Across The Cursed Lands II – Epilog

Po kolejnym dniu spędzonym w Chicago, Jefferson był coraz bardziej pewien, że już jest znudzony tym miastem. Co prawda miał trochę zajęć, odwiedził nawet miejską bibliotekę, którą odbudowali po pożarze, ale nie był cierpliwym człowiekiem. Po kilku spędzonych tam godzinach jego ciało cierpiało na bezruch, kark bolał, a mózg wyciekał uszami. Niektórych książek, po które sięgał, nawet nie rozumiał, bo były napisane takim językiem, z którym wcześniej nie miał styczności. Nie przyznał się przed Williamem, aby nie wyjść na głupszego.
Miasto poznał już całkiem dobrze, zwiedził je kilka razy i bez problemu znajdował punkty orientacyjne, więc pytanie o drogę już nie godziło w jego dumę. William też trochę mu podpowiedział, ale jak się okazało, teraz wiele się zmieniło. Sam lekarz mówił, że nie poznaje rodzinnego miasta. Jedynie obrzeża, takie jak te, gdzie był jego dom, wydają mu się znajome. Reszta to coś zupełnie nowego, ale jak dla Jeffersona było to straszne, tak dla Williama niesamowite. Tym zdecydowanie się różnili. Jefferson był znudzony Chicago, a William zafascynowany.
Ranger doskonale wiedział, że póki nie uporają się z zagadką serc nieboszczyków, których spotkali po drodze, to nie opuszczą tego miasta, a co za tym idzie, nie było sensu narzekać bardziej, bo i tak nic by to nie dało. Jefferson musiał więc znaleźć sobie jakieś zajęcie, kiedy jego partner w podróży i łóżku babrał się w martwych tkankach razem ze swoją matką. Dziś w ramach rozrywki postanowił udać się do kowala, a także do przyległego do niego sklepu, gdzie sprzedawali juki, siodła, uzdy i wiele innych akcesoriów dla tych nielicznych, którzy wciąż podróżowali konno.
Bynajmniej nie było to w samym centrum Chicago, które już całkiem wyparło sklepy jeździeckie na rzecz nowinek i ulepszeń do automobili. Jeffersonowi było to na rękę, bo zdecydowanie wolał obrzeża miasta. Spędził tu więc więcej czasu, mierząc nową uzdę na Oficerze, spokojnie poddającym się jego zabiegom.
— Jakby się panu co zdarło, to zapraszam do poprawy. Muszę dbać o klientów, kiedy jest ich coraz mniej… — siwawy sprzedawca z bujną brodą, w schodzonych spodniach i szelkach luźno zawieszonych na koszuli, powiedział ciężkim od zrezygnowania głosem. — Ale skóra jest solidna, powinno długo trzymać.
— Właśnie widzę. Dobrze wyprawiona. Skąd bierzecie? — zainteresował się Jefferson, na swój sposób relaksując się takimi zakupami. No i mógł spędzić czas z Oficerem, co też było przyjemne, chociaż obaj już wyciągnęliby nogi poza Chicago.
Namiastkę takiej wyprawy mieli w zeszłym tygodniu, kiedy Castor Lockerbie zabrał go nad znajome sobie, chronione kilkoma basztami miejsce na samym skraju miasta, gdzie nie było więcej budynków niż młyn, większych rozmiarów piekarnia i kilka domków. Oficer i Jefferson mogli więc zakosztować odrobiny zieleni, a do tego pokonwersować z ojcem Williama na temat starych opowieści o łowcach głów, które znał Castor. Trochę przegadali też o Indianach i wojnie.
— Moi bracia mieszkają w sąsiednim mieście na zachód od Chicago. Tam jest odpowiednia zwierzyna i sami robią to wszystko, co pan widzi. Transport do miasta jest niebezpieczny, ale tu jednak lepiej zarobić… Chociaż i tak klientów coraz mniej — mówił sprzedawca, pakując mniejsze zakupy Rangera do płóciennej torby i podając mu ponad ladą.
— Ta, współczesność — Jefferson prychnął pod nosem, wyjmując z mieszka odpowiednią ilość pieniędzy.
Sprzedawca ściągnął krzaczaste brwi, najwyraźniej zdziwiony słowami klienta.
— Jest pan przecież jeszcze młody, to nie pana… hm, czasy? — spytał, aby jeszcze przez chwilę nawiązać rozmowę.
Ranger skrzywił się, rozglądając się od niechcenia po sklepie.
— Może i młody, ale nie stąd. Na południu aż tak się nie porobiło jak tutaj — skomentował z rozbawieniem i goryczą, po czym skinął mężczyźnie. — Dziękuję i do zobaczenia.
— Do zobaczenia. Może na południu, jeśli tam jest lepiej niż tu. Może tam lepiej przenieść biznes… — sprzedawca pożegnał go gorzkimi słowami, a Ranger wyszedł na tę w miarę spokojną ulicę, do czekającego na niego Oficera.
Wiedział, że niedługo zrobi się ciemno. Niebo powoli nabierało pomarańczowego odcienia. Czuł, że powinien pojawić się w domu na kolacji, która na pewno go nie nasyci. Myśląc o tym, pakował kupione rzeczy do juków, aż coś nie odwróciło jego uwagi. Było to podwójne gwizdnięcie, które zignorował w pierwszej kolejności, ale następnie dźwięk się powtórzył. Był dość nieprzyjemny, ostry, więc nawet Oficer zareagował niecierpliwie. Dochodził na pewno z załomu dwóch budynków, w tym sklepu jeździeckiego, w którym był.
Udał, że tego nie usłyszał. Wsiadł spokojnie na grzbiet Oficera i ściągnął lejce. Ruszył spokojnie, ostrożnie wyciągając rewolwer z kabury. Odbezpieczył go, nie wydając przy tym żadnego dźwięku i zmusiwszy ogiera do nagłego przyspieszenia, znalazł się u wylotu zaułka, z bronią wycelowaną w głąb niego.
Na samym początku nie zobaczył wiele. Oba budynki miały daszki nad bocznymi wyjściami, od góry rozwieszone było pranie na długich sznurkach, a i nachylenie słońca nie sprzyjało ujrzeniu czegokolwiek. Było tam ciemno i specyficznie śmierdziało. Udało mu się jednak dostrzec w końcu sylwetkę.
Niewątpliwie był to mężczyzna, oparty luźno plecami o mur, z pochyloną głową, kapeluszem i najpewniej chustką związaną na wysokości nosa, zasłaniającą jego twarz. Trzymał jednak pod nią dłonie, przytykając coś do ust. I wtedy znowu to nastąpiło. Głośny, krótki, przeszywający uszy dźwięk, który sprawił, że Oficer nagle zarżał, poderwał przednie kopyta, a Jefferson musiał na nim skupić uwagę i go opanować. A gdy sekundę później uniósł wzrok na mężczyznę, tego nie było tam, gdzie chwilę temu. Pojawił się tuż przy Jeffersonie, od lewej i wyskoczywszy zwinnie, machnął krótkim nożem, celując w jego gardło.
Ranger zdążył zrobić unik w ostatniej chwili. Wykorzystał to, że napastnik był w powietrzu, chwycił go za ramię i przerzucił przez grzbiet Oficera, wprost na środek ulicy. Koń zarżał gniewnie i stanął dęba, celując w napastnika kopytami. Jego jeździec w tym czasie trzymał się rożka siodła i naciskał na spust swojego rewolweru, którego lufa była skierowana w człowieka o zasłoniętej twarzy.
Ten najwyraźniej nie był byle kim. Gdy tylko upadł, przeturlał się na bok, a kiedy naboje poleciały w jego stronę, uskoczył wpierw na kucki, następnie uniknął kolejnych strzałów odskokiem w bok i już na równych nogach przebiegł dystans do kolejnego załomu budynku. Jefferson w tym wszystkim nawet nie słyszał jego kroków. Mężczyzna miał miękkie buty, nie wydawał żadnych dźwięków, był cichy i zwinny. I chwilę później z balkoniku, który zachodził również na boczną ścianę budynku, za którym się schował, ponownie skoczył na Jeffersona. Tym razem na zad Oficera, opierając się o niego palcami i podejmując kolejną próbę poderżnięcia gardła Rangerowi, który czuł jego zapach za plecami, gorąco ciała i tę cholerną zwinność.
Oficer od razu zaprotestował na takie nagłe wtargnięcie. Znowu stanął dęba, aby zrzucić napastnika, ale to się nie udało, bo zamaskowany mężczyzna chwycił się Rangera, który jedną ręką trzymał się siodła, a drugą starał się odepchnąć rękę chcącą poderżnąć mu gardło. Kiedy atak się nie udał, a koń znowu stanął dęba, Jefferson puścił się siodła i upadł na ziemię, przygniatając swoim ciężarem trzymającego się go mężczyznę. Po sekundzie szarpaniny obaj stali naprzeciwko siebie. Zamaskowany napastnik w skulonej postawie, gotowy do ataku, cały zakurzony z nożem w dłoni, a Jefferson wyłącznie przygotowany na natarcie. Jego dłoń była gotowa w mniej niż sekundę wyciągnąć rewolwer i na pewno nie chybić z tej odległości. Oficer drobił i prychał, cały oburzony i najeżony bardziej jak pies niż koń. Na ulicy, na gankach i w oknach zaczęli pojawiać się ciekawscy.
Z Colta Rangera już miał wystrzelić nabój, ale jego przeciwnik był świadom, że może to być śmiertelny strzał i udało mu się w ostatniej chwili wyrzucić w stronę przeciwnika jeden ze swoich małych noży. Ten trafił w broń, a nie w dłoń Jeffersona, jak najpewniej było w zamiarze, ale dało to szansę napastnikowi na uskok. Wbiegł miękko na ganek, przepchnął się obok kobiety w długiej sukni, która pisnęła ze strachu, a potem wskoczył na drewnianą barierkę i znowu wyrzucił ostrą broń w kierunku Rangera. Drugą, niemal w tej samej sekundzie, pod nogi Oficera, by jeszcze bardziej go spłoszyć i narobić zamieszania.
Jefferson gwizdnął krótko na konia, który zaskakująco szybko się uspokoił dzięki temu dźwiękowi. Podszedł bliżej swojego właściciela, który, kiedy wystrzelił wszystkie pociski z jednego rewolweru, od razu sięgnął po kolejny. Lewa ręka czy prawa, to nie miało znaczenia. Napastnik znowu znalazł się pod ostrzałem. Na tyle precyzyjnym, że w pewnym momencie zachwiał się, kiedy jeden z naboi wbił się w jego ramię. I gdyby nie to, że zdążył już umknąć na tyle daleko, na dach, to pewnie kula przeszłaby na wylot.
— Kurwa — Jefferson jednak nie był pocieszony ze swojego strzału. Po pierwsze, nie trafił idealnie, po drugie, to był jego ostatni nabój. Musiał przeładować oba rewolwery, co dawało napastnikowi kilka sekund bezpieczeństwa.
— Ludzie, lećcie po władze!
— To jest władza! Widziałem gwiazdkę Rangera! — rozlegały się krzyki.
Ludzi na ulicy było coraz więcej, ale większość trzymała się z dala i zadzierała głowy, aby zobaczyć, gdzie umknął zamaskowany mężczyzna. Ale… nigdzie go nie było. Nie dało się go dostrzec na żadnym dachu, nie wychylił się też z żadnego zaułku, a jednak Ranger czuł, że jest blisko. Nawet mieszkańcy zamilkli na moment, gdy broń Jeffersona była gotowa, a napastnik nie wychodził.
Ranger także postanowił się przygotować i wskoczył na Oficera.
