Zgłoszenie nr 2 – „Keep calm and carry on” czyli Witaj w rodzinie – by Mebahiah

Albert Feist otworzył kluczem drzwi mieszkania. W salonie panował mrok. Co było trochę dziwne, gdyż Al umówił się wcześniej z kochankiem, że ten wpadnie do niego na kolację. Wszystko jednak wskazywało na to, że plan się nie powiódł, a jego facet po prostu nie przyszedł.
-Ridley, jesteś?- zawołał zapalając światło w salonie, na stoliku do kawy leżała torba blondyna, więc ten jednak się zjawił.
–No, gdzie się chowasz?- Albert zaczynał się martwić, czemu jego kochanek nie odpowiada.
Brunet wszedł do sypialni. Wszystko wyglądało jak zwykle, poza sylwetką skuloną na środku łóżka. –Ridley, źle się czujesz?- powiedział, widząc, że mężczyzna się obudził.
-Ughh… -dobiegło spod kołdry. –Hej, już wróciłeś?- wymamrotał blondyn, przeciągając się na łóżku.
–Tak, nie słyszałeś jak cię wołałem?
-Wybacz, wyszedłem wcześniej, byłem zmęczony i zasnąłem, zaraz zrobię kolację…
-Ridley, czego mi nie chcesz powiedzieć?- powiedział Albert idąc za kochankiem w stronę kuchni. Widział, że tamten był zmęczony, ale to nie tłumaczyło bladych policzków i zaczerwienionych oraz podpuchniętych oczu mężczyzny.
–Ridley, powiesz mi w końcu co się z tobą stało?- Albert chwycił go za ramię i przyciągnął w swoją stronę.
–Eee, nic mi nie jest, nie musisz się martwić- Ridley wymamrotał w jego klatkę piersiową.
–Na pewno?
–Tak, po prostu moja mama zadzwoniła, na przyszły weekend przypadają sześćdziesiąte urodziny mojego ojca, chciała mnie zaprosić na przyjęcie urodzinowe.
–No i tym się tak wystraszyłeś? –Albert był zdegustowany, przecież blondyn chyba znał swoich rodziców i nie miał czego się obawiać z ich strony.
–Powiedziałemjejżekogośmam
-Co takiego? Mógłbyś powtórzyć wyraźniej, nie rozumiem twojego mamrotania-Al odsunął kochanka od siebie.
–Powiedziałem matce, że się z kimś spotykam. Chce żebym przyjechał z nim na urodziny taty- Ridley spojrzał mu głęboko w oczy, doszukując się aprobaty mężczyzny. Niestety, niczego takiego nie znalazł.
–Co takiego? Przecież doskonale wiesz, jakie mam zdanie na temat otwartości w homoseksualnych związkach! –Albert odepchnął go lekko łapiąc się za głowę. Zaczął krążyć po salonie. –Oboje zdecydowaliśmy, że nie będziemy publicznie się ujawniać. Masz do niej zadzwonić i powiedzieć, że przyjedziesz sam! Jakby to wyglądało?- mówił krążąc po salonie i nie dostrzegając gasnącego błysku w oczach kochanka. –To twoi rodzice, nie moi załatw to!- odwracając się w jego stronę, Albert dopiero teraz dostrzegł jak blondyn się zapadł w sobie. –Ridley…
– Tak masz rację to moi rodzice! I chce im w końcu przedstawić faceta, z którym spotykam się prawie rok i który niecały tydzień temu zaproponował mi wprowadzenie się do siebie- Ridley zmrużył oczy. –No chyba że chcesz, żebym po tym jak wspólnie zamieszkamy, wyjeżdżał szybciej od ciebie, przecież ludzie w pracy nie mogą zauważyć, jeśli przyjedziemy razem! Co by powiedzieli prawda?
– Ridley, nie rozumiesz, sam dobrze wiesz, jacy są ludzie w redakcji- Albert zbliżył się do niego kładąc mu dłoń na ramieniu.
