Across The Cursed Lands II – 43 – Szczury i ogony

Była podejrzliwa. Jak zawsze. Szczególnie, kiedy kogoś nie znała. Z Hibikim dzieliła się wszystkimi informacjami, działała z nim na równych prawach, ale gdy miała do czynienia z nowymi ludźmi, nie umiała im do końca zaufać, a intuicja niestety ją zawodziła. Wiedziała, że ich… organizacja jest duża i zwyczajnie nie mogła znać wszystkich, ale uważała, że Smith mógłby wysyłać im ludzi, z którymi już kiedyś pracowali.
Opierała splecione w kostkach nogi o blat wytartego, starego stołu, który wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpaść i lekceważąco, a przynajmniej pozornie, patrzyła na czwórkę mężczyzn. Jeden z nich również patrzył prosto na nią, a raczej prosto na jej wypchnięte przez ciasny, skórzany gorset piersi.
— Nie będziemy spać w tej samej gospodzie — fuknęła do nowych. Dopiero co się poznali, a ona zamierzała jasno postawić warunki. Zerknęła więc na Hibikiego obok, a potem znowu na mężczyzn. — Lepiej będzie dla nas się rozproszyć. To cholernie duże miasto.
— Jestem za. Będziemy ustalać miejsca spotkań, nie ma sensu warować w kupie — dodał Azjata swoim spokojnym tonem, a do tego mówił ciszej, niż to było wskazane. Wszyscy więc wytężali słuch, aby go słyszeć.
W końcu znajdowali się w miejscu publicznym. Co prawda był nim podejrzany, zapyziały bar w brudnej dzielnicy Chicago, ale lepiej było być uważnym.
Czwórka mężczyzn popatrzyła po sobie i skinęła głowami. Według kobiety byli niemal identyczni. Każdy z nich miał bujny zarost, każdy miał kapelusz i płaszcz i chyba nawet takie same rewolwery. Już wiedziała, że nie zapamięta, który jak się nazywał.
— I nie robicie nic na własną rękę — dodała. — Opracujemy plan i dopiero zaatakujemy, zrozumiałe? Najlepiej z tym planem A, nie, Hibiki? Niby lekarz to wszystko bada, ale bez Rangera będzie bezbronny.
— Dopóki mu kogoś nie doślą, ale to minie dość czasu, aby się go pozbyć. Nie wyjedzie z Chicago — osądził, wierząc w to, co mówił. Był jednak zbyt ostrożny, aby obiecywać to na sto procent. Zawsze przecież istniał plan awaryjny.
— Ale to nie łapię — jeden z mężczyzn wtrącił się do rozmowy. — Nie można mu po prostu między oczy strzelić?
Kobieta zamknęła oczy i przytknęła palce odziane w rękawiczkę do nasady nosa.
— Hibiki trzymaj mnie, bo mu przywalę… — mruknęła, a potem rzuciła gromami z oczu w mężczyznę naprzeciwko. — Nie można, kurwa! Po pierwsze, jesteśmy w Chicago i narobisz rozgłosu, jak zastrzelisz Texas Rangera na ulicy. Po drugie, to Texas Ranger i nie byle jaki, więc powodzenia z próbowaniem. Po trzecie, jakby się tak dało, to już bym to dawno zrobiła. Po czwarte, działamy tajnie! Mam dalej wymieniać?!
— Przecież nie mam namalowane na czole KKK! — odfuknął mężczyzna. Kobieta miała szanse go zapamiętać lepiej za to, jak się wychylał przed szereg i zdecydowanie ją lekceważył.
— Zamknij się, nie jesteśmy tu sami! — syknął na niego Hibiki, a ten momentalnie poczuł ostrze sztyletu pod swoim kolanem. Azjata był czasem przydatny i… nieprzeciętny w tym, gdzie nosił broń.
Kobieta mimowolnie uśmiechnęła się do nowopoznanego mężczyzny. Brzydko i nieprzyjemnie. Tak jak lubiła się kłócić z Hibikim, tak lubiła z nim pracować.
— No. To spotykamy się co trzy dni, zawsze w innym miejscu. Ustalamy, gdzie następnie, na każdym spotkaniu, tak jak teraz, gdy Hibiki wsunie ci karteczkę do rękawa. Macie trzymać warty i nie spuszczać ich z oczu. Jak nam wyjadą z Chicago i tego nie zobaczymy, to Smith zrobi z was to, co Edmund Rise ze swoich obiektów.
Wszyscy skrzywili się jak na komendę. Jeden mocniej, drugi mniej albo mniej widocznie zza swoich wąsów.
— Chociaż to i tak lepsze niż to, co zrobiła „żoncia” — prychnął jeden, wspominając kobietę podszywającą się pod żonę szeryfa w miasteczku, gdzie swe badania prowadził Edmund Rise.
— Ja tam wolę być martwa, niż wyglądać jak pięcioletni trup wyciągnięty z trumny i plujący krwią i pianą — skrzywiła się kobieta i zakręciła na palcu końcówką warkocza. — Ustalcie między sobą te warty. W razie czego wiecie, gdzie nas szukać. I nic na własną rękę. My z Hibikim zajmiemy się Rangerem. Lekarza na razie nie ruszamy, nie? — zwróciła się już bezpośrednio do swojego towarzysza.
