Across The Cursed Lands II – 45 – U krawca

To był pierwszy raz, kiedy dwójka wąsatych mężczyzn, mających śledzić niejakiego Jeffersona Blacka i Williama Lockerbie, ujrzała ich wreszcie razem wychodzących na miasto. Zazwyczaj lekarz nie wychylał nosa z domu, a Ranger szlajał się po granicach Chicago, gdzie nie było takiego natężenia zmechanizowanych środków transportu i dziwacznych sklepów. Ale teraz, gdy słońce już zaszło, ta dwójka powoli jechała konno ulicami Chicago, rozmawiała o czymś i nie spieszyła się zanadto.
— Mam nadzieję, że to jakieś wyjście do baru… Może by się udało ich zaskoczyć — mruknął jeden z obserwujących ich mężczyzn, popalając fajkę i podążając z koniem stosowny kawałek dalej.
Jego towarzysz mruknął na zgodę. Był tym mniej rozmownym i starszym.
— Ano, może. Jeśli by się upili, dobrze by było dać znać — dodał swoje, sięgając do kieszeni i z daleka, kątem oka obserwując Blacka i Lockerbie. — Miętówkę? — spytał towarzysza, potrząsając metalowym pudełeczkiem.
— No, daj — ten sięgnął po zaoferowany cukierek i zmrużył oczy, popatrując dalej za ich celami. — Ale powiedz szczerze, Brick… Umiemy strzelać? No umiemy. Trzeba być Azjatą, żeby umieć zapierdolić dwójkę uchlanych facetów?
— Albo laską? — podchwycił Brick i sam wziął cukierek, nim schował pudełko w kieszeń. Śmiać mu się chciało, ale powstrzymywał to, aby nie zwracać na siebie uwagi.
Po chwili skinął na towarzysza, aby ruszyli za ich celami. Lockerbie i Black zmienili bowiem ulicę, wchodząc w jakąś węższą, mniej uczęszczaną. Obserwatorzy odczekali więc chwilę, bo tutaj było łatwiej zostać zauważonym. I akurat w momencie, kiedy wychylili się zza rogu, by ujrzeć, jak daleko ich cele odeszły, zobaczyli, że ci wiążą konie.
— O, zatrzymali się — powiedział młodszy z wąsaczy, po czym ściągnął brwi z brakiem zrozumienia. — Ale po kiego do krawca o tej porze…?
— Po sakwy? — spytał Brick bez przekonania. Nie wiedział, co mogli tu robić, ale nie pamiętał, aby było stąd inne wyjście, więc musieli zaczekać.
— Może…
Nie pozostało im nic innego, jak posiedzieć przy drodze i oczekiwać. Przecież pobyt u krawca nie mógł trwać długo, więc nie byli zbyt negatywnie do tego nastawieni.
Tymczasem William Lockerbie ze wstrzymanym oddechem w płucach zerknął przez ramię na swojego towarzysza i podążył jako pierwszy na zaplecze, gdzie kazał im iść „krawiec”. Ujrzeli tam drzwi wiodące do piwnicy, tuż obok dużej, starej, dwudrzwiowej szafy, którą łatwo można było owe wejście zasłonić.
— Naprawdę nie wiem, czego możemy się tam spodziewać — szepnął do Rangera, nim nacisnął klamkę.
Ten odpowiedział mu wymownym spojrzeniem. On nawet nie wiedział do pewnego czasu o istnieniu takich miejsc, do jakiego w tej chwili wchodzili. Komentarze były więc zbędne, a pozostało im tylko zobaczyć na własne oczy zaplecze krawca.
Z początku wyglądało bardzo, bardzo zwyczajnie. Bar, sala pełna stolików. Dużo dymu papierosowego, ale to ze względu na brak okien. Lampy dawały nikłe światło i byli tu… sami mężczyźni. Na sali nie było ani jednej kobiety. Ani na maleńkiej scenie w rogu, ani próżno było szukać skąpo ubranych kelnerek. Było za to dwóch barmanów, mężczyzna pogrywający na gitarze i jeszcze jeden chodzący między stolikami z tacą pełną kufli, a na obitych drewnem ścianach wisiały szkice przedstawiające męskie ciało. Kilka z nich William błyskawicznie obejrzał, a potem odetchnął cichutko. Zdjął z głowy kapelusz i wskazał Jeffersonowi jeden wolny stolik przy podpierającej sufit belce.
— Może usiądziemy tam? — zasugerował, nie wiedzieć czemu, szeptem. Już zdążył spostrzec, że zostali zlustrowani przez część gości.
Byli tu nowi, a to już skutkowało tym, że wzbudzali ciekawość. Kiedy ruszyli w stronę stolika, okazało się, że ta ciekawość jest naprawdę duża. Jefferson czuł się dziwnie, kiedy prawie każda para oczu w sali go zlustrowała, a za ich plecami narastały szepty. Nawet skrzypnięcie krzesłem było bardziej znaczące niż normalnie.
— No to tak… — rzucił do towarzysza, a po chwili do ich stolika zbliżył się młody chłopak.
— Coś podać dla panów? — spytał, a Jefferson aż nie wierzył, że to jego głos. Brzmiał bardziej jak kelnerki. Taka sama maniera i prawie tak samo wysoki.
— Poprosimy po kuflu piwa — odpowiedział William, który miał wrażenie, że tutaj każdy pije właśnie piwo. Nie chciał przesadzać teraz z whisky.
Odłożył kapelusz na stolik i rozejrzał się dyskretnie. Dwójka mężczyzna po przeciwległej stronie sali obejmowała się, a jeden z klientów siedział na kolanach drugiego. Wydawało mu się to jeszcze bardziej szokujące niż gnijące serca w całkowicie zdrowych ciałach.
— Mhm, już podaję. A może chcecie też coś do tego? — chłopak, który ich obsługiwał, zerkał na nich ciekawsko. — Może jakieś towarzystwo? — zasugerował, zerkając tym razem dłużej na Jeffersona, a ten w tej samej chwili przypomniał sobie wszystkie swoje wątpliwości odnośnie przychodzenia tu.
— Nie, na razie podziękujemy. Wystarczy nam piwo na początek — znowu odpowiedział William, zwracając na siebie uwagę kelnera. Chciał tu być, chciał tego doświadczyć, zobaczyć, ale nie chciał, żeby ktoś się dobierał do jego partnera. Nie po to tu byli. Tak sądził.
— Tak, tylko piwo — przytaknął Jefferson, kiedy kelner spojrzał na niego, by upewnić się, czy jest pewien.
— No, dobrze panowie — zgodził się i ruszył do baru po zamówienie. Nie tylko mówił jak kobieta, ale też chodził jak kobieta.
Ranger nie wytrzymał. Pochylił się szybko nad stolikiem do lekarza.
— Przypomnij mi, co my tu robimy?
Lekarz również delikatnie się pochylił i pozwolił jasnym włosom zasłonić część twarzy. Był skołowany tym, co zastali, ale też w jakiś sposób podekscytowany.
— Chcemy zobaczyć miejsce, w którym tacy jak my nie są prześladowani i gdzie jest takich ludzi więcej — odpowiedział cicho. — Widziałeś tego na kolanach drugiego? — dopytał z ciekawością, jakby wcale nie rzucało się to w oczy.
