bardzo okazałe miejsce. Ma też niespotykany wystrój, a raczej konstrukcję. Musi to być jedno z droższych miejsc w mieście, nieprawdaż? — spytał młodszy mężczyzna, siadając pierwszy.
— Zgadza się. Sprawdzisz, czy jest tego warte — odpowiedział John, siadając naprzeciwko niego i wskazując na menu. Sam sięgnął po jedno. — Niestety są tu duże obostrzenia i nawet chorzy, których na to stać, nie mają tu wstępu. Jedynie ze zdrowymi. Nierównościom nie ma końca w obecnych czasach.
— Istnieje przynajmniej pewność, że szczególnie dbają tu o bezpieczeństwo. Kłopotliwy chory mógłby tu wyrządzić wiele szkód — uznał Kapran, dopiero po tym zagłębiając się w menu. — Coś polecasz?
— Swego czasu mieli tu doskonałą baraninę prosto z Nowej Zelandii, ale jak mówiłem, nie było mnie tu kilka miesięcy. Nie wiem, jakie zaszły zmiany — przyznał John, samemu zastanawiając się, co wybrać. Był ciekaw, jakie gusta żywieniowe ma Percy, więc nawet tak trywialny pomysł na spędzenie wspólnie czasu jak kolacja wydawał mu się intrygujący.
Percy pokiwał głową, wczytując się w spis dań. W końcu zdecydował się na dwie rzeczy, a raczej miał dylemat pomiędzy nimi. Odłożył więc kartę i czekał, aż John wybierze, aby wezwać obsługę.
Kiedy tylko to zrobili, Percy jeszcze wymienił kilka zdań z kelnerką. Był przy tym uprzejmy, a dziewczyna z każdym jego słowem była coraz bardziej radosna. W końcu zamówili dania i od razu dostali wino. John więc po odejściu obsługi uniósł kieliszek w toaście.
— Za ten wieczór. Byśmy mieli okazję częściej razem wychodzić.
— To bardzo miły toast. Od siebie dorzucę, aby w tych czasach obu nam dopisywało szczęście. — Percy uśmiechnął się kulturalnie i delikatnie stuknął w kieliszek mężczyzny.
John odpowiedział skinieniem głowy i podobnym uśmiechem. Kiedy się napili, luźniej usiadł na krześle.
— W młodości miałem lęk wysokości — rzucił, popatrując na światła bijące od budynków miasta. — Wyleczyło mnie mieszkanie w Nowym Jorku i praca w wysokich budynkach.
— A co cię zmusiło, aby się tu przeprowadzić?
— Chyba to, co każdego uciekającego z biedniejszego kraju do wielkiej Ameryki. Pieniądze.
— Tak, to zdecydowanie była, jest i będzie siła napędowa. I nawet taka apokalipsa tego nie zmieni, a wręcz przeciwnie. — Percy westchnął, chwilę patrząc na płyn w kieliszku. — Od razu lubiłeś to miasto? Poza wysokościami, rzecz jasna.
— Nie do końca. Choć nie wiem, czy mogę to nazwać brakiem sympatii. Był to raczej brak przystosowania. We Włoszech byłem przyzwyczajony do wolniejszego tempa, większej ciszy i spokoju. Nawet nie ma sensu tego porównywać do życia w Nowym Jorku. Ale w końcu się udało i rzeczywiście lubię to miasto. Ty się tutaj urodziłeś, tak? — zapytał John, odwracając wzrok od miasta na swojego rozmówcę.
— Tak, jestem jednym z nielicznych prawdziwych Nowojorczyków. Większość osób jest tu przyjezdnych, ale to też lubię. Poznaje się więcej ludzi, a potem ma się ogromną przyjemność ich odwiedzać.
— Nie jesteś więc samotnikiem, a często sprawiasz takie wrażenie.
— Bo umiem doceniać zarówno dobre towarzystwo, jak i jego całkowity brak. Dodatkowo nie przepadam za tłumem i złym towarzystwem. Może stąd takie wrażenie?
— Możliwe — przyznał John i poczekał z dalszą częścią swojej wypowiedzi, bo do ich stolika przybyła kelnerka i postawiła przed nimi ich zamówione przystawki. Kiedy po życzeniu smacznego odeszła, John zwrócił się ponownie do Percy’ego: — Jakim więc towarzystwem jestem dla ciebie ja? Szczerze.