Byli cicho, tym bardziej teraz, gdy do baru weszła kolejna grupka mieszkańców Chicago. I co kolejna, to bardziej brudna i biedna. Specjalnie wybrali taki bar, bo nikogo tu nie obchodziło, czy ktoś przyszedł się napić, czy robić szemrane interesy. Większość i tak była już pijana, przechodząc przez próg tego miejsca, a inni grali po kątach w karty i w kości. Nawet barman nie wyglądał na specjalnie trzeźwego i już kilka razy nie zauważył, jak jeden z gości ukradkiem podebrał mu parę drobnych z kubeczka za ladą.
— Chyba że nadarzy się wyjątkowa okazja, aby złapać i wróbla, i gołębia — ten odparł tak, że zrozumiała go tylko kobieta, bo znała jego powiedzonka. Mężczyźni popatrzyli na siebie pytająco, a Azjata ich uspokoił. — Ale tym się nie martwcie. Wy tylko macie ich obserwować tak, aby niczego nie podejrzewali.
— To miasto jest wielkie. Nie zauważą nas w tłumie — zapewnił jeden z mężczyzn, który dotychczas się nie odzywał. Przez całą rozmowę żuł tytoń i słuchał. — Ale przydadzą nam się informacje. Wy już ich obserwowaliście. Co robią i gdzie się poruszają w mieście?
Tu włączył się Hibiki. Takie rzeczy były jego pasją, tak jak broń była pasją jego towarzyszki.
— Lekarz regularnie odwiedza sklepy farmaceutyczne. Możecie go też często spotkać przy sklepach z nowinkami technicznymi. Wtedy łatwo się do niego zbliżyć, wyprzedzić i poczekać. Ale tego chyba nie powinienem wam mówić, skoro wiecie, co macie robić. Jeździ do szpitala, a tam, jeśli mamy dobre informacje, pracuje jego matka. Nie spędza jednak tam tak dużo czasu jak w domu na obrzeżach. Tam lepiej uważać, bo już takich tłumów nie ma. Co do Rangera, jest jednym z nielicznych konnych w tym mieście, jednak ma bystre oko. Musicie zachować większy dystans i uważać, kiedy będzie specjalnie wysuwał się, aby sprawdzić, czy nie jest śledzonym. Jego miejscem zatracenia są okolice jeziora, gdzie jeszcze porty nie zajęły całego nabrzeża.
Mężczyźni słuchali. Ten, który pyskował, dość lekceważąco, ale reszta bardziej uważnie. Wiedzieli, co mają robić i co groziło, jeśli nie wypełnią tej misji odpowiednio. W końcu nie pracowali dla rządu ani organizacji wspierającej biedotę. Wiedzieli, na co stać ich przełożonych, a i mieli wrażenie, że zarówno Azjata, jak i jego towarzyszka mogli uznać ich za zbędnych, jeśli okażą się nieodpowiednio przykładać do sprawy.
— Dobra. Nocą będziemy trzymać warty, a w dzień rozdzielać się, bo jak mówicie, nie przebywają razem? — zapytał ten sam mężczyzna, co chwilę temu.
Kobieta prychnęła pod nosem i zamruczała pod nosem coś, co mogło brzmieć jak „chyba że w sypialni”, ale usłyszał to tylko Hibiki. Spojrzał na nią swoimi wąskimi oczami, dając bezsprzecznie do zrozumienia, że ich nowi współpracownicy od Smitha nie mają po co tego wiedzieć. Mogli przez to stać się lekceważący co do celów albo zbyt mściwi. Kobieta więc przyjęła tę niewerbalną uwagę i odpowiedziała mężczyznom.
— Taa, zwykle są osobno. Myślimy, że lekarz zajmuje się badaniem tego, co dotąd cholery odkryły, a Ranger się nudzi. W mieście widzieliśmy ich razem tylko raz, gdy poszli się upić.
— Jest nadzieja, że to powtórzą? — spytał jeden z mężczyzn, który do tej pory się nie odzywał, widząc w pijanych mężczyznach łatwiejszy cel.
— Może. Chyba lubią whisky, więc istnieje szansa, ale nie myślcie se nie wiadomo co! — ostrzegła ich kobieta i zsunęła z głośnym stuknięciem nogi ze stolika na podłogę. — Macie ich obserwować. Tylko, psia kość!
Ten, który ją wcześniej zlekceważył, przewrócił oczami, ale ten wyglądający według Hibikiego za najrozsądniejszego, odparł:
— Wiemy. Będzie dobrze.
Kobieta i Azjata skinęli głowami. Dodatkowo ta pierwsza sięgnęła do swojej szklanki z piwem i dopiła jej kończącą się zawartość.
— To do roboty. Nie ma co marnować czasu, bo są bez obserwacji. Spotkanie za trzy dni w wiadomym miejscu. Już, już — na koniec pogoniła ich dłonią, jak zwykle szybko się niecierpliwiąc.