Ranger skinął głową, ukradkiem zerkając w stronę wspomnianej dwójki. Ten siedzący na krześle był ze dwa razy szerszy w barkach niż jego partner.
— Nie da się nie zauważyć. A ten kelner? — przeżywał. — Tyle dobrze, że nie widzę tu twojego sąsiada ani nikogo znanego.
Z tym William musiał się zgodzić. Byłoby bardzo źle, gdyby spotkali tu kogoś, z kim mieli na co dzień do czynienia. To wyjście było dla nich dużym ryzykiem, ale na razie widzieli same nowe twarze.
Już miał odpowiedzieć, że byłoby strasznie, gdyby spotkali chociażby lokaja jego rodziców, ale naraz jego wzrok przykuł mężczyzna wychodzący właśnie z toalet. Ocierał kącik ust palcami, a na twarzy miał…
— Och, Jeff… Nie wierzę w to… On jest pomalowany — wydusił niemalże bezgłośnie.
— Przebieraniec? — spytał Ranger, nim się odwrócił, aby zobaczyć, o czym mówi towarzysz. I już zrozumiał w pełni zszokowaną minę lekarza.
Jeżeli kelner wydawał się im zachowywać kobieco, to ten mężczyzna był o niebo wyżej w tej kategorii. Jego szczupłe biodra bujały się, jakby zaraz kości miały wyskoczyć mu ze stawów. Ubrania mocno przylegały do ciała, a włosy musiał układać sobie przynajmniej godzinę. Co z tego, że był ładny, niewysoki i uroczy? Był mężczyzną. Urocze powinny być kobiety.
Byli tak pochłonięci obserwacją tego niesamowitego widowiska, że nie zauważyli zbliżającego się kelnera. Ten w końcu postawił przed nimi kufle pełne pienistego piwa, które William powitał z radością. Napił się sporo, zostawiając ślad piany nad górną wargą i starł ją nie chusteczką, jak zazwyczaj, a wierzchem dłoni.
— Czuję się taki męski dzisiaj — oznajmił głucho.
— Z wąsami z piany jeszcze bardziej — odparł Jefferson, jeszcze oglądając się za tym umalowanym jak kobieta mężczyzną. Odwrócił się jednak szybko do swojego towarzysza, kiedy tamten puścił mu oczko.
To był zupełnie inny świat. Mężczyźni nie byli tu tacy jak na ulicach, ale też nie czuło się tu mimo wszystko przesadnego zniewieścienia. Nikt nie krygował się z tym, aby zachowywać się wbrew etykiecie. Byli tu też całkiem męscy mężczyźni, z których przodował muskularny, owłosiony osobnik w znoszonych spodniach, a na górze… jedynie szelkach. Zdecydowanie było tu bardzo specyficznie, a dym papierosowy trochę otumaniał.
— Mają dobre piwo — zauważył William swobodnie, a przynajmniej próbował. Potem z ciekawością zerknął na usta Rangera. — Sądzisz, że dziwne by było, gdybyśmy się tu pocałowali?
Jefferson zerknął w stronę baru. Tam właśnie jeden z klientów obłapiał po talii kelnera, który nie wyglądał, aby miał coś przeciwko, a do tego nikt poza Rangerem nie zwracał na to uwagi.
— Patrząc na okoliczności… chyba nie. Nie wiem, czy my sami nie czulibyśmy się dziwnie? — bardziej spytał, bo nie był pewny, czy lekarz podzieli jego zdanie.
— Cały czas czuję się dziwnie. Choć jesteśmy wśród ludzi bardziej nam podobnych, to czuję się bardziej nieswojo, niż przy mężczyznach lubiących igraszki z kobietami — przyznał lekarz, ale i tak trochę przysunął się do Rangera. Chciał zobaczyć, jak to jest móc podzielić jakąś intymność ze swoim partnerem w obecności innych osób. Tak, jak to robili zwyczajni mężczyźni, pieszczący się z żonami, kochankami, czy dziwkami w gospodach.
Ranger spojrzał na lekarza, który był bliżej i bliżej. Napił się kilka dużych łyków piwa. Faktycznie było dobre.
— Trochę dziwna sytuacja — zawyrokował i znowu spojrzał na blondyna. — Kusi cię to? Prawda? — upewnił się, domyślając się, że wcześniejsze pytanie o pocałunek nie było przypadkowe.
Zobaczył, że William delikatnie oblizał wargę koniuszkiem języka i spojrzał z większym napięciem i niecierpliwością na jego twarz. Nie zachowywał się tak stoicko jak zwykle, więc Jefferson był pewien, że targają nim mocniejsze emocje.
— To coś nowego… I czuję, że serce mocniej mi bije.
Jefferson prychnął pod nosem. Dodawał sobie animuszu takim zachowaniem i udawaniem, że nic się nie dzieje. Tak naprawdę był spięty.
— To żadna nowość — dodał i objął Williama za kark ramieniem. Jeśli mieli to zrobić, to skacząc za jednym zamachem, a nie tak cykorząc. To musiała być szybka decyzja, tak jak ten szybki pocałunek, jakim Ranger obdarzył swojego partnera.
William wciągnął gwałtownie powietrze przez nos i zamknął powiekę. Gorąco momentalnie uderzyło w jego ciało, jakby ktoś wpompował w niego butelkę whisky albo zasilił jego serce kryształem upiorytu. Poczuł się tak dziwnie! Z jednej stronie niepewnie, wręcz przestraszył go ten pocałunek, a z drugiej było to ekscytujące i chciał więcej. Odpowiedział więc na pocałunek, czerpiąc z tej… publicznej bliskości, ile się dało.
Gdy pocałunek trwał i napawał ich specyficznymi emocjami, reszta gości na moment na nich zerknęła. William poczuł to, mimo że nie otworzył oka. Po chwili tylko szepnął w wargi Jeffersona:
— Nikt nas nie powiesił…
— Jeszcze nie — odparł ten gorzkim żartem, ale po tym, jak przestali się całować, wiele spojrzeń znowu się od nich odwróciło. Część nawet wyglądała na spokojniejszych, że na teren baru nie weszli postronni i nieproszeni goście.
William znowu odetchnął, popatrzył po gościach i zapytał:
— Ktoś ci się tu podoba?
Zaskoczony tym pytaniem Ranger uniósł wysoko brwi.
— Nie analizowałem tego. A ty już tak?
— Na tyle, że wciąż wiem, że jesteś nadal najbardziej idealnym mężczyzną.
Ranger od razu się uśmiechnął.
— To może niepotrzebnie tu przychodziliśmy — prychnął kpiąco, ale był przyjemnie połechtany.
— Nie. Cieszę się, że przyszliśmy. To przyjemne i podniecające, że możemy siedzieć tak blisko i nikt nie przymierza się do linczu. Spróbujmy poczuć się swobodnie — odpowiedział William spokojnie, poważnie i starał się zachowywać przy tym naturalnie. A do tego powoli wyciągnął dłoń do nogi Rangera i pogłaskał go palcami po kolanie, w drugą biorąc swój kufel piwa.