— Nikt nigdy się nie chce słyszeć szczerych odpowiedzi, takich naprawdę szczerych. Tym bardziej, kiedy już samemu układa się scenariusze, jaka ta szczera odpowiedź będzie brzmiała. — Percy, zamiast odpowiedzieć, zalawirował w temacie. Ostatnio dobrze się między nimi działo i jeśli naprawdę chciał z nim być jakoś bliżej, uważał, że powinien przynajmniej w takich okolicznościach pokazywać mu prawdziwego siebie.
— I był to jakiś dyplomatyczny zabieg, którym chciałeś uniknąć powiedzenia mi w twarz, jak fatalnym i nudnym towarzyszem jestem, czy zwyczajnie się ze mną drażnisz? — John rzucił mu delikatnie rozbawione spojrzenie i zabrał się za jedzenie swojej sałatki ze szkockim łososiem.
— To był raczej zabieg, mający na celu wyciągnięcie z ciebie tego, co myślisz o swojej osobie i co myślisz na temat tego, jakim jesteś towarzystwem — odparł Percy, uśmiechając się kącikiem ust i jedząc swoje krążki kalmarów.
— Zależy dla kogo — stwierdził John, biorąc to pod głębszą rozwagę. — Dla kogoś, dla kogo priorytetem jest luksus czy snobizm, na pewno bardzo dobrym… jako sponsor. Mogę też być dobrym towarzyszem dla kogoś lubującego się w sztuce czy tańcu klasycznym. Kiepskim natomiast dla kogoś nieobytego, może o niskim poczuciu własnej wartości… Nie wiem. Pytanie, jakim jestem towarzyszem dla heteroseksualnego mężczyzny pracującego niegdyś jako sprzedawca antyków, który doświadczył z mojej strony nie tylko pozytywnych wrażeń?
Percy uśmiechnął się lekko pod nosem.
— Nie masz żadnych przypuszczeń?
— Zaczynają się od „Boże, kiedy on skończy gadać i wrócimy do domu?”, a kończą na „Mam nadzieję, że po tej kolacji czeka nas długi seks” — odpowiedział szczerze John, obecnie postanawiając nie bawić się w półsłówka, skoro i Percy się w tej sposób rozluźnił. — Możesz nie wierzyć, ale naprawdę ciężko jest mi sobie wyobrazić, co o mnie myślisz.
Percy prychnął cicho pod nosem, dając sobie chwilę, kiedy jadł kalmary.
— Przypuszczałem po kimś takim jak ty, John, że lepiej znasz się na ludziach. Bo niestety w obu przypadkach nie zgadłeś, co w tej chwili myślę o twoim towarzystwie. I jeśli chcesz wiedzieć, a widzę, że chcesz, to czuję się zaszczycony, że ze wszystkich swoich chorych wybrałeś mnie, abym ci towarzyszył przy kolacji.
— Ja jestem ci wdzięczny, że przyjmujesz to wszystko w taki sposób. Nieszczęśliwa miłość gejów do heteroseksualnych mężczyzn zazwyczaj kończy się źle. A ty dajesz mi nadzieję na coś innego.
Percy zafrasował się na moment i dopił zawartość kieliszka.
— Mam nadzieję, że przez to dawanie nadziei nie skoczy się to jeszcze gorzej. Nie chcę cię gasić, John, ale mimo tego, jak cię cenię i jak dobrze mi się spędza z tobą czas, a nawet jak czasami zaskakująco… przyjemnie może być, tak musisz być świadomy, że daleko mi do entuzjazmu, jaki wykazują twoi chłopcy.
John uśmiechnął się słabo, patrząc na sałatkę, której kolejne kęsy niespiesznie wyjadał z talerza.
— Wiem, Percy. Nie jestem dzieckiem błądzącym w świecie fantazji. Widzę, że i tak mam szczęście, że reagujesz na to wszystko w taki sposób. Mogła mnie spotkać dużo gorsza opcja. Jestem szczęśliwy z tego, co mam — odpowiedział, ostatnie słowa wymawiając już przy kontakcie wzrokowym ze swoim podopiecznym.
Percy uśmiechnął się jakby przepraszająco.
— Przepraszam, jeśli cię uraziłem. I chyba… chyba się cieszę, że właśnie taki jesteś.
