No Exit – 23 – Nocna niespodzianka

Orvel Arroyo stęknął przez sen i przesunął się na dużym łóżku. Chwilę dłonią macał materac, ale nadaremnie. Rozbudził się bardziej, nie znalazłszy na nim ciała, którego szukał i do którego chciał przylgnąć. Zamruczał z niezadowoleniem i uchylił powiekę.
Nocna lampka na stoliku się paliła, a za nią stał Patsy. Od razu poznał go po tych jego słodkich, szczupłych nogach i błękitnej koszulce nocnej, w którą był ubrany. Uśmiechnął się ciepło i uniósł głowę, aby w całości zobaczyć swojego najdroższego chłopaka. Ale zamiast ujrzeć tylko jego, w ciemności pokoju dostrzegł jeszcze trzy postacie. Stały w cieniu, niedaleko łóżka.
— Co jest… kurwa? — tyle zdołał wydusić Orvel, nim Patsy pochylił się do niego ze smutną miną. Smutną, ale też zezłoszczoną.
— Zdradzałeś mnie. Znowu… Nigdy… więcej… tego nie rób — wycedził, nim się szybko odsunął.
Orvel nie wiedział, co odpowiedzieć, ale nie miał na to specjalnie dużo czasu, bo jego uwagę ponownie przykuły postacie w sypialni. Gdy pierwsza z nich wyłoniła się z cienia, zobaczył swoją „dziwkę na telefon”. Marvin trzymał ręce wciśnięte w kieszenie jeansów i patrzył na niego swoim przeszywającym spojrzeniem oraz z trudną do odczytania miną.
— Pogadaliśmy sobie z Sike — rzucił w stronę swojego szantażysty.
Orvel spojrzał na niego ostro.
— Co?! — syknął, siadając na łóżku. Rozbudził się błyskawicznie, niczym wrzucony do wanny pełnej lodowatej wody.
— Oj, było miło. Postawił nam… znaczy mi… czekoladę — rozległ się kolejny głos z fotela stojącego w rogu pokoju. Orvel nie mógł dobrze dojrzeć twarzy. Ta mu tylko błyskała, kiedy mężczyzna zapalał, to gasił benzynową zapalniczkę.
— Co wy, kurwa, robicie w moim domu? Wzywam policję! — krzyknął, sięgając pod poduszkę, ale tam nie znalazł nic.
Spojrzał na Patsy’ego, a ten wzruszył ramionami bezradnie. Był smutny, ale zdesperowany.
— Robię to dla nas.
— Widzisz, jesteśmy w większości. Sike już twojego materiału do szantażu nie ma, więc z łaski swojej ubierz jakiś szlafroczek, wstań i otwieraj ten swój magazynek na szyfr, bo się okazało, że Patsy go nie ma, a chcielibyśmy jednak pozbyć się tych zdjęć i filmu — dodał Marvin, powstrzymując się, żeby go nie wyciągnąć z łóżka na siłę. Odwodził go od tego głównie wstręt, który czuł do tego mężczyzny. Odkąd przekroczyli próg mieszkania, czuł się nie najlepiej fizycznie. Psychicznie też nie, chociaż myśl, że dziś mają zakończyć ten podły szantaż motywowała go do wejścia do tego domu.
— A jak odmówię? To co? — Orvel prychnął. — Zmusicie mnie, młotki jebane?! Kamery są w budynku, pójdziecie siedzieć za napad i to w moim własnym domu!
— Nie wydaje nam się — warknął Jasper, który w końcu zniecierpliwił się i razem z prześcieradłem i kołdrą ściągnął faceta z łóżka. — Wstawaj i ruszaj to swoje przypalane dupsko, bo swojej facjaty za chwilę nie poznasz!
W tym wszystkim Orvela mogło dziwić najbardziej, że Patsy w ogóle nie próbuje go bronić. Wręcz przeciwnie. A przecież wydawało mu się, że jego kochanek o niczym nie wie! Robił to skrycie, gdy go nie było, bo nie chciał go ranić. Teraz jednak i tak nie miał czasu o tym rozmyślać, bo został pchnięty w stronę salonu, a potem do metalowych drzwi do magazynku. Jaz dosłownie szarpał nim na każdym kroku, przecząc tym samym swojemu wstrętowi do agresji. Marvin cały czas patrzył na nich poważnie, czekając tylko, aż wszystko zostanie skasowane.
— Pokażesz mi też swoje ostatnie wyniki badań — rzucił po drodze do Orvela.
Ten odwrócił się do niego, opierając się o drzwi. Nie otwierał ich na razie.
— Badań? — spytał, nie rozumiejąc na początku.
Patsy wyszedł z salonu za całą resztą, pilnując ich, czy nie przesądzają w którymś momencie. Już im i tak zapowiedział, że nie chce, aby Orvel potem za bardzo przypominał śliwkę i że ma mieć wszystkie zęby i cały nos.
— Czy nie masz jakiegoś pieprzonego wirusa, którym mnie zaraziłeś, spuszczając mi się tym obleśnym chujem do gardła — wycedził Marvin, dosłownie wciskając go dłonią w drzwi i patrząc mu w oczy z bliska.
Orvel ściągnął brwi i szarpnął się.
— Już ci, kurwo, mówiłem, że nie mam! — krzyknął na Marvina, a nim ten zareagował, Orvel oberwał z pięści w twarz z boku.
— Ej! — krzyknął Patsy z tyłu. Miało nie być w twarz.
Jasper, który był wykonawcą uderzenia, spojrzał na chłopaka i wzruszył ramionami.
— Sorry — burknął bez autentycznej skruchy i nim mieszaniec dobrze się wyprostował, zaserwował mu kolejny cios w brzuch. Orvel zawisł na pieści atakującego. — Nazwij go kurwą jeszcze raz, to wyplujesz flaki — zagroził i odsunął się, a Orvel upadł na kolana.
Marvin spojrzał na niego z wewnętrzną satysfakcją, choć i tak rzucił do kochanka:
— Mogłem to sam zrobić.
— Wiem — Jasper odparł tylko, nie zamierzając jednak przepraszać. Znosił dotąd całą tę sprawę chłodno, z opanowaniem, żeby nie denerwować kochanka, ale nie znaczyło to, że nie czuł wściekłości na myśl, co ten kutas robił z Marvinem, do czego go zmuszał i jak ten przez niego cierpiał.
— Wstawaj i otwieraj — Marvin przypomniał Orvelowi i szarpnął go w górę, dosłownie rzucając go na drzwi. — A potem skoczysz po te badania, bo od kiedy Sike nam powiedział, że ściemniałeś z tym wpisaniem hasła, to średnio ci wierzę — wycedził mu do ucha i odsunął się grzecznie, by dać mu przestrzeń, żeby mógł wreszcie otworzyć drzwi.
