Across The Cursed Lands II – 41 – Niczym pan młody

Udało im się odświeżyć na czas i kiedy weszli do jadalni, służące właśnie rozstawiały jedzenie na stole. Wszystkie meble pasowały do siebie, jakby wykonane przez jednego człowieka. Każdy ozdobiony metalicznymi uchwytami i żłobieniami w drewnie. I tutaj o swoistym przepychu przypominały piękne, jasne kotary, obrazy i inne zdobienia. Nawet sztućce okazały się być wykwintne, kiedy Jefferson już usiadł i miał okazję się im przyjrzeć.
— Wiem, że William pija whisky, bardziej gardzi winem, ale może pan się napije do kolacji? — Castor, który siedział na końcu stołu, naprzeciwko swojej żony, zwrócił się do Rangera, gdy już przestali szurać krzesłami przy zajmowaniu miejsc.
— Jeśli to nie problem, to też wolałbym jednak whisky — odparł Jefferson, nie gustując w kwaśnym, owocowym trunku. Chociaż zapewne, jakby tylko to było i podano mu wino, to by wypił.
Castor przytaknął i skinął na białego, młodego mężczyznę w stroju służącego, który stał przez cały czas przy niskim kredensie przy drzwiach, czekając na rozkazy.
— Podaj wino mnie i pani domu, a naszym gościom whisky.
Przez ten moment Jefferson mógł bliżej przyjrzeć się mężczyźnie i trochę ocenić jego podobieństwo do Williama. Znikome podobieństwo. Jedyne, w czym ta dwójka faktycznie mogła być identyczna, to wzrost. Poza tym różnili się budową ciała, kolorem włosów i oczu, bo te ostatnie Castor miał ciemniejsze, zielone. Do tego owalny kształt twarzy, małe oczy, za to pełne wargi i wyrazisty, mocny podbródek.
Pani domu za to była bliższa Williamowi. Albo to on był jej bliższy, przez swoją jasną karnację, jasne włosy i trójkątną twarz.
— Dziękuję. Za kolację i gościnę — dodał jeszcze Jefferson. Nie czuł się swobodnie.
— Z tym dziękowaniem za kolację niech pan zaczeka… — usłyszał ciche, mrukliwe słowa gospodarza, który wypowiedział je tak, aby jego małżonka nie słyszała.
Ułatwiło mu to wchodzenie i wychodzenie służby, która rozstawiała półmiski z jedzeniem na stole. Wtedy właśnie Jefferson domyślił się, co Castor mógł mieć na myśli. Półmiski pełne były kartofli, sałatek, kukurydzy, marchwi, była zupa warzywna, były sery i pieczywo. Żadnego mięsa. Nic.
— Do diabła, Marion, niech podadzą chociaż rybę! — Castor zwrócił się nagle do żony, gdy z nadzieją popatrywał za służbą, a ta w końcu całkiem zniknęła, najwyraźniej nie zamierzając, mimo obecności gości, przynieść mięsa.
Jefferson w osłupieniu spojrzał na talerze, a potem… na Williama. Jego spojrzenie mówiło jasno — „zabiję cię”. Ten za to odpowiedział wymownym spojrzeniem, jakby chciał przekazać, że przecież mógł się tego domyślić, ale Jefferson nie wyglądał na uradowanego taką odpowiedzią. Nie skomentował, tylko z goryczą słuchał słów matki Williama.
— O tej porze roku? Castor, chcesz nas wszystkich potruć? Zresztą, ta dieta ci służy, William zapewne tęsknił za domową kuchnią, a nasz gość nie będzie rozczarowany. Wybrałam najlepsze przepisy od Polly.
Gospodarz zaklął bezgłośnie, ale w końcu wskazał dłonią „smakowitości” na stole i sam zaczął nakładać sobie jedzenie.
— Zatem… smacznego — mruknął. — Kobiety nie przegadasz.
Marion prychnęła z udawanym oburzeniem.
