Bonus – Pan lekarz i pan policjant

Dzisiaj przedstawiamy bonus napisany… hm, dobre 3 lata temu? Może nawet 3,5… Sama nie wiem, ale dawno XD William i Jefferson w innej odsłonie. Ot, taka nasza fantazja, jakby to było, gdyby żyli w teraźniejszości :)

*****

Sięgając raz po raz po szklankę w połowie pełną brązowej whisky, William półleżał na łóżku jedynie w białej koszuli i brązowych spodniach, czytając opasły tom. Jego błękitne oko przesuwało się dość szybko po linijkach tekstu. W mieszkaniu panowała prawie idealna cisza, jeśli nie liczyć tykającego, stojącego zegara z salonu i szelestu przewracanych kartek. Był już późny wieczór i byłby niezmącony, gdyby nie przerwało go dzwonienie do drzwi.
William uniósł czujne spojrzenie znad książki, zastanawiając się, kto to może być. Zdarzało się, że nawet o tej porze pacjenci przychodzili, ale zwykle było to poprzedzone telefonem. Przeczuwając jednak jakiś nagły przypadek, blondyn uniósł się z łóżka i, uprzednio odłożywszy książkę na regał, ruszył przez swoje duże mieszkanie do drzwi. Poprawił opaskę na oku i otworzył.
Przed sobą zobaczył ubranego w czarną, policyjną kurtkę motocyklową i takie same spodnie bruneta, który stał oparty barkiem o framugę drzwi.
— Wiedziałem, że nie śpisz.
— Jefferson. Dlaczego nie pomyślałem, że to ty? — odparł William, leciutko unosząc prawy kącik ust i usunął się z progu. — Proszę, wejdź.
Mężczyzna wszedł do środka jak do siebie. Przy jego pasku widać było kabury, kajdanki i etui od policyjnej odznaki. W ręku trzymał kask, a w nim skórzane rękawiczki na motor.
— A kogo innego spodziewałeś się o tej porze, doktorku?
— Nikogo. Może pacjenta. A ciebie co sprowadza?
Gliniarz wzruszył ramionami, rozbierając się i rzucając kurtkę na kanapę w salonie. Nie kłopotał się jednak butami.
— Tak sobie wpadłem zobaczyć, co tam u mojego ulubionego doktorka.
— To może napijesz się czegoś? — zaproponował William, obserwując go uważnym wzrokiem.
Salon był bardzo duży. W rogu stało pianino, przy ścianach regały z książkami. Był kominek, kanapy i niski stolik. I oczywiście barek.
Jefferson zastanowił się chwilę.
— Możesz mi nalać tego swojego whiskacza.
Blondyn skinął głową i podszedł do barku, sięgając po opróżnioną już w połowie butelkę Jacka Danielsa. Kiedy nalewał z niej alkoholu do czystej szklanki i sięgnął jeszcze dyskretnie do puzderka z białym proszkiem, zapytał:
— Rozumiem, że jesteś prosto z pracy?
Jefferson kiwnął głową i zwalił się na kanapę, wygodnie się rozkładając.
— Ta. Dziś cały dzień. Do tego mieliśmy akcję, więc do przyszłego tygodnia mamy wolne, żeby odetchnąć. Bo, kurwa, koleś z napadu otworzył do nas ogień i trzeba było go unieszkodliwić.
— Jakieś straty? — spytał William, nabierając proszku między palce i wsypując do pełnej szklanki. Patrzył, jak proszek powoli się rozpuszcza.
— Nie, ale musiałem kolesiowi przestrzelić rękę. I w nagrodę, żeby odreagować — prychnął kpiąco, bo było widać, że nie czuje takiej potrzeby — dostałem dwa dni wolnego.
— Może ci dobrze zrobi. Będziesz mógł poświęcić więcej czasu na przyjemności. Twoja praca jest dosyć… brutalna — zauważył William, podchodząc do niego i stawiając na stoliku whisky. Zaraz potem usiadł na fotelu obok i założył nogę na nogę.
Jefferson wzruszył ramionami, biorąc szklaneczkę.
— Bez przesady. A grzebanie ludziom we wnętrznościach to sama rozkosz, co?
William zupełnie odruchowo przytaknął.
— Poza tym ja ich leczę. Ty ranisz. Nie zdziwiłbym się, gdybym kiedyś ratował jakiegoś kryminalistę, którego ty postrzeliłeś.
— Mamy starać się ich nie zabijać — odparł Jeff, jakby to wszystko tłumaczyło. W jego mniemaniu, jeśli ktoś do niego strzela, to on też ma prawo go zastrzelić.
— Tego się trzymaj — odparł William, cierpliwie czekając, aż Jefferson wypije jego mieszankę.
Gliniarz przewrócił oczami i napił się jeszcze kilka łyków whisky.
— A ten, masz w ogóle lód do tego? — spytał, podnosząc się z kanapy, aby samemu poszukać.
— W kuchni, usiądź, przyniosę — odparł William, wstając. Zanim wróci z lodem, Jefferson powinien już zacząć odczuwać początkowe objawy. Delikatne otępienie i lekkie osłabienie mięśni.
Nie przypuszczał jednak, że policjant ruszy za nim do kuchni. Obejrzał się na niego, podchodząc do zamrażalnika i wyjmując pudełko z kostkami lodu. Kuchnia była niemal sterylna.
— Jak cień. Aż tak się stęskniłeś? — spytał, wyłamując z pudełka lód i podając mu go na swojej szczupłej dłoni.
Jefferson podstawił szklankę, do której lekarz wsypał kostki.
— Hm… a nie… tylko, cholera, coś chciałem — burknął i potrząsnął głową, mieszając whisky i dopijając jeszcze dwa łyki.
William, powstrzymując się przed lekkim uśmiechem, zauważył z satysfakcją małe kropelki potu na jego czole.
— Hm? Co chciałeś? — spytał spokojnie i skinął na niego, żeby wrócić do salonu.
— Nie wiem — burknął, opierając się o szafki. — Po… potrzymaj — mruknął, wciskając mu w rękę szklankę z resztkami whisky. Czuł, że ciało odmawia mu posłuszeństwa i to wcale nie ze zmęczenia. Raczej jakby… jakby się czymś naćpał. — Ku… kurwa… to… to ty — wymamrotał i zwalił się jak kłoda na ziemię.
William spojrzał na niego z lekką konsternacją. Chyba powinien dopracować ten swój proszek. Nie chciał, żeby mu całkiem odleciał. Odstawił szklankę na szafkę i kucnął przy nim na podłodze. Pogłaskał palcami niemal troskliwie po spoconym czole. Och, ten mężczyzna był taki ładny. Każda część jego ciała współgrała ze sobą i tworzyła wyjątkowo anatomicznie doskonałą całość.
Nie zwlekając ani chwili, wziął go pod ramiona i uniósł. Był ciężki… Cięższy niż mu się wydawało. Williamowi od razu myśli odpłynęły do jego idealnie umięśnionego ciała. Nie widział nigdy nikogo, kto tak by go zachwycał.
Z wysiłkiem ciągnął jego bezwładne ciało w stronę sypialni. I że też musiał poleźć za nim do kuchni. Z salonu byłoby bliżej.
Udało mu się jednak dociągnąć go do sypialni. Kiedy rzucił go na łóżko, mężczyzna o mało nie zwalił mu się na podłogę. Po chwili jednak Jefferson już leżał na plecach na materacu, a William sięgnął do jego paska po kajdanki. Najpierw jednak zdjął mu do końca górną część ubrania. Aż wreszcie bez chwili zawahania przypiął mu ręce do wezgłowia łóżka, tuż nad jego głową.