Orvel jeszcze obejrzał się na Marvina mściwie.
— A skąd wiesz, że to chłopak nie kłamał, hm? Że może otworzę ci te jebane drzwi i nic tam nie będzie.
— Otwieraj! Sami ocenimy, ile w tym prawdy. Już! — wycedził mężczyzna i znowu pchnął go na drzwi. — Nie mam ochoty patrzeć na twoją mordę ani chwili dłużej! — dodał z grymasem, czując, że sam widok Orvela wywołuje u niego mdłości. Wcale nie widział go w piżamie, tylko nagiego, z penisem na zewnątrz i tym podłym uśmiechem na ustach. Wszystkie wspomnienia wręcz atakowały go w tej chwili, przez co każda kolejna minuta w tym mieszkaniu była dla niego trudniejsza do zniesienia.
Orvel zaklął pod nosem i jeszcze przyjrzał się twarzom otaczających go osób. Poza tym świrem z zapalniczką wszyscy wyglądali na złych. Marvin i jego kochanek na wściekłych, będąc konkretnym.
Z ociąganiem wpisał kod i otworzył drzwi.
Pomieszczenie nie było większe niż schowek na miotły. Pod białymi ścianami stał długi, metalowy regał z różnymi pudłami. Orvel zapalił małą lampkę wiszącą na ścianie i podszedł do najniższej półki. Kucnął i otworzył drewnianą skrzynkę, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych przy drzwiach mężczyzn. Rzucił im jeszcze pełne złości spojrzenie i wygrzebał ze skrzynki niewielki, czarny dysk. Na podobnym Sike miał wszystkie zdjęcia i filmik.
— To to? — Marvin wyciągnął rękę po dysk.
— Tak — odwarknął Orvel. — Masz i spierdalaj.
Marvin wziął od niego czarny, prostokątny przedmiot i odwróciwszy się do kochanka, podał mu go.
— Niech ci Patsy pożyczy kompa, usuń to. A ty… — spojrzał znowu do Orvela i szarpnął go w górę. — Idziesz ze mną po wyniki badań.
Orvel odtąacił jego rękę, warcząc na niego z niezadowoleniem.
— Spieprzaj! — burknął, ale odwrócił się, aby z innego regału wyjąć teczkę.
W tym czasie Jasper podał Deanowi dysk, a ten razem z Patsy’m poszli usunąć pliki.
Marvin stał obok Jaza, czekając, aż ich szantażysta upewni go w tym, że nie jest niczym zarażony. On i Dean, który przecież połknął jego spermę. Już nie chciał używać tych głupich gumek. Chciał poczuć w sobie penisa kochanka, chciał, żeby się w nim spuścił, tak w pełni, intensywnie. Na razie jednak nie myślał dużo o seksie, bo czuł, że kolacja podchodzi mu do gardła, gdy patrzył na Orvela. Od razu sobie przypominał, jak ten uśmiechał się i sapał z ekstazy, gdy wciskał na niego na siłę zabawkę…
— Zaraz wrócę — Marvin rzucił szybko do Jaza i przeszedł obok niego pospiesznie w stronę łazienki.
Jasper spojrzał za nim, ale nie wyszedł z pomieszczenia, w którym był z Orvelem. Nie miał zamiaru zostawiać tego chuja samego, aby jeszcze, nie daj Boże, miał sposobność zadzwonić po policję czy cokolwiek w tym stylu. Szturchnął go za to.
— No, rusz się z tymi badaniami! — pospieszył Orvela, a ten zmierzył go spojrzeniem.
Mieszaniec był mniejszy od Jaspera, a na pewno jeśli chodziło o muskulaturę. Mógłby niby wdać się z nim w szarpaninę, ale nie był pewien, czy przyniesie to pozytywne rezultaty. Zagłębił się więc w przeszukiwanie teczki, a w końcu wcisnął w ręce pilnującego go wyniki badań.
Testy były zaledwie sprzed miesiąca i rzeczywiście świadczyły o tym, że Orvel jest zdrowy. Mogli więc odetchnąć z ulgą i pozbyć się kondomów, których żaden z nich specjalnie nie lubił.
— Już? — mruknął Orvel, patrząc na czytającego wyniki Jaza. — Jak tak, to wypierdalajcie wszyscy z mojego domu.
Jaz oddał mu badania, jak tylko je przestudiował. Chciał mieć całkowitą pewność, że mężczyzna niczym ich nie zaraził. Dopiero po tym uśmiechnął się kącikiem ust.
— Myślisz, że będzie tak łatwo?
Orvel spojrzał mu przez ramię, najwyraźniej nagle odczuwając lekki dyskomfort z powodu tego, że Jaz stał w drzwiach i przez swoją posturę zasłaniał mu przejście. A on był w środku, w tym ciasnym, ciemnym magazynku.
— Po to przyszliście. Skasować to żałosne porno i wziąć wyniki. To zabieraj swoją gwiazdkę i tego drugiego pojeba i spieprzajcie! — wysyczał, uważając, aby głos mu nie zadrżał z powodu nagłego uderzenia paniki.
Jasper obejrzał się jeszcze, czy Patsy się nie zbliża oraz przyjrzał się, jak wygląda zamknięcie pomieszczenia od środka. Czy da się z niego wyjść samodzielnie. Chłopaka tego skurwiela, którego miał przed sobą, nie widział. Musiał więc dalej siedzieć z Deanem przy komputerze, Marvin był w łazience, a drzwi od środka były zamykane na zasuwę. Nie trzeba też było wprowadzać szyfru, by wyjść, jedynie, żeby wejść.
Jaz przymknął je za sobą, po czym zbliżył się do Orvela niebezpiecznie blisko, spychając go coraz bardziej w głąb niewielkiego pomieszczenia.
— Twój cały Patsy bardzo się o ciebie martwi. Wiesz, chce mieć cię tylko dla siebie, abyś ty kochał jego i abyście sobie razem wzajemnie wystarczali. I wiesz, rozumiem go. Jego złość, zdenerwowanie… — Zbliżał się do mężczyzny coraz bardziej, rozmasowując przy okazji kostki ściśniętych pięści. — Bo widzisz, jak się kogoś kocha, to nie chce się, aby jakiś… ktoś miał jakiekolwiek intymne relacje z najważniejszą dla ciebie osobą. A ty? Ty zjebałeś sobie u dwóch osób — warknął i uderzył mężczyznę mocnym ciosem w żołądek.
