Love Interest – 11 – Dziedzicowie

Sobota rozpoczęła się dla Johna Browna dość przykrą informacją. Dowiedział się bowiem, że jego najmłodszy podopieczny, Matt Fletcher, od jakiegoś czasu sprzedawał różne przedmioty z domu Johna i magazynował pieniądze na niewiadomy cel pod swoim łóżkiem. Znikał głównie drogi alkohol, ale też różne mniejsze, wartościowe przedmioty. Było ich tu tak wiele, że nikt tego nie zauważał. Do czasu. Wszystko się wydało, kiedy Matt próbował sprzedać starą butelkę whisky dobremu znajomemu Johna. Ten rankiem zadzwonił do pana domu.
John był zawiedziony takim zachowaniem, bo już myślał, że po karze nadanej Percy’emu reszta jego podopiecznych nauczyła się, że zdrada nie popłaca. Matt jednak wciąż był młody i najwyraźniej głupi. John nie chciał go mimo to wyrzucać na bruk, więc musiał ponownie wymyślić odpowiednią karę. Tak też zrobił. Po pierwsze wpłacił wszystkie pieniądze, jakie Matt zarobił na nielegalnym handlu, do fundacji zajmującej się edukacją zakażonych nastolatków. Następnie postanowił wysłać go do swojego znajomego, by nauczyć go zapracowania na swoje utrzymanie, skoro najwyraźniej seks z klientami uznawał za czczą rozrywkę, że musiał sobie „dorabiać”. Zdawał sobie sprawę z tego, że u niego w domu były wręcz idealne warunki życia. Pełno luksusów, jedzenia nie brakowało, podobnie jak wszelkich rozrywek. Zamierzał go więc tego pozbawić, dlatego wybrał właśnie tego konkretnego znajomego. Żył on mimo bycia zdrowym w ascetycznych warunkach i opiekował się starszymi ludźmi. Matt więc dostał za zadanie pomoc w tamtym miejscu, ale John nie określił na jak długo. W tej chwili zwyczajnie nie chciał na chłopaka patrzeć, więc postanowił odwołać to, gdy uzna, że Matt się czegoś nauczył, a on będzie na tyle spokojny, by rzeczywiście nie wyrzucić go z domu.
Po południu również czekało go coś wykraczającego poza rutynę. Musiał omówić z niektórymi swoimi podopiecznymi istotną dla siebie kwestię, dlatego kazał przyjść do swojego niedużego gabinetu na szczycie budynku trzem osobom: lokajowi, Susan i Percy’emu. Osoba czwarta już tam była, podobnie jak John, który tylko czekał na pojawienie się reszty. Był spokojny, a raczej spokojny na zewnątrz, bo sytuacja z Mattem mocno wytrąciła go z równowagi, ale teraz starał się przestawić na swoją formalną, pozbawioną emocji stronę. Zależało mu, aby załatwić to porządnie.
Na swoich podopiecznych nie czekał. Pojawili się równo z wyznaczoną godziną. Lokaj zapukał, John pozwolił wejść, Percy otworzył drzwi kobiecie, a po chwili wszyscy byli już przed nim. Czekali na instrukcje. W tym Percy, który czuł większe zdenerwowanie niż reszta i wiedział, że wynika to z faktu, że sam swego czasu znalazł się w sytuacji Matta.
Jednak po wejściu do gabinetu zdziwił się nieco, bo ujrzał nieznaną sobie osobę. Po prawej stronie Johna na fotelu siedziała młoda kobieta. Na pewno nie starsza niż Susan. Była zadbaną blondynką w eleganckim kostiumie i z delikatnym makijażem. Była bardzo szczupła, a może wręcz chuda, ale przy tym miała dość spory biust.
— Usiądźcie — zwrócił się do przybyłej trójki John, wskazując na przygotowane krzesła stojące przed biurkiem.
— Dzień dobry. — Całą trójką przywitali się w taki czy inny sposób z nieznaną kobietą. Percy, tak samo jak lokaj, poczekali, aż pierwsza usiądzie Susan, a potem zajęli wskazane miejsca.
— Dzień dobry. Chciałem, żebyście poznali Ashley. Od dzisiaj będzie tu mieszkać. Przedstawiam wam ją jako pierwszym, bo to wy będziecie mieć z nią najwięcej do czynienia — mówił swoim formalnym tonem John, teraz dodatkowo dziwnie ostrym, na co na pewno miała wpływ poranna sytuacja z Mattem.