–O nie kochany, ja doskonale rozumiem to, że ty się mnie po prostu wstydzisz!- wykrzyknął blondyn strącając dłoń i kierując się w stronę wyjścia. –Chciałem tylko pojechać z tobą na weekend do moich rodziców, przedstawić cię im i po prostu spędzić z tobą czas,- powiedział cicho zakładając buty. –Jednak widzę, że ty nie chcesz w ogóle się ze mną pokazywać gdziekolwiek. Przecież nikt z pracy nas tam nie zobaczy, będzie tylko moja rodzina, Albert proszę cię… -Ridley spojrzał smutnym wzrokiem na kochanka stojąc przy drzwiach.
–Nie mogę, po prostu nie mogę, zrozum to nie twoja wina po prostu…
-Doskonale cię rozumiem- blondyn wyglądał teraz jak wściekła osa, która ma ochotę kogoś porządnie użądlić. –W takim razie do zobaczenia w pracy, redaktorze Feist- drzwi zamknęły się z trzaskiem, zostawiając gapiącego się na nie Alberta.
–Co do cholery się właśnie stało?- tylko ta myśl kołatała w umyśle bruneta.

Nazajutrz Albert próbował skontaktować się z kochankiem, ale jego telefony i smsy pozostały bez odpowiedzi. Jednak przecież nie odbieranie telefonu nie mogło być próbą uniku ze strony Ridleya. Blondyn nie próbował go uniknąć też wtedy, gdy zobaczył go na korytarzu i zawrócił.
-Tak- pomyślał Albert przypominając sobie całą sytuację. Ridley na pewno go nie unikał. On widząc go dziś w redakcji po prostu uciekł. Dlatego teraz, zamiast jak praktycznie każdego wieczoru cieszyć się ciepłem kawy, dobrą książką i towarzystwem kochanka, Albert Feist stał w deszczu pod jego domem waląc wściekle w drzwi.
-Ridley! Otwórz! Musimy porozmawiać!
Blondyn siedział na kanapie skulony pod kocem, trzymając w ręku kubek ciepłego kakao. Próbował skupić się na czytanej powieści i zignorować dobijającego się mężczyznę. Wiedział że zawalił i było mu po prostu wstyd. –Zareagowałeś jak każda rozchwiana emocjonalnie nastolatka West- powiedział cicho do siebie. Wiedział doskonale jakie poglądy miał Albert, sam w większej części je podzielał. Ale… tak dawno nie był u rodziców, jego mama była taka podekscytowana, że w końcu znalazł sobie drugą połówkę, że powoli życie mu się układa… Wiedział, że rodzice często porównywali go do starszego brata- Gregory był wykształcony, pracował jako lekarz, miał kochającą rodzinę i śliczną córeczkę. Ridley z drugiej strony to było jego zupełne przeciwieństwo- był porażką, nie skończył studiów, pracował jako dozorca, a jego życie uczuciowe właśnie się posypało bo spanikował.
Blondyn podniósł głowę, wściekłe walenie w drzwi ucichło.
–Chyba sobie odpuścił- skierował się w stronę wejścia z zamiarem sprawdzenia czy jego kochanek naprawdę zrezygnował. Kiedy przekręcił klucz, drzwi nagle się otworzyły i wpadł przez nie rozpędzony Albert, który zatrzymał się na pierwszej napotkanej przeszkodzie. Niestety trafiło na Ridleya.
-Ouuu, kurwa mać!- uszu bruneta dobiegł jakże bolesny okrzyk poprzedzony odgłosem upadającego ciała. Zobaczył swojego kochanka leżącego na podłodze z ręką wykręconą pod dziwnym kątem.
-Ridley?- Feist skierował się w stronę blondyna. –Nic ci nie jest? Nie wiedziałem, że postanowiłeś upewnić się, że na pewno nie wejdę do domu- stwierdził z przekąsem.
-Bardzo śmieszne, naprawdę bardzo- blondyn spróbował się podnieść podpierając się prawą ręką o ścianę. –O ja cię pieprzę- jak szybko spróbował się podnieść, tak szybko wrócił na swoje miejsce na podłodze. –Nie dość, że o mało co nie przebiłeś się przez moje drzwi, to do tego zwichnąłem sobie rękę- wysyczał wściekle w stronę bruneta.
