Fanfic by O. – Exit

„Żyj jakbyś miał umrzeć jutro”, „kochaj jak sam chcesz być kochanym”. Te frazesy słyszy się zewsząd, mają one dodać odwagi, która uczyni nasze życie szczęśliwszym. A co, gdy robi na odwrót? Co jeśli biorąc z życia jak najwięcej, nie myśląc o konsekwencjach i kochając do bólu, wieczorem, gdy zgasną światła uświadomimy sobie, że nasze szczęście jest tylko pozorne? Następnego dnia wstajemy i próbujemy to zmienić, w końcu nasze życie zależy tylko od nas. Lecz czasem brakuje nam sił, czasem trzeba pogodzić się z porażką, choć rozrywa ona nasze serce na strzępy. Dlaczego mamy ranić siebie uszczęśliwiając innych? Nasze szczęście przecież też jest ważne, to na siebie patrzymy każdego dnia w lustrze. Powinniśmy widzieć radość w oczach, uśmiech na ustach, emanować pozytywną energią, a tak dostrzegamy cienie pod oczami, zmizerniałą twarz. Najboleśniejsze jest to, że tylko my to widzimy. Osoby, dla których tak się staramy często tego nie dostrzegają. Czasem bo są zaślepione własnymi żądzami i ich spełnianiem, a czasem po prostu nie chcą.. Tak, czy siak, nachodzi pytanie czy warto? Czy te wszystkie chwile, w których byliśmy szczęśliwi i kochani w zupełności wynagradzają nasz trud? Dlaczego to, co miało trwać wiecznie tak szybko się skończyło?

Otwórz oczy, zapal światło. Ciemność nie ukryje rzeczywistości. Pogódź się z tym. Idź dalej. Żyj.