Blondynka uśmiechnęła się do nich krótko, ale ogólnie milczała.
— Miło nam poznać. Ja nazywam się Foster Kelly, to Susan, a to Percy. — Lokaj przedstawił wszystkich kobiecie, a cała reszta milczała, uprzejmie się witając i nie dodając nic od siebie.
John więc zupełnie przejął głos. Pochylił się do szuflady w biurku i zaczął wyciągać z niej różne teczki na dokumenty. Wszystko położył na blacie i posunął w stronę lokaja.
— Dzisiejsza sytuacja z Mattem mocno zachwiała moją ideą prowadzenia tego domu nie tylko w celach zarobkowych, ale też opiekuńczym w stosunku do was. Coraz częściej zastanawiam się, jak wiele trzeba by wam dać, by was zaspokoić i byście potrafili być za to wdzięczni. Albo chociaż przyjmowali z radością to, co staram się wam oferować. Ale równocześnie… od kilku dni zastanawiam się nad tym, co będzie z waszym życiem, jeśli coś mi się stanie, albo jeśli zwyczajnie na tyle się zestarzeję, że nie będę w stanie zapewnić wam opieki. — John spojrzał przy tym głównie na Percy’ego, a ten mógł się domyślić, że w pewnym sensie pije do ich ostatniej rozmowy o klinice.
Tym razem jednak mężczyzna nic nie powiedział. Nie miał w sumie co mówić. Wszystkie te słowa też na swój sposób kłuły w niego, bo ani pan K, ani Susan nigdy nie zachwiali zaufania Johna Browna. Tylko on. I mimo upływu czasu nadal nie umiał odpowiedzieć, co robić, aby zapobiegać takim sytuacjom. Naturą ludzką było, że ludzie chcieli być wolni, niezależnie od tego, jak dobrze by im nie było.
— Co pan zamierza? — Jedyna, która się odezwała, to Susan.
Pan Kelly zajęty był otrzymanymi dokumentami.
— Przy pomocy pana Kelly’ego, pewnych konkretnych kursów oraz praktyki przystosuję was do przejęcia tego przybytku — padło stanowcze postanowienie z ust Johna. — Najpewniej zajmie to kilka lat, ale jeszcze nie wybieram się na tamten świat, więc do czasu mojej niedyspozycji zdążycie nauczyć się wszystkiego, co konieczne, by prowadzić ten dom. Wasza dwójka — spojrzał na Susan i Percy’ego — jest jedyną z mojego personelu, która ma ku temu predyspozycje. Nie licząc pana Kelly’ego, który prawdopodobnie umrze wcześniej niż ja — powiedział sucho John, z bladym uśmiechem, niespecjalnie czując się w nastroju na bycie przesadnie miłym. — Będziecie mieć jednak po równo udziałów z Ashley, a warunkiem otrzymania praw do tego domu jest prowadzenie go tak, by zapewnić opiekę, godne życie i realizację przynajmniej podstawowych potrzeb wszystkich podopiecznych.
Pan Kelly przełknął głośno ślinę, nie będąc w stanie niczego powiedzieć. Trochę musiało go zaboleć to, co usłyszał, ale nie miał jak odpowiedzieć na tak oczywisty fakt.
Susan tylko patrzyła na swojego pana z szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Tego nie było w żadnym z jej zakładanych scenariuszy odnośnie tego, co się wydarzy.
— Nie zgadzam się, proszę pana — pierwszy odezwał się niespodziewanie Percy. W jego spojrzeniu, kiedy to mówił, było więcej pewności niż dotychczas.
Pan Kelly spojrzał na niego ze zdziwieniem, John za to nie wyglądał na specjalnie poruszonego.
— Podważasz moją decyzję?
Percy przełknął ślinę, nie odpuszczając jednak.
— Tak, proszę pana. Jeśli pragnie pan sukcesu takiego przedsięwzięcia, nie może pan go realizować, nie wziąwszy pod uwagę ludzkiej mentalności. A zarówno doświadczenia, nie tylko z tego poranka, ale także z moich rodzinnych przeżyć mówią mi, że już na wstępie ten plan nie jest doskonały. Z całym szacunkiem, proszę pana — dodał na koniec grzecznie, skłaniając głowę.
— Dobrze… W takim razie powiedz mi, jak byś go udoskonalił — pytał spokojnym głosem John.
