Across The Cursed Lands II – 44 – Obowiązek sumienia

Matka wiele mu pomagała i doceniał to bardzo. Ale im więcej wiedział, tym bardziej miał wrażenie, że nie powinien jej w to mieszać.
Do laboratorium w domu Jefferson przychodził rzadko, dlatego William nie był rozpraszany widokiem jego seksownych muskułów, zapachem i spojrzeniem czarnych oczu. Mógł całkowicie oddać się rozkładaniu serc na czynniki pierwsze. Bardzo się cieszył, że ma aż trzy sztuki, bo mógł na nich pracować bez obaw, że uszkodzi swój obiekt. Matce oddał jeden, bo zajmowała się bardziej sprawdzaniem, jak różne zabiegi wpływają na organ. On za to sprawdzał ich stan chemiczny, szukał zmian i starał się dowiedzieć, co sprawiło, że wyglądały w taki, a nie inny, sposób. I z każdym dniem coraz bardziej dochodził do sedna sprawy.
Odwrócił wzrok od białego stolika z wykrojonymi, położonymi na szklanych pojemniczkach cząstkami jednego z serc, aby spojrzeć przez okno. Ogród wyglądał dzisiaj szaro i nieładnie. Jesień powoli się zbliżała, a on zapewne czułby chłodny wiatr, gdyby nie szczelnie zamknięte okna.
Uniósł do ust szklankę z grubego szkła, częściowo zapełnioną złotą whisky i napił się mały łyczek.
— Wiesz, mamo… że nawet jeśli to, co podejrzewamy, okaże się prawdą, to wciąż nie wiem, czy to przypadek, zaraza, czy rzeczywiście ci ludzie trują się nawzajem — rzucił w końcu z zamyśleniem, ale też nieprzyjemnym uczuciem bezradności.
Marion, która mieszała barwnik, aby zbadać tkankę pod mikroskopem i siedziała niedaleko niego, na wysokim taborecie, skrzywiła się.
— Jeśli to pojedyncze przypadki, to ciężko w to mieszać zarazę. Zwróć uwagę na to, że poza tymi zmianami nie ma nic innego. A oni wyglądali zdrowo — podzieliła się swoim osądem.
— Dlatego też podejrzewam, że było to naumyślne zarażenie — William westchnął, znowu się napił i przymknął oko. — Będziemy musieli zrobić jakieś podsumowanie. Musimy też odkryć, w jaki sposób można tak kogoś otruć.
— Pewnie iniekcja albo wziewnie. Albo w pożywieniu. Nie znam tej substancji. Aby ją wyodrębnić i zbadać, potrzeba nam więcej czasu.
William pokiwał głową i odłożył szklankę na wysoki parapet. Musieli działać, bo to, czego na razie się dowiedzieli, nie wyglądało dobrze.
— Ciekawi mnie, ilu ludzi zostało tak zarażonych. Mamy tylko trzy serca. Ale myślę, że to dobry ślad. Smith zostawia po sobie zwłoki niczym okruszki chleba. To nas może do niego doprowadzić — mówił bardziej do siebie niż do matki.
Jeśli to prawda, to zwłoki rzeczywiście byłyby genialnym tropem. Tylko jakim cudem mieliby go odnaleźć? Nie mieli władzy, aby kazać robić sekcję każdej osoby umierającej na… nawet nie wiedział co, więc na razie w głowie nazywał to atakiem serca.
Serca, które badał, były zniszczone. Mięśnie, które pompowały krew, nie wytrzymywały, rozpadały się niczym zżerany przez korozję metal. Traciły siłę, rozrastały się, a w końcu przestawały bić. Nie dawały rady pompować krwi tak, jak były do tego stworzone. Śmierć więc musiała być nieprzyjemna, ale ofiary nie wiedziały, że konają. Aż do momentu, kiedy nie było za późno. Mogły nawet nie wiedzieć, kto je zabija, co wydawało się Williamowi jeszcze straszniejsze, a jednocześnie trudniejsze do wyśledzenia.
— Wiesz co, mamo? Gdy dzisiaj z nimi skończymy, od jutra skupmy się na tym, jak mógł wyglądać proces umierania. Myślę, że łatwiej będzie rozpoznać osobę chorującą niż robić sekcję już nieżyjących — zdecydował w końcu, bo to wydawało mu się logiczne. W taki sposób, gdy wrócą na ślad Smitha, będą wiedzieli, czego wypatrywać.
Marion uniosła wzrok znad mikroskopu, gdzie oglądała zniszczoną tkankę serca.
— Możemy spróbować. Myślisz, że uda nam się zarazić tym myszy?
— Musielibyśmy najpierw wyodrębnić tę substancję, a mówisz, że nie można tego na razie zrobić — zauważył rezolutnie lekarz, przysiadając ponownie przy stoliku.
Kobieta skrzywiła się z brakiem zadowolenia, po czym nagle się uśmiechnęła szerzej.
— Ale możemy spróbować wywołać podobne skutki! — stwierdziła, zadowolona ze swojego pomysłu.
Błękitne oko jej syna zmrużyło się delikatnie, a ten popatrzył na cząstki zniszczonego narządu na szklanych płytkach. Jak zwykle, gdy otwierał czyjeś ciało podczas sekcji lub operacji, miał wrażenie, że ono do niego mówi. Że każdy narząd opowiada mu swoją historię, przekazuje, gdzie go naprawić, co zmienić, jak go ulepszyć, jak uleczyć. Organy mówiły mu o swoim wieku, stanie, kondycji i stylu życia pacjenta. A te serca wydawały się milczeć. Wszystko, czego się o nich dowiadywał, musiał wręcz na siłę z nich wydobywać.
