Commission – W chatce drwali (Assassin’s Creed III)

A dzisiaj coś zupełnie innego! Przedstawiamy Wam baaaardzo długi twór (43 strony w wordzie!), który wykonałyśmy na zamówienie, a jako że wyszedł według nas całkiem całkiem, to postanowiłyśmy go Wam zaprezentować. A nuż ktoś się skusi i komuś się spodoba :) Dla tych, którzy nie grywają w gry z serii Assassin’s Creed (co nie jest konieczne i tak by załapać treść), krótkie wprowadzenie: Akcja Assassin’s Creed III rozgrywa się pomiędzy rokiem 1753 a 1783,a terenem rozgrywki są miasta Boston i Nowy Jork oraz lasy, forty, itp. Bohaterami są Connor – główny bohater, młody asasyn, mieszaniec Indianki i Anglika. Troszku dzikus :) Oraz Haytham – jego ojciec, który jest Templariuszem (zatem największym wrogiem asasynów). ALE! Tych, którzy już się boją, że będzie tu obleśne kazirodztwo (nie będzie obleśne XD), Connor praktycznie nie zna ojca. Wychował się tylko z matką, w wiosce indiańskiej, za to ojca poznał wiele lat później. Jego matka zaś spłonęła, kiedy był mały. Z Haythamem ma obecnie wspólny interes, więc muszą się znosić, choć za sobą nie przepadają. No i w sumie tyle powinno wystarczyć ;) Starałyśmy się nie wnikać w fabułę gry, więc mamy tu jedynie scenkę rodzajową ;)