Jeff nawet nie zareagował, nadal nieprzytomny. Oddychał spokojnie, a jego klatka piersiowa i brzuch unosiły się i opadały. William korzystając z tego, zdjął mu jeszcze buty, spodnie i bieliznę. Odłożył wszystko na bok i popatrzył z góry na mężczyznę. Aż westchnął cicho, podziwiając go. Był nieprzytomny, niczym pacjent pod narkozą. Gdyby chciał, mógłby mu teraz zrobić wszystko. Nawet rozkroić.
To jednak w tych warunkach nie było ani rozsądne, ani mądre. Nie przeszkodziło mu to jednak w wejściu mu na biodra i przejechaniu mu paznokciem od mostka, aż do podbrzusza. Niczym na sekcji zwłok. William uśmiechnął się do siebie lekko, rozbawiony samym sobą, kiedy tak patrzył na ten czerwony ślad. Jefferson mógłby się go wystraszyć.
Uniósł dłoń i poklepał go lekko po policzku, chcąc sprawdzić, czy będzie potrzebne coś do otrzeźwienia. Mężczyzna zaburczał przez sen, krzywiąc się, ale bardzo powoli budząc się. William wciąż siedział mu na biodrach, głaszcząc go z namaszczeniem po klatce piersiowej.
— Jefferson? — rzucił, pochylając się i całując go w miejsce serca.
Czuł przez skórę, jak to bije równo w jego klatce piersiowej aż do momentu, kiedy mężczyzna nie otworzył oczu do końca.
— Will! — wydarł się wściekle, szybko orientując się w sytuacji. — Ty pierdolony…! — Szarpnął się wściekle, aż wezgłowie łóżka zatrzeszczało groźnie, a blondyn został podrzucony w górę przez silne ciało policjanta. — Złaź ze mnie, ty pieprzony chujozo. Kurwa!
— Nie złość się — odparł William kojącym głosem, naciskając tyłkiem na jego biodra i dłońmi na klatkę piersiową, żeby leżał spokojnie. — Nie chciałem, żeby zadziałało tak mocno, wybacz.
— Nie chciałeś, żeby zadziałało tak mocno?! — warknął Jeff, wyrywając się wściekle. — I, kurwa, dlatego mnie przykułeś?! — syknął, tarmosząc rękoma i raniąc sobie nadgarstki.
William sięgnął do jego nadgarstków i unieruchomił mu je. Spojrzał mu poważnie w oczy.
— Nie szarp się tak. Wynagrodzę ci to — powiedział, ocierając się o jego nagie ciało, swoim wciąż w ubraniu.
Wściekły Jeff wypuścił powietrze przez nos. Nadal kręciło mu się w głowie, czuł, że jest słaby, ale też serce waliło mu wściekle w klatce piersiowej, rozprowadzając po jego organizmie adrenalinę. Miał mu ochotę tak przywalić… Nie cierpiał, jak go czymś ogłuszał.
— Jesteś popierdolony. Mógłbym cię za to do pierdla wsadzić!
William odpowiedział dopiero po chwili, wbijając wzrok w jego poruszającą się gwałtownie klatkę piersiową. Aż otarł się o niego kroczem ekstatycznie.
— Nie mów tak. Zrobię ci dobrze. — Usunął się tyłkiem na jego uda i złapał penisa w dłoń, schylając się, żeby polizać czubek.
Jeff spojrzał na niego, mrużąc wściekle oczy. Nadal był miękki, ale widok tego wkurzającego, jasnowłosego doktorka przy jego kroczu irytująco intensywnie na niego działał.
— Rozkuj mnie.
— Zrobię to, jak już skończymy — odparł William, uśmiechając się do niego lekko i złapał między wargi główkę jego penisa. Zassał się na niej, a jego cudownie sprawne palce już pracowały nad jądrami Jeffa.
— Nic nie skończymy. Rozkuj mnie albo ci nakopię, jak tylko wrócą mi siły! — syknął wściekle.
— Jak cię rozkuję, to wyjdziesz. Muszę cię mieć całego do dyspozycji, a tak jest najwygodniej — odparł William takim tonem, jakby był przekonany, że właśnie wysunął niezbity argument. Polizał jeszcze raz jego penisa, po czym wstał, zmierzając do szafki w rogu.
Jeff ponownie szarpnął się na łóżku, starając się bezskutecznie wyswobodzić.
— Kurwa, rozkuj mnie! — krzyknął, w końcu leżąc na boku i starając się coś zrobić, aby się uwolnić. W tej chwili zupełnie na drugim miejscu stało to, po co poszedł Will.
Kiedy dojrzał na szafce przy łóżku kluczyk od kajdanek, szczupła dłoń lekarza zwinęła go szybko. William kucnął przy łóżku, patrząc na Jeffa z pożądaniem w swoim jasnym oku. Mimo że był ubrany, Jeff nie miał wątpliwości, że był już nieźle napalony. Skurwysyn umiał się podniecić samym widokiem jego ciała.
— Rozkuję cię, gdy już skończymy. Kluczyk wyciśniesz, kiedy zliżesz już swoją spermę — zamruczał William, pokazując mu niewątpliwie własnej roboty zabawkę. Wyglądała jak łańcuszek kulek analnych, ale kulka była tylko jedna… otwierana. William wsadził do niej kluczyk i uniósł się, wchodząc na łóżko.
Jefferson oniemiał. Utrzymując z tym czubem znajomość, naprawdę sam się prosił o takie atrakcje.
— Nie ma mowy! — warknął, podkulając nogi i przyciskając się bardziej do wezgłowia łóżka, żeby się od niego odsunąć.
— Dobrze wiem, że to lubisz, Jeff — odparł William uspokajającym głosem, wchodząc na łóżko, kiedy już sięgnął do szafki po nawilżenie. Rozchylił jego nogi zdecydowanym gestem. Na szczęście mężczyzna był jeszcze otępiony narkotykiem, bo w przeciwnym razie pewnie nie mógłby tego zrobić. — Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.
Jefferson spojrzał na niego wrogo i bez namysłu kopnął go w biodro. William syknął i odpowiedział niezadowolonym spojrzeniem przez taki obrót sprawy. Nie chciał robić nic wbrew jego woli, ale był zbyt podniecony, żeby teraz zrezygnować. Postanowił go potraktować jak wystraszonego pacjenta.
Ustawił się między jego nogami i wycisnął na palce trochę żelu z wyrafinowaną, profesjonalną miną. Jefferson zawarczał pod nosem kilka przekleństw. Leżał przed nim na plecach grzecznie i nie mógł nic zrobić w takiej pozycji. Był zbyt słaby, żeby poderwać tyłek w górę i przenieść swoje nogi jakoś tak, aby były razem.
— I co, do diabła, chcesz niby zrobić?
— Doprowadzić twoje ciało na sam skraj przyjemności — odparł William podnieconym głosem, smarując jego szparkę żelem z zewnątrz i chwilę później jednym palcem od środka, a Jefferson przez to uczucie zamknął oczy. — Wiesz, że potrafię to zrobić… Przyznaj, dlaczego dzisiaj przyszedłeś?
— Uhmm… bo mam burdel u siebie w kawalerce — burknął, odwracając wzrok. Nie przepadał za tym, jak to robili, kiedy był na plecach. Wszystko było wtedy tak po nim widać.
— I co to zmienia? — dopytał William, nie rozumiejąc. Rozluźniał go wprawnie palcami, żeby kulka ze schowanym kluczem potem płynnie weszła.
Jefferson spojrzał na niego chłodno.
— Że jej nie lubię — syknął. — Nie przyszedłem się pieprzyć. Jakbym przyszedł, to bym powiedział, a ty mnie… Aaa… o kurwa — jęknął, kiedy palce Williama wsunęły się odrobinę głębiej — cholerne prochy.
— Nie będziesz żałował — zapewnił lekarz, wyciągając palce i wytarł je o kulkę. Zlustrował ciało Jeffersona, aż przełykając ślinę na myśl o ukrytych pod skórą mięśniach. — Musisz wziąć ją bardzo głęboko. Żeby zmieściło się tam coś jeszcze — powiedział na wydechu, naciskając kulką na jego śliskie wejście, a mężczyzna zacisnął się od razu i rzucił mu srogie spojrzenie.