Reszta siedziała cicho, czując napięcie, które zapanowało. Pan Kelly nawet przestał przeglądać dokumenty od pana domu, Susan miała wrażenie, że nie jest w stanie nawet przełknąć śliny, a Ashley siedziała cicho, nie dodając nic od siebie, chociaż wyglądała na najbardziej rozluźnioną ze wszystkich.
Percy popatrzył po zebranych, odrobinę żałując, że nie powiedział swoich wątpliwości później.
— Przede wszystkim udoskonaliłbym skład, jaki ma się zająć tym miejscem, proszę pana. Jeśli personel burdelu nie będzie uważał go za kompetentny, skuteczny, a przede wszystkim godny i w sprawiedliwy sposób dzierżący tę funkcję, to do katastrofy może dojść bardzo szybko. Nadmierne jednanie się też z mojego doświadczenia rodzinnego nie jest zbytnio korzystne. A przynajmniej takie jest moje zdanie, proszę pana. I wszystko to mówię z szacunku do pana, proszę pana.
— Susan skończyła studia matematyczne. Ashley w zeszłym roku… — pan domu obejrzał się na blondynkę, upewniając się, czy dobrze mówi.
— Zgadza się, John — odpowiedziała uprzejmie dziewczyna, ale już po formie można było się zorientować, że nie jest mu obca.
— Rok temu skończyła prawo. Ty również masz dobre studia za sobą, a kilkuletnia praktyka i dodatkowe kursy będą w stanie zapewnić temu domowi odpowiednie funkcjonowanie — mówił dalej John, patrząc Kapranowi prosto w oczy. — Warunkiem utrzymania udziałów, jak mówiłem, będzie realizowanie tych wszystkich zadań, jakie zobaczycie w testamencie lub umowie, gdy z uwagi na własne niedomaganie zdecyduję się przekazać wam dom. Oczywiście biorę pod uwagę, że za kilka lat wirus będzie się dało całkiem wyleczyć i ta opieka nie będzie potrzebna, ale sam mówiłeś, Percy… ode mnie zależy wasz los.
— Jednak poza naszą wiedzą liczy się też opinia, jaką mamy wśród reszty tu mieszkających, proszę pana. Proszę tylko uprzejmie wziąć to pod uwagę. Poza tym… jeśli pan każe, całkowicie się podporządkuję — odparł najpierw twardo Percy, potem jednak mocno spuszczając, nie tylko z tonu, ale też spojrzenie.
— Macie czas, by wyrobić sobie odpowiednią opinię lub naprawić zszarganą. Możesz potraktować to jako wyzwanie czy obowiązek. Jak mówiłem, nie oddaję wam praw do tego domu już teraz. Jest to zabezpieczenie na przyszłość.
Percy już nic nie dodał. Wiedział swoje. Sam wyśmiałby każdego, kto chciałby się w jakikolwiek sposób rządzić, a sypiałby z poprzednim szefem. A mieszkali w burdelu, nie było opcji, aby jego zażyłości z Johnem nigdy nie wyszły na jaw. I jakkolwiek w swoją wiedzę nie wątpił, tak musiałby nie tylko wyczyścić swoją przeszłość, ale także przestać być towarzyszem swojego pana.
Kiedy ta chwila ciszy się przedłużała, John ponownie zabrał głos.
— Panie Kelly, osobno omówimy dokładny plan, który będzie uwzględniał przekazywanie przez pana wiedzy na temat domu tej trójce. Proszę, by do końca tygodnia zapoznał się pan z tymi wszystkimi dokumentami. Większość pan zna, ale dobrze, by miał pan do nich wgląd, aby łatwiej przychodziło panu nauczanie Percy’ego, Susan i Ashley. W przyszły poniedziałek usiądziemy przy tym planie i zacznie pan szkolenie.
— Będzie według pana woli — odparł pan Kelly z powagą na twarzy i z ledwie widocznym skinieniem głowy.
— Susan, Percy i Ashley. Zostaniecie początkowo zapisani na serię wykładów o zarządzaniu zasobami ludzkimi, które rozpoczną się w marcu. O warunkach, egzaminach i godzinach zostaniecie poinformowani na pierwszym spotkaniu. Będziecie to realizować równolegle do szkolenia z panem Kellym. To będzie początek. Susan, chciałbym, żebyś dzisiaj pokazała Ashley cały dom. Dopiero godzinę temu przyleciała do Nowego Jorku.
— Będę ci bardzo wdzięczna za wszelkie wskazówki odnośnie miasta i życia tutaj — wtrąciła się blondynka, wyglądając na swobodną, chociaż trochę zdradzało ją dyskretne wykręcanie sobie palców.