*****

Ilość rzeczy, które przymarzały jednemu z jeźdźców do siodła, była wręcz nie do opisania. Wąska ścieżka w lesie wydawała się coraz węższa, a Haytham już marzył o nakryciu głowy, które będzie zakrywać mu uszy. Było zimno i jakby tego i śniegu było mało, zmierzchało. A on i asasyn przed nim, na domiar złego spokrewniony z nim, co było drażniące, byli w środku lasu. Nijak nie zapowiadało się, aby nagle zza drzew miało pojawić się jakieś miasteczko, czy osada. I pod względem tego, że może o tym pomarzyć, wierzył Connorowi. On był stąd, ale nie ratowało go to wcale przez niechęcią do otoczenia. I zimna. Głównie zimna.
— Nie, żebym marudził, co i tak ty robisz częściej chociaż w bardziej niemy sposób, ale nie mamy szans, aby zatrzymać się gdzieś w cieple?
— Niedługo gdzieś dotrzemy — Connor odpowiedział tak, jak już kilka razy na podobne pytanie ojca. Nie oglądał się przy tym na niego, tylko patrzył przed siebie, nasłuchiwał i czuwał. Jemu też było zimno, ale lepiej to znosił niż mężczyzna za nim. Chociażby z prostej przyczyny, jaką był jego znacznie młodszy wiek.
— Nie, żebym nie słyszał już tej odpowiedzi… — Haytham westchnął ciężko, mówiąc z dobrze słyszalnym angielskim akcentem i specyficzną manierą typową dla sfer wyższych niż szeregowy żołnierz.
— To nie pytaj. Jak dojdziemy, sam zobaczysz — Connor znowu nie pokwapił się, by na niego spojrzeć. Wolał patrzeć na wprost i uważać na to, co ich otaczało. Robiło się coraz ciemniej, więc czujność była czymś koniecznym. Nie rozumiał, jak ojciec mógł tak po prostu narzekać i wzdychać.
Ten jednak nie był tylko uczestnikiem tej wycieczki. Też miał broń, też miał umiejętności, ale zwyczajnie umiał zawierzyć Connorowi w jego orientacji w terenie i ocenie sytuacji w takich warunkach. Zamilkł więc na tę chwilę i tylko siedział, odmarzając w siodle.
Niemalże całkowicie spowiła ich ciemność, a Connor wciąż nie zatrzymywał wierzchowców. Niezłomnie podążał dalej, aż w końcu jego rumak stanął na większej skarpie, zaś jego jeździec odwrócił głowę do ojca i wskazał coś poniżej.
— Widzisz? Dotarliśmy do jakichś chat. Drwale — wyjaśnił dodatkowo, co poznał zapewne po ułożonych równo belach drewna przy domu. — Będzie czym ogrzać.
— A wnioskując po tym, że w oknach jest ciemno, możemy liczyć, że ich nie ma. Chyba że trafili się ciężko pracujący ludzie, którzy stronią od alkoholu — zadrwił, wiedząc, że ciężko pracujący ludzie nie stroną od alkoholu. — Ruszajmy więc.
Asasyn tylko skinął głową i podążył przodem, pokonując wpierw łagodne zejście w dół pomiędzy drzewami, a następnie płaski kawałek prosto do chatki. Nie dochodziły ich z wnętrza żadne odgłosy. Konie też nie reagowały w żaden sposób świadczący o wyczuwaniu przez nie obecności osób trzecich lub innych zwierząt. Connor więc spokojnie zeskoczył z konia i machnął na starszego mężczyznę.
— Zajmę się końmi, ogrzej dla nas chatę.
Haytham uniósł brwi w górę, patrząc na młodego mężczyznę z lekkim politowaniem.
— Już zaczynasz wydawać rozkazy. Na pewno nie myślałeś o tym, aby jednak trochę przemyśleć swoje plany co do stron, po których jesteśmy? — spytał, zostawiając konia Connorowi, jak ten sam chciał. Nie pchał się do dodatkowej pracy.
Ciemne oczy asasyna spojrzały na niego ostro, ale ten zrezygnował z komentowania jego słów. Zamiast tego dotknął się dłonią w ucho ukryte pod kapturem i znowu na niego machnął.
— Zimno ci było w uszy. Mi też jest zimno, więc rozpal w środku. Proszę — dodał wymownie, po czym ruszył z końmi na drugą stronę budynku, gdzie widział wiatę. Liczył, że w razie czego konie unikną opadów.
Templariusz prychnął z urazą na takie zbycie jego słów i zaszedł do drzwi prowadzących do chaty. Nie zdziwił się szczególnie, że były zamknięte, ale jeden porządny kopniak załatwił sprawę. Wszedł do środka i rozejrzał się.
Skromnie, wręcz pusto i barbarzyńsko. Były jednak posłania, puszki jedzenia i przede wszystkim duży kominek, a obok już kosz z posiekanym drewnem na opał. Ucieszył się z tego, bo znaczyło to nie mniej nie więcej, że nie będzie musiał łupać drewna na dworze albo słuchać uwag Connora, że go do tego wyznacza. Bliższa była mu druga wersja.
Gdy udało mu się sprawić, że ognie w kominku trzaskały wesoło, a izba spowiła się światłem, do środka wszedł jego syn. Zatrzasnął za sobą drzwi i zdjął kaptur z głowy, a jego długie włosy od razu opadły po bokach twarzy, gdy pochylił się, by zdjąć buty. Było w końcu trochę śniegu, więc chciał je podsuszyć przy ogniu.
— Mm? Jedzenie? — mruknął przy tym, gdy kątem oka dostrzegł puszki.
— Może być, jeśli zrobisz — starszy mężczyzna odparł, przystawiając sobie niskie krzesełko i wyciągając się na nim wygodnie ze stopami w stronę ognia. Priorytetem było ogrzanie się.
Jedna brew Connora powędrowała w górę, a druga w tym samym czasie w dół, tworząc na jego twarzy sceptyczny wyraz. Potem jednak młody mężczyzna tylko pokręcił głową i pozbywszy się zarówno ekwipunku, jak i wierzchniego odzienia, zabrał się za przelewanie jedzenia z puszek do znalezionego rondla. Uśmiechnął się do siebie na widok mało zachęcającej papki. Nie zamierzał marudzić. W brzuchu mu burczało.
W tym czasie obserwowały go co rusz czujne i ciekawe oczy ojca, a swego czasu kompletnie obcego mu człowieka. Łączył ich bowiem tylko wspólny interes. Niby tak samo jak teraz. Ale przecież nie dało się nie odzywać do siebie cały czas między jedną sprawą a drugą, kiedy obcowało się ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Chociaż, czasami Haytham myślał, że Connor by tak umiał.
— Tak więc… jak myślisz, ile zajmie nam jeszcze dalsza droga? — zagadnął, czekając na posiłek, jakimkolwiek ten by nie był.
— Parę dni. Większą część drogi mamy za sobą. Niestety nie najtrudniejszą. Więc ciesz się z takich drobnych wygód. Szczególnie jedzenia. — Connor obejrzał się na niego, gdy stał nad kominkiem i mieszał w grzejącym się rondlu. Na jego twarzy rzeczywiście można było teraz wyczytać zadowolenie i może nawet oszczędnie okazywaną radość, że będą mieć ciepłą kolację. Bo w drodze cały czas na jego obliczu gościło skupienie i gotowość do ataku. Teraz się rozluźnił, ale i tak w swoim surowym obliczu, przez który nie chciał za nim przebieg cień uśmieszku, przypominał Haythamowi Ziio. Do niej też nie łatwo było trafić, dlatego takie momenty jak teraz wydawały mu się znaczące i nietypowe.
— Dobrze, że o nim przypominasz. Długo jeszcze będzie się grzać? — spytał, w końcu wstając, aby się chociaż częściowo rozebrać. Śnieg za oknem i mróz, jaki tam był, nie zachęcał do opuszczania tej cudzej chaty.
— Jeszcze chwila — Connor odpowiedział mu równie nieprecyzyjnie jak wcześniej, gdy ojciec pytał o drogę. Nie kłopotał się wygodą psychiczną Haythama, tak jak ten mało co robił od siebie. — Są tu jakieś naczynia?
— Metalowe kubki w nadmiarze i niemyte sztućce. Coś cię z tego satysfakcjonuje, synu? — spytał, groteskowo się kłaniając. Przy okazji swoich oględzin znalazł butelkę alkoholu. Nie wiedział jakiego, ale po odkorkowaniu zawartość pachniała na alkohol. Uznał, że skoro już tu są, to skorzysta.
— Nie, ja zjem z rondla. Nie błaznuj — Connor odpowiedział z grymasem i znowu zamieszał. Pochylił się i skosztował na koniec drewnianej chochli, a gdy uznał, że jest odpowiednio ciepłe, zdjął rondel z ognia i ciężko postawił na drewnianej, zakurzonej podłodze przed kominkiem. Usiadł tuż przed nim w siadzie skrzyżnym, żeby zjeść. A gdy kątem oka zobaczył ojca z alkoholem, ściągnął brwi. — Będziesz pił?
— Tak, tak jak ty będziesz siedział ze mną przy tym małym, pokracznym stole i dzielił się posiłkiem. Wstawaj, zaproś ojca do stołu — odparł mężczyzna, samemu siadając na małym taborecie. Był na szczęście stabilny.
Connor westchnął ciężko, ale przeniósł jedzenie na stolik i przysiadł naprzeciwko Haythama. Sięgnął chochlą do środka i zjadł sporą porcję, bo zabicie głodu stawiał teraz wyżej niż rozmowę z drugim mężczyzną.
— Jest sycące — skomentował jeszcze z pełnymi ustami, a potem wskazał na butelkę. — Wolałbym, żebyś nie pił.
— Ja wolałbym, abyśmy obaj nie dybali na swoje życie, dlatego twoje pragnienia w tej chwili, wybacz, pójdą w odstawkę. Jak chcesz, także możesz się napić. Butelek jest tu tak licznie, jak tego jedzenia — odparł i zabrał mu chochlę, bo wszystkie metalowe sztućce były obrzydliwie brudne. Sam skosztował papki z garnka i zaraz ją popił. Była wyłącznie sycąca.
— Nie będę przy tobie pił. Nie ufam ci — Connor odpowiedział poważnie, nie spuszczając z niego wzroku podczas tej rozmowy. A w oczekiwaniu na chochlę, sięgnął dwoma palcami do papki, nabrał na nie trochę jedzenia i oblizał z głośnym mlaśnięciem.
Jego ojciec skrzywił się na ten brak ogłady.
— Oddałbym ci chochlę — zakomunikował, po czym wstał i przyniósł Connorowi jeszcze jedną butelkę. — I piję ja, więc ty też możesz, abym ja nie czuł się za nadto zagrożony. I nie marudź jak zawsze. Będzie tak, jak powiedziałem.
— To… — Connor położył palec na butelce — sprawia, że nie robi się tak, jak się zamierzało. Wraz z alkoholem może się z ciebie wylać wszystko, co mi zagraża. Nie chcę pić i nie chcę, żebyś ty pił — powtórzył z naciskiem, po czym wyciągnął dłoń. — Oddaj chochlę.
Haytham oddał to, o co został poproszony, ale nie odstawił butelki.
— Pociesza mnie, że masz mało do powiedzenia w tej kwestii — odparł zdawkowo i przechylił butelkę do ust. Ciepło chłodnego alkoholu przyjemnie rozgrzało od wewnątrz jego zmarznięte ciało.
Connor jeszcze chwilę przewiercał go spojrzeniem z nadzieją, że mężczyzna przestanie. Niestety, kiedy to się nie stało, po prostu wrócił do jedzenia kolacji, nisko pochylony nad stolikiem, z nogami rozłożonymi na boki. Ignorował przy tym włosy opadające mu na twarz. Zupełnie mu nie przeszkadzały, choć nie były niczym spięte.
Starszy mężczyzna oparł się łokciem o oparcie krzesła i z nogą na nogę obserwował chwilę swojego syna podczas jedzenia.
— Mam jeszcze nadzieję, że nie zjesz wszystkiego? — spytał, nim znowu napił się alkoholu. Był jeszcze głodny, ale nie zamierzał przestać pić. Miał dość tej podróży i chciał chwilę się zrelaksować.
Ciemne oczy asasyna zerknęły na niego znad rondla, a ten w końcu wyprostował się i podał mu drewnianą chochlę.
— Masz, jedz — powiedział i otarł usta wierzchem dłoni. Potem obejrzał się na posłania i uniósł się, żeby chociaż trochę przetrzepać pomięte materiały. — Chcesz spać bliżej paleniska?
— Mam nawet wybór? Cóż za zaszczyt mnie spotkał. Ale tak, wolę spać bliżej paleniska, jeśli dajesz mi taki wybór. Szkoda byłaby, gdybym się upił i zamarzł z wyziębienia.
— Liczę na to, że się upijesz i przeturlasz do ognia — Connor wysilił się na gorzki żart i uśmiechnął się do niego przez ramię bardzo oszczędnie, a potem pochylił się do posłania, by przetrzepać poduszki. Przez co jego ojciec ujrzał, jak materiał spodni opina się na jego twardych pośladkach i udach. Aż przechylił głowę zainteresowany widokiem.
— Connor. Powiesz mi, bo właśnie przeszło mi to na myśl. Ty nadal wolisz uganiać się za sarnami po lesie zamiast za jakąś kobietą? — spytał miękko, jakby nic złego nie miał na myśli. Odstawił też butelkę na chwilę, aby zjeść do końca.
— Hm? — Asasyn aż się wyprostował, by znów spojrzeć na Haythama. Wyglądał na zaskoczonego tym pytaniem. — Mamy teraz inny cel niż szukanie kobiet. Może kiedyś, gdy zakończę swoje zadanie, spróbuje założyć rodzinę. Której nie porzucę — dodał twardo.
Mężczyzna przy stoliku przybrał także tęższą minę.
— Masz rację. To nie czas, aby o tym rozmawiać. Chociaż po tym, co powiedziałeś, zastanawia mnie, czy w takim razie nigdy nie współżyłeś z żadną kobietą. To aż zaskakujące, jak tak w tej chwili na ciebie patrzę — na koniec już dodał lżejszym tonem.
Connor zrobił minę, która jasno świadczyła o tym, że nie bardzo wie, dlaczego o tym rozmawiają. Odsunął włosy do tyłu i podgryzł wargę, chwilę nic nie mówiąc.
— Dlaczego zaskakujące? — zapytał w końcu.
— Młody, sprawny… Czego tu nie lubić? Chyba że kobiety przez obecne konflikty nie gustują w mieszańcach — ocenił z westchnięciem niezrozumienia, odstawiając pusty rondel i sięgając po butelkę bimbru.
— Ja nie wiem — odmruknął asasyn, wzruszając ramionami i odwracając spojrzenie od ojca. Przeszedł na drugą część izby do kolejnego posłania, by je też jako tako przygotować do użytku.
— Czyli miałem rację. Nie współżyłeś z kobietą — usłyszał rozbawiony, przesadnie angielski głos swojego ojca. Odwrócił się więc do niego ze zmieszaniem i butnością w oczach.
— Mam inny cel teraz — powtórzył z naciskiem. — Nie chcę ryzykować, zrobić jakiejś dziecko, bo potem musiałbym podążać własną ścieżką, zostawiłby ich i stałbym się tobą. To dla was seks jest taki ważny. Ja mogę poczekać.
Haytham uśmiechnął się pobłażliwie.
— Dla nas? — spytał z przekąsem. — Masz na myśli mężczyzn? Czy templariuszy? — zakpił z chłopaka, powoli czując się coraz przyjemniej dzięki alkoholowi. Nie był przy tym wulgarny, tylko jeszcze bardziej uszczypliwy niż zwykle. — I nie widzę niczego złego w byciu jak ja. Całkiem nieźle mi się udałeś. Pomijając te niuanse związane z tymi niedorzecznymi poglądami — mruknął na koniec, machnąwszy na to ręką.
Connor za to był trochę bardziej skonfundowany.
— Mam to traktować jako jakiś komplement? Zaczynasz bredzić przez ten bimber, odłóż go. Nie chcę o tym z tobą rozmawiać — mruknął stanowczo i podszedł do niego, by wyjąć mu z ręki butelkę.
Kiedy już ją miał chwycić, ta odsunęła się za pomocą dłoni Haythama. Sytuacja powtórzyła się trzy razy, aż Connor nie pojął, że ile razy by nie próbował, jego ojciec był jeszcze na tyle trzeźwy, że refleks go nie zawodził.
— Mówiłeś coś? — ten spytał, kiedy młody asasyn patrzył na niego z irytacją.
Connor położył dłonie na biodrach.
— Ile kobiet ty miałeś, że tak się obnosisz ze swoją kpiną?
— Wystarczająco, aby obnosić się ze swoją kpiną — mężczyzna odparł, rozsiadając się jeszcze wygodniej i patrząc bez strachu czy też… nienawiści w oczy swojego syna, a jednocześnie wroga w przekonaniach, jakie wyznawał. Chociaż sam z siebie nie pragnął, aby tak się sprawy miały. Aby chcieli się wzajemnie zabijać. — Napij się, rozluźnij. Jesteśmy na siebie skazani jak na razie.
Asasyn westchnął cicho i w końcu wziął butelkę, którą wcześniej Haytham postawił na stole. Odkręcił ją i napił się, krzywiąc się przy tym.
— Wiesz, ilu Indian stało się alkoholikami i zmarło po tym, jak przywieźliście to na nasze ziemie? — Uniósł butelkę, a potem z nią podszedł do paleniska, by dołożyć drewna.
Haytham obserwował go z zainteresowaniem.
— Nie leży to w mojej gestii, aby wiedzieć, ilu Indian ma zbyt słabe głowy i umysły, aby się do tego doprowadzić. Ty chyba się nie boisz, że po kilku łykach umrzesz?
— Nie, nie boję się. Poza tym jestem półkrwi Anglikiem — Connor zauważył, jakby to miało jakieś znaczenie i wrzuciwszy pieniek do palącego się ognia, przysiadł naprzeciwko żaru i znowu napił się łyka.
— Jak miło, że to wspominasz. Aż uśmiech sam ciśnie się na usta — starszy mężczyzna odparł szybko, z gracją przechodząc od jednego słowa do drugiego, mimo że jego język stawał się coraz bardziej miękki z każdym słowem. Coraz śmielej też patrzył na chłopaka, podobnego do swojej matki, a jednocześnie reprezentującego sobą bardzo męski wzorzec młodego człowieka. Nie rozumiał, jak ten ze swoim miękkim głosem i ciepłą osobowością jeszcze nie zawrócił w głowie jakiejś napotkanej dziewczynie. Chociaż, z drugiej strony, tak też mogło być, tylko Connor nie zdawał sobie z tego sprawy. W tych kwestiach nie wydawał się zbytnio… rozgarnięty. Jak już Haytham zauważył, nie rozglądał się za kobietami, a i może seks go nie kusił, bo… go nie znał. Nie wiedział, jak to jest zanurzyć się w czyimś ciele, kołysać się w nim i odczuwać rozkosz. Skupiony był na dążeniu do jasno określonego celu. Wszystko inne było nieważne.
Nie odpowiedział na słowa ojca, tylko patrzył w ciszy na ogień i powoli popijał alkohol. Bardzo ostrożnie, nie chcąc przesadzić, ale i tak butelka wędrowała do jego ust. Wszystko dlatego, że dzięki temu było mu w środku ciepło, a przemarznięcie przez podróż dawało mu się we znaki.
Jakiś czas później odstawił butelkę na drewnianą podłogę i podniósł się ciężko.
— Położę się już. Tobie też radzę. Czeka nas jeszcze kilka dni drogi — rzucił do templariusza, przecierając oczy.
— O mnie się nie martw, wiem, co robię. W przeciwieństwie do ciebie, nie trzeba mnie prowadzić za rączkę — zakpił, znowu przechylając butelkę do ust i opierając się już mocniej o chybotliwy stolik. Coraz więcej myślał i coraz dziwniejsze były to myśli. To był jego syn, a jednocześnie tak bardzo przez niego myślał o Ziio. Było to niezdrowe, a jednocześnie zaskakująco zajmujące.
Patrzył więc za Connorem, jak ten pozbywa się jeszcze kamizelki, odpina pas od spodni i zostaje tylko w nich oraz w lżejszej koszuli. Potem młody asasyn wsunął się na posłanie dalsze od paleniska, więc niezbyt dobrze oświetlone i przekręciwszy się plecami do Haythama, a przodem do ściany, zakrył się pościelą i zamknął oczy. Zupełnie zignorował przytyk ojca. Był na nie bardzo odporny i tylko czasem na nie reagował.
Obaj zresztą, mimo tego, co ich dzieliło, mimo niechęci, obawy i co ważne, poczucia obowiązku, aby się wyeliminować, umieli ze sobą zaskakująco sprawnie współpracować, co Haythama napawało swoistą dumą. Nie umiał jednak jej ukierunkować, więc zapił kolejnym łykiem swoje myśli, cały czas patrząc na leżącego na posłaniu chłopaka. O tym, jakie byłyby ich relacje, gdyby wszystko potoczyło się inaczej, czy cieszyłby się dalej Ziio… czy Connor przykuwałby jego wzrok tam mocno. Na takich rozmyślaniach, a także na wspominkach tego, jak ten młody asasyn został poczęty, minęło trochę czasu. Dość, aby opróżnił butelkę do końca i wstał na bardziej miękkich nogach od stolika.
Trunek rozluźnił go, ale nie powalił. Z opanowaniem dorzucił kolejny kawałek drewna do ogniska i stanął nad posłaniem młodego chłopaka. Patrzył na niego, leżącego z rozrzuconymi na poduszce włosami i lekko rozchylonymi ustami. Brwi już nie ściągały mu się tak jak zwykle.
Rozbierał się przy tym z resztek wierzchniego ubrania, aż nogi nie poniosły go do niewielkiego regału zawalonymi różnymi rzeczami. Wśród nich była linka, z którą wrócił do posłania. Odsunął na bezpieczną odległość całą broń Connora, po zrobił pętlę, nasunął ją na rękę asasyna i zacisnął. Nim ten zdążył poderwać się z czujnego snu, przywiązał ją do łóżka i wskoczył na zajęte już posłanie i ciało na nim.
Connor otworzył szeroko oczy, szarpnął ręką z całej siły, a potem wpatrzył się w twarz przed sobą, a raczej nad sobą. Zacisnął zęby mściwie i znowu się szarpnął. Potem szybko rozejrzał się za swoim nożem, ale dojrzał go znacznie dalej, niż go położył. Zamiast tego więc szybko sięgnął wolną dłonią do więzów.
Haytham jednak zatrzymał mu dłoń nad głową, a drugą przytknął do swoich ust, nakazując mu milczenie.
— Spokojnie. To jeszcze nie jest ten dzień — uspokoił go, uświadamiając, że nie zaatakował go, aby go zabić. Co innego krążyło mu po głowie.
Asasyn znieruchomiał, ale bynajmniej się nie rozluźnił. Jego całe ciało było twarde i napięte, a oczy czujne i skupione.
— Czego więc chcesz? — Zmarszczył nos, czując zapach alkoholu z ust ojca. — Idź spać, za dużo wypiłeś.
— Wypiłem, ile chciałem wypić. Nic ci do tego — odparł, nie uwalniając jego dłoni, a patrząc z góry na zmarszczoną twarz, która odpowiadała wyzwaniem w oczach. Oświetlało go ciepłe światło ognia, które jeszcze podsycało koloryt jego skóry, duży nos i pełne usta. — Jesteś strasznie podobny do matki. Też była taka… — zawiesił się, a jego wzrok spod ściągniętych w zamyśleniu brwi widocznie badał twarz chłopaka, który właściwie naiwnie dalej nie wiedział, do czego zmierza. Leżał więc nieruchomo, próbując zrozumieć zachowanie Haythama, ale i przy tym oceniając siłę pętli na ręku i jej ułożenie.
— Zrobiłeś się sentymentalny? Byłaby taka dalej, gdyby nie spłonęła — warknął. Był poirytowany tym skrępowaniem.
— Nie z mojej winy — templariusz odpowiedział od razu, po czym pochylił się i wdychając jednocześnie zapach Connora, pocałował go w zaskoczone usta. Krótko, mocno i zdecydowanie.
Asasyn był tym tak zaskoczony, że najpierw nie zareagował w ogóle. Potem nagle wierzgnął, szarpnął się i skrzywił z odrazą.
— Haytham…! Jesteś moim ojcem, do diabła!
Mężczyzna nad nim nie stracił na szczęście dla siebie równowagi i nie dał się wyrwać swojemu synowi.
— Więc jestem odpowiednią osobą, aby cię czegoś nauczyć — uznał i znowu go pocałował, unieruchamiając mu dzięki temu głowę. Przytrzymywał ją w dole, kiedy dłońmi dowiązał jedyną wolną dłoń Connora do drugiej, już spętanej.
Poczuł nagle mocny ból, kiedy zezłoszczony asasyn ugryzł jego wargę do krwi i to nie ostrzegawczo, ale by go skrzywdzić i odstraszyć. Warknął przy tym nisko i podrzucił biodrami.
— Złaź!
Haytham także warknął i kiedy już obie dłonie były spętane, mógł także rękoma, a nie tylko nogami i biodrami, unieruchamiać wiercącego się asasyna.
— Och, nawet na to nie licz. Czas, abyś nauczył się czegoś o życiu — odparł z tą w tej chwili przeklętą dla Connora angielską manierą. Sam też był bez broni, lecz nie wyglądał na zaniepokojonego tym faktem. Czuł przewagę i pokazywał ją całą swoją postawą. Głównie, kiedy jego palce zaczęły sprawnie rozsupływać rzemyki koszulki okrywającej śniade ciało.
Czujne oczy Connora śledziły poczynania jego palców, a umięśniona, wyćwiczona i śniada klatka piersiowa unosiła się w głębokich oddechach. Znów szarpnął rękami, ale sznur był zbyt mocny, a jego dłonie już posiniały.
— Co ty chcesz zrobić…? — wycedził. — Haytham! Co chcesz mi zrobić?!
Mężczyzna spojrzał na jego twarz i samym kątem ust uśmiechnął się.
— Jeszcze się nie domyślasz, czy wypierasz tę myśl? — spytał, zamiast odpowiedzieć, w końcu rozsuwając na boki poły koszuli, aby zobaczyć nagą klatkę piersiową. Pochylił się do niej, całując wąskimi wargami gorącą, pachnącą intensywnie i przyjemnie skórę. — Będziesz mi kiedyś za to dziękował, tak czy inaczej — mruknął, nie zaprzestając dotykania tego ciała.
Widział, że ciało syna odpowiada jego podenerwowaniu, bo zrobiło się znacznie cieplejsze, spięte i momentami drżące. Connor wciąż usiłował się uwolnić, tym razem już w ciszy, powarkując tylko przy wysiłku. Nie mówił jednak nic, nie odpowiedział na słowa Haythama, a tym bardziej na jego pierwsze pytanie. Chciał się uwolnić, zanim dojdzie do czegoś więcej. Do czegoś gorszego, co zwalał głównie na ten przeklęty bimber. Wcześniej jego ojciec nie zachowywał się w żaden sposób, jaki mogłoby świadczyć o jego intencjach względem niego. Z drugiej strony, czy zwróciłby w ogóle na to uwagę? Na co miałby zwrócić uwagę?
Haytham zerknął na jego twarz w górę, kiedy przygryzł zębami sutek, aby następnie polizać.