— Pokaż się! — krzyknął, wiedząc podskórnie, że to nie sprowokuje zamaskowanego mężczyzny. Miał wrażenie, że jest pod ostrzałem, którego nie widzi. Był przy tym napięty jak struna i gotowy zareagować, jak najszybciej się dało.
Czas wydawał się płynąć powoli jak słońce przesuwające się po niebie. Ludzie chyba wręcz przestali na moment oddychać, a każde przestąpienie z nogi na nogę sprawiało, że deski ganków skrzypiały i nadawały temu momentowi oczekiwania większej ciężkości. Oficer i Jefferson byli najbardziej czujni i gotowi do reakcji. Ten moment nadszedł chwilę później, gdy ktoś krzyknął „Tam! Tam jest!”, a gdy Jefferson obejrzał się na drugi koniec uliczki, dojrzał zamaskowanego mężczyznę wskakującego w biegu na kasztanka, za którego kopytami wzbił się kusz z tej niewybrukowanej drogi.
Oficer jakby tylko czekał na ten moment. Zarżał, lekko szarpnięty za lejce, zadrobił, wznosząc piach w powietrze i uniósł przednie nogi, obracając ciało na bok. Wyskoczył do przodu w pościg. Przednie kopyta z hukiem uderzyły w podłoże, a potem kolejne nogi ryły drogę. Jego ciało było spięte, szyja wyciągnięta, a nogi niemalże nie dotykały podłoża, kiedy ogier nawet bez poganiania przez Rangera pędził za uciekinierem.
Domy przy drodze wydawały się rozmazywać w trakcie tej pogoni, co raz jakaś panna krzyknęła głośniej, gdy Jefferson wyjechał zza rogu, a pościg trwał. Zamaskowany mężczyzna też miał dobrego konia. Oficer doganiał go, ale nie było łatwo, bo kasztanek przemykał zwinnie uliczki, reagował na zamiany kierunków odpowiednio szybko i gnał co sił przed siebie. Napastnik musiał też być świadom, że na prostej drodze Ranger będzie mógł oddać strzał, więc często skręcał i unikał dania mu tej możliwości.
Niefortunnie jednak zwolnił, kiedy po obejrzeniu się za siebie, nie zobaczył goniącego go Rangera. Czyżby ten odpuścił? Z błędu wyprowadził go strzał, który spłoszył jego konia i który był oddany z równoległej ulicy do tej, którą jechał. Koń zarżał, a zamaskowany mężczyzna skręcił od razu w stronę przeciwną do tej, z której padł strzał.
Jefferson znowu zaklął szpetnie i pogonił Oficera. Ten dyszał pod nim, wydając za każdym oddechem niski, chropowaty dźwięk. Zwierzę było zacięte i na tyle ufało swojemu właścicielowi, że nie zawahało się przed przejechaniem pod rozwieszoną bielizną w wąskiej alejce, w którą musieli skręcić, kiedy uciekinier zmienił kierunek.
W trakcie pogoni ciężko było oglądać otoczenie, więc Jefferson nie zważał za bardzo na to, dokąd jadą. Najważniejsze było dopadnięcie tego mężczyzny. Dopiero po przejechaniu sporego dystansu spostrzegł, gdzie są. Dzielnica pełna burdeli i barów, do której raz z Williamem się zapuścili. Tu też było wąsko i o tej porze coraz bardziej tłoczno, więc gdy wjechali w jedną z główniejszych uliczek, rozległo się więcej okrzyków i, co by nie mówić, więcej przekleństw. Tutaj nikt nie zaważał na to, że to Ranger goni zamaskowanego zabójcę. Obaj byli dla tutejszych mieszkańców i klientów przybytków „skurwysynami”, „chędożonymi kutasami” i innymi niecnymi osobnikami brutalnie zaburzającymi bezpieczeństwo i przyjemność ze spędzania tu czasu.
Zamaskowany mężczyzna i jego koń zniknęli na końcu głównej drogi, skręcając w prawo, więc i Jefferson tam podążył. Dokładnie w tym samym momencie Ranger usłyszał wystrzał, Oficer zarżał i straciwszy równowagę przez szramę na szyi, wpadł bokiem swojego smukłego, spoconego ciała na mur budynku.
Ranger zaklął i zdążył zabrać nogę, aby ta nie została zmiażdżona. Zaraz po tym zeskoczył z konia i pociągnął go za uzdę. Dzięki temu zwierzę zyskało znowu równowagę, a do tego obaj mogli się schować pod przeciwległym murem. Ktoś, kto do nich przed chwilą strzelił, musiał być na dachu po tej stronie, do której przylgnęli. Jeśli Jefferson dobrze ocenił kąt, to przytuleni do ściany nie mogli zostać trafieni.
— Pierdolone chuje, gdzie jesteście? — wymruczał do siebie, obserwując okolicę. Zamaskowanego mężczyznę zgubił przez ten incydent, ale nie zamierzał mu odpuścić. Powoli ruszył w miejsce, gdzie ostatni raz go widział.
Musiał przy tym obserwować dach, aby przypadkiem nie zostać narażonym na kolejny strzał. Już wiedział, że Oficer jest ranny, a nie zamierzał pozwolić go ustrzelić.
Uliczka, w której się znalazł, była węższa i pusta. Pod ścianami budynków spoczywały pudła, co świadczyło o tym, że raczej używano jej jako zaplecze sklepów. Szedł ostrożnie i czujnie.
Zamaskowanego mężczyzny nie znalazł, za to jego towarzysz… a raczej towarzyszka znalazła Rangera. Ten zobaczył długi, czarny warkocz, który zafalował w powietrzu, gdy kobieta przeskoczyła z jednego dachu na drugi, kucnęła przy kominie i wystrzeliła do Jeffersona. Nie był to byle jaki strzał. Gdyby nie był to Jefferson, nabój trafiłby prosto w jego głowę, mimo dużej odległości i niepewnego kąta. Od razu dało się to ocenić.
Jefferson zaklął szpetnie po raz kolejny, zdążywszy uniknąć natychmiastowej śmierci. Był jeden, a przeciwników dwoje. Sytuacja była zła. Przeprosił Oficera krótkim klepnięciem go w szyję, schował rewolwer, już i tak ryzykując, a zaraz po tym wskoczył na grzbiet ogiera. Z niego, stając na nogach na siodle, wskoczył na dach. Tego strzelająca do niego kobieta się nie spodziewała, bo zamiast od razu oddać strzał, schowała się za kominem. Jefferson za to jeszcze nie wdrapawszy się całkiem na dach, oddał w jej stronę strzał. Nie śmiertelny, bo kobieta była za dobrze schowana, ale udało mu się drasnąć ją w nogę. A kiedy odruchowo spojrzała na ranę, kątem oka zauważyła, że mężczyzna nie postępuje według schematu. Nie chowa się tak jak ona, a biegnie na nią. Zdążyła tylko krzyknąć, nim oboje zlecieli z dachu. Czyjś rewolwer wystrzelił, puszczając pocisk w powietrze, a potem na moment zapanowała ciemność po bolesnym uderzeniu w ziemię.
Walka w zwarciu sprawiła, że nie mieli szans na użycie broni palnej. Kobieta, która upadła tuż obok Rangera, wskoczyła na niego, zamachnęła się i trzasnęła go w szczękę z największą siłą, jaką umiała z siebie wykrzesać. Potem sięgnęła po nóż z cholewy i zamachnęła się nim, chcąc umieścić ostrze w głowie przeciwnika.
Jefferson zawarczał i chwycił jej nadgarstek dłoni, w której ta dzierżyła nóż. Zmarszczył nos, trzymając go i siłując się z nią. A ta była zaparta. Po chwili zaczęła pchać nóż obiema dłońmi w dół, aby wbić go gdziekolwiek w ciało Rangera. Popełniła jednak przy tym poważny błąd, bo zapomniała o drugiej ręce mężczyzny. Ten w tym czasie sięgnął po rewolwer i lufę przystawił do jej brzucha.
Kobieta zastygła w bezruchu i wbiła w jego oczy wzrok. Pełen zaciętości, determinacji, ale i czegoś jeszcze, czego Ranger nie umiał sprecyzować. Miał wrażenie, że ta kobieta widziała w życiu wiele, że to, co robi, ma dla niej olbrzymie znaczenie, ale nie wyglądała na przesiąkniętą złem osobę, która stoi za tymi wszystkimi masakrycznymi odkryciami, które mieli na swojej drodze. Jej długi, czarny warkocz wisiał, sięgając policzka Jeffersona, a przystosowane do walki ubrania były brudne i miejscami podarte.
Jeżeli w tym momencie mogło stać się coś, co nawet Jeffersonowi pozwoliło na chwilę zapomnieć, że trzyma broń przy ciele chcącej go zabić kobiety, to dostrzeżenie czegoś wiszącego, niebędącego jej warkoczem. Nie miał nawet sekundy, żeby przyswoić do wiadomości to, co zobaczył, ale był pewien, czym to było, bo widział to setki razy na piersi Williama. Medalik. Medalik Boosy.
Gdy tylko go dostrzegł, poczuł nagły ból w lewym boku, na żebrach. Z końca uliczki, gdzie pojawił się zamaskowany mężczyzna, doleciały ku niemu azjatyckie igiełki senbon, które znał z racji częstego odwiedzania sklepów z bronią. Wbiły się w jego ciało, dając kobiecie czas na ratunek. Zeskoczyła z Jeffersona i błyskawicznie czmychnęła w stronę towarzysza, który odbiegł razem z nią, gdy tylko się z nim zrównała.
Jefferson zwinął się, przewracając od razu na bok. W jego umyśle dwie rzeczy przebłyskami uderzały jego świadomość. Błysk medalika i ból rozchodzący się po jego ciele. Od razu wyrwał igłę, nie myśląc, czy przy tym czegoś sobie nie zrobi. Wbiła się głęboko.
Zaraz po tym poderwał się, aby pognać za kobietą i zamaskowanym mężczyzną. Nie uszedł jednak daleko, bo inny ból wspiął się po jego kręgosłupie jak porażenie prądem. Potknął się, zdając sobie sprawę, że spadając z dachu zrobił sobie coś w nogę. Bolała na tyle mocno, że o biegu mógł zapomnieć. Stanął więc i rozejrzał się po okolicy. Nie wiedział, czy właśnie wygrał, czy sromotnie przegrał ten pojedynek, ale jedno było pewne — cały ten czas, kiedy czuł, że ktoś ich śledzi, miał rację. Nie byli już sami i byli zagrożeniem dla tego, na kogo polowali. I tym zagrożeniem nie był tylko on, ale i William, do którego teraz musiał jak najszybciej dotrzeć, bo ten był albo następnym celem, albo został zaatakowany w tym samym momencie.
— Kurwa, co za spierdolony dzień! — zasyczał, aby zaraz potem gwizdnąć głośno na palcach.
Czarne oczy Oficera, po którego boku spływała stróżka krwi, tak jak u jego pana, Jefferson powitał z wielką ulgą. Obaj byli rani, ale także mieli mało czasu. Ten dzień nie należał do udanych.
Pognał w stronę rezydencji państwa Lockerbie z broczącą krwią wargą, raną po igle na boku i zranioną nogą. Wiedział na pewno, że ci, którzy go zaatakowali, nie byli pierwszymi lepszymi opryszkami, których wynajął Smith. Byli cholernie dobrze wytrenowani, zwinni, wiedzący, jak obsługiwać się bronią. Umiejący ocenić siły przeciwnika. Było ciężko, a on nie miał pojęcia, czy nie było ich więcej. Czy jakiś inny zabójca nie udał się na polowanie na Williama, który nie byłby w stanie obronić się tak jak on.
Właśnie przekroczyli niewidzialną granicę, zza której już nie można było zawrócić. Świat zmienił się w wielowymiarową pułapkę, gdzie byli oni, TABiW, Boosa oraz tamci. Tamci, którzy chcieli ich śmierci i ukrycia prawdy za wszelką cenę. Pościg przybrał na szybkości. Już nie było odwrotu.