-Na moje oko wcale nie zwichnąłeś ręki, raczej ją złamałeś- Albert delikatnie pomógł wstać blondynowi. –Gdzie masz kluczyki od samochodu? Musisz jechać do szpitala.- brunet zarzucił na kochanka kurtkę i poprowadził do garażu. Ridley z żałosnym jękiem osunął się na siedzenie Samochód odpalił i po chwili kierowali się w stronę szpitala. Albert spojrzał na swojego kochanka, z przymkniętymi oczami, wyrazem bólu na twarzy wydawał mu się bardzo kruchy i jakby mniejszy.
-Wiesz, myślę że niepotrzebnie się aż tak zdenerwowałem na ciebie- Blondyn ze zdumieniem popatrzył na kochanka. –To naturalne, że chcesz mnie przedstawić rodzicom i niepotrzebnie aż tak się przed tym broniłem, zdecydowałem że pojadę z tobą na urodziny ojca- powiedział brunet z delikatnym uśmiechem na ustach po czym potargał jego włosy. –W sumie teraz przyda ci się ktoś kto będzie cię karmił na obiadku u mamusi- ręka blondyna uderzyła go w żebra. -Uważaj, bo zaraz złamiesz drugą- zaśmiał się Albert.

Kilka dni później obaj znów znaleźli się w samochodzie, tym razem w drodze do domu rodziny Westów. Albert prowadził, a jego kochanek siedział obok z prawą ręką w gipsie. Różowym gipsie.
-Nie mogłeś wziąć zwykłego koloru?- Albert spojrzał na kochanka z troską. Zmarszczone czoło i podkrążone oczy wskazywały na to, że Ridley się martwił. A brunet znów nie wiedział czym.
-Lubię różowy- odpowiedział blondyn. Szczerze mówiąc nie zwracał uwagi na to co mu zakładają na ramię. Bardziej martwił się tym jak jego kochanek zareaguje na jego rodzinę.
-Naprawdę jesteś zdecydowany poznać moich rodziców? Moja rodzina jest dość specyficzna…- Albert westchnął i spojrzał w bok.
-Najpierw chciałeś za wszelką cenę żebym jechał z tobą do rodziców, a teraz próbujesz mnie od tego odwieść. Przecież nie może być aż tak źle. A jeśli już to weźmiemy przykład z Brytyjczyków- jeśli będę narzekał na twoich rodziców, klepnij mnie w plecy i powiedz „Keep calm and carry on”dobrze? Tylko pamiętaj, żeby to zaakcentować!- Ridley uśmiechnął się pod nosem.
-Oj Al, nawet nie wiesz jak bardzo spokój będzie ci potrzebny.
Kilka godzin później samochód zatrzymał się. Albert wysiadł i rozejrzał się z ciekawością. Dom przed którym stał był biały, jednopiętrowy, z dość dużym ogrodem. Wyróżniał się tym na tle sąsiednich budynków.
-Nagle już nie jesteś taki chętny, żeby wejść i poznać moich rodziców?- powiedział rozbawiony blondyn, stając obok kochanka.
-Jeśli ten słodki domek nie jest bazą kosmitów lub tajnych służb, raczej nie mam się czego obawiać- odpowiedział mu Albert z ironicznym uśmiechem. –I zostaw te walizki, wrócę po nie później, ty z jedną ręką i tak ich nie weźmiesz.
-Jak zawsze gentelman, czym ja zasłużyłem na tak szarmanckiego partnera- Ridley pokazał mu język omijając drzwi wejściowe i kierując się na tyły domu. Albert poszedł za nim. Zastanawiało go tylko czemu jego partner bacznie się rozgląda.
-Sprawdzasz, czy nie ma tutaj drzwi które…- Albert nie dokończył zdania bo nagle dosłownie został ścięty z nóg przez duże, złote, szczekające coś, które teraz z zapałem zaczęło lizać go po twarzy.
-Co do…?- pomyślał zanim dotarł do niego oczywisty fakt- to był pies. Duży, radosny pies, któremu najwyraźniej brunet się spodobał.