— Oczywiście, wszystko jej pokażę i opowiem, proszę pana — odpowiedziała Johnowi Susan, a do drugiej dziewczyny uśmiechnęła się przyjaźnie. Już była ciekawa, skąd ta jest i czemu akurat ją sprowadził John Brown.
John skinął głową i nieznacznie rozluźnił swoją postawę.
— Wiem, że dużym motorem napędzającym dla tego domu jest moje bycie zdrowym, z czego, nie ukrywam, jest spory plus materialny. Wierzę jednak, że nawet bez tego, z dobrym przygotowaniem, w takim właśnie zespole, będziecie w stanie zapewnić temu domowi funkcjonowanie. — Po tych słowach zrobił lekką pauzę. — Jeśli nie macie pytań, to wszystko. Ashley, możesz pójść z Susan. Twoje rzeczy powinny być już w pokoju.
— Dobrze, dziękuję — odpowiedziała dziewczyna, a dopiero teraz dało się wyczuć w jej głosie specyficzny, trudny do określenia akcent. Uniosła się przy tym i pocałowała mężczyznę w policzek.
Kapran dokładnie się jej przyjrzał. Ciężko było mu zgadywać, skąd jest, chociaż przypuszczał, że mogła być dawną czy daleką znajomą. Milczał jednak, czekając na dyspozycje dla jego osoby.
Susan w tym czasie wstała, grzecznie pożegnała się z panem domu i razem z nową opuściły gabinet. Pan Kelly również za pozwoleniem Johna wyszedł wraz z naręczem dokumentów. A kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, ciemne spojrzenie Johna padło na twarz Percy’ego.
— Masz mi to za złe? — spytał.
Percy spojrzał jeszcze na drzwi. Nie odpowiedział od razu.
— Co? Że popełniasz błąd, typując moją osobę jako odpowiednią?
— Masz lata, by osiągnąć tę odpowiedniość, w którą nie wierzysz.
— Te same lata, w ciągu których przestanę przychodzić do twojej sypialni? Nikt nie patrzy pozytywnie na tych, którzy mają jakiekolwiek korzyści przez łóżko. Mimo że prawie wszyscy tu to uskuteczniają. John, tu nie chodzi o mnie, tylko o to, że źle będzie wyglądało, że powierzasz coś ważnego komuś, kto już raz popełnił błąd i jeszcze… — westchnął ciężko Percy — ma inne stosunki z tobą niż pan K i Susan.
Był zdenerwowany. Bycie chorym i zajmowanie się chorymi zwyczajnie źle się kończyło. Nawet jeśli miało się dobre chęci i zapał.
Po tych słowach John na sekundę przymknął oczy. Był zdenerwowany tym dniem, zajściem z Mattem, przeświadczeniem, że faktycznie w jego gestii leży dalsze życie wszystkich podopiecznych, a do tego Kapran… Wiedział, że domownicy nie szaleją za Percym i w większości odnosili się do niego raczej neutralnie. Obawiał się więc, że jeśli Percy nie miałby tu jakiegoś prawa głosu, przez innych „dowodzących” zostałby zwyczajnie wyrzucony. Liczył, że tym, co postanowił, wywrze na nim presję, aby postarał się zsymaptyzować z innymi podopiecznymi, a tym samym zapewnił mu dobry byt na przyszłość. Percy jednak najwyraźniej widział to inaczej.
— To jest moja decyzja. Nie chcę słyszeć o odmowie — powiedział ostro. Może przy innym nastroju i samopoczuciu nie byłby tak nieprzyjemny, ale teraz nie potrafił inaczej.
Młodszy mężczyzna spiął się, zacisnął na moment szczękę i w końcu tylko pokiwał głową. Nie miękko i spokojnie, a jakby zmuszał się do schylenia głową.
— Dobrze, proszę pana. Będzie według pana woli — odparł sucho i bez emocji. — Czy coś jeszcze, proszę pana?
— Nie. Możesz odejść. — Ton głosu Johna również nie należał do najprzyjemniejszych.
Percy podziękował jeszcze mężczyźnie i nie dodając słowa, wyszedł z jego gabinetu. Miał dość. I co by John nie mówił mu wcześniej, teraz znowu czuł się jak kolejny chory w tym przybytku. I nie zmieniały tego wcale ani jego poziom inteligencji, ani skończone studia. Wszystko miało być według woli pana.