— Dam głowę, że wiele byś we mnie zmienił, Percy. — John posłał mu wymowny uśmiech. — Jednak doceniam.
— Jeśli o zmianach mowa, to też myślę, że ty wiele byś zmienił we mnie. Jednak nie robisz tego aż zbyt brutalnie, co też powoli coraz bardziej doceniam, zważywszy na obecne czasy. Ah i… chyba jest jednak w nich jakiś plus.
— W obecnych czasach czy w zmianach?
— W obecnych czasach. Bo przecież gdyby nie one, prawdopodobnie byśmy się nie spotkali, a ty nie mógłbyś wywierać na mnie aż takiego wpływu — odparł Percy z zadziornym uśmiechem wypływającym mu na usta pod koniec wypowiedzi.
— Ach… ta władza… — John westchnął cicho i teatralnie, unosząc na chwilę spojrzenie w stronę gwiazd, po czym posłał uśmiech swojemu rozmówcy.
Percy odpowiedział tym samym, lecz po chwili spoważniał. Pomogła mu w tym kelnerka, która zabrała talerze po ich przystawkach i przyniosła główne dania.
— Szybko do niej przywykłeś?
— Można powiedzieć, że byłem do niej uczony. Jak ci opowiadałem, mieliśmy rodzinną firmę. Z biegiem lat matka dawała mi coraz więcej obowiązków, coraz więcej decyzji pozostawiała mi… Miałem więc spore podstawy, kiedy nagle w czasie apokalipsy okazało się, że mam możliwość stworzyć coś całkiem swojego, nad czym będę mieć pieczę.
— Więc władza nie uderzyła ci do głowy? I nie sprowadziłeś sobie od razu pod swój dach haremu? — zakpił Percy z uśmiechem i iskrami w oczach. Taki był pewny, wygadany, a jednocześnie przeszywający wzrokiem i… jakby flirtujący.
John na dłużej przetrzymał jego spojrzenie i dopiero delikatnie pokręcił głową, zabierając się za swoje danie.
— Myślisz, że przeszło czterdziestoletni mężczyzna sprowadzający do wyremontowanej, nowej rezydencji wielką garść pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn i otaczający się nim z uciechą każdego dnia to taki, któremu władza uderzyła do głowy? Skąd ten pomysł? — rzucił prześmiewczo względem samego siebie.
— Nie wiem, tym bardziej, że teraz ten sam mężczyzna siedzi w towarzystwie tylko jednej osoby, starając się, aby ta pomyślała o nim cieplej. Aby marzyła o powrocie do domu, do jego sypialni. Nie, nie mam pojęcia, skąd taki pomysł, że ktoś, kto się tak stara dla czegoś tak ciężkiego do złapania, jest kimś, komu władza uderzyła do głowy.
John na dłużej złączył z nim spojrzenie i ostatecznie uniósł się, aby dolać Percy’emu i sobie wina.
— I o czym ja miałbym rozmawiać z chłopcami, gdybym któregoś tutaj zabrał, jak wcześniej pytałeś? — rzucił retorycznie, znowu zajmując miejsce i wracając do jedzenia. — Zatem… odwracając temat od mojej osoby, uważam, że jesteś doskonałym towarzyszem. Nie czuję tak dużej różnicy wieku pomiędzy nami, jak z każdym innym chłopcem. I nie, nie mam pojęcia, czy właśnie sobie powiedziałem komplement, że może nie jestem tak stary, by dogadać się z dwudziestosiedmiolatkiem, czy tobie, że masz dojrzały umysł.
— Zależy, jak chcesz na to patrzeć i… dziękuję. — Percy skinął na wino, kiedy uniósł kieliszek, aby popić kęs jedzenia, które obaj jedli bardzo niespiesznie. — Muszę przyznać, że czuję się specyficznie. Chodzi mi o to, w jakim układzie tu jesteśmy. Zwykle na kolacje chodziłem z eleganckimi damami, które uwielbiały być rozpieszczane otwieraniem drzwi i innym usługiwaniem im na każdym kroku. A tu, czuję się skonfundowany, bo jednocześnie wiem, że to randka, a nie spotkanie towarzyskie między dwoma znajomymi oraz czuję się postawiony na pasywnej pozycji.