-Janis, złaź natychmiast!- kobiecy głos dobiegł go z boku. –Przepraszam za nią, mieliśmy ją zamknąć, ale to zwierzak, wie pan jak to jest- Albert spojrzał w górę i zauważył niską blondynkę, szarpiącą psa za obrożę żeby go z niego ściągnąć. Przed nim stała niska blondynka z burzą roztrzepanych włosów, widocznie matka Ridleya. Jego blondyn był do niej bardzo podobny- mieli taki sam kolor włosów, oczy i uśmiech. Kobieta ubrana w bardzo kolorową kwiecistą sukienkę, na głowie miała słomkowy kapelusz a na nim… Tak dobrze mu się wydawało, kapelusz za pasek miał zatkniętą miniaturową tęczową flagę.
-Mamo, zostaw, Janis w końcu z niego zejdzie- Ridley nie mógł powstrzymać uśmiechu. –No chyba, że Albert odwzajemni jej miłość i postanowi spędzić z nią weekend tarzając się z radością w kwiatach.
-Za to ty braciszku, pewnie wolałbyś, żeby Albert tarzał się z tobą w łóżku?- oczy Ridleya się rozszerzyły. Za nim stanął wysoki szatyn o przenikliwych niebieskich oczach, ubrany w szorty i koszulkę. Opierał się na lasce pochylając się w stronę blondyna.
-Nie przywitasz się ze starszym bratem, Blondie? Dawno cię nie widziałem, nie byłem pewny, że praca dozorcy jest aż tak wciągająca…
-Greg, przestań drażnić brata!- zawołała oburzona blondynka. -Kochanie, dobrze że w końcu przyjechałeś, ale jak widzę znowu coś sobie zrobiłeś- wskazała na gips.
-Tak mały wypadek, nic poważnego, ale trzy tygodnie będę musiał to nosić- Ridley uśmiechnął się szeroko. –Dobrze cię widzieć mamo. Odwrócił się w stronę Grega -Przyjechałeś sam, czy Lisa i Rachel też są?
-Są są, nie wiem dlaczego moja żona tak bardzo chciała się z tobą zobaczyć, ale tak marudziła, że musiałem zabrać je obie.
Albert zamrugał zauważając, że do jego kochanka podszedł obcy nieznajomy mężczyzna i teraz radośnie go wkurza. Postawa Ridleya była wyraźnie podenerwowana, na jego twarzy gościł delikatny rumieniec zdenerwowania. Podniósłszy się z ziemi, brunet podszedł bliżej i objął blondyna w pasie.
-Nie przedstawisz mnie?- zapytał, czując jak niższy mężczyzna lekko drży.
-Mamo, starszy bracie, to mój partner.
-Albert Feist miło mi poznać- Al wyciągnął dłoń w kierunku kalekiego mężczyzny.
-Gregory West, starszy brat…- szatyn nie zdążył dokończyć zdania, gdy jego matka przerwała.
-Więc to jest twój partner? Przystojniak- odwracając się w stronę młodszego syna puściła mu oczko. –Elizabeth West, miło mi poznać. Więc Alberciku, mogę się tak do ciebie zwracać prawda? –Bruneta dosłownie zamroziło. Nawet nie poczuł, jak kobieta zdjęła jego ramię z pasa Ridleya, zarzuciła sobie na barki i poprowadziła w stronę domu kontynuując rozmowę.
–Jak poznałeś mojego syna? Ile się już spotykacie? Śpicie ze sobą prawda? Po co pytam na pewno ze sobą… -blondyn przełknął ślinę słysząc oddalający się głos matki. Wiedział doskonale jaka była. Radosna, uśmiechnięta i bardzo otwarta. To ona pierwsza dowiedziała się o jego orientacji. Była zachwycona i bardzo ciekawa. Do tej pory się rumienił na myśl o rozmowie, którą z nim przeprowadziła na temat bezpiecznego gejowskiego seksu. Aż się wzdrygnął wewnętrznie na myśl, że teraz w podobny sposób matka przesłuchuje Alberta
-Nie martwisz się, że matka przestraszy ci kochanka?- Gregory chyba czytał w jego myślach. –Dziwi mnie, że w ogóle zgodził się przyjechać. Nie opowiadałeś mu o rodzinie prawda?- blondyn przełknął ślinę i pokręcił głową.
-Nie, nic mu nie mówiłem.
-Dobrze, chłopak będzie miał niespodziankę jak pozna naszego ojca- Ridley wytrzeszczył oczy –Ojciec nic mu nie zrobi prawda?