*

Trzepot skrzydeł, stukanie pazurów o deski i sporadyczny skrzek. To wszystko słychać było, gdy tylko Maverick trochę od niechcenia rzucał w górę kawałki suszonego mięsa, a Flap polował na nie z radością. Było słonecznie, a jego łuski na szyi lśniły w tym świetle. Maverick jednak nie obserwował go za nadto, tylko siedział na ganku, przeglądał przywiezione przez Nicholasa dokumenty i próbował lepiej zrozumieć bagno, jakim była sprawa Ośrodka Zdrowia Karmazynowa Rzeka.
Niektóre rzeczy się łączyły, inne wydawały się w ogóle nie mieć ze sobą nic wspólnego. Ale i tak cały czas, nawet w podświadomości Mavericka, kryła się pewność, że to wszystko ma jakiś cel. Nie jest wyłącznie pojedynczą, chorą myślą jakiegoś szaleńca.
— Masz — rozmyślania przerywał mu Nicholas, podając mu kubek ziół. Był już z nim na ranczu stosunkowo długo. Zwykle musiał wracać do pracy do kwatery. Tym razem przywiózł ją tutaj i chyba miało to jakieś swoje plusy, skoro był bliżej, ale i tak wciąż nią zajęty.
— Dziękuję — Maverick przyjął kubek, napił się i odstawił go obok fotela, na deski. Przy okazji sięgnął znowu do miski i rzucił przekąskę Flapowi, który tylko dzięki temu nie próbował upolować ich dokumentów. Mężczyzna przesunął językiem po wargach, spojrzał na kubek i sięgnął po niego znowu. — Dobre — skomentował, na chwilę odsuwając uwagę od papierów.
Nick stał obok niego i z krzywą miną patrzył na Flapa. Jedną dłoń miał w kieszeni, drugą trzymał metalowy kubek. Wydawał się zamyślony.
— Nick — Maverick po chwili braku reakcji zwrócił na siebie jego uwagę. Przy tym zdjął kapelusz z głowy i przetarł włosy palcami, aby dobrze widzieć swojego partnera.
— Hm? — zmęczone oczy generała spojrzały na niego i swoim wyrazem wywołały troskę u Zwierzaka.
— Powinieneś odpocząć… — Maverick odłożył wszystko na stolik i podniósł się. Zawahał się przez sekundę, ale w końcu objął w pasie partnera i pocałował go w ramię.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— Odpoczywam przecież. Jestem z kimś, komu bezgranicznie ufam. W końcu się wysypiam — zaśmiał się lekko i objął zdrową dłonią partnera. W metalowej, jak zawsze, trzymał ciepły kubek.
Maverick w jakiś sposób poczuł się pewniejszy, ważniejszy dzięki tej uwadze. Wywołała ona u niego większą reakcję, niż Nicholas mógłby się spodziewać, wypowiadając te słowa. A jednak Zwierzak przez moment zapomniał o wszystkich swoich obawach o ich związek i problemach, jakie mieli. Uśmiechnął się łagodnie i przytknął policzek do jego ramienia.
— Przy mnie nic ci nie grozi, Mały Nicku.
Generał zaśmiał się pod nosem.
— No ja myślę! Do tego mamy ten twój system wczesnego wykrywania — zakpił, skinąwszy brodą na Flapa, który wylądował na ziemi i zaczął czaić się na jedzenie, które do tej pory było mu rzucane, a teraz spoczywało w misce.
Zaskrzeczał i cofnął się kilka kroków, kiedy Maverick wydał kilka specyficznych dźwięków przypominających kołatki.
— Chyba pierwszy raz słyszę od ciebie dobre słowo na temat Flapa — zauważył.
— Lepiej to zapisz — Nick znowu prychnął i puścił talię ukochanego, zamiast tego łapiąc go za brodę. Pocałował go w usta. — Kocham cię, ale też nie musisz nad tym aż tyle siedzieć, abym ja odpoczął.
— Chcę ci pomóc. Mówiłem. Chcę się przydać… — Maverick urwał, a raczej został zagłuszony, kiedy ich „system wczesnego wykrywania” zaczął przeraźliwie skrzeczeć, wzbił się w powietrze i poleciał w kierunku jeźdźca, który pojawił się na widoku. Na drodze, którą można było tu dojechać z miasta.
Ktoś jechał w ich stronę. Był jeszcze bardzo daleko, ale zdecydowanie kierował się w ich kierunku. Nicholas ściągnął brwi, wręczył kubek w dłonie partnera i cofnął się do ich domu, aby zabrać stamtąd broń. Dla ukochanego wziął strzelbę, a dla siebie trochę większą dubeltówkę. Lubił broń z dużą siłą rażenia, bo odrzut w żaden sposób mu nie przeszkadzał.
Stanęli uzbrojeni na ganku, czekając na jeźdźca i ani myśląc o powstrzymywaniu Flapa. Byli przesiąknięci tym, co się działo w TABiW, jak zagrażało im KKK, Smith i jego poplecznicy. Spodziewali się niebezpieczeństwa z każdej strony. Jednak tego nie spodziewał się jeździec. Wpierw rozległ się jego wrzask, gdy Flap postanowił utrudnić jego wierzchowcowi drogę, a gdy już dojechał pod ranczo i ujrzał dwójkę mężczyzn z bronią, w tym jednego pokaźnych rozmiarów, z metalową połową ciała, znieruchomiał i zrobił wielkie oczy.
— Gdzie mnie do diabła wysłali…?! — wyrzucił z siebie, a Maverick lekko opuścił broń i ściągnął brwi.
— Och — mruknął. — Poczta.
Nick przewrócił oczami. Opuścił broń, ale nie zostawił jej na ganku. Podszedł ciężkim, ale szybkim krokiem do przyjezdnego. Pojedynczym strzałem w powietrze odstraszył Flapa, ale przy okazji spłoszył też konia.
— Co tam masz? — spytał, kiedy jeździec już jako tako uspokoił swojego wierzchowca.
— List, a co mogę mieć?! — wybuchnął mężczyzna, płonąc z irytacji i najpewniej ze strachu na swojej suchej i zniszczonej przez słońce twarzy. Pochylił się do nadszarpanych juków i wyciągnął z nich małą kopertę. — Ludzie! Mamy dziewiętnasty wiek, opanujcie się z tą bronią, zwierzakami i życiem na zadupiu, na które człowiek ledwo może trafić!
Po tych słowach usłyszał kolejny wystrzał, tym razem ze strzelby Mavericka. Jego wierzchowiec ponownie się spłoszył, a jeździec zaczął kląć.
Nick zaśmiał się i odsunął się od konia, wracając już do domu.
— To zmień pracę i spierdalaj! — krzyknął na posłańca, nie mając ochoty prowadzić z nim tej zbędnej dyskusji.
Flap również zamierzał zaznaczyć, że to jest jego teren, a nie jakiegoś tam płochliwego konia i jego marudnego jeźdźca. Dlatego nim Nick ponownie wszedł na ganek, usłyszeli jeszcze kilka twórczych epitetów przerywanych krzykami.
— Z kwatery? — zapytał Maverick, odkładając strzelbę i ponownie siadając na skrzypiącym, bujanym fotelu, aby wrócić do pracy.
Nick obejrzał kopertę ze wszystkich stron. Była gładka, nie licząc adresu ich rancza.
— Nie. Hamilton robi w rogu znak — mruknął z konsternacją. Nieliczni znali położenie ich domu.
— Więc kto to…? — Maverick również poczuł się zaintrygowany i na chwilę zapomniał o sięgnięciu po kubek cudownych ziół. — Otwórz.
Nick nagle poczuł się dziwnie zdenerwowany tym, że otwiera anonimowy list. Mogło tam być wszystko. Rozerwał jednak kopertę i wyciągnął ze środka pojedynczą kartkę. Odręcznie, ale bardzo prostym pismem, zdecydowanie wymuszonym, bo nienaturalnym, była napisana krótka informacja:

„Jest wyrok na waszych ludzi za murem.
O.”