— Na pewno się najedzą — mruknęła trochę do siebie, a jej małżonek przewrócił oczami i zwrócił się do Jeffersona:
— I może powiecie nam, co to macie za zadanie i co was tu do nas sprowadziło, co? Na południu jakieś niepokoje?
Jefferson, uznawszy, że takie przekomarzanie się mają na co dzień, zignorował je i odpowiedział gospodarzowi:
— Nie większe niż zwykle, a przynajmniej teraz. Jak wspomniał William, przybyliśmy tu z zadaniem, a że słyszałem, że są tu odpowiednie warunki ku temu, to… mam przyjemność u państwa gościć.
— Bo, gwoli ścisłości, chodzi o warunki medyczne. Południe może i ma dobre szpitale, ale nie mieliśmy czasu ich szukać, a i nie ma pewności, że miałbym tam taką swobodę jak tutaj — dopowiedział William, zwracając się głównie do matki, ale z uprzejmości zerkał na ojca. Nalewał sobie przy tym dużą chochlą kremową zupę. — Musimy zbadać narządy w ramach zadania od rządu. Możemy tylko powiedzieć, ojcze, że to coś do rozwikłania, więc sami nie wiemy, czym do końca się zajmujemy.
— Od rządu? — Marion zaciekawiła się. — I jest to związane z medycyną? To ten nie powinien was wspierać?
— Mamo, to jest tajne zadanie, o którym nie może wiedzieć właściwie nikt. Nie możemy zwyczajnie wejść do najbliższego szpitala i powołać się na rząd oraz powiedzieć, że musimy przebadać zgniłe serca. Musimy to zrobić po cichu, najlepiej w twoim domowym laboratorium — odpowiedział poważnie William i usiadł już z serwetką na kolanach, by zabrać się za jedzenie zupy.
— To przyznam, że pan nie wygląda na lekarza — Castor zwrócił się do Jeffersona. — Rangerów chyba nie szkolą w medycynie?
— Nie, nie. Ja tu jestem ze zgoła innego powodu. Dbam o to, abyśmy nie stracili życia. Do Chicago teraz dość trudno się dostać, a i nie tylko na północy roi się od mutacji.
Castor pokiwał głową z powagą, równocześnie z marsową miną jedząc kartofle z warzywnymi dodatkami. Wyglądał, jakby miał ochotę każdy groszek z osobna nabić na pal i cieszyć się tym, jak usycha.
— Mieliśmy z Marion wysłać do Williama wiadomość, żeby nie próbował przyjeżdżać, bo se pewnie nie poradzi i zeżre go jakiś przerośnięty szczeniak. No ale… widzę, że trochę się zmieniło… Od kiedy ty jeździsz konno? — ostatnie słowa skierował już do syna, który uśmiechnął się delikatnie w odpowiedzi.
— Jefferson mnie nauczył.
— To było trudne, ale jego krowa jest bardzo spokojna — dodał Ranger, odruchowo nazywając Pigmenta krową. — Wcześniej podróżował wozem. Słyszałem, że miał uraz do jazdy konnej, ale okoliczności zmusiły nas do pokonania go.
— Uraz? Nazywałeś to urazem…? — Castor prychnął do Williama. — Moim zdaniem nie miałeś do tego jaj, ale dobra.
Lekarz ściągnął delikatnie brwi i odpowiedział ojcu:
— Okazało się, że je mam, skoro mój koń mnie słucha i pokonałem na nim bardzo długi odcinek drogi. Jefferson jest dobrym nauczycielem. I prosił o pokazanie stajni, dobrze?
Gospodarz zerknął na Rangera i przytaknął.
— Ale wciąż wydaje mi się podejrzane to wasze jechanie aż tutaj, by zbadać te serca. Wygląda mi to na kolejną fanaberię Willa. Kiedy dopiero zaczynał swoją przygodę z medycyną, raz przytargał nam do holu zwłoki.