Hibiki nic nie powiedział, tylko spojrzał na mężczyzn wymownie, aby się słuchali, kiedy ci wzrokiem poszukali potwierdzenia w jego osobie. Nie uzyskawszy go tak, jak chcieli, a zyskawszy tylko kolejne warkniecie kobiety, zamarudzili i udali się do wyjścia ze speluny. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, zajęty piciem i hazardem. Tylko szaro-bury kundel leżący przy ladzie baru podniósł na chwilę pysk, by odprowadzić spojrzeniem czwórkę gości.
— Smith coraz gorszych tych przydupasów se znajduje. Skąd on bierze tych ludzi? Wyglądali, jakby nie widzieli na oczy nic poza polem, kobyłami i tanim piwem. Nawet nie chcę wiedzieć, jak strzelają — zamarudziła kobieta, przeciągając się, a jej piersi przy tym mocno się ścisnęły.
— Możemy liczyć, że lepiej niż ja, ale wątpię, aby lepiej niż Ranger. Zresztą… — mężczyzna uśmiechnął się kątem ust. Pierwszy raz od początku, kiedy tu usiedli. — Nie wiem, czy ty lepiej od niego strzelasz.
Jego rozmówczyni od razu rzuciła mu spojrzenie równie groźne jak nabój wystrzeliwany z lufy rewolweru. Następnie w jednej sekundzie wyciągnęła bronie z kabur i zanim Hibiki zdążył jeszcze raz zaciągnąć powietrza do płuc, miał lufy przytknięte do czoła i piersi. Bronie nawet w trakcie tego ruchu widowiskowo się zakręciły, a kundel przy ladzie ponownie poderwał głową.
— Nawet się ze mną nie drażnij, bo ci zrobię lepszą prezentację — zamruczała kobieta z uśmiechem.
— Nie podziurawisz mnie. Aż takiej przysługi mi nie zrobisz, nerwusko — Hibiki zaśmiał się krótko, ale i tak uniósł dłonie w obronnym geście. Jednocześnie jego towarzyszka poczuła, że ma między własnymi nogami, które rozsunęła przy odwróceniu się do niego, jego stopę. Na krawędzi krzesła. Wystarczył ruch, aby w nie kopnął i przewrócił ją na plecy.
Rzuciła tam krótkie spojrzenie, a potem zmrużyła oczy, niemal tak mocno, że dorównały tym Azjaty.
— Ciekawe, kto z nas byłby pierwszy — prychnęła, ale w końcu opuściła bronie i równie szybko jak je wyciągnęła, tak szybko ponownie schowała je do kabur. Potem odrzuciła swój długi, czarny warkocz na plecy i wstała od stolika. — Chodź się przespać. Wreszcie przyszło zastępstwo, to trochę odeśpimy to cholerne czuwanie.
Mężczyzna wstał z krzesła i szczelniej okrył się ciemnym, ciepłym płaszczem. Kapelusz naciągnął na oczy.
— Byle nikt nie był pod naszymi łóżkami — dodał jeszcze ze spokojem i powagą w głosie, a jego towarzyszka o mało nie splunęła na podłogę baru. Z głośnym szurnięciem odsunęła krzesło i podążyła do wyjścia.
— Nigdy więcej, psia kość! Za bardzo mi to przypomina o takich jednych. Niech ich szlag… — pokręciła głową.
Hibiki poczekał, aż opuszczą budynek i wyjdą na wieczorne ulice Chicago. Rozejrzał się, jakby szukał drogi, ale znał ją już bardzo dobrze. Miał doskonałą do tego pamięć i mentalne mapy tworzył w głowie z dużą dokładnością. Dzięki temu był tak dobry w śledzeniu, ucieczkach i skrytobójstwie.
— Co do tego jednego… To nie pytałem, ale nie wiem, czy okoliczności przyzwalają na zadanie tego pytania teraz. Pociągnęłabyś za spust, jakbyś musiała lub miała okazję?
Kobieta zatrzymała się na chwilę i spojrzała na swojego skośnookiego towarzysza poważniej niż zwykle. Zacmokała, pogłaskała jedną z kabur i pokręciła głową.
— To nie jest coś, co można przewidzieć i zaplanować. A ty nijak nie wyglądasz jak on, bym mogła sobie to wyobrazić po przytknięciu ci lufy do skroni — prychnęła.
— W końcu jestem niższy — odparł Hibiki z krzywym uśmiechem. Wiele różnił się od tego, o kim mówili, ale poprzestał na tym szczególe.
Kobieta zaśmiała się krótko z tego komentarza i pokiwała głową na potwierdzenie, idąc noga za nogą w kierunku gospody, w której się zatrzymali. Równie brudnej jak tamten bar, ale nie potrzebowali więcej luksusów. Ona zresztą nigdy w luksusach nie żyła. Wiecznie w drodze.
— Taa… Jesteś niższy. Faktycznie mały… — dodała bardziej do siebie niż do rozmówcy i nie pokazując mu tego, uśmiechnęła się blado.