-Nie przejmuj się ojciec go polubi. Bardziej bym się martwił tym, że właśnie postanowił się poopalać- Greg wyszczerzył zęby w uśmiechu –Chodźmy Junior, zobaczymy czy Albert nie potrzebuje czasem reanimacji, wiesz usta-usta i te sprawy.
Ridley się zaśmiał i ruszył za bratem. –O ile wiem Lisa też jest lekarzem i w razie czego na pewno mu pomoże…
-O nie, nie kochany, żaden gej nie będzie obserwował bliźniaków mojej żony. One są na stałe przyklejone do mnie- Greg uśmiechnął się z rozmarzeniem.
-Tak, mów tak dalej, jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś niespełnionym transwestytą.- Bracia skierowali się w głąb ogrodu, żeby dołączyć do reszty rodziny.
Albert zastanawiał się, czy Ridley go nie wkręca w jakiś strasznie głupi żart. Ta rodzinka nie zdecydowanie nie była normalna- przy małym basenie w ogrodzie na leżaku opalał się starszy mężczyzna. Opalał się nago…
-Nie przejmuj się nim- Elizabeth zauważyła komu Al się przygląda. -To tylko mój mąż. Jest nieszkodliwy.- Weszli do kuchni w której piękna, około czterdziestoletnia brunetka kroiła warzywa na sałatkę. Pomagała jej urocza czterolatka.
-Liso, poznaj Alberta, partnera Ridleya.
– Cześć!- Kobieta wyciągnęła rękę w jego stronę. –Lisa West, jestem żoną Grega, a to jest Rachel- wskazała na dziewczynkę, która zarumieniona spuściła wzrok.
-Nie wiem czemu ona jest taka nieśmiała, normalnie buzia jej się nie zamyka.
-Pewnie przeraził ją ten najazd tęczowej armii- do kuchni wszedł mężczyzna znad basenu. Na szczęście teraz nagie biodra owinął ręcznikiem.
-Jackson West, jubilat i ojciec Ridleya- przywitał się z Albertem. –A właśnie gdzie jest mój najmłodszy syn?
-Cześć tato, Lisa- bracia weszli do domu. Blondyn spojrzał zaniepokojony na kochanka Brunet był zadziwiająco cichy, nie rzucił dziś jeszcze żadnego ironicznego komentarza w stronę jego rodziny.
–Wszystko w porządku? Zanim Albert zdążył odpowiedzieć, Ridley usłyszał głos szwagierki
–Spokojnie, on jest po prostu w szoku- Lisa uśmiechnęła się do niego.
-Ridley, może pokażesz Alowi gdzie będziecie dziś spali? O walizki się nie martw, Greg i ojciec je wam przyniosą. Daj mi tylko kluczyki do samochodu.- kobieta wyciągnęła rękę w ich stronę. Brunet w milczeniu podał jej kluczyki po czym ruszył za kochankiem w głąb domu.
-Hej ja jestem kaleką! Nie będę nosił mu żadnych walizek! Nie wiadomo jakie dilda czy inne wibratory tam mają!- dobiegła ich gwałtowna odpowiedź starszego z braci West. Po tym usłyszeli tylko, jak jego żona na niego syczy, ale żaden z mężczyzn nie wiedział co dokładnie mu powiedziała. Jednak chwilę później przez okno salonu zobaczyli Grega wraz z ojcem kierujących się w stronę podjazdu.
-Lisa zawsze miała na niego sposób- blondyn zaśmiał się otwierając kolejne drzwi. Para znalazła się w jasnym, przestronnym pokoju. Ściany pomieszczenia były zielone, podłogę zdobił szary dywan, a w kącie pokoju stało średniej wielkości łóżko. To na nim usiadł Albert.
-Na pewno wszystko z tobą w porządku? Moja rodzina może być trochę przerażająca…- Ridley pochylił się nad nim patrząc mu w oczy. Brunet tylko lekko się na to zaśmiał.
-Teraz już wiem czemu byłeś taki zrezygnowany podczas podróży. Twoi rodzice zawsze są tacy…- Albert przez chwilę myślał nad tym co ma powiedzieć –kolorowi? –dokończył z przekąsem.