Orvel nie zdążył go powstrzymać i tylko charknął, opadając na kolana. Gdyby niedawno jadł, na pewno właśnie zwracałby zawartość żołądka. Zamiast tego tylko splunął i jęknął, trzymając się za brzuch. Ból musiał być naprawdę duży, bo cały się trząsł. Wycharczał przy tym tylko jakieś niewyraźne: „Zostaw mnie… błagam”.
Jasper jednak był zbyt wściekły, aby się tym przejąć. Schylił się do mężczyzny i pociągnął go za włosy do góry. Pamiętał, aby nie bić tego chuja po twarzy. Naprawdę pamiętał, ale nie powstrzymało go to przed złapaniem go za szyję, pod szczęką i przyciśnięciem do ściany.
— Nie próbuj więcej żadnych numerów. Masz być grzecznym pantoflarzem tego swojego chłopaczka — warknął mu w twarz, trochę go przy tym dusząc.
Orvel popatrzył mu ze strachem w oczy i pokiwał głową, na ile mógł. Teraz dopiero naprawdę czuł, w jak złej sytuacji się znalazł.
— Ob… je… cuję…! — wykrztusił, trzymając się Jaza za przedramię. — Pu… puść…
Ten zrobił to dopiero, kiedy po raz kolejny uderzył go nisko w podbrzusze. Orvel upadł głucho na ziemię, a drzwi do magazynku nieco się uchyliły i pojawił się w nich Marvin. Był nieco blady i twarz miał skropioną wodą.
— Jaz…?
Zapytany odwrócił się do kochanka i skrzywił się.
— Źle wyglądasz — jęknął podszedł do niego. — Chodźmy do domu, hm?
Marvin spojrzał krótko na kulącego się na podłodze Orvela i jeszcze zapytał:
— Jest zdrowy?
— Tak. Badania też są świeże, nie jakieś sprzed roku, więc prawie na pewno nie kłamał.
— Okej. Więc chodźmy — odparł Marvin, usuwając się z przejścia, by nie patrzeć już na Orvela. — Dean już pokasował wszystko — dodał, dłonią ścierając z twarzy wilgoć.
Jaz skinął głową i wyprowadził kochanka w pomieszczenia, nim jeszcze na moment nie wrócił do środka, po tym jak zobaczył mały szczegół na jednej z półeczek.
— Zaraz będę, przebierzcie się już — zasugerował i wrócił do Orvela z taśmą izolacyjną w dłoni. Kucnął obok niego i podciągnął mu głowę do góry. — Jaki jest kod do tego pomieszczenia?
— Po co ci to…? — Orvel popatrzył na niego ze strachem. Teraz był nawet nie tak blady jak Marvin, a zwyczajnie zielony. Na skroniach miał kropelki potu i wciąż się trzymał za obolały brzuch.
— Abyś mógł stąd, cwaniaczku, wyjść. Gadaj — rozkazał mu Jasper, wyciągając telefon, aby to zapisać.
Orvel spojrzał na jego komórkę i zaczął płycej oddychać ze zdenerwowania. Podyktował szybko ciąg dziewięciu liter i spróbował się unieść.
Jaz ze spokojem, dosyć dużym w porównaniu do nienawiści, jaką czuł względem tego faceta, nie przeszkadzał mu. Jedynie rozwinął taśmę i urwał kawałek.
— Powiedz mi tylko jeszcze jedno. To twój słodki, przygłupi Patsy dał ci te filmiki, czy sam mu je wykradłeś z telefonu? — Chciał wiedzieć. Jednocześnie odwrócił go siłą plecami do siebie. Wykręcił mu ręce, aby zakleić je razem taśmą.
— Pokazał mi je tylko… Ja je sobie zgrałem… — wydyszał już zupełnie przerażony. — Co robisz…?
— Opóźniam cię — Jaz wyjaśnił skrótowo, owijając go taśmą, ale nie kneblując mu ust. Odłożył ją potem na półkę. — I serio nie próbuj dzwonić po policję. Poczekaj, aż twoja kruszynka cię stąd wyjmie rano, poleżcie se w łóżku, pogruchajcie sobie i potem najlepiej znowu się wyprowadźcie — burknął i wyszedł z pomieszczenia, gasząc za sobą światło.
— Co?! Pojebało cię?! Nie zamykaj! — wrzasnął Orvel, patrząc za Jazem z błaganiem w oczach, ale niedługo później ogarnęła go całkowita ciemność, kiedy drzwi zostały zatrzaśnięte.
Jaz nawet się nie zawahał. Przeszedł tylko do przedpokoju, aby się ubrać. I musiał przyznać, że nadal był trochę skonsternowany faktem, że Dean miał peruki. Użyli też ciuchów z występów, aby nikt nie poznał ich w kamerach ochrony. Wiedzieli, że nie narobią sobie problemów. A wręcz przeciwnie, właśnie pozbyli się tego największego i wreszcie mogli wrócić do normalnego życia bez strachu, że ich fotki wylądują w Internecie, czy że Orvel znowu zadzwoni z jakimś żądaniem.
— Eee… — Patsy pojawił się w przedpokoju, kiedy mieli już wyjść. — Drzwi są zamknięte.
Marvin spojrzał na Jaza, po czym na przegiętego chłopaka z pasemkiem zielonych włosów i w ogóle… dziwnej, w jego mniemaniu, aparycji.
— Nic mu się tam nie stanie. A ty się też możesz trochę pomartwić. Wszyscy jesteście winni tego całego gówna. Ty, Karl i ten twój jebnięty pseudo-Indianin — wycedził, wciąż czując się okropnie po tym, jak zwymiotował w łazience.
Chłopak otworzył oczy szerzej, zaczynając panikować. I już miał coś powiedzieć, ale Jaz go uprzedził.
— Potem przyślę ci kod, aby otworzyć te drzwi. No, chyba że skłamał, ale wtedy to już wasz problem — burknął, a Dean otworzył drzwi wyjściowe z mieszkania.
Marvin nawet się nie obejrzał na oniemiałego Patsy’ego. Wyszli tylko całą trójką z mieszkania, a potem po schodach na dół. Nie unosili na wszelki wypadek głów, by kamery zbyt wiele nie uchwyciły. Dean zaparkował samochód kawałek od budynku, żeby na kamerach na parkingu nie było widać tablicy rejestracyjnej.
Mogli wrócić do domu. Mieli pokasowane pliki, zastraszonego Orvela i panikującego Patsy’ego, który raczej nie zrobi niczego głupiego do czasu, aż nie dostanie kodu, aby otworzyć schowek. Byli wolni.