— Nie szarp się — dodał jeszcze, widząc, jak syn stawia opór. Któremu się nie dziwił, ale nie zamierzał brać go pod uwagę.
— Nie jestem twoją kobietą, Haytham! — krzyknął Connor i spojrzał na swój sutek. Miewał gorsze rany, więc oczywiście to go nie zabolało, ale poszczypało.
Z większą siłą podrzucił biodrami, tym samym wypychając mężczyznę w przód. Wykorzystując to uderzył go czołem w nos. Nie było w tym dużo siły, nie mógł odchylić głowy i wzmocnić cios, ale i tak poczuł na własnym czole, że ojca musiało zaboleć. Ten nawet dał temu werbalny wyraz.
— Uuu… ostro grasz — mruknął, prostując się na jego biodrach i rozcierając nasadę nosa. — Mam cię mocniej związać? — spytał i nim chłopak odpowiedział, chwycił go za boki szczęki. Ścisnął mocno palcami, zmuszając usta do otwarcia. Pocałował je, wsuwając język do środka, bez obawy, że zostanie ugryziony. Jednocześnie sięgnął prawie że pod siebie, na krocze młodzieńca. Connor był młody, niezaspokojony, musiał wcześniej czy później coś poczuć. Teraz jednak nie wyczuł tam erekcji. Co prawda od razu mógł ocenić, że sprzęt jego syna nie był mały, raczej słusznej wielkości, ale bynajmniej nie sztywniał. Nie był tak twardy, jak napięte mięśnie Connora, który burczał mu w usta ostrzegawczo i starał się wyszarpnąć.
Haytham wierzył, że wszystko da się zmienić… przy odrobinie samozaparcia i pracy. Tym razem własnej. Nadal trzymając chłopaka, zaczął pobudzać jego ciało. Usta zostawił, chociaż były apetyczne, a skupił się na masowaniu jego penisa oraz szukania czułych miejsc na klatce piersiowej. Nie chciał być przesadnie brutalny, nie było to w jego stylu, w przeciwieństwie do dążenia do swoich celów za wszelką cenę.
Connor zgiął i rozprostował palce, a głowę odchylił do tyłu i zacisnął powieki.
— Haytham… Puść mnie… — wydyszał, nie rozumiejąc, dlaczego mężczyzna to robi, po co, co go do tego skłoniło i dlaczego na nim się to skupia. Nie szarpał się, bo nie widział teraz w tym sensu. Oddychał tylko ciężko, a jego myśli wbrew jego woli podążały do dłoni na penisie. Ten dotyk był tak dziwny, że nie mógł go do niczego co znał porównać. Działał na niego szybko, a on na tę krótką chwilę poddał się temu, choć można było to raczej wziąć za znieruchomienie w celu przyswojenia i zrozumienia tego, co się działo tam na dole.
Mężczyzna zerknął w górę na Connora. Nic nie powiedział, ale jakie było zaskoczenie asasyna, kiedy uniósł się nad nim na kolanach. Connor już nawet myślał, że faktycznie przestanie, kiedy ten pochylił się do więzów na jego dłoniach. Nadzieja okazała się jednak złudna, bo mężczyzna tylko je poprawił, aby zaraz po tym zsunąć się niżej i ściągnąć spodnie z apetycznych bioder młodzieńca. Templariuszowi podobał się widok, jaki miał przed sobą. Mocny, silny brzuch o pięknym kolorze, widocznym nawet w tym słabym świetle. Ostro zarysowane mięśnie, linie prowadzące wzrok niżej i całkiem spore pośladki, które nadawały okrąglejszych kształtów temu ciału. Kontemplował ten widok chwilę, aż znowu chwycił już większego niż chwilę temu penisa w dłoń.
— I jest tak źle?
— Wystarczająco źle, bo wiem, że nie ty powinieneś mnie tego uczyć — Connor odpowiedział niskim, zachrypniętym głosem. Jego nos co raz się marszczył, a zęby zaciskały na wargach.
Haytham prychnął pobłażliwie.
— Mnie nie masz o co winić. Jak wcześniej zaniedbałeś naukę, takie są tego teraz efekty — rzucił, rozsuwając mu nogi na siłę własnymi i kiedy jedną dłonią stawiał jego penisa do pionu, drugą wsunął pod jądra i pomasował krocze.
Connor jęknął, a potem zareagował szybko i niespodziewanie. Napiął mięśnie brzucha, podciągnął gwałtownie nogi, zginając je w kolanach, a potem brutalnie kopnął starszego mężczyznę w tors, aż ten spadł z posłania na podłogę z hukiem. Młody asasyn, chcąc wykorzystać te cenne sekundy wolności, zamiast prób rozerwania więzów, chwycił obolałymi dłońmi za sznur i zaczął raz za razem krótko, ale mocno szarpać, zwyczajnie chcąc wyrwać deskę posłania, do której był przywiązany.
Nie zdążył, chociaż ta skrzypiała, jakby błagając o litość. Nagle na niego jak grom spadł ciężar. Przygniótł go do posłania, a Connor zdał sobie sprawę, że to, co czuje, na żebrach, wcale nie jest gorącą dłonią ojca, a jego zimnym sztyletem.
— Nie próbuj nawet sobie znowu tak poczynać — ostrzegł go niskim, złym, ale opanowanym tonem, patrząc mu w twarz z nakazem i pewnością. W jego oczach asasyn też nie widział już tyle błysku alkoholu co wcześniej, a zdecydowanie i zawzięcie.
Zastygł i zacisnął zęby z poczuciem chwilowej przegranej. Ale już czuł, że deska wcale tak dobrze nie trzyma. Że jeśli jeszcze raz uda mu się zdobyć taki moment, to się wyrwie.
— Naprawdę zabijesz mnie za to, że nie chcę, byś mnie… dotykał? — wycedził.
Haytham uniósł brwi i przesunął spojrzeniem po ciele pod sobą.
— Może nie, że od razu zabiję. Pokazuję ci tylko drogę, którą powinieneś w tej chwili iść. Wolność wyboru, Connor, nie zawsze jest dobra. A tak, możesz oczyścić swoje sumienie — poddał mu pomysł na rozwiązanie swoich oporów, nie odsuwając ostrza, a znowu sięgając do jego krocza. — Już reagowałeś — zauważył, chcąc go zapeszyć. Zobaczyć w tym słabym świetle jego czerwieniejącą twarz.
— Dotykałeś mnie tam, jak mogłem reagować inaczej?! — Connor burknął wrogo, a jego oblicze rzeczywiście nabrało kolorów. Do tego tym razem uda się ścisnęły, a penis delikatnie drgnął, gdy ciepło i miękkość palców Haythama ponownie do nich dotarła.
Templariusz zatrzymał się i po momencie analizy tego, co usłyszał, odparł ugodowo:
— Oczywiście. Jakbyś mógł reagować inaczej? — Nie podsuwał synowi, że faktycznie mógłby reagować inaczej.
Chwilę znowu bawił się z zafascynowaniem penisem młodego asasyna, aż w końcu odsunął ostrze i podgryzł jego ciemne sutki. Rozpalał ciało Connora, które przez swoje niedoświadczenie reagowało bardzo szybko. Było czerwieńsze, wrażliwsze i bardziej gorące. Sam asasyn za to ściągnął brwi i rozchylił wargi.
— A… aa… — stęknął kilka razy.
Haytham, widząc jak ciemne wargi łapią powietrze, sam odetchnął z ulgą i pocałował je zawzięcie. Smakowały mu. Miał chyba słabość do takiej urody. Ale to nic. Nie planował teraz tego analizować, myśleć, skoro już podjął decyzję.
Kiedy się wyprostował, złapał Connora pod kolano i zmusił go do przewrócenia się na bok, na następnie pchnięciem w ramię przewalił go na brzuch. Od razu jego dłoń zacisnęła się od tyłu na karku asasyna, aby potem, samymi opuszkami palców, zbadać każdy kręg kręgosłupa. Aż do kości ogonowej.
Tym razem rozpalony asasyn skupił się bardziej na tym, co robił jego ojciec, a nie na tym, co odczuwał po tych doznaniach. Odruchowo zacisnął pięści i obejrzał się za siebie z trudem.
— Co robisz? — wydyszał, napinając całe ciało, w tym nie tylko mięśnie na plecach, które badał Haytham, ale i twarde pośladki.
— Poczujesz — odparł jego ojciec, nie wdając się w, swoim zdaniem zbędną, dyskusję.
Wszedł bardziej na chłopaka, znowu przyciskając go swoim ciężarem do posłania. Na moment oderwał dłonie od ciała pod sobą, aby pozbyć się koszuli. Rzucił ją na ziemię, zostając na razie w samych spodniach. Po tym położył się na gorącym, młodym ciele. Pocałował zachłannie kark, odsuwając z niego wpierw długie włosy. Zaraz po tym chwycił je w mocny uścisk, ciągnąc do siebie i wąchając. Aż zamruczał.
Connor syknął, zadzierając głowę, a jego jabłko Adama wyeksponowało się. Szczęka zadrżała, a dłonie znowu szarpnęły skrzypiącą deskę.
Mężczyzna panował nad nim w tak nietypowy i nieznany mu sposób, że nie umiał się w tym znaleźć. Ani w tym, że mimo tego wszystkiego jego ciało było rozgrzane, a umysł zastanawiał się nad kolejnym ruchem człowieka, którego ledwo znał, mimo że dał mu życie.
— Wy… pachniecie tak inaczej — Haytham zamruczał jeszcze raz, zaciągając się zapachem długich włosów, aby zaraz puścić je luźno i tylko przesunąć palcami miękko po tych ciemnych, prostych włosach.
Były długie, lśniące i czarne. Do tego gładkie i przyjemne w dotyku, tak jak przyjemnie było dotykać ciało Connora. Szczególnie, że teraz było również rozgrzane i reagujące na jego zabiegi. Sam chłopak ewidentnie nie był świadom, dlaczego tak reaguje. Działał jednak naturalnie i nawet poruszył odrobinę biodrami, by otrzeć się o posłanie i jeszcze trochę poczuć tej przyjemności z dotyku na sztywnym penisie.
Jego ojciec był na swój sposób dumny z niego. Z jego ciała jeszcze bardziej. Pocałował umięśnione plecy, wpierw na wysokości łopatek, potem niżej i niżej. Skóra za każdym razem drżała jeszcze bardziej. Jakby było Connorowi zimno, mimo że w chacie dzięki kominkowi i żywo palącemu się ogniu było coraz cieplej.
Pocałunki na plecach dziwiły asasyna. W ogóle ta specyficzna czułość go zaskakiwała, choć wiedział, że to raczej egoistyczne pobudki Haythama. Albo alkohol, na który wciąż zwalał winę. Co innego mogłoby być powodem…?
— Myślisz teraz o niej…? — wydusił w końcu pod wpływem tych rozmyślań, które jednak bardzo chaotycznie pojawiały się w jego rozgorączkowanej głowie.
Haytham spojrzał podejrzliwie na tył głowy Connora, jakby miał szansę dzięki temu ujrzeć jego twarz i zobaczyć, w jakim tonie to powiedział.
— Nawet jeśli, to co? — spytał tym swoim angielskim tonem, a jego palce znalazły się na pośladkach, a nawet między nimi. Tyłek Connora był doprawdy godny uwagi. Odznaczał się apetycznie, wznosząc się wysoko, zaraz jak kończyły się plecy.
— Nie wiem… Może mam nadzieję, że za nią tęsknisz — Connor wywarczał agresywniej i znowu spiął się cały, aż ściskając między pośladkami dłoń ojca. — I dlatego to… robisz…
Templariusz zastygł, czując specyficzny ścisk w klatce piersiowej. Był całkiem podobny do tego momentu, kiedy dowiedział się, co stało się ze Ziio.
— Cokolwiek sobie teraz pomyślisz, to wiedz, że nigdy nie chciałem, aby spotkało ją to, co spotkało. To co było, było prawdziwe — odparł pewnie i sięgnął do jego głowy. Wykręcił ją na bok, aby zobaczyć twarz chłopaka i pocałować w kąt ust, bo na więcej nie miał szans. Ta chwila jednak trwała tylko krótki moment. Zaraz po niej Haytham znowu zainteresował się jego ciałem, łapiąc go obiema dłońmi za pośladki i ściskając je mocno po tym, jak rozsunął je na boki.
Za to Connor na moment pozostał myślami przy tym, co powiedział jego ojciec. „To, co było, było prawdziwe.” Te słowa zostały mu w głowie i pobrzmiewały w niej czymś bardziej pozytywnym niż to, co dotąd doświadczał od Haythama. Przez to dopiero po chwili spostrzegł, że mężczyzna jakoś bardziej zajmuje się jego pośladkami. Z początku nie rozumiał dlaczego… ale coś zaczynało mu świtać i gdy tylko iskierka tej myśli zabłysła mu w głowie serce zaczęło szaleńczo bić w klatce piersiowej.
— Haytham… co ty…? — wydusił, wykręcając głowę w tył i próbując spojrzeć na niego. Zupełnie nie zważał teraz na to, że ma czerwone jak ogień policzki.
Mężczyzna zerknął na niego, a cieplejsze niż alkohol uczucie rozlało się po jego trzewiach. Oblizał usta i sięgnął do twarzy syna.
— Nie masz się czego obawiać. Z natury wiem, co robię — zapewnił i znowu po protekcjonalnym pogłaskaniu policzka asasyna uspokajającym gestem, który wcale nie był uspokajający, wrócił do młodego tyłka, który kusił swoją niewinnością.
Ścisnął oba pośladki, rozgrzewając je i podrażniając. W międzyczasie w ustach zebrał trochę śliny, której w ostateczności pozwolił skapnąć na krąg na razie zaciśniętych mięśni zwieracza.
— Nie, nie rób tego… To nie służy do tego, co chcesz zrobić! — Connor odpowiedział żywiej i z pierwszy raz przebijającą się w jego głosie obawą. Również jego ciało zareagowało obronnie, bo pośladki od razu się ścisnęły, ukrywając różowy otworek.
Haytham wykrzywił w pobłażliwym uśmiechu kącik ust.
— Jeszcze wielu rzeczy nie wiesz — zapewnił go i wsunąwszy nogi między jego uda, rozsunął je mocniej, a zaraz po tym pośladki. Może robił to trochę na siłę, ale nie było innej możliwości. Connor sam z siebie się nie poddawał, do tego był przeciwny alkoholowi. Pozostawało tylko namacalnie pokazać mu inne możliwości jego ciała.
Potarł jego ściśnięty zwieracz, cały rowek i trochę niżej, dociskając ciało pod jądrami, które mimo obaw asasyna były rozkosznie ściągnięte.
— Może i nie wiem, ale jestem pewien, że… aa… że tam się nie powinno nic wsadzać — Connor wydusił, wyciągając palce wyżej nad głowę i ściskając deskę od łóżka. Było mu strasznie gorąco przez to, co ojciec z nim robił.
— Jeśli jesteś tego tak pewien jak swoich racji, to powinieneś je jeszcze raz poważnie przemyśleć — usłyszał nad sobą, a kiedy mężczyzna przycisnął palce mocniej do jego krocza, potarł jedno miejsce, gdzie nigdy wcześniej nie dotykał się w ten sposób i poczuł, jak prąd przechodzi przez cały jego kręgosłup.
— A… ach…! — stęknął i przycisnął mocno rozpaloną twarz do poduszki. Dolne partie jego ciała zadrżały widocznie, a Connor potarł kolanem i udem o materiał.
Mężczyzna nad nim uśmiechnął się do siebie. Takiej reakcji wyczekiwał od samego początku. Takiej, która rozgrzeje go od środka dużo mocniej niż alkohol.
Nic nie powiedział, tylko ponownie przycisnął to samo miejsce, aby rozluźnić chłopaka na tyle, aby ten nie zaciskał tyłka tak desperacko. A kiedy po kolejnym zduszonym westchnieniu to się udało, znowu nawilżył szparkę swoją śliną i wsunął w nią palec. Od razu zwieracz zacisnął się na nim mocno, a Connor poderwał głowę i obejrzał się na mężczyznę, by zobaczyć, co ten wyprawia. Nie rozumiał, dlaczego wsadza mu tam palec! Kobietom wsadzało się w pochwę, chociaż przecież też miały tyłki. Myślenie o tym zawstydzało go, a przekonywanie ojca, że tak nie powinno być, że tak się nie robi, było bezsensowne.
Haytham spojrzał na jego rozpaloną i zażenowaną twarz. Na swój sposób wywoływała ona w nim uczucia, które powinien w sobie za wszelką cenę stłumić z racji, że sam był templariuszem, a te proszące oczy należały do asasyna. Aż gratulował samemu sobie, że przekierunkowuje to wszystko na ten, a nie inny, bardziej ojcowski, tor postępowania. Co nie powstrzymało go przed miękkim pocałunkiem w te umięśnione plecy.
— Już wiem, że mnie nie posłuchasz, ale rozluźnij się. Wiem, co robię i ta rada jest dla twojego dobra.
— Draniu… — Connor wydusił z trudem i znów wcisnął twarz w poduszkę. Podjął nawet żałosną próbę wypchnięcia z siebie palca, co oczywiście niczym nie podziałało, więc ostatecznie złapał głęboki wdech i rozluźnił dziurkę. Ale gdy tylko palec, wykorzystując to, poruszył się, asasyn znów odruchowo się zacisnął, a przy tym zaklął. Nawet jakby chciał, nie umiał się rozluźnić!
Starszy mężczyzna domyślał się, że tak będzie. Nie zamierzał jednak z tego powodu rezygnować. Sięgnął pod chłopaka i wyciągnął jego penisa. Ten teraz leżał przyciśnięty do pościeli, a Haytham masował samą główkę, wędzidełko i spodnią część trzonu członka. Miało to oderwać myśli jego syna od kolejnego palca, którego w niego wsuwał.
Connor jęknął, będąc coraz bardziej pewnym, że to nie powinno tak iść, że boląca od rozciągania dziurka mówi mu, że tego nie chce. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo czuł, że wszystko idzie opornie. Starał się rozluźniać, skupiał myśli na tym, że Haytham dotyka jego członka, bo to akurat było mu miłe. Nie szarpał się, oddychał w miarę spokojnie i tylko palce zaciskał na desce.
Haytham był zadowolony z jego postępowania. Nie utrudniał mu, za co postanowił go wynagrodzić kolejnymi pocałunkami na plecach.
— Będzie ci dobrze — zapewnił go, już chcąc dalej, więcej. — Twoja matka… Ziio mi zaufała, ty też możesz… — wyszeptał, napierając na raz mocniej palcami na jego wnętrze. Masował je od środka, aby rozgrzać je i w końcu rozpalić.
— Nie jestem matką… Nie jestem twoją kobietą — Connor wycedził z agresją, ale nie szarpnął się. Jedynie zacisnął dłonie na desce i pośladki na palcach ojca.
— Wiem, że nie jesteś kobietą. Za kogo mnie masz, że nie rozpoznaję płci? — zakpił i poruszył żywiej palcami, w końcu muskając małe wybrzuszenie prostaty. Miał nadzieję, że wreszcie pójdzie łatwiej, bo ta palcówka przeciągała się, a jego cierpliwość i pożądanie były na wyczerpaniu i osiągały swój szczyt.
Connor jednak był kłopotliwy. Nie mógł się rozluźnić, mimo że był rozpalony. A teraz, w odpowiedzi na żywsze ruchy w tyłku, jęknął cicho i potarł twarzą o poduszkę, kręcąc nią na boki.
— Ale robisz mi to co kobietom — wyburczał niewyraźnie, bo nie uniósł przy tym twarzy. Paliła go, a to, co robił Haytham, było dziwnie przyjemne.
— Kobietom według mej najlepszej wiedzy się nie obciąga penisa. Nie, żebym przy twoim nastawieniu miał nawet teraz taką możliwość. I tak coraz bardziej współczuję jakiejkolwiek osobie, która będzie chciała się do ciebie zbliżyć — templariusz wymamrotał z ironią i lekką pogardą tym swoim miękkim głosem. Po tym uznał, że jego zabiegi nie są warte dalszej straty czasu i nic więcej już tu nie pomoże, a Connor jest przypadkiem beznadziejnym. Cóż, jak widać, z doskonałym ciałem nie zawsze szły w parze talenty w łóżku.
Wyjął palce z tego śniadego tyłeczka i obsunął w dół swoje spodnie. Był podniecony i gotowy do akcji. Jeszcze tylko kilka razy przesunął dłonią dla rozgrzania po swoim członku, drugą ręką przytrzymując Connora między łopatkami, jakby ten gdzieś się planował wybierać. I dobrze zrobił, bo gdy tylko Connor poczuł, że palce z niego wyszły i obejrzał się na Haythama, szarpnął się nagle. Penis ojca w natarciu wywołał w nim większy skok adrenaliny, więc asasyn znów zacisnął ręce na sznurze i szarpnął, a deska zaskrzypiała.
— Zostaw mnie! — krzyknął, szarpnął ponownie, a deska już delikatnie zaczęła się wyłamywać.
Haytham nie był ślepy, mimo że był wciąż pod wpływem alkoholu. Wiedział, że musi się spieszyć. Znowu użył śliny jako nawilżenia, bo niczego innego nie miał pod ręką, po czym, przytrzymując z całej siły to młode, seksowne, ale wyrywające się ciało, naparł członkiem na znów nieszczęśliwie ściskający się tyłek Connora.
Asasyn zacharczał i zacisnął zęby na poduszce. Jego długie, lśniące włosy przylepiały się teraz do czoła i policzków, a część była chaotycznie rozrzucona wokół jego głowy i na plecach. Dyszał ciężko, drżąc i próbując nie myśleć o bólu na dole.
Ojciec sięgnął do jego karku, odgarniając z niego włosy i zaciskając na nim palce. Miały one utrzymać wyrywającego się chłopaka, a przy okazji rozmasować spięte mięśnie. Drugą dłonią pomagał swojemu penisowi wsunąć się tę gorącą, zaciśniętą dziurkę. Czuł opór, ale i tak nie przerywał. Było już za późno na odwrót.
— Haytham… Nie… pchaj… — Connor ni to wydusił, ni to wywarczał. Znowu niezrozumiale, bo tym razem ojciec wciskał mu twarz w poduszkę. — Poczekaj…
— Niby na co? — ten spytał, nie puszczając go i zerkając czujnie na jego związane dłonie. Był uważny, nie wierzył, aby za tym nie krył się jakiś podstęp, aby ponownie go nie skopać z łóżka.
Na pewno jednak nie spodziewał się, że usłyszy to, co właśnie padło z ust Connora.
— Mówiłeś, że będzie lepiej, jak… jak się rozluźnię? To… poczekaj… — Po tym wyburczał z siebie cicho przekleństwo, które podsłuchał kiedyś u ojca i dodał: — Wolniej no!
Haytham uśmiechnął się do siebie.
— A jednak masz w tej głowie trochę rozsądku — pochwalił go i na razie zaprzestał samemu się ruszać. — Unieś biodra — dodał, ciągnąc go za nie jedną dłonią w górę. Mógł mu ułatwić masturbacją, ale do tego potrzebował współpracy. Niechcianej, ale zapewniającej profity. Tak podobnej do tej, jaką mieli od pierwszego poznania.
Asasyn zacisnął zęby i przez chwilę się wahał, ale bolało go na tyle, że chciał to sobie jakoś ułatwić. Nie był głupi i wiedział, że Haytham mu nie podaruje. Musiał się jakoś dostosować, a zrewanżuje się kiedy indziej.
Podparł się na łokciach, eksponując przy tym swoje łopatki, a potem klęknął, unosząc tym samym biodra. Jego twardy penis wisiał teraz między nogami, jak samcowi gotowemu za chwilę zapłodnić jakąś samicę. Jak na ironię, to on teraz miał być przeleciany i coraz bardziej zdawał sobie z tego sprawę. Jego ojciec będzie go ruchał. Zapłonął ze wstydu na policzkach.
A Haytham poczuł, jak mięśnie zwieracza, obejmujące jego członek, dzięki zmianie pozycji bardziej się rozluźniają. Było to i dla niego ulgą. Do tego mógł klęknąć wygodnie, bardziej kładąc się na gorącym, pachnącym lasem i seksem ciele. Jedną ręką wciąż trzymał związanego Connora za kark, a drugą chwycił jego penisa. Od razu zaczął robić mu dobrze, samemu czerpiąc przyjemność z tarcia o dziewiczą dziurkę, jakie brał sobie, bo bynajmniej młody asasyn mu tego nie oferował.
Miał tam bardzo ciasno i gorąco, a do tego jego uszy pieszczone były cichym pojękiwaniem Connora, gdy wsuwał w niego kolejne centymetry. Chłopak jednak już się nie wyrywał, starał się rozluźnić i przymykał powieki z przyjemności na to, co czuł na członku. Oblizał przy tym wargi i znowu jęknął. Było mu bardzo ciepło, choć nie wiedział, do czego porównać uczucie wypełnienia w tyłku. Czy tak się czuli ci, których nabijano na pal? Nie, oni darli się z bólu, a jemu momentami, poza oczywistym pieczeniem i rozciąganiem, robiło się dziwnie przyjemnie. Do tego jego ojciec poza tym, że sobie na nim używał, wsuwał się i wysuwał z jego tyłka, posapując przy tym nisko, masował też brzuch, klatkę piersiową i ramiona, za które go przytrzymywał. Miał klasę w tym, co robił, mimo że robił to na siłę, wbrew jego woli. Jego penis wchodził głęboko, a Connor czuł, jak jądra uderzają mu o tyłek. Słyszał ciężki oddech nad sobą i mlaszczące dźwięki za sobą. Bardzo żenujące i zawstydzające dźwięki, przez które nie tylko czuł, ale i słyszał, że jest pieprzony. Brany przez własnego ojca i wcale nie łagodził tego fakt, że przez tyle lat go nie znał.
Czuł się zawłaszczony, ale nie zhańbiony. Wciąż wiedział, że jest silnym, sprawnym, młodym mężczyzną, któremu mało kto podoła w walce i szkole przetrwania. Starał się patrzeć na to tak, że po prostu chwilowo został zepchnięty do takiej podrzędnej roli przez kaprys ojca i wpływ tęsknoty i alkoholu. A może nudy? Może Haytham się po prostu nudził?
— Aaa…! A… — wystękał i wgryzł się w sznur na swoim nadgarstku. Jego twarde, mięsiste pośladki znów zadrżały. Było mu coraz dziwniej. Miał wrażenie, że ma strasznie wysoką gorączkę.
— Czujesz to? — templariusz w pewnym momencie spytał. Poruszał się już szybciej, czując, że opór jest mniejszy. Nadal był, ale był słabszy niż na początku. Do tego ciało pod nim drżało niekontrolowanie, kiedy się wbijał. Sam czuł, jak po ciele spływa mu kilka kropelek potu. Jak od jego członka biegną gorące fale przyjemności. Jak przyjemnie mu jest, kiedy Connor nie jest aż tak oporny.
— Pytasz o… o to, co czuję, jak się ruszasz? — Connor odpowiedział pytaniem, co już jasno świadczyło o tym, że tak, czuje to. Było mu dziwnie i nie wiedział, czy tak powinno być. Wiedział, że mężczyźni odczuwają przyjemność w seksie poprzez swojego penisa, a kobiety poprzez pochwę. A jemu było dobrze, gdy Haytham w niego wchodził. Nic z tego nie rozumiał, czuł się głupi w tym momencie.
