Love Interest – 10 – Drobne marzenia

Podróż nie trwała długo, a może taka się Johnowi wydawała, bo całą drogę fantazjował, z jakiego powodu Percy może chcieć do niego przyjść. Czy czuje ciśnienie, czy szuka jedynie towarzystwa? Miał nadzieję, że chodziło o obie te sprawy. W końcu do tego John dążył w całym tym niemoralnym przedsięwzięciu. Aby Percy potrzebował być z nim i chciał być z nim. Wciąż wspominał ich ostatni seks i coraz lepiej czuł się z myślą, że Percy wcale nie wydaje się po tym wycofany. To mogło potwierdzać te wszystkie teorie mówiące o tym, że chorzy mieli inne podejście do stosunku. Chociaż w wielu publikacjach podkreślano, że to bardziej dotyczy tych dzikszych chorych, a Percy wciąż był dość mocno opanowany i spokojny. John jednak wierzył w pozytywny rozwój ich relacji, a zapowiedź odwiedzin Percy’ego znacznie go w tym utwierdziła.
Był dobrej myśli, kiedy zatrzymali się przy krawężniku jednej z kamienic. Wysoki budynek oplatała drabinka schodów pożarowych, gdzieś w oddali było widać wysokie ogrodzenie zabezpieczające kolejne fragmenty miasta, a przed nim w górę wiły schody do drzwi budynku, którego adres zapisał mu lokaj.
— Poczekaj tutaj. Będę niedługo — zwrócił się do kierowcy John i wysiadł. Wiał bardzo mocny wiatr, więc szybkim krokiem podszedł do drzwi wejściowych i zadzwonił domofonem pod jedno z nazwisk.
— Taaa? — usłyszał trzeszczący przez urządzenie głos.
— Dzień dobry, z tej strony John Brown. Jestem obecnym pracodawcą Percy’ego Thorntona, który kiedyś tutaj mieszkał. Mógłbym zająć chwilę w jego sprawie?
— Tego Thorntona?
— Znam jednego, ale jestem pewien, że mówimy o tym samym. Mam potwierdzone informacje, że mieszkał właśnie w tej kamienicy.
— Zdrowy, tak?
— Tak.
John już nie uzyskał odpowiedzi, tylko usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Wszedł więc do środka i pokierował się na odpowiednie piętro w tej niewyróżniającej się od innych klatce schodowej. Liczył, że dowie się czegoś konkretnego.
Stanął przed drzwiami, które musiały wieść do mieszkania osobnika, z którym chwilę temu rozmawiał i zadzwonił do nich. Te otworzyły się niemal natychmiast, a w nich zobaczył rosłego, chociaż już w podeszłym wieku mężczyznę z bujnym zarostem.
— Czego pan szuka?
— Informacji na temat mojego pracownika — odpowiedział rzeczowo, prezentując swoją postawą powagę, dojrzałość i klasę.
Mężczyzna zmierzył gościa przeciągłym spojrzeniem, psyknął po nosem i odsunął się w drzwiach.
— W takim razie wejdź pan. Herbatę? Wodę? Bo kawy to ponoć nie pijacie.
— Pijemy w ograniczonych ilościach i ewentualnie ze specjalnym słodzikiem i mlekiem. Ale dziękuję, wystarczy mi woda. Liczę, że nie zajmę panu wiele czasu — odpowiedział John, wchodząc do pomieszczenia.
Płaszcz odwiesił na wieszaczek, ale marynarki nie rozpinał. Miał pod nią broń z lekarstwem, która zawsze mu towarzyszyła, kiedy udawał się poza dom. Nie tak, jak tamtego wieczoru, po którym jego ciało „wzbogaciło się” o blizny.
— Też na to liczę. Niedługo wychodzę do pracy. Wie pan, muszę pracować, nie tak jak wy — odparł gospodarz z lekkim przekąsem, ale nie złością. Poszedł do kuchni i przyniósł do salonu butelkę wody oraz dwie szklanki. Odkręcił ją i nalał do nich, po czym wskazał starą kanapę. Wyglądała jednak na zadbaną. — Siadaj pan.
— Dziękuję — głos Johna wciąż był spokojny, pozbawiony urazy, którą miał prawo poczuć po słowach mężczyzny. Spotkał się jednak z o wiele gorszym podejściem, a doceniał, że ten mężczyzna w ogóle pozwolił mu wejść i chciał poświęcić mu chwilę.
Usiadł na kanapie, poczekał na nalanie wody i kiedy już się napił, skierował swoje spojrzenie na gospodarza.
— Rozumiem, że znał pan Percy’ego Thorntona? — zaczął.
— Takiego elegancika, tak? Bo jeśli o innym mowa, to nie znam. Nie jestem wścibski — gospodarz zasiadł na fotelu naprzeciwko i jeszcze wsypał sobie z małego pojemniczka, jakie miał w kieszeni, coś do wody. Ta zabuzowała chwilę, ale nawet nie zmętniała.
— Średniego wzrostu, ciemne włosy, dwadzieścia siedem lat. Pracował w rodzinnej firmie, sprawdzając stare zegarki z Europy i Azji.
— Ta, ta, to ten. Miał znanych rodziców — gospodarz pokiwał głową, pijąc swoją wodę z czymś. — I co chcesz pan o nim wiedzieć? Znasz go, widzę, pracuje u ciebie. Czego jeszcze nie wiesz, a co może wiedzieć sąsiad sprzed lat?
— Chociażby może potwierdzić informację, czy ci znani rodzice umarli rzeczywiście tragicznie, zamordowani przez… swoich współlokatorów? — John spojrzał na niego pytająco, nie przejmując się, że mężczyzna nie był wzorowo uprzejmy. Dla niego liczyło się zdobycie informacji.
— Oczywiście, że tak. Nie wiem, jakie tam masz układy ze swoją służbą, ale nic mnie to nie obchodzi. Thorntoni byli chorzy na umyśle, a nie tylko przez chorobę. Przed apokalipsą dobrze im się wiodło, więc wmawiali ludziom, że są zdrowi i że nie chcą służby, a wspólnego życia, aby każdy sobie pomagał. Wierzyli w coś, w jakichś nieistniejących Bogów, w próby od nich. A potem pieniądze się skończyły, mieszkanie się skończyło, leki się skończyły. Dużo osób zna tę historię. Po niej zresztą wzmogli kontrolę zdrowych w urzędach zatrudnienia.
— Jeśli dobrze pana rozumiem, rodzice Percy’ego próbowali zgromadzić pod swoim dachem więcej chorych, aby wspólnie sobie radzić? I kiedy wymknęło się to spod kontroli… miała miejsce masakra? — John układał sobie to wszystko w głowie, już zastanawiając się, w jaki sposób Percy to wszystko przyjął. Nie mogło to mieć miejsca wcześniej niż jak rok temu.
— Zeżarli się wszyscy nawzajem, ot co. Starzy chłopaka byli wyznaniowcami, czy chuj wie czym. Uważali, że nawet w obliczu takiej tragedii nikt z was — skinął głową na gościa. — Nie może stawać się panem sytuacji. Mieli te swoje mowy o tym w kościele. O wzajemnej pomocy, odwrócenia się od pokus Szatana i prostej ścieżki do zbawienia. A potem ta ich właściwa ścieżka ich pochłonęła.
— Rozumiem, że już wtedy Percy mieszkał osobno, w tej kamienicy?
— Tak, wprowadził się tu już przed apokalipsą. Chwilę mieszkał z siostrą, potem ta kogoś poznała i się wyprowadziła, bodajże do Kanady. Potem nie wiem, nie wtrącałem się w życie osobiste, nie moja sprawa.
— Oczywiście — John napił się wody i założył nogę na nogę. — Percy po wyjeździe siostry mieszkał sam? Nie był nigdy żonaty?
— Żonaty to nie. Ale czy miał kogoś, nie wiem. Po apokalipsie więcej pracy trzeba było włożyć, aby mieć jak żyć. A on nie pracował w czymś, co by się po apokalipsie komukolwiek przydało.
John skinął głową, chociaż kłopotliwym było, że ten mężczyzna rzeczywiście się nie wtrącał albo nie interesował bardziej życiem sąsiadów.
— Nie wie więc pan, czy jacyś konkretni znajomi częściej go nie odwiedzali, czy nie spotykał się z jakąś kobietą? — dopytał, chcąc skojarzyć z nim jakieś bliższe osoby.
Ten chwilę się zastanowił.
— Nie, nic mi takiego do głowy nie przychodzi. Może już za bardzo dziczeję i już nie pamiętam takich rzeczy.
— Rozumiem, choć nie wygląda pan na chorego w złym stanie — pozwolił sobie zauważyć John i zapytał o kolejną rzecz, o jakiej starał się pamiętać. — Z tego co wiem, Percy miał również brata. Wie pan może coś na jego temat?
Gospodarz znowu napił się łyka ze swojej szklanki.
— Panie. Jest pan zdrowy, bogaty i chce coraz więcej informacji. Coś przydałoby się w końcu na odświeżenie mojej pamięci, nie sądzisz?
John uśmiechnął się kątem ust. Nie oczami. Czekał, kiedy bardziej dosadnie mężczyzna o tym wspomni.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki portfel, po czym położył na stoliczku banknot studolarowy.
— Brat Percy’ego, niejaki… Francis, tak? — wrócił do tematu.
— Jest duchownym. Spełnił się w oczach rodziców i wyjechał gdzieś, aby mimo trudów nieść dobre słowo i pomoc. Nie było jednak od niego żadnych wieści, nawet w kościele, więc może już nie żyć albo jakimś cudem uciekł od choroby — wyjaśnił gospodarz, kiedy tylko schował banknot.
John ściągnął brwi w zamyśleniu. To wszystko też dziwnie nie pasowało mu do Percy’ego, więc zapytał:
— A sam Percy? Mówi pan, że jego rodzina była bardzo bogobojna, więc co z nim samym? Też był taki?
Mężczyzna wymownie zerknął znowu na stolik, gdzie wcześniej leżał banknot, mówił jednak od razu.
— Z początku tak. Chociaż nie wyglądał, jakby chciał stać się swoim bratem. Więcej czasu spędzała tu siostra. Potem mniej widywało się go, jak chodził do kościoła, potem sprawa z rodzicami… Siostra poza granicami, od brata żadnych wieści. To może mu się poprzestawiało.
John skinął głową i przez chwilę nic nie mówił. Zastanawiał się, czy jest jeszcze coś, czego mógłby się dowiedzieć od tego mężczyzny. Tak naprawdę niewiele mu pomógł poza potwierdzeniem tego, czego dowiedział się pan K.
— Nie rozmawiał więc pan wiele z Percym i nie może mi powiedzieć chociażby jak spędzał wolny czas?
— Nie, był tylko moim sąsiadem. Nie urządzał jednak żadnych libacji przed apokalipsą ani tym bardziej w trakcie. Czasami wychodził, ale cholera go wie gdzie.
— Jeszcze, jeśli pan pozwoli zapytać… Czy poza panem w tym budynku mieszka jeszcze ktoś, kto mógłby znać Percy’ego?
— Prywatnie?
— Tak.
— Raczej nie. Adam, który mieszkał pod nim, miesiąc temu umarł, na ulicy. Wojsko go zastrzeliło, a znali się z imienia. Dużo nas już nie żyje bądź jest u jakichś zdrowych. Hmm… nie wiem. Nie lepiej spytać o to samego zainteresowanego?
John niewątpliwie zamierzał porozmawiać szczerze z Kapranem, ale do tej pory uważał, że samo zetknięcie się z jego dawnym środowiskiem pozwoli mu bardziej odczuć, kim Percy mógł być. I rzeczywiście, mimo że nie dowiedział się wiele nowości, to jednak samo bycie tutaj i słuchanie o nim z ust mężczyzny, który znał go z kiedyś, było jakimś przełomem.
— Nie omieszkam. Mógłby jeszcze pan z własnej obserwacji powiedzieć mi, jaki według pana był Percy?
— A czy ja wyglądam na psychoterapeutę? Mógłbyś pan sypnąć jeszcze na do widzenia groszem — dodał jeszcze i dopił zawartość swojej szklanki. — A Percy Thornton był… — wzruszył ramionami. — Ambitnym facetem. Jakby zajął się czymś innym w życiu, nie potrzebowałby pomocy takich jak ty, aby żyć w tym świecie. Miał swój kręgosłup moralny, z którym mogłem się zgadzać bądź też nie. Nie wtrącał się jednak w moje sprawy, to i ja w jego się nie wtrącałem. Twardy człowiek.
Oczywiste dla Johna było to, że Percy faktycznie potrafiłby dać sobie radę. Kiedy sam wspomniał mu na imprezie walentynkowej, że wielu z jego podopiecznych dałoby sobie radę samemu, a jego postać zanadto gloryfikuje, miał między innymi na myśli właśnie Percy’ego. W oczach Johna był inteligentnym, zaradnym mężczyzną, który potrafił więcej niż pokazywał.
— Dziękuję. Przepraszam, że zająłem panu cenny czas — powiedział w końcu i odłożył szklankę z wodą wraz z kolejnym banknotem, tym razem pięćdziesięciodolarowym. Po tym uniósł się i skinął głową.
Gospodarz też skinął mu głową, ale się nie podniósł.
— Proszę… Wie pan, gdzie są drzwi — dodał tylko, nie fatygując się w odprowadzanie gościa. Musiał się czuć dobrze z tym, że mimo ciężkiego życia jest niezależny.
— Do widzenia — odparł krótko John i ubrawszy się w płaszcz przy drzwiach, opuścił mieszkanie.
Tak jak się spodziewał, nie zajęło mu to dużo czasu i nie zgłębił życia Percy’ego tak, jakby chciał, ale przynajmniej wiedział, jak miała się sprawa z jego rodziną. Wyglądało więc na to, że reszty dowiedzieć się może tylko i wyłącznie od samego Percy’ego.
W tym wszystkim nie mógł pozbyć się wrażenia, że radowała go wieść o tym, że Percy nie był widywany z jakąś stałą partnerką…