*

Marvin wyszedł z łazienki w samych czarnych slipkach, bo ogrzewanie szło pełną mocną, a w łazience aż parowało po tym, jak wziął sobie bardzo ciepłą kąpiel. Czuł się świeżo. Zarówno był zmęczony, jak i nie całkiem śpiący. Nie kłopotał się też zaświecaniem światła w salonie, gdy przez niego przechodził. Dean już leżał na kanapie, więc nie chciał mu przeszkadzać. Podszedł tylko do niego od strony jego głowy, pochylił się i cmoknął w czoło.
— Dzięki, mistrzu.
Ten uchylił jedną powiekę i uśmiechnął się do niego.
— Nie ma sprawy. Idźcie spać, występ dopiero wieczorem, więc się wyśpijcie chociaż — poradził mu. Było już cholernie późno. Za jakąś godzinę, półtora powinno świtać.
Marvin skinął głową.
— Masz się zjawić i obejrzeć. Dobranoc — odpowiedział, rzucając jeszcze pełne rozbawienia spojrzenie na jego królicze uszy i wycofał się w kierunku sypialni.
Dean pomachał mu jeszcze dłonią i w końcu zamknął oczy, kuląc się na kanapie. Był zmęczony całym dniem.
Marvin w tym czasie wszedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi, nim odwrócił się w stronę kochanka i uśmiechnął lekko. Ten już leżał na łóżku, a na jego widok wyszczerzył się bardziej i wyciągnął do niego dłoń.
— Chodź, dupciu moja piękna.
Marvin podszedł do łóżka, chwycił go za dłoń i usiadł mu na udach. Potem pochylił się niżej, oparł łokcie po bokach głowy kochanka i bez słowa pocałował go w usta. Leniwie, ale namiętnie.
Jasper objął go w pasie i nisko zamruczał.
— Mój kochany — wymamrotał w jego usta. — Jak się czujesz?
— Po kąpieli dużo lepiej. Z tobą dużo lepiej — uściślił Marvin, mówiąc nieco przyciszonym głosem, muskając lekko usta większego od siebie, ale młodszego mężczyzny.
— Źle wyglądałeś, jak wychodziliśmy. — Jasper pogładził plecy, a następnie włosy kochanka.
— Źle? A myślałem, że twierdziłeś, że zawsze dobrze wyglądam… nawet na kacu… — odmruczał Marvin, z lubością wyczuwając pod sobą to duże źródło gorąca. Zresztą nawet nie tylko ciało Jaza było ciepłe, ale i jego usposobienie.
Jasper przyciągnął go i pocałował z delikatnym uśmiechem.
— Nie podchodź mnie tak. Wiesz, że uważam cię za największego przystojniaka na świecie, ale też się martwię.
— Już jest okej, tygrysie — zapewnił go Marvin. — To tylko głupia reakcja na widok tego sukinkota. Ale pozbyliśmy się problemu zupełnie, więc nawet nie wiesz, jak mi dobrze — zamruczał cicho, bawiąc się między palcami krótkimi włosami kochanka.
— Dobrze. Mam nadzieję, że to naprawdę wszystko się teraz uspokoi i już nigdy go nie zobaczysz. — Jasper pocałował go znowu i przekręcił z nim na bok. — Będę zaborczym tygrysem i nikomu nie dam cię tknąć.
— Będziesz musiał na nowo zaznaczyć teren — odpowiedział Marvin, obejmując go za szyję i wychyliwszy się do jego ucha, wyszeptał: — Chcę, żebyś po występie mnie mocno przerżnął i zostawił mi w środku dużo… dużo swojej śmietanki.
Jaz aż sapnął ekstatycznie i przycisnął do siebie Marvina.
— Da się załatwić — obiecał niskim, chrapliwym głosem.
— Trzymam za słowo — odmruczał starszy mężczyzna, przymykając oczy. Czuł się naprawdę dobrze, kiedy był tak zamknięty w ramionach kochanka. Nie czuł się przy tym przytłoczony, mimo że Jasper był sporo większy. To mu się właśnie podobało i nawet zaborczość Jaza była w pewien sposób pokrzepiająca. — Kocham cię, stary — dodał i cmoknął go w ramię.
— Mmm… Ja ciebie też — odparł Jasper, przesuwając nosem po włosach kochanka, a potem całując go w czoło. — I nawet nie wiesz, jak mi teraz dobrze i luźno. Tak powinno być.
— Mhm… I obecnie naszym największym problemem jest to, by dobrze jutro zatańczyć. Takie problemy mogę mieć — odpowiedział Marvin z lekkim uśmiechem, przyglądając się strasznie seksownej i przystojnej, w swoim mniemaniu, twarzy kochanka.
— Popieram. Albo co zrobić na obiad. Albo mogę też zastanawiać się cały dzień i nawet martwić, jak spędzić z tobą namiętny wieczór — dodał Jaz i potarł plecy kochanka. — Ale teraz trzeba się wyspać przed jutrem.
— Muszę się zdążyć jutro wydepilować — dodał Marvin i pocałował jeszcze Jaza krótko, ale czule w usta.
Ten mruknął na zgodę i zachęcił jeszcze raz, aby poszli spać. Po tym starszy tancerz okręcił się w jego ramionach i objął jedną jego ręką. Lubił tak spać, mając go za plecami, mocno przytulonego. Bezpiecznie.