— Możemy spróbować. Obawiam się tylko, że będzie to długi proces — odpowiedział w końcu, znowu patrząc na matkę ponad narzędziami i przyrządami chirurgicznymi.
— Spieszy się wam gdzieś? — Marion oparła głowę o dłoń, obserwując syna czule. Była z niego dumna, to było pewne. I bardzo do niego podobna pod względem swojej medycznej obsesji. — Możemy wspólnie zabić kilka myszy. Zobaczymy, co nam to powie.
— Oczywiście. Możemy zacząć od jutra — przyznał William, ale na pierwsze pytanie nie odpowiedział. Nie sądził, żeby mieli dużo czasu, ale co innego mogli teraz robić? W końcu stracili trop Smitha, a na ten moment mogli tylko sprawdzić, jak i dlaczego na jego drodze umierają ludzie. To była ich jedyna szansa, aby znowu odnaleźć uciekającego im mężczyznę.
— No, to wspaniale. Takie eksperymenty zawsze są pasjonujące — Marion uśmiechnęła się. — A… z innych rzeczy, mniej medycznych: jak się miewa twój towarzysz? W ogóle, dogadujesz się z kimś takim — podkreśliła to delikatnie — jak on?
To pytanie zaskoczyło Williama, a może wytrąciło go ze świata aort, trucizn, zgnilizny, barwników, zwłok i tkanek. O dziwo w laboratorium o Jeffersonie nie myślał wcale. Całkiem skupiał się na pracy, która była niezwykle fascynująca.
— Tak, oczywiście — odpowiedział najpierw automatycznie, a potem trochę odchylił się na krześle, czując, że na dzisiaj i tak skończyli pracę. — Jefferson jest dobrym człowiekiem, spełnia swoją funkcję i udało nam się zżyć przez naszą podróż.
— Ale…. — pani Lockerbie zawiesiła głos, przygryzając wnętrze policzka. — Nie jest chyba zbyt wykształcony. Nie, żebym go nie doceniała, to wspaniały mężczyzna… ale w swoim świecie. Broń, konie, dzicz — dodała wymownie, swojego syna w ogóle nie wiążąc z trzema słowami, które wymieniła na koniec.
William za to poczuł się trochę tak, jakby był nastoletnią córką swoich rodziców, którzy chcą wyperswadować jej zauroczenie w nieodpowiednim mężczyźnie. Poczuł się bardziej spięty, ale jako że zwykle siedział sztywno, prosto, nie było tego po nim widać.
— Mamo, jestem przez swoją obecną pracę skazany na życie w jego świecie. Takie są wymogi, jak widzisz.
Kobieta teatralnie się rozejrzała.
— W tej chwili nie widzę, aby były takie wymogi. A też się jakoś przyczyniasz tym dla kogo pracujesz, czyż nie? Nie myślisz, że powinno tak zostać? Co dla mięśni, a to co dla głowy oddzielnie?
Niezbyt spodobały się te słowa jej synowi. Odetchnął cichutko i odpowiedział mniej swobodnym, a bardziej formalnym tonem:
— Nie mam wpływu na to, jak są nam przydzielane zadania, a nie jestem w stanie sam funkcjonować w drodze. Jak mówisz, światem Jeffersona jest broń, konie i dzicz. Ja muszę podążać śladem tych medycznych zagadek, żeby je rozwiązać. Potrzebuję więc Jeffa — dodał na koniec, myśląc również o tym, że potrzebuje go nie tylko dlatego, by przeżyć na tych przeklętych ziemiach. Uzależnił się od niego.
Marion patrzyła chwilę na syna, po czym wzruszyła ramionami i zmieniła szkiełko pod mikroskopem.
— Już nie jesteś moim chłopcem, ale wciąż jesteś moim synem. Nie dziw mi się, że się martwię. Wolę, abyś zajmował się czymś bezpieczniejszym i czymś, co do ciebie bardziej pasuje — mówiła, a kiedy skończyła, spojrzała na smukłą, poważną twarz Williama, tak podobną do jej. Uśmiechnęła się łagodnie. — Dobrze chociaż, że nadal zdrowo się odżywiasz.
— Oczywiście. Wiem przecież, że zdrowie jest najważniejsze. Nie martw się, mamo, wszystko jest dobrze. I proszę cię, zostaw już ten mikroskop. Pracowaliśmy dzisiaj od dziesiątej z rana, a mimo że nie masz tu zegarów, jestem pewien, że niebawem będzie czas kolacji.
Kobieta zaśmiała się krótko i sięgnęła do kieszeni fartucha, który miała na sobie. Wyjęła kieszonkowy zegarek należący do małżonka. Zawsze twierdziła, że go pożycza, ale ten nigdy nie wrócił do mężczyzny, od kiedy pierwszy raz go „pożyczyła”.
— Masz rację. Mam nadzieję, że zarówno ojca, jak i twojego towarzysza nie trzeba będzie zganiać do posiłku — odparła, wstając ze swojego miejsca. — Trzeba jeszcze tu uporządkować.
William zgodził się i zabrał się za to z matką. Służby tu nie wpuszczali, żeby nie narobiła bałaganu. To było ich małe królestwo, do którego nikt nie miał wstępu. Sprzątali więc sami, a lekarz miał dziwne przeczucie, że ani Jefferson, ani jego ojciec nie będą zadowoleni z kolacji. Prawdopodobnie jednak już na własną rękę coś gdzieś zjedli, aby przy stole w domu udawać, że jest to ich pierwsza i bardzo smaczna kolacja. Przez to William czuł się jak swoja matka, mająca męża, który po kątach zjada zwierzęce zwłoki. Wydawało mu się to w tym momencie na tyle zabawne, że delikatnie się do siebie uśmiechał, odkładając w bezpieczne miejsca sercowe kawałeczki.