Nie słyszał już skrzeku Flapa ani nawet swojego partnera, który musiał trzeci raz powtórzyć pytanie, żeby dostać odpowiedź.
— Nick. No kto to?
Generał spojrzał na Mavericka, mając wrażenie, że wszystko się zatrzymało.
— Jess żyje. Właśnie napisała, że jest wyrok śmierci dla Blacka i Lockerbie w Chicago — wydusił z zimnym dreszczem schodzącym mu po kręgosłupie.
Informacja była porażająca pod każdym względem, a ostrzał pytań nagle zaatakował głowy ich obu. Jess żyła? Gdzie? Dlaczego odzywała się właśnie teraz? Skąd wiedziała o Blacku i Lockerbim? Skąd wiedziała o zamachu i o tym, że są w Chicago? Cała masa powiązanych z tym wątpliwości i obaw niosła za sobą skonfundowanie, które odbiło się na ich twarzach.
— Co…? — Zwierzak nie był w stanie wysilić się na nic mądrzejszego.
— Patrz — Nick podał ukochanemu list i bez słowa wparował do mieszkania. Sytuacja wywołała w nim skok adrenaliny. Naraz zapomniał o całym zmęczeniu. Musiał natychmiast udać się do Chicago!
Piwne oczy Mavericka popatrzyły na krótką wiadomość. Mężczyzna przetarł zarośniętą twarz obandażowaną dłonią i wstał również.
— Nick! Skąd ona to wie?! — wrzasnął, wchodząc do mieszkania. Miał chaos w głowie i miał wrażenie, że jeszcze mniej rozumie tę sprawę niż przed kilkoma minutami, kiedy przeglądał dokumenty i każdy wyglądał jak napisany w nieznanym mu języku.
— Nie mam pojęcia, ale jeśli to prawda, to nie pisałaby tego, jeśli byłoby to nieuniknione. — Nick dosłownie obijał się po sypialni, wkładając ubrania do juków. Zamarł na moment i spojrzał na Mavericka. — Jedziesz?
Maverick stanął jak wryty i poczuł się jak oblany zimnym potem. Miał jechać do Chicago? Teraz? Zostawić to, udać się gdzieś z Nicholasem, zacząć przygodę, znowu ratować życia…? Czuł, jak w tym momencie coś w nim walczy. Coś, co rwie go do tej wyprawy, jakby było to jakąś możliwością na zmianę, której potrzebowali, aby coś uratować. A druga jego część właśnie starała się wmurować go w tę starą podłogę, aby nigdzie się nie ruszył, aby nie marnował czasu partnera, aby go nie spowolniał, nie przeszkadzał, nie był dla niego ciężarem i nie narażał go na niedogodności. Zrobiło mu się wręcz gorąco od nagłego stresu, zdenerwowania i obaw.
Pokręcił przecząco głową, mając wrażenie, że tym samym wbija niewidzialny nóż w ciało Małego Nicka.
— Nie… Nie mogę — wydusił. — Spróbuję pomóc stąd… Zostaw wszystkie rzeczy z kwatery.
Nicholas także na chwilę zamarł, tylko patrząc na ukochanego. Czuł się rozdarty, ale co miał robić? To był ten moment, ten, który mógł wszystko zmienić, ale znowu potoczyło się to tak jak zawsze.
Uśmiechnął się smutno, po czym pocałował mężczyznę. Mocno i zdecydowanie. Z usilnie chowaną obawą, że jeśli zagrożenie w Chicago jest tak wielkie, może być to też ich ostatni pocałunek.
— Dobrze. Pilnuj tu wszystkiego. Zabij każdego, kto spróbuje się tu dostać. Teraz ta tajemnica jest też w twoich rękach — przez jego głos przebijał się rozkaz, ale też obawa i troska. — Kocham cię, ale rozumiesz, że nie mogę zwlekać, prawda? — spytał, chcąc wyruszyć jeszcze dziś.
Maverick pokiwał automatycznie głową i na moment stanął na palcach, aby przytknąć czoło do jego.
— Rozumiem. Nick… Przepraszam, że nie mogę — szepnął przez ściśnięte gardło, bojąc się tego, co będzie. Słyszał w tonie Nicholasa, że jest poważnie. Tak bardzo chciałby być pewny, że go jeszcze zobaczy!
— Mhm… Pilnuj tu wszystkiego. Wrócę… — westchnął Nick, nie odsuwając się od Mavericka, tylko pochylając do niego, aby ten nie musiał się wyciągać. — Mav, wrócę, ale jeśli nie wrócę w ciągu miesiąca, to koniecznie musisz udać się do kwatery, rozumiesz? Musisz przekazać tę informację Adeli i Hamiltonowi.
Maverick zacisnął powieki z całych sił, a z kącików jego oczu popłynęły łzy. Objął mocno kochanka, nie chcąc go puścić. Nie mógł! Jeśli go teraz puści, a on nie wróci…
— Nick, nie…
Nicholas pochylił się znowu i pocałował go w policzek, a potem w jedną z łez.
— Mav, proszę cię… — jęknął rozdarty. Wszystko mogło się wydarzyć, ale przecież nie mógł zostawić swoich ludzi w obliczu takiego zagrożenia.
Starszy mężczyzna pokręcił przecząco głową. Tak bardzo nie chciał, żeby Nick gdziekolwiek jechał, by poświęcał się dla kraju… by go tu zostawiał. Nie wyobrażał sobie życia na ranczu samemu. Sens temu nadawało tylko czekanie na jego powroty.
— Musisz wrócić — szepnął z trudem, zaciskając palce na plecach generała. — Nie możesz mnie zostawić.
— Nie chcę cię zostawiać. Chcę, byś był ze mną, ale ty też decydujesz, jaką drogą idziesz. A ja muszę… Chcę iść tą, którą sobie wyznaczyłem. Jestem za nich odpowiedzialny, nie zostanę na ranczu — Nick znowu zabrzmiał groźniej i pewniej. Czuł w kościach, że musi jechać, że odpowiedzialność, jaka na nim spoczywa, to jedna z tych rzeczy, która nadal go napędza, poza tym co czuł do mężczyzny swojego życia. — I wrócę. Do ciebie, do naszego domu. Nie martw się, ale obiecaj mi, że jakbym jednak nie spełnił swojej obietnicy, ty spełnisz swoją i udasz się do Hamiltona i Adeli. Proszę cię, Mav. Maverick? Proszę, obiecaj mi to.
Zwierzak z rozedrganiem nabrał powietrza do płuc i przytknął twarz do ramienia Nicholasa, aby wciągnąć jego zapach. Tym samym zmoczył mu koszulę łzami, ale w końcu pokiwał głową.
— Obiecuję. Pojadę do kwatery. Ale wróć — poprosił po raz kolejny, wbijając spojrzenie wilgotnych oczu w jego twarz.
Nick nie potrafił się nie wzruszyć. Pokiwał głową, objął ciasno swojego ukochanego i pocałował go mocno i z całą miłością, jaką do niego czuł.
— Wrócę — przytaknął, stykając się z nim czołem i nosem. — Wrócę — powtórzył i dodał: — A teraz pomożesz mi wyruszyć, nim zrobi się jeszcze później?
— Tak. Spakuję ci zapasy żywności, wodę i broń. Ty skup się na ubraniach — Maverick zgodził się z nim, ale miał wielkie trudności, żeby go puścić. Jakby to miał być ich ostatni kontakt fizyczny, a Nick miałby zniknąć, gdy tylko się odsunie. Udało mu się jednak wygrać z tymi oporami i puścił go.
Nick uśmiechnął się do Mavericka pokrzepiająco. Pocałował go jeszcze raz. Sam był zdenerwowany, bo w Chicago, ba, nawet w drodze do niego, mogło się wydarzyć wszystko, włącznie z najgorszym, ale wiedział, że musi jechać. I to już dziś.
— Dziękuję. I uśmiechnij się do mnie — poprosił, chcąc widzieć takiego Mavericka, jeśli to miałby być ostatni raz. I może nie powinien tak do tego podchodzić, nie powinien myśleć o śmierci, o zagrożeniu, tylko traktować to jak kolejny wyjazd do kwatery, ale to w końcu nie było już to. A on, oni obaj, nie byli już dawnymi sobą. Chociaż Nick wolał myśleć, że i tak wciąż są w stanie zdziałać więcej niż ktokolwiek inny. I dlatego, wybierając kiedyś tę drogę, musieli nią podążać, nie bacząc na przeszkody.
Maverickowi jednak trudno było spełnić jego prośbę o uśmiech. Otarł wpierw powieki wierzchem dłoni w bandażach, a potem spojrzał w te ukochane oczy. Widział w nich wszystko, co kochał i myśl o utracie Nicholasa niszczyła go od środka.
Zmrużył powieki i uśmiechnął się do niego słabo.
— Kocham cię jak nic na świecie — powiedział i dopiero wyciągnął z szafy torbę, do której mógł spakować wszystko dla partnera. Wiedział, że liczył się czas.
Nick obejrzał się za nim i sam się uśmiechnął. Bolało go serce.
— Wrócę — odparł, zawierając w tym jednym słowie wszystkie piękne słowa, jakie można było powiedzieć, napisać i też te, których nie można było nazwać, ale które czuł do swojego wieloletniego partnera i miłości, Mavericka Baileya.
Obaj mieli nadzieję, że ta wyprawa nie będzie ostatnia, a Maverick złożył sobie w duchu obietnicę, że jeśli Nicholas wróci, następnym razem pokona obawy i wyjedzie z nim. Że to nie może być ich koniec, że jeszcze coś musi ich czekać. A teraz… teraz tylko mógł dobrze przygotować go do drogi, upewnić się, czy będzie miał wszystko, a następnie zająć się sprawą z rancza.
Życie Nicholasa, Williama Lockerbie i Jeffersona Blacka stały pod znakiem zapytania. Liczył, że tym razem te przeklęte ziemie będą dla nich łaskawe…

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

37 thoughts on “Across The Cursed Lands II – Epilog

  1. Shivunia pisze:

    Tigram >> Dalej mkniesz jak burza z tekstem więc znowu zbiorczo za wszystkie wcześniejsze komentarze z tej części – podsumowując zarówno bawiła jak i wzruszała. Trochę dowiedzieliśmy się o Mavericku i Nicku. A i Jeff i William kilka razy cię rozbawili. Ogólnie domyślam się że polecasz XD Kilka domysłów co będzie dalej też masz, co nas cieszy. Makówka pracuje ;) Miłego czytania dalej

  2. Katka pisze:

    Yaoistka, brawo! Mega szybko Ci poszło :D I cieszę się, że się podobało :) haha z tym zmądrzeniem może i racja ;) teraz tylko trzymać kciuki, by 3 część się podobała :D

  3. Yaoistka^^ pisze:

    Przeczytane!=3 nie umiem sie doczekac czesci 3!!=3 dobrze ze jednak se zostawilam to opowiadanie na „pozniej” moze do niej zmadrzalam? Xd hehe

    Weny babki!!=3

  4. Katka pisze:

    Asus, nawet nie wiesz, jak nas cieszy, że chce Ci się, Wam ogólnie, pisać komentarze ;) Czasem wydaje mi się, że nasze odpowiadanie na komentarze może niektórych peszyć i działa przeciwnie, niż powinno, ale trochę uspokaja mnie to, co piszesz. Zresztą, chcemy być w jakimś bliższym kontakcie z Wami (dlatego też nie ustawiłyśmy na wordpressie opcji anonimowego komentowania, bo to wydaje nam się absolutnie idiotycznym pomysłem i niweluje faktycznie jakiś bliższy kontakt), zresztą fajnie jednak poruszyć jakiś temat głębiej, fajnie też podzielić się opiniami i je skonfrontować, więc chyba taka mała dyskusja wychodzi na plus. „postaram się nie sprawić zawodu i dalsze opowiadania, które zostały do nadrobienia skomentować jeszcze ładniej, ażeby uradować autorki, jak one radują mnie każdym wpisem^^” – hehehe, bardzo nam miło :D Ale też wiadomo, jak jakieś opowiadanie Ci nie podejdzie (bo chyba są na tyle różnorodne, że nie każde się może spodobać, to też poczytamy opinię. Nie chodzi nam tylko o wychwalanie, bo, jakby nie patrzeć, każda opinia, póki jest konstruktywna, jest dobra. Będziemy zatem czekać na kolejne komentarze od Ciebie, bo też jesteśmy zwyczajnie ciekawe, co Ci się spodoba :) Buu ale szkoda, ze nie oddasz nam swojego czasu! Musimy poszukać innego dawcy. Albo spróbujemy skonstruować swój własny czasowstrzymywacz. Jeszcze to rozważymy XD Niemniej, dzięki za Twoje komentarze, jak każde, uskrzydlają :)

  5. Asus pisze:

    Shivunia >> Dostając taki odzew na komentarz, to aż mam ochotę pisać ich więcej i więcej. Rzadko kiedy pisałam jakieś komentarze, a teraz mam ochotkę pisać je cały czas :D. Nie dość, że macie tyle wytrwałości do tworzenia swoich dzieł to jeszcze zachęcacie do pisania własnych czytelnikówXD. Dbacie o nich jak mało kto <3 postaram się nie sprawić zawodu i dalsze opowiadania, które zostały do nadrobienia skomentować jeszcze ładniej, ażeby uradować autorki, jak one radują mnie każdym wpisem^^ A ATCL w pełni zasłużyło na pochwałę. Co się tyczy westernowego klimatu, nie każdy go lubi, ale nie uważam by opowiadanie było nim jakoś specjalnie przesiąknięte… maszyny, mutacje, i barwni bohaterowie oraz brak schematyczności takiej jak w westernach (czarno na białym kto dobry, kto zły, ale jak są Indianie to biały zawsze dobry, a jak zakapior to szeryfXD) W ATCL tego nie ma, więc moim jedynym skojarzeniem tego z westernem był dziki zachód i kowboje… i w sumie tyle^^ Will wołający w panice Jeffa był rozkosznyXD
    A co do horroru w waszym wydaniu… nie mogę się doczekać, kiedy jakiś zaplanujecie, tylko czy ja dam radę go przeczytać XD. Będę się musiała uzbroić w poduszkę i ciastka^^ nie dość, że mam radoche jak czytam, jak piszę komentarz, to jeszcze radocha jak dostane odzew… smucić to się mogę tylko kiedy opowiadanie się kończy^^ a czas… swój bym chętnie dała, ale też z nim krucho. Nadal jak dziecko boczę się z powodu tego, że połowę czasu jaki mam przesypiam, zamiast robić coś produktywnegoXD Więc podziwiam zapał do pracy! Trzecia części ATCL nadejdź jak najszybciej, a najlepiej pisz się sama, aby autorki mogły odetchnąć~