— Dokładnie, Connor. Pytam o to… jak czujesz to, jak się w ciebie wsuwam. Twoja matka to uwielbiała, mam nadzieję, że ciebie też nie zawiodę, chociaż jesteś trudniejszym obiektem — dodał i wychylił się, całując znowu jego łopatki. — Prawdziwy wojownik, tak? Pewny siebie nawet, kiedy jego wnętrze jest rozgrzewane przez posuwający go członek.
Connor warknął ostrzegawczo.
— Nie chcę słuchać tych słów! — syknął na ojca i szarpnął rękami, a deska już całkowicie ustąpiła i wyłamała się z reszty konstrukcji. Ale asasyn po prostu wcisnął twarz między posiniałe od więzów dłonie, ściśnięte dodatkowo w pięści i zadrżał. Jego penis zaczął pulsować i drgać w dłoni Haythama, a całe ciało, wręcz wszystkie mięśnie w ciele chłopaka, napięło się w spazmach, gdy doszedł. — Aaaa…!
Haytham także zasyczał, bo mięśnie wokół jego penisa zacisnęły się odruchowo. Nawet nie spodziewał się, nie był przygotowany na to, że Connor nagle dojdzie. A przez chwilę poczuł ukucie zdenerwowania, kiedy usłyszał dźwięk pękającego drewna. Nie skończyło się to dla niego jednak ciosem, więc poczuł, jak ta sytuacja go uskrzydla.
Sprowadził chłopaka twarzą znowu w poduszkę, a dłoń zabrał z jego penisa i przytrzymał za to biodro. Mocniej pchnął, co zaowocowało niekontrolowanym krzykiem jego syna. Teraz nie zamierzał zwolnić, nie dać otrząsnąć się Connorowi z tego otumanienia. Jego biodra mocno uderzały w ten mięsisty, całkiem spory tyłeczek, aż plaskało. Do tego ciałem asasyna poruszało w przód w tył, a ten przez tempo i siłę pchnięć ojca nie był w stanie się na niczym skupić, a tym bardziej na reakcji obronnej. Pokrzykiwał, zaciskając mocno powieki i próbując dostarczyć organizmowi tlen, bo miał wrażenie, że był z niego wyzbyty przez to, co się działo i przez tę cudowną rozkosz, która chwilę temu ogarnęła całe jego rozgorączkowane ciało.
Nagle jednak zastygł, czując coś, czego się nie spodziewał. Coś gorącego, lepkiego i w dużej, zaskakująco dużej ilości rozlało się w jego wnętrzu, dokładnie w tym samym momencie, kiedy Haytham mocniej zacisnął palce na jego karku i biodrze. Zawarczał przy tym, a jego biodra były na siłę przyciśnięte do jego pośladków.
Serce Connora przyspieszyło swój bieg, a asasyn wpierw otworzył szeroko oczy, a potem zasłonił twarz skrępowanymi dłońmi. To, co się teraz stało, wydawało mu się gorsze niż całe zdarzenie, całe to ruchanie i dobieranie się do niego przez ojca. Nie chciał mieć w sobie jego spermy, tak robiło się kobietom, tak zwierzęta robiły samicom, to się nie godziło! Chciał go od siebie odsunąć, ale było już za późno, miał ją w sobie i było mu z tym bardzo niesmacznie. Wręcz miał ochotę go za to uderzyć.
Haytham w tym czasie, kiedy jego syn przeżywał jego orgazm, sam się po nim zbierał. Był dobry i mocny. Strzelił dużo i było mu z tym cholernie dobrze. Wyciągnął penisa i otarł go o rowek między tymi soczystymi połóweczkami.
— Nie było aż tak źle, prawda Connor? — spytał lekko i z błogim uśmiechem. Och, ten chłopak i jego matka byli cudowni. Jakby szczerze miał odpowiedzieć, nie był pewny, które z nich było lepsze. Chociaż nie. Ziio nie była taka bierna, ale jakby ten młody asasyn go przyjął z własnej woli, jego świętej pamięci matka miałaby bardzo godnego następcę.
— Wylałeś to we mnie, to było złe! — chłopak odpowiedział agresywnie i szarpnął rękami, chcąc tam sięgnąć. Wytrzeć się, pozbyć się tego nasienia. Cudem przekręcił się na plecy, oddychając głęboko i żywo ruszając na boki głową, bo długie włosy wylądowały mu na twarzy. Potem poruszył tyłkiem, aby otrzeć go o pościel, ale skrzywił się od razu, bo teraz czuł, jak ten go boli. Jęknął cicho.
Starszy mężczyzna wpierw przygotował się na jakąś gwałtowną reakcję po tych słowach, ale po tym uśmiechnął się do siebie. Ten cichy jęk na koniec też był ostatecznym sygnałem. Z klęczek znowu odpadł na młodego asasyna. Chwycił sznur łączący jego dłonie i pociągnął go w górę. Jednocześnie złapał go za szczękę i mocno pocałował pełne usta asasyna.
Connor otworzył z zaskoczenia oczy i popatrzył na twarz całującego go mężczyzny. Znacznie starsza, w niektórych aspektach podobna do jego… Widział to, mimo że ognisko prawie całkiem się wypaliło i izbę pochłonął półmrok.
Odetchnął ciężko przez nos, nie mając siły się szarpać, dłoni już prawie nie czując, a dolne partie mając tak wykorzystane i wyczerpane, że nawet kręcenie biodrami mu wadziło. Leżał więc tylko, oddychając z trudem i poddając się tym ustom. Potrzebował regeneracji, by coś ze sobą zrobić, by przemyśleć, jak to teraz wszystko rozegrać i jak ciężko mu będzie w towarzystwie ojca.
Ten za to nie odpuszczał mu. Jeszcze miał siłę i energię, nawet kiedy tu przybyli był zmęczony i zmarznięty. Wdychał głębokimi haustami powietrze, całując dalej te usta i dotykając ciała pod sobą. Nadal trzymał Connora za zawiązane ręce i dotykał, badał jego ciało. W końcu jednak oderwał się od niego i nie puszczając, spojrzał na jego przystojną twarz, w której mógł zobaczyć jeszcze niedawno determinację, a teraz tylko zagubienie wywołane tym, co się wydarzyło.
— Wiesz, Connor, tak sobie myślę… Może skoro obecnych właścicieli tu nie ma, moglibyśmy jeszcze trochę tu zostać. W końcu czy aż tak bardzo zbawi nas ten jeden dzień różnicy w tę czy drugą stronę? — spytał, nie mając ochoty jeszcze przerywać tego, do czego doprowadził. Taka okazja w końcu mogła, a wysoce prawdopodobne było, że na pewno mogła, się nie powtórzyć.
— Nie wiem… Może porozmawiamy o tym rano? Zobaczymy, czy pogoda sprzyja, czy nie. Ja muszę teraz odpocząć, odsuń się ode mnie — odmruknął asasyn i słabo ruszył palcami. — I rozwiąż to.
Haytham przysiadł na brzegu łóżka, poprawiając w międzyczasie spodnie. Spojrzał na leżącego młodego mieszańca, jego własnego syna, i wyciągnął dłoń, aby odsunąć mu włosy z twarzy. Bez tych ściągniętych brwi, które niby miały mu dodawać stanowczości, a z rumieńcami wyglądał dużo bardziej przyciągająco.
— A więc postanowione. Zostaniemy tu dłużej — odparł, jakby asasyn zgodził się z jego propozycją, a nakazu rozwiązania w ogóle nie usłyszał.
— Może — Connor odpowiedział z naciskiem, po czym poruszył na boki głową ze zniecierpliwieniem przez ten protekcjonalny gest odsunięcia włosów. Coraz mniej podobało mu się, że leży nago, ze śladami własnej spermy na ciele oraz, co gorsza, nasieniem Haythama wyciekającym z bolącej szparki. Chciał zostać rozwiązanym głównie po to, by się tam umyć. — Rozwiąż mnie już!
Starszy mężczyzna przytrzymał go, nie pozwalając mu się unieść.
— Mówiłem. Nigdzie się nie wybieramy — dodał z naciskiem, wstając, aby podnieść swoją koszulę i dorzucić do ognia. Connorem jeszcze miał zamiar się zająć, ale nie było w tym rozwiązywania go. Był świadom, że ten nie jest bezbronną ofiarą.
Asasyn ściągnął brwi, patrząc, jak ojciec odchodzi. Podniósł się z posłania, bo deska, do której był przywiązany, pękła. Skrzywił się brzydko, bo nie spodziewał się, że tyłek po takim zagraniu jeszcze bardziej zaboli, a przez to musiał rozstawić szerzej nogi.
— Hej, Haytham! — warknął i pchnął związanymi dłońmi ojca w łopatki, całkiem mocno. — Rozwiąż mnie!
Mężczyzna zrobił krok do przodu, zaskoczony uderzeniem. Po tym odwrócił się do syna, patrząc na niego z dezaprobatą spod wysoko uniesionych brwi.
— Niby po co? — spytał z wyższością.
— Bo nie będę chodził ze związanymi rękami! — Connor krzyknął na niego, po czym zacisnął zęby i po prostu ruszył do stolika, na którym leżał jeden z jego noży. Sam to zrobi. Tylko dlaczego ten tyłek tak go bolał?! A do tego już czuł odrobinę wilgoci na rowku, spływającą w dół. Piekło go.
Operacja okazała się nie aż tak prosta, jak przypuszczał. Ciężko było używać dłoni, które były ze sobą związane. A tym bardziej, kiedy jego ojciec zaszedł go od tyłu i położył mu własną na tej ręce, w którą chwycił sztylet. Ale nie to było najgorsze, przed tym mógł się wyrwać. Gorsza była druga dłoń mężczyzny, która spoczęła na jego tyłku, a środkowy palec wsunął się między pośladki i głębiej, do wilgotnej dziurki.
Asasyn jęknął, wypuścił z dłoni broń i oparł się nimi nisko o stół. Jego ciało się spięło, a szczególnie pośladki.
— Zostaw, to boli — syknął, obracając głowę do Haythama i rzucając mu gromami z ciemnych oczu.
— Znosiłeś zapewne nie raz większy ból, Connor. Nie zachowuj się jak dziecko — niski, przepełniony angielskim akcentem głos templariusza był dobrze słyszalny, bo ten mówił niemalże do ucha Connora. Przy tym masował samym końcem palca środek rozluźnionego, chociaż faktycznie obolałego, tyłeczka.
Chłopak przez kilka sekund mimowolnie się temu poddawał, zaciskając powieki, bo dotyk był przyjemny. Piekło, ale też to masowanie było… dobre. Przechodził go tam delikatny, mrowiący dreszcz, gdy ojciec umiejętnie poruszał palcem.
Naraz jednak asasyn zmusił się do ponownego sięgnięcia po nóż. Wpierw uderzył od tyłu Haythama łokciem w twarz, a potem odskoczył wraz z bronią wycelowaną przed siebie. Wyglądał jak zwierzak. Lekko pochylony, o napiętym, umięśnionym ciele, nagi, naturalny, z włosami luźno spływającymi po bokach twarzy… i z mocnymi wypiekami na policzkach.
— Haytham! — krzyknął, bo nawet nie wiedział, co powiedzieć. Do ojca nic nie docierało!
Starszy mężczyzna uniósł brwi wysoko, rozmasowując szczękę, jakby wyjątkowo go bolała. Była to jednak poza, aby pokazać synowi, że źle zrobił, uderzając go, bo po tym rozłożył ręce i spojrzał z ukosa na Connora.
— I co zrobisz? Zaatakujesz mnie? Masz drżące ręce, o nogach nie wspomnę. Myślisz, że to dobre rozwiązanie dla ciebie w tej chwili? Że nie obronię się i nie odwdzięczę się za atak? Przemyśl to, Connor — poradził mu niskim, spokojnym głosem, jakby naprawdę martwił się o chłopaka.
— Dlatego chcę odpocząć — Connor też odpowiedział zniecierpliwionym, zdenerwowanym tonem, ani na moment nie opuszczając broni. — Rozwiązać ręce, wytrzeć to z siebie i się ubrać! A ty, zamiast mi pozwolić, dotykasz mnie.
— Bo jest co dotykać, Connor — Haytham odparł z rozbrajającą szczerością i nie obawiając się ataku, a raczej wierząc, że sobie poradzi, jeśli taki nastanie, zbliżył się do chłopaka.
Kiedy był dość blisko, chwycił dłonie trzymające ostrze i odsunął je w dół, na bok. Drugą ręką chwycił Connora za szczękę i ponownie pocałował, zaczynając spychać go przy tym z powrotem na posłanie.
Młody mężczyzna może w normalnych warunkach dałby radę się obronić, ale czuł się fizycznie wyczerpany, a przede wszystkim w rękach nie miał siły. Dłonie ledwie czuł, uścisk na trzonku noża był słaby, więc broń wypadła mu z nich na podłogę, nim naraz upadł na plecy na posłanie, które zaskrzypiało. Connor za to stęknął głucho.
Haytham schylił się, aby zabrać broń. Spojrzał na Connora i jego zdezorientowaną twarz z wyższością, po czym pochylił się do niego. Samym czubkiem sztyletu przesunął po jego udzie, aby zaraz klęknąć jednym kolanem między jego nogami.
Asasyn popatrzył szybko w dół, a potem na twarz ojca i położył mu dłonie na torsie, żeby go zatrzymać.
— Skończyliśmy przecież…
Mężczyzna zlustrował go wzrokiem. Nic nie odpowiedział, a nie przejmując się tym słabym oporem, przesunął ostrze jeszcze wyżej. Delikatnie docisnął, nie przebijając jednak skóry na pachwinie i znowu spojrzał na twarz Connora, aby sprawdzić jego reakcję. Widział w jego oczach napięcie i wyczekiwanie na to, co ma nastąpić. Chłopak nie był głupi, by się teraz wyrywać. Leżał sztywno, a nawet klatkę piersiową starał się zbyt wysoko nie unosić w oddechach. Jedynie w odpowiedzi na ostrze przy lewej nodze odchylił ją ostrożnie na bok, z dala od niego. Haytham dzięki temu, miał większe pole manewru. Usiadł więc na swojej pięcie i jak w jednej dłoni przekręcił sztylet, tak drugą przytrzymał penisa Connora w dół.
Chłopak obserwował w napięciu, co ten robi, bojąc się ruszyć i bynajmniej nie spodziewając się, że ostrze zostanie przystawione do jego podbrzusza, a zaraz po tym pociągnięte w dół. Delikatnie i ostrożnie… ale ścinając część jego ciemnych włosków. Zimny pot oblał mu ciało, a serce łomotało mu w klatce piersiowej. Najpierw ojciec wsadził mu swojego penisa w tyłek, a teraz to… Nie miał pojęcia, czy to nie jakieś koszmarne praktyki jego ludzi, czy zaraz Haytham nie odetnie mu przyrodzenia. Nawet nie drżał, bo obawiał się ruszyć, więc jego dłonie, wcześniej na torsie Haythama, teraz zastygły w powietrzu, gdy ten się odsunął.
Templariusz był w tej chwili pod wrażeniem, jak ostrą broń miał ten młody asasyn. Golenie jego krocza było prawie tak łatwe jak za pomocą brzytwy. Nie wyciął jednak dużo włosków, tylko trochę z góry, gdzie skóra była najbardziej napięta. Zdmuchnął ciemne, kręcone włoski i znowu w palcach przekręcił ostrze, aby jego czubek był skierowany do ciała Connora. Przesunął nim w górę, aż do klatki piersiowej i delikatnie zahaczył o jeden ze sztywnych, ciemnych sutków. Och, Connor nie tylko tyłek miał zachęcający do wsunięcia się między niego, ale i klatkę piersiową. Aż prosiła się, aby ją wygnieść. Duże, umięśnione piersi w tej chwili ciemniejsze tak samo jak twarz Connora.
Pochylił się i liznął jeden z sutków, aby zaraz przygryźć go zębami. Chłopak jęknął cicho i nie wiedząc, gdzie dać teraz związane dłonie, uniósł je nad głowę.
— Odłóż ten nóż… Piłeś, może ci się obsunąć — powiedział z naciskiem.
Haytham spojrzał na jego twarz i lekko i pobłażliwie się uśmiechnął. Nadal wiedział, że trzeźwy nie jest, ale alkohol w dużej mierze z niego wyparował. Spalił go w bardzo przyjemny sposób kilka chwil temu, kiedy pieprzył tego doskonale umięśnionego, dużego, ale jednocześnie tak niewinnego młodzieńca.
— Niby masz tyle wiary w tę całą wolność, a mi nie możesz uwierzyć, że wiem, co robię — odparł i znowu go pocałował, opierając ciężar swojego ciała na dłoni, którą położył na tej szerokiej klatce piersiowej. Może od razu nie miał kompleksów, ale widział, że jest szersza od jego. Drugą dłoń, z ostrzem, skierował w górę, gdzie Connor zabrał swoje dłonie i… rozciął jednym pociągnięciem więzy.
Tym razem asasyn jęknął z ulgą i nad głową ojca rozmasował sobie szybko nadgarstki, krzywiąc się. Kilka razy rozprostował i zgiął palce obu dłoni, czując, jakie są zdrętwiałe i jeszcze nie działają tak sprawnie i szybko jak zwykle. Ale dobrze było móc nimi poruszyć i poczuć, że krew łatwiej dopływa do palców.
Gdy tylko się tym nacieszył, zerknął w górę na nóż, a potem pytająco i wyczekująco w oczy Haythama. Ten jeszcze nie odrywał się od jego ust. Smakowały mu, a ten naturalny zapach Connora był przyciągający i smakowity. Na tyle, że kiedy się uniósł, nadal go przyciskając do posłania, oblizał nieświadomie usta.
— Więc, tak jak mówiłem. Zostajemy tu dłużej, a ty się chwilę prześpij, jak tak potrzebujesz odpoczynku.
— Potrzebuję też się wytrzeć — burknął jego syn, który cały czas miał w głowie, że był pełen męskiego nasienia. Musiał się tego szybko z siebie pozbyć, bo to mu wadziło bardziej niż cała reszta.
Haytham chwilę na niego patrzył, nadal nad nim górując i klęcząc na jedno kolano między jego nogami.
— To się przekręć na brzuch, Connor. Zajmę się tym — obwieścił, bo nie było to na pewno propozycją podlegającą negocjacji.
— Umiem sam się umyć! — oburzył się asasyn.
Starszy mężczyzna uniósł brwi, lekko przekręcił głowę i patrzył na Connora jak na małe dziecko, które twierdzi, że samo coś umie, chociaż była to wierutna bzdura.
— Odwróć się. Sam się tylko podrażnisz, Connor — ponaglił go, puszczając jego klatkę piersiową i wstając. Zabrał przy tym sztylet.
Asasyn sapnął z irytacją, zrzucił z poduszki połamaną deskę i sznur, po czym przekręcił się z oporem na brzuch. Z jednej strony wolał być traktowany za samodzielnego, a z drugiej czuł się zielony w tym wszystkim, co dzisiaj ojciec z nim robił.
— Nie wydaje ci się, że za późno na ojcowskie odruchy? Kilka lat? — zapytał mrukliwie.
Haytham uniósł brwi, po raz kolejny zaskoczony słowami Connora. Ale i tak nie dał rady przez to się nie uśmiechnąć. Jak ten chłopak łączył te dwie rzeczy?
— W moich stronach mówią „lepiej późno niż wcale” — odpowiedział łagodnie, unosząc się, aby wyjąć ze swoich rzeczy chustkę, a nad ogniem zagotować trochę wody, aby była ciepła. Może była to przesadna troska, ale z drugiej strony dawała mężczyźnie pretekst do bezkarnego podotykania tych dużych, mięsistych pośladków i reszty silnego, śniadego ciała.
Connor nic nie odpowiedział, tylko podsunął poduszkę bliżej twarzy i lekko zmrużył powieki. Był zmęczony, wykorzystany i chciał odpoczywać. Chociaż nie, może nie był na tyle zmęczony, co podrażniony w kilku miejscach, więc po prostu ruszanie się było niekomfortowe. Szczególnie na dole, dlatego tylko leżał, pozwalając mięśniom się zrelaksować. Patrzył przy tym na poczynania ojca, myśląc o tym przyjemnym uczuciu, kiedy jego ciało ogarnęła całkowita gorączka i doszedł. To było bardzo przyjemne, ale przez to, co temu towarzyszyło, miał wrażenie, że nie do końca właściwe. Tak jak alkohol. Picie i upojenie było wspaniałe, ale skutki nieraz opłakane.
Haytham poruszał się po izbie spokojnie i całkiem cicho. Wydawał się zrelaksowany i spokojny. Jednocześnie jednak myślał o tym, jak poprowadzić całą sytuację dalej, aby nagle Connor nie uznał, że jego towarzystwo jest mu tak niemiłe, że nie bacząc na konsekwencje, porwie się na jego życie. Był przez to czujny, a zmęczenie odsuwał na dalszy plan.
W końcu z miską ciepłej wody, kawałkiem grubego, całkiem miękkiego materiału przysiadł na brzegu łóżka, na którym leżał jego nieźle wyrośnięty syn. W izbie było ciepło, duszno i pachniało ogniem i seksem.
Bez słowa przesunął wpierw dłonią po kręgosłupie asasyna, po czym sięgnął po szmatkę. Zmoczył ją, trochę wyżął, po czym przesunął nad wyrzeźbione, silne plecy i zgniótł mocniej. Woda spłynęła wzdłuż kręgosłupa i zatrzymała się w zagłębieniu nad tyłkiem.
Connor całkiem przymknął powieki i jak wpierw lekko drgnął, tak potem się zrelaksował, bo woda była przyjemnie ciepła. Zupełnie nie poddawał pod rozwagę tego, że Haytham mógł to robić dlatego, że mu się podobał. W końcu mężczyznom podobały się kobiety, a Haytham pewnie po prostu się nudził, gdy go wziął. Było to strasznie podłe, ale nie łączył specjalnie tego z tym, co ojciec robił teraz. Bardziej kojarzył to z obmywaniem spoconego ciała przez matkę, gdy jako dziecko miał gorączkę.
Mężczyzna przy tym nie wydawał się spieszyć. Do tego robił to zaskakująco przyjemnie i… delikatnie. Co nie zmieniało jednak faktu, że kiedy jego dłoń przemyła mu najpierw pośladki z zewnątrz, co już było dziwnie, to rozsunęła je sobie i Haytham zajął się na powrót dziurką. Wtedy zaczęło być Connorowi znowu niespodziewanie ciepło. Haytham dotykał zwieracz, oblewał go wodą, aż w końcu wsunął w niego dwa palce i zgiął je w środku, aby po tym wyciągnąć.
Asasyn drgnął i rozchylił powieki. Obejrzał się na Haythama, by zobaczyć, co ten znowu wyprawia i obawiając się, że zobaczy jego penisa gotowego znów mu to zrobić.
— Miałeś tylko wytrzeć — przypomniał mu.
— Myślałem, że chcesz się umyć. Zamiast wycierać, można było to zwyczajnie zostawić, aby wyschło — odparł mężczyzna i nie zważając na słowa chłopaka, rozsunął palce w jego dziurce, żeby między nimi móc wlać do środka kilka kropel wody.
Szparka napięła się, jakby chciała się zamknąć, ale palce skutecznie ją przed tym powstrzymały. Sam Connor za to chciał powiedzieć coś o tym, że chyba jednak woli to sam zrobić, ale zdał sobie nagle sprawę, że od tych zabiegów jego członek ponownie mu stwardniał. Nie całkiem, ale odrobinę. Odwrócił więc znowu twarz do poduszki, żeby Haytham przypadkiem nie zobaczył jego nagłych rumieńców. Był przy tym strasznie szczęśliwy, że krocza też nie widzi, bo może uznałby to za znak, że lubi, kiedy coś robiło mu z tyłkiem? To przecież nie mogło być normalne.
Starszy mężczyzna jeszcze wlał kilka kropel do tyłeczka chłopaka, po czym wsunął w niego głębiej palce, trzymając szmatkę, poniżej jego dziurki. Pomasował go od środka rozluźniająco, po czym je wyjął.
— Ściśnij — poinstruował go, aby ten wycisnął z siebie wodę i resztki jego spermy.
Connor zaczerwienił się mocniej, teraz już pewien, że nie powinien był pozwalać ojcu tego robić. Gdyby wiedział, że tak to ma wyglądać, wyszedłby przed dom ze szmatką, wodą i tam się pobieżnie wypłukał.
Zacisnął palce na poduszce, a następnie popracował dolnymi partiami i Haytham mógł ujrzeć, jak z pomarszczonego otworka wypływa odrobina biało-przezroczystej cieczy. Zgarnął ją szmatką dopiero, kiedy spłynęła po całym rowku, aż do jąder. Widok był bardzo pociągający.
— Widzisz, Connor. Kiedy chcesz, umiesz się zachować — pochwalił go, masując po boku wolną dłonią.
— Nie traktuj mnie jak dziecko — Connor odpowiedział ostro i przekręcił się na bok, choć zewnętrzną nogę pozostawił zgiętą w kolanie, by nie było widać jego krocza. — Już możesz iść spać, nam obu przyda się odpoczynek.
Haytham ostatni raz pomasował go po pośladku.
— Zaraz przyniosę coś do okrycia — odparł, wstając razem z miską. Po drodze miał też zamiar pochować w bezpieczne miejsce całą ich broń. Tak na wszelki wypadek.
Jego syn słyszał, jak to robi, ale zignorował to. Gdyby chciał, mógł zrobić sobie broń z tego, co znajdzie w lesie. Haytham może był doświadczony, ale nie wiedział, jak ludzie tacy jak on sobie radzą. Żyli bardziej dziko niż ci przeklęci Anglicy i umieli korzystać z tego, co ich otaczało, a nie tylko używać gotowców.
Kolejny raz tego wieczoru przekręcił się plecami do izby i zamknął oczy. Nie wiedział, czy szybko zaśnie, ale jeśli mieli zostać jeden dzień dłużej, zamierzał dłużej spać. Wiedział, że sen to najlepszy sposób na regenerację.
Haytham chwilę go obserwował, krzątając się, aż w końcu zrobił coś, czego Connor się nie spodziewał.
— Posuń się — mruknął i położył się na tym samym łóżku, zakrywając ich dodatkowym kocem. Podłożył rękę pod głowę, a brodę oparł o czubek głowy syna.
Ten obejrzał się na niego pytająco.
— Chciałeś bliżej ciepła.
— Właśnie leżę bliżej ciepła — Haytham odparł, obejmując młodego asasyna trochę powyżej talii. — Śpij już i nie dyskutuj.
Connor odwrócił się znowu do ściany z lekkim zażenowaniem, znowu nie rozumiejąc, dlaczego ojciec to robi. Sięgnął jeszcze pod kocem do jego biodra, by zobaczyć, czy ten nie chowa żadnej broni, którą mógłby go w nocy zabić. Gdy jej nie wyczuł, ułożył się wygodniej i zamknął oczy.
— Nie martw się, nie mam nic, co mogłoby się w ciebie wbić i cię zabić, Connor — Haytham dodał już mrukliwie, ale i tak poruszył biodrami, aby wyczuć nagie, krągłe pośladki swojego syna. Tak, przyjemnie było znowu poczuć kogoś w ramionach i kto tak przyjemnie kojarzył mu się ze Ziio. Do tego Connor miał niewątpliwy plus. Nie spłodzi z nim żadnego dzieciaka, który będzie chciał go zabić. Aż zaśmiał się na niedorzeczność swoich myśli. Musiał się zdrzemnąć.