*

Isaac Hamilton potwierdził swoim czynem, że Nicholas postawił na dobrego konia. Opracował szyfr, którym posługiwali się od kilku dni i który wydawał się nie do zrozumienia dla osoby postronnej. Zawsze było nim kilka liścików, które dopiero złożone razem i odczytane za pomocą klucza dawały pełen obraz. Kluczem było pięć sekwencji znaków, każda wyryta na jednym naboju. Miała je Adela, Isaac oraz Nicholas dla siebie i Mavericka. Teraz, gdy za zgodą tutejszego szeryfa, niedaleko Kansas City, w zapyziałym areszcie na drodze do rancza przesłuchiwał kolejnego z dawnych członków KKK, dostał kolejny, ostatni liścik, który mógł wreszcie odczytać wraz z pozostałymi. Przeszedł więc do drugiego pomieszczenia z większym oknem, które dawało mu lepsze światło na liściki. Usiadł ciężko przy spróchniałym stole i w ciszy odczytał wiadomość.

Mały Nicku
Zbadałam kryształy. Mają właściwości kwasoodporne, są bardzo wytrzymałe na działanie ognia. I przede wszystkim — mocno izolują! Sądzę, że o to chodziło. Nie wiem tylko po co.
Pułapka zadziałała. Za bardzo. Śledzący mnie ludzie nie żyją.
Powodzenia w przesłuchaniach.
Ad

Nicholas przeczytał wiadomość jeszcze raz, po czym spalił wszystkie dowody nad ogniem. Nie mogli zostawiać po sobie żadnych śladów. Byli w tyle, musieli wyprzedzić przeciwnika i nie dać się przy tym samemu złapać. Martwiło go tylko, że w tej chwili nadal miał wrażenie, że błądzą we mgle.
Wrócił do celi z marsową miną.
Na dwóch krzesłach siedziała dwójka przesłuchiwanych, a raczej jeden był nieprzytomny, a drugi przestraszony. Nie ucieszył się z powrotu mężczyzny z połową ciała w postaci metalicznej. Napiął się ponownie, mimo że sznur wżynał mu się w ciało.
Pomieszczenie nie było duże. Małe okienko tuż pod sufitem też nie dodawało wrażenia przytulności. Było ciemnawo, duszno i śmierdziało przemokniętym drewnem. Szeryf zostawił je na użytek generała i zabronił komukolwiek tu wchodzić.
— Nic więcej nie wiem — przesłuchiwany wypalił szybko, zanim Nicholas zdążył o coś zapytać. Miał przepocone ubranie, włosy przylepiające się do skroni i czoła i drżącą dolną wargę.
Generał na powrót zdjął rękawiczkę z metalowej dłoni.
— Wiem, powtarzałeś to już do znudzenia. Masz jednak wymyślić, kto coś wie. I radziłbym myśleć szybko — burknął z grobową powagą.
— Kurwa, opanuj się, człowieku. Nie rozumiesz, że ja tylko czasem ojcu pomagałem?! — wybuchnął przesłuchiwany, po raz kolejny starając się wytłumaczyć, że to jego ojciec był w KKK, a on zwyczajnie jako nastoletni chłopak przyglądał się czasem ich egzekucjom. Niestety jego ojciec ostatnio został powieszony przez czarnych w Kentucky, akurat niedaleko jeziora Laurel River, gdzie Jefferson Black i William Lockerbie znaleźli zburzoną kopalnię kamyczków. Dlatego właśnie ten przeszło trzydziestoletni mężczyzna siedział na tym krześle.
— Pomagałeś? Nie wiem, czy to nie nazywa się współpraca w zbrodni. I przecież ci obiecałem — Nick podszedł bliżej mężczyzny i chwycił w metalowe palce jego ramię. — Nie stanie ci się nic gorszego niż temu drugiemu, jak zaczniesz myśleć. Co klan robił w okolicach jeziora? Albo kto wie, co on tam robił? Znałeś przecież kolegów ojca.
— Znałem! Piętnaście lat temu! — odkrzyknął mężczyzna z paniką, ale i zawziętością.
— No to powiedz mi, kogo wtedy znałeś — rozkazał Nick ze spokojem, ale też wrogością, a przesłuchiwany poczuł, jak jego palce zaczynają się zaciskać. Z początku nie bolało, ale z każdą chwilą zwłoki było coraz gorzej. Jakby ktoś miażdżył mu ramię imadłem.
Starał się wyrwać, ale wtedy generał mocniej zaciskał i w końcu przesłuchiwany, jasnowłosy mężczyzna o podkrążonych oczach krzyknął:
— Blaine! Sam Blaine! I był Harvey Poly i… i jeszcze Hugh Marks, tak, Marks! Kurwa mać, puść mnie!
Nicholas spojrzał na twarz mężczyzny z pytaniem „Wszyscy?”, a kiedy zauważył, że ten już naprawdę nie jest w stanie wymyślić nic więcej, puścił go. Wyciągnął z kieszeni notesik i zapisał nazwiska.
— Widzisz, można było tak od początku. Dziękuję w imieniu kraju za współpracę — zwrócił się do mężczyzny i nagle, krótkim ciosem, pozbawił go przytomności. Ciało zmiękło na krześle, a generał Orkenzy mógł poszukać tych trzech mężczyzn.