*

Był już późny wieczór, a John Brown nie zamierzał opuszczać swoich apartamentów. Cały dzień spędził na mieście. Pierwsze to drążenie sprawy Kaprana, potem udanie się do biura zatrudnienia chorych, z którego wziął swojego podopiecznego. Po wykazaniu odpowiedniej dokumentacji, że teraz sprawuje nad nim pieczę, uzyskał dalszy dostęp do informacji na temat jego rodziny i rzeczywiście potwierdził wszystko, co mówił pan K i sąsiad Percy’ego. Potem więc udał się na poszukiwania dawnych artykułów o śmierci jego rodziców, a z nich dodatkowo mimochodem dowiedział się, że Francis, starszy brat Percy’ego, umarł podczas misji w północnej Afryce. Wyglądało więc na to, że Percy’emu została jedynie siostra, która teraz mieszkała wraz z mężem w Kanadzie.
Teraz, kiedy John wreszcie siedział w swoim luksusowym salonie, miał czas, który mógł poświęcić sobie. Czytał ulotkę, którą przesłał mu dzisiaj doktor i z uwagą oraz swego rodzaju rozterką przyswajał wszelkie informacje. Oczywiście sama ulotka zawierała wyłącznie superlatywy — skóra po tym eksperymentalnym zabiegu miała całkowicie się zregenerować, wspomagana genem, który mają tylko zdrowi. Miała wyglądać na nienaruszoną i gładką w zaledwie kilka tygodni po zabiegach. Jego prywatny lekarz jednak cały czas usiłował odsunąć Johna od tego zamiaru, udowadniając, że przez swój wiek nie ma już takich właściwości regeneracyjnych jak młodsze osoby i zabiegi mogą być niebezpieczne. Ale John, który teraz widział nadzieję w swoich relacjach z Percym, nie chciał wyglądać dla niego bardziej odrzucająco niż dotychczas. Sam ze sobą też lepiej by się czuł, gdyby nie musiał się przy każdym zbliżeniu zastanawiać, co czują jego partnerzy, dotykając jego ciała.
Rozważania przerwało mu pukanie do drzwi. Było już dość późno, sporo po wieczornych wiadomościach.
Odłożył ulotkę na stolik i opatuliwszy się szczelniej szlafrokiem, poszedł otworzyć drzwi. Za nimi czekał Percy. Pojawił się tak, jak się zapowiedział.
— Dobry wieczór, proszę pana.
— Dobry wieczór, Percy. Wejdź — John przepuścił go w drzwiach i zamknął je za nim. — Napijesz się czegoś?
— Z chęcią, jeśli to nie problem, proszę pana — odparł młodszy mężczyzna, jednocześnie rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia. — Jest pan sam?
— Tak — John przeszedł w głąb, aż do barku, w którym miał małe ilości alkoholu, herbatę i kawę. Wyciągnął butelkę otwartego wina i jeden kieliszek. — Czemu zawdzięczam twoje odwiedziny? — zapytał przy tym.
Percy chwilę się zawahał, przyglądając się mężczyźnie uważnie.
— Postanowiłem odważyć się pana sprawdzić — odparł w końcu, nie dodając „proszę pana”, skoro byli sami.
John obejrzał się na niego przez ramię i chwilę milczał.
— Sprawdzić? — dopytał i wreszcie nalał wina do kieliszka. Już z nim zbliżył się do Kaprana.
— W kwestii tego, co pan mówił, że nie mam być kolejnym chłopcem do towarzystwa, którego szkoli pan dla swoich potrzeb. Przyszedłem spędzić z panem wieczór.
John, który już stał przed Percym, uśmiechnął się oszczędnie i przytaknął, podając mu kieliszek.
— Miło mi to słyszeć. Usiądź. Myślę, że możemy miło spędzić czas — odpowiedział i obejrzał się w stronę barku. — Hm… Na tę okazję i ja chyba mógłbym się odrobinę napić, nie uważasz?
— Czerwonego wina? Myślę, że tak. W małych ilościach swego czasu było nawet wskazane — Percy usiadł, także lekko się uśmiechając, dość podobnie jak robił to swego czasu, aby oczarować klientki. Teraz jednak zrobił to bardziej naturalnie, ale i tak wywołało to w Johnie dość specyficzny dreszcz.
— I proszę cię, mów mi po imieniu, skoro nasze kontakty w tej chwili wykraczają poza pracownicze — John wreszcie podszedł ponownie do barku, aby i dla siebie napełnić kieliszek. — Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci spędzenie tego wieczoru w moim apartamencie.
— Nie, lubię zapach, jaki się tu unosi. I jak na ostatnie piętro, jest tu przyjemnie ciepło. Zresztą, nie widzę innej opcji — odpowiedział Percy i zakręcił kieliszkiem, aby uwolnić zapach wina. Powąchał go, przymykając przy tym oczy. — Wytrawne, pięknie pachnie.
— Umiesz ocenić po zapachu? — zaciekawił się John i usiadł na fotelu skierowanym po skosie w stronę kanapy, którą zajął jego gość. Miał dzięki temu dobry widok na niego, a i nie sugerował przez swoje miejsce, że mogłaby się obecnie dla niego liczyć bardziej bliskość cielesna ponad spędzenie razem czasu.
— Mhm. Czuć też, że jest to wino klasyczne, ze starego świata. Bukiet nie jest przesadnie kwiatowy. Czuć lekką cierpkość w zapachu, ale przyjemną. Mocno czuć beczkę i wanilię — Kapran skupił się na opisywaniu aromatów, jakie czuł. Nie był wytrawnym smakoszem, ale docenił różnorodność win od czasu, kiedy i jego dopadł wirus.
John był ciekaw, ile w tym jest zasługi wyczulonego przez wirus zmysłu węchu, a ile faktycznej znajomości win.
— Na czym się jeszcze znasz? — zapytał, już powoli, maleńkimi łyczkami popijając wino. Założył przy tym nogę na nogę, przez co skrawek jego uda odsłonił się pod szlafrokiem, ale raczej przypadkowo.
— Nie znam się specjalnie na winach. To raczej kwestia tego, że teraz lepiej czuję smaki i zapachy. A znam się trochę lepiej na antykach, jeśli pa… jeśli cię to interesuje — w ostatniej chwili zmienił formę. Jeszcze ciężko było mu się przestawić.
— Na pewno więc wiesz, że w tym domu jest kilka sztuk. Z tego co wiem, porównywano mój dom publiczny do burdelu Tuckera Solomona. Mój nazywano „luksusowym, z klasą i tradycyjnym wystrojem”, jeśli mowa o aranżacji. Solomona z kolei „nowoczesnym”, a czasem wręcz „landrynkowym”. Podejrzewam więc, że dla ciebie ten wydawałby się bardziej atrakcyjny.
— Nie tylko wydawałby się, a wydaje się. Przywodzi na myśl bardziej orgie na dworze królewskim, które niby nie różniły się wiele od scen z filmów pornograficznych, jednak zdecydowanie miały swoistą klasę.
— Liczę też, że ten wystrój jest również dowodem dbałości o higienę i zdrowotne bezpieczeństwo klientów i pracowników, czego niewątpliwie o Solomonie nie dało się powiedzieć. Choć orgia… — John uśmiechnął się delikatnie i zakręcił winem w kieliszku. — Naszło mnie skojarzenie z książką „Pachnidło: Historia pewnego mordercy”… To wszystko przez twój wyczulony węch… Kojarzysz może tę książkę lub ekranizację, a konkretnie finałową scenę?
— Tak, była dość zaskakująca. Chociaż zważywszy na warunki, w jakich się to działo, wątpię, abym chciał w czymś takim uczestniczyć — odparł Percy z uśmieszkiem w kąciku ust i napił się wina. Zostawiało przyjemny posmak na języku.
— Nie wątpię, ja również. Chodzi mi głównie o sam bodziec… Że tym wszystkim ludziom wystarczyła woń czegoś cudownego, niesamowitego, żeby ogarnął ich erotyczny amok i wszyscy zaczęli uprawiać opętańczy seks. Wiem, że właśnie zwyczajnie spędzamy towarzysko czas, ale sama naszła mnie myśl, czy dla ciebie czymś takim może być mój zapach — odpowiedział John nieco niższym, choć niewymuszenie, głosem, patrząc ponad kieliszkiem czerwonego wina na przystojną twarz Percy’ego.
Kapran objął wargami brzeg kieliszka. Chwilę ważył słowa, nim odsunął wino od ust i odpowiedział.
— Niestety nie aż takim. Jednak… — ugryzł się w język, nim automatycznie nie powiedział „pana”. — Twój zapach faktycznie działa na mnie specyficznie.