*

Haytham był sam zaskoczony, że obudził się przed Connorem. Mógł jednak mieć na to wpływ fakt, że ten zgarnął na siebie większość koca, całego przykrycia, i teraz tyłek starszego mężczyzny, mimo że w spodniach, był zimny jak śnieg za oknem. A młody asasyn grzał bardziej niż wygaśnięte palenisko w kominku.
Poprawił głowę na zdrętwiałej ręce, unosząc się trochę w górę, aby zobaczyć jego śpiącą twarz. Była spokojna i w niektórych aspektach tak podobna do Ziio. Connor jednak dzielił z nim odrobinę angielskich pierwiastków, ale i tak bardziej wdał się w matkę. Teraz spał z trochę pochyloną do klatki piersiowej głową, oddychając przez nos, z włosami chaotycznie rozłożonymi wokół. Na to, że wciąż spał o tej porze, na pewno miały wpływ wydarzenia z zeszłej nocy. Nie było to coś, co chłopak znał, a już tym bardziej jego organizm.
Templariusz pozwalał sobie na obserwowanie go i myśli na temat ich „różnic poglądowych”, jak łagodnie nazywał to w głowie. Zerknął jeszcze raz na Connora i nie ruszając dłoni spod głowy, drugą zsunął w dół z jego bok na biodro. Był gorący pod tą pościelą, więc ochota na rozgrzanie się od niego przychodziła sama z siebie.
Wyczuł tam rzeczywiście gorące ciało, do tego specyficznie mięsiste i wytrenowane. Nie było też do końca gładkie, choć Connor bynajmniej nadmiernie owłosiony nie był. Zresztą, był bardzo młody, jego ciało, choć męskie i spore, wciąż było ciałem młodzieńca. Haythamowi podobało się, co czuł pod palcami. Na tyle, że uznał, że nie zaszkodzi spróbować miło zacząć poranek.
Zsunął dłoń z biodra na przód i pomasował podbrzusze, które wczoraj trochę podgolił, a potem dotknął jeszcze miększej skóry na członku.
Connor się obudził. Otworzył oczy, ale nie ruszył się w żaden inny sposób. Czuł mężczyznę za plecami, czuł jego dłoń na swoim członku i przypomniał sobie, jak wczoraj miło go tam dotykała. Czekał więc, co będzie dalej. Był zrelaksowany snem, ciszą wokół i ciepłem koca. Nie czuł też żadnego ataku na swoje tyły, więc nie kręcił się i dalej spokojnie oddychał.
Haytham zauważył to i oparł brodę bardziej o głowę Connora, jednocześnie przysuwając się bliżej i żywiej zaczynając dotykać jego krocza. Trochę się sam o niego otarł, chowając przy okazji swój tyłek pod przykryciem.
Jego syn reagował odpowiednio. I szybko, bo przecież nie miał powodów, żeby hamować swoje reakcje. Dlatego jego członek rósł w dłoni ojca, a całe ciało chłopaka wydawało się jeszcze bardziej grzać. Do tego brzuch przyjemnie się spinał, podobnie jak uda, a Connor po jakimś czasie już musiał oddychać przez usta, a nie przez nos, bo jego podniecające się ciało wymagało więcej tlenu.
Starszy mężczyzna nie zaprzestał masturbowania go pod kocykiem. Przy okazji patrzył na jego twarz, samemu się pobudzając dzięki ocieraniu się o ten krąglutki tyłeczek, którego połóweczki zaciskały się, kiedy Connor wypychał biodra do jego dłoni. A teraz dodatkowo mocniej zacisnął powieki, własną dłonią sięgnął do wczoraj podgryzionego przez ojca sutka i po chwili, gdy cicho jęknął, z jego członka wystrzeliła sperma, a on cały drżał i przeżywał swój orgazm.
Haytham czuł, jak jego penis pulsuje mu w dłoni. Dosłownie wycisnął z niego resztki soków w swoją dłoń, po czym przysunął ją w górę do ust Connora. Jego palce były wilgotne i ciepłe od spermy, kiedy otarł je o rozchylone, ciemne wargi. Sam poczuł na palcach jego gorący oddech, a asasyn stęknął i zamrugał, znów zaskoczony zagrywkami mężczyzny. Jego pojmowanie o seksie ograniczało się do wchodzenia w kobietę, więc nie wiedział, jak rozumieć smak własnej spermy na wargach. Oblizał je jednak i przymknął oczy, aby uspokoić obudzone w taki sposób ciało.
— Wypocząłeś? — templariusz spytał, dotykając znowu jego ust, a potem szyi i obojczyka. Cały czas patrzył na niego z tyłu, podpierając głowę o dłoń.
Connor przekręcił głowę w jego stronę, a ciemne, brązowe oczy spojrzały na starszą twarz.
— Tak. Jestem głodny, więc pewnie długo spaliśmy — ocenił po stanie tego, jak się czuł. Zwykle, gdy wstawał z samego rana, nie miał ochoty nic brać do ust.
Haytham uśmiechnął się oszczędnie do chłopaka. Był taki… niewinny. Dosłownie wart grzechu, z tą swoją uległością i brakiem świadomości, co tak naprawdę właśnie przeżywał.
— Więc możesz wstać i coś nam przygotować.
Connor zgodził się z nim, bo miał taki plan, ale jeszcze przeciągnął się na łóżku, ziewnął i odsunął z twarzy włosy. Dopiero po tym wstał z posłania, obchodząc Haythama. Wciąż nago zajął się przelaniem kolejnej porcji z puszek do rondla i podstawieniem go pod ogień. Dopiero potem sięgnął po swoje ubrania. Wsuwając spodnie, rzucił do ojca:
— Niech to się grzeje, ja pójdę pod drzewo i nakarmić konie.
Templariusz przekręcił się na środek łóżka i na plecy. Patrzył z zaciekawieniem na Connora i był pod wrażeniem tego, jak ten beztrosko znosił to, co się wydarzyło.
— Dobrze. Możesz później przynieść śniegu, woda się kończy.
Connor potwierdził jego słowa już tylko mruknięciem, wracając do swojego milczącego ja. Gdy się ubrał, wyszedł z domku i dość długo go nie było. Haytham wiedział, że się nie oddalił, bo słyszał po kilku minutach, jak uspokaja konie. Rozległo się też ich krótkie rżenie. Potem znowu minęło kilka minut, aż Connor wrócił z woreczkiem z przyprawami oraz z trochę twardym już chlebem, ale uznał, że jak będą moczyć go w gorącym daniu z rondla, będzie zjadliwy.
Bez słowa podszedł do gotującego się jedzenia, dosypał trochę przypraw, aby doprawić to, co niezbyt smakowało, zamieszał i ponownie wyszedł, tym razem z innym naczyniem na śnieg.
Haytham jeszcze moment nie mógł zdecydować się, aby wstać spod ciepłych pieleszy, aż w końcu przeciągnął się i to zrobił. Pierwsze co, to poprawił swój kucyk siwiejących włosów. Czuł, jak niektóre włosy wymykają mu się spod czerwonej wstążki. Po tym ubrał buty, poprawił koszulę oraz po momencie zastanowienia założył jeszcze czerwoną kamizelkę, jeśli zdecydowałby się wyjrzeć poza progi drewnianej chaty. Tak odziany, pocierając dłonie, zajrzał do rondelka i spróbował chochlą gotującej się potrawki. Nie pogardziłby dziczyzną do tej puszkowanej papki. Dzisiaj miała jednak lepszy smak niż wczoraj. Zacznie wyraźniejszy, trochę ziołowy i ogrzewający od środka.
Usłyszał trzask drzwi, gdy jego syn wszedł do środka, zamykając za sobą nogą i niosąc duży garnek pełen śniegu.
— Ciepłe już? — zapytał, widząc, że mężczyzna stoi nad garnkiem. Ruszył w jego stronę z tym, co przyniósł.
— Tak, cieplejsze. I zjadliwe. Nie myślałeś, aby wykorzystać trochę swoich dzikich umiejętności i przebiec się po lesie za jakimś mięsem? — spytał, prostując się i odsuwając, aby młody asasyn postawił śnieg przy ogniu. Przyglądał mu się przy tym z założonymi za plecami dłońmi.
— Myślałem. Ale schowałeś moją broń — Connor zauważył poważnie, nie patrząc na niego, tylko podstawiając garnek, a ten z jedzeniem zabierając znad ognia za pomocą materiału, by nie sparzyć rąk. Przeszedł z nim do stołu, gdzie zostawił twardawy chleb.
— Oo… och, racja — mężczyzna odparł, a na jego twarzy nie odbiła się żadna reakcja świadcząca o tym, że się tym przejął. — Pomyślę o tym, aby ci ją zwrócić, a przynajmniej część. W końcu wiele nie potrzebujesz, aby zabić biednego szaraka.
— Łuk i strzały. Tomahawk też by się przydał, gdybym trafił na nieprzyjaciół w lesie. Nóż do oskórowania i wypatroszenia. Wiele by mi się… przydało — Connor wycedził, rzucając mu groźne spojrzenie i usiadł ciężko przy stole. Od razu sięgnął po kawałek chleba, ułamał go i zamaczał w jedzeniu.
Templariusz pomyślał chwilę, także sięgając po jedzenie. Wczorajszy seks był miły, ale był głodniejszy niż zazwyczaj.
— Oddam ci łuk i strzały. A w razie czego masz nogi. Zawsze możesz uciec. Dobrze ci to idzie.
Asasyn ściągnął brwi i wskazał na niego chlebem ponad stołem kromką umoczoną w pomarańczowej papce. Kilka kropelek skapnęło na blat.
— Nie myśl sobie za wiele! Mamy chwilowy sojusz, ale to jest mój dobytek… ojcze. Nie masz do niego prawa, więc będę go żądał z powrotem i oddasz mi go, jeśli i ci życie miłe.
— Och oczywiście, że ci go oddam. Ale ten sojusz też wymaga poświęceń — Haytham odpowiedział, mając głownie na myśli poświecenia ze strony Connora. — A teraz ufam bardziej sobie niż tobie w zachowaniu pokojowej koegzystencji — dodał, używając specjalnie słów, które mogły Connora wpędzić w zakłopotanie, jeśli by jego szczęściem ich nie rozumiał. — Oddam ci wszystko, gdy stąd wyruszymy.
Asasyn wciąż miał groźną minę, ale nietrudno było zauważyć, że nie bardzo rozumie ojca. Na pewno z kontekstu zrozumiał, o co chodzi, ale niektóre słowa były dla niego czarną magią. Matka nauczyła go angielskiego, a potem podszkolił się w tym języku przez kontakt z ludźmi, ale wciąż zdarzało mu się rozumieć wszystkiego. Nie zamierzał jednak tego po sobie pokazywać.
— Mam nadzieję — mruknął i wrócił do jedzenia.
— I to ja rozumiem. — Haytham uśmiechnął się z dumą wypisaną na twarzy, że osiągnął to, co chciał. Żywiej zabrał się za jedzenie. Marzył o dziczyźnie, ale to na tę chwilę zapychało żołądek.
Kilka minut jedli w milczeniu, napychając żołądki bliżej niezidentyfikowaną papką, aż Connor uniósł na krótko wzrok na Haythama i popatrzył uważniej na jego twarz. Potem znów spuścił wzrok na rondel i zaszurał podeszwą o podłogę, walcząc chwilę ze sobą. W końcu jednak pękł i nie przerywając jedzenia, rzucił niskim, mrukliwym głosem:
— Haytham… Pamiętasz, jak…
Starszy mężczyzna także na niego spojrzał, przy tym wysoko unosząc brwi z zaciekawieniem.
— Pamiętam jak?
— Jak pytałeś… czy „czuję to”? — Connor znowu na chwilę uniósł na niego spojrzenie i ugryzł kawałek mokrego chleba. — Wszyscy tak mają…?
Mężczyzna uśmiechnął się twarzą, chociaż nie ustami. Jego oczy tak naprawdę tylko szerzej się otworzyły, a skóra na policzkach naciągnęła się.
— Wszyscy jak mają, Connor? — dopytywał, zainteresowany tą rozmową i dalszym jej biegiem.
— No wiesz — chłopak mruknął z naciskiem i spojrzał do rondla, maczając pieczywo i udając, że rozmowa jest normalna i swobodna. Naprawdę nie bardzo wiedział, po jak cienkim lodzie stąpa, jak to odbieraliby ludzie pokroju ojca, ale przecież musiał wiedzieć. Chciał czuć się pewniej z tym, co wczoraj się stało. — Jak się ruszałeś.
Haytham westchnął i oparł się głębiej na stoliku. Pochylił głowę, lekko ją przekrzywiając, aby móc lepiej dojrzeć twarz syna.
— Tak czują się, jak ty się wtedy czułeś? A jak się czułeś? Będę mógł dokładniej i lepiej odpowiedzieć na twoje wątpliwości.
— Skoro pytałeś wtedy, czy czuję, to, wiedziałeś, o co pytasz! — Connor od razu odpowiedział ostrzej, ściągając brwi i czerwieniejąc na twarzy prawie tak, jak czerwona była kamizelka Haythama.
— Różnie niektórzy to odbierają — mężczyzna ze spokojem odpowiedział, panując nad swoim głosem i powoli kończąc posiłek. — Powinno być to coś przyjemnego, drażniącego od środka, powodującego mocniejsze bicie serca. Ale — westchnął teatralnie — każdy odczuwa szczegóły inaczej. Mogło zapierać ci dech, a jednocześnie mogłeś chcieć krzyczeć. Dlatego, Connor, dopytuję, bo skoro mamy okazję o tym swobodnie porozmawiać jak cywilizowani ludzie — podkreślił to subtelnie — to czemu zabierać sobie taką sposobność?
Chłopak mieszał chwilę skórką od chleba w rondlu, czując się trochę skrępowanym, ale ojciec mówił o tym tak, jakby to było coś zupełnie normalnego. Może było? Tego właśnie chciał się dowiedzieć, w ogóle zadając to pytanie. Haytham był pierwszą osobą, z którą miał seks, więc mógł go wykorzystać i dowiedzieć się więcej. Chociaż sam nie wiedział, czy to był seks. Chyba był, bo była kopulacja… i ta przeklęta sperma! Czuł się zagubiony w tym wszystkim!
— A ty jak masz? — zapytał więc obronnie, na razie nie wiedząc, co powiedzieć.
— Na tę chwilę rozmawiamy o tobie, Connor — Haytham przypomniał mu uprzejmie.
— To ja nie wiem. Było dziwnie — mruknął asasyn i znowu zajadł swój niepokój. Siedział nisko pochylony nad stołem, na rozmówcę unosząc spojrzenie tylko od czasu do czasu. — Mówiłem ci, że boli.
— A poza tym? — usłyszał pytanie, w którego tonie nie słychać było „czy było coś poza tym?”, tylko „co było poza tym?”.
— Mrowiło mnie — Connor odpowiedział słowami, które wydawały mu się najbliższe tego, co czuł.
— Gdzie?
Tym razem Connor popatrzył na niego na dłużej z zaciśniętymi ustami i ściągniętymi brwiami.
— Tam gdzie się ruszałeś — burknął, znowu pocierając niecierpliwie podeszwą o podłogę. — To wszyscy tak mają? — dopytał z naciskiem.
Haytham moment nic nie mówił, patrząc tylko na swojego syna. Okłamanie go było takie proste, z drugiej strony mogło wypaczyć jego postrzeganie świata.
— Tak, to całkowicie naturalne — odparł z przekonaniem w głosie. — Niektórzy jednak, jak ty, mają z tego więcej przyjemności niż inni. Co oczywiście się ceni.
— Więcej? Skąd wiesz, że ja mam więcej?
— Bo widzę, Connor. Za kogo ty mnie masz? — Haytham odparł, jakby chłopak obraził jego niepodważalnie większą wiedzę.
Asasyn mruknął coś i dojadł ostatni kawałek chleba. Oblizał usta i wytarł je wierzchem dłoni.
Jeśli to było normalne, nie wiedział, dlaczego nikt mu o tym nie mówił. Z drugiej strony ledwie dwa razy przypadkiem, jako dziecko, zobaczył seks jakiejś pary, więc nie miał pojęcia, co się tak naprawdę działo w łóżku. Poza tym co widział na zwierzętach. Samiec musiał wejść w samicę, by spłodzić potomstwo, ale robiło się to przecież też dla przyjemności. Może to była jedna z takich rzeczy?
— To ja idę zapolować — oznajmił, osuwając się od stołu. Musiał o tym pomyśleć. — Daj mi broń.
Haytham spojrzał na niego w górę ze swojego miejsca. Przemyślał to, po czym wstał i z drewnianej skrzyni wziął łuk i strzały Connora. Podał mu je.
— Nie muszę ci chyba mówić, że masz wrócić jak najszybciej? — mruknął, mając w planie jeszcze wykorzystać ich postój na coś więcej niż bierny odpoczynek.
— Wrócę, jak coś upoluję — odpowiedział jego syn, przewieszając kołczan przez ramię, a do ręki biorąc łuk. Od razu czuł się pewniej, mając przy sobie broń. — A ty nie pij — dodał, wskazując go palcem i ruszył do wyjścia.
— Już idź i nie dyskutuj z ojcem. — Templariusz pogonił go gestem dłoni. Nie planował pić w pojedynkę. Alkohol wolał zostawić na… potem.