Ramię Rangera za to nadal leżało na ramionach lekarza.
— Spróbujmy — zgodził się Jeff, ale znowu rozejrzał się po sali. Naprawdę nikt nie patrzył na nich wilkiem. Jedynie jeden mężczyzna oglądał się na nich jakby… tęsknie. — Ale w sumie masz rację. Tu raczej nikt nas nie będzie szukał. I mówię też o ogonie.
O tym William nie pomyślał. Jak mógł być tak głupi? Było to idealne miejsce oferujące im całkowitą prywatność. Takie, do którego nikt niepowołany nie zajrzy, gdzie będą mogli spokojnie porozmawiać o sprawach TABiW.
— Rzeczywiście… — potwierdził z zaskoczeniem słyszalnym w głosie i napił się piwa. — Jesteśmy tu bezpieczni. Dlatego teraz wreszcie mogę ci powiedzieć, że jestem niemal pewien, że Smith pozbawia życia swoich wcześniejszych współpracowników. Ale nie będę wnikał w szczegóły, bo pewnie cię zanudzą, a ważniejsze jest, że to może oznaczać tylko jedno. Już nie są mu potrzebni. Musieli więc spełnić swoją rolę.
— Ale jak ich zabija? Przecież na ciele nie było żadnych oznak morderstwa — zaciekawił się Jefferson i też ochoczo zmienił temat. Siedział blisko Williama i pił z nim piwo w miejscu częściowo publicznym, jako para. To było niezwykłe samo w sobie, a co dopiero rozmawianie przy tym o sprawach bezpieczeństwa państwowego.
— Jeszcze do tego nie doszliśmy z matką. Oczywiście jest to kwestia zarażenia jakimś wirusem czy czymś, co uderza w ich serca, ale nie wiemy, czy robił to za pomocą zatrucia jedzenia, czy może wstrzyknął im coś niepostrzeżenie. Istotne, że umierali niepostrzeżenie. Nikt oficjalnie nie widział, jak Smith ich mordował — William mówił spokojnie, choć cała sprawa i miejsce, w którym byli, wprawiało go w specyficzny nastrój. A do tego to ramię mężczyzny, jego bliskość i pobrzękiwanie gitary… Naprawdę czuł się dziwnie oderwany od wszystkiego, co ich dotąd otaczało.
— To nam za bardzo nie pomaga w wyśledzeniu tego drania — zaburczał Jefferson z pretensją i napił się piwa. Nie był zły na Williama, był zły na to, że utknęli i na razie nie był w stanie nic zrobić.
— Prowadzimy dalej badania z matką i jeśli będziemy w stanie ocenić, jak przebiegał proces umierania, będziemy mogli lepiej określić, kto jest na jego liście. I wiesz co? Przypomniał mi się ostatnio list gończy za panią Colins. Gdyby tak sporządzić list gończy za Smithem? Wiemy, jak prawdopodobnie wygląda — zasugerował lekarz, szukając kolejnego wyjścia z sytuacji. Musieli jakoś wpaść na jego trop.
— Czy to jednak nie na razie kwestia agencji? I czy mamy na niego jakieś dowody, w które uwierzą, aby wystawić za nim list gończy? — pytał Jefferson, chociaż już sam analizował, czy mają na to szanse. — W sumie, mógłbym jutro się tym zająć.
— Spróbuj. Może uda się przynajmniej wpaść na jego trop. Wiedzielibyśmy, gdzie podążać, bo na razie jedynie możemy zajmować się tymi sercami — podsumował William, napił się piwa, właściwie powoli je kończąc i pocałował Jeffersona delikatnie w szyję.
Ten odruchowo się spiął, ale zauważył, że teraz już nikt nie zwraca na nich uwagi. Jakby pierwszy pocałunek był czymś świadczącym o nich, a teraz byli tylko kolejnymi gośćmi tego przybytku.
— Przeszukam też może kartoteki, może coś będzie. I spróbuję jakoś skontaktować z generałem.
— Dobrze. Tym razem pracujemy dość… osobno. Odzwyczaiłem się od tego — lekarz przyznał z lekkim uśmiechem.
— Wolisz, jak chodzimy wszędzie razem?
William zastanowił się nad tym i przez moment nie wiedział, w jaki sposób zwerbalizować swoje myśli. Chwilę wpatrywał się w resztki piany na dnie ciężkiego kufla z grubego szkła i w końcu powiedział:
— Myślę, że teraz wolałbym pracować razem, kiedy wiem, jakie niebezpieczeństwo nas otacza. Miałbym większą pewność, że nic ci się nie dzieje.
Jego odpowiedź wywołała cichy śmiech u młodszego mężczyzny.
— Myślisz, że byś mnie ochronił?
— Oczywiście. Mógłbym na przykład zadbać o to, by twoje urwane palce szybko wróciły do reszty ciała. Jeśli odpowiednio się to zrobi, mogłyby wciąż odpowiednio działać — William za to jak zwykle wziął pytanie na poważnie i w takim tonie odpowiedział.
— Moje palce wróciłyby na miejsce. Dzięki — Ranger zadrwił z rozbawieniem. — Ale myślę, że wolę samemu zadbać, aby ich nie stracić.
William miał odpowiedzieć, że mimo wszystko jego pomoc mogłaby być niezbędna, ale nie zdążył. Zaciął się błyskawicznie, kiedy z tej samej toalety, z której chwilę temu wyszedł tamten pomalowany mężczyzna, wyłonił się znajomy mu osobnik. Średniego wzrostu elegancki mężczyzna w surducie, ze związanymi na karku pofalowanymi, ciemnymi włosami i uśmieszkiem błądzącym po ustach. I on również zastygł, gdy ujrzał lekarza w objęciach Rangera. Wpierw jakby zawahał się, co zrobić, ale potem podszedł do stolika z zaskoczeniem wypisanym na twarzy. Przystanął przed nim, głęboko wciągnął powietrze i wydusił:
— Willy… Nie spodziewałem się ciebie tutaj… Na Boga, co ci się stało z okiem…?!
Jefferson od razu spojrzał na przybysza, nie normalnie z zaskoczeniem czy zaintrygowaniem, lecz wrogo, bo nie chciał tu ani nikogo widzieć, ani być przez nikogo widzianym. Zabrał rękę z ramion lekarza, który z kolei napiął się i teraz jednak pożałował, że Jefferson się odsunął.
— Straciłem je w pożarze. Twój widok też mnie zaskoczył, Marcel. Dawno się nie widzieliśmy — odpowiedział formalnie i wskazał swojego towarzysza. — Poznaj Jeffersona. Jeff, to Marcel Bogart, dawny… przyjaciel.
Marcel zlustrował Jeffersona, ale nie wydawał się być nim tak zainteresowany jak spora część klientów tego baru. Skłonił się delikatnie, od razu pokazując, że pochodzi z wyższej warstwy społecznej.
— Dobry wieczór. Jesteście tu razem? Wiadomo, o jakim „razem” mówimy — odpowiedział z lekkim uśmieszkiem.
— A na co ci to wygląda? — odparł butnie Jefferson. Nie znał mężczyzny, a jego imię niespecjalnie obiło mu się w głowie. Nie był też przecież przesadnie miłym człowiekiem.