*

O wszystkim opowiadał Maverickowi przy kominku. Dojechał dzisiaj nad ranem, przespał się i pod wieczór obudziły go odgłosy z kuchni. Maverick zrobił mu pyszny obiad. Był cierpliwy. Ucieszył się na jego widok, ale nie naciskał na to, by od razu spędzili ze sobą cały dzień. Poznał po twarzy generała, że ma za sobą ciężkie dni i przyda mu się odpoczynek. Dlatego zadbał o świeżą pościel, dobre jadło i ciepło w kominku, które pozwoli mu się zrelaksować. A teraz słuchał, jak przebiegły przesłuchania, co się stało w kwaterze i dowiedział się, dlaczego Nicholas przyjechał z wozem pełnym dokumentacji.
— Więc dwójka z tych mężczyzn nie żyje z niewiadomych przyczyn, jeden zlinczowany. A ostatni… — Maverick podsumował to, co usłyszał, zatrzymując się przy ostatnim nazwisku.
Hugh Marks. Osobnik, który wiedział, że rozkazy wydaje „mężczyzna z blizną”, że świat będzie wreszcie czysty i że każdy jest elementem układanki. Podczas pierwszego przesłuchania oczywiście nie powiedział nic, ale potem posypały się słowa. Że to większe niż im się wydaje. Że czarni nie są potrzebni jako niewolnicy. Co nie znaczyło, że mają być wolni. Ma ich po prostu nie być. Ale wydawało im się to podejrzane. Bo przecież czarni nie ginęli ostatnio częściej niż wcześniej. Czy więc to, co mówił Marks, nie było tylko słowami, jakimi karmił ich Smith albo ktoś wyżej? A może akcja dopiero była w fazie przygotowania i to, co miało nastać potem, dopiero miało uderzyć z wielką siłą? Chcieli dowiedzieć się więcej, ale przed trzecią turą przesłuchiwania Hugh Marks znalazł sposób na samobójstwo. Niestety.
Po tym jeszcze kilka dni Nicholas szukał nowego śladu, ale dość szybko wyczerpał listę Zbirów Pogranicza i utknął w martwym punkcie. A że musiał skontaktować się z Blackiem i Lockerbie, uznał, że po drodze dotrze jeszcze do Mavericka i podzieli się z nim informacjami i szyfrem ich nowej korespondencji. Liczył, że wydarzy się coś, co pchnie ich do przodu, ale miał wrażenie, że wspina się na górę zasnutą mgłą i nie wie jak wysoka jest.
— Do tego nadal nie mam pojęcia, gdzie jest Show — podsumował, siedząc na kanapie z wyciągniętymi do przodu nogami i kubkiem gorących ziół w metalowej dłoni.
— Więc Ad go nie znalazła — Maverick za to potarł zarost na policzku i oparł się ciężko do tyłu. — Wiemy, że przewozili narządy. Robili eksperymenty mające „wskrzesić” ludzi w postaci niemyślących tworów. Że mają odporne, izolujące surowce. I na pewno nie lubią czarnych. Co się może za tym kryć?
— Obstawiam, że jakaś idea, której nie rozumiemy, ba, nawet nie jesteśmy w stanie jej sobie wyobrazić. Martwi mnie tylko to, jak wielka jest to idea… — westchnął Nick i siorbnął gorącego naparu. Był zmęczony, ale jednocześnie w dziwny sposób pobudzony tym, że ta sprawa stała się tak bardziej jego. W końcu jakoś lubił swoją pracę.
Teraz przebywanie na ranczu go uspokajało. Nawet Flapa nie było, bo kiedy się obudził, już zdążył wybyć na nocne polowanie. Było cicho, bezwietrznie i tylko trzaskanie z kominka było głośniejsze.
— Teraz jedyny żywy trop, jaki mamy, to ci, którzy śledzą lekarza i Rangera — dodał po chwili Maverick, myśląc nad całą sprawą. — Można to wykorzystać. Ale narażenie ich też nie jest dobre. Na razie mamy wszystko dzięki nim. Tak?
Nick skinął głową.
— I przyznam, że obawiam się o ich sytuację. Nie wiem, czy nie udać się do Chicago, aby bezpośrednio się z nimi skonsultować.
— Możesz — Maverick na swój sposób poparł ten pomysł, chociaż wszystko w nim pragnęło, żeby generał został w domu. Znał jednak powagę sytuacji, wiedział, że wszystko to, z czym teraz się zmagali, było priorytetem. Na swój sposób miał przez to za złe Nicholasowi, że wciąż pracował w TABiW, że nie zostawił tego i nie mogli teraz zwyczajnie cieszyć się każdym dniem. Ale był przez to sam powiązany z całą sprawą i rozumiał, że nie może oczekiwać zbyt wiele. Zresztą nawet nie chciał naciskać… Wydawało mu się, że TABiW już od dawna było ważniejsze dla Nicholasa niż ich związek.
Młodszy mężczyzna zamyślił się w międzyczasie, a w końcu sięgnął przed siebie i chwycił zdrową dłonią, samymi opuszkami palców, mały palec Mavericka.
— Boję się, że to wszystko wymknie się spod kontroli. Że jak to naprawdę jest coś tak dużego, jak mam przeczucie… to nie będę miał miejsca, do którego będę mógł wrócić.