— Tato, nie…
— Które chwilę temu koń staranował na ulicy — Castor, pojadając spokojnie, dokończył nieubłaganie. — Mieliśmy masę nieprzyjemności z władzami.
Jefferson spojrzał na swojego towarzysza.
— Ale nie były to te… zwłoki? — spytał z oporem i niepokojem, kojarząc jedną historię z nieboszczykiem i koniem, jaką opowiadał mu lekarz.
— Castor, inne dzieci znęcają się nad zwierzętami. Nawet same je zabijają i torturują. Nie rozumiem twojego wypominania tej historii. Ten mężczyzna był już martwy. Nie było dla niego różnicy, co się potem działo z jego ciałem — podjęła matka Williama, ze spokojem jedząc sałatkę z pokrojonych kartofli i innych warzyw w sosie.
— Też starałem się tak to ojcu tłumaczyć, ale nie rozumiał — William odpowiedział Jeffersonowi i wyjaśnił jego wątpliwość. — I nie, to nie te zwłoki, o których myślisz. To inne.
Zanim Ranger zdążył z osłupieniem zapytać „to ile ich było…?”, Castor, burcząc i kręcąc głową, dodał:
— Normalne to jest, kiedy się z lasu po polowaniu jelenia przynosi do domu i kroi na obiad, bo dla niego nie ma różnicy. A nie ludzkie zwłoki, o których zbezczeszczenie obwinia nas władza. Krocie pieniędzy na grzywnę poszło. A wam, płaci ten rząd w ogóle? — dodał niespodziewanie do syna i jego towarzysza.
— Tak. Jutro będziemy musieli się udać do banku, aby odebrać wypłatę. Ostatnio nie było jak, czas nas trochę goni — wytłumaczył Jefferson, już nie dodając, że przypuszczali, że nie tylko czas.
— Pokażę Jeffersonowi z rana miasto, załatwimy to, a później pojechałbym z tobą, mamo, do szpitala po odpowiednie narzędzia, dobrze? — dodał William, zwracając się do matki, a w jadalni wreszcie pojawił się sługa z alkoholem, który zaczął rozlewać do przyniesionych ze sobą szklanek i kieliszków.
Jefferson zauważył, że zarówno w jego szklance, jak i lekarza, znajdował się duża bryłka lodu. O, to mu się podobało, nawet bardziej niż jedzenie, jakie miał na talerzu. Nałożył sobie to samo co ojciec Williama, licząc, że słodki ziemniak z gęstym sosem będzie lepszy niż fasola.
— Oczywiście — kobieta przytaknęła swojemu synowi. — Nie będzie problemu. Nawet, jeśli byś chciał, sama mogę zabrać wszystko, co mi polecisz. A powiedz… — poprawiła się na swoim miejscu, a w jej minie widać było zaintrygowanie. — Będę mogła ci jeszcze jakoś przy tym samym sercu pomóc?
Pan domu popatrzył z rezygnacją ponad stołem na żonę, a jego syn odpowiedział:
— Oczywiście, mamo. Tylko musisz nam obiecać, że nigdzie nie przekażesz wyników badań. Nikt nie może się o tym dowiedzieć, ale twoja pomoc bardzo mi się przyda. Najlepiej by było, gdyby nikt nam przy tym nie asystował.
— Dam radę sama ci przy tym asystować. I jeśli jest to tak tajne, to musi być też ciekawe. Musisz mi wszystko o tym opowiedzieć — Marion ekscytowała się, a Jeffersonowi stawało jedzenie w gardle, kiedy słuchał rozmowy matki z synem. Aż spojrzał na Castora pytająco, czy to zawsze tak wyglądało.
Dość wymowny był jego gest, kiedy ten postukał się w czoło palcem wskazującym.