*

Adela starała się iść szybko, ale nowe buty wcale jej w tym nie pomagały. A, do diabła, wydała na nie fortunę! Przeklęte obcasy były wyższe niż te, do jakich przywykła. Mimo to sprawnie pokonywała kolejne stopnie. Kwatera była naprawdę duża, a raczej budynek pocztowy, w której się znajdowała. Ciężko było dotrzeć do Nicholasa, kiedy okazywało się, że zamiast być w gabinecie w podziemiach, jest u siebie w pokoju, na górze.
Jak na nieszczęście wpadła na korytarzu na osobnika, którego w tym momencie najmniej miała ochotę oglądać. Isaaka Hamiltona.
— O, pani Allen. Jak miło ujrzeć panią z rumieńcami i rozwianym lokiem — przywitał się z nią ze śladowym uśmieszkiem pod swoim wąskim, czarnym wąsikiem, przystając, gdy tylko kobieta wypadła ze schodów, niemal prosto na niego.
— Ciesz oczy, Isaac, bo kiedy się spieszę, to jedyna okoliczność, w jakiej możesz mnie taką widzieć — odpowiedziała z nieprzyjemnym uśmieszkiem, wiedząc, że mężczyzna zbyt często kieruje do niej specyficzne aluzje. Nie miała na to ochoty. Nie teraz. — Spieszę się.
— Czyli coś pilnego — podsumował mężczyzna, splatając dłonie za plecami i trochę się do niej pochylając. — Pozwoli więc pani, że będę towarzyszyć, co by nie zabierać czasu — dodał i z tonu dało się wyczytać, że pozostawić kobiety samej nie zamierzał.
Adela przewróciła teatralnie oczami, ale w końcu machnęła ręką, w której trzymała jakiś rulon i pokiwała głową. Wiedziała, że obecność Isaaka, jakkolwiek irytująca, bywała przydatna.
— To chodź, nie ma czasu do stracenia. A i oby nasz kochany generał był u siebie, bo kolejnych schodów to ja przepraszam bardzo, ale pokonywać w tych butach nie będę! — zawołała i żwawo ruszyła długim korytarzem, licząc, że Hamiltona nie będzie trzeba popędzać.
Nie pomyliła się w tej kwestii, ale też niestety po raz kolejny, jako jedna z niewielu, spotkała się z inną stroną jego charakteru.
— Co nie zmienia faktu, że zjawiskowo pani w nich wygląda. Bardzo… kobieco.
Spojrzała w dół, nie tracąc tempa i lekko podciągnęła skraj długiej, kremowej sukni, aby móc je lepiej zobaczyć.
— Może… — mruknęła z zamyśleniem, po czym przystanęła przed odpowiednimi drzwiami i załomotała w nie pięścią. — Ja!
— Wejść! — odkrzyknął Nicholas z wnętrza, a kiedy kobieta otworzyła drzwi, zastała go naturalnie przy biurku.
Hamilton także wszedł za Adelą do środka i przywitał się z generałem.
— Dzień dobry — powiedział formalnie i krótko, bo generał Orkenzy był jednym z niewielu ludzi, przed którymi miał respekt.
— Przypałętał się — dodatkowo wyjaśniła Adela i podeszła do biurka swojego długoletniego przyjaciela. Rzuciła na blat rulon. — Przesyłka od Rangera i lekarza. Była naderwana. Mamy szczura — powiedziała prosto z mostu.
Orkenzy zamiast odpowiedzieć, spojrzał krótko na Hamiltona. Ten stężał, jakby właśnie mężczyzna wskazał go jako głównego podejrzanego. Nim jednak zdążył zareagować, Orkenzy zwrócił się do kobiety.
— Nikt nie może się o tym dowiedzieć. A ty nie zobaczysz się przez to prędko z mężem — burknął i znowu spojrzał na drugiego gościa. — Idziemy na spacer — zarządził, wiedząc, że tutaj ta rozmowa nie może być dalej prowadzona.
Gdy zabrał rulon będący, jak się okazało, przesyłką od Williama Lockerbie i Jeffersona Blacka, jego dwójka współpracowników również odeszła od biurka. Nie powiedzieli nic. Byli jednak napięci i nawet Isaakowi przeszła chwilowo ochota na zaloty. Kiedy chodziło o pracę, potrafił być profesjonalny.
— Gdzie? — Adela krótko spytała Nicholasa.
— Zobaczysz — odparł ten i ciężko podniósł się ze swojego miejsca. Był w swojej najgorszej formie, jaką znali jego współpracownicy, a jakiej szczerze nie cierpiał Maverick. Ponury, ostry i w pełni władczy. Isaac wiedział, że teraz każda jego niefortunna wypowiedź może skończyć się utratą przytomności albo, jeśli szczęście dopisze, tylko dyscyplinarną karą.
Generał pierwszy wyszedł ze swojego gabinetu, poczekał na dwójkę gości, zamknął drzwi i poprowadził ich w dół, do stajni. Nie odezwał się przy tym słowem do żadnego.
— Przygotujcie konie — zażądał, samemu idąc po Ducha.
Adela przytaknęła i długość stajni przemknęła bardzo szybko, czując, że to przyspieszona lekcja chodzenia w takich wysokich obcasach. Osiodłanie siwka nie zajęło jej dużo czasu. Tak jak Nicholas, przez lata robiła to każdego ranka. Isaakowi zajęło to odrobinę dłużej, a jego koń wyglądał na najbardziej eleganckiego z całej trójki. Zresztą chełpił się nim przed Jeffersonem i był przekonany, że jest znacznie lepszy niż ten jego cały Oficer.