*

Minęły ponad cztery godziny, nim usłyszał rżenie koni, czujących nadchodzenie jednego ze swoich jeźdźców. Wciąż było jasno na zewnątrz, a Connor, gdy wszedł do izby, miał czerwony nos i policzki. Było chłodniej niż wczoraj.
Przez ramię przewieszonego miał niedużego, rudego lisa, a na głowie zarzucony kaptur. Wpierw w drzwiach zdjął buty i dopiero wszedł głębiej. Bez słowa rzucił swoją zdobyczą na stół, po czym podszedł do drewnianego krzesła bliżej paleniska, żeby rozebrać się z przemoczonych na śniegu ubrań i wysuszyć je.
Haytham siedział na łóżku. Patrzył teraz z zainteresowaniem na przybyłego, przerywając na moment ostrzenie swoich sztyletów. Po wczoraj poczuł wewnętrzną potrzebę, aby i jego broń była w tak dobrym, zadbanym stanie.
— A jednak lis — obwieścił, wstając i podchodząc do futerkowego zwierzątka. Obejrzał go ze śladowym zainteresowaniem. — Z tego futra byłby ciepły kołnierz na tę paskudną, śnieżną pogodę. Co przygotujesz? — dodał po krótkiej pauzie, dając jasno do zrozumienia, że asasyn nie tylko miał zdobyć mięso, ale i przygotować posiłek.
— Upiekę go nad ogniem całego. Czego nie zjemy dzisiaj, zjemy w drodze. Jest coraz zimniej, będzie długo się trzymać — odpowiedział jego syn, wieszając mokre ubrania na krześle. Potem nago przeszedł do swoich juków, które wcześniej rzucili pod ścianę i wyciągnął z nich czyste, a przede wszystkim suche spodnie.
Haytham nie miałby nic przeciwko, jakby chłopak w ogóle nie ubierał na siebie nic. Miło było nacieszyć wzrok jego umięśnionym ciałem.
— To masz, obskóruj go — dodał, wbijając swój sztylet w deski stolika, tuż obok martwego lisa. Sam też usiadł na krześle. — I nie myślałeś o tym, aby zamiast się znowu ubierać, dołożyć więcej drewna?
— Mogę to zrobić po tym, jak się ubiorę — Connor odpowiedział wyczuwalnie bardziej defensywnym tonem. Przy tym rzucił ojcu krótkie spojrzenie, chcąc się upewnić, czy ten aby znowu czegoś podejrzanego nie zamierza, skoro tak do niego mówi.
Wciągnął na tyłek spodnie i ruszył do stołu ze zwierzęciem.
Templariusz zostawił już tę kwestię bez komentarza. Przyglądał się za to, jak jego syn bierze ostrze do ręki i zaczyna obskórowywać lisa, aby go następnie upiec.
— Nie mógłbyś tego jednak robić na zewnątrz? — spytał, kiedy młody asasyn rozkroił brzuch zwierzęcia, a specyficzny zapach wydostał się ze środka. Krew sama w sobie też go nie brzydziła, ale jednak uważał, że brodzenie nią wszystkiego wokół jest zbędne.
Connor rzucił mu ostre spojrzenie i rozłożył ręce.
— Mogłeś mi powiedzieć, że ci to przeszkadza, zanim zdjąłem przemoczone ubrania.
Haytham cmoknął ustami, niezadowolony z odpowiedzi, ale widział w niej sens. Nie powiedział już nic, tylko patrzył, aż w końcu Connor zebrał wnętrzności do wiadra, a samego lisa przeniósł w stronę kominka, aby nabić na rożen. Starszy mężczyzna patrzył na to barbarzyństwo z uznaniem pomieszanym z niesmakiem. Wolał, kiedy jedzenie było mu już podawane.
Kiedy Connor pochylał się do kominka, aby na specjalnych uchwytach umieścić nad ogniem truchło zwierzęcia, sam wstał. Przesunął, zebrał na dłoń trochę krwi, jaka była na stole, i podszedł od tyłu do asasyna. Cicho, spokojnie. Palcami, umoczonymi we krwi jak w farbie przeciągnął po jego plecach, znacząc, malując.
Connor obejrzał się na niego, ale nie wyprostował się i nie zaprzestał tego, co robił. Było gorąco od paleniska, a musiał to jakoś ustawić.
— Co?
— Maluje cię. Nie są to barwy wojenne, to wiem, ale może… inne. — Zaśmiał się, zakreślając mu na plecach wzorki i odznaczając mu nad pośladkami znaki swojej dłoni.
— Po co? — Connor dalej pytał, nie rozumiejąc, ale pozwalał na to ojcu. Przy tym już patrzył na palenisko, upewniając się, czy wszystko odpowiednio się trzyma.
— A po co ty malujesz sobie twarz, kiedy idziesz się bić? — Haytham zapytał, rysując już mniej wyraźne słońce na śniadej łopatce. Jednocześnie bawiło go to, jak utożsamiał sobie to ze swoistym oznaczaniem Connora. Poza tym nie przyznawał się przed sobą nawet do tego, ale ta jego dzikość go podniecała.
— Nie zrozumiałbyś lub uznał, że to moje głupie przekonania — Connor odpowiedział zdawkowo i w końcu się wyprostował, gdy lis już piekł się nad paleniskiem. Zebrał w dłoń włosy i przełożył je do przodu na swoją klatkę piersiową. — Co mażesz? Jeśli krzyż, w odwecie wypalę ci znak asasynów — zagroził.
— Nie krzyż — Haytham odparł od razu i tym razem wytarł brudne od krwi dłonie o klatkę piersiową Connora. — Teraz co innego mi w głowie niż zakon.
Connor spojrzał w dół na swój tors i męskie dłonie na nim. Przez to od razu nabrał czujności i chwycił ojca zapobiegawczo za nadgarstki.
— Co takiego? Piłeś? — dopytał ostrzej.
— Nie — Haytham odparł od razu i sięgnął do jego dłoni, odginając jeden po drugim palec ze swojego nadgarstka. — Stresujesz się? Jeszcze niedawno mówiłeś, że mrowienie było przyjemne.
— Nie mówiłem jednak, że chcę to powtarzać! — Connor odpowiedział od razu i odwrócił się przodem do mężczyzny. Spojrzał mu prosto w oczy, tak różne od swoich. — Jesteś moim ojcem! Nie chcę, żebyś znowu to robił!
— Nie chcesz, czy się boisz, Connor?
— Nie boję się ciebie! — Chłopak pchnął go w tors, by go od siebie odsunąć, a następnie ostrzegawczo wskazał go palcem. — Nie zgadzam się! To był jeden raz i o jeden za dużo! — dodał z pełnym przekonaniem. Zamierzał uprawiać seks z kobietą wtedy, kiedy będzie właściwy czas.
— Nie musisz się zgadzać — templariusz odparł i podszedł do wiaderka, aby obmyć dłonie z krwi. Wydawał się niewzruszony tym, że Connor go odsunął, ale jednocześnie był poirytowany, że jego plan zawiódł. Musiał inaczej podejść do sprawy. Może nawet mniej polubownie.
Asasyn obserwował go przy tym jak kogoś, kto w każdej chwili może zrobić nieprzewidziany ruch. W końcu podszedł do swojego posłania i usiadł na nim, żeby chwilę odpocząć w oczekiwaniu na upieczenie się mięsa.
— Nie weźmiesz mnie gwałtem. Co cię do tego pcha? Wczorajszy raz ci nie wystarcza? Jak często potrzebujecie seksu?
— My? — mężczyzna spojrzał na niego, prostując się i poprawiając mankiety koszuli.
Connor wskazał na niego dłonią, równocześnie opierając się nagimi plecami o ścianę, a nogi trzymając szeroko, trochę zwisające za krawędź łóżka.
— Ludzie twojego pokroju. Anglicy, koloniści. Mówi się o was, że myślicie tylko o gwałtach i mordach.
— Och… — Anglik uniósł wysoko brwi w oznace zaskoczenia. — Zabawne, że to mówisz, bo o was dzikich mówią dokładnie to samo. A mimo wszystko spotkałem trochę waszych ludzi i jakoś umiem wydawać samodzielne osądy. Nieoparte o czyjeś przekazy — odparł, jakby sam nigdy nie dopuścił się ani morderstwa, ani gwałtu. — Connor, to nie kwestia, kim jesteś, ale jak postępujesz i jakie masz zasady. Mój kodeks może i różni się od twojego, ale jak do tej pory nie spotkała cię krzywda z mojej ręki, cokolwiek byś nie mówił i nie myślał — mówił, mydląc mu oczy spokojnym tonem i zbliżając się znowu coraz bardziej.
— Od wczoraj zachowujesz się podejrzanie, robisz coś, co sprawia, że wcale nie jestem pewien tego bezpieczeństwa przy tobie obok — Connor odpowiedział, patrząc na jego postać i myśląc o wszystkim, co wydarzyło się od wczoraj. Wydawało się to zupełnie inne niż to wszystko, co dotąd robił z Haythamem. Podróżowali razem, mieli chwilowo podobny cel i współpracowali na jakichś zasadach, które jednak obaj rozumieli. A teraz działo się coś, czego nie pojmował. — Robisz… dziwne rzeczy.
— Które w żaden sposób ci nie szkodzą. Pokazuję ci coś, czego nikt inny by ci nie pokazał. Czy nie wiedza jest tym, czego pragniesz, Connor? — mówił, podchodząc coraz bliżej młodego wojownika.
— Wiedza… Dlaczego więc mi po prostu nie opowiesz…?
— Connor, proszę, nie bądź śmieszny. Czy jakbym opowiedział ci, jakie to uczucie zabić, wiedziałbyś tak naprawdę, jakie to jest? Niektórych rzeczy trzeba spróbować na własnej skórze. Daj więc sobą pokierować — zasugerował, stając między jego nogami i patrząc na Connora z góry, z dłońmi splecionymi za plecami.
Widać było, że asasyn ze sobą walczyć. I co tu dużo mówić, ojciec miał rację — było w tym też trochę strachu. Nie chciał godzić się na coś, co mogłoby być dla niego upadlające, jak chociażby to napełnienie nasieniem jak samicę. Nie chciał też, jak każdy zresztą, żeby to, co robi Haytham, bolało. Z drugiej strony jednak chciał wiedzieć, czym jest seks, przynajmniej trochę, skoro już tkwili bezczynnie w jednym miejsc.
— Nie jestem pewien… — powiedział w końcu, napinając się w obliczu takiej bliskości mężczyzny, która wcześniej tak nie wadziła, a teraz była sygnałem ostrzegawczym.
— Ja za to jestem pewien. To dla ciebie ważna lekcja — starszy mężczyzna odparł i klęknął jednym kolanem między udami Connora. Sięgnął do jego twarzy i głowy, łapiąc garść włosów i przesuwając je między palcami. Powtórzył to ze dwa razy, aż chwycił Connora mocniej i przyciągnął do siebie.
Chłopak zaparł się dłonią o jego bok i popatrzył mu z napięciem w oczy. Jego oddech stał się cięższy, a umięśniona klatka piersiowa powiększyła się znacznie.
Haytham zacisnął mocno palce na jego miękkich włosach i przyciągnął, całując go w usta. Od razu usłyszał stłumione stęknięcie, a Connor nie dość, że mocniej ścisnął jego bok, to jeszcze nieumiejętnie uchylił wargi i odpowiedział na pocałunek. Defensywnie i ostrożnie.
To dla Haythama było jak zaproszenie. Wsunął palce w czarne włosy, bliżej skóry głowy i na potylicy ponownie zacisnął. Odchylił głowę Connora i wzmocnił pocałunek. Jednocześnie skierował go do tyłu i na bok, aby nie miał za plecami ściany. Ten jednak od razu wyczuł, że ojciec znowu chce zdobyć nad nim przewagę, więc podparł się za plecami ręką o materac i cofnął szybko głowę.
— Haytham, nie.
— Czemu tym razem nie? Masz niepowtarzalną okazję, aby wiedzieć coś więcej, czegoś więcej doświadczyć. Nie mów mi, Connor, że obawiasz się bólu? — na końcu prawie że się zaśmiał. Musiał jakoś sprowokować tego młodego asasyna do podjęcia ryzyka. Szarpanina nie była w jego stylu.
— Nie! — Connor odpowiedział od razu. Szybko i zdecydowanie, nawet jeśli było to czymś, o czym myślał. Tyłek wciąż go piekł, bieganie nie było komfortowe, a już wiedział, że i jazda konna nie będzie czymś przyjemnym. Nie chciał tego pogorszyć, ale nie mógł okazać takiej słabości. To godziłoby w jego dumę.
— Więc nie ma problemu — templariusz odpowiedział z pogodą w głosie i pchnął Connora, aby ten upadł ponownie na plecy.
— Nie, ale… — Connor zaczął, patrząc na niego z dołu. Nie umiał jednak jakoś głośno powiedzieć „ale nie chcę znowu, żebyś wsadził swojego penisa w moją dupę”, bo wydawało mu się dziwne, niesmaczne i niewłaściwe.
— Zaręczam ci uroczyście, Connor, że tym razem nie masz się czego obawiać — Haytham odparł i złapał go za szczękę, całując mocno. — Odwróć się. Mam pewien doskonały pomysł.
Wzrok jego syna był jednak podejrzliwy.
— Znowu na brzuch…? Nie możesz mnie nauczyć czegoś innego?
— Nauczę cię, jednak wpierw muszę cię przygotować.
Connor myślał przez chwilę, irytując się zarówno własną ciekawością, jak i enigmatycznością ojca. Może jednak dałby radę coś na tym zyskać, poza oczywiście większym wtajemniczeniem w to, co robili. A mianowicie zyskać to niesamowite uczucie, kiedy ktoś dotykał jego penisa i sprawiał, że sperma z niego tryskała.
— Pod warunkiem, że będziesz mi dotykał penisa — powiedział poważnie.
Haytham uniósł wysoko brwi, zaskoczony takim podejściem. Connor stawiał warunki. Był w głębokim szoku, który dodatkowo go bawił. Ale mógł się na coś takiego zgodzić.
— Jeśli tak stawiasz sprawę. Rozbierz się więc i ustaw na łóżku — ponaglił go, samemu siadając na końcu posłania z nogą na nogę i zerkając na młode ciało, sam zaczął zdejmować kamizelkę i koszulę.
Jego syn przełknął ślinę i odwrócił wzrok, przy okazji rumieniąc na twarzy. Kiedy Haytham się tak zachowywał, bardziej widział, jaki jest starszy, dojrzalszy i, co teraz było oczywiste, bardziej doświadczony w wielu kwestiach. Trochę go to peszyło, podobnie jak to, że właśnie zdejmował spodnie, a potem nago położył się na łóżko. Na brzuchu, jak chciał ojciec.
Ten za to tylko ze spokojną, wręcz dumną miną patrzył na ruchy tego wyćwiczonego ciała. Było niesamowite. Czuł się jak na polowaniu, jakby zdobywał kolejne cele wyjątkowo trudnego zadania.
— Możesz unieść biodra i rozsunąć nogi. I najważniejsze, nie ruszaj się — zaznaczył poważnie, wstając na moment z łóżka.
Krew w ciele asasyna zaczęła szybciej płynąć, a on zupełnie wyłączył się na to, co działo się na zewnątrz chatki — na odgłosy natury, podejrzane dźwięki, powolny ruch słońca na niebie, a także czekający ich gdzieś daleko cel drogi. Teraz myślał tylko o tym, co chce zrobić Haytham. Pozycja była jednoznaczna, ale przecież tym razem nie był związany, mógłby się odsunąć, gdyby stało się coś, czego by nie chciał.
Uniósł biodra, czując szaleńczo bijące serce, ale nie klęknął szerzej. Nie chciał, żeby było widać, jak ma podrażnioną po wczoraj dziurkę. Nie widział jej, ale wydawało mu się, że była cała czerwona, bo piekła od otarć.
Na tym na tyle skupił swoje myśli, że nie od razu usłyszał, jak Haytham podchodzi do niego i ponownie klęka za nim. Poczuł od razu, że jest nagi, bo ciepła skóra uda ojca dotknęła jego. Potem ramię objęło go w pasie, a usta pocałowały plecy w miejscu, gdzie nie było żadnego śladu krwi lisa.
Przymknął oczy i oblizał wargi, na których wciąż czuł smak ust ojca. Odetchnął, aby jego ciało nie pokazywało niepokoju, choć Haytham i tak czuł napięcie jego mięśni. Nie miał zamiaru go za nie karać, jedynie chciał się go pozbyć w najbardziej skuteczny ze sposobów. Albo raczej jeden z bardziej skutecznych sposobów.
Dotykając ciało pod sobą, masował je po brzuchu, aż w końcu objął dłonią członek Connora, tak jak mu obiecał. To spodobało się jego synowi, który westchnął cicho i odetchnął, a jego ciało na moment całkowicie się rozluźniło. Tak, dłoń na genitaliach była dla tego młodego, niedoświadczonego asasyna czymś niesamowitym, co rozgrzewało go szybko i skutecznie.
Haytham nie szczędził mu takich pieszczot. Tym bardziej, kiedy widział, że skutkują. Jednocześnie wyprostował się trochę i przez moment masował plecy Connora, aż nagle, zupełnie niespodziewanie dla młodego mężczyzny, chwycił go za łokieć. Pociągnął go w górę, wykręcając mu w mniej niż sekundę rękę na plecach. Connor krzyknął, szarpnął się, ale templariusz wiedział, że nie ma innego sposobu. Wiązanie zajęłoby za dużo czasu, a bez unieruchomienia nie mogło się obyć. Tym bardziej, kiedy Connor poczuł żar, gorąco, które aż go parzyło, kiedy jego ojciec wsunął w jego tyłek szyjkę odkręconej butelki mocnego alkoholu, jaką ze sobą przyniósł, a do tej pory ukrywał.
— Aaaa! — wrzasnął, czując, jak nie tylko tyłek piecze go jak ogień, ale i oczy, które momentalnie nabiegły łzami.
Szarpnął się panicznie, ale w pierwszej chwili nie poskutkowało, chyba że bólem w wykręconym barku. Od razu więc wgryzł się zębami w poduszkę z całej siły, ale i tak z jego ust wydobył się zduszony okrzyk. Ścianki jego wnętrza były obtarte i podrażnione, a właśnie czuł, jak spływa na nie alkohol i sprawia, że wszystko go tam rwie.
Znowu wierzgnął jak zwierzę w okowach, szarpiąc nie tylko ręką, ale i tyłkiem na boki, by Haytham przestał. Templariusz jednak tylko zawarczał, starając się utrzymać zarówno wyrywającego się i piekielnie silnego chłopaka, jak i butelkę, której koniec trzymał w jego tyłku. Już poprzedniego dnia przekonał się, że Connora nie sposób namówić do wypicia więcej niż kilku łyków, a jemu… jemu marzył się gorący, namiętny seks bez szarpaniny, a pełen jęków, stęknięć i rumieńców na śniadym ciele.
Chłopak wciąż się szarpał i nie dawał za wygraną, a ból tylko motywował go do obrony. Haytham więc czuł, że dłużej nie da rady, ale uważał, że dostateczna ilość alkoholu zniknęła w odbycie syna, więc w końcu wyszarpnął z niego butelkę.
Connor wyrwał się, chaotycznie odsunął od ojca i upadł na posadzkę, sięgając dłonią do swojego tyłka.
— Kurwa! Aaa, kurwa…! — syczał, zbierając się szybko na nogi i trzymając między pośladkami. Jego wściekle czerwona twarz skierowała się w stronę ojca. — Piekielny draniu!
— Poczekaj chwilę, nie rób nic gwałtownego, Connor, to dla twojego dobra — Haytham odparł, uspokajając go gestem dłoni i wiedząc, że niedługo do krwi, a więc i do głowy młodego mężczyzny, trafi alkohol. Musiał tylko poczekać i… w razie czego go złapać, jeśli ten by chciał się poderwać.
Widział, że po nogach Connora nic nie spłynęło, bo ten ściskał mocno dziurkę i trzymał się za nią, wciąż drżąc i odsuwając się od posłania. Grymas na jego twarzy świadczył o tym, że nadal go tam bolało.
— Ty kłamco! To jest dupa, a ty traktujesz ją jak pochwę albo przełyk! To nie jest od… nnn! — jęknął i zacisnął palce na pośladku. — Nie jest od tego!
— Connor — Haytham znowu zwrócił się do niego kojąco. Musiał czkać na efekt, ale nie musiał czekać, aby trochę uspokoić swojego syna. — To także jest od tego. A to, co teraz cię spotkało, jest wyłącznie po to, abyś się rozluźnił — mówił do niego jak do dziecka, czujnie obserwując jego reakcje.
Connor zacisnął mocno zęby i zrobił kilka kroków od posłania, a potem klęknął na podłodze z głuchym łoskotem. Jedną ręką oparł się o deski, a drugą wciąż ściskał swój tyłek.
— Nie ufam ci…! — wycedził, znowu zacisnął zęby i jęknął. — To nie może być dobre…
Haytham odetchnął z rezygnacją i wstał z łóżka. Był nagi, ale nie wstydził się.
Kucnął kilka kroków od Connora i patrzył na niego, na jego oczy i twarz, jak się zmieniają. Alkohol w końcu musiał go rozluźnić, zeszklić mu oczy, otumanić. I cóż, osłabić też ciało. Ale wolał, aby Connor jednak nie padł, a uległ i pozwolił dla nich obu na chwilę zapomnienia.
Z każdą kolejną chwilą Connor mniej się krzywił. W pewnym momencie nawet ręka, na której się podpierał, obsunęła mu się i upadł na łokieć. Ta z tyłka od razu wylądowała na podłodze, kiedy asasyn chciał zachować równowagę. Uniósł głowę i spojrzał gdzieś w kierunku ojca i potrząsnął głową, a jego długie włosy rozburzyły się.
— Haytham… — wydusił, sięgając ręką w jego kierunku.
Templariusz obserwował go uważnie aż do tego momentu. Wstał i podszedł do Connora. Chwycił jego rękę za łokieć i podciągnął w górę, pomagając mu wstać.
— Chodź, nie będziesz leżał na ziemi — mruknął i stęknął, kiedy poczuł, jak pijane ciało jego syna jest ciężkie. Nie trzymało się dobrze na własnych nogach, co znaczyło tylko to, że alkohol zaczął działać. Udało mu się więc dociągnąć syna do posłania, które od razu zatrzeszczało, gdy tylko Connor na nie upadł.
— Po co to…? — wymamrotał niewyraźnie, mrużąc oczy, bo wokół niego wirowało. — Czemu tam…?
Haytham nie odpowiedział, tylko złapał chłopaka za brodę i pocałował. Och, nie czuł z jego ust alkoholu, przez co ten wydawał się czysty, nieotumaniony nawet jeśli widział wyraźnie, że taki był, chociażby po oczach.
— Będzie już tylko lepiej — zapewnił, kiedy, nie puszczając śniadej twarzy, polizał rozchylone usta.
Connor jęknął cicho, przekręcając się na plecy i starając się ściągnąć z twarzy przeszkadzające włosy.
— Jak…? Jak wczoraj… — mówił niewyraźnie, dysząc gorącym powietrzem.
— Dobrze ci tak było? — templariusz spytał, nie powstrzymując myśli, które wyklarowały się w jego głowie, gdy tylko to usłyszał. Trzymał Connora przed sobą, jedną ręką opierając się z boku jego głowy, samemu klęcząc niemalże nad jego powalonym ciałem. Druga dłoń, która jeszcze chwilę temu trzymała jego brodę, teraz ściskała silną pierś chłopaka.
Ten pokiwał słabo głową i niecierpliwie poruszył się pod nim. Jego ruchy jednak były powolne i pozbawione siły.
— Mrowiło — powtórzył to, co już mówił, a potem słabo, choć pewnie chciał mocniej, pchnął go w brzuch. — A ty mnie… piecze… kłamco cholerny, sukinsynu… — mamrotał.
I chciał powiedzieć jeszcze więcej, ale jego ojciec zamknął mu usta kolejnym, mocnym pocałunkiem. Znowu chwycił go za twarz, za policzki i ścisnął palcami, wsuwając jednocześnie język do tych młodych ust. Woń pieczonego mięsa unosiła się w pomieszczeniu, ale mężczyzna nie czuł tego, tylko wyłącznie naturalny zapach młodego asasyna. Chciał go zjeść, ale… też chciał, aby ten go skosztował.
Connor kilka razy jęknął w jego usta, łapiąc go za ramię i lekko ściskając. Znowu poruszył się pod ojcem, a tym razem już z jego rozluźnionej dziurki wylało się kilka kropek alkoholu. Haytham, jakby o tym wiedział, żałowałby, że nie był tego świadkiem. Na jego szczęście rekompensowały mu to usta jego syna, które niemalże pożerał. Przy tym drugą dłonią, opierając się bardziej na kolanach, sięgnął do jego krocza.
Penis był bardziej wiotki niż przed operacją wlania w chłopaka alkoholu, ale gdy chwilę go pomasował, członek znów zaczął sztywnieć. Sam Connor ściągnął brwi, zaburczał w usta ojca i poruszył niemrawo biodrami w górę i w dół. Przez jego otumanione zmysły i tak przebijało się pragnienie poczucia tej rozkoszy, którą na razie tylko Haytham potrafił mu dać.
Ten na tę chwilę skupił się z rozpaleniu Connora, aż ten będzie myślał jedynie o przyjemności, a nie złości na niego za piekący tyłeczek. Masturbował go, całował i podgryzał jego skórę na szyi, obojczykach i sutkach. Przy tym co jakiś czas łaskotały go w nos włosy Connora, a jego kucyk także dotykał śniadego ciała.
Może alkohol w ciele jego syna trochę te wszystkie reakcje opóźniał, ale po kilku minutach templariusz miał pod sobą dyszącego, drżącego młodego mężczyznę, którego ciało było rozpalone, członek sztywny, podobnie jak sutki, jądra ściągnięte, a wilgotne od pocałunków usta pojękiwały cicho.
— Aa… Hay… tham… — Connor wydusił nieskładnie, podrzucając biodrami, choć nie było to silne i energiczne. Był strasznie otumaniony i nie wiedział, co z tego, co czuje, jest prawdziwe.
— Mmmm… doprawdy, godny widok — Haytham skwitował, kiedy uniósł się nad Connorem, leżącym na łóżku z rozsuniętymi bardziej niż wcześniej nogami. Pochylił się jeszcze raz i pocałował jego usta, aż wstał, aby klęknąć na jedno kolano z boku łóżka. Po tym oblizał usta, chwycił młodego asasyna za bok głowy za włosy, a drugą dłonią poklepał go po wargach swoim penisem.
Nieprzytomne, ciemne oczy syna zerknęły na jego twarz, a potem na członek. Chłopak wyglądał, jakby nie rozumiał, co Haytham zamierza i tylko leżał taki rozpalony z delikatnie otwartymi wargami.
— Otwórz usta — Haytham nakazał mu łagodnie, przyciągając jego twarz jeszcze bliżej swojego penisa, którego główkę otarł o wilgotne od pocałunków usta.
— Mn…? — Connor wymruczał pytająco, przełknął ślinę i rozchylił wargi. A potem znów zerknął na mężczyznę w górę z niemym pytaniem „o co chodzi?”.
Haytham aż odetchnął. Connor był w jego oczach w tej chwili tak niewinny i oszałamiająco uroczy, że kojarzył mu się jedynie z sarną, która spogląda na myśliwego chwilę przed tym, jak ten dokona jej żywota. Jego ciemne oczy pytały, czy tak ma być, a mężczyzna czuł, że tak właśnie ma być i że nie będzie tego żałował, bo konsumpcja będzie wynagradzała wszelkie wyrzuty sumienia.
— Szerzej, Connor. Szerzej… — zasugerował mu, samemu sięgając w końcu do jego brody i trochę mu ją ciągnąc w dół. Zaraz po tym wsunął główkę w jego usta, ocierając ją o ciepły język swojego syna.
Asasyn wpierw odruchowo chciał cofnąć głowę, więc mężczyzna musiał mu ją przytrzymać. Potem poczuł, jak Connor znowu bardziej intuicyjnie niż intencjonalnie ssie jego członek, jakby chciał przełknąć to, co znalazło mu się w ustach i sprawiło, że ślinianki zaczęły mocniej pracować. Powieki miał przy tym trochę zmrużone, a spojrzenie wciąż nieprzytomne. Mruknął.
Templariusz za to zamruczał nisko i długo. Connor był taki miękki, posłuszny i rozpalony. Nie pozostawało nic, tylko go brać. A na tę chwilę brał sobie w posiadanie jego usta. Jedną dłonią wprowadzał penisa do środka, ocierał się o jego język i podniebienie, a drugą pilnował chłopaka, aby nie uciekł. W tej pozycji jednak penetracja tych słodkich ust była dość płytka, więc Haytham w końcu złapał Connora pod ramiona i ze stęknięciem ściągnął trochę z łóżka. Konkretnie tak, że jedynie głowa wystawała za krawędź, odchylając się przez to do tyłu. Włosy młodego asasyna spadły w dół, stykając się z podłogą, a Haytham klęknął przed łóżkiem, chwycił Connora po bokach głowy i wsunął się do jego ust, czując na górze swojego członka język, który naciskał na niego, starając się przełknąć to, co nagle znalazło się w jego ustach.
Asasyn zacharczał i sięgnął na ślepo dłońmi do bioder ojca, aby się odsunąć. Najpierw w ogóle nie trafił na ciało, tylko machnął chaotycznie rękami w powietrzu. Gdy Haytham poruszył się w jego ustach, znów charknął, a potem udało mu się musnąć brzuch mężczyzny. Dopiero potem sięgnął do wykorzystującego jego usta ciała i spróbował go odepchnąć. Głową też zresztą chciał się cofnąć, ale nie miał żadnego manewru, więc tylko nerwowo przyciskał językiem sztywny członek i ssał mocno.
Haytham widział, jak Connor zgina i prostuje nogi, kiedy wsuwał się w jego usta i prawie że w gardło. Czuł, że dławi go, że chłopak nie ma siły, aby go odepchnąć, ale to, co czuł, było za dobre, aby ot tak zrezygnował. Wygięte ciało, które widział dokładnie przed sobą, było napięte, podniecające i tak go napalające, że o mało nie doszedł od wsuwania się w ciepłe, śliskie od nadmiaru śliny usta i od tych widoków. Powstrzymał się jednak i wysunął po kilku mocnych pchnięciach, kiedy dosłownie pieprzył usta Connora.
Ten od razu przekręcił się na bok i rozkaszlał, a teraz Haytham widział dobrze, jak w kącikach jego ust zebrały się łzy przez mocne dławienie. Connor po odzyskaniu oddechu jęknął i z trudem podparł się dłonią na skraju łóżka. Dyszał głośno, miał twarz rumianą bardziej niż dotąd i rozgrzane ciało.
Zerknął szybko w okolice krocza ojca, a potem w górę, poszukując zamglonym spojrzeniem jego twarzy. Mężczyzna stęknął nisko, z pretensją do siebie, że daje się tak manipulować tej twarzy i swoim żądzom. Pochylił się, chwytając z boku twarzy Connora i całując go namiętnie. Jego język zastąpił jego członek, pieszcząc jednak delikatniej niż tamten wnętrze ust młodego asasyna.
Connor drgnął i położył mu dłoń na ramieniu, ale nie czując w ustach nic za dużego, rozluźnił się i słabo odpowiedział na pieszczotę. I przy tym o mało nie spadł z łóżka, bo ręka, którą przytrzymywał się jego skraju, obsunęła mu się w dół.
Nie przerywając pocałunku, Haytham popchnął go znowu w głąb łóżka, przewrócił na plecy i dopiero wtedy opuścił jego usta. Nie pytając o zgodę ani pozwolenie, rozsunął mu nogi i jedną z nich uniósł pod kolanem w górę. Czuł ciężar jego mięśni, ale nie na tyle duży, aby przeszkadzał mu w popieszczeniu rowka i dziurki wolnymi palcami.
Alkohol, który spłynął pomiędzy połóweczkami, już wysechł albo został wchłonięty. Ku swojej radości Haytham nie poczuł też zacisku. Connor był zupełnie rozluźniony i tylko stęknął cicho, patrząc na niego z dołu zamglonym spojrzeniem.
— Chcesz tam… — wymruczał nieskładnie, próbując się skupić i sięgnąć do swojego penisa. Nie miał siły. — Tam być…?
— Bardzo — padła niemądra w mniemaniu samego Haythama odpowiedź. Zanim jednak otarł się o wymęczoną szparkę, tak jak ocierał się o jego usta, znowu pochylił się i pocałował ciemne wargi syna.
Ten więc porzucił próby ujęcia swojego członka na rzecz chwycenia się ciała. Było większe, łatwiej było trafić i zacisnąć palce. Ale mimo to wciąż chciał poczuć tę przyjemność, czuł, że to wszystko do tego dąży, więc poruszył się pod Haythamem i jęknął „nnn!”, jakby mówił „zrób tak, żeby znowu było mi dobrze”.
Mężczyzna jeszcze chwilę go całował, mając silne uda asasyna po bokach swoich bioder. Ocierał się w tym czasie o jego rowek, o jego krocze i czuł, że Connor nie tylko jest pijany i otumaniony, ale też podniecony. Był sztywny, a sama główka wilgotna.
— Mmm… chcesz tego? — Haytham spytał, patrząc na Connora kiedy puścił jego usta.
— Jak wczoraj — ten wymamrotał trochę niezrozumiale, próbując odpowiedzieć spojrzeniem, ale było to dla niego zbyt trudne. Przemykał więc nim po całej twarzy ojca. — Jak wczoraj… mn… ale żeby nie… nie piekło, Hay… tham…
Mężczyzna uśmiechnął się łagodnie. Connor zdecydowanie nie powinien być asasynem. Był na to zbyt… miękki. Najchętniej zostawiłby go sobie w takim stanie, jaki jest teraz, i wziął jak swoją własność. Byle ta nie chciała go zabić.
— Jak wczoraj — powtórzył za Connorem, nie w pełni rozumiejąc jego przekaz. Ale zgadzał się na niego, bo chłopak ani go nie odpychał, ani się nie zaciskał. A wiedział to, bo wsunął w niego palce, sprawdzając, czy nie będzie piekło. Nie powinno. Pocałował więc wymęczonego, upitego przez tyłek asasyna w pierś i wsunął się główką w dupcię.
Connor rozchylił szerzej zarówno powieki, jak i wargi, spomiędzy których wydobyło się długie, choć ciche jęknięcie. Mocne uda ścisnęły na chwilę boki mężczyzny i otarły się o nie, a asasyn ściągnął w górę brwi. Nie czuł bólu. No… może odrobinę, ale był zbyt otumaniony, by to do niego docierało. Było mu za to… dobrze. Dziwnie przyjemnie i ciepło.
Haytham trzymał go za bok i kolano. Wsuwał się w niego głębokimi, długimi ruchami. Patrzył przy tym intensywnie na ciało, które posuwał i na twarz, która krzywiła się, marszczyła i co jakiś czas, kiedy lepiej, mocniej pchnął, albo pod innym kątem, wydawała z siebie jęki. A on? On chciał słyszeć więcej tych jęków. Chciał widzieć to rozpalone spojrzenie ciemnych oczu i nie stracić nadziei na kolejny raz.
— Aa… ach… — Connor pojękiwał raz głośniej, raz ciszej. A kiedy ojciec w pewnym momencie podrzucił go trochę, poprawiając sobie jego tyłek i w nowej pozycji ruchał go szybciej i mocniej, asasyn zadarł mocno głowę do tyłu i krzyknął. — Aa…! Nnnn, jesz… och…! — Jego ciało było rozgrzane jak ogień pod dopiekającym się lisem, słabe przez alkohol mięśnie kompulsywnie się ściskały, a ręce chłopaka próbowały zacisnąć się na czymkolwiek, do czego mogły sięgnąć. Po chwili udało im się, a przynajmniej jednej z nich, znaleźć oparcie w przedramieniu Haythama, który chwycił Connora za ramię, aby móc w nowej, pochylonej pozycji, z większą pasją się w niego wsuwać. Było mu genialnie w tym ciasnym, gorącym tyłku, a do tego ciało po nim reagowało na niego, współpracowało z nim. To w seksie uwielbiał. A że było to zakrapiane alkoholem, cóż za różnica, jeśli efekt był tak przyjemny i prowadzący go nieuchronnie do finiszu? Do mocnego, wyrywającego się z niego spełnienia, kiedy wsuwając członek w dupę swojego syna, po raz kolejny dozna orgazmu.
Dosłownie nabijany na sztywnego penisa templariusza Connor pokrzykiwał i trzymał się mocno ojca. Jego własny członek podskakiwał, klepiąc mu o podbrzusze, a jądra poruszały się wraz z nim w przód i w tył. Starał się bardziej otrzeć o Haythama, ale nie umiał nawet wypowiedzieć tej potrzeby. I tak to, co robił mu z tyłkiem mężczyzna, wydobywało z niego niepohamowane dźwięki, których na trzeźwo by się wstydził i wyrzekał. Teraz poddawał się temu całkowicie.
— Lepiej niż… — po tych dwóch słowach zajęczał niezrozumiale i dopiero skończył — wczo… raaaj…
— A tak lepiej… może… być za każdym razem — Haytham odparł, mając nadzieje, że Connor zapamięta więcej z finiszu niż z momentu, kiedy siedząc na ziemi, klął na niego. Bo teraz mógłby go brać i brać raz za razem. Ale, ku jego smutkowi, przez te słodkie usta, przez ten ciasny i gorący tyłek, już nie by w stanie przedłużyć tej przyjemności.
Zawarczał, brzydko się krzywiąc i pochylając nad Connorem. Ostatnie kilka pchnięć było wyjątkowo mocnych, a kiedy sperma trysnęła z członka templariusza, ten tak jak ostatnio był głęboko w młodym asasynie. Tym razem jednak ten go za to nie zwyzywał. Był zbyt otumaniony i rozgrzany, aby zwrócić uwagę na kolejną wilgoć, która zapełniła jego tyłek. Objął tylko mocno ojca za szyję, pojękując i próbując samemu dojść. Był zbyt słaby, by dobrze się otrzeć, by zmusić swoje nieposłuszne ciało do większego wysiłku.
— Haytham, więcej! — wystękał.
Templariusz żywiej, mimo zmęczenia, spojrzał w oczy Connora. Odetchnął ciężko, mając wrażenie, że powietrze zaciska mu się w płucach. Tak, to mógłby słyszeć codziennie.
— Chcesz więcej? — spytał, a raczej wydyszał, zmęczonym po orgazmie głosem.
— Tak! — Connor odpowiedział od razu, zaciskając palce na jego plecach i starając się ruszać biodrami. A gdy zorientował się, że przy tym też wciąż w nim będący członek porusza jego wrażliwym wnętrzem, jeszcze bardziej się do tego przyłożył. Był cały w gorączce.
— O tak… tak, poruszaj się tak — Haytham zachęcił Connora, widząc, co ten robi. Jego napinający się brzuch, pokraczne próby nabicia się na jego członek, były obłędne. Jakby jego ciało pozwoliło mu w tej chwili, jakby jeszcze znalazł siłę, jakby był o tych kilka lat młodszy, wyruchałby go jeszcze raz. Aż Connor mógłby tylko marzyć o wejściu na konia. Teraz jednak tylko chwycił członek chłopaka i w rytm jego usilnych prób wykorzystania członka w sobie, masturbował go, naciągając napletek na żołądź a to ściągając go nisko.
Asasyn zacisnął powieki z rozkoszy i trzymając się jedną ręką ojca, a drugą pościeli, starał się szybko ruszać. Było mu strasznie ciężko, jego umięśnione ciało pokryły kropelki potu, ale to, co czuł w sobie, było niesamowite, a dłoń na kroczu tylko to polepszała. Haytham więc po chwili obserwacji tego seksownego zjawiska poczuł na dłoni wilgoć i ujrzał, jak jego syn dochodzi. Twarz miał pełną błogości, ale też niesamowitego wysiłku, a usta rozchylone i wydające niskie, jękliwe dźwięki.
Haytham rozkoszował się tym bardziej niż śmiercią swojego największego wroga. Dawno nie przeżył tak przyjemnego, a przede wszystkim długiego stosunku. Był zmęczony, spełniony i miał pod sobą kawał męskiego, seksownego ciała, które przyjemnie kojarzyło mu się dodatkowo z Ziio. Ale Connor przy tym sam w sobie był wyjątkowy, dlatego nawet sekundy nie zawahał się, aby pochylić się i pocałować go czule w usta. Przy okazji przesunął palcami w jego ciemnych, prostych włosach. Nic nie powiedział, tylko nieznacznie się uśmiechnął. Bez kpiny, bez politowania. Co miał sobie żałować? Właśnie miał genialny seks.
— Mmn — Connor tylko tyle wymruczał i po tym, jak jeszcze chwilę starał się patrzeć na Haythama, tak później nie utrzymał powiek i te opadły ciężko. Był średnio przytomny, oddychał głęboko i czuł się, jakby był gdzieś daleko. A mimo że było mu gorąco, słabo trzymał drugiego mężczyznę, by się nie oddalał. Bardziej podświadomie, ale jednak.
Templariusz oddychał powoli, pozwalał wyciszyć się sobie i Connorowi, przy okazji patrząc, jak ten zasypia, nadal mając jego członek w sobie. To było… urzekające. Uważał się za całkiem niezłego stratega, że udało mu się upić Connora, jednocześnie nie podając mu nawet kieliszka do ust.
Poczekał chwilę, aż mięśnie młodego asasyna zupełnie zwiotczeją, kiedy ten uśnie, i zdjął ze swojego ramienia jego dłoń. Wysunął się też z jego tyłka i na moment przysiadł na boku na łóżku. Zerknął, nagi, spocony, na lisa piekącego się nad ogniem. Nie spłonął, ale domagał się, aby przekręcić go w najbliższym czasie.
Zmuszony chęcią posiadania jedzenia za jakiś czas, wstał, uprzednio zakrywając wymęczonego Connora pościelą i składając mu nogi razem. Potem zajął się już pilnowaniem mięsa w ciszy, odłożeniem butelki, która podczas tego wszystkiego potoczyła się po podłodze i wylała resztki alkoholu. Przewietrzył też izbę, aby następnie dołożyć drewna do ognia i zająć się końmi, nim wieczorem usiądą do kolacji. Wiedział, że taki wymęczony i upity Connor potrzebował kilka godzin regenerującego snu.