— Wziąć ją bardzo głęboko? A może nie chcę? — spytał, wiedząc, że William na siłę mu jej nie wepchnie.
— Jeff… twój tyłek już pulsuje. Nie wmówisz mi, że nie jest ci gorąco na myśl, że zaraz cię czymś wypełnię i będę poruszał od środka. — William pochylił się nisko i liznął jego penisa. Równocześnie nacisnął mocniej kulką na jego szparkę. — Uwielbiasz to. Oddawanie się.
Jefferson wyglądał, jakby miał mu zaraz odstrzelić głowę, po czym zaklął szpetnie i odwrócił twarz. Mięśnie jego tyłka rozluźniły się, a twarz mężczyzny pokryły się zdrowym rumieńcem.
William nie potrafił ukryć uśmiechu zadowolenia. Przecisnął kulkę przez mięśnie zwieracza i wepchnął ją dalej palcami, jak tylko mógł. Kiedy je wyciągnął, tylko długi łańcuszek wystawał ze szparki.
— I po bólu.
— Skurwiel — warknął Jefferson, nie patrząc na niego. Twarz go niemal paliła. — A co jak to chujostwo się otworzy?
— Będę musiał wyciągnąć to operacyjnie — William odpowiedział z powagą, ale wiedział, że kuleczka się nie otworzy. Dopracował to.
Mimo jego słów Jefferson momentalnie zbladł i spojrzał na niego śmiertelnie poważnie.
— Wyjmuj to, ale już! Nie będziesz mnie, kurwa, rozcinał tylko dlatego, że sam mi coś do dupy wsadziłeś! — krzyknął na niego, cały spanikowany.
William spojrzał mu w oczy szybko i pochylił się, by obcałować jego czerwony policzek.
— Nie będę cię rozcinał, nie bój się — szepnął kojąco. — Nie otworzy się, jest dopracowana.
Jefferson rzucił mu nieufne spojrzenie, ale odetchnął, trochę się rozluźniając.
— A dasz mi coś chociaż, żeby mi się tak w głowie nie kręciło po tym twoim… narkotyku?
— Jeśli obiecasz, że nie będziesz się wyrywać — William postawił warunek, głaszcząc go po szyi i ramionach, nisko przy nim pochylony. Miał już całego sztywnego penisa w spodniach przez to, że czuł go tak blisko.
Jefferson zmarszczył brwi i ułożył obie przykute dłonie tak, by pokazać mu środkowe palce.
— Spójrz mi na ręce — zasugerował.
William spojrzał tam i odetchnął.
— Jesteś grubiański — rzucił chłodno. Wstał z łóżka i podszedł do szafki, by następnie wrócić z niewielkim wibratorem. — Rozłóż przede mną nogi — polecił, siadając z powrotem na łóżku.
Jefferson jak na złość zacisnął je.
— Daj mi coś na otrzeźwienie — zażądał.
— Dam, jak już go w ciebie wsadzę — obiecał blondyn, przesuwając zachęcająco końcem wibratora po jego udach. Napięta, trochę spocona skóra działała na niego jak afrodyzjak.
— Czemu?
William zwilżył wargi językiem, wciskając przycisk na połączonym z wibratorem kabelkiem sterowniku. Maszynka zaczęła wibrować, a lekarz przycisnął ją do czubka penisa Jeffersona, który od razu naprężył brzuch, uciekając biodrami.
— Bo cię o to proszę.
— Nie, nie, nie, nie ma zabawy. Dawaj, o co proszę albo będziesz mógł się ze mną zabawić tylko, jak mnie znowu uśpisz — mruknął.
William przytulił się policzkiem do jego napiętego brzucha, a wibrator wsunął pod jego ciało, szukając nim szparki. Pocałował go w skórę, czując wilgoć na własnej bieliźnie.
— Tak, mógłbym cię uśpić. Pod narkozą zrobić z twoim pięknym ciałem cokolwiek bym chciał — zamruczał, naciskając wibratorem na jego wejście.
Jefferson prychnął pod nosem, jakby tylko czekając na to, aż Will się zbliży.
— Mógłbyś… ale nie, podziękuję — warknął i nim blondyn się spostrzegł, mężczyzna zarzucił mu nogę na kark, a po chwili jego szyja była już złapana w ciasnym uścisku między udami policjanta. Nie był w pełni sił, ale był już w stanie go tak utrzymać.
William jęknął, błyskawicznie unosząc na niego wzrok. Wciągnął gwałtownie powietrze. Szarpnął się mocno, a opaska z jego prawego oka zsunęła się na policzek, ukazując brzydką, pomarszczoną bliznę.
— Puść! — zażądał.
— To dawaj, o co prosiłem i nie zapominaj, że nawet przykuty mam coś do powiedzenia. A i jeśli myślisz, że mnie znowu czymś naćpasz i przelecisz mnie jak jebany nekrofil, to mogę ci zaręczyć, że pożegnasz się z moim ciałkiem, do którego, co nie zaprzeczysz, masz jebany fetysz. Rozumiesz?
— Tak, rozumiem… puść — wysapał William, patrząc na niego jednym okiem z zacięciem. Jefferson był niebezpieczny… a przecież nic mu nie zrobił!
Młodszy mężczyzna skinął głową i rozluźnił uchwyt, stawiając zgięte w kolanach nogi szeroko. Niemal zapraszająco. Lekarz wyprostował się, od razu poprawiając opaskę i wiążąc ją mocniej z tyłu głowy.
— Jesteś niepoważny — rzucił, wychodząc po coś, co zniweluje objawy narkotyku. Kiedy wrócił, miał w rękach ampułkę i był już nagi. Najwyraźniej rozebrał się w salonie. Miał bardzo harmonijne, szczupłe ciało i jasną skórę. A jego penis był już cały czerwony i nabrzmiały.
Jefferson zaśmiał się na ten widok, leżąc wygodnie na łóżku z rozsuniętymi nogami i z łańcuszkiem wystającym z tyłka. Wyglądał bardzo kusząco na jasnej pościeli ze swoją z natury ciemną karnacją.
— Ty naprawdę kochasz moje ciało.
— Tak. Jest wspaniale zbudowane. Przy twojej przystojnej twarzy jeszcze lepiej wygląda — William dodał po chwili wahania. Podszedł i usiadł obok jego głowy. Otworzył ampułkę. — Otwórz usta.
Jefferson wykonał polecenie, dodatkowo wystawiając język i patrząc na niego czujnie. William złapał jego podbródek, odwracając go bardziej w swoją stronę i wylał mu na język dokładnie odliczoną ilość kropelek.
— Przełknij.
Mężczyzna po raz kolejny zrobił, co gospodarz kazał.
— Bardzo ładnie. — Lekarz przeniósł się na swoje miejsce pomiędzy jego nogami. Pogładził pieszczotliwie szparkę palcami, po czym sięgnął ponownie po wibrator. Bez zbędnych słów wepchnął go w niego gwałtownie, ale z wyczuciem.
Jefferson od razu wygiął się spazmatycznie na łóżku, zaciskając oczy i przygryzając dolną wargę. Czuł, jak ta przeklęta kuleczka z kluczykiem jest wpychana w niego strasznie głęboko. Jeśli się naprawdę otworzy, to zabije lekarza.
— Zaraz przestanie ci się kręcić w głowie — powiedział William, zwiększając na sterowniku moc wibratora. Jefferson musiał to poczuć. — Co czujesz? — zapytał, ocierając się penisem o jego udo.
Jefferson jęknął od razu, a jego tętno przyspieszyło. Oddychał też znacznie szybciej.
— Drży… I jest twardy i… Mam nadzieję, że od tych wibracji także się nie otworzy? Bo przechodzą na nią… jest cholernie głęboko.