-Tak, są dość specyficzni. Mama to dawna hipiska, uwielbia gotować i spędzać czas w ogrodzie, zresztą sam widziałeś jaki jest duży. –Ridley cmoknął partnera w nos. -Mój ojciec bardzo lubi spędzać czas przed komputerem, nie dziw się jeśli cię przepyta z wszystkich najnowszych gier komputerowych dostępnych na rynku. No i jest naturystą.
-Tak trudno było nie zauważyć jego pełnej chwały, gdy twoja mama mnie tutaj ciągnęła- Albert się roześmiał. –A Greg? Nigdy mi nie mówiłeś że masz starszego brata?
-Nigdy nie pytałeś- bezczelnie odparł mu kochanek. –Greg jest jedenaście lat starszy ode mnie, jest lekarzem, ma bardzo fajną żonę, życie mu się układa… Wiesz, jest takim spełnieniem marzeń rodziców… -blondyn z westchnieniem opadł na pościel zakrywając ręką oczy.
Albert spojrzał na niego z zaniepokojeniem –Chyba nie czujesz się gorszy od niego prawda? Jesteś mądrym, miłym facetem i takiego cię kocham.
West uśmiechnął się na wyznanie partnera. –Ja też cię kocham.
Albert odpowiedział mu również uśmiechem i pochylił się w jego stronę z zamiarem pocałowania tych bladych warg. Zanim jednak do tego doszło drzwi otworzyły się z trzaskiem, a na łóżko spadła torba.
-No moje panie dość już tego tulenia!- w drzwiach stanął roześmiany Gregory,
-Miałem was zawołać, wszyscy już są. Pośpieszcie się zanim ojciec zje wszystko. –Greg odwrócił się w drzwiach –A i Ridley? Na twoim miejscu zastanawiałbym się nad rozdziewiczaniem tego łóżka. Mama tu dzisiaj sprzątała cały poranek. Znasz jej podejście do homoseksualistów. Jak nic w którymś z tych chwastów- wskazał ręką na parapet, na którym prezentowały się przepiękne kwiaty –ukryła wam jakąś mini kamerkę zwiniętą z zapasów ojca. Albert się pewnie ze mną zgodzi, ja nie chcę żeby twój nagi tyłek został gwiazdą Internetu- z tymi słowami wyszedł z pokoju zostawiając oniemiałą parę.
Kiedy mężczyźni wyszli na zewnątrz Albert znów otworzył usta w niemym zdziwieniu. Całe podwórko było skąpane w świetle płynącym z podwieszanych lampionów, a wszędzie porozstawiane były balonowe dekoracje.
-Bardziej przypomina mi to urodziny dziecka, niż dorosłej osoby- brunet spojrzał w stronę kochanka.
-Tak- roześmiał się Ridley. –Widać w tych ozdobach rękę i ducha mojej matki.
-Chłopcy!- wspomniana kobieta pomachała do nich właśnie. Elizabeth siedziała przy białym, ogrodowym stole. Jej włosów tym razem nie zdobił kapelusz, były spięte w wysoki kucyk. Jednak to nie ona przykuła uwagę Alberta. Obok niej siedziała najdziwniejsza kobieta, jaką brunet miał okazję oglądać. Niewiasta miała burzę rudych włosów, ubrana była w tęczową bluzkę i obcisłe spodnie, a w uszach radośnie pobrzękiwały duże złote kolczyki. W dłoni trzymała długiego papierosa, którym teraz się zaciągnęła.
-Więc ty musisz być Albert- puściła do niego oczko. Brunet otwarł usta ze zdziwienia.
-Więc jednak udało ci się wyrwać z pracy, Muriel? –Ridley szturchnął kochanka w bok, wyrywając go z otępienia.
-Al, to jest Muriel, najlepsza przyjaciółka mojej mamy i autorka tortu urodzinowego ojca. Co zrobiłaś w tym roku? Czyżby kolejna rzeźba penisa?
-Och kochany, penisów to ja widziałam w życiu sporo –rudzielec zachichotał. –Ale chętnie dalej będę kontynuować podziwianie, może twój chłopak chciałby mi pokazać swojego?
– Nie dzięki, wybacz ale ten przywilej ma tylko Ridley- Albert w końcu wrócił do swojego sarkastycznego ja.