Najwyraźniej zaskoczył tego młodego, ale starszego od niego mężczyznę swoją suchą odpowiedzią. William też trochę mocniej się spiął, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo zrobił to Marcel tuż po tym, jak wyprostował się sztywno i splótł dłonie za plecami.
— Wyglądacie na parę. Choć nie przypuszczałbym, że Willy będzie z takim mężczyzną.
— Ty masz kogoś, Marcel? — wtrącił się do rozmowy lekarz, równocześnie dając gestem znak kelnerowi, aby podał im nowe piwo. Z grzeczności zapytał też Marcela, ale ten pokiwał głową z grzecznym uśmiechem.
— Dziękuję, jestem tu tylko… przejściowo. I nie, wciąż jestem wolnym ptaszkiem.
Jefferson zmierzył go sceptycznym spojrzeniem, opierając się niżej na swoim krześle. Nie wtrącał się, bo nie musiał. Nie wiedział, czego ten elegancik od nich chce, ale po braku entuzjazmu Williama wnioskował, że i ten nie miałby nic przeciwko, jakby już sobie poszedł.
— Rozumiem — odpowiedział lekarz, przyglądając się zmianom w wyglądzie Marcela. Nie było ich wiele, w przeciwieństwie do jego samego. — Ale po twoim tonie podejrzewam, że nie jest to dla ciebie bolesne.
— Oczywiście, że nie! Wolność to cudowny dar, dlatego… gdybyście chcieli tej wolności zakosztować mimo… tego — Marcel zrobił gest dłonią, wskazując ich niejednoznacznie. — Mieszkam tam, gdzie mieszkałem, Willy. Zapraszam. Pan Jefferson również mile widziany.
— Raczej nie skorzystamy. Inne plany — odparł na końcu Ranger z nieszczerym uśmiechem. Zdecydowanie nie robił dobrego pierwszego wrażenia.
— Och tak? Dobrze, nie naciskam. Willy wie, gdzie mnie szukać — odpowiedział Marcel tym razem podobnym uśmiechem, widząc najpewniej, że nie może oczekiwać od Jeffersona śladowej ilości uprzejmości.
— Tak, pamiętam.
— Cudownie, cudownie. Zatem do zobaczenia, mam nadzieję. I… przykro mi z powodu oka, Willy. Naprawdę. Oba były śliczne — zapewnił, choć nie sprawił tym specjalnej przyjemności lekarzowi. — Dobranoc, panowie — dodał, skłonił się i podążył do wyjścia.
Jefferson odburknął tylko „dobranoc” i poczekał minimalną ilość czasu, aby nowo poznany osobnik ich nie słyszał. Po tym zaraz spojrzał na towarzysza.
— Kim on był?
— Pamiętasz, jak opowiadałem ci o byłym kochanku, który nosił mnie, kupował mi kwiaty i czasem traktował jak kobietę? To właśnie był Marcel — zostało mu wyjaśnione i rzeczywiście mógł sobie przypomnieć ten strzępek rozmowy, bo był dość niecodzienną informacją.
— Ach… To ten — odparł z kwaśną miną, a do ich stolika podszedł kelner, aby postawić na nim nowe piwa.
— Widzę, że panowie jednak nie tacy nowi w towarzystwie — zamruczał figlarnie, zapewne widząc, kto przed chwilą z nimi rozmawiał.
— Zupełnie przypadkiem spotkaliśmy znajomego — wyjaśnił William, patrząc na kelnera, ale myśląc o Marcelu. Kontakty z nim miał dawno temu, jeszcze sprzed pożaru w Chicago i mężczyzna wydawał mu się wiele nie zmienić. Nawet ubierał się podobnie, a upływ czasu wydawał się na nim nie odbijać. Dopiero teraz, kiedy patrzył na tego młodziutkiego kelnera ubranego w błękitną, przylegającą do ciała kamizelkę, zdawał sobie sprawę, że Marcel już dochodził trzydziestki.
— To miło. Wasz znajomy jest znany w środowisku. Ciekawa osobowość — dodał jeszcze swoje kelner, po czym puścił oczko Jeffersonowi i wrócił do swojej pracy.
Ranger za to nie wyglądał ani na zachwyconego odpowiedzią lekarza, ani zalotami kelnera.
— Dobra… — potarł nasadę nosa palcami. — Jest dla nas jakimś zagrożeniem w tej chwili, czy to zwyczajny dziwak?
— Spokojnie, nie stanowi żadnego zagrożenia — zapewnił William, na powrót dosuwając się do niego bliżej. Napił się piwa i zerknął na rękę Rangera. — Możesz mnie znowu objąć…?
Jefferson nie wyglądał na przekonanego, ale po chwili także się napił i objął lekarza.
— Nie spodziewałem się, że to taki typ. Jakiś śliski był.
— Bywa ekscentryczny i czyta dużo poezji. Byłem z nim nie do końca dlatego, że mi się podobał, ale był dostępny. Zaspokajał mnie, choć nic więcej — William wrócił myślami do tamtego czasu. Wydawało mu się to tak puste w porównaniu do tego, co miał z Jeffersonem.
— Posuwał cię? — młodszy mężczyzna znowu się skrzywił. Z tematów agencji, znowu przez niezapowiedzianego jegomościa, zeszli na bardziej przyziemne i cielesne sprawy.
— Tak… Jakie to ma znaczenie?
— A ty jego? Czy tylko on ciebie?
— To było bardziej skomplikowane… Raz udało mi się dominować, gdy wypił dużo whisky. Potem nie odzywał się do mnie tydzień, był zły, ale gdy znowu się zeszliśmy, obiecał od czasu do czasu oddawać mi kontrolę. Ale nigdy tego nie lubił… — lekarz przyznał z niezbyt miłymi wspomnieniami co do tego. Miał wiele sporów z Marcelem.
W trakcie ich rozmowy bar opuściła trójka gości, więc nie zostało ich tu wielu, ale nikt nie podsłuchiwał i każdy zajęty był swoim towarzystwem. Ewentualnie flirtem z kelnerem.
Jefferson prychnął pod nosem. Miał ambiwalentne uczucia do tego, co usłyszał. Napił się dużego łyka piwa.
— Że też ja nie próbowałem tej metody. Może częściej byś się dawał — rzucił od niechcenia, ale trochę z pretensją. Nie był tylko pewien, czy do Williama, że zawsze był pierwszy, aby mu włożyć, czy do siebie, że koniec końców ulegał.
— Mamy cudowny seks, Jeff… — odpowiedział William, odwrócił do siebie jego twarz, kładąc mu delikatnie dłoń na policzku i pocałował go. Niby subtelnie, ale jego język przesunął się pomiędzy wargami Rangera i powoli naparł dalej, aby zamienić tę pieszczotę w coś głębszego. Naprawdę chciał, aby ten wieczór był przyjemny, a kosztowanie ust Jeffersona w miejscu, w którym nikt nie miał ich ochoty za to powiesić, było wystarczająco miłe. Zresztą… całowanie się z tym mężczyzną zawsze było jak utonięcie w buchach pary maszyn, czy wycieczka po cmentarzu. Albo, jakby to bardziej określił Jefferson, oglądanie zachodu słońca.