  6. Shivunia pisze:

    Asus >> Asusowe komentarze miażdżą system :) Aż mi się mordka śmiała jak dziś czytałam twój komentarz w pracy ;) Super, zawsze lubię czytać takie podsumowania zbiorcze już „wydanych” tekstów. Chyba tak samo jak każdy komentarz ;) Ale tu miałaś fajną opcję spojrzenia na cały tekst tak już zbiorczo ;) To jest bardzo cenne dla nas, tym bardziej jak ktoś, tak jak ty pisze nam wszystkie rzeczy które najbardziej zapadły mu w pamieć, bo możemy skupiać się na tych pozytywach i jeszcze je dopracowywać ;) Oh, oh, pisze masę buziek, bo super komentarz. Postaram się jakoś dobrze do niego odnieść.
    Cieszy nas, że zapałałaś do świata od razu jakaś sympatią. Jednak pewne grono odbiorców jest negatywnie nastawione do tekstu, tylko dlatego, że całość w dużej mierze dość bazuje na westernie. W końcu ci kowboje i czasy, to nie jest hit współczesności, dlatego podwójnie nas cieszy, że spodobał ci się ten świat. No i same rozłożenie akcji i zapoznanie z bohaterami. Starałyśmy się aby wszystko jako taki trzymało się przysłowiowej kupy :)
    Willuś, mój kochany szalony doktorek. Ja nadal podziwiam Jeffa za to, że nie wyłupił mu drugiego oczka. Ta ciągła obserwacja musiała być uciążliwa i bardzo, bardzo krępująca. Ale nasz dzielny stróż prawa umie sobie jak widać poradzić nie tylko z przestępcami ale i też wariatami… znaczy obsesyjnymi lekarzami. Hahaha. W ogóle pamiętam z tego pisania jeszcze kiedyś jak jechali właśnie i Will tak obsesyjnie się gapił, a Jeff był jak na szpilkach, jakby ten go rozbierał. Cóż, pewnie tak było kiedy wpatrywał się w jego uda, plecy i ręce. Szkoda tylko było, że poza ciuchami Willuś z chęcią zdjął by też z Jeffka skórę ;p I to chyba jest w nim najbardziej creepy. Że on nie jara się po prostu przystojnym facetem, ale chciałby mu zrobić sekcje. I cóż, jestem wstanie sobie wyobrazić, że jakby Will umiał wypychać, to by też przerobił na takie wypchane zwierzątko jakiegoś atrakcyjnego faceta. Albo zamoczył go w formalinie. Oh, tak jestem wstanie sobie to wyobrazić. Jak ludzie brzydzą się chociażby tym sercem, tak on pewnie patrzył na to jak dziecko na słój cukierków. Dobrze mieć nagrzane w główce. Ale jak sama zauważyłaś, Jeff też święty nie jest. Jego czarny humor ratuje czasami sytuacje. No i jest z niego czasami wredna menda. Chociażby jak kiedyś Willusiowi się schował. Do tej pory pamiętam jak z Kat się nabijałyśmy wtedy z Willa, ze skacze taki króliczek po łące i woła „Jeff? Jeeeff?” takim rozpaczliwym głosikiem. Hahahaha, obaj są siebie warci. Ale dotarli się ;) I fajnie, że zaskarbili sobie miejsce u ciebie w serduszku ;)
    Co do przygód, to uffff, fajnie że dobrze się je czyta. I że opisy faktycznie umieją wywołać ciarki na plecach. Jednak piszemy głownie obyczajówki, więc ATCL to jakiś taki nasz trening do czegoś innego poza stricte romansem. Jeszcze marzy nam się kiedyś horror z romansem ;p Ale nie taki gore, albo jak zmierzch który tylko przez wampiry też jest ponoć horrorem. Horror musi być straszny, dlatego dobrze by było kiedyś napisać coś naprawdę takiego co jest strach czytać samemu w domu. Ale to może z czasem. Na razie staramy się ogarnąć przygodę i sceny akcji, aby były żywiołowe i trzymały w napięciu. Aby dało się wyobrazić sobie to tak, albo chociaż podobnie, jak my to widzimy w swoich głowach ;)
    Co do jeszcze lokacji i postaci pobocznych. Lokacje to w dużej mierze autentyczne miejsca. Do ATCL robimy dużo poszukiwań w źródłach. Nie wszystko da się przeskoczyć, ale często korzystamy ze starych map, dlatego miejsca opisane czasami są własnie na ich podstawie. A postacie poboczne. To chyba nasz jakiś mały konik, bo już nie raz napisałyśmy side story własnie z postaciami pobocznymi, bo te jakoś łatwo i bezproblemowo nam wychodzą. Co jednak nie zmienia faktu, ze bardzo nas cieszy, ze przypadły do gustu i zapadają w pamieć. A ich tajemnica i część historii fajnie splata się z wątkiem głównych bohaterów.
    Nicka i Mava będzie więcej w kolejnej części, tak samo całego wątku tajemnicy, jak i BOOSA. W ogóle lubimy kończyć chyba części z przytupem. Pierwsza skończyła się… największą głupotą Willa, w drugiej była głupota Jeffa. A ta cześć kończy się dramatyczną przygodą, bo w końcu co z Willem? Czy jest bezpieczny, czy wszystko jest ok u jego rodziców? A może to tylko Jeff znowu kończy pechowo część opowiadania ;p No i ten list. Oj, będzie się działo w 3 części. Jest dużo planów na nią ;) I już się pisze :D Kolejne stwory, kolejni przeciwnicy i trochę horroru. Mamy nadzieje, że do rychłego zobaczenia. Byle tylko znaleźć czas na pisanie. Bo z tym jest cieniutko :/ Ale spokojnie, jakoś jeszcze dajemy radę ;*
    Do usłyszonka w takim razie i ściskamy mocno i dziękujemy za takie ładne podsumowanie 2 części ATCL

  7. Asus pisze:

    I… i… i koniec… ;_; to było takie cudne!!! pochłonęłam obie części w parę dni… to jest straszne, co wasze opowiadania ze mną robią… ATCL jest pełne wszystkiego, co kocham: wartka akcja, świetnie wykreowani bohaterowie, wiele wątków, zagatkowość i tajemnice, rozbudowany świat i wiele innych rzeczy! To sprawia, że zapałałam uczuciem prawie takim samym jak do FDTS, a to jest praktycznie niemożliwe, nie spodziewałam się, że coś spodoba mi się tak bardzo! A teraz do rzeczyXD

    Część pierwsza była spokojniejsza niż kontynuacja, a mimo to czytając od razu pokochałam świat z jakim przyszło się zapoznać. Pomysł z upiorytem, dzięki któremu można było przyspieszyć postęp cywilizacji kosztem mutacji i chorób mnie kupił jak mało co. Akcja była bardzo dobrze rozplanowana i w każdym rozdziale działo się coś ciekawego. Kilka rozdziałów wstępu, który opowiadał o podróży i poznaniu Willa i Jeffa było ciekawym sposobem na przybliżenie sytuacji w jakiej znajdują się mieszkańcy i tym jak radzą sobie z problemami, jednak magię jaką roztacza ATCL poznałam dopiero po napadzie na pociąg, to wtedy wszystko nabrało kolorków^^
    A co się tyczy bohaterów… Will i Jeff z początku byli po prostu fascynujący. Zamiłowanie blondynka do ciała swojego nowego kompana… ogólnie do ciała, byleby ludzkiego było dziwne i czasami zastanawiałam się jak biedny Jeff przetrzymywał ten wzrokXD być pod szczegółową obserwacją 24/h praktycznie cały czas musiało być męczące. Widać jednak dostrzegł w Willu więcej na + i chwała mu za to! Gdyby był tak oschły w stosunku do lekarza dłuższy czas to bym się zdenerwowała ;) a tak zaskarbił sobie moją sympatię jako baaaardzo cierpliwy kompan, nauczyciel życia, ochroniarz i miłość w jednym. Wracając do Willa… jego fobia dotycząca zwierząt rozbrajałaXD te wszystkie akcje z Oficerem, kłótnie i sprzeczki spowodowane strachem do istot żywych innych niż ludzie były najprawdziwszą komedią i wspaniałym przerywnikiem wśród poważnych sytuacji i knowań. Jeff natomiast to facet z idealnym ciałkiem i potrafiący zrobić wszystko by przetrwać w dziczy, z niebywale wielkim czarnym humorem, dzięki czemu dogadywał się z Willem i nie zrażały go tak bardzo różne dziwne zachowania lekarza. Idealnie się dobrali. I wierzę, że idealnie poradzą sobie z zadaniem. Tak jak to robili podczas wielu akcji podążając na północ. A co się akcji tyczy…

    Wszystkie przygody jakie im się wydarzyły były opisane cudownie! Każde miasto inne, nie odstraszało monotonnością, zawsze coś się działo, pojawiały się poszlaki nad którymi można było samemu pomyśleć, dodatkowo Boosa, która również stanowiła wspaniałe urozmaicenie. Postacie poboczne, czyli pani przepiórkowa, bliźniacy czy chociażby hrabia podkreślały jak bardzo skupiłyście się nad światem i jak dobrze wam to wyszło^^ nie miało się wrażenia, że jest tylko Will i Jeff oraz postacie przelotne, o których od razu się zapomina. Każda miała swoją osobowość i niejednokrotnie okazało się, że połączona była jakoś z główną akcją. To bardzo mi się podobało i nadawało opowiadaniu dynamiczności :D Jednak najbardziej zapamiętałam z cz. I piwnicę w ośrodku… czytając miałam dreszcze na plecach i wstrzymany oddech, coś jak podczas oglądania horrorów, gdy w głowie tylko „nie wchodź tam!!!” brrr straszne… a zakończenie… znowu współczucie dla tych co byli na bieżąco! Will, jak ty mogłeś tak z Jeffem postąpić? On ci tego przez całą następną część nie wybaczy! Wybaczył dość szybko prawdę mówiąc, ale mój uraz do Willa został… no jak on mógł! Dobra… i tak go kochamXD kochany świrusek <3

    No i część druga! tam to się dopiero zaczęło dziać! Zdrady, intrygi, knowania, nowa para, nowi bohaterowie, nowe przypuszczenia, jeszcze większe niebezpieczeństwo i schizy z martwymi dziećmi to to, co Asusowe tygryski lubią najbardziej! W życiu bym nie pomyślała, że ten doktorek od Nicka będzie zdrajcą! Chociaż to w sumie logiczneXD Zachowanie Zwierzaka i Nicka mnie po części irytowało, denerwowało, ale i budziło współczucie… czytając ich fragmenty błagałam w myślach "pogadajcie, proszęęęę niech już będzie okejjjj T^T" no ale okej nie jest nadal (smuteg)
    Serducha w słoiku nwm czemu przyprawiały mnie o napad śmiechuXD Już widziałam jak Will z błyskiem w oku i niehamowaną radością je kroi… chłopcy są coraz bliżej… Muszę przyznać, że fragment z akcją w domu wskrzesiciela i ogólnie dzieje w tym powalonym miasteczku mnie przeraziły… szalone laboratoria, kominy, uprowadzane dzieci, ciemne korytarze… przez te piece, piwnice i badania, aż się Oświęcim nasunął i zbrodniarze wojenni. Czytając to o 2 w nocy każdy szmer przyprawiał o mini zawał… podoba mi się jeszcze bardziej!!!