Mimo wziętego parę chwil temu prysznicu, zatrzymał się przy umywalce. Nie umiał spojrzeć w lustro i chcąc się czymś zająć zaczął myć dłonie. Mógłby wyjść z łazienki i porozmawiać ze swoim partnerem, ale coś powstrzymywało go. Od dłuższego czasu jakiś niepokój rozgaszczał się w jego sercu. Mimo codziennego i udanego seksu, spędzania wspólnie czasu w domu jak i w pracy, coś w nim zaczęło zgrzytać. Dopiero gdy uniósł twarz i spojrzał w swoje oblicze wszystko zrozumiał. To nie było coś nowego, tylko stara, zażegnana sprawa budziła się na nowo. Z większym wyrzutem, nie dająca tym razem o sobie zapomnieć. Słysząc jak kochanek chodzi po mieszkaniu zakręcił wodę, nawet nie zauważając, że powoli zaczynała go parzyć. Nic nie było boleśniejsze od tego, co odczuwał psychicznie. Wszystko zaczęło się tak dawno i tak dawno ponoć było zakończone. Jednak wszystko wraca, prędzej czy później otrzymamy to z nawiązką. Udawał, że sobie z tym radzi, że czerpie z tego przyjemność, że poprzez to udawanie to może stać się prawdą. Nie stało się. Musiał to zakończyć patrząc w jego oczy, w których nie dostrzegał już siebie. Jakby stając się przeźroczystym stawał się elementem rzeczywistości a nie jej kluczowym punktem. To na nim miał się zaczynać i kończyć świat mężczyzny, którego kochanie było ponad jego siły. Gdzieś, kiedyś na pewno tak było. Jednak zostało pozostawione tam i wtedy, wraz z obietnicami i pragnieniami. Odwrócił się i zamiast wyjść z pomieszczenia oparł się biodrami o umywalkę. Rozejrzał się wkoło, unosząc na krótko kąciki ust, gdy wspominał sobie ich stosunki, które tu odbyli, wygłupy przy wspólnym goleniu. Poczuł pulsowanie w skroniach, coś zaciążyło mu na wysokości mostka uniemożliwiając spokojnie oddychanie. Zacisnął oczy i licząc do dziesięciu starał się nabierać głębokich wdechów. Codzienny jogging oraz treningi choreografii nauczyły go panowania nad oddychaniem, ale teraz nie umiał uspokoić swoich emocji.
Nie chciał tego, co miało nastąpić za drzwiami, jednak nie mógł wciąż się ukrywać, musiał wyjść. Wiedział, że dopiero wtedy powróci mu oddech, stały rytm bicia serca. Odżyje…
Pierwszy krok wykonał na zdrętwiałych nogach, drugi był nieco sprawniejszy, trzeci pozwolił mu na dojście do drzwi i złapanie za klamkę. Chłód metalu wcale nie odstraszył od naciśnięcia na niej. To miało być tu i teraz. Nie ma szans na później. Odetchnął krótko i po otworzeniu w końcu oczu wyszedł.
Gdzieś w nim zapaliła się nadzieja.
Widząc jak kochanek wyszedł z łazienki Marvin odezwał się przyjaźnie:
— Myślałem, że się utopiłeś tam Tygrysie, myślałem już nawet o reanimacji – puścił mu perskie oczko, podchodząc zmysłowym krokiem. – wychodzę do sklepu, przynieść ci coś? – Pogłaskał go po boku patrząc prosto w orzechowe oczy.
— Mogłeś dołączyć się, drzwi były otwarte – tak jak ostatnimi czasy tak i teraz nie dostrzegł siebie w odbiciu zielonych tęczówek. Ujął dłoń na swoim boku w swoją i po uniesieniu jej do ust ucałował wierzch. – nie trzeba mi nic. – „nic prócz oddechu” dodał w myślach.
— Zawsze możesz wziąć prysznic drugi raz – Marvin przybliżał się nieświadom tego, co kiełkuje się w głowie kochanka.
— Jak wrócisz ze sklepu. – Uśmiechnął się. Przyzwyczajony już był to odgrywania emocji. W domu, w pracy, podczas przygód. Smutne było to, że ukochany nie potrafił tego dostrzec. A może i nie chciał? To go tylko upewniało, przelało już szalę.
— Już mnie wyrzucasz? – Skubnął zębami brodę kochanka patrząc prowokacyjnie w oczy.
— Wtedy będziemy mieć czas na dłuższą zabawę. – Zamruczał wibrująco odsuwając się w stronę sypialni, choć tak naprawdę chciał mu wykrzyczeć, że to on wyrzucił jego już dawno temu. – Będę tu na ciebie czekać.
— Mam nadzieję, że zwarty i gotowy. –Odpuścił wyjątkowo jak na siebie. Sięgnął po klucze i po krótkim machnięciu ręki wyszedł z mieszkania. Jasper zapatrzył się chwilę w przestrzeń zastanawiając się, czy jemu też to z łatwością przyjdzie.