Wyobraźnia Johna pokazała mu nagle, jak kocha się z tym mężczyzną na jakimś antycznym stole czy kredensie, a wino przez to wydawało się jeszcze mocniej grzać go od środka.
— Mam nadzieję, że jest to pozytywne odczucie.
— O ironio, bardzo uspakajające.
John odpowiedział lekkim uśmiechem i odstawił kieliszek na stolik.
— Chodź. Chciałbym ci coś pokazać — powiedział, unosząc się i kierując w stronę drzwi.
Percy uniósł brwi pytająco, po czym odstawił kieliszek na bok i wstał.
— Dobrze.
Kierując się za Johnem, wyszedł na korytarz, a potem podążył na sam jego koniec, gdzie tak naprawdę nigdy nie zaglądał. Wiedział, że apartamenty Johna Browna nie ograniczają się do salonu, sypialni i łazienki. Był tu też gabinet, mała biblioteczka i najwyraźniej jeszcze jedno pomieszczenie, do którego właśnie poprowadził go pan domu.
— Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju… składzik — powiedział na wstępie John, kładąc dłoń na mosiężnej klamce. Zanim otworzył drzwi, spojrzał jeszcze na twarz swojego podopiecznego. — Przyznam, że ostatnio starałem się dowiedzieć czegoś na twój temat. Na temat tego, kim kiedyś byłeś. Pomyślałem, że i sam powinienem pokazać ci coś o sobie.
Percy poczuł się specyficznie. Był zaciekawiony, a wręcz zainteresowany. John chciał mu pokazać trochę siebie? Więcej niż wiedzieli inni chłopcy? Miał wrażenie, że rośnie w nim delikatny płomyczek dumy.
— Jeśli chciałeś czegoś się o mnie dowiedzieć, mogłeś pytać. Mam obowiązek odpowiedzieć na każde pytanie.
— Na to też nadejdzie czas. Rzeczywiście mam do ciebie wiele pytań — przyznał John i w końcu nacisnął klamkę.
Od razu włączył światło i Kapran mógł zobaczyć, że faktycznie znaleźli się w dosyć niedużym, ale dobrze oświetlonym pokoju. Białą ścianę naprzeciwko wejścia stanowiło duże okno pozbawione zasłon czy rolet. Parkiet był jasny, podobnie jak żyrandol. Tak właściwie nie było tu żadnych mebli. Pod ścianami za to poustawiane były zawinięte w materiał lub szary papier przedmioty, które musiały być albo obrazami, albo plakatami czy czymś w tym stylu.
— Nie, nie byłem artystą — John uprzedził na wstępie, uśmiechając się do niego specyficznie i zbliżył się do jednej z licznych teczek, które luzem leżały na podłodze. — Podobnie jak ty, miałem w pewnym sensie rodzinną firmę. Byliśmy czymś w rodzaju… mecenasów sztuki.
Percy nie odpowiedział od razu, tylko rozejrzał się po pomieszczeniu.
— Pokaźne zbiory — zaczął, oglądając, jak wiele rzeczy się tu znajduje. — I czym się zajmowaliście?
— Sponsorowaliśmy artystów, którzy dobrze rokowali. Mieliśmy własną galerię — mówił John, kucając przy teczce. Otworzył ją. — To była moja krótkoczasowa narzeczona oraz mój przyjaciel, który potem się z nią ożenił — dodał spokojnym głosem i wyjął zdjęcie w dużym formacie oraz wyciągnął je do Kaprana. — Był fotografem, często wystawialiśmy jego prace. Ona malowała.
Młodszy mężczyzna przyjął fotografię i przyjrzał się jej. Osoby na niej były ładną parą. Mężczyzna miał odrobinę za duży nos, a kobieta bardzo wąskie wargi, ale w jakiś sposób pasowali do siebie.
— Dziękuję, że mi to mówisz. Chociaż jak na razie najbardziej szokuje mnie fakt, że miałeś narzeczoną.
— To było jakieś… niecałe dwadzieścia pięć lat temu — wyjaśnił John i wyciągnął drugie zdjęcie, z którym już się uniósł. — Moja matka była konserwatywna, bardzo chciała, żeby rodzinna firma przechodziła z pokolenia na pokolenie, a byłem jej jedynym synem. Czułem potrzebę spełnić jej wymagania — dodał i pokazał Percy’emu zdjęcie tym razem siebie i dziewczyny.
Aż dziwnie było patrzeć na dwudziestoletniego Johna Browna. Wyglądało na to, że ta powaga i swoista dostojność były jego cechami charakteru, a nie jakimś wyuczeniem, manierą. Już na tym czarno-białym zdjęciu wyglądał na stoickiego. Jedną dłoń trzymał w talii szczupłej, ładnie i lekko ubranej dziewczyny, a drugą w kieszeni spodni garniturowych i patrzył w obiektyw bez uśmiechu, ale ze spokojem i swobodą.
— Spełnianie wymagań rodziny nie zawsze jest najlepszą drogą, chociaż często jest się na nią spychanym, a czasami podąża się nią, nawet nie będąc tego świadomym. A na zdjęciu wyglądasz bardzo dobrze. Przyjaciółki twojej narzeczonej musiały być zazdrosne — Kapran uśmiechnął się lekko, nie mówiąc wprost, że dziewczyna musiała być u jego boku szczęśliwa. Bo tak wcale nie musiało być, tym bardziej, jeśli potem poślubiła kogoś innego.
— Były. Dużo zarabialiśmy, byliśmy znani w okolicy, a i najwyraźniej mój wygląd się podobał. Chociaż osobiście uważam, że przypominam tutaj kruka — stwierdził na koniec John, patrząc na siebie sprzed lat. Był wtedy bardzo chudy, miał lekko zapadnięte policzki, ale nie wyglądał na niezdrowego. — Większość tych prac należy do Luke’a, jej późniejszego męża — wskazał na teczki.
— Co się z nimi stało? — odważył się spytać Percy, wiedząc, że może wkraczać na cienki lód.
— Żyją. To wszystko… — John wskazał na zdjęcia i wreszcie wziął je od Percy’ego, aby schować je ponownie do teczki — działo się we Włoszech. Mieszkaliśmy tam kilkanaście lat, oni tam zostali, a ja wróciłem do Stanów. Są jednak chorzy i… Można powiedzieć, że Luke wciąż jest przeze mnie sponsorowany. Dzięki temu zarabia na siebie i żonę, a raz na jakiś czas przysyłają mi obrazy z Włoch — dodał, wskazując na przedmioty pozasłaniane materiałami i papierem.
— Dużo ich. Nie chcesz ich wystawiać? — Percy wsunął dłoń w kieszeń spodni, patrząc kątem oka na swojego pana. Jak inaczej czuł się, tak z nim rozmawiając, niż kiedy usłużnie kiwał głową na każde jego słowo.
— Myślałem o tym, ale nigdy nie na tyle poważnie, by to zrobić — przyznał John, zamykając teczkę i odkładając ją na miejsce.
— Może z jakiejś okazji?
— Może. — John rozejrzał się po pomieszczeniu jeszcze raz i wreszcie położył dłoń na ramieniu Kaprana, by poprowadzić go do wyjścia. — Chodź. Jeśli już wkroczyliśmy w temat przeszłości, chciałbym ciebie o coś zapytać.
— O co tylko pan… O co tylko chcesz. Przepraszam. Nadal ciężko mi się przyzwyczaić.
John tylko uśmiechnął się do niego i zgasiwszy światło w pomieszczeniu oraz zamknąwszy drzwi, pokierował się z Percym z powrotem do salonu.
— Chodzi o twoją siostrę. Czy utrzymujesz z nią kontakt?
— Czyli już zdążył się pan dowiedzieć, że mam siostrę. O bracie też pan wie? — spytał Percy i znowu po fakcie zauważył, że wplótł w swoje słowa „pan”. — Przepraszam. Wciąż to robię. A z siostrą nie utrzymuję szczególnego kontaktu. Wiem, że Scott o nią dba, nie ma sensu niepotrzebnie go irytować moją osobą.
John usiadł ponownie na fotelu, kiedy weszli do salonu i poprawił szlafrok na nodze. Sięgnął po swoje niedopite wino i skierował wzrok na twarz Percy’ego, który jak zawsze wyglądał dla niego pociągająco.
— Jaka jest między wami różnica wieku?
— Dwóch lat. Jest ode mnie młodsza. Pomiędzy mną a bratem także była różnica dwóch lat. Rodzice postarali się o systematyczność w tej kwestii. — Młodszy mężczyzna założył nogę na nogę, kiedy też spoczął z kieliszkiem w dłoni.
— I tak, wiem o twoim bracie. Przykro mi, że nie żyje. Ale siostrę wciąż masz… Więc jeśli chciałbyś ją odwiedzić, nie będę ci tego utrudniał.
— Nie. Dziękuję. Nie jestem w zbyt dobrych relacjach z jej małżonkiem.