*

Brick i Dwaight wciąż siedzieli w miejscu i nie rozumieli, co można tak długo robić u krawca. Na wszystkie świętości, Lockerbie i Black weszli tam przed ósmą, a już powoli zbliżała się północ! Samo w sobie zaskakujące było, że krawiec miał tak długo otwarty przybytek. Brick przysnął już raz, a Dwaight dwa razy. Wciąż byli pewni, że ich cele są u krawca, bo przecież konie nie zmieniły swojego miejsca. Nadal stały spokojnie przy belce, a ich właściciele nie wychodzili. To zaczynało się robić nie tyle nudne, co niepokojące.
— Wiesz co, Brick? Tak być nie może no, nie może. Nie siedzą tam chyba po to, by poczekać na uszycie surduta! — wybuchnął Dwaight, gdy już nawet skończył mu się tytoń do fajki i nie mógł zabijać czasu paleniem. — Wchodzimy!
— Wchodzimy? — jego towarzysz na poły przytaknął, na poły spytał, czy to jest dobry pomysł. Ale jego wątpliwości rozwiał pewien jegomość, który wyszedł od krawca, a którego wchodzenia nawet nie widzieli. Musiał tam być jeszcze dłużej niż ich cele. — Wchodzimy. Tam coś jest, jakaś gorzelnia, czy co.
Byli pewni, że coś było na rzeczy. A jeśli odkryją co i okaże się to czymś istotnym, to może ten przeklęty Azjata i jego towarzyszka szepną dobre słowo Smithowi…
Zostawili swoje konie za rogiem i luźno, jakby nigdy nic, weszli do krawca. I u krawca, jak to u krawca. Regały pełne kapeluszy, wiszące materiały, na biurku walające się taśmy do pomiaru, narzędzia i wszystko, co na pierwszy rzut oka nie wzbudzało żadnego niepokoju.
Dwaight zerknął na swojego towarzysza, a potem powoli, rozbujanym krokiem podszedł do starszego jegomościa za masywnym biurkiem, najpewniej krawca.
— Bry wieczór…
— Dobry wieczór. W czym mogę służyć? — spytał mężczyzna ze spokojem w głosie. Miał wysoki, ciasno zapięty kołnierzyk i dopasowaną kamizelkę.
Dwaight znowu zerknął na Bricka i zahaczył nonszalancko kciuki o pasek spodni.
— Przyszliśmy do… wiesz pan — wyjaśnił, a raczej nie wyjaśnił, a miał nadzieję, że krawiec się domyśli. W końcu nie mieli pojęcia, jak może nazywać się miejsce, do którego weszły ich cele. — Chyba jeszcze… tego… otwarte, nie? — kluczył z nadzieją.
Krawiec popatrzył to na jednego gościa, to na drugiego.
— Nie mają panowie co się denerwować. Jesteśmy tu wśród swoich — uśmiechnął się do nich uprzejmie i skinął na nich głową. — Pierwszy raz? — spytał uprzejmie, cofając się od kontuaru i idąc na zaplecze.
Obaj wąsaci mężczyźni unieśli brwi i popatrzyli na siebie. Coś się święciło! I to coś większego, bo kto by ich pytał w taki sposób, gdyby mieli wejść do zwykłej gorzelni? Czuli, że wkroczyli na coś większego i byli podekscytowani, że będą mieli czym się pochwalić temu przeklętemu Azjacie.
— Ta… taaa, pierwszy, ale no… ogarniamy temat — odmruknął Dwaight, pozorując swobodny ton i idąc za krawcem jako pierwszy.
— Och, byli panowie gdzieś indziej w takim miejscu? — krawiec spytał, otwierając drzwi i zapraszając ich do środka. Tam, poza zapasami tkaniny, znajdowały się kolejne drzwi, które były zasłonięte szafką, otwierającą się równie łatwo jak drzwi.
— Ta… Powiedzmy, że w podobnym, nie, Brick? — Dwaight zerknął na swojego towarzysza, ale głównie popatrywał po miejscu, w którym byli. Czyli na razie w jakimś przedsionku z tajnym przejściem. Tajnym. Niech ich coś trzaśnie, jak to nie było coś dużego! — Ale jeszcze nie w Chicago, więc… No, w takich miejscach można wiele zyskać, nie? — paplał przy okazji dalej, mając nadzieję, że takie gadanie o niczym jakoś się ima tego, dokąd zmierzali.
Krawiec jeszcze obejrzał się na nich i dosłownie zmierzył ich od góry do dołu. Gdyby była to w tej chwili część jego pracy, nie byłoby w tym nic dziwnego, jednak właśnie prowadził ich do ukrytego pomieszczenia, a nie wykonywał swój zawód.
— Więc panowie z tych otwartych? A przez chwilę myślałem, że razem. Chyba że razem poszukują panowie… przygody — zaśmiał się i otworzył przed nimi na oścież miejsce. — Zapraszam i życzę miłej zabawy.
Wąsacze popatrzyli po sobie z napięciem, potem skinęli głowami w kapeluszach krawcowi i powoli zeszli schodkami w dół. Nie, nie do samego końca. Na ostatnim stopniu stanęli jak wryci, a dźwięk zatrzaskiwanych na górze drzwi brzmiał w tym momencie dla nich jak trzask wieka trumny.
Synchronicznie rozchylili wargi i zostali z takimi minami przez dobre kilkadziesiąt sekund, ogarniając spojrzeniem przybytek i jego gości. Umalowanego niczym kobieta mężczyznę delikatnie bujającego się w tańcu przed gitarzystą. Dwójkę ściskających się mężczyzn w rogu, z których jeden wydawał się mieć ochotę zjeść język drugiego. Kelnera rozbujanym krokiem ruszającego z kuflami do innych klientów. Oraz Jeffersona Blacka i Williama Lockerbie, z rozbawieniem rozmawiających o czymś zapewne nad kolejną kolejką piwa, bo rumieńce mieli obaj bardzo imponujące. A do tego dłoń jednego spoczywała wysoko na udzie drugiego.
— Ja… cię… pitolę… Co to… eee… — Dwaight zaczął mamrotać, a jego oczy wyglądały jak gotowe do wypadnięcia z oczodołów.
Jego towarzysz postanowił nie tracić czasu na jego szok i pociągnął go za ramię do pierwszego wolnego stolika przy ścianie, jaki zobaczył. Wyjść teraz nie mogli, bo by się zdradzili, że nie są tam, gdzie by chcieli być, tak samo stojąc i robiąc miny na schodach.
Dwaight był jak kukiełka. Szedł za nim i usiadł, jak został pociągnięty. Gapił się jednak dalej w szoku, jakby trafił do zupełnie innego świata niż ten, który znajdował się za drzwiami.
— Dzień dobry, panowie — z oszołomienia wyrwał ich wysoki, wręcz śpiewny głos kelnera, który przywędrował do nich od obsłużonego stoliczka. — Mamy dzisiaj tylu nowych gości! Czego sobie panowie życzą, hmmm?
— Piwo — odparł od razu Brick. — Dwa razy. Na rozluźnienie — dodał jeszcze, zgodnie z prawdą. Musieli zachowywać się w miarę normalnie. Być profesjonalistami… Ale jak niby mieli to czynić, będąc w takim grzesznym miejscu?
Wiedzieli też, że skoro przyszli tu razem, to musieli być brani za parę. Uświadomili sobie to w tej samej sekundzie, bo równocześnie na siebie spojrzeli i zaczerwienili się jak pomidory. Kelner za to odczytał to zupełnie inaczej i uśmiechnął się szerzej.
— Oooch, słodkości, początki! — zamruczał, dodał, że już podaje i zawinął płynnym krokiem w stronę baru.
Obaj mężczyźni przy stoliku spojrzeli po sobie, a starszy odchrząknął znacząco.
— Nawet nie wiedziałem, że takie miejsca istnieją. Po kiego czorta tu leźliśmy?
— No… By zobaczyć, co ta dwójka robi tu tyle godzin. Teraz już wiemy… — odburknął Dwaight, zerkając na Rangera i lekarza. Przy okazji zamiast ściągnąć kapelusz, nasunął go bardziej na czoło i zjechał na krześle niżej, aby skryć się choć trochę za blatem niskiego, okrągłego stoliczka.
Ich cele, które mieli obserwować, robiły zdecydowanie to, czego oglądać nie chcieli. Bo oto lekarz delikatnie wychylił się do swojego towarzysza i bez pardonu pocałował go w usta, uśmiechając się przy tym. Z ruchu jego warg, gdy coś powiedział, Dwaight odczytał słowa takie jak „smakujesz” i „piwo”. I coś pomiędzy, ale tego już nie wychwycił. Był jednak pewien, że ta dwójka flirtuje.
— Nie wiem, czy chciałem to wiedzieć. W końcu by wyszli — odmruknął jego towarzysz, a do stolika znowu wrócił kelner. Postawił przed nimi po kuflu piwa.
— Mam nadzieję, że będzie smakować. Jakbym był potrzebny… to wiecie, gdzie mnie szukać — zamruczał kusząco to do jednego, to do drugiego i znowu wrócił do swoich zajęć.
— Gorąco mi — wydusił Dwaight, rozwiązując supełek od rzemyka w swojej wytartej koszuli od góry. Zdecydowanie było mu duszno i nie miało z tym nic wspólnego to, że było tu tyle dymu. — To… czekaj no, nie możemy teraz wyjść! Poobserwujmy trochę ich… Może się czego dowiemy…
— Tego chociażby, że ze sobą… że… są tacy — burknął Brick i zamoczył górną wargę, a także wąsy w pianie piwa. — Powinno się to ustrzelić jak czarnych — wyszeptał, aby tylko towarzysz słyszał.
— Powinno… Ale to niedługo. Ranger pójdzie pierwszy na odstrzał. A jak już będzie kaput… — Dwaight mówił powoli, również sięgając po drugie piwo i koncentrując wzrok na obejmujących się i całujących mężczyznach. — Przyjdzie czas na drugiego. Ta ziemia będzie lżejsza o dwa robaki…