— Więcej sam nauczyłem syna naszego stajennego, niż Willa, więc ja do tego ręki nie przykładam — mruknął do gościa półgłosem i napił się odrobiny ciemnego wina. — Nie polecam panu zaglądania do nich do laboratorium, gdy będą pracować. Niejedna osoba uznała, że to dom obłąkanych.
— Nie zamierzam tam schodzić. Miałem już… okazję doświadczyć fascynacji Williama — odmruknął Jefferson i spojrzał na swój talerz. Był głodny, więc jadł, ale i tak nie był zachwycony posiłkiem.
— To powiem panu, że Marion nie różni się wiele. Na szczęście ma więcej zalet, które to przesłaniają — Castor cały czas mówił półgłosem, a kiedy złapał wzrok żony, rozmawiającej z Williamem na temat nowych pomieszczeń i narzędzi w jej szpitalu w Chicago, posłał jej uśmiech. Ten specyficzny, przyjemny grymas był pierwszym dowodem na to, że Castor potrafi okazywać ciepłe uczucia i jego twarz nie musi wydawać się sroga i naburmuszona.
Kobieta, kiedy tylko to zobaczyła, także uśmiechnęła się do niego.
— Moja maruda — zaśmiała się i odezwała się głośniej, aby syn i gość oraz małżonek ją słyszeli. — Ale zmieniając temat, na przyjemności jeszcze będzie czas, czyż nie, Will? A teraz może opowiedzcie nam jeszcze trochę o drodze do Chicago? My nie zapuszczamy się za mur.
Zarówno Ranger, jak i jego jasnowłosy towarzysz nie dziwili się tym słowom. Ten drugi, kiedy wyjeżdżał z Chicago dwa lata temu, miał mimo wszystko dość łatwą drogę. Teraz liczebność zmutowanych drapieżników sprawiała, że droga nie była bezpieczna. Zresztą, jeśli wieść o wielkości kopalni upiorytu rozniesie się na resztę Stanów, nie tylko zwierzęta mogły być zagrożeniem, ale również ludzie liczący na bezprawny, łatwy zarobek.
— Wiele przeszliśmy, mamo. Przyjechaliśmy aż z Galveston, większą część drogi konno — zaczął opowiadać William, jedząc niespiesznie i popijając whisky. Na szczęście co raz zjawiał się sługa, który im dolewał, więc gardło mu nie zaschło. Opowieść za to była na tyle długa, choć niezbyt dokładna z racji tajności sprawy, że zahaczyła o deser.
Dopiero kiedy zrobiło się już dość późno, by pani domu uznała, że czas dać gościom odpocząć, odeszli od stołu.
— Pokażę twojemu towarzyszowi stajnię — Castor powstrzymał Williama, który już chciał to zrobić. — Ustalcie z matką jutrzejszy plan, żeby nie musiała czekać na ciebie w domu z tym wyjazdem do szpitala, nim wrócicie z banku.
— Ojciec dobrze mówi. Chodź, pokażę ci moje nowe narzędzia — kobieta ujęła syna za dłoń, chwytając się też za sukienkę, aby łatwiej jej się szło.
William jeszcze obejrzał się na Jeffersona i ojca, ale w końcu przytaknął i podał matce ramię. W tym czasie Castor klepnął Jeffersona w plecy i skinął na niego, aby poszedł jego śladem.
— Ma pan pięknego konia. Rzadko się widuje takie zwierzęta. Już nawet te łyse, mięsiste rumaki, których używają na kopalniach, częściej ostatnio widzę — pochwalił Oficera, idąc z Rangerem przez przedpokój do najwyraźniej tylnego wyjścia z domu.
— Właśnie. Widzieliśmy je przy tej kopalni upiorytu. Co to za konie? Nigdy takich nie widziałem — Ranger szedł z mężczyzną, zainteresowany tym, co ten mógł opowiedzieć o nowym Chicago.