*

Dean zaspał, więc z mieszkania prawie że wybiegł. Ubrał się też bardzo naprędce i miał dziwne wrażenie, że czarne stringi z błyszczącego, gładkiego materiału o niskim stanie nie będą w mniemaniu Harleya czymś seksownym, a po prostu zwykłym. Nic jednak sobie nie przygotował, więc uznał, że mężczyzna jakoś to przeżyje. Poza tym założył swoje spodnie do tańczenia, które nosił jak zawsze bardzo nisko na biodrach. Do tego bluzka z długim rękawem o szerokim dekolcie, odsłaniająca jego obojczyki. I standardowo bluza oraz ukochana kamizelka. Buty z klamrami zastąpił też czymś lżejszym. Włosów nie zdążył spleść w warkocz, więc tylko je spiął w coś przypominającego samurajski koczek.
Gdy przyjechał pod klub No Exit i wszedł do środka, usłyszał dwa głosy. Jeden należący zdecydowanie do Harleya, a drugi nieco wyższy. Gdy wreszcie wszedł na główną salę, zobaczył parę krzeseł barowych postawionych na środku i skierowanych w stronę sceny. Na nich siedział manager klubu oraz jakiś strasznie szczupły mężczyzna, najpewniej właściciel drugiego głosu. Obaj trzymali papiery i na coś czekali, wymieniając kilka zdań.
Dean wszedł w głąb pomieszczenia i rozejrzał się. Na scenie nie było jeszcze nikogo, nikt też nie czekał przed, czyli nie spóźnił się aż tak bardzo.
— Hej — przywitał się, a raczej zwrócił na siebie uwagę.
— Witamy! — odezwał się od razu Peter, zanim Harley zdążył otworzyć usta. — Imię, nazwisko i wiek prosimy? — popatrzył na Deana z wyczekiwaniem, a drugi z siedzących mężczyzn nie mógł się powstrzymać przed uśmiechem bokiem ust.
Dean zerknął na Harleya i uśmiechnął się, a raczej tylko się uśmiechnął, bo prawie nie wybuchnął śmiechem.
— Dean Boyer, trzydzieści dwa lata — odparł, powoli podchodząc do stolika ustawionego przed mężczyźni. — Ale obawiam się, że nie będzie mnie na tych zgłoszeniach.
— I nic nam nie zatańczysz? — tym razem pierwszy odezwał się Harley, siedząc luźno na krzesełku i bawiąc się długopisem.
Peter za to zamrugał z brakiem zrozumienia swoimi przedłużanymi rzęsami.
— Myślałem, że miałem pojawić się tu w innym celu — odparł Dean, nadal stojąc przed nimi, jak na przesłuchaniu. Dłonie trzymał przy tym w kieszeniach kamizelki i uśmiechał się kącikiem ust.
— Czyli nie mam co liczyć na pokaz? Może wymuszę prywatnie — stwierdził Harley, najwyraźniej nie krępując się przy choreografie, który zrobił z ust „o”, najwyraźniej już rozumiejąc. Manager za to zerknął na zegarek na nadgarstku i wstał. Potem przyniósł spod baru jeszcze jedno krzesło i postawił tuż obok swojego. — Siadaj — zaprosił Deana i znowu usiadł. — Zaraz zaczynamy.
Dean skinął głową i jeszcze wyciągnął rękę do choreografa.
— Niby się przedstawiałem, ale Dean, miło mi.
— Pete — odpowiedział od razu drugi mężczyzna, ściskając jego dłoń bardzo delikatnie, wręcz z namaszczeniem. — Harley mówił, że przyjdzie ktoś, kto też tańczył, zupełnie zapomniałem. Może nam pomożesz wy…
— Dzień dobry — odezwał się nagle głos ze sceny, na którą od strony garderób wyszedł jakiś chłopak. Najwyraźniej już ci, którzy mieli być przesłuchiwani, zostali skierowani gdzieś, gdzie mogli się przebrać. Chłopak był ubrany w obcisłe, czarne, standardowe ubrania i był boso. W ręce trzymał płytę z muzyką.
— Dzień dobry. Przedstaw nam się — poprosił od razu Harley, sięgając po chwilę temu odłożone papiery.
Dean obejrzał się na scenę i skinął do Petera. „Jasne” — rzucił do niego bezgłośnie i już usiadł na miejscu zaproponowanym przez Harleya.
W tym czasie chłopak na scenie się odezwał.
— Chris Raysler. — Ruszył do nich, aby dać im płytę z muzyką.
— Nie, nie, tam masz radio, z boku sceny. Wrzuć płytkę, jest podłączone. — Manager zatrzymał go gestem dłoni, równocześnie szukając Chrisa Rayslera wśród pięciu zgłoszeń. — Dwadzieścia cztery lata, dotychczas tańczył na wieczorach panieńskich. Po kilku kursach… — czytał pozostałej dwójce, by nakreślić atuty chłopaka. — Dobra, pokaż nam, co masz — dodał, unosząc już wzrok na przesłuchiwanego. Uśmiechnął się do niego nawet zachęcająco, choć siłą rzeczy ten specyficzny półuśmiech mógł robić różne wrażenie.
Chris skinął głową, włączył muzykę, chwilę odczekał i zaczął swój występ. Był dość żywy, jednak stateczny, nie przemieszczał się za bardzo po scenie. Dobrze jednak się wyginał, a muzyka nie była wcale źle dobrana. Nie wyglądał też na zestresowanego czy skrępowanego, co osobiście manager poczytywał za dużą zaletę. I w duchu musiał przyznać, że chętniej by zatrudnił właśnie chłopaka, który wdzięczył się już przed kimś, niż zawodowego tancerza, który większość swoich występów odbywał w pełnym ubraniu.
Chris dostał standardowe pięć minut, a gdy tylko się zatrzymał i muzyka przestała płynąć, Harley popatrzył po Peterze i Deanie.
— Jakieś uwagi, pytania?
Dean nie chciał się pierwszy wypowiadać. W końcu nie był specjalnie związany z No Exit, nie pracował tu. Był gościem.
— Może… Pete? — zasugerował tamtemu, powstrzymując swoje uwagi ewentualnie na potem.
— Jaki masz stosunek do… częściowego negliżu? — choreograf chętnie zabrał głos. Patrzył na Chrisa z zaciekawieniem, w dłoni trzymał jakieś pióro i kartkę na kolanie, na której już coś zdążył podczas występu zapisać. — W jak bardzo skąpych ubraniach jesteś gotowy występować?
— W… niczym? — odparł Chris ze wzruszeniem ramion, przekładając ciężar ciała na jedną nogę. — Chociaż na scenie miło byłoby ograniczyć się do stringów — dodał bez cienia skrępowania.
Peter zanotował, Harley słuchał, a choreograf zadał jeszcze jedno pytanie:
— Tańczyłeś kiedyś z kimś, czy tylko solo?
— Głównie solo.
Peter zamruczał długie „mhmm”, poskrobał i spojrzał pytająco na Deana, czy coś chce powiedzieć. Sam postanowił zebrać informacje, obejrzeć występy i opinię wydać na koniec.
Dean nie był pewny, czy w ogóle powinien się wtrącać, ale cóż, najwyżej każą mu się zamknąć. W końcu nie miał nic do stracenia.
— Mmmm… Czyli tańczysz głównie przed garstką osób, na małych powierzchniach. A… umiałbyś pokazać coś, gdzie więcej poruszasz się po scenie?
— No… tak, chyba tak. — Chłopak skinął głową, a Dean zadał mu jeszcze dwa pytanie o kursy, na jakie chodzi i figury oraz style.
Rozmowa ta dla osoby nie w temacie była trudna do ogarnięcia. Harley przez to niespecjalnie wiele rozumiał, bo nie znał się na tańczeniu, tylko na prowadzeniu klubu. Wiedział jednak, co przykuwa wzrok, dlatego No Exit funkcjonowało niemal idealnie. Peter za to patrzył na Deana z cieniem podziwu, gdy ten konwersował z chłopakiem. Musiał wyrobić sobie o nim inną opinię w ciągu tych kilku chwil, kiedy o nim usłyszał, a następnie zobaczył wchodzącego do klubu.
Chris jeszcze pokazał krótki układ na większej przestrzeni, aż w końcu Harley spojrzał na zegarek. Minęło ustalone piętnaście minut, więc rzucił:
— Dzięki, to wszystko. Mamy twój numer, więc do jutra dostaniesz telefon, czy masz fuchę.
— Spoko — Chris odparł skwapliwie i pomachał im jeszcze, nim wyszedł na zaplecze.
Potem pojawił się kolejny tancerz. Trochę wyższy i szerszy w ramionach. Miał krótkie włosy i pociągłą twarz. Przedstawił się na wstępie, wraz z powitaniem.
Harley pozwolił mu zacząć występ i przez cały czas przyglądał mu się uważnie. To jednak nie przeszkodziło mu w dyskretnym sięgnięciu za plecy Deana i delikatnym wsunięciu palców za pasek jego spodni. Najwyraźniej chciał wyczuć, jaką ma bieliznę. Nie było to trudne dzięki temu, że Dean miał luźne spodnie na szeroką gumkę. A to, co manager wyczuł, to cieniutkie paseczki stringów wciskające się blondynowi w ciało, aby utrzymać genitalia na swoim miejscu.
Dean w ogóle nie zareagował na jego palce, jakby wręcz ich nie czuł. Harley za to oblizał dolną wargę i przesunąwszy jeszcze pieszczotliwie kciukiem po jego skórze, zabrał dłoń. Akurat kolejny kandydat na tancerza skończył występ, więc zadał rutynowe pytanie:
— Pete, Dean? Pytania?
Ci wymienili kilka słów z tancerzem, Dean nawet coś pochwalił, a potem przyszli kolejni. Procedura się powtórzyła aż do momentu, kiedy ostatni z piątki nie zszedł ze sceny.