W sypialni wykonał krótki telefon do kuzynki, która zgodziła przyjąć go na jakiś czas. Stamtąd chciał wysłać do biura rezygnację z bycia tancerzem w klubie. Wiedział, że będzie to nie fair wobec Harley’a, z którym przecież utrzymywali przyjacielskie stosunki. Jednak nie chciał pytań o powód. Chciał się zupełnie odciąć i nauczyć żyć na nowo. Pakując powoli rzeczy zaczął rozmyślać kiedy to tak właściwie się zaczęło. W głowie przeleciała mu scena z parkingu, kiedy dał upust swej zazdrości i igrał na nerwach, wtedy obiecali sobie wyłączność. Wszystko szło dobrze i zapewne by tak było, gdyby nie zgodził się na „prywatną lekcję” u Karla. Jednak to też przetrwali. Orvel nie zniszczył tego co było między nimi, w pewnym sensie to wzmocnił. Wyszło na to, że ta nić nie była zbyt silna. Poznanie Dean’a nie uważał za błąd. Lubił go i chętnie z nim rozmawiał, mimo iż ten pokazał mu, że można podzielić się ukochaną osobą i w trójkę czerpać z tego przyjemność. „Wtedy było ci dobrze! Teraz też może być” – w głowie zabrzmiał mu głos kochanka, który po roku od przygody z przyjacielem namawiał kochanka na trójkąt. Wtedy przeszło mu przez myśl, że wyrażenie na to zgody nie jest wcale dobrym pomysłem. Kochał Marvina, kochał jego zalety i wady, choć starał się nad nimi pracować. Wtedy odbyli szybki seks z Adamem w kiblu w jakimś podrzędnym klubie. Było szybko, ślisko i brudno. Muzyka dudniła w ścianach, gdy nie potrafili odrywać od siebie rąk. Dłonie Marvina, gdy dotykały Jaspera były takie ciepłe. Jakby by były po to, by go rozpalać. Rozpaliły go, pozwoliły mu nawet spłonąć.
Kolejnych facetów pamiętał jak za mgłą. Byli wysocy, chudzi, dobrze zbudowani, biali, kolorowi, rudzi, blondyni. Różnili się wszystkim, a łączyło ich to, że to Marvin ich wynajdywał i wybierał. Czasem, gdzieś na jakiś imprezach pytał się Jaspera, czy nie chce przejąć pałeczki i wybrać u kogo w domu wylądują. On odmawiał będąc zobojętniałym. Starszy szedł wtedy na „łowy” przychodząc z jednym bądź z paroma facetami. Nie starali się zapamiętywać swoich imion, części nawet nie poznał. Nie było to potrzebne, przecież to miało być jednorazowe. Kończąc powoli pakowanie przypomniał sobie Erica. Był całkiem sympatyczny z aparycji, wygadany. To u niego wtedy to się stało. Cienki lód, na który odważyli się wkroczyć zaczął się kruszyć.
—Tak, tak, mocniej!– będący na klęczkach Marvin jęczał prężąc swoje ciało. Blond włosy chłopak ochoczo spełniał jego prośbę przyśpieszając swoje ruchy. Po całej sypialni roznosił się dźwięk uderzających jąder o pośladki. Spojrzał na trzeciego mężczyznę uśmiechając się mimo wszystko dość wesoło, jakby bawił się a nie pieprzył z całych sił jego ukochanego, który wił się pod nim jak kotka w rui domagając się więcej i więcej. Jasper odwzajemnił uśmiech zaszczycając go tym jednym spojrzeniem. Cały czas wpatrzony był w swojego kochanka, w to jak pot rosił jego ciało, jak bezwiednie zaciskał palce na prześcieradle. Jak przy mocniejszych pchnięciach marszczył brwi wypuszczając z ust głośniejsze jęki. Sperma Jaspera spływała mu jeszcze po brodzie po obciąganiu. Ich spojrzenia zatrzymały się na sobie, Jaz wiedział co to znaczy. Złapał dłoń kochanka i trzymał ją dopóki ten w parę chwil później nie doszedł. Spojrzenie zielonych oczu było puste, już nie przeszywało młodszego w skroś. Nie pokazywało co ma na co dzień, a co ten kolejny napaleniec na jeden raz. Jednak nie to zakuło wtedy brązowowłosego w piersi. Zakuła go dłoń, która była zimna.
Z każdym kolejnym razem było tak samo. Jasper albo szybko dochodził przez obciąg, albo przez szybkie rżnięcie czy to Marvina czy kolejnego chłopaczka. Później siadał gdzieś z boku i przyglądał się ukochanemu nie szczycąc reszty spojrzeniem. Nie rozglądał się po pomieszczeniu, nie zapamiętywał szczegółów, zapachów. Zawsze trzymał go za dłoń, która stawała się coraz to zimniejsza. Jednak po nocy u Eric’a, gdy w zaciszu własnego mieszkania mieli ochotę na więcej już nie była cieplejsza. Nawet podczas występów, które ciągle utrzymywały ich w pozycji najlepszych tancerzy w klubie, obie były chłodne. A może to Jasper nie potrafił już przekazywać ciepła? Winił siebie o to, jednak nie potrafił postawić się tak jak wtedy na parkingu. Nie miał na to sił. Nie miał sił zatrzymywać Marvina w klatce, samemu wpędzając się w pręty iluzji. Iluzji, że to wszystko daje mu szczęście. W końcu mieli siebie na wyłączność, nie robili skoków w bok, a wspólnie szli z innymi do łóżka. Jednak nie było to życie, o którym marzył Jaz. Tak jak obudziła się natura Marvina, tak obudziła się Jaspera. Najwidoczniej ich wspólna ścieżka miała rozwidlenie.