17 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 45 – U krawca

  1. TigramIngrow pisze:

    Spadłam z krzesła że śmiechu: „Napił się sporo, zostawiając ślad piany nad górną wargą i starł ją nie chusteczką, jak zazwyczaj, a wierzchem dłoni.
    — Czuję się taki męski dzisiaj — oznajmił głucho.
    — Z wąsami z piany jeszcze bardziej — odparł Jefferson”
    Nooo… Hahahahaha, hahahaha, padłam, leżę i nie wstaję!

  2. Katka pisze:

    Basia, jednak się zdecydowali i coś mi mówi, że mimo większego obeznania Willa, też też był dość skrępowany w takim miejscu. Ale Jeff chyba jednak bardziej, nie jest przyzwyczajony do tego, że wokół jest tylu gejów XD Ale w Willa spojrzeniu chyba bardziej irytuje go, że robi to tak bezustannie i ostentacyjnie. No a ogona… niestety nie widzieli, ale coś tam podejrzewają, wiec może to im pomoże ;) Pozdrowionka :)

  3. Basia pisze:

    Witam,
    no więc jednak postanowili odwiedzić to miejsce, Jeff pewnie źle się czuł jak tylu facetów go lustrowało od stóp do głowy, przecież często się wkurzał jak to William robił, no, no i nawet ich ogon tam zawitał, czy oni nie widzieli tego ogona…
    Dużo weny życzę
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Katka pisze:

    Camille, nooo, tym bardziej, że jak ludzie, którzy nie są właściwie gejami, nie mają zielonego pojęcia o tym ich światku w tamtych czasach, więc… no, byli w dużym szoku XD ale przynajmniej nauczyli się czegoś o życiu XD

  5. Camille de Raste pisze:

    O matko xddd Szczam z tych dwoch bambarył xdd Weszli do ‚klubu gejowskiego’ i zarumienili się jak panienki xDD Buahahhahahah XD Nie no, ten rozdział mi się niesamowicie podobał xd Już wtedy transiki widzę były na czasie, to dopiero musiał być szok w tamtych czasach xd

  6. Katka pisze:

    Bebok, oj tak, Jeff i Will trochę nieświadomie nie oszczędzają swojego ogona i serwują im tęczowe niespodzianki. Ale to było bardzo lajtowe w porównaniu do wcześniejszej niespodzianki, więc pan B i D nie mają co narzekać. Ale jak widzisz, układa się Jeffowi i Willowi uczuciowo, ale z kolei ich życie i misja są zagrożone… Jak się skończy… właściwie już niedługo się dowiecie, a przynajmniej jak się skończy ta część ;)

  7. Bebok pisze:

    Hahah xd Padłam. Rozbrajają mnie te tęczowe niespodzianki dla śledzącej ekipy. Najpierw ostre seksy teraz gejowy klub no no no ;P Dobrze że 2 razy na tę samą parę nie trafiło bo chyba by tego nerwowo nie wytrzymali.
    Jeff i Will się robią coraz bardziej cukrowi. Wgl… zazdrosny Jeff to iście rozkoszny widok ;D Mam do niech słabość cholera i w zasadzie cieszy mnie że im się układa. Mam nadzieję że ten ogon nie przysporzy im zbyt wielu problemów i w końcu sobie z tym poradzą. Ciekawa jestem rozwoju sytuacji, kompletnie nie wiem jak to opowiadanie może się zakończyć.