Zwierzak spiął się i szybko odwrócił wzrok od ich dłoni na piwne oczy partnera.
— O czym ty mówisz?
Nick także spojrzał w oczy partnera.
— Że obawiam się tego, co to przyniesie. Mieli swoje bazy w całym kraju, tworzą coś, czego nawet nie znamy. Nie wiemy, co to zwiastuje. Mam wrażenie, że to coś większego niż to, z czym do tej pory musieliśmy się mierzyć, nawet jako cała Boosa. A teraz kto został?
— Nick, wciąż wszyscy żyjemy. Jess na pewno też sobie radzi. Jeśli obawiasz się, że ta sprawa coś zniszczy, zostaw to. Teraz, gdy wyjeżdżasz, za każdym razem obawiam się coraz bardziej.
— To jedź ze mną — mężczyzna odparł od razu. — Nie mogę tego zostawić. Kto inny się tym zajmie? Ad?
Maverick rzucił mu groźne spojrzenie, a potem zabrał dłoń i obie wsunął w swoje przydługie, pofalowane włosy. Popatrzył na stertę dokumentacji z kwatery, która teraz leżała obok fotela i odetchnął głęboko.
— Kiedyś ratowaliśmy życia z wyboru… Nigdy nie sądziłem, że stanie się to obowiązkiem — odpowiedział cicho.
Nick ściągnął groźnie brwi.
— Kiedyś to też był obowiązek. Obowiązek sumienia. Tak jak teraz.
— Robiliśmy to, bo chcieliśmy. Nikt nam za to nie płacił, było inaczej.
— Teraz sam sobie za to płacę — odburknął Nick, co wcale nie było pełną prawdą. — Dobra — odstawił kubek na stolik. — Idę za dom się umyć. A tobie nic nie każę, a sam… sam chcę się tym zająć.
— Nie chcę, żebyś zajmował się tym sam — odpowiedział ostro Maverick, nie zważając na to, co powiedział Nicholas, na ten jasny i prosty przekaz, w którym nawet nie musiał doszukiwać się prawdy. Generał po prostu nie chciał jego pomocy, a może upatrywał w tym ucieczki od niego.
Nick warknął pod nosem i zatrzymał się w drodze do drzwi.
— To mi pomóż, a nie mówisz, że to nie nasza sprawa. Jeśli nie twoja, to pomóż mi, bo to jest moja sprawa. Nikt mi nie każe się tym zajmować, tylko ja sam.
— Więc co chcesz, żebym zrobił? Nie znajdę Showa, jak Adela nie może go znaleźć. Hamilton wie więcej o kwaterze niż ja. Lund zna się na medycynie. Masz masę pośredników i ludzi, którzy to znają i w tym siedzą. Ja? — fuczał Maverick, a na koniec wstał i zacisnął na moment wargi w wąską linię. — Ja się znam na zwierzętach! Widzisz jakieś w tej sprawie? Nie — prychnął i odwrócił się do ognia. — Jestem bezużyteczny, Nick.
Ten zmarszczył nos, zaciskając pięści. Obie.
— Bo w każdej sprawie, jaką się kiedyś zajmowaliśmy, były zwierzęta? — zironizował. W końcu kiedy byli w Boosa, Maverick nie czekał na resztę, kiedy sprawa nie byłą związana z jego specjalnością.
Zwierzak nie wiedział, co odpowiedzieć. Nick tak właściwie miał rację. Był świetnym znawcą mutacji, umiał się obchodzić ze zwierzętami, ale… umiał też strzelać, tropić, polować… Był jednak zbyt przeświadczony, że to wszystko już przeszłość, że jest za stary, że się nie nadaje.
— Więc czego ode mnie oczekujesz? — spytał w końcu.
Nick także spuścił z tonu, biorąc głębszy oddech.
— W tej chwili? Abyś ze mną odpoczął, a potem… pomyślał, co mam robić. Możesz ze mną jechać do Chicago, możesz poczekać tu na mnie i postudiować te dokumenty.
Na to Maverick się zgodził. Nie widział zresztą innego wyboru. Tylko przytaknął i w końcu pokonał dzielące ich kroki. Powoli przesunął dłonią po plecach kochanka. Czuł pod palcami, gdzie za materiałem koszuli kończyło się ciało, a zaczynał metal. I jak Nicholas chciał, żeby Show się znalazł, aby pomógł w tej skomplikowanej sprawie, tak on sam chciał, aby mógł coś poradzić na te protezy. By były lżejsze, nie męczyły tak Nicka i nie psuły się.
— Dziś odpocznij. Jutro zdecydujemy.
Generał odetchnął, napinając swoją potężną klatkę piersiową.
— Dobrze. Idę więc umyć się za dom — zamruczał nisko i ciężko, pochylając się i lekko całując mężczyznę.
Ten tylko przytaknął i popatrzył krótko na jego twarz. Dotknął jej, przesunął palcami po szorstkim policzku i bez słowa usiadł ponownie na kanapie, wyciągając dłonie do ognia w kominku. Czuł, że kolejny raz praca w agencji odbiera mu Małego Nicka.
Generał obejrzał się na Mavericka. Uśmiechnął się smutno i nie mając słów na ten moment, wyszedł z domu, aby się umyć. Wiedział, że tym razem nie był to jeden z tych jego dłuższych pobytów w domu. Wiedzieli to obaj.