-Szkoda chłopcy, jakbyście chcieli poeksperymentować Ridley wie gdzie mnie szukać! –Na pewno kiedyś skorzystamy- blondyn pociągnął kochanka w stronę grilla, przy którym stał jego ojciec rozmawiając z nieznanym mężczyzną.
-Mam rację, żeby nie zostawać z nią sam na sam? –Al spojrzał w bok.
-Nie, Muriel nic ci nie zrobi…
-Co najwyżej może cię zmacać- w tym momencie dołączył do nich Greg. –Muriel jest niegroźna, nie masz się czego bać, ewentualnie złotowłosa cię obroni- szatyn wyszczerzył się do nich. –Chodźcie, zanim ojciec i Bob zjedzą nam wszystko! Ruszył z werwą w stronę ojca, który właśnie zsuwał na talerz towarzysza pięknie przypieczone hamburgery.
-Chodź, zjemy coś- ruszyli w stronę grupy. Wkrótce potem siedzieli przy stole zajadając się przysmakami przyniesionymi przez Lisę z kuchni.
-Zamknąłeś psa?- kobieta zapytała męża.
-Wiesz, że nie zbliżam się do tego potwora- Greg przełknął kawałek kiełbaski. –Janis nie jest normalna, mam wrażenie, że Muriel zaraziła ją obsesją w stosunku do przystojnych mężczyzn, dlatego też to zawsze Junior o nią dbał. Po prostu do niego się nie garnęła- Greg roześmiał się z własnej anegdoty.
-Nie martw się, teraz będziesz miał spokój, Janis przeniosła swoje upodobania na mnie- Al wykrzywił się do niego.
Lisa roześmiała się i mrugnęła do Ridleya –Chyba wiem, co takiego w nim widzisz- powiedziała wstając od stołu.
-Hej, czy ty podrywasz faceta mojego brata?- mąż zawołał do niej oburzony.
-Nie będę nikogo podrywać, jeśli ktoś, tak jak obiecał pomoże mi przynieść talerze do ciasta.
-Uuuu kochanie, poprosiłaś Alberta, żeby ci pomógł? Ranisz moje serce.
-Skoro ranię twoje serce to twoje plecy nie będą miały nic przeciwko, jeśli je też również zranię. Czy słowa „śpisz dziś na kanapie” coś ci mówią?- kobieta odwróciła się i podążyła w stronę domu. Greg pospiesznie wstał i ruszył za nią
-Panowie wybaczą, nie mogę pozwolić żeby bliźniaki były samotne.
Albert nawet na to nie zareagował, spokojnie jadł swoją porcję.
-Widzę, że powoli się przyzwyczajasz do otoczenia- Ridley cmoknął go w policzek.
-Ta… twój brat na pewno jest lekarzem? Mam wrażenie, że doskonale spełniałby się jako klaun w cyrku.
Wtedy usłyszeli głośny śmiech –Widzę Albert, że już poznałeś się na moim syneczku? Też mu powtarzam, ze przegapił swoją życiową drogę- na miejscu Grega usiadł Jackson.
Ridley wytrzeszczył oczy. –Spokojnie nie mam zamiaru was przesłuchiwać. Na pewno matka mnie w tym zastąpiła.
-Miałem tą wątpliwą przyjemność doświadczyć tego z jej strony- odpowiedział mu brunet.
Dalszą rozmowę przerwała im Elizabeth.
–Kochanie, chodź zdmuchniesz świeczki.
Jackson wstał a jego żona przewiązała mu oczy. Odwróciła mężczyznę w stronę domu, gdzie Muriel i Bob właśnie ustawiali tort. Albert zauważył, że ciasto to w rzeczywistości była naturalnej wielkości podobizna Jacksona siedzącego nago w fotelu i grającego w telewizyjną grę.
-Nie była byś sobą, gdybyś nie umieściła penisa na torcie, prawda Muriel?- Jackson zapytał z przekąsem.
-Oj kochany nie marudź tylko dmuchaj, dmuchaj, każdy chce na pewno już skosztować tego arcydzieła.