Byli bardzo różnorodni i każdy był lepszy w czymś innym. Gdy już zostali odesłani i „komisja” mogła zdecydować, Harley zaczął kartkować papiery tancerzy i przyglądać się swoim zapiskom.
— Jakieś wnioski macie? Trzeba wziąć pod uwagę, który będzie dobrze wyglądał z Karlem u boku…
— Myślę, że Steve nieźle sobie poradził — zasugerował Peter na wstępie, wskazując trzeciego tancerza. Postukał przy tym chudziutkim palcem w zdjęcie na zgłoszeniu.
— Mhm, ale nie udźwignie go, jest wysoki, ale pracuje głównie nogami, więc jak coś, musiałbyś zrezygnować w choreografii ze wszelkich asyst do momentu aż nie podpakuje — wtrącił Dean.
Peter zrobił dzióbek z ust w wyrazie konsternacji, a Harley skomentował:
— To nie przejdzie, nie wiadomo, czy ma predyspozycje, by się dostatecznie tak rozrosnąć. A Karl ma grać cherubinka ujmującego facetów za serca i starych perwersów za chuje, więc musi mieć silniejszego partnera.
— To ten ostatni — mruknął Dean.
— Ostatni? — Harley i Peter spojrzeli na dokumenty niejakiego Dustina Halla. — Dwadzieścia pięć lat, tańczy od dziewięciu, uzdolniona muzycznie rodzina… — czytał manager. — Dlaczego on? — Spojrzał na Deana.
— I miał kiepski układ — dodał Peter, także zdziwiony. Nie brał go pod uwagę.
Dean wzruszył ramionami.
— Jest silny, podniesie Karla bez problemu, panuje nad ciałem i wchodzi w ton. Nie musi przecież sam składać sobie układów, jest od tego przecież choreograf, co nie?
Peter nabrał powietrza w policzki na te słowa.
— Oczywiście — wyburczał.
— Dobra. To skoro ci odpadają… — Harley mówił bardziej do siebie, notując wszystkie uwagi przy każdym z dokumentów. — Tych bierzemy ewentualnie pod uwagę…
— Ale jak chcesz tego Halla, to bym go najpierw na okres próbny rzucił. Żeby się przekonać, czy jest tego wart — poradził choreograf.
— Ta, wiem, da się go na tydzień na te mniejsze podwyższenia, poobserwuje jak się wygina i co najważniejsze… — Harley popatrzył po nich — jak się ludziom podoba. Jest w waszym guście? — dopytał bardziej, by wybadać opinie, niż w jakimkolwiek innym celu.
— Nawet — skomentował Dean. — Chociaż ja mam dziwny gust z reguły. A z chłopakiem trzeba popracować. Powinien sobie jednak lepiej poradzić w parze niż sam, a chyba tego chcieliście, co nie? Jeszcze… — Sięgnął palcami między podania od tancerzy. — Ten był spoko, ale nie chcę być niemiły czy coś, ale nie ma za bardzo czym przykuwać wzroku poniżej pępka — dodał z lekkim rozbawieniem na ustach.
— Nie, nie, nie, ten też mi nie w smak totalnie — Peter tym razem poparł Deana i skomentował jeszcze Dustina Halla. — No, a ten ostatni był chociaż ciasteczkowy.
— Może się wbijać w gust… — przytaknął Harley, myśląc nad tym usilnie.
Mógłby rzeczywiście wrzucić na próbę tego faceta, ale z kolei obawiał się, czy występy z nim będą kreatywne. Domyślał się, jak Jaz, Marvin i Peter pracują. Ile tancerze wkładają pracy, energii, własnych pomysłów w występy i w jak dużym stopniu wynik jest ich wspólnym dziełem z choreografem, z którym współpracują. Przynajmniej mu się wydawało, że jest, bo nie był świadom tego, jak czasem Peter zostawiał wszystko na ich głowach. A jeśli na przesłuchaniach Dustin Hall wyleciał z tak, czysto teoretycznie, słabym układem, nie był pewien, czy stać go na więcej wyobraźni i własnego wkładu. Jakkolwiek nie chciał osądzać Petera, tak wiedział, że ten nie był geniuszem, ale ciężko było o doskonałego choreografa w takiej mieścinie. I tak czuł się szczęściarzem, że dorwał Marvina, zanim zrobił to inny właściciel klubu.
— Dobra, chłopcy — odezwał się, składając dokumenty. — Prześpię się z tym i jutro będę dzwonić.
— Jasne — odparł Peter, wstając. — Ja obstaję jednak przy tym chłopaku, co mówiłem najpierw. Podobało mi się, jaką muzykę dobrał i jak to zgrał w całość. No i w końcu sam mówiłeś, że ten drugi zespół ma być bardziej „twinks” — rzucił i uśmiechnął się, starając nie patrzeć za bardzo w przeraźliwie jasne oczy Deana, który zerkał na niego z dołu, od biurka na którym się w międzyczasie położył.
Harley przytaknął i te dwa dokumenty, dotyczące typu Petera i typu Deana, odłożył na górę teczki. Resztę już w myślach zdyskwalifikował, ale wciąż nie był pewien, czyj wybór jest lepszy dla klubu.
— Spoko, Pete, muszę to wszystko jeszcze ogarnąć. Dzięki za pomoc i do wieczora — rzucił do niego, wiedząc, że większość pracowników dzisiaj będzie w klubie. Zawsze w piątki, kiedy mieli największe występy, było dużo roboty. No i ludzi w ten właśnie dzień przybywało najwięcej.
Choreograf zabrał swoją teczkę w kwiaty i pożegnał się z nimi, ruszając w stronę wyjścia.
Dean odprowadził go spojrzeniem i wzruszył ramionami.
— Mmm… Może ma rację — mruknął pod nosem, widząc też, że powoli przesłuchiwani tancerze się wynoszą. I tak był pod wrażeniem ich poziomu jak na tak nieduże miasto. Z drugiej strony, nie wszyscy musieli być stąd.
— Mówiłem ci, że nie wiem, czy wolę, by było dwóch młodziaków, czy jeden bardziej dominujący. Ale skłaniam się ostatnio ku drugiej opcji. Ludzie lubią w Karlu jego „niewinność”, mogliby źle odebrać, jakby dostał konkurencję. I nie chcę iść na łatwiznę — dodał Harley, wiedząc, że w ten sposób Peter sobie nieco ułatwia. Na pewno widział, że w przygotowaniach z wyborem Deana byłoby więcej roboty niż z techniką.
— Tak, tylko to też zależy, jak tu składacie występy. Ja u Marvina i Jaza ani razu nie widziałem tego Petera. — Dean spojrzał na Harleya w górę, nie mogąc powstrzymać się przed ciętą uwagą. Uważał, że ktoś, komu się za to płaci, powinien ich skontrolować, przynajmniej dzień przed próbą generalną. Peter to całkowicie zignorował. Chociaż manager klubu też w tej kwestii się nie popisał, w jego opinii. Niby był takim pracoholikiem, a nie umiał postawić do pionu jednego, lekko przegiętego pracownika.
— Przerabiał to z nimi dwa lata temu i uznał, że znają układ — odparł Harley nieco kwaśno. — I tak mu potrącę za to parę dolców, ale Jaz i Marvin zwykle mają równy wkład w wymyślanie układów jak Peter — wyjaśnił, chowając papiery do neseseru.
— To ten koleś nie będzie tego miał. To był uczony układ. Pewnie ktoś mu z nim pomagał, mimo że dobrze wykonał to technicznie. Ale jak mówisz, że się tak da, to go przetestuj. Jednak jeśli Pete mu nie pomoże, to poza gibaniem się przy barierce dużo z tego nie będzie.
— Kurwa — skomentował Harley i przesunął dłonią po włosach, zaczesując je w tył. — Do jutra się zastanowię. Dzięki za te wszystkie opinie. — Spojrzał na Deana i złapawszy go za podbródek, cmoknął go w usta. — Druga „randka” w mojej robocie… Staczam się — rzucił z półuśmiechem.
— Nie. To po prostu pracoholizm — odparł Dean już z uśmiechem na ustach. — Ale wszystko da się wyleczyć. Ja kiedyś nie wyobrażałem sobie dnia bez tańczenia, a dzięki kilku decyzjom i że tak powiem, pasjom, teraz prawie się z tego wyleczyłem.
— Szkoda… — rzucił Harley, przyglądając mu się z pewnym zastanowieniem. Nie wypowiedział jednak głośno myśli, która pojawiła mu się w głowie, tylko wyprostował się i skinął głową na balustrady. — Odniosę papiery do biura, schodzę i jedziemy tam, gdzie ci pisałem.
Dean podniósł się z barowego krzesełka i wyciągnął się, aż kilka kostek mu strzyknęło.
— Mhm, spoko. Poczekam.
Harley tylko zlustrował go, zatrzymując na dłużej wzrok na jego włosach i wreszcie podążył do schodów, a potem nimi na górę. Znowu miał na sobie garnitur, w którym wyglądał naprawdę dobrze i tak inaczej niż chociażby… nago. Teraz sprawiał wrażenie poważnego, eleganckiego mężczyzny, a gdy unosił się i opadał nad Deanem, gdy kochali się przed kominkiem, jego muskulatura i silne owłosienie sprawiało, że wydawał się wręcz dziki i seksownie nieokiełznany.
Dean grzecznie czekał. Rzucił tylko scenie tęskne spojrzenie i uśmiechnął się do siebie na wspomnienie reakcji Petera, gdy go zobaczył. Może to nic nie znaczyło, ale… jak wróci do siebie, to może jeszcze gdzieś spróbuje. Byle nikt za bardzo nie wnikał w jego życiorys.