23 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 44 – Obowiązek sumienia

  1. Basia pisze:

    Hejka,
    rozdział cudowny, ciekawe swoją drogą gdzie zabunkrował się Show…. aż mi normalnie smutno z tych całych kłótni Mavericai Nicolasa, generał wziął się ostro do roboty, no tak William i serca, teraz to jest w swoim żywiole, i nic go innego nie obchodzi..
    multum weny
    Pozdrawiam serdecznie i ciepło

  2. Katka pisze:

    O., nooo, myszki od wieków nie mają łatwo XD Biedne. Ale cóż, może to wyjdzie na dobre ludzkości. Jakoś w końcu muszą to zbadać. A czy mamusia wyczuwa… cóż, wszystko jest możliwe. Nawet jeśli, to się z tym nie zdradza.

  3. O. pisze:

    Biedne myszy..Biedne zwierzęta od lat wykorzystywane do badań.. Oj dobra, wiem, że to w dobrej sprawie etc.. Ale jednak jako mięsożerca mam wyrzuty sumienia, gdy pewne rzeczy są testowane na mniejszych mych braciach!
    Powiedzenie „jaki ojciec taki syn” trzeba zmienić na „jaka matka taki syn” wgl miałam wrażenie, że ona podejrzewa preferencje Willa, w sumie jako matka chyba powinna to wyczuć? xD

  4. Katka pisze:

    Camille, no spoko, bo jak mówię, motywy same w sobie narzucają niektóre ograniczenia. Najlepiej popróbuj z kilkoma, to ostatecznie zobaczysz, z którym Ci najlepiej.

  5. Katka pisze:

    Camille, jeśli chodzi o posegregowanie opowiadań, to jak masz np. opowiadanie XXX, a chcesz, by było ono w zakładce „opowiadania”, to musisz wejść na stronę opowiadania XXX i tam po prawej masz „atrybuty strony” – zobaczysz coś, co się nazywa „rodzic”, więc klikasz i zaznaczasz, aby rodzicem opowiadania XXX była zakładka „opowiadania” (którą oczywiście wcześniej musisz utworzyć).

  6. Camille de Raste pisze:

    Ja to chciałbym mieć tak ładnie opowiadania posegregowane jak wy ale nie mam pojęcia jak to zrobić, coś tam opcjami ‚strony’ pokombinowalem ale to chyba nie na tym polega… + dodałem wstęp do mojego opowiadania *szpan*.

  7. Katka pisze:

    Camille, co do czcionek, nie jestem pewna, czy przypadkiem niektóre motywy ich nie narzucają. Wiele ma swoje ograniczenia, ale jak się poszpera dobrze, to wiele można ustawić pod siebie. Może tam jak masz w edytorze wpisu kratkę po lewej stronie gdzie jest napisane „akapit” to tam pokombinuj? Wiesz, trochę się czcionki zmieniają wtedy. Ale nie bierz żyletek, to nie jest rozwiązanie! XD

  8. Katka pisze:

    Camille, wiesz, mat-fiz-inf nie dyskwalifikuje Cię w kwestii dobrego prowadzenia bloga. Trochę inspiracji, weny, chęci i ewentualnie pomocy słowników XD Bo sam wordpress jest bardzo łatwy w obsłudze, na pewno po jakimś czasie ogarniesz. Tylko na początku może się wydawać trudny. No ale jakbyś nie ogarniał czegoś, to pomożemy mailowo czy coś ;) Walcz dzielnie!

  9. Katka pisze:

    Liv, hehe, widzę powiązanie – nie lubisz Jeffka, ale nie lubisz też tatusia Willa, a oni są do siebie w sumie podobni, więc wychodzę z założenia, że nie lubisz za bardzo takich prostych chłopów XD Hehe, dobrze poznawać czytelników XD Jeszcze trochę, a zacznę Wam robić kartoteki! Nie no, żarcik, aż tak źle z nami nie jest. Podziwiam, że jesteś weganką. Musi być ciężko. Nie mówię o samym fakcie, że mięso jest om nom nom, ale że trudno się z tym trzymać, jak w masie produktów jest chociażby zwyczajne mleko. Oooch i życzysz źle Maverickowi i Nicholasowi?! No to jestem zaskoczona, niewielu tego chce, hehe. No ale ja nic nie powiem, co by nie spolerować, choć już jako taką wizję mamy. No i ciekawa teoria odnośnie Willa jako biseksa. Zdecydowanie by nie miał wtedy problemów, żeby zaspokoić swoje libido. Och, zrobiłby się nam z niego taki Casanova, hehe. „. I może wreszcie zauważyłby, co ten przystojny kretyn wygrał zostając obiektem westchnień takiego, a nie innego mężczyzny…” – urocze zdanie XD Może kiedyś Willowi uda się wzbudzić jego bardziej wyraźną zazdrość ;)