— Nie bój się, nie otworzy się. I musi być głęboko — William odpowiedział na wydechu, wciąż ocierając się o niego. — Będzie jeszcze głębiej, kiedy przyjmiesz tam coś większego. Chcesz tam więcej… prawda, Jeff?
— A jeśli powiem, że nie? — wydyszał policjant, spoglądając na jego sztywnego penisa, który ocierał się o jego umięśnione udo tak desperacko. Jakby był dopiero na drugim miejscu za przyjemnościami, które dostarczało Willowi samo patrzenie. Był pod wrażeniem tego, jak ten mężczyzna się na niego napalał i… w jakiś sposób mu to schlebiało. Czuł się dzięki niemu naprawdę atrakcyjny.
— To nie uwierzę — odparł blondyn, uśmiechając się zaczerwienionymi ustami. Jęknął i cofnął się od niego kroczem, bo czuł, że mógłby się zaraz spuścić. — Znam twoje ciało. Wiem, czego pragnie — zapewnił i zwiększył na maksa moc wibracji.
Policjant krzyknął, rozsuwając szerzej nogi i dzwoniąc łańcuszkiem kajdanek. W głowie już nie szumiało mu od narkotyku. To szumienie znał. I lubił je.
Nabrał głębiej powietrza.
— Specjalista… może jeszcze mnie zakneblujesz skoro niepotrzebne… uch… niepotrzebne ci moje zdanie?
— Nie… może innym razem — odparł William, odstawiając na pościel sterownik. Delektował się poruszającym się ciałem mężczyzny. Kiedy powędrował wzrokiem na jego klatkę piersiową i sutki, przełknął ciężko ślinę. Chciałby zobaczyć je zaczerwienione. Wstał więc i wrócił po chwili z klamerkami, następnie przypinając jedną do sutka. — Boli?
Jefferson jęknął niskim głosem, rzucając mu zdegustowane spojrzenie.
— Trochę… ale… au — jęknął, kiedy gospodarz przypiął drugi — do czego zmierzasz? Nie zgadzam się na odrywanie.
— Dobrze — zgodził się William i pstryknął palcami w każdą z klamerek. Będą wystarczająco czerwone, jak je zdejmie. Pochylił się i zrobił mu malinkę na skórze w miejscu serca. — Chciałbym móc je pocałować… — zamruczał do siebie, wpatrując się w to miejsce.
Jefferson jęknął, wciągając mocniej powietrze nosem. I do tego ten wibrator… Czuł, jak jego mięśnie zwieracza aż całe drżą i z każdą chwilą są coraz luźniejsze. Do tego miał świadomość, że lubrykant ścieka w dół, aż na pościel. Dobrze, że nie była jego.
— Na to też się nie zgadzam — odmruknął. — Nawet jeśli zastrzelą mnie na służbie. I jak chcesz, żeby mnie bolały sutki, to możesz je ugryźć, a nie… to coś.
— Nie, tak jest lepiej. Zdejmę ci je, gdy będziesz szczytował. — William powstrzymał się, żeby nie przylgnąć do niego i nie ocierać się o jego mięśnie. Zamiast tego ustawił się pomiędzy jego udami, poszarpując za kabelek wibratora wystający z jego dziureczki. — Chcesz już być pełniejszy?
Jefferson oddychał szybko i był czerwony na twarzy, tak samo jak na klatce piersiowej, ale jego spojrzenie nadal było trzeźwe.
— Zależy dzięki czemu? — wydyszał, a jego szpareczka zamknęła się i otworzyła jakby zapraszająco.
William aż jęknął cichutko, widząc to. Ubóstwiał to ciało.
— Dzięki mnie — odparł, ciągnąc za kabelek, a wibrator wysunął się w połowie, wciąż wibrując na jego zwieraczu. — Chcesz?
Jefferson jęknął niskim głosem. Jego penis podrygiwał i naprawdę chciał go już dotknąć. A do tego to drżenie, tak na samym końcu…
— Jeśli chcesz mi wsadzić, to wsadzaj, a nie pytaj. Twojego chuja jakoś nie odmawiam.
— Chciałem usłyszeć to od ciebie — odparł William, uśmiechając się lekko na ostatnią uwagę. Błogosławieństwem było to, że taki facet jak Jefferson był takim seksownym bottomem. Wyszarpnął z niego wibrator, nawilżył jeszcze tylko swojego sztywnego penisa i naparł na rozluźnione wejście mężczyzny. Wszedł w niego płynnie do końca, aż wciskając głębiej kulkę z kluczykiem.
Jefferson krzyknął, odchylając głowę do tyłu i zaciskając dłonie zakute w kajdanki na wezgłowiu łóżka.
— Kurwaaa! — Tak, zdecydowanie lepiej mu było. Ciepły, mięsisty chuj zamiast jakiegoś plastikowego dziadostwa.
Od razu poczuł, jak William rozchyla sobie bardziej jego uda i zaczyna się poruszać. Szybko i mocno, dysząc, ze wzrokiem błędnie utkwionym w jego poruszających się mięśniach. Położył na nich dłonie, wczepiając w nie mocno palce.
Jefferson jakby w podzięce za dobre rżnięcie oddychał głęboko i prężył swoje mocne mięśnie pod ciemniejszą niż Williama skórą.
— Mmm… tak. Postaraj się — wydyszał, wychylając w górę głowę. Chciał pocałunku, ale nie mógł sięgnąć przez te jebane kajdanki. A kluczyk był w nim. Kurwa.
— Po twoim ciele… widzę, że lubisz… mojego kutasa — odsapnął William, pochylając się do niego. Nie zwalniając szybkiego tempa, złapał go za głowę i wcałował się w jego usta ze stłumionym jękiem.
Jefferson zamruczał z zadowolenia, prężąc się pod nim i wijąc jak żmija.
— Ta… wystarczy też, oo… ooch, czasami… czasami spytać — wydusił, wyginając się i ocierając czubkiem swojego, tak samo jak reszta ciała, idealnego penisa o brzuch blondyna. — Dotknij go.
William wyprostował się bardziej, żeby mieć na niego lepszy widok. Coraz szybciej się w niego wbijał, czując się blisko końca. Nie chciał jednak kończyć pierwszy. Złapał w swoje długie palce jego kutasa i aż zajęczał ekstatycznie, czując w dłoni pulsowanie. Zaczął go pieścić, a Jeff zamruczał z aprobatą. Przymknął swoje ciemne oczy, poddając się przyjemności. Wkurzało go tylko, że czuje, jak klamerki na jego sutkach się bujają, kiedy William tak dobrze go pieprzy. Ale nieważne. Właśnie ten chuj w nim był ważniejszy. I ta ręka.
— Czubek… kciuk — wydyszał.
William uśmiechnął się lekko, pieszcząc go tak, jak chciał. Jeśli to ciało miało się tak dla niego prężyć, wić i drżeć, mógł robić, o co prosił. Do tego czuł na penisie pulsowanie jego wnętrza. Samo wyobrażenie, jak to wyglądało, sprawiło, że cały zadrżał i mimo wcześniejszego postanowienia trysnął głęboko, wykonując ostatnie, najmocniejsze pchnięcia.
Jefferson od razu spiął się cały, zaciskając się na nim mocno i doszedł, ochlapując obficie dłoń lekarza i swój brzuch. Oddychał szybko przez rozchylone, zaczerwienione usta.
William sapał chwilę, patrząc na niego, po czym zdjął klamerki z jego seksownie czerwonych sutków. Delikatnie. Pocałował każdy z nich i przesunął ospermionym palcem po jego dolnej wardze.
— Zliż.
Jefferson bez zastanowienia wyciągnął głowę, sięgając językiem do jego palca i liznął go po całej długości.
— Rozchyl dłoń.
— Proszę — odparł William i otworzył dłoń blisko jego twarzy, pozwalając mu zlizać nasienie. Sam wciąż w nim był. Gorąco jego wnętrza było więcej niż przyjemne.