*

Wieczorem następnego dnia, kiedy siedział w swoim pokoju i czytał książkę, a reszta domowników jadła kolację lub spędzała czas w pokojach z konsolami i bilardem, do jego pokoju zapukała Ashley. Zajrzała do środka i uśmiechnęła się przyjaźnie, choć subtelnie.
— Cześć. Mogę na chwilę?
Percy uśmiechnął się do niej uprzejmie, od razu odwracając w jej stronę.
— Ależ oczywiście, rozgość się — zachęcił ją, zaznaczając fragment książki, który czytał i odkładając lekturę na bok. — Co cię do mnie sprowadza?
Ashley weszła głębiej i okazało się, że za plecami trzymała dwa duże szejki lodowe z rurkami.
— Rosie z kuchni mówiła, że takie lubisz — powiedziała na wstępie i zamknąwszy za sobą drzwi, podążyła w kierunku mężczyzny, by podać mu jeden napój. — I przyszłam… trochę się poznać. Chciałabym tu nawiązać jakieś znajomości, żeby szybciej się zaaklimatyzować — dodała, podskubując troszkę nerwowo dolną wargę. Była ładna, choć dość specyficzna. Miała grubsze brwi, delikatnie odstające uszy, ale maskowała to odpowiednią fryzurą. Ubierała się też schludnie, chociaż musiała mieć problem z doborem rozmiaru ze względu na swoje proporcje ciała.
— Dziękuję. — Percy przyjął koktajl i wskazał swoje łóżko. — Niestety nie zaproponuję fotela, bo mam tylko krzesło od biurka. Chyba że wolisz właśnie na nim usiąść? — zaproponował dziewczynie, samemu wstając, aby zachować klasę. Jak zawsze. — I co byś chciała się o mnie dowiedzieć na dobry początek?
— Um… — Ashley rozejrzała się i w końcu rzeczywiście usiadła na krześle od biurka. Przekręciła je bardziej w stronę mężczyzny i postawiła sobie kubeczek na kolanie. Była ubrania już mniej formalnie niż przedwczoraj, w czarne rurki i beżową tunikę na ramiączkach. — Nie traktuj tego jak przesłuchanie. Chciałam pogadać ogólnie… jak ci się tu żyje, będąc poza panem K jedynym mężczyzną niezajmującym się zaspokajaniem klientek — rzuciła z uśmiechem, starając się być swobodną. Widać było, że odrobinę się krępuje, ale przy tym odważnie patrzyła mu w oczy.
Percy bez problemu to wychwycił, miał obycie do kobiet. Uśmiechnął się więc pokrzepiająco.
— Nie zjem cię. A co do tego, że nie pracuję z klientkami, to zasługa woli pana Johna. Najwyraźniej uznał, że powinienem skupić się wyłącznie na księgowości i organizacji, a innym zostawić sprawy przychodów. A żyje mi się dobrze. Mam własny pokój, nie brakuje ani higieny, ani jedzenia. Pan dba też o odpowiednią dozę rozrywki — odparł i postukał palcem w okładkę książki. Siedział przy tym na brzegu wysokiego łóżka na wprost dziewczyny.
— Też muszę jakąś dorwać — podchwyciła, pijąc niespiesznie koktajl. — Nie zabrałam wielu swoich książek, a właściwie tylko naukowe… John je wam kupuje, czy wypożyczasz z jakiejś biblioteki?
— Ja wypożyczam, nie mam zbytnio gdzie ich tu gromadzić. Trochę książek jest w salonie, Susan zapewne ci pokazywała. Ale jeśli byś jakąś książkę chciała, to pan John zapewne ci ją kupi. Wiele osób tu pracujących często coś od niego dostaje. Więc jeśli cię specjalnie tu sprowadził i to w tak ważnym celu, wątpię, aby na tobie szczędził.
— Tak, jest bardzo szczodry — przyznała z delikatnym uśmiechem. — I dobrze słyszeć, że tak miło o nim mówisz.
— Nie śmiałbym inaczej — odpowiedział z czarującym uśmiechem Percy i dopiero napił się przyniesionego szejka. Mimo że był czarujący i uprzejmy, był w fatalnym nastroju. Nie pokazywał tego po sobie. Nauczył się tego przez tych kilka lat, odkąd zaczęło być mu to w życiu potrzebne.
Ashley znowu posłała mu krótki uśmiech i chwilę obracała kubek w dłoniach. Miała je dość drobne, kościste niemal.
— Miło by było kiedyś wyskoczyć gdzieś z Susan i z tobą… Skoro mamy razem się uczyć i pracować…
— Jeśli tylko byś chciała, będzie dla mnie zaszczytem wam towarzyszyć. Oczywiście jeśli pan John na to zezwoli.
— Mam nadzieję, że tak. Mój ojciec przestrzegał mnie, żeby się słuchać i nie naginać jego cierpliwości, ale postaram się go w razie czego przekonać — zapewniła.
— A pozwolisz, że spytam, kim jest twój ojciec? — spytał Percy, starając się pamiętać, że podczas rozmowy też powinien wykazywać śladowe zainteresowanie.
— Mhm. Jest długoletnim przyjacielem Johna. John zna obojga moich rodziców tak właściwie. Mieszkał jeszcze we Włoszech, jak byłam mała. Jest moim ojcem chrzestnym — wyjaśniła, a Percy momentalnie domyślił się, że mogła być córką byłej narzeczonej i przyjaciela Johna Browna. Że też wcześniej nie zobaczył podobieństwa do ludzi ze zdjęć.
— Oh, to cudownie. Co cię w takim razie tu sprowadziło? I czy pan John wspominał ci coś o tym, komu mówić o takich rzeczach, a komu nie?