  8. Katka pisze:

    Saki, taaak, cały rozdział był napisany tak, że w sumie wydawał się lekki, a tu na koniec łup i pełne grozy słowa tych dwóch typów. I ooooczywiście, że musieli wejść! Ja bym się na ich miejscu też nie opanowała. W końcu co tyle czasu można robić u krawca. I to o tej porze. Ale masz rację, to miejsce nie jest tak bezpieczne, skoro dwójka opryszków bez problemu się tam dostaje. Gdyby ktoś dał cynk służbom miasta, odwiedzający ten przybytek mieliby nie lada problem… I słodki kelner mógłby wylądować za kratkami lub na stryczku. Hehehehe, a cod o ostatniego akapitu – aż widzę to porozumiewawcze spojrzenie naszej tajemniczej parki, jakby pan D i B opowiedzieli, co widzieli XD

  9. saki2709 pisze:

    Przez chwilę się zastanawiałam, po co Will i Jeff od do krawca. Jeśli mieliby gdzieś iść, to już prędzej do tego baru, o którym Will wspominał. I wtedy mnie oświeciło, że przecież przed takim klubem nie będzie żadnego szyldu sugerującego, że to bar dla gejów i to może być przykrywka.
    Przez cały rozdział się uśmiechałam, ale końcówka zdecydowanie zdjęła uśmiech z mojej twarzy. Nie lubię takich ludzi, jak Brick i Dwaigh. Tak btw, po prostu czułam, że w końcu tak wejdą. Przecież nasuwa się samo z siebie pytanie: ile można siedzieć u krawca? I tylko kwestią czasu było, żeby nawet z czystej ciekawości, a niekoniecznie poczucia obowiązku, sprawdzili, co tak długo tam robią. Ich reakcja była genialna XD Choć chyba nie przeżyli takiego wstrząsu jak Hideki, czy jak tam miał ten azjata, i tajemnicza kobieta, której tożsamość mam nadzieję niedługo poznać, podczas ich podłóżkowych doświadczeń XD Ale serio pan B i pan D popsuli mi humor tą końcówką. Ale nie zmienia to faktu, że rozdział bardzo mi się podobał. A najbardziej te czułostki między Willem i Jeffem. Uwielbiam ten ich nowy status. I zazdrosnego Rangera też uwielbiam. Ale to miejsce chyba nie jest tak bezpieczne, jak się im wydaje.
    Marcel jest dziwny. Nie polubiłam go i mam nadzieję, że więcej o nim nie poczytam. Chłopcy, mam wrażenie, że też nie chcą go więcej oglądać.
    I jeszcze jedno. Uwielbiam tego barmana. Tekst „Oooch, słodkości, początki!!” w odniesieniu do dwójki śledzących Willa i Jeffa mężczyzn totalnie mnie rozwalił.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Aż bym chciała zobaczyć jak ta dwójka przychodzi do swoich przełożonych, czy jak ich tam nazwać, nie mam pojęcia, ale chyba wyżej od nich stoją, z nowiną, że Ranger i lekarz ten tego i co to oni musieli przeżyć w barze pełnym takich mężczyzn, całujących i obmacujących się, a oni na to, że mieli dużo gorzej, a to, że Will i Jeff są homo, to dla nich żadna nowina i żeby dowiedzieli się czegoś, czego jeszcze nie wiedzą XD
    Pozdrawiam cieplutko i życzę weny :)

  10. Katka pisze:

    Liv, domyślam się, że urwało komentarz, bo użyłaś znaków < i przeciwny. One sprawiają, że tekst pomiędzy nimi znika. Lepiej unikać. Czuję, że tutaj chyba najbardziej ucieszyły was dwie rzeczy – kelner i zazdrość Jeffa XD kelnerek faktycznie uroczy, a Jeffowi pewnie niewiele by trzeba było pretekstów, żeby walnąć Marcela. Niestety albo stety ten nie dał mu do tego sposobności.
    W ogóle oba jaśniutkie oczęta Willusia na pewno były urocze i masz rację, William rzadko doświadcza komplementów, chociaż ten nie był mu aż tak miły, pewnie z racji tego, ze już tych oczek dwóch nie ma :( A czy wolimy negatywne czy pozytywne emocje? Sama nie wiem, nas cieszy ogólnie, że bohaterowie wywołują duże emocje, bo to znaczy, ze nie są płascy czy obojętni i bez charakteru, więc miło czytać czasem nawet taki pojazd po postaci XD No i super, że jestes na bieżąco! :D
    Pozdrawiamy!

  11. Liv pisze:

    Ucięło mi komentarz, nie ładnie :(
    Zaraz… co zginęło?
    Dalej:
    Wyobrażam sobie, jak wielkie wrażenie musiały robić obydwa cudne, niebieskie oczęta ^^ Miło, że ktoś w końcu skomplementował Willa, bo to przecież ujma tak bardzo dla męskości Jeffersona… Prostak.
    Brick i Dwaight zrobili mi rozdział xd. Słodkie, trochę jak taki pierwszy kontakt z TYMI sprawami. Ale… co, jak, GDZIE? ^///^
    „Powinno się to ustrzelić jak czarnych” – muszę komentować? Uroczy chłopcy. ^^
    No, w sumie to nic więcej do napisania nie mam. Swoją drogą musicie mieć niezły ubaw widząc, jak skrajne emocje wywołują niektóre postacie. Wolicie te negatywne czy pozytywne? ;3
    A ja już prawie dogoniłam No Exit, więc czekam na nowe wszystko. A jak tylko dostanę w swoje pazerne rąsie bonus halloweenowy! :>
    Buzibuzi, buźka.

  12. Liv pisze:

    Ojej, no… lecę :)
    Chyba nie tylko mnie zauroczył kelner, więc idzie na pierwszy ogień. Taki genialny, słodziutki, mmm… *delektuje się* ^o^
    A jeśli chodzi o Willa i Jeffa – Ranger był zazdrosny, normalnie mogę umierać. Wprawdzie, niestety, nie przyłożył Marcelowi, ale raczej nie zapałali do siebie sympatią. No wreszcie ktoś otwarcie uznaje lekarza za atrakcyjnego! Bo Jeff tylko jęczy i prycha, ciekawe co by zrobił, gdyby Willa zabrakło, kozak jeden. No, wyłożyłam swoją niechęć do Jeffa po raz kolejny, teraz Marcel.
    Polubiłam go za tekst „Oba były śliczne”. Po prostu no, awwww >.:}
    Buzibuzi.