12 thoughts on “No Exit – 23 – Nocna niespodzianka

  1. Katka pisze:

    Basia, tak, kiedy nie ma władzy, to zdecydowanie pewność siebie Orvela znika. I baaaardzo dobrze. Czy coś będzie więcej planował? Nie wiadomo, ale na pewno oberwał i trzy razy się zastanowi, zanim coś zrobi.

  2. Basia pisze:

    Witam,
    Orvel nie jest takim pewnym siebie, ta panika… mmmm sprawa załatwiona, choć czxy cos nie będzie jednak planował, Dean ha jak pognał na to spotkanie w klubie….
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Bebok pisze:

    Orvel z głowy ;D Wszyscy zdrowi. Yeah!!! Wkurwiony Jaz jest Seksowny! Taki groźny byczek xd
    Peter… żywię do niego szczerą choć niezbyt uzasadnioną niechęć. Nie lubię ludzi który robią coś po łebkach.
    Dean i Harley to moja ulubiona para tutaj xd Są rozkoszni *__* Śmiać mi się chciało ja Harley sprawdzał bieliznę Deana :D

  4. Katka pisze:

    Saki, agresja w Jasperze się na pewno mocno kumulowała, bo w końcu w trakcie całej tej afery nie miał jej gdzie ukierunkować, a sama frustracja tym, co się dzieje, na pewno wywoływała w nim negatywne uczucia. Teraz wreszcie mógł się wyżyć i na pewno czuje się z tym lepiej. No i masz rację, Patsy’emu najwyraźniej zależy nie tylko na kasie, bo jakby tak było, to możliwe, że to wszystko by całkowicie ignorował, a tutaj widać, że faktycznie chce zmienić Orvela. Pytanie tylko z jakich pobudek, czy egoistycznych, czy nie. Hehe, a co do przesłuchań, zobaczymy, na czyją opinię Harley postawi albo może znajdzie jakiś kompromis. Nie zaprosił w końcu Deana tylko po to, by ten oglądał amatorów. Liczył na trochę opinii, więc może weźmie ją pod uwagę. A Pater faktycznie niezbyt działa w tym klubie :/ Oj i od razu zakładasz, że Harley dowie się o przeszłości Deana… A może będzie żył w nieświadomości. W końcu Dean nie lubi się tym chwalić, tak jak Lenny obawia się powiedzieć matce, że ma faceta XD No ale tak, jest np. taki Karl, który kojarzy fakty… Cienki lód ma Dean pod stopami… Dzięki za komentarz ;)

    Shanae, o kurcze, to wychodzi na to, ze w tym opowiadaniu główne pary tak średnio Cię interesują XD Mam nadzieję jednak, że na tyle chociaż, że czyta Ci się to opko jednak dobrze. Orvel i Patsy to w ogóle przypadek, który można by rozważyć i rozłożyć na czynniki pierwsze w całkowicie odrębnej historii, bo raczej nie są standardowi XD Ja osobiście za nimi nie przepadam XD No ale to pewnie przez moją subiektywną ocenę, bo w końcu Marvinek to moje dziecko, więc nie lubię jego oprawców XD W ogóle wow! Wow! Jesteś od początku? I dopiero teraz komentarz? XD Tak, nie będę słodzić i powiem, że faktycznie czytelnicy którzy nigdy przenigdy nie dają o sobie znać a czytają i biorą dla siebie, to jednak niewdzięczne elementy XD Ale oczywiście też ich doceniamy, bo jednak czytać nas taaaaaak długo to super sprawa! Bo wiem, że wielu przychodzi i odchodzi, więc sama wierność zasługuje na podziw. No… i jednak posłodziłam. Trudno XD Mamy nadzieję coś jeszcze od Ciebie poczytać ;)

    Liv, Patsy jako zło konieczne… w sumie tak, tak został potraktowany. Pomógł im, ale chyba ich wszystkich mocno odrzucił fakt, że jest z kimś takim jak Orvel i jeszcze ciśnie, żeby za duża krzywda mu się nie stała. Na pewno z ich perspektywy to jest wytłumaczalne, że tak się do niego odnosili, ale z perspektywy Patsy’ego mogło to być krzywdzące. Ale coś mi się wydaje że on się jednak im nie dziwi. „ale no nie będę im się wpieprzać do łóżka, co nie?” – hehehe, skądże, tylko co najwyżej od czasu do czasu podczas czytania XD

  5. Liv pisze:

    Jej, a mnie też ciekawi, kim do cholery jest Patsy dla Orvela. No po chuja zobrał się do Marvina, jeśli mu zależy, a jeśli mu nie zależy, to po chuja to wszystko? Co, swoją dziwką by się opiekował, jakby zachorował? Nie sądzę… :/ Głupi czop, oby Patsy go zostawił albo wytresował jakoś :>>

  6. Liv pisze:

    W sumie nie wiem co napisać, rozdział świetny jak zawsze :)
    Podobała mi się scena jak Harley macał Deana…
    Ale jestem trochę wkurzona na nich wszystkich, że potraktowali Patsy’ego jako takie zło konieczne w sprawie, a jemu najchętniej też by przyłożyli. Przynajmniej tak to odebrałam. Bo co jak co, ale to dzięki niemu dupy im jeszcze nie spłonęły i ten ciotek wcale nie jest głupi, tylko głupio zakochany, no kurwa. Przepraszam, ale głównie Jasper tutaj uderzył w mój czuły punkt, bo mam słabość to tego słodziaka ^^
    W ogóle mam nędzną nadzieję, że Patsy nie wypuści tego frajera za zdradę i bycie idiotą, ale mała szansa, niestety. Każdy ma wady, a wadą Patsy’ego jest Orvel xd
    Jakoś nie lubię tego, jak Jasper i Marvin się do siebie zwracają, to takie „banalne”, ale no nie będę im się wpieprzać do łóżka, co nie? (heheszky)
    Dobra, jest happy end, brawa dla całej tęczowej drużyny :)

  7. Shanae pisze:

    Hm. Miło, że się rozprawili z Orvelem, ale… Chcę go więcej T.T Jego i Patsy. Strasznie jestem ciekawa, jak dalej się u nich potoczy XD Nie przeczę, że Indianin jest suczysynem, ale, cholera, chciałabym poznać bliżej jego pokrętną logikę. Niby „najdroższy chłopak” i „nie chciał go zranić”, a jednak szuka sobie kogoś innego. Co, Patsy mu kiedyś kiedyś powiedział, że nie lubi obciągać? O.o Czy coś?