— Rozumiem — przytaknął John, bo domyślał się i czuł, że jest to dla Kaprana niecodzienne. Kiedy leżeli razem w łóżku, ten mężczyzna czasem odruchowo wykonywał wobec niego dominujące gesty. — Nie zabroniłem ci jednak ograniczać się z tym, co uważasz za naturalne. Zresztą, wbrew pozorom wielu gejów lubi, kiedy ich partner pokazuje się od strony bardziej… męskiej, dominującej. Nie bez powodu pociągają nas mężczyźni.
Percy zamyślił się chwilę i dopiero odpowiedział:
— Nie wiem jednak, jak ty to odbierasz. Chodzi mi o to, że z tego co wiem i widzę, nie dajesz za bardzo pola manewru, zwykle też, z tego co słyszałem, wykazujesz się stuprocentowym dominowaniem w łóżku.
— Może dlatego, że to moja preferencja i moje odruchy. Ale to nie skreśla tego z drugiej strony. Nie musisz się hamować, jeśli masz ochotę podać mi płaszcz czy inaczej objąć. Myślę, że im więcej swobody między nami będzie, tym przyjemniej będziemy spędzać razem czas. I chyba już zauważyłeś, że kiedy coś mi się nie podoba, to daję o tym jasno do zrozumienia.
— O tak, czasami aż zbyt jasno. — Percy uśmiechnął się pod nosem i z rozbawieniem pokręcił głową. — A rozwijając ten temat… Skoro już od dłuższego czasu… — oblizał usta — nie dzierżysz klucza do mojej cielesnej swobody i odwiedzam cię jak gość, zarówno na rozmowę, jak i nie tylko, to czy nie myślisz, abyś… też mnie czasem odwiedził?
— Chciałbyś tego? — John od razu spojrzał na niego ponad swoim już w części zjedzonym daniem.
— Jeśli w jakimś stopniu mamy unikać rozróżnienia między pan i jego chory, czy też w kwestii dominujących zachowań, to tak.
John przytaknął i dla podkreślenia zniwelowania tych różnic, o jakich rozmawiali, odpowiedział w tej chwili podobnie, jak i Percy odnosił się do niego:
— Będę zaszczycony, mogąc cię odwiedzić w twoim pokoju.
W tej chwili zupełnie nie odczuwał tego, że znajdowali się w dużej restauracji, przy której stolikach siedziało przynajmniej kilkanaście osób. Nawet mając widok na miasto, nie myślał o tym, że jest w jego centrum, odsłonięty na wszelkie światła, w miejscu, do którego może zajrzeć w każdej chwili jakaś kelnerka czy ktokolwiek inny. Podczas tej kolacji całkiem wyłączył się z rzeczywistości będącej poza nim i Percym. Nawet nie przypuszczał, że mogło mu się z nim tak dobrze rozmawiać.
Młodszy mężczyzna uśmiechnął się, słysząc jego słowa, a raczej to, jak przekazał mu ich sens.
— Ja także, jeśli mnie odwiedzisz. I jak wiesz, nie spotykam się z żadną kobietą, więc nie musisz pukać.
John nie był do końca pewien, że faktycznie Percy z nikim się nie spotyka, więc jego słowa dodatkowo sprawiły mu pewną ulgę. Postarał się jednak, aby nie było jej widać.
— Zapamiętam — odpowiedział i sięgnąwszy po kieliszek wina, dopytał: — I jak oceniasz restaurację? Kuchnię? Wystój? Jest godna swoich cen?
— Nie wiem, czy jest godna swoich cen, bo starałem się na nie nie patrzeć, a poza tym ty płacisz, ale bardzo przyjemnie się tu rozmawia — odparł Percy i złożył widelce na talerzu, oznajmiając koniec swojego posiłku. — Do tego lubię takie miejsca. Ale także ciemne puby, gdzie można wypalić cygaro, napić się whisky i porozmawiać na wygodnych sofach, słuchając muzyki.
— Cygaro… — powtórzył John, z nowym zaciekawieniem patrząc na swojego rozmówcę. Sam również kończył swoje danie, jednak butelka wina wciąż była pełna, więc nie zamierzał spieszyć się z powrotem do domu. — Wygląda na to, że możemy znaleźć więcej wspólnych upodobań niż się spodziewałem…