  13. Katka pisze:

    Kaczuch_A, cóż ja mogę powiedzieć o uszkodzeniach naszych kochanych panów… Totalnie bez szwanku w tej przygodzie nie mogą wyjść, bo niestety za dużo ludzi (i zmutowanych stworów) czyha na ich życie, by było to możliwe. Ale jak i kiedy… to już musisz sama doczytać XD
    „I naprawdę czasem dochodzę do wniosku, że ludzie to przerażający gatunek” – zgadzam się. Nic dodać, nic ująć.
    A co do Marcela, to chyba nie nadinterpretujesz, nie spłynęło to bynajmniej po Jeffersonie. W końcu nie zachował się specjalnie miło wobec dawnego „przyjaciela” Williama.
    „Szkoda, że nie ma najmniejszych szans, by ich ogon się odurzył piwem i zaczęli się do siebie przystawiać xD” – niestety nie ma XD Chyba że kelner dolałby im homo-afrodyzjak, ale to wątpliwe XD

    Illita, czyli jednak imię w dużej mierze ma znaczenie XD W ogóle często mam wrażenie, że osoby o tym samym imieniu są pod pewnymi względami bardzo podobne. A i osobiście uważam, że czasem właśnie ci najbardziej pozbawieni intelektu są najbardziej niebezpieczni. Bo ci inteligentni działają logicznie i można coś przewidzieć, a taki jeden kretyn z drugim może zrobić coś bardzo nieprzewidywalnego. Hehe, a czułostek im więcej tym lepiej, przynajmniej William nie narzeka XD

    Laurel, hehe, to dobrze, ze to napięcie jest wyczuwalne i stopniowane. Bo rzeczywiście robi się coraz goręcej. Jeff potrafi być zazdrosny, ale zwyczajnie do tej pory nie miał do tego okazji, bo William się gapi tylko na niego, a i wielu facetów zainteresowanych nie mijają. Niestety. Ale może jeszcze kiedyś będzie mógł trochę pofuczeć XD

    Neko-chan, scen zazdrości Jeffa może będzie więcej, zobaczymy, jak się potoczą losy chłopaków. Bo na razie mają dużo rzeczy na głowie i pewnie do „krawca” szybko nie zawiną. Ale, jeszcze wiele przed nami. A i współczuję rodziców (w kwestii tolerancji oczywiście) i klasy. To smutne, że ludzie tak myślą, tym bardziej nie mając ku temu racjonalnych powodów. Kim jest kobieta, którą podejrzewacie o bycie Jess, w końcu się okaże, to zapewniam! Ale póki co czytanie takich domysłów mi się podoba XD „Pewnie niedługo coś się złego stanie ;-;” – dum dum duuuum… heheheh kto wie XD

  14. Neko-chan pisze:

    Ten kelner mnie rozwalił xD „Oooch, słodkości, początki!”. Właśnie piszę na leżąco, bo po tym tekście padłam i nie mogę wstać xD
    Ten Marcel… hm, sama nie wiem. Wydaje mi się być trochę taki podejrzany. A ta scena z jego pojawianiem się i zazdrość Jeffa… ach, urocza! :D Więcej takiego Jeffa. W ogóle, jakie to było urocze… te czułostki w miejscu publicznym, w którym nikt ich za to nie zlinczuje…
    „Powinno się to ustrzelić jak czarnych” przeraża i smuci mnie fakt, że niektórzy ludzie (między innymi moi rodzice oraz większość mojej klasy) wciąż tacy są… to okropne.
    Kiedy Dwaight i Brick weszli do środka… buahaha xD Ale później mi już tak do śmiechu nie było, po tym ostanim fragmencie. Naprawdę się o nich martwię… w sensie, o Willa i Jeffa. A pana D i B w ogóle. I wciąż ciekawi mnie kim jest ta kobieta i myślę, tak jak większośc chyba, że to Jess. Rany, nie wytrzymam zaraz, chcę kolejny rozdział :o Pocieszam się tym, że niedługo będzie bonus, ponieważ No Exit jakoś nie moge znieść i nie czytam.
    Nie mogę się nacieszyć tym, że oni są już tak oficjalnie parą ^^ Bardzo mnie to cieszy, ale równocześnie zaczynam się o nich coraz bardziej bać… Pewnie niedługo coś się złego stanie ;-;
    Pozdrawiam~!

  15. Laurel pisze:

    Z rozdziału na rozdział coraz bardziej się boję, że spotka ich jakieś wielkie nieszczęście. Aż strach brać się za kolejne rozdziały

    Scena w barze super. Fajnie, że Jeff także potrafi być zazdrosny o Willa. Widać, że ich związek się rozwija. Szkoda, że nie mogą iść przez ulicę trzymając się za ręce. :-(

  16. Illita pisze:

    Aaaahaha, Jeeff jest zazdrosny : DDD A ten Marcel to się serio jakiś taki… śliski wydaje. Nie lubię typa. Swoją drogą znam jednego Marcela i jest zaskakująco… podobny XD Kurczę, też boję się o Willa i Jeffa D: Ci dwaj mogą być niebezpieczni… nie są szczególnie bystrzy raczej, ale mogą im zrobić krzywdę… Stres stres stres D: Przynajmniej mieli fajną zabawę (hehe) jak stwierdzili że nic się nie stanie jak wejdą za nimi XD
    „Powinno się to ustrzelić jak czarnych” eh, najsmutniejsze jest to że niektórzy ciągle tak to widzą :/ Ale za to, to takie słodkie jak Will i Jeff okazują sobie czułość <3 Oni są tacy uroczy! Rozpłynęłam się ;_;
    „Oooch, słodkości, początki!” jebłam, leżę i nie wstaję, i chyba już się nie podniosę XD Najlepsze z najlepszych XD

  17. kaczuch_A pisze:

    Obawiam się o zdrowie i życie Williama i Jeffa~! tak bardzo, i wiem że parę rozdziałów temu chciałam by Ranger został ranny, by doktorek mógł go podreperować, ale teraz mam przeczucie, że jak ktoś ich uszkodzi to tak bardzo poważnie i to nie jest fajne.

    Ale, ale Jeff umie strzelać i powinien sobie poradzić, ale to nie zmienia faktu że się o nich martwię~! No cholera no~!

    „Powinno się to ustrzelić jak czarnych” to bardzo, a bardzo pasuje do nietolerancji jaka panowała i jaka panuje nadal w niektórych krajach. I naprawdę czasem dochodzę do wniosku, że ludzie to przerażający gatunek.

    A co do reszty rozdziału, to miód na moje serduszko. To takie piękne jak okazywali sobie czułostki w miejscu publicznym. I czy tylko ja nad interpretuje, czy Jeff wydawał się troszeczkę zazdrosny jak na horyzoncie pojawił się Marcel? xD Matko…uwielbiam ich razem to chyba wszystko wyjaśnia.

    Szkoda, że nie ma najmniejszych szans, by ich ogon się odurzył piwem i zaczęli się do siebie przystawiać xD

    „Oooch, słodkości, początki!” – uwielbiam kelnera~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s