Zamykając torbę poczuł pierwszy luźniejszy i głębszy wdech. Musiał ich ratować, nie tylko on potrzebował rozstania, Marvin też. Inaczej któreś z nich musiałoby pozwolić na ranienie siebie. Jaz nie wytrzymywał już tego bólu, a nie chciał by jego kochanek je poczuł. Rozwiązanie więc było jedno. Nie pomagało wspominanie dobrych chwil, których tak wiele było, udany seks, który zawsze wznosił ich w ekstazę. To już nie działało, wszystko się rozsypywało. Usiadł na łóżku rozmyślając, która agencja nieruchomości jest lepsza. Nawet nie dotarło do niego jak łatwo przyszło mu myśleć o sprzedaniu ich wspólnego domu, pewnie to dlatego, że domem szybko przestało być, a zamieniło się w ściany pilnujące ich niewypowiedzianych słów.
Starszy wrócił po jakiejś godzinie od razu wołając w przejściu:
—Stary, środek tygodnia, sam poranek a kolejki jakby wojna się zbliżała. – zaniósł torby do kuchni nie racząc ich rozpakować. Miał ochotę na gorący seks a później kąpiel. Najlepiej wspólną. – Co jest? – Zerkał to na torbę to na kochanka.— Wygłupiasz się, czy ktoś umarł?
— Ja umarłem, Marvin. – Uniósł na niego spojrzenie nie odczuwając już tego strachu sprzed godziny.
— Chory jesteś? – Podszedł do niego i uklęknął zaraz przy jego kolanach.— Czy to kolejna zabawa? Mam zagrać żonę błagającą męża o zostanie?
— Miałeś być żoną błagającą męża o zostanie. – Pokiwał krótko głową, strzepując jego dłonie ze swoich kolan.— Ale nie jesteś, a ja nie jestem mężem zezwalającym żonie na wszystko.
—Jaz.. Tygrysie.. Dawno temu to przerabialiśmy.. –poczuł jak gula podchodzi mu do serca, dokładnie tak jak wtedy na parkingu. Okropne de ja’vu.
— I to nie wypaliło, męczy mnie to…
—Mówiłem ci, że życie ze mną nie jest łatwe a ty na to przystałeś! Wtedy daliśmy radę i teraz też damy radę – sięgnął do jego torby chcąc wypakować ją. Zatrzymał go wtedy zatrzyma go i teraz.
—Zostaw – wstał odbierając mu z dłoni torbę i spojrzał na niego z góry.
— Masz mnie u swych nóg, czego chcesz więcej? Przystałeś na chłopaczków, dochodziłeś.. Nie chcesz tego, to nie musimy, wciąż tylko ty mi wystarczasz… — pamiętał jak wtedy bał się, że to on nie będzie wystarczającym i wierzył, że upewnienie tego złagodzi sytuację. Podświadomie nie raz już o tym myślał, spychając to gdzieś na dno, dlatego nie pytał teraz o powody, które wciąż były takie same.
— Marvin, nie chcę trzymać cię w klatce – pogłaskał go po policzku. – nie chcę samemu w niej żyć. A nasze pragnienia , któregoś z nas w nią wepchną. Zatrzymam się u kuzynki do końca miesiąca, wtedy kończy ci się umowa z lokatorami i nie będziesz musiał jej przedłużyć. – Słowa z łatwością wychodziły z jego ust, jakby czekały na to. Starszy nie wyglądał na zaskoczonego, jakby przez cały ten czas wiedział, że to nadejdzie. Obaj to czuli. Ostatni raz przesunął dłonią po jego włosach i skierował się do drzwi. Szedł na pewnych nogach nie patrząc w tył, na Marvin’a, który wpierw przysiadł na piętach a później położył się na podłodze zwinięty w kłębek. Już nie mogli sobie towarzyszyć w cierpieniu, każdy musiał przeżyć je osobno.
Będąc na parkingu Jasper spojrzał śmiało na słońce. Pozwolił jego ciepłym promieniom okolić twarz. Bicie serca wróciło do normy, a oddech był spokojniejszy. Ciężar z piersi gdzieś zniknął pozostawiając po sobie pustkę, która czekała teraz na wypełnienie. Poszedł przed siebie rozglądając się w koło. Zapamiętywał każdy szczegół, zapach. Poczuł życie na nowo, na każdą mijaną rzecz spoglądał jakby po raz pierwszy ją widział. Pogodził się i w ten sposób zwyciężył siebie.