— A ona wie, gdzie pracujesz? — John pytał dalej, przyswajając nową wiedzę na temat Percy’ego. Nawet naszła go myśl, czy jego siostra jest do niego podobna, czy może brat był jego przeciwieństwem. Wiele go intrygowało w tym mężczyźnie.
— Wie. A raczej wiedziała, jaką pracę wykonywałem, nim cię nie zdradziłem. Po tym nie czułem potrzeby, aby ją informować o swojej karze i degradacji. Teraz też nie bardzo jest co naprostowywać — wyjaśnił Percy, dopijając do końca wino. — Lata już się nie widzieliśmy i jak mogę powiedzieć, że tęsknię za rodziną, tak samo mogę powiedzieć, że tęsknię do czasów przed apokalipsą. Nic jednak nie da się zmienić.
— Masz rację… — John zamyślił się, a jego wzrok na chwilę stał się dość nieobecny, kiedy jedynie trzymał kieliszek przy ustach i patrzył gdzieś ponad nim. — Możliwe, że za niedługo będę nieobecny na kilka tygodni — rzucił w końcu jak luźną informację.
— Wybierasz się gdzieś? — spytał ze spokojem Percy, jednocześnie gorączkowo myśląc, co będzie, jak jego pana nie będzie. Jak go zostawi z tym pasem cnoty, czy wyda komuś klucz?
— Niedaleko, ale nie będę mógł być obecny w domu. — John sam nie wiedział, dlaczego kluczy pomiędzy słowami, nie mówiąc wprost, gdzie i po co zniknie. — Pan Kelly w głównej mierze przejmie tymczasowo opiekę nad wami.
Percy skinął głową i na chwilę spuścił wzrok. Niespecjalnie podobało mu się, że pan domu wyjedzie. Nie miał jednak za dużo do powiedzenia w tej kwestii.
— Rozumiem.
— Nie wiem, kiedy dokładnie to nastąpi — dodał jeszcze John, widząc jego minę. — I nie martw się o pas cnoty. Nie każę ci przecież przyjeżdżać do kliniki za każdym razem, kiedy będziesz się chciał umyć.
Percy od razu zbystrzał, słysząc słowo klucz.
— Kliniki? Coś się dzieje? — spytał z niepokojem w glosie. Nie tylko z materialnego punktu widzenia przejmował się zdrowiem Johna.
Pan domu posłał mu oszczędny uśmiech i odłożył kieliszek na stolik.
— Nie, z moim zdrowiem wszystko w porządku. To tylko… Kosmetyczny zabieg.
Percy ściągnął brwi, chwilę zastanawiając się, o co chodzi. Nie mogła to być kwestia blizn. Te przecież były zbyt rozległe.
— Jaki, jeśli mogę spytać?
John wahał się przez moment, nie będąc pewnym, czy odpowiedzieć. Nie miał jednak żadnych powodów, aby to ukrywać… Zresztą, nie potrafił powstrzymać się przed myślą komu ma opowiadać o ważnych dla siebie rzeczach, jak nie temu mężczyźnie? Wiedział, że nie byli jeszcze sobie wyjątkowo bliscy, ale i on, podobnie jak Percy, nie miał już rodziny, której mógłby się zwierzać.
— Chodzi o moje blizny. Wraz z rozwojem lekarstwa na wirus medycyna ogólnie ruszyła bardzo do przodu, pojawiło się kilka nowych placówek zajmujących się różnymi medycznymi aspektami. W tym eksperymentalna klinika plastyczna opierająca swoje działanie na tym, co biologicznie wyróżnia zdrowych od chorych.
Percy chwilę patrzył na pana domu jak sparaliżowany, po czym pokręcił głową, odstawiając pusty kieliszek na bok.
— Przecież te blizny… One są rozległe. Przez tych kilka lat aż tyle się zmieniło, że nie ma ryzyka?
— Ryzyko zawsze jest. Tak samo jak kiedy wycinają woreczki żółciowe, kobiety usuwają sobie żebra, a nawet zwykła punkcja kręgosłupa niesie za sobą ryzyko paraliżu. Medycyna nigdy nie była doskonała, ale jednak ludzie w to idą.
— Jednak wiele tych zabiegów niesie relatywną poprawę zdrowia, jeśli się uda. W przypadku usuwania żebra tak nie jest. Po co więc?
Oblicze Johna nieco pociemniało, a on odruchowo chciał założyć ręce na piersi, ale nie miał zamiaru sprawiać tym wrażenia obronnego.
— Jako jeden z nielicznych widziałeś moje blizny, Percy. To upośledzenie, a ja jestem tylko człowiekiem. Chcę się podobać.
Młodszy mężczyzna napiął się bardziej, czując się skarconym.
— Proszę o wybaczenie. Nie chciałem, aby tak to zabrzmiało. To twoja decyzja. I to naturalne, że walczy się z niedoskonałościami, które jednak najczęściej widzi się jedynie samemu.
— Nie musisz mnie przepraszać za wyrażenie swojego zdania. — Tym razem to Kapran usłyszał w jego głosie większy wyrzut niż chwilę temu. — Nie jesteś teraz w pracy, spędzamy jedynie razem czas. Chcę wiedzieć, co o tym myślisz, nawet jeśli moje zdanie odbiega od twojego.
Percy skinął głową, chociaż ciężko było mu ot tak przestawić się z bycia w pracy na niebycie w pracy. Tym bardziej, że pracował dla tego człowieka non stop od kilkunastu miesięcy.
— Rozumiem. Więc… Jak bardzo tego chcesz? I jak duże jest ryzyko, co mówią lekarze?
— Chcę się kochać bez koszuli i brać z kimś prysznic — John w ten sposób odpowiedział na pierwsze pytanie. Wiedział, że nie wygląd był najistotniejszy, ale obracał się w towarzystwie młodych mężczyzn i nastolatków, którzy jednak w pierwszej kolejności właśnie na to patrzyli. — O ryzyku zaś każdy mówi inaczej. Lekarze z kliniki są przekonani, że istnieje duży procent możliwości powodzenia, za to mój osobisty lekarz twierdzi, że… Cóż, jestem za stary. — John uśmiechnął się wymownie. — Że moja skóra nie ma szans osiągnąć takiego stanu, jakie jest założone w planie zabiegu.
— I co wtedy? — spytał Percy, jednocześnie czując jakieś dziwne zdeterminowanie, a może też strach. Co jeśli coś stanie się temu mężczyźnie? Co zrobi ze swoim życiem? Co zrobią ci wszyscy chorzy, którymi się opiekuje? I jak nie był przesadnym altruistą, tak chciał jakoś przekazać swojemu panu, że nie tylko on w tej chwili się liczy, ale ci wszyscy, którymi się opiekuje. I… I że on, jeśli go potrzebuje, mu pomoże, jeśli w ogóle będzie mu jakoś potrzebny.
John patrzył mu długą chwilę w oczy i w końcu, zamiast odpowiedzieć, wstał i ruszył do barku.
— Doleję ci wina. Widzę, że ci smakuje.
Percy zacisnął szczękę i naprawdę niewiele myśląc, wstał ze swojego miejsca. Brak odpowiedzi był silnym impulsem, aby to zrobić.
Podszedł szybko do mężczyzny i nim ten ponownie otworzył butelkę wina, złapał go za nadgarstek.
— Mogę zostać na noc? — spytał najpierw.
John spojrzał szybko na jego dłoń, a potem na twarz. Skinął głową na zgodę.
— W takim razie chodź ze mną — poprosił Percy, nadal go trzymając.
John, który już chciał ponownie sięgnąć po butelkę, zaprzestał tego zamiaru i w końcu z ciężkim po tej rozmowie sercem zgodził się. Nie powinien był mu o tym mówić.
— Prowadź.
Percy przesunął palce z nadgarstka mężczyzny na jego palce i obejrzawszy się jeszcze raz na niego, poprowadził go… do łazienki. Kiedy tylko weszli, zamknął za nimi drzwi.
Od razu mógł ujrzeć pytające spojrzenie Johna, który niewiele rozumiał z jego zachowania. Tym bardziej tak impulsywnego po tym, jak chwilę temu spokojnie siedzieli na fotelu i kanapie, rozmawiając przy lampce wina.
— Co zamierzasz?
— Wziąć z tobą prysznic — odpowiedział z niezmąconym spokojem Percy, zaczynając się powoli rozbierać. — Chyba że wolisz kąpiel.
Pan domu nie wiedział, co skomentować najpierw. Nie mógł powstrzymać się przed obejrzeniem ciała drugiego mężczyzny, kiedy ten, ot tak, po prostu zaczął się przed nim rozbierać. Nie było tajemnicą, że John miał do niego słabość. Był jednak na tyle zdumiony tą inicjatywą, że sam nawet nie sięgnął do swojego szlafroka, a tylko patrzył.
— Nie chcę cię narażać na to, na co nie masz ochoty w tym momencie, Percy… Mieliśmy spędzić czas — powiedział w końcu, zastanawiając się, dlaczego jego podopieczny to robi. Chciał coś tym udowodnić?