— Mówił, że to nie jest tajemnicą i że dla innych zrozumiałe będzie, że jego dom w pewnym sensie dziedziczy jego rodzina. Mówił też, że jesteś dla niego bliski i podzielił się z tobą informacjami o swoim pobycie we Włoszech — odpowiedziała nieco poważniej Ashley, najpewniej chcąc mu dać znać, że sama wie o jego stosunkach z Johnem. — A ja tu przyjechałam… bo to dobre życie. W Stanach Zjednoczonych jest dużo bezpieczniej niż u nas w Włoszech. Tam codziennie ginie ponad trzydzieści procent więcej ludzi niż tutaj.
— W takim razie dobrze, że zdecydowałaś się na zmianę. Wierzę, że pan John też jest rad, że ktoś taki jak ty chce mu pomóc. I ma rację, że to dobrze, aby to miejsce przejął ktoś z rodziny.
Ashley pokiwała głową i przez moment milczała, patrząc na bąbelkową powierzchnię swojego szejka. Wyglądała, jakby chwilę wahała się z pytaniem, ale w końcu je zadała.
— Podczas spotkania w jego gabinecie wyglądałeś na niezadowolonego z jego decyzji… Dlaczego?
Percy westchnął ciężej. Dlaczego to musiało wracać jak bumerang?
— Moje zadowolenie czy też niezadowolenie nie ma znaczenia. I tak zrobię, jak każe pan John. Ale jeśli pytasz, to uważam, że nie powinienem znajdować się w wybranym przez pana gronie.
— Mówi o tobie bardzo ciepło…
— W takim razie idź posłuchać opinii innych. Jeśli chodzi o coś tak poważnego, nie tylko jego opinia o mojej osobie się niestety liczy — odparł ze spokojem Percy, nie podnosząc głosu ani nie mówiąc ozięble. To była w końcu młoda kobieta, w nowej dla siebie sytuacji. — Mówił ci, co zrobiłem?
— Tak. Ale każdy popełnia błędy i ma prawo się za nie zrewanżować. Nie musi do końca życia nosić po nich piętno — odpowiedziała pewnym siebie głosem, odsuwając uwagę od chłodnego koktajlu i całkowicie skupiając ją na swoim rozmówcy.
Percy prychnął krótko pod nosem.
— Nie wiem, jak to działa teraz w Europie. Nie wiem, jak to w ogóle powinno działać, ale naprawdę, cokolwiek by o mnie nie myślał pan John, ty, czy ktokolwiek bezstronny, reszcie domowników ciężko zapomnieć i nie życzyliby sobie, aby ktoś taki, kto kierował się tylko własnym losem, miał nad nimi pieczę. Zresztą, nie tylko to. Ktoś może mieć pewne przypuszczenia po pewnym czasie, za co spotkał mnie taki przywilej.
Ashley odrobinę posmutniała i w końcu zgodziła się z nim.
— Jestem nowa w tej sytuacji, może mam zbyt subiektywne podejście i nie jestem w stanie postawić się na miejscu innych. Może powinieneś jeszcze spróbować porozmawiać o tym z Johnem. Chociaż z tego co mi mówił, nikt inny stąd nie nadaje się na dziedzica, a John chciał, by udziały były rozłożone koniecznie pomiędzy trzy osoby.
Pery uśmiechnął się do niej lekko i pocieszająco, chociaż sam najchętniej pocieszyłby się kieliszkiem brandy.
— Pan John jeszcze nie odchodzi. A tu też trafiają nowe osoby. I nawet jeśli nie przypadkiem, to może specjalnie w tym celu kogoś poszukać. Ale to opcja tylko, jeśli faktycznie pan John zechciałby rozmawiać i przemyśleć inne rozwiązania. Na razie jednak nie wyraził chęci rozmowy, więc jest tak, jak sobie tego zażyczył. Czy bym tego chciał, czy nie.
— Miał kiepski humor ostatnio… ale myślę, że mu się poprawi. Wtedy spróbuj z nim porozmawiać. Jak go znam, zwykle zwraca uwagę na potrzeby innych. — Dziewczyna spróbowała go pocieszyć i wskazała na koktajl. — Smakuje ci?
— Tak, dziękuję. Rosie ma bardzo dobrą pamięć do tego, co komu smakuje — odparł Percy z ciepłym uśmiechem i dodał: — I porozmawiam z nim, jeśli tylko będzie chciał. Chociaż nic nie będę mu narzucać. On jest panem tego przybytku.
— Mhm. Ale życzę powodzenia, chociaż… chyba miło by się nam razem pracowało — dodała na koniec, uśmiechając się i wreszcie wstała. — Pójdę już, bo John je kolację i po niej chciał porozmawiać ze mną o rodzicach. Jeszcze nie mieliśmy okazji.
Percy też od razu podniósł się ze swojego miejsca. Nieuprzejmie było siedzieć, kiedy kobieta wstawała.
— Nie śmiem zatrzymywać. I oczywiście serdecznie dziękuję za rozmowę. Bardzo miło było mi poznać osobiście. — Znowu się uśmiechnął, podchodząc do drzwi, aby otworzyć je dziewczynie.
Ta przystanęła jeszcze w progu i zerknęła w oczy Percy’ego. Była od niego sporo niższa.
— Mnie również było bardzo miło i postaram się wyprosić u Johna nasze spotkanie w trójkę z Susie. Dobranoc — dodała na koniec i pocałowała go w policzek.
Percy uśmiechnął się delikatnie i ciepło.
— Dobranoc. — Pożegnał ją, nie wiedząc jeszcze, co myśleć o tej rozmowie.
Dziewczyna wreszcie zniknęła z jego pokoju, szybko skręcając na klatkę schodową i pozostawiając za sobą zapach delikatnych, kobiecych perfum z cytrusowym akcentem. Percy zamknął za nią drzwi, a z jego twarzy zmył się delikatny uśmiech. Nie poprawiła mu humoru ta rozmowa, ale teraz przynajmniej mógł wrócić do książki.