13 thoughts on “Love Interest – 12 – Nad światłami Nowego Jorku

  1. Basia pisze:

    Witam,
    wróciłam, chociaż na te pare najbliższych dni…
    szkoda, szkoda, ale wziął jego uwagę i ta kolacja, randka, Percy sa zaproponiował pójście do Josha…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Bebok pisze:

    Zaległości kosmiczne mam z tego co widzę :D Czas nadrabiać ^^
    Ależ romantyczna kolacja <3 Na taką randkę chętnie bym poszła. Co by nie mówić… klasa! Lubię takie sztywne klimaty, eleganckie ubrania, drogie jedzenie, wino i ta otoczka prywatności i intymności <3
    Czytam dalej bo mimo iż nie jest to moje ulubione opowiadanie to jestem ciekawa co wydarzy się dalej ;D

  3. Illita pisze:

    Boże, cztery rozdziały jestem do tyłu, shame on me ;_; Tym razem podziękowania składam w kierunku służby zdrowia. Ale patrząc na plusy, mam aż 4 rozdziały ukochanego opowiadania :D! Ale było tak romantycznie, ale i zadziornie i tak cudownieee! Nawet nie byłabym w stanie pokazać najlepszego fragmentu ich rozmowy, bo cała była MISTRZOWSKA! Flirt Pery’ego prześwietny <3 I naprawdę do siebie pasują, zrównoważeni, inteligentni, jak już ktoś wspomniał luksusowi… Uwielbiam tę parkę :D

  4. Katka pisze:

    Xyz takie sytuacje pokazują, czy ludzie się dogadują, czy nie i faktycznie, przydają się :) Więc fajnie, że się podobało. Mam nadzieje, że ukazało to jakąś ich stronę, której jeszcze do końca nie znaliście. Pozdrawiamy również cieplutko ;)

  5. Xyz pisze:

    Witam,
    Chyba właśnie takiego rozdziału mi brakowało. Gdzie bohaterowie prowadzili spokojną, zrównoważoną rozmowę, w której przedstawiają swoje potrzeby.
    Pozdrawiam

  6. Katka pisze:

    Desire, mhm, chyba pośrednio faktycznie było to wyznanie miłosne. John już kojarzy, że to nie tylko pożądanie. Percy też powinien zacząć to ogarniać XD No i dzięki za docenienie tempa akcji. Jest to zazwyczaj trudne do wyważenia, ale na szczęście często dzieje się naturalnie, więc dobrze, że też naturalnie wygląda przy czytaniu. Jeśli nie jest nudno, to już plus XD Dziękujemy bardzo za komenta i życzymy miłej niedzieli :)

  7. Desire pisze:

    Oh, John się tak stara dla Percyego. Urocze!
    Czy mi się wydaje czy on pośrednio wyznał swojemu podopiecznemu miłość? Tak przynajmniej odebrałam te słowa o miłości geja do hetero.
    Rozdział był jak zwykle bardzo przyjemny. Podoba mi się tempo jakim jest prowadzona akcja. Nie jest jakoś mega wolno, bo widać już różnice między ich zachowaniami z początku opowiadania. Ale nie jest to też tak nienaturalnie szybkie. W końcu nie tak łatwo się przekonwertować z jednej orientacji na drugą, nie tak szybko można się przekonać co tak naprawdę nam się podoba. Mam nadzieję, że Percy jednak dojdzie do dobrych wniosków :)
    Bardzo mi brakuje Masona i Josha i mam nadzieję, że jeszcze jakoś okazjonalnie się tutaj przewiną!
    Mega mi się podoba
    Pozdrawiam gorąco!