Percy zatrzymał się, ale nie dlatego, że się zawahał. John nie powinien niepotrzebnie się nad nim litować. Na swój sposób w tej chwili go to zirytowało. Bo zawsze wolał czuć się osobą… co tu dużo mówić, stereotypowo męską. Wychodzącą z inicjatywą.
— Właśnie go spędzamy. Dlatego myślę, że kąpiel będzie najlepszym wyjściem. Tym bardziej, że do niczego nie dojdzie. Kluczyk leży zapewne w bezpiecznym miejscu.
Pewność siebie, którą John słyszał w jego głosie, w jakiś sposób mu zaimponowała. Wiedział oczywiście, że Kapran nie jest słabą psychicznie osobą, którą łatwo manipulować. Jednak do tej pory ten mężczyzna był wobec niego bardzo uległy, przyjmujący wszystkie jego polecenia i decyzje za dobrą monetę. A teraz… Teraz na swój sposób mu się sprzeciwił, zrobił coś po swojemu i było to dla Johna czymś dziwnie niesamowitym.
— Prysznic zatem — powiedział w końcu, gdy postanowił tym razem samemu ulec działaniom swojego podopiecznego. I jeśli już tu byli i rzeczywiście mieli się razem umyć, chciał prysznica. Samo czucie przed sobą lub za plecami drugiego ciała i sporadyczne, niby przypadkowe muskanie się o drugiego mężczyznę w kabinie prysznicowej było dla niego o stokroć bardziej pociągające, niż siedzenie w wielkiej wannie naprzeciwko siebie.
Percy skinął głową i odłożył na bok górę swojego ubrania. Spodnie też zdjął bez zawahania, które mogło być widoczne w jego ruchach. Już nagi podszedł do znajomej mu kabiny. Ostatnio miał wrażenie, że częściej bywał w tej łazience niż we własnej.
Dopiero wtedy John zdecydował się samemu rozebrać. Nie miał zresztą na sobie nic poza szlafrokiem i slipami, więc zdjęcie tego nie zajęło mu dużo czasu.
Teraz, po tej rozmowie na temat jego blizn, miał wrażenie, że są one jakoś bardziej widoczne. Ale przecież nie były ani bardziej wypukłe, ani czerwieńsze czy sine. Niewątpliwie jednak były bardzo wyraźne.
Percy lekko uśmiechnął się do mężczyzny i pierwszy wszedł do kabiny.
— Zawsze jak tu jestem, mam wrażenie, że jestem gościem jakiegoś ekskluzywnego hotelu w Europie.
— Ten budynek był kiedyś hotelem. A jeśli chodzi o Europę, wiem, że dużo podróżowałeś. Tam też? — zapytał John, zamykając się w kabinie z Percym i od razu poczuł tę przyjemną ciasnotę, o której rzeczywiście często marzył, a której unikał.
Młodszy mężczyzna zlustrował go wzrokiem. Mężczyźni nie byli czymś, co go podniecało, jednak umiał zauważyć, czy ktoś jest przystojny, czy też nie. A do tego czuł się absurdalnie pewniej przy nagim Johnie niż przy ubranym.
— Głównie tam. Tradycje, stare rzemiosło, piękne, mechaniczne zegarki, które tu wyparł tandetny, złoty Rolex.
— I już wiem, jakiej marki unikać przy okazji ewentualnego prezentu — zauważył John i odkręcił wodę, która poleciała z deszczownicy wbudowanej w sufit prysznica. Kabina była dość duża, ale całkiem zamknięta. Oczywiście znajdował się odpowiedni wywietrznik pary, ale miało się przy tym wrażenie zamknięcia w jakiejś kapsule. Było nawet radio, ale z tego John właściwie nigdy nie korzystał.
Percy od razu odchyli głowę do tyłu, aby woda zmyła zmęczenie z jego twarzy. Potem przesunął po niej dłońmi i spojrzał na mężczyznę przed sobą. Położył mu dłoń na biodrze.
— Czegoś takiego chcesz po tym zabiegu?
John odetchnął głębiej i przytaknął, samemu obejmując Percy’ego w talii. Ten mężczyzna taki mokry, nagi… Przyciągał go, ale w tej chwili nawet nie tylko w sposób cielesny. Robił z nim coś, co naprawdę było dla niego czymś nieosiągalnym, ważnym i chcianym. Czymś, co jest tak bardzo prozaiczne, a co trudno mu było zrealizować.
Percy pogładził go lekko po boku i też trochę po plecach.
— Więc jeśli naprawdę tego potrzebujesz, to zrób tak, jak uważasz. Będę trzymał kciuki za to, aby wszystko poszło zgodnie z planem.
— Dobrze słyszeć te słowa. Tym bardziej od kogoś, kto ma pełne prawo błagać los, by zemścił się na mnie za to, co złego mógł ode mnie doznać — opowiedział ze spokojem w głosie John, czerpiąc z tej chwili jak najwięcej się dało. Sięgnął przy tym po żel pod prysznic, aby namydlić ciało Percy’ego.
— W tej chwili jedyne, o co mogę błagać los, to o to, abyś nie umarł albo aby cię nie sparaliżowało podczas tej operacji. Twoje życie, to nasze życie. Byłbym więc samobójcą, chcąc twojego nieszczęścia — Percy mówiąc, patrzył twardo w oczy swojego pana. I niesamowite było dla niego, jak bardzo już nie wadzi mu dotyk jego rąk na swoim ciele. Wirus był naprawdę potężny, skoro aż tak umiał kontrolować jego pragnienia.
John nie bardzo miał co odpowiedzieć na te słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli rzeczywiście coś poszłoby nie tak i nie byłby dalej w stanie sprawować opieki nad swoimi podopiecznymi, to ci wylądowaliby na bruku. Do tego było ich tak wielu, że na pewno nie wszyscy znaleźliby szybko dom i pracę. Może właśnie dlatego do tej pory się wahał? Wciąż zresztą nie był całkiem pewien.
Nie powiedział więc już nic, a jedynie przesuwał niespiesznie namydlonymi dłońmi po ciele swojego ulubieńca. Wiedział też, że nie dążą dzisiaj do niczego, ale pozwolił sobie na niezobowiązujący pocałunek i delikatnie przycisnąwszy Percy’ego do siebie, złączył z nim wargi.
Ten uśmiechnął się sam do siebie, także obejmując mężczyznę ciaśniej. Nie był stworzony do tej roli, jego seksualność nie ułatwiała mu bycia ukojeniem dla Johna, ale coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że musi mierzyć się z przeciwnościami i jakoś je przezwyciężać. Może trochę kosztem samego siebie, ale czy każdy w tych czasach nie poświęcał odrobiny siebie, aby przeżyć następny dzień? Zresztą, John Brown nie był najgorszym możliwym mężczyzną. Jego zapach go podniecał.
Miał okazję obserwować wiele homoseksualnych stosunków podczas swojej kary. To, z czym musieli się mierzyć chłopcy Johna, wcale nie było czasami tak przyjemne. Klienci byli bardzo różni. Zdarzali się wyjątkowo starzy, którym potrzeba było bardzo dużo stymulacji, by ich pobudzić. Czasami byli to wyjątkowi fetyszyści, wymagający od chłopaków różnych, nieraz bardzo go odrzucających rzeczy. John Brown przewyższał większość z nich pod względem higieny, aparycji, ale również podejścia i faktycznego zainteresowania partnerem, a nie tylko własną przyjemnością. Nawet w tym pocałunku, który coraz bardziej się przedłużał, ale nie nabierał na gwałtowności, Percy czuł jego wyczucie. Dłonie mężczyzny też niespiesznie podążały po jego ciele.
Uległ więc, trochę ze zdrowego rozsądku, trochę z przyjemności, jaką odczuwał, kiedy drugie usta całowały jego. Przyciągnął do siebie swojego pana zachłannie, obejmując go wysoko na plecach i nisko, tuż nad pośladkami. Nie chciał się z nim kochać, a raczej nie chciał być przez niego zawłaszczony w tym momencie, jednak ta bliskość przyjemnie go nakręcała.
— Coraz mniej mnie dziwi, że chłopcy za tobą szaleją.
Ciemne oczy Johna od razu spojrzały na niego, jakby nagle zainteresowane tym komentarzem.
— Czuję, że się angażujesz — dodał do swoich myśli, bo to, co czuł, ta odpowiedź na jego pocałunek, potwierdzała słowa Kaprana. Że ten faktycznie też w jakiś sposób może odczuwać i odczuwa teraz przyjemność z bycia z nim w tej sytuacji. — Nie wzdrygasz się.
Percy prychnął pod nosem i na moment zabrał dłoń z pleców Johna, aby odgarnąć mokre włosy do tyłu.
— Miałeś narzeczoną. Kochaliście się?