*

Tym razem ogień w palenisku nie był jedynym światłem, jakie rozświetlało izbę. Haytham rozpalił jeszcze kilka świec gdzieniegdzie. Na zewnątrz jednak było już ciemno, choć jasny księżyc oświetlał okolicę.
Connor obudził się późno. Przekręcił się pod ciepłą kołdrą i momentalnie ściągnął brwi. Czuł się… fatalnie! I na początku w ogóle nie wiedział, czego to wina. Dlaczego czuje w głowie tępe pulsowanie, dlaczego ma dziwnie spocone i spięte ciało i… dlaczego jego tyłek boli jeszcze gorzej niż ostatnio!
— Nnn… co… — wyburczał nieprzytomnie, otwierając oczy i próbując się unieść.
Dopiero po chwili jego wzrok napotkał na siedzącego blisko kominka mężczyznę. Haytham popijał coś z kubka i siedział z nogą na nodze. Wpatrywał się z zamyśleniem w ogień palący się na szczapach drewna. Zerknął krótko na Connora i skinął mu głową na powitanie, ale po tym zaraz spojrzał znów w ogień.
Chłopak odetchnął i jeszcze chwilę leżał bez ruchu z nadzieją, że ciało przestanie być w tym momencie jakimś ciasnym, gorącym i podrażnionym naczyniem, w którym było mu teraz wyjątkowo niekomfortowo.
Gdy tak leżał, patrząc na ojca, przebłyski tego, co stało się kilka godzin temu, zaczęły pojawiać mu się w głowie. Najpierw palący ból, gdy alkohol został mu wlany w tyłek. Był w szoku, że skończyło się to jego całkowitym upiciem. Nie miał pojęcia, że coś takiego tak działa. A potem… potem znowu ojciec go pieprzył.
Zaczerwienił się i odwrócił wzrok od Haythama. Przekręcił się na plecy, odsunął z twarzy włosy i pod pościelą sięgnął pod siebie. Nie czuł wilgoci, ale równie dobrze mógł tam wyschnąć… Niewiele pamiętał.
— Co z lisem? — zapytał głucho, podpierając się na dłoni i unosząc się powoli.
Haytham spojrzał na niego i tym razem wyprostował się i wstał.
— Dobrze, że pytasz. Jesteś głodny? Pokroję go i zjemy, sam umieram z głodu, ale nie budziłem cię — poinformował. Okazało się, że mięso już poćwiartował na wygodne do przewożenia porcje. Teraz zabrał jedną i na stole nożem zaczął obkrawać kawałki, aby rozłożyć je na talerze. — Dobrze się upiekł.
Connor mruknął coś na potwierdzenie i jeszcze raz przetarł twarz, nim zmusił swoje ciało do zejścia z posłania. Nie przejął się pościelą, którą przy tym pociągnął i upadła za nim na podłogę. Nago ruszył do stolika.
— Śnieg roztapiałem… Gdzie…? — zapytał, czując duże pragnienie.
— A do czego potrzebujesz? — starszy mężczyzna spytał, bo wody już nie było. Przerobił ją na herbatę.
— Pić mi się chcę. — Asasyn stanął przy ojcu i popatrzył trochę tępo na mięso na talerzu. — I nie chcę już alkoholu, wody potrzebuję — dodał ciszej, lekko zaciskając szczęki i nie unosząc wzroku.
Haytham westchnął ciężko, jakby to, o co prosi syn, było bardzo trudne do wykonania.
— Wpierw usiądź — poradził mu i sam zabrał swój kubek, który postawił na kominku. Przelał do niego trochę złotego płynu będącego w imbryczku, który stał niedaleko ognia, aby nie stygł, ale już się nie gotował. Po tym kubek wypełniony ciepłą herbatą postawił na stole obok mięsa.
W tym czasie Connor najpierw wrogo popatrzył na drewniane, twarde krzesełko przy stole. Potem podparł się na wszelki wypadek o blat i bardzo powoli usiadł. Skrzywił się lekko, a potem cicho odetchnął. Już teraz wiedział, że nie wyjadą jutro.
Jego ojciec przyglądał mu się z zainteresowaniem. Kiedy zobaczył, że chłopak się obudził, od razu zaczął analizować wszelkie alternatywne plany zależne od tego, jak Connor się zachowa. A na razie ten ułatwiał mu na tyle, że templariusz mógł nawet ze spokojem usiąść naprzeciwko niego i zjeść. A sam nie jadł, myśląc, w jakim stanie obudzi się jego syn i… nad misją, którą musieli wykonać, a odkładali ją w czasie, jak tylko się dało. I to z powodów, których nikt by nie zrozumiał i nie wybaczył. Te zresztą musiały zostać ich tajemnicą i jakoś musiał przekazać to Connorowi. Innymi słowy, miał nad czym myśleć.
Patrzył, jak jego syn wpierw pije podaną herbatę z ulgą wypisaną na twarzy. Przymknął nawet przy tym oczy i po wypiciu kilka chwil delektował się ugaszeniem pragnienia. Dopiero potem sięgnął rękami do upieczonego mięsa i zabrał się za jedzenie.
— Nie możemy jechać jutro — w końcu odezwał się do ojca, ale nie spojrzał na niego. — Nie jestem… w formie.
— Nie spieszy się nam jeszcze — Haytham odparł, chociaż rozsądek podpowiadał, że kolejny dzień zwłoki wcale nie jest najlepszym wyjściem. Nic na to jednak nie mógł teraz poradzić, tym bardziej, że domyślał się, co było powodem braku „formy” Connora. — Możemy wyruszyć dopiero kolejnego dnia, jeśli myślisz, że do tego czasu ci się polepszy. Chociaż zakładając, że jesteś tak młody, do jutra rana jeszcze może zmienisz zdanie.
— Zobaczymy więc rano. Ale… — Connor w końcu uniósł na ojca spojrzenie brązowych, dużych oczu, które teraz delikatnie się zmrużyły. Wskazał go kawałkiem mięsa, który potem wsadził do ust. — Jeśli jutro znowu… znowu… no wiesz… Nie możesz, rozumiesz? — wycedził na koniec, plącząc się i znowu nie wiedząc, jak do tego wszystkiego podejść. Niewiele pamiętał, nie wiedział, o co oskarżyć ojca poza tym, że ten upił go przez dupę.
Haytham uśmiechnął się pod nosem i wzruszył lekko ramionami, samemu jedząc skrojone mięso nabijaniem je na ostrze noża. Nie chciał brudzić jeszcze bardziej dłoni.
— Nie mogę? — spytał, drażniąc się z Connorem. — Przypuszczam, że mogę, jednak możesz odetchnąć, bo zdaję sobie też sprawę z naszych obowiązków. A jeśli czujesz się „nie w formie” po czymś takim, to cóż… — mruknął, zawieszając głos i wzruszył ramionami z żalem.
— To… Można się nie czuć „nie w formie”…? — mocno skonfundowany chłopak przełknął szybko i dopytał. — Po tym, co robisz, jak wkładasz… go — dodał, czując szybsze bicie serca. Musiał uściślić, by ojciec nie pomyślał, że o mówi o piciu przez odbyt. Bo bardzo dobrze pamiętał, jak bardzo to bolało. A to, co ojciec robił później… Było momentami przyjemniejsze niż bolesne.
— Oczywiście, Connor — Haytham odparł, jakby była to największa oczywistość świata. — Seks ma się dla przyjemności. Którą odczuwałem, że przeżywasz. Co ja mówię, było to nawet widać — dodał, aby onieśmielić syna. Aby ten czuł się na przegranej pozycji osoby, która już pogodziła się ze swoim losem.
Connor od razu spuścił wzrok na talerz, jego policzki zapłonęły rumieńcami, a on szybko wpakował sobie do ust kawałek mięsa.
— To wszystko przez twój cholerny alkohol — wycedził z pełnymi ustami, a pod stolikiem zacisnął uda. — Niewiele pamiętam, pewnie kłamiesz. Tak jak z tym, gdy mówiłeś, że będzie dobrze!
Haytham westchnął ciężko i z politowaniem dla tego, co słyszał.
— Connor — zaczął z naciskiem — prosiłeś o więcej.
Zobaczył, że jego syna dosłownie zamroziło. Siedział nago, z rozchylonymi, wilgotnymi od tłuszczu wargami i jedyne, co się zmieniało na jego twarzy, to nasycenie rumieńców.
— Kiedy… Jak… jak się ruszałeś? — wydusił w końcu, absolutnie zażenowany.
Haytham skinął głową poważnie.
— Z początku znowu nie byłeś w stanie się rozluźnić, więc przyznaję, że posunąłem się do podstępu, ale kiedy w końcu przestałeś się wzbraniać, zaczęło ci się podobać. Trzymałeś się mnie, pamiętasz? Leżałeś na plecach, kiedy się w ciebie wsuwałem — zaczął mu opisywać, aby może przypomnieć pijanemu wtedy Connorowi, jak się zachowywał i pozbawić go złudzeń.
W głowie asasyna od razu pojawiło się wyobrażenie tego, co ojciec mu mówił, a do tego przez to przypomniały mu się pewne obrazy. Przebłyski tego, jak ojciec mocno go ruchał, jak go całował. Robiło mu się coraz gorącej, a nagi penis leżący mu na udach delikatnie stwardniał.
— Haytham… a wcześniej ty — zaczął, gdy znowu coś mu się przypomniało. Ślina zebrała mu się w ustach niespodziewanie. — Dałeś mi do ust…?
Starszy mężczyzna uniósł brwi. Był zaskoczony, że Connor jednak sobie coś przypomniał. A może nie zaskoczony, ale zaintrygowany.
— Nie miałeś nic przeciwko. Odniosłem nawet wrażenie, że było ci z tym komfortowo — odparł, trochę koloryzując prawdę. Cóż, jemu samemu było na pewno bardzo komfortowo.
Connor za to znowu nie rozumiał. Dlaczego ojciec robił rzeczy, których w ogóle nie znał, mimo że jakiś czas temu był wręcz pewien, czym jest naprawdę seks, co się na niego składa i jak co wygląda. A im więcej Haytham robił, tym bardziej czuł się niepewien.
— Mhm, wiem… — mruknął, żeby ojciec przypadkiem nie myślał, że alkohol całkowicie go zamroczył. Jeszcze by to chciał znowu wykorzystać, a on musiał mu dać znać, że przecież coś pamięta i jeśli znowu to zrobi i wykorzysta bardziej podle, to może nie liczyć na jego wybaczenie. — Pamiętam.
Słysząc to, templariusz chyba wyłącznie cudem zdławił w sobie zaskoczenie, które chciało obmalować się na jego twarzy. Connor „wiedział”, że podobało mu się branie go do ust, nawet jeśli sam Haytham nie był pewien, czy ten zwyczajnie się wyłącznie nie poddał i że tak naprawdę wcale nie musiało mu być z tym dobrze.
— Do tego nie bolą cię usta — dodał, stawiając na tę kartę.
— Mhm — Connor znowu potwierdził, nie kojarząc jednak, po co ojciec to mówi. Skupiony był na przypominaniu sobie tego, co się działo i gdy tylko jakiś obraz pojawiał mu się w głowie, tym bardziej jego penis twardniał. Pamiętał, że tym razem Haytham brał go na plecach. To było inne i… tak mu się bardziej podobało.
Haytham oblizał usta z myślą o Connorze znowu przy jego kroczu, ale tym razem świadomie mu ciągnącym. To, co zrobił, nie było dzięki posiłkowi, jaki jedli, niczym podejrzanym, nawet kiedy patrzył intensywnie na ciemne usta syna.
— Więc jeśli mam tego nie robić przez… twój „brak formy”, to zawsze to nam zostaje — zasugerował, ciekaw, co na to odpowie Connor. Ta rozmowa była jak emocjonujące negocjacje. Czuł dziwne ściskanie w żołądku pomieszane z podnieceniem.
Dopiero teraz chłopak zrozumiał, do czego doprowadziło jego potwierdzenie, że było mu w porządku z członkiem ojca w ustach. Zamotał się więc i najpierw nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć.
Sięgnął po ostatni kawałek mięsa i szybko zaczął przeżuwać, a zdradzieckie myśli znowu podpowiedziały mu, że tak samo Haytham wsuwał mu swoje „mięso” w usta, a on go ssał i…
— Nie wiem — odpowiedział tylko, przełykając kęs wraz ze śliną i delikatnie potarł udem o swojego sztywnego penisa. Nie mógł się powstrzymać. Stał mu w górę jak przeklęty maszt.
— Nie wiesz? — Haytham spytał, unosząc na moment brwi. — Czego nie wiesz, Connor? Odpowiem na twoje wątpliwości, chociaż nie wiem, z czego wynikają, skoro podobała ci się ta forma stosunku.
Connor nie umiał powiedzieć, czego nie wie, bo nie wiedział zwyczajnie, czy chce. Nie był pewien, czy to wszystko jest w porządku, a nie miał żadnego innego punktu odniesienia, nie miał kogo spytać o to, co robił z nim ojciec. Mógł mu jedynie ufać.
— Nie wiem, czy… Bo wlałeś mi alkohol w tyłek i to nie było dobre, to skąd mam wiedzieć, że dobre jest to? To powinno być na odwrót, Haytham! Alkohol przez usta, a penis przez dupę…! — i urwał, gdy zdał sobie sprawę, co palnął. Zaczerwienił się i chciał wstać, ale przypomniał sobie, że ma wzwód, więc został i gotował się w sobie ze wstydu i zagubienia. — Znaczy…
— Znaczy, że nie wiesz, jakie są możliwości ludzkiego ciała, Connor — Haytham podjął za niego. — Alkohol szybciej się tak wchłania, a chciałem, abyś się rozluźnił. Nie chciałeś pić, innej drogi więc nie było. Natomiast obciąganie, tak to się nazywa, jest czymś powszechnym. Niektórzy bardzo to lubią, inni mniej. Ty natomiast… — wstał, mając pewne przeczucie, ale i chcąc zmniejszyć między nimi dystans — jesteś na to podatny. Sama rozmowa, widzę, że powoduje u ciebie silne wypieki — dodał, siadając bokiem na brzegu stolika, tuż przy siedzącym na krzesełku Connorze.
Chłopak od razu dosunął się bardziej do blatu, ale Haythamowi i tak mignął jego twardy, duży penis, prezentujący sobą pełen wzwód.
— Jest gorąco. Przypominam sobie poza tym — wytłumaczył się i zerknął w górę na ojca. — Nie wiem tego wszystkiego, co ty wiesz. To trochę ekscytujące.
Haytham chwilę tylko na niego patrzył, na jego zarumienioną twarz. Uroczo zakłopotaną do tego. W końcu jednak nie powstrzymał się i pochylił się, łapiąc go za brodę i całując w usta.
— To też jest ekscytujące? — spytał, zastanawiając się, jak dużo mógł ugrać. I kiedy i jak przekazać Connorowi, żeby w razie czego nie mówił nikomu, co ze sobą robili. Ani nie próbował tego samego z każdym.
Chłopak oblizał wargi z tłuszczu po mięsie i ze smaku warg ojca. Jego długie włosy spływały mu po bokach zaczerwienionej twarzy, a w oczach dało się wyczytać wahanie, ale też napięcie i rozgorączkowanie.
Przytaknął i wychylił się trochę, by samemu spróbować cmoknąć Haythama. Podobało mu się zetknięcie się z jego miękkimi wargami. To było akurat wyłącznie przyjemne fizycznie doznanie, w porównaniu do tego, jak różnie czuł się, gdy ojciec mu wsadzał. Wtedy bolało, a to było wyłącznie miłe.
Haytham uśmiechnął się do swoich myśli, kiedy tylko Connor go pocałował. Tak, taka inicjatywa dobrze wróżyła. Oddał pocałunek, opierając się ręką o oparcie krzesła, a drugą sięgając w dół do główki sztywnego członka syna. Pomasował go w palcach, uznając, że urobienie sobie Connora było na tyle możliwe, aby poświecić się tej swojej małej misji na koszt swojej chwilowej przyjemności. Bo w końcu jakie znaczenie miała chwila egoistycznej przyjemności, w porównaniu z możliwością zaznawania jej częściej za cenę małego poświecenia, skupienia się na drugiej osobie?
Connor od razu jęknął i odchylił się trochę, aby ojciec miał łatwiejszy dostęp do jego członka. Tak, to też była ta z tych czynności, które sprawiały mu wyłącznie przyjemność. Położył dłoń na udzie Haythama, nieporadnie całując się z nim. Chciał nawet unieść odrobinę biodra, ale gdy tylko spiął pośladki, by to zrobić, zmarszczył nos i syknął cicho. Chciał zapytać, czy da się to jakoś naprawić. W końcu ojciec tyle o tym wiedział! Ale paradoksalnie trudniej było mu mówić o tym, że boli go w środku tyłka, niż o tym, jak ojciec go pieprzył. A Haytham nie dopytywał. Masował go tyko po główce członka i całował jego usta, a zaraz też szyję, pochylając się przy tym. Sam czuł podniecenie, ale na pewno nie takie jak Connor, skoro temu stanął od samej rozmowy o ich stosunku.
Chwilę tak to trwało, aż w końcu puścił głowę syna i spojrzał w jego ciemne oczy.
— Chcesz spróbować go na trzeźwo? — spytał, trzymając w dłoni sztywnego, wilgotnego kutasa młodego asasyna.
Jego podniecony syn, który już płycej oddychał i marzył o rozkoszy przepływającej przez całe ciało, napiął się i poczuł większą falę gorąca w piersi. Dziwnie… miło się poczuł, że ojciec pyta go o zdanie. Że tym razem daje mu możliwość wyboru, a nie bierze sobie brutalnie tak, jak ostatnio. To go na tyle podbudowało, że skinął głową i zerknął na krocze ojca.
— Tylko jak będzie źle, nie trzymaj mnie — uprzedził twardo, wskazując go palcem.
— Sam spróbujesz, jak jest ci najwygodniej, najwyżej potem cię pokieruję — Haytham odparł ugodowo, wiedząc jednak podskórnie, że w razie czego i tak zrobi, jak zechce. Ale jeśli Connor mu sam obciągnie, uzna to za osobisty sukces.
Asasyn w milczeniu przytaknął i zastanowił się chwilę, po czym uniósł się i przestawił krzesełko przed ojca, pomiędzy jego nogi. Nie zamierzał przed nim klękać jak jakiś poddany. Usiadł i spojrzał na mężczyznę, czując, jak krew się w nim gotuje. Był podenerwowany i podniecony.
Haytham pogładził bok jego głowy, wsuwając palce w jego kruczoczarne włosy, aby ogarnąć je do tyłu. Nie pospieszał chłopaka, dawał mu czas, aby przyzwyczaił się do swojego nowego zadania. I był ciekaw, jak mu pójdzie. Czy będzie na niego zerkał, czy tylko wbije spojrzenie w jego podbrzusze? Czy będzie stękał, wsuwał go głęboko, czy jedynie lizał jak pies kość? Czy zarumieni się, samemu wyjmując go z bielizny, czy dopiero kiedy przystawi do niego usta, aby polizać i poczuje zapach jego krocza?
Obserwował go więc uważnie i zobaczył, że dopiero po kilku chwilach Connor zebrał się w sobie, żeby wyciągnąć mu członek ze spodni. Rozchylił ubranie, żeby mieć go całego na wierzchu i chwycił penisa. Przełknął ślinę i spojrzał na ojca.
— Co teraz…? Jak kość, gdy się wysysa szpik? — zapytał, nie wiedząc, co robić. Kłamał. Nie pamiętał tego, jak robił to wcześniej ustami, tylko raz mignęło mu w głowie, że miał go w nich.
Haytham uniósł jedną brew wyżej. Och, czyżby miał okazję go poinstruować?
— Poliż go najpierw. Najpierw główkę, poczuj jej smak. A potem wyliż go, aby był cały mokry. Jeśli się spiszesz, to to usłyszysz — dodał, aby Connor miał cel do spełnienia, aby się starał.
Chłopak oblizał wargi i przytaknął. Wychylił się, polizał czubek i drgnął. Jego własny penis też. Znowu jednak przerwał i zerknął na ojca.
— Przytrzymasz mi włosy…?
Starszy mężczyzna aż przełknął ślinę. Connor nie wiedział, co z nim robił tymi swoimi niewinnymi spojrzeniami i słowami.
— Mhm, jak tylko chcesz — odparł z manierą i wsunął obie dłonie we włosy Connora, zbierając je do tyłu, aby potem chwycić wszystkie w garść. To mogło mu się później przydać, kiedy będzie nadawał mocniejszy rytm.
Gdy Connor miał już większą wygodę, wreszcie zabrał się do swojego zadania. Zawsze, gdy uczył się nowych rzeczy, gdy pierwszy raz polował, najpierw na mniejsze zwierzęta, potem na większe, to dawał z siebie wszystko. Zawsze starał się robić wszystko najlepiej, jak mógł, pokonywać obawy i uczyć swoje ciało działać tak, jak powinno. Teraz też nie chciał odwalić fuszerki, więc spróbował zrobić to, co ojciec mu zasugerował. Przytrzymując członek trochę w dół, oblizał główkę gorącym językiem. Calusieńką, bo gdy tylko zobaczył suche miejsce przy wędzidełku, je też od spodu polizał językiem. Zerknął na ojca, ale nie pytał, co dalej, tylko wykonał kolejny wymieniony przez niego punkt. Zebrał w ustach więcej śliny i zaczął oblizywać całe genitalia. Od spodu, po czubek. Włosy łonowe ojca niespecjalnie mu przeszkadzały, za to ciepło i twardość penisa była dziwnie podniecająca, bo od razu myślał, że ten był kilka godzin temu w jego tyłku. Nie wiedział, czy powinno go to zniesmaczyć, ale chyba nie, skoro od tego zrobiło mu się przyjemniej w podbrzuszu. Haytham za to patrzył na niego i z każdym liźnięciem było mu coraz lepiej. Na razie jednak tłumił westchnięcia. Czekał, aż chłopak zacznie się niecierpliwić, że nic nie słyszy, chociaż to, co już teraz odczuwał, było dużo lepsze niż się spodziewał.
— Weź go do ust. Obejmij… wargami. Chcę czuć, jak twój język się przesuwa… po spodzie. Jak ssiesz… czubek — wymruczał nisko, patrząc z rosnącymi wypiekami na chłopaka. Przy tym zaciskał palce na jego włosach, marząc już, aby przycisnąć głowę asasyna do siebie. Aby poczuć palce zaciskające mu się na udach i spazmatyczne zaciskanie gardła, które nie mogło przełknąć tego, co się w nim znalazło.
Connor zerknął na niego, by się upewnić, czy faktycznie ma to zrobić, a gdy ojciec przytaknął, chłopak odetchnął głęboko i objął penisa wargami. Pełnymi, ciemnymi, miękkimi i teraz wilgotnymi od śliny. Haytham mówił o języku pod penisem, więc wziął go troszkę głębiej, by samemu poczuć członek. Zaczerwienił się momentalnie, gdy tylko spojrzał w górę na mężczyznę, by zapytać wzrokiem, czy dobrze postępuje. Bo naraz wydało mu się to bardzo… dziwne. Nie chciał klękać przed ojcem, ale z tej pozycji patrzył na niego przecież tak samo, jakby robił to z klęczek. Też tak… poddańczo, ulegle, robiąc to, co drugi mężczyzna mu każe. Na szczęście jego ojciec zauważył niepewność w jego oczach. Zamruczał nisko, z przyjemności, aby dodać pewności Connorowi, poinformować go, że się spisuje i żeby robił dalej. Przycisnął też ostrożnie jego głowę do siebie.
— Dobrze, Connor. Próbuj go… — zachęcił, znowu uderzając w to, że daje mu lekcję, daje mu poznać coś nowego, a nie przymusza go.
Gdy asasyn poczuł, że ojciec trochę go przyciska, zrozumiał, że nie powinien już wysuwać go z ust, ale przez to zebrało mu się w ustach za dużo śliny, więc chciał ją przełknąć. Poprawił się na siedzeniu, przytrzymując ud Haythama i udało mu się przełknąć ślinę mimo pełnych ust. Przez to mężczyzna poczuł przyjemne ssanie.
— Hhhak? — Connor spróbował zapytać „ssać?”, ale nie wyszło za bardzo wyraźnie. Dlatego utrzymując z ojcem kontakt wzrokowy, by upewnić się w swoich poczynaniach, objął mocniej wargami tę połowę penisa, którą miał w ustach i zassał ją na próbę.
Haytham od razu stęknął krótko. Wiedział, że jakby nie wydał z siebie żadnego dźwięku, Connor mógłby się spłoszyć i uznać, że nie powinien tego robić albo że nie musi. I chociaż na razie to, co robił jego syn, było bardzo nieporadne i zdecydowanie lepiej szło mu lizanie, tak uznał, że poczeka, aż chłopak przyzwyczai się do obecności członka w swoich ustach, a dopiero później zasugeruje mu, aby nie ssał mu kutasa jak wodę przez słomkę.
Connor ucieszył się z jego reakcji i próbował dalej. Jego dłonie przy tym ściskały się lekko na udach drugiego mężczyzny, a usta ssały penisa. Nie brał go już głębiej, bo czuł, że to jest najwięcej jak zmieści. W końcu penis był długi, więc wszedłby mu do gardła, a to na pewno nie było bezpieczne. Ssał więc dalej, próbując oswoić się z tym smakiem. Denerwowało go jednak, że cały czas w ustach zbierała mu się ślina, która spłynęła mu kącikiem ust, gdy trochę się poruszył. Szybko więc sięgnął tam dłonią, by ją wytrzeć, bo wydawało mu się to głupie.
Haytham uśmiechnął się pod nosem, widząc to.
— Connor… poczekaj — zasugerował mu i nie czekając, aż chłopak zareaguje, sam pociągnął go za włosy, odsuwając od swojego krocza. Po tym sięgnął do jego ust i złapał go za język. Wyciągnął mu go na brodę. — I tak — zachęcił, wsuwając od razu członek. Głębiej niż chwilę temu.
Connor zarzęził, wcale niepewien, czy tak jest lepiej. Co prawda poczuł więcej członka, ale było to już odrobinę dławiące. Nawet oczy leciutko mu zwilgotniały. Mimowolnie zassał się i zerknął w górę na ojca, mrugając trochę szybciej powiekami, by pozbyć się wilgoci i zapytać „jesteś pewien?”. Haytham skinął od razu głową i wolną dłonią pogładził go po boku twarzy.
— Dużo lepiej, Connor. Weź go głęboko dla tatusia — zachęcił, nie wierząc, że to głośno powiedział.
Asasyn zaczerwienił się mocno i zagapił na ojca. Gdyby nie miał członka w ustach, pewnie i tak zastygłby z otwartymi ustami. Nie wiedział, czy Haytham teraz sobie zadrwił, czy naprawdę liczy na to, że jego syn spisze się na tyle, by ojciec był z niego dumny.
Nie chciał teraz o tym myśleć, bo relacje ojcowskie były dla niego jeszcze większą niewiadomą niż seks. Albo przynajmniej podobną.
Zamruczał tylko niewyraźnie na potwierdzenie, zacisnął powieki i wsunął członek o cały centymetr dalej. I okazało się to o centymetr za dużo, bo dziwnie go naciągnęło, więc cofnął głowę. Nie dał rady jednak wysunąć go całkiem z ust, bo silna dłoń Haythama powstrzymała go przed tym. Mężczyzna w sumie dał mu tylko moment, aby złapał oddech, po czym znowu go przyciągnął do siebie.
— Dalej, Connor. Bardzo dobrze, tylko dalej… — zamruczał niskim, niższym niż zwykle głosem, patrząc intensywnie na syna.
Ten jęknął z protestem, nie wiedząc, czy przypadkiem to „bardzo dobrze” nie jest podobne do „będzie ci dobrze” tuż przed tym, jak Haytham wlał mu w tyłek żywy ogień. Poddał się jednak, bo nie było najgorzej. Zamknął tylko oczy, otworzył szerzej usta i znowu ślina pociekła mu z kącika. Zaczerwienił się więc mocno, ale nie wytarł się tym razem, tylko próbował oddychać przez nos i ssać. Sam czuł się w gorączce, bo cokolwiek robił z ojcem cielesnego, sprawiało, że jego niedoświadczone ciało reagowało ekstazą.
Haytham zamruczał znowu nisko. Tak, teraz, kiedy Connor nasuwał się na jego członek mocniej, kiedy nie zasysał tak mocno powietrza, a ściskał go ustami, było dużo, dużo lepiej. Na tyle, że mimo słów Connora z samego początku, aby go nie pchał, właśnie zacisnął mocniej palce na jego włosach i przycisnął go znów do swojego podbrzusza. Do tego złapał go za brodę, otwierając sobie te usta na swojego kutasa.
Od razu z gardła Connora wydobyło się charczące rzężenie, a ten ścisnął jego uda mocno i otworzył szeroko oczy. Chciał wydusić „za daleko!”, ale zamiast tego wydobył z siebie jedną sylabę i to bardzo niewyraźną. Chciał się sprawdzić, naprawdę chciał się tego nauczyć, ale jego ciało drgnęło w wymiotnym odruchu, a jego samego zabolało gardło. Chciał się odsunąć!
Haytham, widząc, jak czerwienieją mu oczy od tego, co robi, puścił go trochę, aby Connor mógł złapać oddech. Po tym starł mu knykciem ślinę z brody, zauważając wcześniej, że chłopak sam to robił. Ulga jednak nie trwała długo, bo po chwili Haytham znowu przyciągnął Connora do siebie, pieprząc jego usta. Najbardziej to lubił w seksie oralnym. To zaciskanie się na główce, dużo wilgoci w ustach i te dźwięki.
Mlaskało, rzęziło i charczało. Haytham nawet zobaczył, jak z kącików oczu Connora wypływają łzy, a chłopak czerwienieje jeszcze bardziej na twarzy i ściska jego uda. Próbował się odsunąć, ale to, co ojciec robił z jego ustami, sprawiało, że tylko na tym się skupiał. Drżał przy tym, zaciskał powieki i czuł twardego, gorącego penisa penetrującego mu usta. A gdy w tym wszystkim dotarło do niego, że to też może się skończyć wytryskiem, głośniej zajęczał. Urywanie, bo każdy jęk przerywany był tym specyficznym dźwiękiem, gdy członek wszedł w niego ponownie. Chciał ostrzec ojca, by tego nie robił, więc szarpnął jego spodniami. Haytham zaburczał nisko, niezadowolony, że musi przerwać. Było mu w końcu bardzo dobrze. Był spełniony seksualnie, jak już dawno nie był.
— Tak… Connor? — spytał, kiedy odsunął twarz chłopaka od swojego penisa. Ten teraz stał dumnie, tuż przed nosem młodego asasyna. Sztywny, ciemny od krwi, jaka w nim się gotowała i śliski od śliny.
Zanim jego syn odpowiedział, wpierw nabrał głęboko kilka oddechów przerywanych kaszlnięciami. Wytarł też szybko brodę ze śliny i policzki z łez. Zerknął wpierw na sztywny, ciemny członek, odczuwając delikatną satysfakcję, że jego poczynania odniosły jakiś skutek, a potem spojrzał zaczerwienionymi oczami na ojca.
— Nie chcę… — pierwsze słowa wyszły bardzo zachrypnięte, więc odchrząknął i powtórzył: — Nie chcę twojego nasienia w ustach.
Haytham uniósł brwi, po czym uśmiechnął się kącikiem ust. Pochylił się i cmoknął Connora w czerwone od obciągania usta.
— Obiecuję. Jeśli ciągnąc mi, dotkniesz nosem mojego brzucha — zasugerował wyzwanie.
Asasyn otworzył szerzej usta i chwycił dłonią sztywnego penisa ojca, jakby miał dzięki temu rozpoznać, czy da radę. A potem znowu zerknął na Haythama.
— To przecież niemożliwe…
— Możliwe — templariusz zapewnił tonem znawcy. Nie mógł zbyt łatwo mu odpuścić.
Connor wcale nie był tego taki pewien. Ale nie mógł ot tak się poddać. Nie mógł dać mu satysfakcji i możliwości do wywyższania się. Dlatego w końcu przytaknął i wziął głębszy oddech.
Nie powiedział już nic, tylko pochylił się i patrząc na podbrzusze ojca, by widzieć, ile ma jeszcze przestrzeni do pokonania, zaczął brać jego penisa. Początkowo szło łatwo, ale potem zatrzymał się i odetchnął szybko przez nos. Gdy opanował odruch wymiotny, działał dalej i wprowadzał penisa do gardła. Czuł, jak ten go zatyka, jak jego własny język ściska to sztywne ciało, podobnie jak gardło. Kompulsywnie, panicznie. Ale jakimś cudem dotarł do końca, poczuł na nosie włoski łonowe ojca, a wargi otworzył najszerzej jak mógł. Łzy momentalnie spłynęły mu po policzkach. A wtedy spotkało go coś, czego się nie spodziewał. Haytham zacisnął dłoń na jego włosach i przycisnął go do swojego brzucha jeszcze kawałek. Jego penis wcisnął się w gardło Connora tak, że ten na moment zupełnie stracił dech. Zresztą, nawet nosem nie miałby jak wciągnąć tlenu, bo ten miał zgnieciony między włosami łonowymi ojca.
Haytham zawarczał ze skrajną przyjemnością, zresztą jego penis aż zadrżał w gardle Connora.
— Oooo…! — templariusz jęknął głośno, czując, jak spełnienie jest na samej granicy zdrowego rozsądku. Jakby się w tej chwili spuścił, to Connor nawet nie mógłby wypluć jego spermy. Ta trafiłaby głęboko w jego przełyk. Jedynie wymiotując, by mógł część zwrócić. Obiecał jednak chłopakowi, więc oderwał go od siebie. Mocno szarpnął, chwycił się za podrygujący członek, a z niego sperma strzeliła w mniej niż sekundę.
Connor błyskawicznie zamknął powieki, a jego ciało zadrżało konwulsyjnie. Bodźców było tak wiele, że nie wszystkie od razu rozpoznał. Jego świadomość szalała. Podniecenie wypełniało jego ciało, żar płonął w podbrzuszu i klatce piersiowej, gardło bolało od łapczywie pochłanianego powietrza, a na twarzy czuł wilgoć.
Miał chaos w głowie. I nasienie na twarzy! Tak, dopiero zdał sobie z tego sprawę, ale sięgnął do policzka, aby się upewnić. Jego usta jednak nie dały rady nic powiedzieć, bo zostały zamknięte mocnym pocałunkiem. Zaraz po nim usłyszał szurnięcie stolika. Haytham zsunął się z niego, przy okazji go przemieszczając. Znalazł się dzięki temu bliżej Connora, którego chwycił od razu za penisa i szybko go masturbował.
Powieki asasyna otworzyły się szerzej, a spomiędzy warg, teraz atakowanych przez usta ojca, wydobyło się głuche, pełne rozkoszy jęknięcie. Connor objął mężczyznę jedną ręką, odpowiedział na pocałunek, ale i tak jego myśli skupione były całkowicie na dole, gdzie było mu coraz bardziej… intensywnie. Poruszył nawet biodrami i skrzywił się, czując pieczenie w tyłku. Mimo to nie przestał i drżąc oraz domagając się własnymi ruchami więcej i szybciej, w końcu osiągnął mocny, ekstatyczny orgazm.
Haytham zebrał jak najwięcej jego spermy w dłoń i rozsmarował ją na jego członku oraz jądrach. Te ostatnie nawet uniósł trochę, aby zaraz po tym pomasować wilgotną dłonią przestrzeń między nogami chłopaka. Robił to wszystko na ślepo, bo jednocześnie dalej całował Connora. Chciał odegnać jego myśli od tego wszystkiego złego, co ten sobie mógł pomyśleć, a ukierunkować je jedynie na przyjemność. Aby ten chciał jej od swojego ojca więcej i więcej.
Czuł, jak oddech Connora powoli się uspokaja. Z płytkiego, łapczywego zamienia się na głęboki i pełen ulgi. Ciało chłopaka też się relaksowało, jego usta mniej gorączkowo całowały Haythama, a bardziej leniwie. Na twarzy jednak wciąż miał spermę, o której na kilka sekund zupełnie zapomniał.
— Chyba… dobrze? — zapytał w końcu, uchylając powieki i patrząc na ojca.
— Jak na swój pierwszy raz, bardzo dobrze. Spisałeś się, masz potencjał — Haytham zapewnił go, chwaląc przy tym specyficznie, zważywszy na to, za co chwalił swojego syna.
Connor oblizał wargi i… uśmiechnął się lekko.
— Niełatwe to było.
— Ale się spisałeś — pochwalił go ponownie, widząc już, że jego brawurowe dobranie się do Connora, kiedy się upił, nie będzie kolejnym gwoździem do jego trumny. Teraz jednak musiał rozegrać najważniejszą na tę chwilę kwestię. A mianowicie… jak powstrzymać Connora, aby nie chlapnął w towarzystwie, że mieli seks?
— Dzięki, ojcze — Connor odpowiedział trochę bezmyślnie, ale nawet nie zdążył się połapać w tym, jak nazwał Haythama, bo przypomniał sobie o wilgoci na twarzy. Zarumienił się więc i szybko wstał, żeby podejść do szmatki, którą wczoraj ojciec wycierał mu tyłek i umyć twarz.
Haytham patrzył na niego, samemu uśmiechając się bardzo słabo. Zrobił coś, co było powszechnie uznane za złe, ale przecież z drugiej strony Connor był prawie że obcym mu człowiekiem. Tyle co ich łączyło, to więzy krwi i Ziio.
Pogrążył się w swoich myślach, przyglądając się jednocześnie łakomie temu silnemu, śniademu ciało, które nosiło tak niewinną w niektórych kwestiach duszę. Co z tego, że Connor był mordercą, sprawnym wojownikiem, kiedy jednym zdaniem można było go uciszyć, onieśmielić… zmanipulować?
Przełknął ślinę, zdając sobie sprawę, że nim wyruszą, będzie musiał jeszcze przekonać Connora do nieoferowania nikomu swoich nowych… umiejętności.
W czasie jego rozmyślań Connor umył twarz, ubrał się i poszedł po duży garnek, w którym wcześniej przyniósł śnieg.
— Poprzynoszę trochę śniegu, zagrzejemy i wlejemy do balii. Trzeba się umyć — oznajmił swój plan i podążył do butów.
Haytham skinął głową na zgodę.
— Dobrze — zgodził się bez wahania. — Ubierz tylko coś jeszcze na siebie — dodał z cieniem rozbawienia w swoim zwykle poważnym tonie. Poważne rozmowy mogły poczekać.
Connor pokiwał głową, odział się porządnie i dopiero ponownie sięgnął po garnek. Obejrzał się jednak jeszcze na ojca i pomyślał o tym wszystkim, co tutaj przeżyli. Miał wrażenie, że ich kontakty uległy znacznej zmianie. I że mieli kolejną wspólną sprawę. Tym razem bardziej cielesną.
Rozmyślając o tym, wyszedł z chatki, aby wypełnić swój plan i zapewnić swojemu wymęczonemu ciału dzisiaj trochę relaksu w gorącej wodzie.