Gliniarz odetchnął, rzucając mu przelotne spojrzenie, po czym wyciągając się nieprzyjemnie i utrzymując swój ciężar na mięśniach brzucha, zaczął wylizywać mu palce. Po kolei, aż drażniąc jego skórę ciepłym językiem w delikatnych miejscach między palcami. Skończył, kiedy dłoń była już czysta.
— Bardzo dobrze — pochwalił go blondyn, patrząc na niego niemal czułym wzrokiem. — Jeszcze tylko jedno zadanie cię czeka — po tych słowach wysunął z niego i spojrzał na jego otwartą szparkę. — Wypchnij z siebie kuleczkę — polecił.
Jefferson po raz kolejny pokazał mu środkowy palec.
— Wyciągnij ją — rozkazał.
William pokręcił stanowczo głową.
— Uprzedzałem cię, że będziesz musiał ją wypchnąć. Nie jest to chyba takie trudne? — odparł i cofnął się kawałek, jakby przypadkiem Jeff miał zamiar ponowić manewr z zakleszczeniem go między udami.
— A czy pamiętasz, żebym się na to zgodził?
— Wolisz tu przeleżeć całą noc spięty kajdankami, niż wypchnąć z siebie kluczyk?
Jefferson zastanowił się chwilę, wydymając przy tym usta.
— Chyba… chyba tak. Bo nie mam zamiaru czuć się, jakbym ją wypróżniał. To obleśne, w przeciwieństwie do tego, co ty sobie o tym myślisz.
— Wiesz, że prędzej czy później będziesz musiał ją z siebie wypchnąć — zauważył William, rozbawiony nieco jego podejściem. Położył się obok, patrząc na niego.
Jefferson westchnął cierpiętniczo.
— Czyli nie wyjmiesz jej ze mnie?
— Obawiam się, że nie.
Jeff westchnął po raz kolejny.
— Szantaż też nie zadziała? Walnę cię, jeśli jej nie wyjmiesz.
William zmarszczył lekko brwi, patrząc na niego chłodno mimo rumieńców wyraźnie widocznych na jego jasnej skórze.
— Nie rozumiem twojego problemu, Jeff.
— Moim problemem jest: wyjmij — syknął, szarpiąc się, aż coś pstryknęło i zabrzęczało od strony kajdanek.
Lekarz patrzył na niego jeszcze chwilę niezadowolonym wzrokiem, po czym jednak uniósł się i sięgnął do łańcuszka wystającego z jego tyłka.
— Uparty jak dziecko… — Westchnął, po czym pociągnął.
Jefferson spojrzał na niego, zatrzymując się w miejscu. Kiedy kulka zatrzymała się już przy końcu, tak że było ją widać przez jego otwartą szparkę, William spojrzał na niego zachęcająco.
— To nie jest trudne.
Jefferson warknął pod nosem i nim William się spostrzegł, złapał go za rękę i wyciągnął kuleczkę do końca.
— Kurwa… obślizgłe — prychnął, odsuwając się od razu z ręką, na której nadgarstku wciąż zwisały kajdanki. Zbliżył tę dłoń do drugiej i nastawił sobie kciuk. — Otwieraj.
Lekarz aż popatrzył na niego z zaskoczeniem. Nie zacisnął mu mocno kajdanek, żeby go nie obtarły, ale nie sądził, że je zdejmie! Z kwaśną miną otworzył kuleczkę i wyciągał z niej kluczyk.
— Daj tę rękę — westchnął.
Jeff zamiast tego wyrwał mu kluczyk z dłoni i sam otworzył kajdanki.
— Na przyszłość, nie używaj moich, tylko kup w sex shopie. Takich z paskami nie uczyłem się zdejmować — prychnął.
— Zapamiętam — zapewnił William z lekko uniesionym kącikiem ust. Usiadł do niego plecami na łóżku i sięgnął do paczki chusteczek leżących na szafce nocnej. Wytarł sobie dłonie i penisa.
Młodszy mężczyzna tylko przewrócił oczami, wstając z łóżka i wychodząc do łazienki. Po drodze przeciągnął się, prężąc się i eksponując swoje umięśnione plecy. Uch tak, dobry seks na koniec dnia. Nie zmieniało to jednak faktu, że miał już plan, jak się zemścić na Willu za te jebane prochy.
Zanim wrócił, William zdążył przeczesać swoje jasne włosy, sprzątnąć zabawki z łóżka i położyć się na plecach na łóżku w oczekiwaniu na Jeffersona. Ten po jakimś czasie wyszedł z łazienki w samym ręczniku.
— Sutki szczypały od mydła — burknął, idąc w stronę łóżka i masując je.
— Wybacz. Mogę ci dać coś ochładzającego na nie. Nie będą piekły — zaproponował William, patrząc na jego czerwone sutki. Aż mimowolnie przesunął końcem języka po dolnej wardze.
— A nie jakiś krem? — spytał Jefferson, krzywiąc się. — I dasz mi koc?
— A kołdra to za mało? — blondyn odpowiedział pytaniem, wstając z łóżka i podchodząc do podręcznej apteczki. Wyciągnął z niej maść ochładzającą.
— Kołdry nie ma, z tego co wiem, w salonie.
— Śpij tutaj — odparł William, marszcząc leciutko brwi. Nie rozumiał. Podszedł do niego i wycisnął na palce troszkę przezroczystej maści. Zaczął mu ją rozsmarowywać na sutkach.
— Nie chcę. Kleisz się za bardzo do mnie — mruknął, dając w spokoju się smarować.
— Przeszkadza ci to?
Jefferson przewrócił oczami.
— A jaki inny były powód mojego „nie chcę”? I w ogóle pościel jest ujebana.
— To ją wymienię. I nie muszę się do ciebie „kleić”, jeśli sobie nie życzysz — William odparł chłodno, zakręcając maść, a następnie chowając ją do apteczki. W duchu był zawiedziony. Niewiele rzeczy równało się z możliwością przytulenia się do jego ciała w nocy.
— I tak to zrobisz… — Westchnął. — Idę przeszukać lodówkę, a ty posprzątaj — rzucił i wyszedł do kuchni.
William westchnął cicho i wyciągnął z szafy świeżą pościel. Kiedy już ją założył, tę ubrudzoną zaniósł do prania i wrócił do sypialni, tłumiąc ziewnięcie. Po chwili czekania w drzwiach zobaczył Jeffersona. Przeżuwał kawałek suszonej kiełbasy, a na talerzyku trzymał kawałki pokrojonego sera i obraną pomarańczę. Stał opary ramieniem o framugę drzwi.
William postanowił nie komentować jedzenia o tej porze. Zamiast tego wszedł na łóżko, kładąc się po jednej stronie i patrząc na niego spod jasnych włosów.
— Kładziesz się? — spytał.
Gliniarz skinął głową, podchodząc mimo wcześniejszych słów i kładąc się na kołdrze obok. Wyciągnął do gospodarza talerzyk.
— Chcesz? — spytał, gdy tylko przełknął kawałek sera z kiełbasą.
— Nie, dziękuję. Za późno na jedzenie — odparł lekarz i kolejnego ziewnięcia nie udało mu się stłumić. Patrzył tylko na mężczyznę spod przymrużonej powieki.
Jefferson mruknął, że rozumie, samemu dojadając kiełbaskę. Nie była świeża, pewnie z ostatniego razu jak tu był, ale jeszcze nie zjełczała, więc ją sobie wziął. No i ser był dobry, ale nim by się nawet nie najadł.
— Idź spać w ogóle — mruknął po chwili, kiedy ser zagryzł kawałkiem pomarańczy. — Musiałeś się zmęczyć tym patrzeniem na mnie. — Zaśmiał się z wrednym uśmieszkiem.
— Tak, wysysasz ze mnie siły… — William westchnął, zbyt śpiący, by wymyśleć lepszą odpowiedź. Zresztą to była prawda. Jefferson całkowicie go pochłaniał. — Pogaś światła… — mruknął ciszej, przymykając oko.
— Mhm, spoko — mruknął mężczyzna, klepiąc go po głowie jak dziecko. Po chwili wpakował sobie do ust ostatni kawałek pomarańczy i sera i wstał, żeby pogasić światła.