Cały czas byli czujni, czy nikt ich nie obserwuje, ale nic na to nie wskazywało. Zresztą akcja była błyskawiczna, co sprawiało, że można było łatwo zniwelować niepotrzebne zagrożenie w postaci ciekawskich oczu czy uszu.
Po kilku minutach już całą trójką wyjechali ze stajni. Nicholas nadał kierunek i pilnował tylko kątem oka, czy Adela, a tym bardziej Isaac się nie odłączają. Odezwał się dopiero, kiedy byli na obrzeżach miasta i każdy niepowołany obserwator był od razu widoczny. Kansas City było spore, ale tutaj, gdzie domy nie były tak gęsto ustawione, a i ludzi było znacznie mniej, byli bezpieczniejsi.
— Kiedy to doszło? — spytał Nicholas Adelę, zwalniając tempo Ducha. Nie lubił jeździć konno, wolał podróżować wozem, ale teraz nie było czasu, aby się z tym bawić. Musiał przecierpieć na jego grzbiecie, tak jak koń musiał przecierpieć z jego ciężarem.
— Nie wiem. Dzisiaj rano pojawiło się w biurze, ale widzisz sam. Już otwarte, mimo że zaadresowane prosto do ciebie. Nie mam pojęcia, czy nie było tam czegoś więcej! — odpowiedziała ze zdenerwowaniem Adela, podgryzając przy tym swoje wargi do czerwoności. — Żeby tego było mało, wczoraj miały przyjść wyniki badań nad kamieniami. I co? I nic! Myślałam, że to zwykłe opóźnienie, ale przez ten otwarty list podejrzewam coś innego.
— Do stu kurw nędzy! — zaklął siarczyście Nicholas, zaciskając w złości swoją metalową pięść. Spojrzał wrogo na Hamiltona. — A ty co się gapisz? — syknął na niego z byle powodu. — Kto ma dostęp do poczty?! Będziemy potrzebować nazwisk. Wszystkich, co do jednego. I kolejnych badań tych pieprzonych kamieni. Jak zniknęły, to mają związek —burzał się ze złości. Nienawidził, kiedy kontrola wymykała mu się pomiędzy palcami.
Kilkoro przechodniów obejrzało się na nich — na trójkę jeźdźców, z których każdy wyglądał zupełnie inaczej. Nikt jednak nie podszedł bliżej, nie zainteresował się tym na dłużej. Nie było tu w końcu aż tylu ludzi, bo jedynie po prawej stronie drogi znajdowała się apteka, a resztę stanowiły nie całkiem zamieszkałe domki. Byli też na tyle blisko granicy miasta, że widzieli w oddali zarys lasu i słońce powoli wychylające się ponad drzewami. Było rześko i chłodno.
— Tym razem sama się zajmę tymi kamieniami. Jak masz zapas, wezmę je od ciebie i sprawdzę. Jeśli mi ufasz — Adela dodała na koniec gorzki żart.
— Ja się zajmę listą osób z dostępem do poczty. Obawiam się jednak, że z racji… miejsca naszej kwatery, dostęp do niej ma wiele osób — wtrącił Isaac, siedząc sztywno na koniu, jakby w siodło wbudowany był pal, w tym momencie wbity głęboko w jego odbyt.
— Och, jaki dowcipny — warknął Orkenzy na mężczyznę, ale zaraz potem pokręcił głową. — Do poczty ma dostęp każdy, ale do mojej poczty nie powinien mieć dostępu nikt. Kto, do diabła, to przyjmuje? — syknął, a potem fuknął jak rozzłoszczony byk. — Ad, zajmiesz się kamieniami. Przy okazji rozpowiesz w kwaterze, że je masz i z nimi jedziesz. A potem zastawisz na nich pułapkę. Taką samą jak w Górach Skalistych, pamiętasz? — spytał, nie wdając się w szczegóły. Ona musiała pamiętać, a Isaac nie musiał wiedzieć. Oczywiście zerknął ciekawie na kobietę, ale ta nie wyjaśniła mu nic, a jedynie przytaknęła Nicholasowi.
— Dobry plan. I myślę, że teraz powinniśmy unikać pośredników, a wszystko przekazywać sobie osobiście.
— Tak, to bardzo dobry plan i wszystko to popieram, ale… — Isaac wtrącił się z respektem, ale i tą naturalną dla siebie, a dla niektórych irytującą ironią. — Czy mógłby generał zerknąć, co w ogóle jest w tej przesyłce?
— Zaraz wyjedziemy z miasta, zatrzymamy się i zobaczę — odparł ostro Orkenzy, nawet może przesadnie, bo sugestia drugiego mężczyzny nie była wcale taka zła.
Isaac jedynie przytaknął, a Adela rozejrzała się niby swobodnie. Milczeli chwilę podczas powolnej jazdy, ale w końcu się odezwała.
— Cholerka, powinniśmy zgromadzić możliwie najmniejszą grupę zaufanych ludzi w kwaterze. Pracować tylko w… sześć, siedem osób? Mógłbyś sprowadzić tu Mavericka… — zasugerowała delikatnie.
— On i tak się na nic zda. Zajmuje się mutacjami — odparł oschle Nicholas, po czym wskazał im dogodne miejsce, aby się zatrzymać. Było otwarte i nie dawało szans na podsłuch z ukrycia. — Ale z ograniczeniem osób to dobry pomysł. Przeprowadzę selekcję i każdy dostanie swój przydział. Koniec też z listami przez byle kogo, czy pocztę. Sprawa zrobiła się na to zbyt poważna — burknął i kiedy się zatrzymali, zsunął się ciężko z grzbietu Ducha. — A kwatera nie jest już taka pewna — dodał i rozłożył przesyłkę, którą przyniosła Adela, aby ją przestudiować.