    Marvina nie lubiłam na początku, nie lubię i teraz. Nie jestem w stanie się do niego przekonać, nieważne, co robi czy mówi >.< Jaz jest mi obojętny, więc tu się nie wypowiem za dużo.
    Dean z Harley'em są… słodcy. Po prostu XD D. niestety przekichał sobie u mnie wpieprzaniem się, za przeproszeniem, w trójką, który, cholera, wydawał się mi wymuszony. Takie "mimo wszystko". i miałam cichą nadzieję, że – jak się pokazał w klubie – to spiknie się z Karlem XD Ale Harley jest cudny, więc nie ma strat.

    I wyszło, że moją ulubioną parą w tym opowiadaniu jest… Naczelny Skurwiel O. i Kolorowe Pasemko P., tadaaam. Cóż ^^"

    Czytam was od początku, ba, pamiętam piękny moment, gdy założyłyście tą stronę ;) Aczkolwiek jestem typem czytelnika, którego się zapewne nienawidzi – czyta, czeka z utęsknieniem, ale komentarza nie napisze ^^" Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, więc nawet nie próbuję się tłumaczyć. Ale planuję to zmienić xD

  8. saki2709 pisze:

    Jakie to szczęście, że już po wszystkim. A zastraszony Orvel to miód na moje serduszko XD Dobrze mu tak. Swoją drogą, nie spodziewałam się po Jazie takiej agresji. Ale tyle czasu w sobie to tłamsił, że się mu nie dziwię. Teraz Marvin będzie mógł odetchnąć. Chociaż raczej długo tego nie zapomni.
    Skoro Patsy nie zabronił przywalić swojemu kochasiowi, to znaczy, że uznał, że mu się należało. Nie wiem, jaki ma stosunek do tego ich związku, bo nie było to wszystko pokazane od jego strony, ale chyba też na swój sposób to przeżywał. Może jednak coś tam do niego czuje. Przydałaby się porządna awantura. Może wtedy Orvel by zmądrzał i nie robił świństw swojemu chlopaczkowi i niewinnym ludziom. Nie lubię Orvela, a Patsy’ego toleruję, ale mimo wszystko życzę im dobrze. Patsy’emu najwyraźniej nie tylko na kasie zależy, bo wyglądał na trochę zranionego i był zły. Zastanawia mnie, czy ciężko mu było ukrywać przed kochankiem, że o wszystkim wie. Będzie coś jeszcze o nich, czy Orvel i jego indiańska facjata zaszczyci nas jeszcze swoją obecnością.
    Ciekawa jestem, czyj typ przejdzie, jeśli chodzi o przesłuchanie. Każdy ma swoje wady i zalety, ale jeśli na Peterze za bardzo nie można polegać… niby jest tym choreografem, ale Marvin i Jaz praktycznie całą robotę odwalają za niego, więc mam wątpliwości, czy typ Deana dałby radę sam. Przez chwilę miałam nadzieję, że żmijka zatańczy i może zostanie wybrany, ale… jako członek komisji też był super. I tak teraz myślę… Peter się nie sprawdza… nic do niego nie mam, ale skoro marny z niego choreograf, to może nie powinien nim być, to może Dean zamiast niego… jak dla mnie byłby duzi lepszy niż on. Zna się na rzeczy, a kiedy Marvin i Jaz mieli próbę, dał im kilka cennych rad, które zdecydowanie się im przydały.
    Macanie bielizny <3 Niegrzeczny Harley. Czekam na więcej :3
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. I jestem bardzo ciekawa, jak się Harley dowie o przeszłości Deana. Bo że się dowie, to nie mam wątpliwości. Coś takiego zawsze wychodzi. I jakoś nie mogę się pozbyć myśli, że Karl będzie miał z tym coś wspólnego.
    To chyba wszystko, co chciałam napisać.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny i czasu

  9. Katka pisze:

    Kaczuch_A, tak jest, etap Orvelowy zakończony, a przynajmniej w teorii. Na bank zostało im wszystkim w głowie to, co się wydarzyło. Ale już można to przeżywać bardziej na spokojnie. A co do drugiej parki, hehe, tak, mało interpersonalnych relacji, ale zmacanie bielizny było smaczkiem mającym zachęcić do dalszej części :D (aczkolwiek najpierw przeczytałam „zmacanie blizny”, a że mój mózg godzinę temu jeszcze był bardziej wegetatywno-zaspany, kminił, jakiej kurde blizny i zaczęłam na poważnie analizować, czy przypadkiem nie wcisnęłyśmy z Shiv do tego rozdziału Johna z LI…)

    Sachan, Skurvel <3 Jakie ładne określenie. Choć mam wrażenie, że w swojej głowie Deana nazywasz jeszcze gorzej XD No ale widzisz, Harley Twoim wybawcą :D Btw „który jest bardziej zajebisty niż jakaś tam dziunia w tapecie :3” – rules <3

    O., noooo, na szczęście to nie sen! Tak pięknie poprowadzona nocna akcja i to z takim sukcesem… byłoby mega szkoda, gdyby to faktycznie był sen. Ale jak widzisz, pięknie już wszystko zakończone. Co do zaznaczania terenu zdecydowanie Marvin miał na myśli tylko Jaza. Jak to dalej będzie, to się okaże, ale tak, jego serduszko należy tylko do tygryska. Haha, a Dean jak widzisz jest bardzo zaaferowany Harleyem, więc może faktycznie Harley go utrzyma z dala XD

  10. O. pisze:

    Na początku to się bałam, że to będzie sen! Jednak cała akcja była przeprowadzona prawdziwie i na chwile obecna możemy odetchnac z ulga.. Ale Orvel będzie wkurwiony jak go Patsy wypusci, jesli ten własnej zemsty nie wymyslil :o I aww mam nadzieje, ze zaznaczanie terenu mial na mysli juz tylko i wylacznie Jeza bez furtek dla starych i dobrych przyjaciół… Wiec mam nadzieje, ze gdy dojdzie do ich seksu to Dean bedzie spedzal miło czas z Harley’em <3

  11. Sachan pisze:

    W końcu sprawa ze Skurvelem wyjaśniona.
    Dean wciąż zajmuje pierwsze miejsce na mojej liście nienawiści, sorry :D ale przynajmniej Harley utrzyma go z daleka od MOJEGO PRZYJACIELA, który jest bardziej zajebisty niż jakaś tam dziunia w tapecie :3

  12. kaczuch_A pisze:

    Uff, dobrze że się sprawa wyjaśniła. Że Jaz przywalił Indianinowi i że już mają spokój panowie. A co do reszty za mało interpersonalnych reakcji: seksów nie było no~! xD ale akcja z ‚wybadaniem’ bielizny seksowna. Liczę na tych dwóch panów razem~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s