*

Kiedy Williama zbudził budzik, spostrzegł, że jest sam w swoim sporym łóżku. Rozejrzał się po sypialni zaspanym wzrokiem i ponownie opadł na plecy. Jeszcze chwila… Tylko gdzie był Jeff? Wstał i opróżnia mu lodówkę, czy już sobie poszedł? Żeby to sprawdzić, William wstał, założył spodnie i pierwszą lepszą koszulę, jaką znalazł. Zapinając ją po drodze, wyszedł na poszukiwania mężczyzny.
Po szybkich oględzinach swojego mieszkania stwierdził, że nigdzie go nie ma. Tak samo jak jego ubrań. Poszedł więc do łazienki, ogarnąć się, a kiedy był już umyty, porządnie ubrany i uczesany, usiadł w jadalni przy stole, aby zjeść tosty z sałatą zieloną, serem, pomidorem i posypane szczypiorkiem. Na to niedużo soli i jeszcze zielona herbata. Tak jak lubił i jak było zdrowo. Chleb wieloziarnisty. Nie cierpiał tych tostowych, napompowanych pseudo chlebów.
Kiedy już prawie kończył, usłyszał szczęk klucza w drzwiach wejściowych, a po chwili w samej podkoszulce i spodniach do kuchni wkroczył Jefferson, obładowany siatkami.
— Pożyczyłem sobie klucze i trochę kasy z twojego portfela — wyjaśnił, rzucając wszystko na blat kuchenny.
William zatrzymał się z ostatnią kanapką przy ustach i spojrzał to na siatki, to na mężczyznę.
— Miło, że zapytałeś — mruknął. — I co kupiłeś?
Jefferson wzruszył ramionami.
— Spałeś — wytłumaczył się, rozpakowując siatki. — I wziąłem coś zjadliwego, a nie same kiełki. Boczek. — Pokazał mu spory kawałek w opakowaniu. — Karkówkę na obiad, zrobię z frytkami i tam takie wiesz. Chleb, jajka, trochę wędliny i ser, bo cały wczoraj zeżarłem — wymieniał, wrzucając produkty do lodówki i na półki.
William patrzył na mięso zniesmaczonym wzrokiem. „Z frytkami”. Czuł, że dzisiaj będą robić dwa osobne obiady.
— Mam nadzieję, że zjesz całe to mięso, bo nie chcę, żeby mi zostało w lodówce, jak już wyjdziesz — rzucił chłodno.
Jefferson spojrzał na niego dziwnie.
— Znowu będziesz jadł to swoje zielone?
— Tak.
— Aha — mruknął, zostawiając sobie na stole boczek i jaja. — I pewnie jajecznicy też nie chcesz?
— Teraz nie, zjadłem już śniadanie — odparł William. — Ale jajka jadam — dodał z lekkim uśmiechem.
— Na boczku? — Jeff zaśmiał się, biorąc nóż i deskę i zaczynając kroić mięso.
— Nie — odmruknął William, marszcząc nos. Wstał i wsadził talerz do zmywarki. — Zrobić ci herbatę?
— Mhm.
W trakcie, kiedy Jefferson robił sobie śniadanie, blondyn zaparzył mu herbatę i postawił na stole. Następnie usiadł przy nim, popijając ze swojego kubka.
— Wyspałeś się? — spytał i nie mógł się powstrzymać, żeby nie dodać: — Dalej cię sutki bolą?
Jefferson spojrzał na niego zblazowaną miną.
— Już nie — mruknął jednak, obracając boczek na patelni. Cudownie pachniał.
— Cieszę się — odparł William, przekręcając się bokiem na krześle. Założył nogę na nogę, łokieć oparł o blat stołu, a głowę podparł na dłoni i obserwował spokojnie mężczyznę.
Jego ciemne spodnie przylegały mu ciasno do tyłka, a spod rękawków koszulki było wyraźnie widać bicepsy i to, jak się poruszały, jak rozbijał jajka do swojej jajecznicy. Wraz z kolejnym łykiem herbaty William przełknął ślinę, wpatrując się w grę jego mięśni. Przeszło mu przez myśl, że chciałby zobaczyć, jak mężczyzna przenosi coś ciężkiego. Miał takie silne ramiona. Aż musiał zamknąć oko i odetchnąć spokojnie, żeby nie nabawić się teraz erekcji. Chyba by nie wyrobił psychicznie, jakby Jeff był ekshibicjonistą.
Gliniarz w końcu wymieszał jajka na patelni, wyjął talerz z szafki i przerzucił całą, niemałą, porcję na talerzyk. Usiadł naprzeciwko gospodarza.
— Masz dziś robotę — bardziej stwierdził niż spytał.
— Kilku umówionych pacjentów. Pierwszy ma przyjść… — zerknął na zegarek — o dziesiątej.
Jefferson wiedział, że William miał prywatny gabinet w tym swoim wielkim mieszkaniu.
— To zjem i spadam — mruknął, przełykając kawałek boczku.
— A twój obiad z mięsa, które mi tu nakupowałeś i frytek, które masz w planach?
— To wrócę, jak zgłodnieję — odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
— Oczywiście, czuj się jak u siebie — zironizował William, uśmiechając się leciutko i dopijając swoją herbatę.
Jefferson zamrugał, nie rozumiejąc. Dojadł więc spokojnie śniadanie.
Blondyn obserwował go cały czas, aż wreszcie, kiedy mężczyzna skończył, sam wstał od stołu i podszedł do niego. Pochylił się, kładąc mu dłoń na ramieniu. Skoro Jefferson miał wolne, a do jego pierwszego pacjenta było jeszcze trochę czasu, nie miałby nic przeciwko wykorzystaniu tego czasu…
Spojrzał mu w oczy z bliska sugestywnie. Gliniarz zmarszczył brwi, widząc jego spojrzenie, po czym jego wzrok przesunął się po całym ciele lekarza.
— Chcesz mi possać? — spytał bez zawahania.
— A odwdzięczysz się jakoś? — lekarz odpowiedział pytaniem, kładąc mu jedną dłoń na kroczu i ściskając je.
Jefferson westchnął nisko, wydymając usta i zastanawiając się.
— Hmm… Przelecieć cię tu? — spytał z pełnym rozbawienia uśmieszkiem.
W pierwszej chwili William chciał zaoponować i zasugerować, że wolałby sam go pieprzyć, ale szybko doszedł do wniosku, że prawdopodobnie nie wyrobiliby się wtedy w czasie. Lubił się delektować jego ciałem. Więc ostatecznie skinął głową, chociaż wciąż niepewny.
— Jeśli będziesz ostrożny — uprzedził z zasady.
Jeff uśmiechnął się od razu, pochylając do niego.
— Zawsze jestem ostrożny — zamruczał, poklepując go po policzku. — Ale teraz mi postaw.
— Wyciągnij go — polecił William, już wpatrując się w niego z szybko rosnącym podnieceniem. Klęknął przed nim i ustawił się pomiędzy jego nogami.
Jefferson pogłaskał go po głowie, uważając na jego opaskę i w tym samym czasie rozpiął swoje spodnie. Wyjął swojego już lekko nabrzmiałego penisa.
— Mięsko na śniadanko. — Zaśmiał się.
William zaczerwienił się lekko na policzkach. Cóż… to mięsko lubił.
— Przynajmniej ludzkie — mruknął, patrząc na jego penisa. Pogładził go palcami i zaczął oblizywać. Jajka i całego kutasa.
Jefferson mimo wszystko się skrzywił. Mógł nie mówić tej sugestii, teraz się czuł, jakby William miał mu zjeść kutasa.
— Ta… tylko nie gryź.
— Na pewno? — blondyn drażnił się z nim, delikatnie łapiąc między zęby skórę na jego penisie i leciutko pociągnął.
Jeff warknął na niego.
— Tak, na pewno.
William tylko uśmiechnął się lekko i odetchnął cicho, zanim wziął go do ust. Zaczął ssać i poruszać głową. Zamknął przy tym oko, wczuwając się. Wsunął mu dłonie pod bluzkę, by pomasować go po brzuchu. Aż zakręcił się niecierpliwie na kolanach, czując jego ciało. Było takie ciepłe i pięknie wyrzeźbione.
Jeff zamruczał niskim głosem, ruszając biodrami. Lekarz coraz szybciej poruszał głową, z lubością czując, jak jego penis twardnieje. Tak, to było bardzo przyjemne. Spojrzał w górę na mężczyznę, ssąc mocno jego kutasa. Ten miał przyjemne rumieńce na twarzy i patrzył na niego z góry ciemnymi oczami.
— Mm… chcesz już?
William wypuścił z ust jego członek. Uniósł się i pocałował go krótko w usta.
— Weź jakieś nawilżenie — polecił, prostując się i rozpinając spodnie, trochę podenerwowany.
— A ty nie pójdziesz? — spytał Jefferson, ale widząc jego minę, szybko poszedł do sypialni.
Blondyn w tym czasie zdjął spodnie, zostając w samej koszuli. Rozejrzał się po kuchni i oparł się rękami o blat, czekając na mężczyznę. Fakt, że masturbował się, wsadzając sobie do tyłka różne przedmioty, nie zmieniał tego, że obawiał się oddawać komuś kontrolę nad swoim ciałem. Z drugiej strony Jefferson nie był typem… Nie. W sumie był dość nieprzewidywalny.
Po chwili do kuchni wrócił gliniarz i nie zwlekając, wylał mu na tyłek sporo lubrykantu, po czym od razu przylgnął mu do pleców, a dłonią zaczął gładzić go po szparce.
— Mm… Rozciągnij mnie najpierw — powiedział szybko William, oglądając się na niego.
Jeff od razu spojrzał na niego jak na debila.
— Nie ucz mnie. Wiem, co mam robić — mruknął, ale polubownie polizał go po płatku ucha.
— Uprzedzam tylko — mruknął blondyn i wtulił się w niego bardziej plecami. Tak, czuł za sobą to jego boskie ciało.
Jeff już nie skomentował, tylko wsunął w niego jeden śliski palec. Od razu zaczął nim poruszać. Poczuł, jak tyłek Williama zaciska się na jego palcu, ale zaraz potem lekarz odetchnął i rozluźnił się trochę, żeby ułatwić mu zadanie. Jefferson uśmiechnął się na to, obcałowując mu kark i głaszcząc go drugą dłonią. Ocierał się przy tym swoim sztywnym, śliskim penisem po pośladkach Willa. Dołączał systematycznie kolejne palce.
Blondyn był coraz bardziej rozluźniony, a jego szparka otwarta i śliska. Żałował tylko, że nie widzi ciała Jeffa. Obejrzał się na niego przez ramię z widocznymi na jasnej skórze rumieńcami.
— Chyba już jestem gotowy…
Jefferson skinął głową i otarł się penisem między jego pośladkami. Czuł, jak te niemal go zapraszają. Nakierował się na jego szpareczkę, po czym naparł na nią. Jednocześnie spokojnie głaskał blade uda.
William, nie czując bólu, uśmiechnął się lekko do siebie i oparł się na łokciach, pochylając i bardziej wypinając. Drugi mężczyzna, biorąc to za zachętę, wsunął się w niego do końca, a kiedy tylko wyczuł, że William się na nim nie zaciska, zaczął się w nim poruszać.
— Dobrze… — pochwalił go lekarz, przymykając powiekę i sięgając do swojego penisa, żeby masturbować się w trakcie. — Dobrze ci idzie.
Jefferson powstrzymał się od komentarza, tylko mocniej go posuwając. William stękał przy każdym jego pchnięciu, opierając czoło na przedramionach. Było dobrze, nic go bolało, więc mógł się zrelaksować i skupić na odczuwaniu. Przygryzł wargę, marszcząc brwi. Jeszcze troszkę…
Jeff też czuł z każdą chwilą coraz większą przyjemność.
— Mmm, milutko — zamruczał mu tuż przy uchu.
Blondyn, czując go bliżej, wyprężył się i odwrócił głowę na ile mógł, żeby go pocałować. Gliniarz od razu chwycił jego usta, całując mocno i zdecydowanie.
— Mmm… — zamruczał i liznął jego wargi. — W tobie?
— Tak… możesz… Och —William jęknął, masturbując się coraz szybciej, zdrowo zarumieniony na policzkach. I kiedy tylko skończył to mówić, poczuł, jak zapełnia go sperma Jeffersona.
Zmarszczył brwi, jeszcze chwilę się pieszcząc, aż wreszcie skończył, dysząc ciężko. Czuł, że koszula klei się do niego. Miłe jednak było, że Jefferson nie puszczał go jeszcze, gładząc go silnymi dłońmi po bokach. Cmoknął go też w policzek.
— Hmmm? I jak?
— Ach… — odsapnął William i odwrócił głowę do niego, sięgając też dłonią do jego policzka. Pogłaskał go po nim i uśmiechnął się lekkim, zmęczonym uśmiechem. — Bardzo dobrze. Zrobiłeś to z wyczuciem, tak jak lubię.
Jefferson prychnął pod nosem.
— Jak tak mówisz, naprawdę czuję się jak twój tresowany piesek. — Zaśmiał się, ale też cmoknął go w usta. — Teraz jednak radzę prysznic i zmianę ciuchów…