13 thoughts on “Love Interest – 11 – Dziedzicowie

  1. Katka pisze:

    Basia, już prawie koniec LI! :) Działasz :) Super, super! A zaufanie… Tak, John nie lubi, kiedy ktoś sobie z nim igra. Od razu mu się humor psuje i odbija się to na innych…

  2. Basia pisze:

    Witam,
    och John jest wśicekły bo jak się okazało kolejny z chłopców zachwiał jego zaufanie, no cóż Percy może mieć trochę racji, choć i mioże jednak przychychylniej spojrzy na ten pomysł…
    Dużo weny życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Shivunia pisze:

    Kaczuch_A >> Hahaha, dziewczyna skreślona na starcie ;p Nooo, John umie być taki „tak mówię i już” i weź tu z takim rozmawiaj… jak on nie chce rozmawiać. Buu, smutno. Ale zgadzam się, ze miło że myśli o Percym… ale, trochę w dziwny sposób. Moim zdaniem. I oh oh oh ciesze się ze Persiątko zapunktowało :D To widać, że jednak chłopak ma dobre strony hehehe. Josh by się nie zgodził.
    Co do operacji… John uważa inaczej i jak sama widziałaś, ciężko go przekonać do zmiany zdania

  4. kaczuch_A pisze:

    Ashley idź stąd~! Nie wiem nie pałam do niej sympatią, tak od samego początku. I kurczaczek nieprzyjemny John jest nieprzyjemny i tak się przykro robi, jak tak się zachowuję. Chociaż w sumie mu się nie dziwię, tamtego łebka bym wywaliła. I szacun, że tak chce zabezpieczyć Percy’ego serio mocno się w nim zadurzył, że tak wybiega myślami w przyszłość. I reakcja Percy’ego była zaskakująca, ale w pozytywnym znaczeniu. Bardzo mi tym zapunktował. No ale po tym rozdziale mam ochotę go przytulić. I John no cholery nie idź na jakąś operację/zabieg etc. po kiego?! I mam nadzieję, że nic mu nie będzie po tym.

  5. Katka pisze:

    Illita, dokładnie, wybrał naprawdę dobrych pracowników, którzy mają głowę na karku. No ale tak, Percy jednak ma prawo mieć opory. Jednak jak sam zauważył, John szybko nie odejdzie z tego świata, więc teoretycznie ma dużo czasu, by zapracować na to stanowisko. No ale to może wyjść różnorako, personel faktycznie może tego nie aprobować… I fajnie, że Ashley przypadła Ci do gustu :D Haha, a rozmowa definitywnie wiała chłodem XD I przez wydarzenie z Mattem i przez podejście Percy’ego oraz, jakby nie patrzeć, trochę oschły upór Johna. Cóż, nikt nie jest idealny XD Ale może w końcu się dogadają… I dzięki wielkie za komentarzyk :)

  6. Illita pisze:

    Jak dobrze mieć znowu działający internet <3 Tego że John tak zabezpieczy przyszłość swojego domu publicznego to się nie spodziewałam… Wybrał chyba najlepsze osoby do tego, ale obawy Percego są niestety uzasadnione :c Szkoda, że inni mają o nim tak kiepskie zdanie, bo jest najbardziej kompetentny żeby to przejąć. Za to Ashley wydaje się bardzo miłą osobą, wzbudza jakąś sympatię i nie wiem czemu ale od razu pomyślałam że to pewnie córka jego przyjaciela i byłej narzeczonej. Plus to takie słodkie że John chce jak najlepiej dla Percego <3 Tylko że niestety dobrymi chęciami… I nie wierzę w żaden romans między Ashley a Percym, jakoś nie widzę ich razem :p A komentarz pod kątem pana Kelly był hiper złośliwy, zresztą cała scena w gabinecie nieźle wiała chłodem… Trzymam kciuki żeby się dogadali wreszcie :D

  7. Katka pisze:

    Sachan, bo chce, żeby ten był bezpieczny i szczęśliwy :D Ale nie zawsze jest to tak odbierane, jak widać XD

    SilencedUnknown, no bo Johnowi to jednak jeszcze do trumny kawałek, w końcu jest dopiero po czterdziestce. Ale chyba już zawczasu chce coś na to zaradzić. To praktyczny i odpowiedzialny facet, więc wie, że im wcześniej zacznie przygotowania, tym lepiej. Trochę dramatyzmu tym wprowadza, no ale taki typ XD Hehe, tak, scena w gabinecie była specyficzna, taki chłód się zakradł pomiędzy nich. Jak będzie dalej, to chyba zależy od ich podejścia do sprawy. Albo będą uparci i to się utrzyma, albo Percy będzie posłuszny i przyjmie to zadanie, albo John się połapie, że spieprzył i zmieni zdanie czy inaczej go przekona. Jest kilka wyjść z tej sytuacji. A dziewczę, które przybyło… czy romansik, się okaże. John by tego nie chciał XD Ale nie zawsze idzie niestety po naszej myśli… Też serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy za komentarz! ;)

    Liv, o Boże, nie miałaś neta? Toż to straszne, gorsze niż savage virus XD Oj, Matt to bardzo popularne imię XD No i sądzę, że wielu by się zgodziło z tym, że to Matt w FDTS bezcześci to imię, bo chyba sporo osóbek go jednak nie lubiło XD „Jak może myśleć, że po tym, jak coś mu się stanie, wszystko będzie mogło normalnie funkcjonować?” – wie, że nie będzie, niestety. No ale też z drugiej strony chce jakoś im zapewnić życie, a wie, że bez zdrowego w ekipie i bez dobrego przygotowania, to oni wszyscy tam umrą :( Staraaa się. A nikt nie docenia! XD Nie no, a tak na serio własne podejście popieram. Percy chyba widzi to podobnie jak Ty. A Ashley… hehe, chyba ogólnie damskie postacie w opkach są bardziej dyskryminowane XD A może to chodzi o to, że jest taka grzeczna? Ja osobiście wolę Susan XD I tak, będzie się troszkę więcej działo w następnym rozdziale ;)