— Tak, ale nieczęsto — odpowiedział pan domu, przesuwając dłonią po jego zapienionych plecach i pośladkach, by spłukać z niego mydliny.
— „Wzdrygałeś się”? — pytał dalej Percy, a John widział w jego oczach coś, czego nie zdarzało mu się często obserwować.
— Z początku mi się zdarzało. Umiałem jednak jakoś zmanipulować swój mózg, by podczas tych stosunków osiągnąć spełnienie. Lubiłem ją i ceniłem jako osobę, co też znacznie pomagało.
— Więc sam widzisz, że samodzielnie też można się „tresować”. Tym bardziej, kiedy ceni się drugą osobę — dodał jeszcze Percy i wychyliwszy się, pocałował mężczyznę w usta.
John przymknął oczy i odpowiedział na pocałunek, a raczej na kilka drobnych, krótkich pocałunków, podczas których czuł jego ciało tak blisko swojego. Oblewane ciepłą wodą z prysznica i pachnące dobrym żelem do mycia.
Zaczynał się zastanawiać, czy z takim podejściem Percy’ego pas cnoty jest wciąż konieczny. Postanowił jednak w tej chwili o tym nie myśleć.
— Chłopcy wiedzą, że masz ze mną takie kontakty? — zapytał po chwili, gdy znowu oderwał się od jego ust i tym razem zaczął namydlać sam siebie.
Kapran pokręcił głową, zabierając mu z dłoni płyn do ciała.
— Nie, nic im nie mówiłem i nie słyszałem też plotek, aby wiedzieli. Wiedzą jednak, że często bywam u pa… U ciebie — poprawił się znowu, kiedy wylał na dłoń żel i zaczął dłońmi przesuwać po ciele przed sobą.
Czuł wyraźnie wypukłości blizn, ich nierówności, a John ze spokojem, przyjemnością, choć i pewnym napięciem poddawał się jego dotykowi.
— Tego akurat nie da się nie zauważyć w domu, w którym mieszka tyle osób. Chociaż jestem pewien, że i mojej uwadze umyka jakiś związek, który tajemniczo ma miejsce pod tym dachem.
— Masz coś konkretnego na myśli? — spytał Percy, ujmując rękę mężczyzny i myjąc jego całe ramię, po czym pociągnął go trochę w jedną stronę. — Odwrócisz się?
John skinął głową i zmienił pozycję, teraz stojąc plecami do Percy’ego. Na chwilę odchylił głowę i przymknął oczy, by woda odsunęła mu włosy z twarzy.
— Nic konkretnego, ale domyślam się, że poza Clayem, który pragnie zgłębić swoje relacje z Susan, możliwe, że i jacyś inni moi podopieczni czują do siebie nawzajem miętę.
— A to możliwe. Niestety nie jestem z tej grupy, która szerzy plotki. Powiedziałbym wręcz, że ich nie lubię, więc nawet nie wsłuchuję się w rozmowy na takie tematy — Percy mówił spokojnie, masując ramiona i plecy namydlonymi dłońmi. Przyglądał się przy tym, jak faktycznie wygląda nagie ciało Johna. I trochę mu schlebiało, że on należał do nielicznych, którzy go takim widzieli.
Oczywiście nie było doskonałe. Nie mówiąc nawet o bliznach. Było bardzo szczupłe, mogłoby mieć więcej umięśnienia, skóra mogłaby nabrać zdrowszego koloru, ale i tak widać było, że John stara się o siebie dbać. Chociaż… lekarze, trenerzy i dietetycy nie pozwoliliby mu inaczej. Dzięki temu jednak Percy mógł dotykać zdrowego, wciąż silnego ciała swojego pana, a nie zdeformowanego starca, jakimi byli niektórzy klienci.
— Jesteście z Susan jednymi z moich najbardziej dojrzałych podopiecznych — zauważył John, który miał wrażenie, że dłonie Percy’ego, kiedy same chciały go myć i robiły to tak niewymuszenie, dawały mu więcej przyjemność niż masaż Jose.
Percy prychnął pod nosem, zsuwając jednocześnie dłonie na biodra mężczyzny, a potem znowu przesuwając je w górę na jego ramiona, które niespiesznie masował.
— Liczę, że „dojrzałych” nie jest synonimem do „nudnych”.
— Gdybyś był nudny, nie zawróciłbyś mi w głowie.
— Aż tak?
— Aż tak — potwierdził krótko John, ale nie rozwodził się nad tym zbyt długo. Wiedział, czym było wysłuchiwanie pełnych emfazy wyznań drugiej osoby, kiedy samemu nie czuło się tego samego. Nie chciał go krępować, wprawiać w zakłopotanie czy zmuszać do wymyślania dyplomatycznej odpowiedzi niebędącej „aha”. Zresztą, nie potrzebował w tym sensie się uzewnętrzniać. Wystarczyło mu bycie z nim.
Percy uśmiechnął się do siebie. Zmył pianę z dłoni, a następnie z pleców mężczyzny. Po tym objął go w pasie i przylgnął do Johna od tyłu. Często tak obejmował kobiety, z którymi bywał i bujał się do jakiejś muzyki. Chociaż teraz ciężko było mu poczuć dokładnie to samo, to jednak miło było czuć ciepło drugiej osoby.
— Przeniesiemy tę rozmowę do łóżka?
John dotknął jego przedramienia i uśmiechnął się do siebie.
— Zaskakujesz mnie dzisiaj. I tak… Chętnie — przyznał i zakręcił wodę.
— Mam nadzieję, że pozytywnie. I… dziękuję, że mi o sobie mówisz — dodał Percy, pocałował ramię pana domu i dopiero się odsunął, by jako pierwszy wyjść spod prysznica.
John nie potrafił powstrzymać się przed obejrzeniem jego pośladków. Teraz były tak wilgotne, że wręcz go kusiły. Tym bardziej, gdy przypomniał sobie, jak ostatnio było mu pomiędzy nimi dobrze.
Również wyszedł z kabiny i sięgnął po ręcznik, aby się osuszyć. Nie zamierzał już zakładać szlafroka, a tylko bieliznę, skoro mieli się zaraz położyć.
Przeszedł za Kapranem do sypialni, gdzie włączył nocną lampkę. Potem gestem zaprosił swojego podopiecznego do łóżka, które uściełane było fioletowo-czarną pościelą. Jak zwykle bardzo mocno pachniało Johnem.
Percy miał na sobie już tylko ręcznik… i pas cnoty, który liczył, że będzie mógł zdjąć na sen.
— Masz jakieś plany na jutrzejszy dzień? — spytał, siadając na pościeli.
— Poza typowym pilnowaniem, czy wszystko w domu działa jak należy, nie… Ale co innego można powiedzieć o tej zgrai, która się „opiekuje” zdrowymi, bo oni plany dla mnie mają — wyjaśnił John, również zajmując miejsce na łóżku. — Rano typowe pobieranie krwi, basen, masaż i spotkanie z dietetykiem, które mamy co jakiś czas.
Percy przytaknął.
— Nie będziesz więc się nudził, kiedy zajmę się swoją pracą — odparł i w końcu położył się na łóżku. — A wieczory? Jak je zazwyczaj spędzasz?
— Różnie. Czasem mam jakieś spotkanie, przykładowo z Claudią Hobb, u której chwilę mieszkałeś. Czasem rząd organizuje wykłady dla zdrowych, które również mają miejsce wieczorami. Czasami przekładam właśnie na wieczór masaż, bo wtedy jest według mojej skromnej opinii bardziej przydatny. A czasem w domu, z wami na dole. Chłopcy dbają o to, żebym się nie nudził.
— Tak, to zdążyłem zauważyć. Lubią spędzać z tobą czas — stwierdził z lekkim uśmiechem Percy, leżąc na boku i podpierając głowę na ręce.
— A ty, Percy? Nie zawsze widzę cię na dole, więc jak ty spędzasz wieczory?
— Najczęściej czytam u siebie w pokoju. Czasami ćwiczę na siłowni albo czytam gazety. Lubię bierny odpoczynek w ciszy i spokoju. Dzięki temu nie muszę myśleć.
— Nie jesteś tak rozrywkowy jak większość chłopców. To jak sobie wyobrażałeś życie? Z żoną i dziećmi w spokojnym i cichym miejscu, pracując w swojej firmie z zegarkami?
Percy uśmiechnął się pod nosem.
— W większości tak. Chociaż jeszcze nie byłem na tym etapie, aby myśleć o dzieciach. Na pewno chciałem mieć psa, takiego małego, co to psem nawet nie jest tak do końca. Ale nie chciałem wyprowadzać się za bardzo z miasta. Kiedyś mieszkałem pod Nowym Jorkiem, jeszcze jak byłem młodszy. I pamiętam, jakim koszmarem było zawsze dotarcie tu.
John też nie od zawsze mieszkał w ścisłym centrum Nowego Jorku, a swego czasu wiele lat spędził na prowincji we Włoszech, więc domyślał się, o czym mówi Percy. Zwrócił jednak uwagę na coś innego.