15 thoughts on “Bonus – Pan lekarz i pan policjant

  1. Katka pisze:

    Basia, ooo, widzę, że dotarłaś do starego bonusa. Boże, nawet nie chcę sprawdzać, kiedy to pisałyśmy XD Mam wrażenie, że mega dawno XD Fajnie, że się podobał :D

  2. Basia pisze:

    Witam,
    tak o tak tekst fantastyczny, współczesne realia, Jeff jako policjant, och bardzo szybko się zorientował, że William coś mu dał…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Silenced Unknown, nooo, przykuty Jeff jest sexy XD i to jak się burzy… co prawda tego burzenia się i w ogóle tych złych minek akurat Will nie lubi (po prostu lubi go kontrolować XD), ale my się przecież tym możemy jarać, Will nie musi XD „I ja tak już za nimi tęsknię, aż przeraża mnie to uzależnienie, bo tak to pewnie można nazwać, od waszych historii. ^^” – a to wszystko dlatego, ze potajemnie emanujemy kokainą z Waszych kompów, kiedy czytacie nasze opka! Boże, odbija mi, ale tak serio, to bardzo się ciesze, że jesteś uzależniona XD (powiedziała ta po resocjalizacji… wykładowcy by mnie zabili) A co do podania narkotyku – tak, w ATCL to jednak było poważniejsze i znacznie bardziej głupie zagranie, a tutaj miało jednak lekką otoczkę (jak na bonus przystało). Bardzo się cieszymy, że Ci się podobało i pozdrawiamy cieplutko w ten chłodny dzień :)

  4. SilencedUnknown pisze:

    O jeju… Ale to było mrymraśne… jakkolwiek żenująco to nie brzmi ^^ Lubię takie scenki jak z przykutym Jeffersonem i te jego sprzeciwy :P
    Ale cóż się dziwić, skoro ja z reguły uwielbiam tę parkę? I ich rozmowy, sprzeczki, rozterki… i tak by wymieniać ^^ I przyznam, że pomysł przeniesienia ich do rzeczywistości bardzo mi się podoba, aż normalnie chciałabym więcej o tym poczytać, ale nie oszukujmy się, czego ja nie chciałabym więcej czytać?
    Uhh… gorące to było. I ja tak już za nimi tęsknię, aż przeraża mnie to uzależnienie, bo tak to pewnie można nazwać, od waszych historii. ^^
    Pamiętam jak czytałam w ATCL tą scenkę, gdzie właśnie Will podał Jeffowi ten narkotyk i bardzo byłam zła na jego zwierzęce zachowanie, choć wiedziałam, że to nakręci pewnie późniejsze pełne napięcia scenki, co uwielbiam, bo lubię jak uczucia bohaterów na mnie wpływają. Tutaj nie miałam już tych „złych” odczuć. przyznam, że właściwie to na początku się śmiałam, pod ty tytułem „Oj.. taki głupi Willuś”.
    Fajnie, że napisałyście coś takiego. Jestem zdecydowanie na tak. ^^
    Pozdrawiam! ;)

  5. Katka pisze:

    Illita, wydaje mi się, że spoooro osób czeka na to „kocham cię” XD I w sumie fajnie, bo to ogólnie dowodzi, że jak się na coś dłużej czeka, to potem ten moment nadejścia tego czegoś jest lepszy. Tzn. mam nadzieję, że będzie się Wam podobało, jeśli to już nastąpi, niemniej to wyczekiwanie myślę, że już przygotowuje ten moment do bycia magicznym XD hahaha, widzisz, Jefferson powinien być jak Szekspir – jego wymyślone słowa też powinny zaistnieć w słownikach XD Och, tak, a Willuś jest bardziej przywiązany do Jeffka niż zdaje sobie sprawę :)

  6. Illita pisze:

    Will i Jeff <3 O cóż więcej można prosić : D Aż zatęskniłam za ATCL :c I zgadzam się z Liv, czekam z utęsknieniem na "kocham cię", chyba bym z radości zatańczyła makarenę XD Ale może w końcu się doczekamy :D Ale bonusik wyborny :D
    "Złaź ze mnie, ty pieprzony chujozo." Padłam po raz pierwszy XD Chujoz od dzisiaj wchodzi do mojego słownika, piękne słowo XD
    "Chyba by nie wyrobił psychicznie, jakby Jeff był ekshibicjonistą." Padłam i już się nie podniosłam, genialne zdanie XD Ale urocze jest to że mimo tego że Will skuł i przyćpał Jeffa to jednak… Czuć tutaj jakąś czułość i coś w rodzaju… przywiązania może? To najsłodsza rzecz ever :D Rany, jak ja ich uwielbiam! Wincyj panie, wincyj!

  7. Katka pisze:

    Desire, wpasowanie się w czasy faktycznie jest dobre, bo w sumie łatwo przenieść ich profesje na współczesność. Chociaż de facto wystarczy odrobina fantazji i jestem pewna, że nawet dałoby się napisać coś z chłopakami z FDTS w czasach chociażby renesansu czy dalekiej przyszłości. Dzięki, bardzo fajnie, że się podobało :)

  8. Desire pisze:

    Och, Jeff I Will to zdecydowanie moja ukochana parka ♡
    Ten bonus był gorący, ale co tu się dużo dziwić, w końcu większość tekstów z nimi jest cholernie dobrych I pełnych napięcia.
    William się genialnie wpasował w te czasy, a z Jeffa byłby genialny policjant, oj tak.
    Naprawdę bardzo mi się podobał ten bonusik, bardzo przyjemny akcent na koniec dnia :)
    Pozdrawiam gorąco

  9. Katka pisze:

    Matyś, to jestem pełna podziwu, że mimo nielubienia jednej z głównych postaci byłaś w stanie przeczytać całe dwa sezony! I tak, faktycznie wydaje się postacią raczej ogólnie lubianą, ale zawsze, nawet najfajniejszy bohater, będzie miał jakiegoś swojego antyfona. I wydaje mi się, że te bardziej specyficzne postacie, mocno się wyróżniające, są na to najbardziej narażone XD Och i w ogóle chyba sporo osób by się ucieszyło na bonus z Joshem i Masonem XD Pomyślimy ;) Ale, ale… naprawdę od pierwszego rozdziału FDTS? To już będzie prawie 5 lat! :D Wow, super :D Dzięki wielkie za oddanie, to mega miłe :) też cieplutko pozdrawiamy!

  10. matyś pisze:

    William ma duży fanklub, ale dla mnie wygrywa ranking na najbardziej nielubianą z Waszych postaci. Ktoś może powie, że mogłam nie czytać ATCL, ale piszecie tak genialnie i były inne fajne wątki, dlatego próbowałam się przekonać, czytając. Miałam nadzieję, że może Will trochę się zmieni z czasem, ale niestety nadal jego sposób postępowania, myślenia są dla mnie …ble – odpychające. Gdy skończyła się druga część ATCL odetchnęłam z ulgą – a tu wczoraj patrzę, a w wyczekiwanym bonusie znowu on :( Jednak dużo osób się ucieszyło, co widać po komentarzach.
    Ja marzę o jakimś bonusie z udziałem Masona i Josha.

    Czytam wasze opka od pierwszego rozdziału FDTS, ale jakoś tak wyszło, że to mój pierwszy komentarz u Was. Dziewczyny, jesteście SUPER! Piszcie dalej tak cudnie-miejcie mnóstwo pomysłów i chęci-ogólnie wszystkiego dobrego. Pozdrowionka.

  11. Katka pisze:

    Tigram, Will po to istnieje, by być bezbłędnym XD Hehe, miał być szalonym doktorkiem, więc jest szalonym doktorkiem, chociaż we właściwym ATCL chyba powoli zaczyna być bardziej normalny.