*

Zdecydowali się jednak wyruszyć następnego dnia. Nie z samego rana jednak, a bliżej południa. Spali całkiem długo, znowu na jednym posłaniu. Zajęli się przygotowaniem koni do drogi, zjedzeniem, odpowiednim odzianiem się, a teraz był czas na pakowanie. Connor kucał przy swoich ubraniach, które składał do juków, a Haytham pakował jedzenie.
— Daj mi już mój ekwipunek. Potrzebuję broni — asasyn rzucił przez ramię do ojca, gdy już pakował ostatnie ciuchy.
Haytham zmierzył asasyna spojrzeniem, oceniając jego samopoczucie i stan ducha. Nie patrzył na niego wilkiem bardziej niż zwykle, wyglądał na skupionego na czekającej ich podróży i nie łypał na niego dziwnie.
— Najchętniej bym tego nie robił, jednak możesz faktycznie go potrzebować. Pamiętaj jednak, na kogo w tej chwili polujesz — dodał, sięgając do zamykanego kufra, aby podać synowi resztę jego rzeczy. W dłoni jeszcze podrzucił jego tomahawkiem, nim mu go podał. — Może i skuteczna broń, ale jednak barbarzyńska — skomentował z wyższością, dotykając swojej szpady. — A jeśli już o barbarzyńcach mowa, Connor. Musisz zdawać sobie z czegoś sprawę. Wiesz, że cenię sobie waszych ludzi. Inaczej twoja matka nie dałaby mi szansy, aby się do niej zbliżyć, jednak wiesz też, że są ludzie, którzy was nie akceptują. Tam samo jest z tym, co się między nami wydarzyło — urwał, patrząc na twarz syna, by upewnić się, czy ten pojmuje, co chce mu przekazać.
Asasyn, który w czasie jego przemowy przymocowywał do swojego odzienia poszczególne bronie, w końcu zerknął na jego twarz pytająco.
— Kto nie akceptuje? — zapytał prosto i przyczepił ostatni z mniejszych noży.
— Różni ludzie, Connor. Nie sposób powiedzieć jednoznacznie. Takie radykalne poglądy kryją oni w głowach, nie obnoszą się z nimi. Mogą jednak wiele złego wyrządzić, jeśli się dowiedzą i stryczek może być dla nich niewystarczającą karą za wszystko, co nie jest pobłogosławione przez ich księży.
Młody mężczyzna w milczeniu skończył dopinać broń i już poważniej popatrzył na ojca.
— Mogą mnie torturować i powiesić? Ale seks jest dla przyjemności. Sam mówiłeś — przypomniał twardo, wskazując go dłonią na potwierdzenie swoich słów.
— Bo jest, jednak ci ludzie nie umieją tego pojąć. Nie rozumieją, że nie ma w tym nic złego, tak samo jak nie ma nic złego w tym, że byłem z twoją matką albo w tym, że twoi ludzie walczą o swoje ziemie. To kwestia poglądów, Connor, za które niektórzy są w stanie zabić — dodał, aby podkreślić wagę swoich słów. Nie chciał, aby chłopak miał problemy nie tylko przez kolor swojej skóry, ale też przez to, że spał z mężczyzną. Albo gorzej, ze swoim ojcem.
Connor chwilę trawił słowa Haythama i wydawały mu się one całkiem logiczne. Wiedział, że w ludziach było wiele nienawiści i czasem błahe rzeczy sprawiały, że dopuszczali się strasznych czynów.
— Rozumiem. Nie będę o tym rozmawiał. Ale mówisz, że nie mogę nikomu powiedzieć, że miałem seks?
— A masz kogoś, komu chciałbyś o tym powiedzieć? — Haytham odwrócił jego pytanie. Odpowiedź „nie, nie możesz” mogła wydać się Connorowi zbyt radykalna, a jednocześnie podejrzana.
— Nie… Ale jakbym spotkał kobietę, z którą będę chciał założyć rodzinę, nie mogę jej powiedzieć, że mam już seks za sobą?
Haytham skrzywił się w duchu. Czy Connor naprawdę nie zauważył, że w seksie, jaki mieli za sobą, pełnił rolę kobiety? I że w dawaniu komuś rozkoszy nie ma nadal żadnego doświadczenia? Może jedynie lepiej rozumieć swoją wybrankę, kiedy już przyjdzie co do czego.
— Na twoim miejscu nie chwaliłbym się tym przed nią. Może źle cię zrozumieć. Zresztą, kobiety z reguły zakładają, że partner będzie wiedział, co ma robić. Nie musisz jej o tym zapewniać.
Connor myślał chwilę i w końcu przytaknął. Ciężko by było powiedzieć kobiecie, że również nie wie, co ma robić w łóżku.
— Więc nikomu nic nie powiem. Nie chcę umrzeć za to, co robiliśmy tutaj. Jest więcej bardziej chwalebnych powodów — uznał w końcu i znów pochylił się do swoich juków, żeby zapiąć je do końca.
Haytham odetchnął w duchu. Connor był tak samo łatwowierny, jak i uparty. Dobrze, że tym razem jednak uwierzył mu na słowo i zapewnił im obu bezpieczeństwo.
— Nie zaprzeczę, Connor. Jednak jeśli chciałbyś jeszcze rozwinąć jakieś wątpliwości, to ja nadal jestem do twojej dyspozycji — zachęcił, mając wewnętrzną nadzieję, że to, co się wydarzyło w chacie drwali, będzie miało jeszcze miejsce gdzieś indziej.
I zaskoczył się, a może był wręcz w szoku, kiedy Connor po pierwszym mruknięciu na zgodę zerknął na niego z kucek, zagryzł wargę w zamyśleniu, jakby nie wiedział, jak o to zapytać, a w końcu pozwolił słowom wyjść z ust:
— To powiedz mi… czy jeszcze gdzieś w drodze znowu spróbujemy?
Haytham i tak nie powstrzymał uniesienia brwi, kiedy to usłyszał. Poprawił jednak niby w obojętnym geście płaszcz, który już zdążył ubrać, po czym pochylił się do kucającego Connora. Chwycił go za brodę i pocałował krótko.
— Spróbujemy, Connor. Spróbujemy tyle razy, że nie będziesz potrzebował ani alkoholu, ani nie będziesz już „nie w formie” — zapewnił, wierząc w to, co mówił.
— To brzmi lepiej — przyznał Connor, który w alkoholu widział duży problem, jak już jego ojciec zdążył zauważyć. — W drogę. Nie ma czasu do stracenia — dodał po chwili, sięgając po swoje juki i przerzucając je na plecy, nim rozejrzał się wokół, by upewnić się, czy czegoś nie zapomnieli.
Haytham chwilę dłużej został w izbie. Miał wszystko, był tego pewien. Nie zapominał, był zorganizowany i formalny, ale i tak rozejrzał się po surowym wnętrzu. Chciał zapamiętać to pomieszczenie, ten zapach, jaki się tu unosił, bo właśnie tutaj zdobył zupełnym przypadkiem coś, czego nie chciał zmarnować. A to coś wychodziło właśnie na ośnieżony świat razem z osobą Connora.
Templariusz poczuł, że Connor ze swoją naiwnością i nieokreśloną seksualnością trafił mu się jak ślepej kurze ziarno. I co z tego, że nadal byli wrogami, skoro chociaż mogli sobie umilić czas do ostatecznego konfliktu, pieprząc się co jakiś czas po katach? To nie była aż tak zła perspektywa w mniemaniu Haythama.

KONIEC

Tutaj jeszcze pochwalimy się tworem RedMorpho, która narysowała piękny i seksowny art do tego opowiadanka! :D

cold_winter_night_2_by_redmorpho-d862f0t

15 thoughts on “Commission – W chatce drwali (Assassin’s Creed III)

  1. Katka pisze:

    Basia, oj tak, faktycznie jakiś czas nie widziałyśmy Twojego nicku, ale bardzo nam miło, ze wracasz :D No i zabrałaś się za tekst, o którym jakoś ostatnio zapomniałam XD Aż sama mam ochotę do tego wrócić. Bardzo milo się nam go pisało :) Super więc, że się podobało. Dziękujemy za życzenia i Tobie także życzymy cudownego nowego roku!

  2. Basia pisze:

    Witajcie dziewczyny,
    ojć dawno mnie tutaj nie było, ale wracam (przynajmniej mam taką nadzieję, bo jak widzę to juz rok zaległości mam w czytaniu….) przynajmniej postaram się czytać jeden rozdział na tydzień, zobaczymy co z tego wyjdzie…
    a co do tekstu to bardzo mi się podobał, cudownie wszystko przedstawione, Hayatame wykorzystał do własnych celów niewiedzę Coonora
    na życzenia świąteczne trochę za późno, ale na nowy rok jeszcze nie ;] więc życzę aby przyszły był jeszcze lepszy, aby wszystko się udawało, i spełniły się pragnienia wszystkie….
    Dużo weny życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Another69 pisze:

    No właśnie tak szukam szukam… I muszę przyznać, że albo źle szukam, albo w necie jest naprawdę niewiele o tym :/ Ale jakoś sobie poradzę :P
    Szczęśliwego Nowego Roku ;)

  4. Shivunia pisze:

    Another >> wiesz… niby używamy, ale…nie mamy szczególnego doświadczenia w tym. Maska mi się wydaje, że służy do zasłaniania pewnych elementów już narysowanych. Abyśmy mieli jakby coś zakryte tak aby inne części rysunku nie były np zacieniowane czy coś… chyba. Polecam jednak poszukać jeszcze odpowiedzi w necie.

  5. Another69 pisze:

    Dziewczyny, a tak z innej beczki trochę… (bardzo).
    Używacie Paint Tool Sai o ile się orientuję. Powiecie mi może, do czego służy maska? :D

  6. Illita pisze:

    Grę nawet ogarniam więc miałam ogrom funu czytając :D Connor jest taaaaki słodziutki <3 Niewinny, niedoświadczony… uwierzy we wszystko co mu powie Haytham :D Świetny fik! A ten art na koniec… Doskonała kombinacja <3

  7. Katka pisze:

    Rehab-e, super, że mimo braku ogarniania gry skusiłaś się na przeczytanie! W ogóle mam jakąś satysfakcję, że w jednym poście wrzuciłyśmy coś, co zajęło Wam więcej czasu niż piętnaście minut XD Hehehe, kiedy zaczynałyśmy pisać, nie miałam pojęcia, że z Connorka wyjdzie taka niewinna sarenka, jak zwykle wyszło w praniu i… no XD Też myślę, że jest słodki :) A art to wręcz arcydzieło! Gratulacje dla RedMorpho :D

  8. rehab-e pisze:

    Półtorej godziny i przeczytane. Kazirodztwo jakoś mnie nie rusza, soł spoczko się czytało. Nie lubię gier, także nie jestem w temacie, ale fanfick bardzo zacny. Taki inny od tego co zazwyczaj nam przedstawiacie. W ogóle Connor był taki uroczy w tej swojej nieświadomości… ahh, like it <3
    A co do tego arta to aż brak mi słów *___________*
    Mogę jedynie płakać nad byciem beztalenciem xD

  9. Katka pisze:

    Aoi, mmm, Altair i Malik oczywiście są numerem jeden :D Słodziaki straszne, ale że zamówienie dostałyśmy na tę parkę, to powstał taki twór. I bardzo fajnie, że Ci się podobało! W ogóle miło znów zobaczyć Twój nick :) Haha, naiwność Connora faktycznie jest rażąca i człowiek ma ochotę przytulić go i powiedzieć „oj biedaku, ale to nie tak, jak myślisz”. No ale taki jego urok XD Dziękujemy za komentarzyk i życzenia i ściskamy mocno! ;)

    Ash, prosimy, byś faktycznie następnym razem o No Exit pisała pod No Exit XD I również starała się unikać spoilerów, bo jak pisałyśmy przy sprzedaży e-booka, komenty ze spoilerami będziemy kasować, co by ludki, które nie czytały, nie miały zepsutej zabawy (nie obchodzi mnie to, że ktoś może lubić spoilery XD). To tak wiesz, jakby co ;) Bo baaaaardzo chętnie słuchamy uwag i reakcji na to, co działo się w opku :D Więc pisz, pisz, ale w odpowiednim miejscu ;) W ogóle cytat z piosenki niczego sobie XD A Marvin biedny no, złamał się w końcu. I masz rację, jego zachowanie w bardzo dużej mierze jest powodowane jego podejściem do samego siebie. Chcąc nie chcąc widzi siebie dość przedmiotowo niestety. Wydaje się taki wow i wielu mu zazdrości, ale on wcale za takiego zajebistego się miiimo wszystko nie uważa. W pewnej części jego pewność siebie może być pozorna. I tez serdecznie pozdrawiamy :)

    Borsuczek, ogólnie wolimy tworzyć własne historie, ja nie jestem zwolennikiem pisania postaci niewykreowanych przeze mnie, bo wydaje mi się to trudne i stresujące, ale raz na ruski rok można i jak widać czasem może wyjść z tego coś fajnego :D No ale dlatego nie ma całej serii, niemniej to i tak dość długie wyszło :) Bardzo nam miło, że Ci się spodobało :)

  10. Ash Alex Sugar pisze:

    P.S.!
    Ach no i chyba dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że takie a nie inne zachowanie Marvina wynika (nie wiem czy zawsze, ale często, prawda?) z jego słabego poczucia własnej wartości ;c
    Hm, zrozumieć wroga, to pokochać wroga („Gra Endera”), so…
    Nie to, żebym była w r o g o nastawiona do Marvina, ale no cóż, ne do końca go lubiłam na początku. A zrównuje sobie coraz więcej mojej sympatii
    (Cieszę się strasznie, że Dean i Harley się do siebie tak zbliżają, jednak brakowało mi ostatnimi rozdziałami Jaspera i Marvina xD)
    I tyle czasu, przez tą całą sprawę z szantażami czekałam na to, aż Marv wtuli się w swojego chłopaka i pęknie, rozpłacze się, ale nie robił tego, aż w końcu teraz też myślałam, że nie pęknie. A jednak <3
    (Nie to, że źle, Rozumice chyba, że to przeurocze, prawda? xD)

    Jezu, przepraszam, że tak wylatuję jak filip z konopi xD
    Db, następne takie komentarze będę pisać pod stroną No Exite, dopiero teraz o tym pomyślałam…

    Pozdrawiam <3
    Ash Alex Sugar

  11. Ash Alex Sugar pisze:

    Hej, hej, pozapraszam, ale nie wiem kiedy ten twór przeczytam xD
    Ale tak zupełni z innej beczki, dla ciekawostki xD
    Uwielbiam takie coś, jak robiłyście w NBTS – muzyka do rozdziałów, więc czasem się zastanawiałam, co by pasowało do No Exite
    A więc 369 strona, e-booka, rozdział „Skrócić smycz czy rozluźnić smycz?”, w momencie rozmowy Marvina i Jaspera po wyjściu z klubu (mam nadzieje, że pamiętacie o czym mówię xD)
    No więc w tamtym momencie w playliście włączyło mi się „Whore” In This Moment, całkiem przypadkowo o.O
    Matko, jaki zbieg okoliczności, przyznajcie :D

    „I can be your whore!
    I am the dirt you created (Whore!)
    I am your sinner
    I am your whore (Whore!)
    But let me tell you something baby
    You love me for everything you hate me for”

  12. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    ohooooo dawno mnie nie było na tej zacnej stronce, a jak sie pojawiłam to trafiłam na taka perełkę, co prawda w tego assasina jeszcze nie grałam, ale wszystko jeszcze przede mną. Moimi faworytami i tak są Altair i Malik ale ja się nie ma co się lubi to się lubi co się ma :D. Kazirodztwo o fuuuuuuu, coś obrzydliwe…nie no żartuje wow to było gorące, czasami naiwność tego biedaka aż mnie bolała, no ale cóż przyjemność to on ze swojej głupoty miał więc można mu wybaczyć.
    Dzięki za fajny fick, jestem nim zachwycona. Wesołych Świąt życzę i gorąco pozdrawiam :*

  13. Katka pisze:

    Tigram, widzisz, nie ma się co zrażać. Ja osobiście uważam ich igraszki za całkiem udane jak na pisanie nieswoim postaciami (przed czym zawsze maaasakrycznie się bronię, Shiv świadkiem, nie jestem fanką pisania fików). Ale myślę, że warto pokonać opory, bo czy standardowa twórczość, czy nie, to styl chyba zachowujemy ;)

  14. TigramIngrow pisze:

    No niech tam. Ogarnęłam w półtorej godziny, bo mnie tym kazirodztwem skusiłyście. Całkiem zacne, ale jednak wolę Was w standardowej twórczości, jeśli wiecie co mam na myśli. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s