  10. Camille de Raste pisze:

    Chwilowo walczę z WordPressem ale raczje wygrywam pierwszą bitwę, motyw i nagłówek już mam. Jestem Kamil więc Camille, to mój ‚pseudonim artystyczny’. Dodałbym dziś pierwszy rozdział mojego opowiadania ale muszę się jeszcze kilku dość istotnych rzeczy dowiedzieć by sobie wstydu nie narobić, tym bardziej, że ja po LO mat-fiz-INF XD

  11. Liv pisze:

    No to ten… to tak :D
    Uwielbiam Williama, nie lubię za bardzo Jeffa, bo wydaje mi się takim prostakiem. ^^ I nie mogę przeboleć jego docinek odnośnie bladej skóry Willa, bo jasna karnacja jest zajebista. A tak poza osobistymi odczuciami do postaci, to ATCL jest cudowne.
    Polubiłam mamę lekarza, taty nie-e. Zresztą on nie zapałałby do mnie sympatią, jestem weganką, więc razem z pozostałymi członkami rodziny, królicze: TEAM WARZYWA!…
    Nicholas i Maverick w swoim wiecznym azylu są świetni. Mi się właśnie podobają te ich niedopowiedzenia i kompleksy. Mam cichą nadzieję, że ich związek zakończy się nieszczęśliwie, ale bardzo dramatycznie i romantycznie, żebym wylała nad ich miłością morze niezmaterializowanych łez. Nie często płaczę ^^.
    Doszłam ostatnio do jakże błyskotliwego wniosku, że Will byłby idealny jako bi. Wiecie, zgodnie z jego bezdyskusyjnie wyjątkowym i nieco uroczo obscenicznym sposobem bycia, mógłby się zachwycać każdą osobą z poprawnie zbudowanym i działającym ciałem. Taka uniwersalność i otwartość ogólnie na sex mi trochę do niego pasuje. No i nie ukrywam, że chciałabym zobaczyć Jeffa zazdrosnego, a gdyby chodziło o kobietę, to dodałoby sprawie pikanterii ;3. Ranger musiałby bardziej uważać na Willa, bo nie podoba mi się, że akurat on najczęściej wychodzi tu z inicjatywą, skoro jest taki fajny. I może wreszcie zauważyłby, co ten przystojny kretyn wygrał zostając obiektem westchnień takiego, a nie innego mężczyzny…
    Buźka.

  12. Katka pisze:

    Fanuviel aka Camille de Raste, to jak teraz się do Ciebie zwracać? :D W ogóle jakbyś chciał, to weź zajrzyj do nas do zakładki Reklama, to jak skrobniesz jakiś opis swojego bloga, to możemy Cię tam wrzucić, co by jakieś ludki jeszcze potem do Ciebie trafiły ;) Jak skończysz dopieszczać bloga oczywiście ;) Fajnie, że tworzysz :D Niech artystyczna moc i wena będzie z Tobą. A co do Williama, jak widzisz, nie trzeba jeść tylko korzonków, by móc go brać XD Ale jednak martwiłabym się o zazdrość Jeffersona. Zaś co do Mavericka, zgadzam się, że trochę nie fair zagrywa, tak się hamując przed wyjazdem. Dostał jasny znak, że Nick CHCE by z nim wyjechał, ale się drań uparł. Niestety. „Will się zakochał w chłopie z Mazur XD” – Boże, macie wszyscy dzisiaj rozbrajające teksty XD Hahaha, chłopie z Mazur XD A i tak kminimy z Shiv, czy skoro nigdy na trzeźwo nam nie skomciłeś, to czy to zajeżdża alkoholizmem czy studentem XD Niemniej miło czytać każdy komentarz, czy to pod wpływem, czy nie XD

  13. Camille de Raste pisze:

    Yo, dziewczęta. Tu wasz wierny (od niedawna xd) komentator Fanuviel.
    William i jego mamuśka są dosłownie uroczy, brałbym XD Ale raczej nie pożyłbym długo jedząc same korzonki i inne zdrowe rzeczy. Potrzebuję dużo mięsa.
    Na miejscu Nicka bym kopnął w dupę Mavericka. Skoro nie umie się poświęcić i ruszyć chudego dupska za Nicolasem to niech spada. Denerwuje mnie typek.
    A i jeszcze fajnie mamuśka jechała na Jeffa xD Will się zakochał w chłopie z Mazur XD Jezu, ja wam chyba jeszcze nigdy nic na trzeźwo nie skomentowałem co mnie nieco irytuje. Wstyd mi za siebie.
    A i ten. Bloga założyłem.
    Liczę na ocenę profesjonalistek.
    Byłbym zaszczycony gdybyście przeczytały choć linijkę moich wypocin.
    Acz najpierw muszę ogarnąc wygląd bloga.
    Trochę to zajmie.