Pozostała dwójka jeźdźców również zeszła ze swoich wierzchowców. Kobieta od razu usiadł na suchej ziemi, nie zważając na to, że może ubrudzić swoją suknię. Oparła się plecami o drzewo, pod którym się zatrzymali, a Isaac stanął kawałek dalej i zerkał bez słowa to na generała, to w kierunku domków na granicy Kansas City, które widzieli kawałeczek dalej. Uważał, że w tym momencie otwarta przestrzeń to najlepsze miejsce na takie „posiedzenie”.
Było cicho i chłodno, a Nicholas czytał. Po dacie wysyłki, którą William Lockerbie umieścił na liście, domyślił się, że jeżeli przetrwali podróż na północ, powinni już być w Chicago. To był plus, bo dodatkowo lekarz wysłał adres swojego domu rodzinnego, w którym się zatrzymał. Istniała więc szansa na skontaktowanie się z nimi. Ale nie to było najważniejsze. Cały raport z podejrzanych wydarzeń w jakiejś mieścinie na ich drodze był bardziej zajmujący. Kamienie, eksperymenty na dzieciach, list do członka Ku Klux Klanu. Już wiedział, że potrzebuje Showa. Opis eksperymentów mógł odczytać tylko ktoś, kto się znał na medycynie. I to nietuzinkowej, bo skoro Lockerbie zaznaczył, że na razie sam niewiele z tego rozumie, znaczyło, że potrzebują Benjamina.
Podzielił się też tą uwagą z pozostałą dwójką.
— Dobra, sprawa wygląda tak, że wdepnęliśmy w większe łajno niż ktokolwiek się spodziewał. Potrzebujemy Showa i nic mnie nie obchodzi, gdzie ten elegancik się zabukował. Musimy też się rozdzielić. Adela, zajmiesz się kamieniami i Showem. Nie wiem, jak się rozdzielisz na to, ale trzeba to zrobić. Hamilton. — Orkenzy spojrzał na mężczyznę, analizując chwilę, w jakim stopniu mu ufa. Isaac był wrzodem na dupie, ale intuicja podpowiadała mu, że nie mógł być zdrajcą. Był zbyt irytujący i jakby to na nim skupiły się podejrzenia, to mało kto zawahałby się, aby pociągnąć za spust. — Twoim zadaniem będzie znaleźć szczura w agencji. Jesteś na tyle wkurwiający, że sobie z tym poradzisz. Zajmiesz się też pilnowaniem poczty, przesyłek i wszystkiego, co do nas dociera. Nic nie idzie dalej, póki nie przejdzie przez twoje ręce. Jeśli masz kogoś zaufanego, to znajdź sobie do pomocy. Ale nie więcej niż dwie osoby. Najlepiej jedną. A ja… — westchnął. — trzeba skontaktować się z Blackiem i Lockerbie i… znowu wyruszyć w teren — podsumował, po czym streścił im zawartość listu, uświadamiając im, że to on zajmie się wyśledzeniem Ku Klux Klanu.
Jego podwładni słuchali i przytakiwali. Sprawa wyglądała poważnie, a oni mieli swoje zadania i na nich mieli się skupić.
— Czyli te całe serca, o których piszą, zostawiamy im. Ale co ze Smithem? Zgubili jego ślad — odpowiedziała Adela na koniec. — Nawet jeśli odkryjemy, o co w tym wszystkim chodzi, wciąż będzie trzeba znaleźć tych ludzi.
— Pozwolę sobie zauważyć, że Black pisał o prawdopodobieństwie bycia śledzonym — wtrącił Isaac. — Zasugerowałbym mu założenie pułapki i złapanie tego ogona. Żywego, ale to by trzeba mu dodatkowo podkreślić. Moglibyśmy go przesłuchać, jeśli byli członkowie KKK nic by nie wiedzieli.
Nicholas rozważył wszystkie za i przeciw.
— Mamy kogoś w Chicago? — spytał nagle, nie odpowiadając w żaden inny sposób na sugestię Hamiltona. Nie mógł ot tak wysłać im listu, skoro ich „ogon” mógł przechwycić informacje. Musieli działać okrężnie. Starać się nadgonić przewagę przeciwnika.
— Nie, najbliższy jest mąż pani Allen — wyjaśnił Isaac, zerkając na kobietę i delikatnie kiwnął jej głową. — A od drugiej strony my.
Nicholas potarł twarz zdrową dłonią.
— Nie możemy im wysłać listu. I tak wiedzą, gdzie są, to go przechwycą — podzielił się z resztą swoim problemem i zawarczał, wściekły na swoją bezsilność. — Trzeba do nich dotrzeć okrężną drogą. Może opracować szyfr i przesłać go w częściach, aby ich ogon nie przechwycił całości? — spytał, licząc na jakieś dodatkowe pomysły.
— Najpierw musimy wymyślić jakiś szyfr, więc może na razie napisz im zwyczajnie, żeby nie ruszali tyłków z tego Chicago — zasugerowała Adela, poprawiając wchodzący na czoło, brązowy lok. — Niech robią swoje, a my zajmiemy się naszymi zadaniami.