— A żona? Miałeś jakąś dziewczynę, narzeczoną?
— Miałem dwie dziewczyny, które były takie naprawdę. A raczej naprawdę przez rok jedna, a druga przez trzy lata studiów. Nie jestem jednak idealnym facetem i jedna rzuciła mnie zaraz po otrzymaniu dyplomu, a z drugą sam się rozszedłem, bo nie umieliśmy współegzystować, kiedy ja co chwilę wyjeżdżałem.
— Co ci się w nich podobało? — John zainteresował się tym tematem i obserwował uważnie mężczyznę, kiedy ten o tym mówił.
Percy wzruszył ramionami. Ciężko było powiedzieć, co konkretnie mu się w kimś podobało.
— Tę pierwszą, Sharon, poznałem na zajęciach, temat zaczął się od omawiania wykładu, a potem poszło dalej. Dobrze się rozmawiało. Wspólnie lubiliśmy podobne filmy, razem dobrze się uczyło. Była też ładna, ja się jej podobałem. Chyba samo wyszło. Z końcem studiów też skończyły nam się wspólne tematy. A Kirsten poznałem na korcie, była wtedy dziewczyną mojego kumpla, a ja byłem z inną dziewczyną poznaną w klubie. Jeszcze wtedy chadzałem do klubów. — Zaśmiał się pod nosem. — Później zaczęliśmy rozmawiać więcej niż ze swoimi obecnymi połówkami. Mieszkała oddzielnie dość długo, a kiedy się wprowadziła, wytrzymało to trzy miesiące.
— Więc jednak twoje zainteresowanie tenisem było czynne. — John wychwycił ten szczegół z jego wypowiedzi. — Dlaczego o tym nie wspominałeś? Wiesz, że przykładowo Rob chodzi na treningi boksu, jak kiedyś to robił.
Percy zamyślił się, zapatrując się na pościel przed sobą, a nie na rozmówcę.
— Bo to było kiedyś.
— O wszystkim tak mówisz. Nawet o swojej siostrze, mimo że wciąż żyje. Dlaczego nie chcesz wrócić do czegoś ze swojej przeszłości?
— Może dlatego, że to przeszłość? Nie jestem już ani wolnym człowiekiem, ani nie mam szans, aby to, co było, wróciło. Po co więc rozpamiętywać? Tym bardziej, że już wiem, że to nie ma sensu. Wysuwanie się przed szereg ani nie jest rozsądne, ani bezpieczne.
— Musisz mieć jednak jakieś hobby. — John popatrzył mu poważnie w oczy i przekręcił się bardziej w jego stronę. — Czytasz książki, gazety, to dobrze. Ale dobre by było dla ciebie, a raczej dla każdego wyrwanie się na chwilę z tego domu, nawet jeśli dobrze się tu czujesz.
— Po co? Co dla ciebie to zmienia? — odparł chłodno Percy. Po co miałby dążyć do przeszłości, skoro ta już, jakby nie patrzeć, nią była? Jeszcze głupio by nabrał nadziei, że może być jak kiedyś.
— Zgadnij… — John odpowiedział podobnym tonem, nabierając srogiego wyrazu twarzy.
Percy westchnął ciężko.
— Nie wiem. Niektórzy może faktycznie tego potrzebują. To na nich wydawaj pieniądze. I sam też znajdź czas, aby zrobić wystawę.
— Zrobię. Jeśli ty zapiszesz się na treningi tenisa — John postawił warunek i wyglądał przy tym na pewnego siebie.
Percy ściągnął brwi, patrząc wilkiem na mężczyznę.
— Nawet jeśli nie chcę?
— Owszem.
— W takim razie cóż mi innego pozostaje jak podziękowanie?
— W takim razie nie będzie wystawy — stwierdził John i wyciągnął się w kierunku szafki nocnej, by wziąć z niej kluczyk do pasa cnoty Percy’ego.
— Podziękowanie za tą ofertę. Nie powiedziałem, że jej nie przyjmuję — odparł hardo Percy, nie zmieniając swojej pozycji i nie okazując lekkiego podenerwowania z racji zbliżającej się wolności dla jego penisa. — Z kim jednak mam chodzić na tego tenisa?
— Więc jednak? — John uśmiechnął się lekko i pochylił się z kluczykiem nad jego kroczem. — Możesz albo zapytać kogoś z domu, czy nie jest tym zainteresowany, a jeśli nie chcesz, zwyczajnie zapiszę cię do szkółki, w której będziesz grać z jej członkami.
Zapisanie do szkółki i to jeszcze przez kogoś kojarzyło się Kapranowi z zapisywaniem swojej pociechy na jakieś dodatkowe zajęcia.
— Najpierw popytam w takim razie — odparł, patrząc przy tym uważnie na palce swojego pana. Westchnął z ulgą, kiedy ten zdjął mu pas cnoty.
— Dobrze. Większość chłopaków już gdzieś jeździ, ale możesz zapytać dziewcząt — zasugerował John i odłożył zarówno kluczyk, jak i pas cnoty na szafkę obok.
— Bo… — Percy zawahał się na moment. — Bo rozumiem, że tenis nie jest dla zdrowych?
— Nigdy się tym nie interesowałem, przyznam. Każdemu zdrowemu zaleca się jakiś sport, a większość realizuje to na siłowni. Ja wybrałem basen, bo w siłowni się nie widzę. Claudia przykładowo uprawia jogging dwa razy dziennie. Możliwe, że tenis też jest w dostępnych opcjach — odpowiedział John i zgasił lampkę.
Percy tylko się uśmiechnął i położył na plecach.
— Czyli jest nadzieja, że kiedyś się skusisz, abym dał ci lekcję?
— Może… Najpierw jednak zadbaj o powrót do formy, jeśli chcesz być dobrym nauczycielem — odpowiedział John, na którego wąskich ustach również pojawił się cień uśmiechu.
— Dobrze — przytaknął Percy, patrząc na drugiego mężczyznę bez skrępowania, mimo że leżał całkiem nagi na jego pościeli.
John, którego wzrok nie był tak wyostrzony jak młodszego mężczyzny, widział jedynie zarys jego sylwetki. Sięgnął do jego twarzy i pocałował go delikatnie na dobranoc.
— Jeśli będziesz chciał wyjść, nim wstanę, nie musisz ubierać pasa — powiedział ciszej, kiedy odsunął od niego usta.
Percy otworzył szerzej oczy i spojrzał się na mężczyznę z zaciekawieniem.
— Nie?
— Nie. Nie jest to konieczne, o ile nadal będziesz mnie odwiedzał.
— A nie obawiasz się, że sam się będę zaspokajał ręką? — Percy był szczerze zdziwiony tą nagłą zmianą w postanowieniu pana domu.
— Zaufam ci. Wierzę, że to, jak od czasu kary pokazujesz, że starasz się być teraz posłusznym, rzeczywiście ma realne podstawy — odpowiedział John. W duchu wiedział, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Percy zaspokoi się ręką w krytycznym momencie, ale oczekiwał, że ten rzeczywiście będzie do niego przychodził po spełnienie częściej, niż zaspokajał się samemu.
Młodszy mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i po chwili przekręcił się na bok. Objął Johna ramieniem i pocałował w klatkę piersiową.
— Postaram się nie rozczarować. I jeśli nadal trudno mi być w łóżku takim jak twoi chłopcy, to dobrze mi się tu śpi. Wracając do rozmowy o zapachu. Uspakaja mnie on, jak mówiłem.
— Możesz tu spać nie tylko wtedy, gdy przyjdziesz do mnie po spełnienie. Jak widzisz, łóżko jest duże — odparł John, którego ta informacja bardzo cieszyła, bo przynajmniej zapach był takim rzeczywistym, w pełni pozytywnym bodźcem, dla którego Percy chciał tu być.
— Gdzie jednak będziesz gościł chętnych na spędzenie z tobą bardziej aktywnie czasu?
— Nie doceniasz rozmiarów tego budynku, Percy.
Ten skrzywił się mentalnie, dopiero w tej chwili zdając sobie sprawę, że nie taką odpowiedź chciał usłyszeć. Odpowiedział jednak beztrosko, upewniając się też w przekonaniu, że będzie chciał utrudnić Johnowi spotykanie się z chłopcami. Jeśli sam miał mieć trudno, to czemu John też nie miał mieć trudniej?
— Masz rację.
John przytaknął jedynie i jeszcze pocałował go, nim wygodnie się ułożył.
— Śpij.
— Mhm, dobranoc, John — odparł młodszy mężczyzna, nie zabierając dłoni ze starszego mężczyzny i nie przykrywając się. Jak każdy chory był cieplejszy od zdrowych, a w apartamentach Johna było dostatecznie ciepło, aby nie zmarzł. Dodatkowo teraz czuł ciepło drugiego ciała, więc kołdra nie była potrzebna, a i John cieszył się, że ma go takiego przed sobą. I miał nadzieję ujrzeć go takiego zaraz po przebudzeniu.