  14. Katka pisze:

    Saki, pozwól, że tutaj odpisze na oba ostatnie Twoje komentarze. Dziękujemy w ogóle, że nadrabiasz komentarze! To dla nas bardzo ważne i doceniamy to! ;) Co do Lunda, niestety Nicholas darzy go dużym zaufaniem, więc tutaj mają trochę pod górę, jednak to Isaac został zdelegowany do znalezienia szczura, więc może to on wpadnie na jego trop? Zaś Show – tak, zniknął, ale może Adela będzie w stanie jakoś go wyśledzić. Maverick mocno trzyma za to kciuki. No i bardzo fajnie, że dumasz nad tym głębiej, bo pewnie, że Lund może nie być sam. Zależy jak duża jest ta intryga i jak głęboko sięga. Nicholas i Maverick umieją przeżyć bez kłótni… ale to wtedy są tzw. ciche dni. Bo albo nie rozmawiają wcale, albo w końcu dochodzi do sprzeczki. Nie no, umieją rozmawiać normalnie, ale raczej o pogodzie czy takich przyziemnych rzeczach. Smutne. Hehe, a Willuś i Jeff są teraz parą pełną gębą… tylko jeszcze wyznań miłości brakuje XD Ciekawe, kiedy to nastanie…

    Illita, nooo, Will i mamusia to taki creepy-team. Ja bym się ich bała. Nie bez powodu Jefferson unika laboratorium XD A nasz słodki doktorek jako nastoletnia córka z niewłaściwym kochankiem – myślę, że gdyby faktycznie miał naście lat, a tatuś przyłapałby go z Jeffem, to by próbował bardzo mocno wybić, dosłownie wybić mu to z głowy. Teraz… cóż, mogłoby się to również źle skończyć, a może nawet gorzej. Chociaż może zdążyliby uciec… XD

    Gordon, haha, kto tu się bardziej bać, Willa i matki czy Małego Nicka XD Sama nie wiem XD Co od Mavericka, zdecydowanie nabawił się jakiejś fobii. Odbija mu już na tym pustkowiu. Moim zdaniem powinien się stamtąd wyrwać i to by był dla niego jakiś ratunek, ale Nick nie chce nic robić na siłę. To też źle się kończy. A co do Jess… ja nic nie wiem XD

  15. Gordon pisze:

    Relacje doktorka z mamusia sa zajebiste i ja juz bym stamtad spieprzyl xD Nick jest wielki i straszny. Prawie tak jak Will :p podobaja mi sie sceny z nim i zwierzakiem. Ale Maverick to cykor ze z nim nie chce nigdzie jechac. Ma jakas fobie chyba. I ja tak inni stawiam ze ta laska to Jess ale to mnie martwi bo jak to prawda to zeszla na zla droge. Nick sie nie ucieszy :p

  16. saki2709 pisze:

    Niech oni jadą do tego Chicago razem. To by była dla nich taka jedną z lepszych szans na dogadanie się. W końcu podróż całkiem długa się zapowiada. A tak jak było wspomniane, Nick długo nie zabawi w domu, bo czy goni niemiłosiernie.
    Ad odkryła, o co mniej więcej chodzi z tymi kamyczkami, ale Show’a jak nie było, tak nie ma. Nie poddawaj się, Adela, wierzę w ciebie.
    Wracając do Nicka i Mavericka, czy oni naprawdę nie mogą tak bez kłótni? Naprawdę ze wszystkiego potrafią zrobić aferę? Na szczęście tym razem nie była to poważna kłótnia i szybo się skończyła. Chociaż prawdopodobnie gdyby Nick nie wyszedł, wymyśliliby inny powód do kłótni.
    A jeśli chodzi o Willa i Jeffa… Widać robią postępy, szszczególnie doktorek. Wyjaśniło się trochę, jeśli chodzi o te serducha, teraz pora n dalsze badania. Z jednej strony to dobrze, że Will ma do pomocy kogoś zaufanego, a z drugiej jego matka jest w pewnym sensie zagrożona. Ich ogon może coś jej zrobić, albo coś innego wymyślić, nie chciałabym, żeby jej się coś stało. Zdążyłam ją polubić, tak samo jak ojca doktorka. Ale chyba jednak nie chciałabym, żeby się dowiedzieli, co łączy Willa i Jeffa, oprócz pracy. Mogliby nie być tacy wyrozumiali.
    Tak w ogóle to się cieszę, że chłopcy w końcu określili mniej więcej, co jest między nimi. Niby nie wyznali sobie uczuć, ani nic takiego, ale można nazywać ich oficjalnie parą. A ta akcja w łóżku (i to całe oczekiwanie) było mega. Bardzo mi się podobał ten rozdział.
    Już nie mogę się doczekać następnego.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

  17. Illita pisze:

    „Możemy wspólnie zabić kilka myszy” Co za wesoła, radosna rodzinna rozrywka XD Uśmiałam się z tego zdania, relacja Willa z jego mamą jest taka pokopana ale taaaaka cudowna XD Ale te serca to mocno podejrzana sprawa… i do czego to wszystko zmierza…
    „William za to poczuł się trochę tak, jakby był nastoletnią córką swoich rodziców, którzy chcą wyperswadować jej zauroczenie w nieodpowiednim mężczyźnie” Znów padłam XD Oh ile w tym prawdy XD Gdyby jego rodzice tylko wiedzieli… I tylko smutno przez Mavericka i Nicholasa :c

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s