    Po tym wszystkim aż zrobiłam sobie dzień przerwy, żeby przetrawić natłok informacji. Co tam się do jasnej ciasnej wyprawia?! I tak nastało Chicago… chłopcy mają niebezpieczny ogon, który ma traumy właśnie przez nichXD jedni pod łóżkiem inni w barze… haha nie rozumiem ich konsternacji, no może panów ale tę laskę przecie szczęście trafiłoXD rodzice Willa są fajni^^ zazwyczaj w takich opo są wrogami publicznymi nr1, których albo się do siebie przekonuje, albo się z nimi walczy. A ci żyją w błogiej nieświadomości o kontaktach syna ze swym kompanem i niech tak zostanieXD
    AAAAAAA podziabali Jeffa!!!! zawsze lubiłam Azjatów, ale ten trafia na czarną listę! nie będzie mi Jeffa jakimiś patykami dźgał! dobrze chociaż, że Jeff zdołał uciec… uff przynajmniej tyle spokoju… a nie przepraszam Nick dostaje lista od swej siostry przecież! Jakoś już jej nie lubię z podejrzeniami kim laska może być. I co teraz? Będę czekać cierpliwie, aby się tego dowiedzieć! Opowiadanie cudowne, oczy mi się zaszkliły, gdy zakończyłam Epilog rozumiejąc, że nie ma więcej T^T
    Weny życzę aby prace nad 3 cz. szły jak najszybciej!!! Powodzenia!

  8. Katka pisze:

    Omega, och tak, ta miesięczna rozłąka. Myślę, że powinno się wyjaśnić, w końcu to w głowie Jeffa, więc będzie okazja się dowiedzieć. Bo tak, nie zostało chyba do końca wyjaśnione. A Betty, nasza kochana Betty, na pewno jeszcze będzie miała swoje pięć minut XD To kobieta, która pojawia się znikąd, haha, i z reguły niechciana XD William na pewno jest na nie, ale cóż, może będzie przydatna jeszcze kiedyś… No i śliczne podsumowanie tego, z kim nieświadomi chłopcy mieli do czynienia. Jefferson może się dowie, może nie… ale na pewno ma chłopaczyna szczęście, hehe. Nie każdy spotyka swojego bohatera z dzieciństwa (którzy z reguły są tylko wymyśleni w filmach i kreskówkach…).

  9. Omega pisze:

    Przyznam szczerze, że zżera mnie ciekawość co do tego, co się działo podczas miesięcznej rozłąki przy początku historii naszego super przystojnego rangera i psychicznego doktorka, który skradł moje serce. Dokładnie chodzi mi o moment, gdy Jeffowi ktoś wbił igłę w szyję o.o nurtuję mnie to, bo o ile kojarzę, nie zostało to wyjaśnione (chyba, że jakoś mi to umknęło? o.o). Raczej z tak zdrowym ciałem (które Will niejednokrotnie zdążył zbadać ( ͡° ͜ʖ ͡°) ) nie skończy jak trupy, którym sekcję przeprowadził jego kochanek, ale nadal mnie to niepokoi…
    Tak w ogóle, to zauważyłam całkowite pominięcie Betty Colins w moim poprzednim komentarzu, ale mam wrażenie, że panna od przepiórek pojawi się jeszcze kiedyś, w ogóle to było urocze, gdy Jeff pokazał jej, że William jest jego xD Wracając do BOOSA, to tak w ogóle, Jeff nie miał styczności tylko ze Zwierzakiem, bo Wybuchową Ad spotkał w tym płonącym mieście (jej Will nie miał okazji poznać), Mały Nick to szef TABiW, Dżentelmena poznał zanim ten się gdzieś zaszył, a Wściekłą Jess mają na ogonie. Ciekawe co by było gdyby dowiedział, że jego bohaterowie z dzieciństwa są na wyciągnięcie ręki :P

  10. Katka pisze:

    Omega, yeeey, jak miło poczytać taką opinię! Super, że ATCL się tak bardzo spodobało! A akurat myślałyśmy nad 3 częścią, zrobiłyśmy szczegółowy plan, więc będziemy się szybciutko zabierać za pisanie, byście mogli śledzić dalsze losy chłopaków :) Co do Willa, hehe, piszę go ja, ale nie pytaj, jakim cudem taki psychol urodził się w mojej głowie XD I zgadzam się w 100%, ze przeciwieństwa są razem cudowne, a w tym wypadku są do tego dość wybuchową mieszanką. Bardzo specyficzną. No i miło, ze też wybaczyłaś Willowi ten wyskok z 1 części na końcu XD Mam wrażenie, ze doktorek sobie nagrabił u wielu osób, ale na szczęscie odpracował. Na razie im się wiedzie w życiu uczuciowym, ale zobaczymy, jak będzie dalej. A co do fabuły – och, strasznie nad nią siedzimy, dużo trzeba dumać, dlatego nam bardzo miło, że wciąga i wzbudza tyle domysłów. Powiem tak – dobrze kminisz XD Oczywiście nie mogę powiedzieć w czym dokładnie, ani jakoś nakierować, bo tu chyba cała frajda w ogarnięciu tego samemu bądź odkrywaniu wraz z chłopakami. Ale super, że to rozkładasz na czynniki pierwsze, a wskazówek na pewno będzie jeszcze wiele, więc będziesz mogła podumać, o co tu kurwa w ogóle chodzi XD Dzięki za komentarz! bardzo nam miło :D

  11. Omega pisze:

    To opowiadanie stało się moim ulubionym na tej stronie :) Jesteście genialne, ale chcę wiedzieć, która z was jest stwórcą Willa, bo stał się moim ulubieńcem xD (no bo kto nie pokocha szurniętego lekarza geja, który ma dziwne fetysze – jego charakter jest cudny) Jeffa oczywiście też uwielbiam. Oni są dla siebie idealnym kontrastem, a jak wiadomo przeciwieństwa się przyciągają :3 (lubię pary, które z pozoru wcale do siebie nie pasują, a dopełniają się idealnie) pierwsza część cudo, robi się między nimi gorąco aż tu nagle ostatni rozdział… Kurwa… Will… Kocham cię, ale cholera… teraz to PRZESADZIŁEŚ! (można powiedzieć, że klęłam więcej niż Shane, więc mój wewnętrzny monolog skróciłam o mniej więcej trzy strony kartki A4), ale okej. Biorę się za drugi i tak czytam. Niezręcznie między nimi, Jeff się mocno wkurzył (Will… Kurwa, coś ty najlepszego zrobił ;__;). A później robi się lepiej… i to znacznie, za co jestem wam wdzięczna :3 na szczęście po przebaczeniu znowu było między nimi gorąco i tak już mam nadzieję, że zostanie.
    Fabuła – WOW! Zrobiłyście świetne opowiadanie z interesującą fabułą i wątkami gejowskimi. Jeśli chodzi o BOOSA, to właściwie nie wiem tylko gdzie Show się podziewa – wymigał się postrzałem i zniknął (jak to uznał Mały Nick (taa jasne… mały ;) ( ͡° ͜ʖ ͡°) )) Jeśli chodzi o Jess, to od razu wiedziałam, że to ona będzie tym ogonem, bo zawsze było tylko Hibiki i ta kobieta, a jak jeszcze Jeff zobaczył na niej naszyjnik, to byłam w 100% tego pewna :) Ale można powiedzieć, że miała ciekawe atrakcje po drodze, choć pewnie biedna ma teraz traumę – cóż, przynajmniej nikt już jej raczej pod żadnym łóżkiem nie zastanie :P Mam w sumie kilka teorii co do wydarzeń, choć nie do końca rozumiem po co te niebieskie kamienie, wiem, że mają właściwości izolujące, więc pewnie ma to coś wspólnego z upiorytem. Jeśli chodzi o mutacje to dla mnie najoczywistszą opcją byłoby właśnie wydobywanie upiorytu, bo wszystkie pojawiły się po odkryciu tego, a najsilniejsze są tam, gdzie je wydobywają (te konie przy kopalni o.o). Jak była mowa o tym w połowie mechanicznym kruku, to czułam, że ktoś ich śledzi, ale myślałam, że będzie to sam Smith i dlatego zawsze ich wyprzedza o krok, a nie krecik w agencji, ale cóż… Dobrze, że już o nim wiedzą, i mam nadzieję, że nie dojdą do jego tożsamości za późno, bo może się to naprawdę źle skończyć .-. – Jeśli chodzi o Hamiltona, to go od razu wykluczyłam, bo jest zbyt irytujący – i okazało się, że nie tylko ja tak myślę (Pjona Nick *^*), Te eksperymenty na dzieciach i narządy w słoikach pewnie mają ze sobą sporo wspólnego. W tym jakże pięknym ośrodku „karmazynowa rzeka” pewnie wycinali potrzebne im organy i wydaje mi się, że ciała, które znajdywali na swojej drodze właśnie miały właśnie takie serca i może to było przyczyną ich dziwnego wyglądu. Ciekawi mnie jak Smith, albo raczej czym ich zabijał. Mógł im coś wstrzyknąć, bo ukłucia igłą praktycznie nie widać, ale równie dobrze mógł coś im dosypać do jedzenia czy picia – w końcu trójka pierwszych trupów była jego kompanami, więc mógł na przykład pójść z nimi na piwo, a potem dać ich pożreć wielkiej stopie. Ale nadal mi coś nie pasuje… Próbowali stworzyć nieśmiertelne, nierozumne istoty, ale nie wiem po co. Chyba mam za mało wskazówek, aby już móc wszystko wywnioskować.
    Mam tylko nadzieję, że ci wąsacze, którzy byli „u krawca” (również chłopcy nie oszczędzili im „atrakcji” ) nie poszli dorwać Willa, skoro Jeffem mieli zająć się Hibiki i „ta kobieta”.
    Kiedy można się spodziewać części 3? :D

  12. Katka pisze:

    Basia, szybko zleciało, co nie? I tak, okazało się, że to faktycznie Jess, ale jakby się zachowała, jakby zobaczyła medalik? Właśnie chyba to jest w tym fajne, że nie wiadomo, bo jej postać jest dość… kontrowersyjna. Niby jest po złej stronie, a jednak coś pomaga. Jej motywy wciąż są zagadką. A Maverick spieprzył, no ale… ma swoje problemy facet :( Dzięki za wenę, też pozdrawiamy! ;)

  13. Basia pisze:

    Witam,
    to już epilog tomu drugiego? Ja już tęsknię ;]
    Jefferson został zaatakowany, tak jak myślałam, to Jess, ale, ale co by zrobiła jakby zobaczyła u Jeffersona medalik Boosy? Ale jednocześnie wysłała do Nicka list o zagrożeniu Williama i Jeffersona… no i co u Williama, też został zaatakowany, czy jeszcze nie, a jak tak, to niech sobie poradzi ;] agrh Maverick do jasnej anielki! Jak mogłeś powiedzieć, że nie jedziesz? Oo chciałabym mieć taki system wczesnego ostrzegania ;]
    Dużo weny życzę…
    Pozdrawiam serdecznie

  14. Katka pisze:

    Tess, nooo, w sumie fakt, dobrze przeczytać ATCL od początku, jak się zaczyna nową część, bo jakby nie patrzeć, dobrze być na bieżąco z wydarzeniami i tymi wszystkimi poszlakami, o których można by zapomnieć, a są istotne. A końcówki zawsze nabierają tempa. Tak musi być, hehe, moment kulminacyjny. Tak, laska z warkoczem to Jess, a jej motywy na pewno zostaną wyjaśnione. Póki co zostawiamy Was w słodkiej nieświadomości. Zapewniam, że jest to coś znaczącego, więc jej wątek też będzie miał swoje pięć minut. No i Maverick niestety odmówił wyjazdu, tak, z wielu powodów, między innymi tej fatalnej fobii, ale też obawia się, że będzie Nicka opóźniał, że ten tak naprawdę nie będzie go chciał obok w tej podróży, bla bla bla… Trochę mu spadło poczucie własnej wartości. Super, że ostatnia akcja wciągnęła :D A co z Willem, fakt, teoretycznie w domu wydaje się bezpieczny. Jeff musi się jednak upewnić, czy aby na pewno. Dzięki za duży komentarzyk na koniec ;D A co do PS – podejrzewamy, że będą albo 3, albo 4 części. To się jeszcze okaże przy pisaniu, jak się nam akcja potoczy. Ciężko czasem coś przewidzieć, nawet jak jest już plan.