12 thoughts on “Love Interest – 10 – Drobne marzenia

  1. Katka pisze:

    Basia, dzieje się! Aż bym sama poczytała LI XD Może w wolnej chwili… U nas z nimi równie ciężko jak u Ciebie… Też pozdrawiamy :)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    tak, tak brnę do przodu zaciekle… ;]
    Jonh dowiedział się trochę o Percym, tak a potem jego wizyta i to działanie cudo, i och utrudnienie spotkań z chłopcami… już to widzę…
    Dużo weny życzę Wam dziewczyny…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Eterna, Percy rzeczywiście coraz częściej zaskakuje i wydaje mi się, że to wszystko dlatego, że zaczyna czuć przy Johnie, że może być sobą, że nie musi grać grzecznego sługi i może mówić, co myśli. Oby tak dalej, John jest za :D Dzięki :)

  4. Eterna pisze:

    Fajnie, że tak dobrze się dogadują i odkrywają przed sobą swoje uczucia, przeszłość :0
    Percy jak widać ostatnio zaskakuje Johna ale to bardzo dobrze. W końcu Percy akceptuje swojego pana w pełni z jego bliznami i charakterem a nawet tym, że pomimo że jest hetero daje mu szanse. Świetny rozdział :)

  5. Katka pisze:

    Kaczuch_A, John oczywiście mógł zapytać Percy’ego od razu, ale cóż, wybrał okrągłą drogę. Ale może chciał mniej subiektywne spojrzenie na życie Kaprana niż to z jego strony? Zawsze jednak inni ludzie inaczej o kimś mówią, niż ta konkretna osoba o sobie myśli. I teeeeeż myślę, że było to urocze, ten swoisty gest, że się nie brzydzi i że blizny nie czynią z Johna nikogo gorszego. Ale jednak kompleksy zawsze robią swoje… :(

  6. kaczuch_A pisze:

    Bardzo przyjemny rozdział, chociaż dziwi mnie dlaczego John nie zapytał się Percy’ego o jego przeszłość od razu. No ale mniejsza. To jak poszedł z nim pod prysznic. To było totalnie urocze, chciał mu pokazać, że się nie brzydzi i w ogóle. I obawiam się tego zabiegu u Johna, nie wiem, te blizny nadają i kształtują mu charakter i mógłby taki zostać, zwłaszcza, że Percy go takim akceptuje.

  7. Katka pisze:

    O., jeśli mają być równi, to faktycznie mógłby się o to zapytać, ale chyba podskórnie czuje, że Johnowi by się to nie spodobało XD

    SilencedUnknown, tak, John coraz bardziej dąży do tego, żeby Percy jednak był sobą i czuł się swobodnie, gdy nikt ich nie widzi i gdy nie są to godziny jego pracy. Naprawdę mu zalezy, by to przestało być takie formalne. I jak widzisz, powoli się udaje, bo Percy jest faktycznie coraz bardziej sobą ;) „I co najlepsze, jak widać, Kaprana nie zawsze trzeba zmuszać do wszystkiego, co powinno do Johna dotrzeć” – dooookładnie. John ma jakieś przeświadczenie, że Percy w ogóle nie chce z nim przebywać i wszystko sam musi inicjować i przekonywać go, a tutaj się okazuje, że wcale tak nie jest ;) Że jednak Percy sam z siebie też coś działa. Powoli ich relacje się wyrównują. A czy czymś przywalimy… cóż, sama musisz się przekonać, hehehe, ja nic nie zdradzam. I omg, serio wszyscy chorują? Do mnie w takim razie to nie dotarło, bo na razie wokół zdrowi, ale oby się to nie zmieniało…

  8. SilencedUnknown pisze:

    Hohoho ^^ Świetny rozdział ^^
    Podoba mi się swoboda jaką daje John Kapranowi w momentach, gdy są poza pracą. Naprawdę widać tu, że mimo wszystko potrafi normalnie się zachowywać (nie twierdzę, że tego nie potrafi, jednak patrząc z perspektywy Percy’ego, nie zawsze zachowuje się do końca moralnie.. czego też nie można się dziwić ze względu na świat w jakim żyją ^^).
    I cieszę się, że Percy aż tak nie krępował się szczerze wypowiadać tego co myśli i w ogóle fajnie się czytało widząc tą ich swobodę w swoim towarzystwie. ;)
    I co najlepsze, jak widać, Kaprana nie zawsze trzeba zmuszać do wszystkiego, co powinno do Johna dotrzeć.. i chyba tak trochę się stało przez to „zezwolenie” na odpuszczenie sobie pasa cnoty ^^
    I te blizny.. coś czuję, że Percy wyperswaduje pomysł usunięcia ich, Johnowi.. ^^
    Ale ten rozdział jest łagodny i już czuję jak dowalicie w następnym ^^
    A może już się wszystko uspokoi? Jak zwykle jestem ciekawa co dalej… i w ogóle.. i .. uch… uzależnienia i tak dalej.. nie będę się przeca już powtarzać ^^
    Pozdrawiam. :)

    PS
    I życzę wam zdrówka, bo coś wszyscy ostatnio chorują.. ;)

  9. O. pisze:

    A ja to bym się na miejscu Percy’ego zapytała, czy skoro John spotyka się z resztą chłopaków to czy on może z kobietami xD Choć tego nie zrobi po to byłby znak nieposłuszeństwa :(

  10. Shivunia pisze:

    Liv >> Co nie? Człowiek, kto by pomyślał? Też uważam, że to jeden z bardziej przełomowych rozdziałów. Trochę się dzieje. ROZMAWIAJĄ! Co jest woow, bo czasami John umie tylko mówić ;p ” Można się w kimś zakochać, ale nie chcieć zbliżać się fizycznie?” – o to jest pytanie! W sumie na nim opiera się cały problem ich „związku”. Bo jeden chce w dużym skrócie znajomości i szczęścia drugiego, a drugi chce… cóż, bara bara XD Bardzo upraszczam ;p
    Co do zabiegu, to w sumie fajnie, ja też bym wolała jednak kogoś bez blizn, ale… chyba John jest tym który się najbardziej nimi przejmuje.
    I „milordowanie” hahaha, cóż, lepsze to niż wizja go z psim albo świnkowym nosem. Na szczęście tylko wino było a nie trufle ;p Ale wizja dobra ;D

    Tess >> Prawie XD Ale masz racje, z dobrze, że o sobie sam coś zdradził, bo inaczej by byłą to taka „totalna inwigilacja”. Percy mógłby się poczuć osaczony. Takie wiesz, wypytywanie, a jak a co a dlaczego… i to jeszcze nie jego, a za jego plecami. Trochę niefajnie.
    Ale mimo zaskoczenia, mam nadzieje, że nie jesteś rozczarowana tym jak ich relacje się zmieniają. W końcu chyba chodzi o to w tym całym związkowaniu, czy oczarowaniu kimś, aby być z nim bliżej. Dlatego w kooońcu zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać. Zresztą, nawet inni chłopca Johna nie mówią do niego aż tak z „proszę pana” jak Percy. Ten zresztą przez to trochę siebie wyraża… ale to już nie będę za dużo mówić ;)
    Oh, scena pod prysznicem byłą fajna. Percy się wykazał ;p Zachował się jak on sam, a nie sługa Percy. John może go poznawać :D ” Aż mi się cieplej na serduchu zrobiło.” – cieszymy się bardzo :D
    Także dziękujemy za komentarz :*

  11. Tess pisze:

    John prawie, jak jakiś detektyw! Haha.
    Cóż, miło, że chcę się czegoś dowiedzieć o swoim podopiecznym, tak wypytuje, drąży, jednak cieszę się, że ostatecznie sam też coś o sobie zdradził. Percy może się przynajmniej poczuć wyjątkowo ;)
    Swoją drogą cholernie zadowala mnie fakt, że relacja tej dwójki wyewoluowała do takiego stopnia, iż teraz mogą rozmawiać niemalże na luzie. Bez żadnego „pan”, „tak, proszę pana” itp. W przypadku Percy’ego nie do końca pasowała mi taka służalczość i uległość, choć nie zaprzeczam, że było to momentami słodkie ;)
    No i rozmawiają o takich ważnych tematach, jak zabieg usuwający blizny… Co więcej! Percy może wyrazić na ten temat swoje zdanie! Jestem w niebie xD I potem jeszcze ten prysznic. Musiał czuć, jak wiele, spełnienie tej drobnej zachcianki znaczyło dla jego pana. Aż mi się cieplej na serduchu zrobiło.

    Cóż, nie mogę się doczekać następnego rozdziału i tego w jaki sposób Percy będzie chciał utrudnić Johnowi spotkanie z chłopakami! Zazdrośnik jeden!

    Dzięki za tak długaśny rozdział dziewczyny :D

  12. Liv pisze:

    Coś takiego, Percy jest człowiekiem :)
    Śliczny rozdział, oboje się otworzyli, ale jakoś dziwię się jednak Percy’emu. Pozytywnie się dziwię ^^. Można się w kimś zakochać, ale nie chcieć zbliżać się fizycznie? Tak bardziej..? :> Jakby zakochać tylko we wnętrzu (Will, odejdź)…
    I aż muszę się nie zgodzić, to że John jest szczupły i blady czyni go atrakcyjniejszym, niż gdyby miało być inaczej. No.
    Fajnie, że John decyduje się na ten zabieg. Blizny są cudowne i nie robiłabym tego na jego miejscu, ale chyba rozumiem. No i nawet John ma kompleksy. O radości, oboje są normalni… :)
    Chciałabym usłyszeć, jak Percy wypowiada imię Johna, to urocze :)
    I oboje mają klasę, ale ta rozmowa o winie… Aż wyobraziłam sobie Percy’ego z monoklem, wąsami i „milordowaniem” xd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s