— To równie dobrze możemy im nic nie pisać. Dopiero kiedy coś znajdą, może opuszczą miasto — odparł Nick, szukając najlepszej drogi. Pokręcił głową. — Zobaczę, a na razie zabiorę z kwatery dokumentację, przewiozę ją do Mavericka, to ktoś będzie jej pilnował, a w międzyczasie sprawdzę tych, co mamy spisanych z Łotrów Pogranicza.
— O! — Adela wskazała go dłonią, popierając ten pomysł. Wstała przy tym i otrzepała tyłek z ziemi, co nie umknęło spojrzeniu Isaaka. — Mogą coś wiedzieć, w końcu niejeden był cichym zwolennikiem Klanu.
Cała trójka wiedziała, jak to się działo przed wojną. Isaac może nie z autopsji, ale miał bardzo obszerną wiedzę w wielu dziedzinach i zdawał sobie sprawę, kim byli Łotrzy Pogranicza. Krótko mówiąc, byli ludźmi, którzy przed wojną bardzo nie chcieli, żeby Kansas stało się stanem wolnym od niewolnictwa. Robili wszystko, by czarni dalej byli na usługach białych i niestety jeszcze wielu z nich żyło. Zdaniem Hamiltona powinno się ich wszystkich zamknąć lub powiesić, ale może dzięki temu, że wciąż niektórzy chodzili po amerykańskiej ziemi, jakoś będą mogli dotrzeć do Smitha.
— Trochę ich przycisnę, przy okazji zakręcę się bardziej na północy. Trzeba to ogarnąć. Tak samo jak znaleźć tę cholerną zadrę w organizacji. Nic nie zrobimy, jak informacje będą nam się wylewać bokiem! — syknął Nicholas i spojrzał wymowniej na Isaaca. Ten dostał poważne zadanie i nie było co się z tym kryć.
— Tak jest, generale. Znajdę szczura i jeśli tak się stanie, będziemy mieć idealny obiekt do przesłuchania — odpowiedział Isaac ze specyficznym uśmieszkiem.
I tak się złożyło, że w tym samym momencie zagrzmiało w oddali. Adela spojrzała tam, gdzie nad drzewami zaczęły zbierać się ciemne chmury. Skrzywiła się, zakasała spódnicę i podeszła do swojego siwka.
— Wszystko wiemy, zostaje nam brać się do pracy! Nick, muszę wziąć od ciebie kamyki. W drogę, panowie, w drogę!
— Przekażę ci wszystko, jak wrócimy. Isaac, ty jedziesz przodem, zrobisz zamieszanie na dole, odwrócisz uwagę jak największej ilości osób, a my wyprowadzimy co się da z kwatery. Dziś zostajesz tu już sam — generał wskazał go palcem, jakby ostrzegał dziecko, które ma samo zostać w domu, aby dobrze się sprawowało. Było to też swoista groźba, że ma niczego nie spartolić. I mimo że generał Orkenzy był bardzo surowym dowódcą, to Hamilton wiedział, że jako jedyny z młodych członków agencji zostaje obdarzony tak dużym zaufaniem.
— Tak jest — odpowiedział formalnie i wskoczył na swojego smukłego konia. Nie czekając na nic więcej, a jedynie rzucając jeszcze jedno, długie spojrzenie na Adelę, spiął wierzchowca i pognał w kierunku samego centrum Kansas City, gdzie mieściła się ich kwatera.
— Mam nadzieję, że to nie on jest szczurem… — Adela westchnęła ciężko, poprawiając lejce.
Nicholas spojrzał za odjeżdżającym Hamiltonem. Skrzywił się i najpierw wdrapał się z wysiłkiem na Ducha, nim odpowiedział swojej towarzyszce.
— Uwierz mi, ja też. Ale tak wkurwiający ludzie nie mogą być szpiegami. A przynajmniej to sobie wmawiam — burknął z goryczą, że ktoś ich zdradził. Bardzo, bardzo mu się to nie podobało. Widział w tym trochę przewrotność losu, bo kiedy działał w małej grupie z tymi, którzy są mu najbliżsi, nie miał potrzeby rządzić. A kiedy tylko zaczął piąć się wyżej w swojej karierze, kiedy coraz więcej osób go otaczało, tym trudniej było komuś zaufać i nie być odosobnionym. A jakie miał wsparcie? Adela przyjeżdżała rzadko, bo zwykle miała interesy w terenie. Show szlajał się nie wiadomo gdzie. Jess zniknęła. A Maverick, jego największa ostoja, zostawał na ranczu, z dala od kwatery. Czasami czuł się w tym wszystkim sam… Ale teraz i tak nie mógł myśleć o sobie. Coś się kroiło, a oni wciąż jedyne co mieli, to poszlaki i materiał badawczy.
— Uwierz, Nick, ja też… Ale trzymajmy się tego, co mamy. Może gdy każdy z nas odwali swoją rolę, to wystarczy poskładać to wszystko w jedną całość.
— Ta… — mężczyzna westchnął markotnie. — I módl się, abyśmy tej dwójki z Chicago nie stracili, bo inaczej będzie jeszcze bardziej krucho — dodał i skinął na kobietę, ruszając na Duchu do kwatery. Inną drogą niż tu przybyli, aby niemalże zakraść się do niej i zabrać wszystko, co się dało i co było powiązane z tą sprawą. Kryjówka w budynku poczty była w tej sprawie spalona i musieli działać szybko, nim ten, kto działał przeciwko nim, dowie się, że wiedzą.
Wyglądało na to, że nie tylko Jefferson Black i William Lockerbie musieli grać na czas.