  15. Tess pisze:

    W takim momencie kończyć?! No nie…! :D
    Znowu będę musiała czytać obie części od początku, aby się wkręcić, kiedy będzie publikowana trzecia część. Będę znała to opowiadanie na pamięć, jak tak dalej pójdzie.

    W ostatnich czterech rozdziałach, tak wiele się działo… Odzywczaiłam się, bo raczej poprzednie były luźniejsze, a teraz tak wszystko się nagromadziło w jednym czasie.
    W końcu Will i Jeff nazwali po imieniu swoją relację, potem jeszcze ten bar dla gejów, no i oczywiście nie można zapomnieć o tej całej sprawie, która szczerze powiedziawszy robi się coraz ciekawsza.
    Nie wiem, czy dobrze powiązałam fakty i jak zwykle wolę się upewnić. Ta dziewczyna z warkoczem to Jess, tak? Nie przypominam sobie jej imienia. Może po prostu nie zwróciłam uwagi. Nie wiem.
    No, ale z drugiej strony też nie rozumiem motywów tej babki… Dziwnie trochę.
    Ech, ale już pomijając tę sprawę… Jak Nick dostał ten list, to myślałam, że w Mavericku wreszcie coś pęknie i w obliczu realnego zagrożenia dla jego partnera, wreszcie się ogarnie i pojedzie razem z nim. A ten tylko płakał.
    No błagam! Przecież, jakby naprawdę się martwił, to by pojechał, bo by się bał o życie swojego ukochanego, a wiadomo, że razem jest bezpieczniej. Przynajmniej, jakby się coś stało, to by mógł obronić Nicka, być przy nim i na bieżąco monitorować sytuację.
    Miał szansę na zmianę w ich związku, z którego powiedzmy sobie szczerze – nie jest do końca zadowolony – i jej nie wykorzystał. Coś z nim ewidentnie nie tak.
    Żeby nie było, że go hejcę… Bo tego nie robię, po prostu chcę zrozumieć motywy, jakie nim kierują.
    Naprawdę tak bardzo się boi wyjechać gdziekolwiek? Powoli to zaczyna wyglądać na fobię ;)

    No dobra, trochę ponarzekałam, więc teraz coś co mnie naprawdę mile zaskoczyło.
    Walka Jeffa była naprawdę spoko. I jak w takich scenach mam minę pod tytułem „skończcie już”, tak teraz fajnie mi się oczekiwało na dalsze wydarzenia. Dobrze, że Jeff’owi nie zrobili jakiejś poważnej krzywdy. O Willa się nie martwię, bo w domu by mu się raczej nic nie stało. Fajnie, że Ranger się o niego martwił, miłe to było. Niby taka naturalna reakcja, a mi się to strasznie spodobało.

    Cóż mogę powiedzieć.
    Co do trzeciej części, to najbardziej nie mogę doczekać się spotkania Jeffa i Willa z Nickiem. Nie wiem dlaczego, ale odkąd się rozstali miałam taką wielką ochotę zobaczyć ich znowu razem. Szkoda, że nie będzie Mavericka, ale cóż.. Sam wybrał ;) (Może mu się odwidzi i dojedzie? Aww! – Taka głupia nadzieja).

    Weny dziewczyny!

    PS. Trzecia część będzie ostatnią?

  16. Katka pisze:

    Camille, ciężko byłoby zrobić z ATCL Modę na sukces XD Tym bardziej, żeby intryga trzymała się kupy. Jest to całkiem spójne, więc no raczej by się nie dało. Ale i tak miło, że tak Cię na to opko ciśnie. Ma ono mniej odbiorców niż inne chyba więc to miłe ;) A co do naszego wieku, hehe, w sumie nie wiem czy to ma jakieś znaczenie XD Ja mam 24, Shiv 25. Ale czy przerwy wakacyjnej nie będzie, to nie wiemy, bo jeszcze się nie zabrałyśmy za pisanie trzeciej części, więc możliwe, że ona będzie. Wszystko wyjdzie w praniu ;)

  17. Camille de Raste pisze:

    No nie, nie wierzę, ale dupa z tego Mavericka.. Jak mógł pozwolić pojechać mu samemu.. Serio aż tak się cyka? Bo ja już nie wiem dlaczego on tak bardzo nie chce wyjezdzac z tego swojego zasyfionego rancha.. Ciekawe co z Willem.. Oby Jeff zdążył na czas. Wasze opowiadania są nieprzewidywalne więc nie zdziwiłbym się gdyby Will został cięzko ranny.. A co z tą Jess? Napisała do Nicka by dać ostrzeżenie czy to raczej w ramach groźby było? Mam nadzieję, że między drugą a trzecią częścią nie będzie przerwy wakacyjnej jak miedzy serialami w TV xD bo się doczekać ciągu dalszego nie potrafię ;ooo

  18. Camille de Raste pisze:

    O Matko, nie było mnie tu z miesiąc i mam tyle do nadrabiania ;oooo Jak zobaczyłem tytuł wpisu ‚Epilog” to palpitacji serca dostałem. Niech to opowiadanie nigdy się nie skończy, pls, pls, pls ;cccccc Uwielbiam I Jeffa i Willa i nie wyobrażam sobie by ich historia mogła sie kiedyś skończyć. Mam pomysł XD Zróbcie z tego modę na sukces xd 5000 rozdziałów minimum xd U mnie na blogu opowiadanie stanęło na jednym rozdziale (na bogato). A tak nawiasem.. Strasznie mnie ineteresuje ile autorki bloga mają lat. Czy to tajemnica? ;> A, co ja miałem… Mam 3 zaległe rozdziały do przeczytania, zaraz to zrobię i skomentuję tak jak się należy, czyli odnośnie treści.

  19. Katka pisze:

    Saki, super, że scena walki trzymała w napięciu! Wiem, że zwykle jest takie przeświadczenie, że skoro jest to główny bohater, to wiadomo, że nie umrze, ale przecież zawsze może być uszkodzony, może się stać coś, co sprawi, że wolałoby się, żeby umarł. Niestety. Dla mnie np. czymś takim jest amnezja. Brrr. Och i podobają mi się Twoje rozkminy na temat Jess, bo oczywiście, że jest masa możliwości, dlaczego ona robi to, co robi. I dlaczego wysłała ten list do Nicholasa. Mogła zrobić to z dobrej lub złej woli. Wszystko jest możliwe. A co do jej podpisu, to Nick rozpoznał go dlatego, że oni w Boosa się właśnie podpisywali takimi literkami, każdy odpowiadał jakiejś. Jak Maverick – B. od Bailey, Nick to O. od Orkenzy, Jess też od Okrenzy, Ben to S. od Show i Adela to A. od Allen ;) A co do Nicka i Mavericka, czy jest to momentem przełomowym? Cóż, na razie mogą się długo nie widzieć, więc nie wiadomo. Pytanie w jakim stanie albo czy w ogóle Nick do niego wróci. Wtedy się pewnie ewentualnie okaże, jakie są między nimi stosunki. Hehe i masz rację, końcówka napisana tak, żebyście mieli na co czekać w trzeciej części XD Niestety nie jestem w stanie zagwarantować, kiedy pojawi się następna część. Bynajmniej nas nie zanudziłaś! Uwielbiamy długie komentarze na koniec opowiadań! :D Pozdrawiamy ciepło ;)

    Bebok, haha, co z nimi wszystkimi… okaże się za kilka miesięcy XD Oooch, no i cudnie że scena ze staruchami (jak to my ich nazywamy) wzruszyła. Same miałyśmy łezki w oczach, gdy to pisałyśmy XD Tyle emocji, tyyyyle emocji ;)

  20. Bebok pisze:

    Nie przeczytałam tytułu… czytam sobie notkę, tyle emocji! Już się jaram następną częścią a tu… „KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ”. >_< COOOO!!!!???? Ale jak? Dlaczego? Ja chcę jeszcze! Przecież nic się nie wyjaśniło! Co z Jeff'em? Williamem? Oficerem? Co ze wszystkimi!? WGL Jess… kompletnie nie pomyślałam że to może być ona… choć jak teraz o tym myślę było to do przewidzenia. Ale mimo wszystko, zaskoczyło mnie to. Scena rozstania Nicka z Maverickiem… jezuu! Ryczę! DLACZEGO on znowu z nim nie pojechał? Jestem wkurzona! Chcę więcej. Mam nadzieję że część 3 pojawi się szybko! Już za nimi tęsknię, umieram z niepokoju i czuję się przytłoczona tym co się aktualnie tam dzieje! Trzymajcie się chłopcy!

  21. saki2709 pisze:

    O nie, o nie. I co ja teraz pocznę bez ATCL? Coś tak czułam, że nie powinnam tego teraz czytać. Teraz jeszcze bardziej nie mogę się doczekać trzeciej części. Niech ATCL szybko wróci, bo uschnę z tęsknoty za Jeffem i Willem, i za Nickiem i Mav’em. No i będę wymyślać milion scenariuszy, co się może wydarzyć.
    A teraz, co do rozdziału, był genialny. Scen walki trzymała w napięciu do samego konca. Jak zwykle się o Jeff nie martwię, tak teraz naprawdę się o niego bałam. Skubany Hideki (czy jak tam miał ten Japończyk) jest całkiem dobry w walce. No i Jess (ja wiedziałam, że to ona. No dobra, może nie wiedziałam, ale po prostu czułam, że tak jest) też nie jest żółtodziobem w tym temacie. W końcu kilka dobrych lat należała do BOOSA. Ale, ale, czy mi się zdaje, czy ciemna strona mocy nie zdołała jej całkiem pochłonąć? Bo albo jest tak pewna siebie i tego, że „zło wygrało” albo tak jak ten głupi staruch z agencji jest szczurem, który dopiero teraz dał znać o swoim istnieniu. Albo na własną rękę prowadziła śledztwo i postanowiła ostrzec brata o zagrożeniu, które wisi nad Rangerem i lekarzem. Bo mawia się: przyjaciół miej blisko, wrogów jeszcze bliżej. Oczywiście może być też tak, że serio jest zła, ale wtedy ani ja, ani generał tego nie zniesiemy. A skoro już przy generale jestem… Nick ma takie zaufanie do swojej siostry, że nawet nie bierze pod uwagę tego, że stoi po przeciwnej stronie barykady. Jeśli Jess naprawdę przeszła na ciemną stronę mocy, Nick może się troszku załamać. Ale mam nadzieję, że jednak tylko udaje złą, choć wyglądało, jakby walczyła na serio. Ale w sumie, nie wiem czy dobrze pamiętam, ale to chyba ona strzelała najlepiej z całej piątki, więc gdyby chciała, z łatwością mogłaby Jeffa zabić. Chyba że nie doceniam zdolności Jeffa. Ale gdyby Jess była tą złą, to chyba nie nosiłaby medalika, który symbolizował przynależność do grupy, którą służyła dla dobra ludzkości, chroniąc ją przed złem. Tak właściwie, to po czym Nick poznał, że ten list jest od jego siostry? Charakter pisma? Czy może O., które chyba miało być podpisem i znaczyło Orkenzy? A może jedno i drugie? Zresztą nieważne. Głupie pytanie, na które raczej nie ma innej odpowiedzi, chyba że taka, że Jess jest jedną z nielicznych, którzy znają adres rancza Nicka i Mav‘a. A co do Maverick‘a, to czemu on nie pojechał z kochankiem do tego Chicago? Nienawidzę pożegnań, zwłaszcza takich smutnych, po którym mogą się już nie spotkać. Tak btw, czy to jest ten przełomowy moment w ich życiu, który naprostuje ich relacje i upewnić ich obu co do wzajemnej bezgranicznej miłości, czy stanie się coś jeszcze gorszego niż niebezpieczna wyprawa jednego z nich i wielka niewiadoma co do jego dalszego losu.
    A teraz Jeff. Jej, jak ja się bałam, że ten Azjata go zadźga tym nożem. No i biednemu Oficerowi się oberwało. Na szczęście to mądry i silny koń, bo mogło się to różnie skończyć, zarówno dla niego samego, jak i jego właściciela. Ale na szczęście oboje przezyli i jadą na ratunek Williamowi. Mam nadzieję, że zdążą na czas i doktorek nie zostanie ani ranny, ani porwany.
    Tak w ogóle jesteście okrutne. Jak można tak kończyć? Ok, wiem, że zrobiłyście to, żeby podtrzymać napięcie i wzbudzić ciekawość, ale ją chyba zwariuję do czasu pierwszego rozdziału. O ja nieszczęsna. Było poczekać jeszcze trochę z czytaniem tego epilogu, ale nie, musiałam go przeczytać (absolutnie nie żałuję, bo był genialny, ale co ją też zrobię bez ATCL? I to zakończonym w takim momencie) bo byłam ciekawa, jak to zakończycie. I gdyby następny rozdział był za tydzień, dwa, a choćby nawet miesiąc, to zniosłabym to dużo lepiej niż w tej chwili (czyt.: nie marudziłabym tak bardzo).
    Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam.
    Czekam z Ogromną niecierpliwością na trzecią część.
    Ściskam mocno, gorąco pozdrawiam i życzę weny przy pisaniu zarówno trzeciej części ATCL, jak i wszystkich innych Waszych opowiadań.