  8. Katka pisze:

    Sachan, cukrowatość i bohaterom się przyda, bo też żyją w ciężkich czasach, dokładnie jak studenci XD No i ba, full romantyzm, na szczycie budynku w Nowych Jorku z widoczkiem na miasto i gwiazdy… Mmm. Ale swoją drogą musisz walczyć ze strasznymi rzeczami XD

    Liv, nooo, fajnie by było z takim Johnem w takiej restauracji… Koleś nadaje się na sponsora XD Jakby nie trzeba było u niego pracować jako dziwka, to bym to mogła rozważać XD Hahaha i cudne porównanie do Constantina. Mają coś w sobie podobnego, to racja, choć nie wiem, czy akurat pod względem wyglądu. Troszkę tak, ale zdecydowanie też przez swoje umiłowanie do luksusów, elegancji, ich sposób bycia trochę też. Ale nosek Conek ma większy i bardziej zakrzywiony. John raczej po prostu długi i ostry. „ Ej, a może Percy zgodzi się kiedyś na zabawki?” – wszystko jest możliwe, przed nimi na pewno jeszcze wiele „uczenia się” bycia ze sobą. Na razie musi się przekonać w ogóle do seksu z Johnem. Ale może i na udziwnienia przyjdzie czas…

    O., hehe, takie co by było, gdyby. Mógł, faktycznie, ale tego nie zrobił, więc John wciąż nie wie, co tam w jego główce siedzi i jak to wszystko mogłoby lepiej działać, gdyby miał faktycznie tylko Percy’ego.

    Eterna, dzięki :D Miło nam, że się podobało. A i widać nawet heteryka da się wciągnąć w gejowskie kombinacje XD

  9. O. pisze:

    Percy zmarnował szansę na wyrażenie swej zazdrości.. Mógł jakoś dobitniej tonem określić to, że nie spotyka się z żadną kobietą, może by Johnowi przeszło przez myśl wtedy, by jakoś poskracać te swoje kontakty z pozostałymi xD
    Ale przyjemnie się ich czytało :D Urocza randka <3

  10. Liv pisze:

    Jak miło… Jestem taka dumna z Johna ^^ teraz to już sama nie wiem, kogo uważam za nudnego, bo z każdym rozdziałem mieszacie mi w głowie :) Też chcę do restauracji z takimi meblami i cenami… i Johnem xd A Percy flirtował ewidentnie, chciałabym to zobaczyć. Oni obydwoje są tacy luksusowi, pasują jednak do siebie. Nadal jakoś trudno mi wyobrazić sobie Johna, 44 lata, ostry profil… ! John to Constantin! No tak! Umiłowanie do luksusu, elegancki ale pełen pasji w łóżku, duży nos… Wszystko się zgadza. John mógłby być wampirem :)
    Chciałabym doczekać chwili, kiedy Percy przebierze się za uczennicę i płacząc i jęcząc, po japońsku zawoła Johna, żeby go wyruchał. A w tym momencie Percy wstał i zaczął klaskać. ^^ Ej, a może Percy zgodzi się kiedyś na zabawki? A może wg do niczego nie dojdzie, ale w to nie uwierzę. Ciekawe, co będą robić po tej cudownej kolacyjce… I to prawda, jest w chuj romantycznie i pięknie i bardzo mi się podoba :)

  11. Sachan pisze:

    John to jednak romantyk ^_^ kolejny plusik XD taka cukrowatość mi się przyda, szczególnie teraz, gdy przyszło mi pisać o miłosnych podbojach opisywanych w dworskich pamiętnikach jebniętych japońskich dworzan. SERIO XD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s