10 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 43 – Szczury i ogony

  1. Katka pisze:

    Basia, ogon niestety jest na tyle wykwalifikowany, że nie zginął przed Chicago. To chyba dowodzi tego, że nie są w ciemię bici. Jeff i Will powinni mieć się na baczności, zresztą, jak sama zauważasz, Nicholas też. A Jess… hehe, tak, nikt nie wie, co się z nią podziało…

  2. Basia pisze:

    Witam,
    więc i ogon Jeffersona i Williama dotarł do Chicago i jest ich więcej, mam nadzieję, że Ci ich zauważą, Nicholas twoja intuicja tym razem zawodzi, Hamilton jest właśnie zdrajcą, i ma teraz doskonałą okazję do zatarcia swoich śladów i zrzucenia winy na kogoś innego, tak mam jakieś dziwne wrażenie, że ta co ich śledzi to może być Jess, która po prostu jest tutaj kretem bo dawno cos zaczęła podejrzewać, przecież nikt nie wie gdzie się podziała…
    weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. saki2709 pisze:

    Całe szczęście, że odkryli, że mają w agencji szczura. Zastanawiam się tylko, czy Lund, który nim jest, jest brany pod uwagę, czy może jest poza podejrzeniem. Bo się obawiam, że generał go włączy do tego wąskiego grona zaufanych ludzi. Mam nadzieję, że Isaac jest dobrym agentem i wyśledzić szczura. Nie przepadam za nim, ale jeśli jest dobry w tym, co robi, jestem w stanie go znieść i jakoś zaakceptować, mimo jego trudnego charakteru.
    Zastanawia mnie, gdzie wsiąkł Show. Mam wrażenie, że facet zapadł się pod ziemię. Mam nadzieję, że Ad go odnajdzie. I że wybada, o co chodzi z tymi kamyczkami. Trochę dużo ma do roboty, ale wierzę, że da sobie radę. Gdyby było inaczej, Nick nie powierzałby jej tak ważnych zadań.
    Zastanawia mnie jeszcze jedno, a mianowicie to, czy Lund działa sam, czy w agencji jest więcej szczurów.
    A co do ogona, to rzeczywiście intrygująca sprawa. Byłoby ciekawie, gdyby ta babka, której imienia nie znamy, naprawdę była siostrą generała. Nie to, że teraz jest nieciekawie. Cokolwiek się nie okaże, będzie to na pewno interesujące.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

  4. Shivunia pisze:

    Fanuviel >> No niestety, nie wysyłają się tu obrazki. Na Fb czasami też tak jest jak się wysyła jakieś bajerki z komórki to albo zamienia je w kwadraty albo w swoje fejsbuczkowe odpowiedniki.
    A pisanie na nietrzeźwo to zło. Coś o tym wiem. Ale dobrze i tak, piątek jest. To lepsze niż środek tygodnia ;p

  5. Fanuviel pisze:

    Na koncu poprzedniego komentarza dodałem pandę na tel a na kompie wyświetla się kwadracik ;( Szpiegiem jest ten mechaniczny kruk ;> On, a raczej jego pan. A jego panem jest…………………….. Nie wiem ;( Ale cieszę się, że nie wiem :D Jezu, ja znów na nietrzeźwo pisze, zabierzcie mnie internety XD

  6. Katka pisze:

    Fanuviel, hehe, kobitka jest dość istotna, to mogę zapewnić. A co do szpiega, już coś niecoś o tym zdaje się było wcześniej, na pewno jak się poszpera, poczyta, to się znajdzie ;) Ale co do śmierci na koniec… cóż, zobaczymy, w końcu robi się niebezpiecznie!

  7. fanuvielrosenmart pisze:

    Też mam wrażenie, że wiem kim jest ta kobitka w skórzanym gorsecie ale też nie będę tu tego pisał xD
    Swoją drogą ciekawi mnie jak diabli kto jest szpiegiem. Czy będzie to ktoś znajomy czy jakiś random.
    Akcja coraz bardziej nabiera tempa, mam nadzieję, że nie zginie nikt fajny na koniec bo będę płakać ;(((((((((
    Już nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału 🐭

  8. Katka pisze:

    Daughter of Wind, och, jak ja lubię, jak Wy kombinujecie… XD Ściska mnie, żeby coś zdradzić, ale powiem jedno – tak, niepodanie imienia towarzyszki Hibikiego nie było przypadkowe, więc punkt dla Ciebie! :D

    Illita, nooo, jest się o co bać, bo oni zdecydowanie pozytywnych zamiarów wobec Jeffka i Willa nie mają… A co do Twojego poprzedniego komentarza – mrrrrrr, też lubię sielankę XD Jest w niej coś fajnego, się robi tak słodko na sercu, szczególnie jak para swego czasu była wobec siebie mniej czuła. A tutaj panowie dali się ponieść emocjom i uczuciom. Dziękujemy bardzo za te miłe słowa :D

  9. Illita pisze:

    Ranyranyranyrany! Siedzę po prostu jak na szpilkach! Nie wiem jak doczekam do następnego, tak się boję że coś zrobią Jeffowi albo Willowi! Ale dobrze że w kwaterze się zorientowali że mają szpiega, oby jak najszybciej coś z tym zrobili D:

  10. DaughterOfWind pisze:

    Mam wrażenie, że imię towarzyszki Hibikiego nie bez powodu nie zostało podane (chyba, że zostało, ale nie zauważyłam). Jakoś tak, nasunęło mi się, że to ktoś z pozornych sprzymierzeńców, czyli… na przykład Jess. Ciekawostka…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s