  8. Liv pisze:

    Wróciłam, mam internet :)
    To… po pierwsze, jak mogłyście jak zbezcześcić imię Matta? Matt był słodkim tatuażystą z potarganymi włosami, a nie zdradzieckim gówniarzem. No ^^
    A dalej… zgadzam się z Percym, to trochę też nie w porządku wobec niego. To odpowiedzialne stanowisko (chyba.. xd), a John lekką ręką chce mu je zostawić, jakby mu się umarło. Jakby chciał uczucia Percy’ego, ale jednocześnie go odpychał przez obawy i może kompleksy? Jak może myśleć, że po tym, jak coś mu się stanie, wszystko będzie mogło normalnie funkcjonować? Albo tylko uspokaja swoje sumienie, bo nie wierzę, żeby po nim znalazło się wielu tak szlachetnych jak on. Dobra, powiedzmy, że skończyłam analizę sajkologiczną :p
    Nie lubię Ashley, tak po prostu, chociaż nic do niej nie mam. Wydaje się być za schludna, niemal widziałam, jak siedzi w swoim kostiumie i sączy zimny koktajl. Dlaczego mi się to kojarzy z tą blondyną z X-menów? :)
    Fajny rozdział, mam nadzieję, że to taki przerywnik między kolejną przełomową akcją (może być łóżko ^^) :*

  9. SilencedUnknown pisze:

    Oookejj… Może uważam Johna za starszego mężczyznę, ale przyznam, że nie myślałam o nim w kategoriach „bliski śmierci” czy „przyszły, potencjalny mieszkaniec trumny”, więc zdziwiło mnie jego postanowienie. Jestem spaczona myśląc, że bohaterowie opowiadań zwyczajnie nie umierają ^^ ( …nie mówmy proszę o Never Be The Same… bo choć uwielbiam to opowiadanie.. i to emocjonalne zakończenie.. to czasem myślę, że wolałabym nie czytać ostatniego rozdziału… uwielbiam go za te właśnie emocje, ale nienawidzę za tą cholerną realność, która aż bije po oczach, tak, że zwyczajnie się ryczy… ^^)
    Podobała mi się sytuacja w gabinecie Johna. To, że Percy nie bał się wyrazić swojego zdania, że po wyjściu osób trzecich, odnosił się do Pana po imieniu… ale jak wypadało na odrobinę spaczonego człowieka, spodobało mi się to zgaszenie go przez Johna. To znaczy, nie że się podobało ale lubię takie mieszanki uczuć, bo już nie wiem ile razy tego nie pisałam, ale nie ma nic lepszego, niż tekst, który sprawia, że twoje serducho szybciej bije i coś cię ściska w dołku ^^
    Ten chłód kończący rozmowę był… zadziwiający… To ciekawe jak będzie wyglądała ich następna rozmowa. Bo cóż… Percy ma niezłe pranie mózgu, gdy najpierw John, mówi mu, żeby był bardziej..hm, otwarty, by mówił o co chodzi, a gdy ten już to robi i w pewien sposób neguje jego decyzje, pan domu, stwierdza, że właściwie się może zamknąć i już skończyć, bo nie on tu podejmuje decyzje. Ja, wierząc w moją naturę człowieka stosunkowo upartego i raczej nie lubiącego jak ludzie mu mieszają w uczuciach czy poczuciu jako-takiej stabilności emocjonalnej, w zależności od ich nastroju, nie potrafiłabym się już tak szybko przełamać do tej bezpośredniości, czy otwartości, o jakiej mówiłam.
    Motam, motam, ale może coś jest do ogarnięcia. ^^
    I zastanawia mnie to owe dziewczę, które się pojawiło :P
    Romans, romansik, romansiczek? ^^ Czuję, widzę i przewiduję miętę, ale cóż ja tam mogę wiedzieć? ^^ Swoją drogą to mogłaby być z tego niezła akcja… Hu hu hu… Tak, to na pewno byłoby… godne uwagi ^^ (jakby to określiła moja „brania dusza” ^^)
    Oke, to na tyle ;)
    Pozdrawiam! ;)

  10. Katka pisze:

    O., o ile do niego dojdzie :) No ale dziewczyna stara się, chce jakoś poznać ludzi, więc nie wiem, czy leci na Percy’ego czy nie, ale na pewno próbuje dać się poznać, żeby wszyscy nie myśleli, że przyjechała sobie taka laska z Europy i będzie się rządzić XD

    Eterna, hehe, John jednak ma bardziej pesymistyczne myśli, jak widać, chociaż może nie na zasadzie, że nie pociągnie długo, ale no, już zawczasu się martwi. Ale też słodko, że wierzysz, że on jest w stanie zapracować sobie na zaufanie. On chyba jest takim samym pesymistą jak John XD I dzięki, fajowo, że się podobało ;)

  11. Eterna pisze:

    Mam nadzieje, że John jednak jeszcze długo pociągnie i będą potem razem z Percym :) OO Ashley chyba polubiła Percego, jednak chyba na niego nie leci. Nie dziwie się,że Kapran nie chce objąć władzy, jednak jestem pewna, że w końcu zapracuje sobie na zaufanie nie tylko Johna a całego personelu. Jak zwykle cudny rozdział :)

  12. O. pisze:

    Uuuu czyżby Ashley leciała na Percy’ego? Ciekawie się ten ich wypad zapowiada, jeśli do niego dojdzie xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s