  22. Katka pisze:

    DaughterOfWind, sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle… XD Dla Ciebie na pewno dobrze, ale nie wiem, czy dla nas też XD Niemniej, brawo!

  23. Shivunia pisze:

    Illita >> Hahahaha wyczuwam rozentuzjazmowanie ;D Ale to się chwali :D Tym bardziej, że masz teraz rozkminę co tak naprawdę się wydarzyło. Czy jest tak jak piszesz, czy to jest jakaś podpucha z tym listem… Może się okazać, że sytuacja tak się potoczy że Maverick będzie musiał opuścić ranczo, w końcu obiecał. Macie trochę czasu aby pomyśleć nad możliwymi scenariuszami i naweeet podzielić się z nami swoimi pomysłami ;)
    A porcja emocji jest zacna, nie powiem. Takie uderzenie na koniec. Ale jednocześnie trochę rzeczy się okazało.
    I spać… ? chyba jakoś uda ci się zasnąć do wieczora ;*

  24. Illita pisze:

    O KURWA. To moja główna myśl podczas czytania tego rozdziału. Serio, po prostu… o matko. Jess żyje, Jess ich zaatakowała, ale Jess nie wierzy w to co robi i ostrzega Nicka. Czemu? Na Willa i Jeffa jest wyrok śmierci a Nick jedzie i nie wiadomo co się z nim może stać, a Mav nie jedzie z nim. I to jest epilog! A część trzecia nie wiadomo kiedy :c Nie da się ukryć, niezłą porcję emocji nam zafundowałyście… Rany, tak bardzo nie mogę się doczekać! I tak bardzo się nie spodziewałam epilogu, jak zobaczyłam zapowiedź to aż mi szczęka opadła ;_; Teraz spać nie będę mogła tylko się będę martwić o nich wszystkich, byle tylko nic im się nie stało… Jezu, tyle emocji D:

  25. Katka pisze:

    Kaczuch_A, hehe, własnie kończenie epilogu w takim momencie jest najlepsze, bo pozostawia chęć do przeczytania opowiadania dalej, by dowiedzieć się, czy wszyscy żyją XD Bo tutaj wszyyystko jest możliwe, uprowadzenie króliczka tez. Mrrr, szczere wyznania też lubię, ale właśnie smutne jest to, że pojawiają się w takich skrajnych sytuacjach. Dziękujemy baaaardzo za docenienie ATCL! Jego pisanie jest skomplikowane, więc bardzo nam miło, ze wysiłek daje efekty :D

    SilencedUnknown, jeszcze wiele się musi wydarzyć, więc nie obawiaj się, epilog rzeczywisty na pewno będzie już na wstępie oczywistym, ze jest ostateczny. Zobaczymy, czy uda nam się zamknąć opowiadanie w trzeciej części, bo to też nie jest jeszcze pewne, ale się okaże ;) Och, żal do Mavericka jest słuszny, ale jak sama mówisz, to trochę bardziej prawdziwe i nienaciągane, że jednak zostaje. Życie bywa gorzkie i Nick musiał to teraz odczuć na własnej skórze. A czy się jeszcze kiedyś spotkają i życie im to zrewanżuje…? Na odpowiedź trzeba poczekać, hehe. A czytanie w miejscach publicznych bywa zdradzieckie, haha, dobrze że seksu nie było XD

  26. SilencedUnknown pisze:

    Przeraziłam się widząc napis „Epilog”. Myślałam, że to będzie koniec opowiadania i że któremuś z chłopaków stanie się coś naprawdę poważnego, także proszę sobie wyobrazić moje nerwy, gdy czytałam, że napadnięto Jeffa. ^^
    Mam nieco żal.. czy coś na ten kształt, do Mavericka. Rozumiem jego lęk przed wychodzeniem, czy też przed większymi grupkami ludźmi, jednak w sytuacji, gdzie myśli, że widzi swoją miłość po raz ostatni, tak po prostu się na to zgadza? Troszku smutne, ale to może dlatego, że aż za bardzo rzeczywiste? ^^
    W każdym razie, epilog jak zawsze świetny i mega emocjonalny. W niektórych momentach naprawdę się wzruszyłam. (Czytałam w autobusie. Ludzie musieli mieć niezłe kino widząc mnie taką rozemocjonowaną :P )
    Czekam kolejnej części! ;)
    Pozdrawiam! :)

  27. kaczuch_A pisze:

    Jesteście okrutne, jak można skończyć w takim momencie. Jeff jakiś podtruty jedzie by sprawdzić czy Willowi się nic nie stało. Primo, nie wiadomo w jakim stanie dotrze pierwszy samiec, secondo, nie wiadomo w jakim stanie pierwszy samiec spotka drugiego samca, czy go w ogóle spotka. Czy naszego króliczka nie uprowadzili, gorzej nie zabili (w to nie wierzę, ani trochę) etc. Agrhhh~! Reasumując jesteście okrutne~!

    Jak Nick zaczął mówić, że jak nie wrócę…etc. łezka mi w oku się zakręciła. Może jeszcze są jakieś szanse, że Mav się przełamie i pojedzie. Po prostu mam co do nich złe przeczucia i to przeklęte Chicago. Żeby nie było powtórki z rozrywki. Ale te szczere wyznania to coś wspaniałego na moje rozedrgane serduszko.

    Uwielbiam ATCL, po prostu to opowiadanie ma tak niesamowity klimat, te kreacje bohaterów są świetne, jedno z moich najfaworytszych fejwów xD

    Czekam, tak bardzo czekam (zaczynam czytać od nowa, raz jeszcze) i czekam na kolejną część~!

  28. Katka pisze:

    Seiridis, spoko, to też dobra opcja ;) Zawsze tez można czytać częściami, ale pochłonięcie na raz całości jest okej, tym bardziej przy ATCL, które ma bardziej złożoną fabułę.

    Dante, noo, wszystko jest możliwe. Myślę, że Willowi by było do twarzy z jakąś mechaniczną częścią ciała.

  29. Dante pisze:

    Hmmmm William raczej nie zginie ale kto wie.. może akurat urwie mu jakąś rękę lub nogę i będzie miał mechaniczną :D

  30. Seiridis pisze:

    Czemu nie czytam ATCL? Bo czekam, aż będzie skończone, bo przeczytałam dwa zdania łącznie i mam dreszcze i wiem, że bym zdychała jakbym przeczytała. Nazwijcie mnie egoistką, tak właśnie jest. XD

  31. Katka pisze:

    Shin97, jest to jeszcze czas nieokreślony. Nie zaczęłyśmy jej jeszcze pisać, ale jakaś przerwa musi być ;) Postaramy się, by była odpowiednio wyważona XD

    Dante, biedny Maverick, zbiera cięgi. Oj, może kiedyś się wyrwie z rancza, ale na razie jak widać trzyma go w niej bardzo mocno wiele uprzedzeń i obaw. A co z Willem, cóż, niewiadomo, ale Jefferson pędzi na ratunek. Czy zdąży…? Czy w ogóle jest taka potrzeba? O tym już w 3 części XD Dzięki za ten komentarz ;)

    C., hehe, ostatni rozdział zawsze musi budzić większe emocje, cieszy nas, że tak się stało! ;)

    Laurel, hm, czy nic nie zapowiadało… możliwe, w końcu nie było mowy, że część się kończy, ale rozdziałów już spoooro, więc może powinno Wam troszku świtać ;) Hehe i jak widać nie jesteśmy dla Jeffa aż tak okrutnie, aby następną z rzędy część kończyć jego uszczerbkiem na zdrowiu (wcześniej chyba bardziej psychicznym). Ale teraz nie wiadomo, co z Willusiem! I tak jak pisałam do Shin, jeszcze nie wiadomo, kiedy będzie następna część, ale jak będzie coś wiadomo, na pewno damy Wam znać ;)

  32. Laurel pisze:

    Prawie się popłakałam, kiedy zamiast tytułu nowego rozdziału zobaczyłam słowo epilog. Przez prawie minutę nie mogłam uwierzyć, że to już koniec kolejnej części opowiadania. Chlip, Chlip. Chyba nic tego nie zapowiadało?

    Epilog fajny. Walka Jeffa bardzo wciągająca, aż czuło się te napięcie. Już myślałam, że zostawicie go wykrwawiającego się na śmierć w jakimś zaułku, więc dobrze, że uszedł z życiem. A Maverick. Mimo wszystko jakoś nie wierzę, że kiedyś ruszy się z tej wsi. Biedny Nick. Chociaż cuda się zdarzają.

    Dołączam się do pytania o rozpoczęcie publikacji trzeciej części. No bo jak można kończyć w takim momencie???

  33. C. pisze:

    Skończyć tom w takim momencie… :( Teraz będę się o nich martwiła wszystkich!
    Ale btw. bardzo fajny rozdział kończący część. Budzi emocje i raczej nikt nie pozostanie obojętny w czekaniu na kolejne losy bohaterów!

  34. Dante pisze:

    Maverick mnie wkurzył na maksa. Zachowuje się strasznie nie logicznie.. może to wina hormonów które w nim buzują xD ?. Już.. już prawie się przełamał i dupa… no ja bym ukochanego tak nie zostawił, chociaż rozumiem , że jest taki moment jak człowiek nawet sam sobie na złość robi i przykrość. No dokładnie to wygląda tak jak u Mavericka. Atmosfera się podkręca, kolejne komplikacje xD, to lubię :). Mam nadzieję że Willowi nic poważnego się nie stało. Bardzo fajnie opisane są sceny walki, tak dynamicznie :3, podoba mi się to. No i teraz pozostaje tylko czekać niecierpliwie na dalszy ciąg :). Dziękuję za świetne opowiadanie :*
    Ps no i powinniśmy się wstydzić.. Dziewczyny tyle serca i wysiłku w pisanie wkładają a komentarzy coraz mniej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s