4 thoughts on “Fanfic by O. – Exit

  1. Shivunia pisze:

    :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :< :<
    NIE PODOBA MI SIĘ! POPŁAKAŁAM SIĘ!
    snif….Biedny Jaz, tak bardzo to prawdziwe. To wszystko jest w nim głęboko zakopane, jest zawsze gdzieś. Taka zadra której nie da się pozbyć. Jest w pewien sposób jej świadomy i nie stara się na nią naciskać, jak osoba świadoma swoje kontuzji, stara się nie obciążać kontuzjowanej kończyny, ale ona jest i nie znika. Buu, wystarczy taki jeszcze jeden bodziec aby to nie wytrzymało, ta kończyna zawiodła i doprowadziła do upadku. Snif. ALE MI SMUTNO! Jaz to taki dobry facet z mała obsesją, trochę chce idealizować, ale widzi też co się dzieje. Tak, widzi, że może bez Marvina było by mu lepiej, ale to jak z papierosami, z takimi uzależnieniami. Chyba ma coś w sobie z masochisty emocjonalnego. Z drugiej stront trochę się do tego przyzwyczaił – do takiego życia z czymś czego się nienawidzi. Kiedyś brak akceptacji do samego siebie i ciężar aby to zmienić. Niby tak przyjemnie żyć sam na sam ze sobą i tobie waga nie przeszkadza, ale kiedy wychodzi się na świat… i tak ciężko to zmienić. Teraz z Marvinem w sumie jest podobnie. Może pozbyć się tej zadry, ale to też wiąże się z bólem. Nie wiem czy było by mu tak łatwo go zostawić.. chociaż w sumie czas o jakim o tym myślał….. SNIIIIIIIIIIIIIIIIIF RYCZĘ :<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<< biedny Jasper. Biedny Marvin-debil. Ten to potrzebuje też leczenia, bo to też nie jest w 100% jego wszystko winna. Też ma debil coś z głową, bo przecież te jego bzykanie się z każdym to też jakież uzależnienie. EH…
    Weźcie napiszcie jakiegoś fajnego fika. A nie zima, to jedziemy z depresjami :< Niemniej, dzięki za niego bardzo. Dopisz jakiś happy ending! SNIF!

  2. Sachan pisze:

    fick świetnie napisany, ale nope. w moim idealnym świecie Marvin jest albo z Jasperem albo ze mną. smutłam tak bardzo. droga O., następnym razem proszę o coś bardziej optymistycznego! :3

  3. O. pisze:

    Co by nie było, to na ich dwójkę czekają idealni faceci ;)
    Tak jak się mówiło, natury nie da się okiełznać.. Ale oczywiście w „No Exit” to oni wyglądają na tych swoich ideałów ;D

  4. Katka pisze:

    Było mega smutno! Emocje Jaspera są super pokazane i aż ściska za serce, że tak cierpi. A może bardziej ściska za serce, że tak to w sobie tłumił. Bo to długo trwało, te wszystkie noce z innymi kolesiami, musiał za każdym razem umierać wewnętrznie, kiedy na to patrzył, a jednak przekonywał się, że może to wytrzymać, mimo że był gdzieś świadom, że to nie jest taki związek, jaki sobie wymarzył. Marvin to naprawdę mega toksyczna osoba i bycie z nim jest strasznie trudne. Smutnoooo. Mam ochotę powiesić własną postać za te wszystkie krzywdy. I nie wierzę, że to powiem, ale tutaj bardzo się cieszę, że Jasper się zdecydował odejść… Na dłuższą metę będzie dla niego lepiej. Mam nadzieję, że w Twojej wizji czeka go gdzieś tam jakiś idealny facet. Smutno też jednak z powodu Marvina, bo jak go znam, teraz będzie się strasznie miotał. Jasper był jego ostoją i dzięki niemu jako tako funkcjonował. Smutne :( Dzięki wielkie za fika, O., był wspaniały!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s