Jubilat pokręcił głową i pochylił się nad ciastem. Wtedy rozległo się głuche tupanie i zza krzaka wyskoczyła Janis. Wypadki rozegrały się bardzo szybko, Ridley i Albert nawet nie zdążyli mrugnąć. Psisko z radosnym ujadaniem pobiegło w stronę ciasta, popchnęło Jacksona, odgryzło jego ciastowej podobiźnie kawałek rodzinnych klejnotów i pognało w głąb ogrodu.
Głowa rodziny podniosła się z ziemi z głuchym jękiem –Co roku to samo? Czemu ten pies zawsze musi zjadać mój tort…
Albert patrzył na to wszystko z szeroko otwartymi ustami. Nagle poczuł klepniecie w ramię -„Keep calm and carry on”- Ridley wyszczerzył się do niego. Brunet roześmiał się, gdy przypomniał sobie o co poprosił kochanka w samochodzie.
-Myślisz że mam się tym nie przejmować- machnął ręką widząc chaos dookoła. Ciasto było zupełnie zniszczone, a rodzina tylko się śmiała.
Ridley znowu się zaśmiał –O ile przetrwałeś to, to przetrwasz wszystko. Chodź pójdziemy zobaczyć, czy Muriel nie zrobiła zapasowego ciasta- blondyn ruszył w stronę stołu. Jego partner jednak nie poszedł za nim. Jeszcze raz popatrzył na bałagan, a potem zwrócił oczy w stronę nieba. –O tak, spokój na pewno mi się przyda w tej rodzinie- odetchnął głęboko i dołączył do kochanka, który właśnie kłócił się z bratem o to, kto ma pierwszy spróbować zapasowego tortu.

3 thoughts on “Zgłoszenie nr 2 – „Keep calm and carry on” czyli Witaj w rodzinie – by Mebahiah

  1. Bebok pisze:

    Okeeeej! Jeśli już chyba nigdy nie powiem że moja rodzina jest dziwna xddd
    Fajny fik choć przyznam szczerze że nie tak wyobrażam sobie krewnych Ridleya. Jakoś mi to nie gra zbytnio niestety.
    Ogólna relacja Albert-Ridley wyszła genialnie! Wgl akcja ze złamaną ręką świetna xd Pierdoły dwie ;d jeszcze ten różowy gips ;P czemu mam wrażenie że Rid zrobił to na złość Albercikowi? ;d
    Dzięki za wybór pary! Mam ich wieczny niedosyt <3

  2. Shivunia pisze:

    Trochę z opóźnieniem komentuje, ale już nadrabiam ;) Fajny długi ficzek. Aż byłam zaskoczona jaki jest objętościowo ;) Do tego ciekawe podejscie do Ridleya i Alberta. Chyba nie są na top 3 jeśli chodzi o pary o których ktoś pisze. doceniam wiec wybór. I to co Katka pisała. Ta roooodzinka. Nie ma co, ciekawa zbieranina. Starszy brat wydał się ciekawy, zresztą jak tam wszyscy. Sąsiedzi muszą mieć z nimi niezły ubaw hahaha
    W ogóle fajnie ze trochę dramy trochę komedii jest w ficzku. Sprzeczki zawsze są ciekawe do czytania ;D
    Dzięki bardzo za fika ;D był interesujacy :D

  3. Katka pisze:

    Hura, kolejny fik! :D Bardzo nas to cieszy! :D No i zaskoczyłaś mnie tym pomysłem, haha, pojawiła się rodzinka Ridleya i to nie byle jaka. Jeden członek rodziny przegania drugiego w swojej abstrakcyjności. Niesamowite. Chyba najbardziej mimo wszystko powalił mnie tatuś i jego opalanie się nago. Szczerze powiedziawszy na miejscu Ridleya, znając Alberta, nie przyznałabym się do takiej rodziny, a co dopiero ją mu pokazała XD Podobało mi się, jak bracia ze sobą rozmawiali. Takie typowe droczenie się rodzeństwa. W ogóle starszy braciszek mnie jakoś bardziej zainteresował XD Początkowa kłótnia Alberta i Rida była słodka, ale jak Albert mu złamał rękę, no mistrzostwo, haha, głupol. I różowy gips. Lepiej być nie mogło. A nie, mógł jeszcze być tęczowy XD
    Dzięki za fika! :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s