    Liv, uuu, Will i broń biologiczna, lubię to! XD Na pewno współcześnie mialby więcej możliwości, ale jest ten minus, że prawdopodobnie byłby też bardziej kontrolowany i ograniczony przez wszelkie prawa, ustawy itp. W dawniejszych czasach łatwiej było zrobić coś, czego prawo nie zauważy. Och, a słodkie „kocham cię” z ust Jeffa może kiedyś padnie. Już w końcu dwie części, a panowie sobie tego nawet nie uświadomili, nie mówiąc już o powiedzeniu tego na głos. I dzięki za kilka słów odnośnie innych rzeczy. Fajowo, że tekst z Assassin’s Creed się podobał i quizy też ;) „Uswiadomilam sobie, jak wielka czesc tego, 2014, pochlonal mi wasz blog… :)” – a to było wybitnie miłe, hehe, jakoś tak fajnie im się zrobiło XD Mam nadzieję, że w 2015 tez będziesz często do nas zaglądać :)

    Simi, fabuły za dużo nie ma, faktycznie, ale na szczęście to tylko bonus, a one z reguły są tworzone nie pod wpływem „o, mam zajebisty pomysł na akcję”, tylko „nudzę się, napiszmy coś z dupy” XD Jakby Jeff się nie obudził, a William zrobil swoje, to naprawdę mogłoby się to źle dla doktorka skończyć. Oj, wiemy jaki Jeff może być wściekły i jak umie to okazywać… A libido Willa czasami działa szybciej niż rozum. Yey i dzięki za życzenia noworoczne! :D Też mamy nadzieję, że przez ten rok powstanie dużo fajnego tekstu i że Wy nas nie zawiedziecie i będziecie dalej nas czytać :)

    Tess, tak, masz rację, Will i Jeff są trochę inni niż we właściwym ATCL. Myślę, że to za sprawą tego, że naprawdę dawno pisałyśmy ten bonus. Właściwie podczas samych początków pisania tego opowiadania, a zazwyczaj bohaterowie mają to do siebie, że dopiero z czasem ich osobowość się kreuje do końca, więc myślę, że kiedy pisałyśmy ten bonus, mogłyśmy mieć nieco inną wizję Willa i Jeffa w przyszłości niż to, jak oni faktycznie się wykreowali. Na to zwykle nie mamy w 100% wpływu i sami powstają, więc wyszło jak wyszło. I oczywiście masz rację, że w dawniejszych czasach Will miał dużo wiecej swobody w swoich poczynaniach. Teraz pewnie poszedłby siedzieć za przewożenie trzech serc w słoiku w podejrzanej substancji XD A Jeff poszedłby za współudział XD Haha, a seks z zabawkami zawsze jest ciekawy i Will chciałby więcej popróbować, ale no, wszystko zależy od przyzwolenia Jeffa. A Will naprawdę uważa, że nic takiego złego mu nie zrobił, bo przecież ostatecznie obaj byli usatysfakcjonowani XD I dzięki za życzenia! :D Tobie też życzymy szczęśliwego nowego roku, w którym mam nadzieję z nami pozostaniesz :D

  12. Tess pisze:

    W sumie nie wiem od czego zacząć…
    Mega się cieszę, że akurat ta parka została przedstawiona w bonusie. I to jeszcze w jakich okolicznościach! Współczesna odsłona, ha!
    Muszę przyznać, że charaktery obu – Will’a i Jeff’a były trochę inne niż w ATCL. To pierwsze co rzuciło mi się w oczy.
    Doktorek zawsze miał „lekkie odchyły”, ale teraz to już sam siebie przeszedł. Na miejscu Jeffa, to bym się bała tej znajomości, a o wejściu do domu tegoż o to kochanego psychola nawet bym nie pomyślała :D
    Sam Jeff za to stał się jakby… Hmm, łagodniejszy. To chyba dobre określenie.
    Może nie są to jakieś drastyczne zmiany (może nawet sobie je uroiłam, kto mnie tam wie?), ale różnica jest widoczna.
    Chyba wolę ich jednak w tych „dawnych czasach”, bardziej pasują. Will może sobie wycinać serduszka, bawić się wnętrznościami i nikt mu na ręce nie patrzy, a Jeff ma większą swobodę w działaniu, jako stróż prawa ;)
    Ale… To wcale nie oznacza, że tacy współcześni mi się nie podobają! Podobają mi się i to nawet bardzo :D
    Seks był cudowny i piszę to z ręką na sercu. Łaa, chciałabym jeszcze sobie poczytać o Willu zabawiającym się Jeffem za pomocą różnych zabawek.
    Tak się nakręciłam, że może wrócę trzeci raz do SV (z wiadomych przyczyn) xD

    Rozwalił mnie tekst Will’a przytoczony przez TigramIngrow:
    ”Jefferson był niebezpieczny… a przecież nic mu nie zrobił!”
    Moja reakcja na to stwierdzenie to totalny facepalm… No serio?
    Już miałam opieprzać w myślach doktorka, za to, że znowu naćpał Jeffa, ale na szczęście ten się obudził i moja złość odeszła. Skoro nawet on nie był aż tak zły, to jakże ja bym mogła ;)

    Ogólnie bonus jest super!

    Tak stwierdziłam, że skoro wszyscy składają już życzenia noworoczne, to czemu i ja nie miałabym się przyłączyć? Wiem, że będzie jeszcze bonus sylwestrowy, ale akurat wtedy nie będę miała możliwości dojścia do komputera, więc…
    Ode mnie krótko i prosto:
    Szczęśliwego nowego roku!

  13. Simi (@Simonucha) pisze:

    Och, Wille i Jeffy~~ ♥
    Strasznie się za nimi stęskniłam, więc nawet miło było przeczytać ich w takiej, a nie innej odsłonie. Fabuły to tu za wiele nie było, ale tzw. PWP też czasem potrzeba do życia. Akurat z nimi mogłabym czytać wszystko, więc jest jak najbardziej ok. Im dziwniejsze, tym lepsze. ; )
    Will i jego proszki oraz Jeff jako ich ofiara. Zacnie, Williamie, zacnie. Dobrze, że Jeff odzyskał świadomość, bo nie byłoby tak ciekawie. Mam chyba podobne upodobania do doktorka, bo „patrzenie” na Jeffa w wersji „bottom” jest naprawdę interesujące i nie tylko~~ Co prawda, czasem Will straszny jest w jego obsesji, ale nie ma co się mu dziwić, kiedy chadza przy nim takie seksowne ciało. Nic tylko korzystać z wdzięków. ; )
    Bonus niezwykle udany, sceny (aż dwie!) również i tylko czekać (nie)cierpliwie na powrót ATCL albo na kolejne krótkie ekstrasy z tą parą. ^ ^

    Na koniec jeszcze chciałabym życzyć Wam Szczęśliwego Nowego Roku i mnóstwa czasu oraz fantazji na pisanie nowych opowiadań i kontynuacje starych. Oby wena Wam sprzyjała przez cały następny rok i mogła cieszyć wszystkich zapalonych czytelników. ^ ^/ Trzymajcie się ciepło!

    Pozdrawiam serdecznie,
    Simi

  14. Liv pisze:

    Przeczytawszy. Az zaczynam zalowac, ze Will nie zyje wspolczesnie, bo naprawde tu pasuje. Jeff mniej, on juz zostanie texas rangerem, ale popieprzony lekarz jest super! Ten wiek daje tyle mozliwosci przeciez… Moze nawet wkrecilby sie w jakas nielegalna medycyne, gdyby nie bylo Jeffa, ktory moglby go utemperowac..? Will i bron biologiczna na przyklad :3
    No a co to tekstu, to super :)
    Seksy byly i byly troche popieprzone, ale kto tego nie lubi? Poza wieloma osobami? No mi sie podoba c:
    I przez to wszystko zatesknilam troszke do klimatu ATCL. Kowboje, jack daniels, te sprawy… A jako lekko romantyczna dusza (no co zrobic no) bede wiernie czekac na „kocham cie” w trzeciej czesci. I to od Jeffa, niechze Will ma cos wreszcie od tego chama nosz… No :)
    Wiec ostatnio slabo komentuje, ale, mozna poznac po ortografii xd, jestem przez wiekszosc czasu poza intenretami :'( Ale wszystko na biezaco, bonus z AC genialny, Connor genialny i troche glupi, ale seksowny :3 A wczesniej nie mialam zdania o kazirodztwie… teraz juz mam, i jest to cos, co lubimy xd
    Quizy wszystkie zrobione i w ogole zeby nie bylo watpliwosci. A tak na marginesie zycze szczesliwego nowego roku. Uswiadomilam sobie, jak wielka czesc tego, 2014, pochlonal mi wasz blog… :) Oby tak dalej, buzki :*

  15. TigramIngrow pisze:

    No Will jest bezbłędny… znów naćpał Jeffa. Nie mam słów. I jeszcze z pretensją, że ten za nim polazł do kuchni, bo z salonu byłoby mu łatwiej go przeciągnąć.
    „Musisz wziąć ją bardzo głęboko. Żeby zmieściło się tam coś jeszcze — powiedział na wydechu, naciskając kulką na jego śliskie wejście” – ooo, aż mi coś zapulsowało w wiadomym miejscu. Mrrr…
    ” Jefferson był niebezpieczny… a przecież nic mu nie zrobił!” no nie, nic a nic…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s