— Bo nie widziano ich nigdzie indziej niż przy kopalniach przy Chicago. Używali zwykłych koni pociągowych, ale źrebaki rodziły się już inne. Ja się tym tak nie interesuję, ale mówi się, że żyją cholernie krótko, szybko rosną i w końcu zabija je… Marion coś o tym mówiła… do diabła, nie pamiętam. Mówiąc prościej, prawdopodobnie przez przyrost mięśni, serce nie wytrzymuje czy coś — pan domu machnął ręką i w końcu otworzył dwuskrzydłowe drzwi wiodące na ogród.
Właściwie Jefferson nazwałby to, co ujrzał sadem. A przynajmniej tę część po prawej stronie, bo tam właśnie bardzo gęsto rosły drzewka i krzewy owocowe, a dopiero kawałek dalej, gdzie dochodziło się ścieżką, dało się dostrzec altankę. Castor za to od razu pokierował się na lewo, gdzie stały stajnie.
— To niepokojące, co pan mówi. I mimo że padają, dalej je rozmnażają? — spytał, oglądając bardzo zadbany i duży budynek stajni. Niektóre boksy miały okna na ogród, więc już stąd Ranger zauważył, że stajnia nie jest duża bez powodu, czy dla kaprysu.
— Tak, bo są cholernie silne, pracowite i wydajne. Mało mają z życia te zwierzaki — Castor na koniec skrzywił się z niesmakiem i zaprowadził Rangera do boksów, w których znajdował się Oficer i Pigment. — Jak jest pogoda, wyprowadzamy je na zewnątrz, więc nie kiszą się tutaj cały dzień. Mój by tego nie zniósł.
— Oficer zwykle tylko noce spędza w stajni, bo z reguły jestem z nim w drodze. Będzie dobrze więc, jak go się wypuści. Nie powinien być agresywny, chociaż jest dominujący.
— Mam nadzieję. Ale jak będziecie rano szli w miasto, nie polecam brać go ze sobą. Jak żył podróżami na południu, to się wystraszy automobili — poradził Castor i zatrzymał go dłonią. — Niech pan tu chwilę poczeka — poprosił, zostawiając go przy Oficerze i wychodząc na moment drugimi drzwiami stajni.
Jefferson chciał odpowiedzieć, że mężczyzna nie docenia Oficera, bo ten nie tracił zimnej krwi nawet podczas ataków dzikich zwierząt, więc miasto nie powinno być dla niego koszmarem, ale na razie poczekał.
Castor zresztą wrócił dość szybko. Trzymał w dłoni coś zawiniętego w odpowiedni materiał, a kiedy zbliżył się do Rangera i odwinął go… ten ujrzał suszone mięso.
— Widziałem, że nie jest pan fanem ziemniaków — rzucił, częstując go swoimi tajnymi zasobami. — Byle pan przy Marion nie wypaplał.
Jefferson zaśmiał się i sięgnął po jedzenie.
— A jednak panu dieta małżonki aż tak nie służy, jak ta twierdzi. Ja sam nie wiem, jak William przetrwał tę podróż na fasoli i bulwach — rzucił, nawet nie myśląc, aby wydawać zbawcę jego żołądka.
Ten również sięgnął po mięso, oparł się plecami o twardą belę przy boksie Oficera i zaczął rzuć.
— Will jest ulepiony z tego, co moja żona. Jakoś na tym żyją, choć Marion kiedyś próbowała tylko na warzywach. Robiła się coraz bledsza, słaba i dopiero inny lekarz uświadomił ją, że warto przynajmniej jeść ryby.
— William pija też mleko, jak jest okazja. Jada też jaja. Chociaż lepiej, jak nie wie, gdzie je znalazłem — zaśmiał się Jefferson, wsuwając jedną dłoń w kieszeń, a drugą trzymał mięso, które pojadał. Zdecydowanie bardziej mu smakowało. Oficer też wyciągnął swój czarny łeb, aby powąchać. Nie dostał nic, ale został pogładzony po chrapach. — W ogóle Will się go strasznie z początku bał — dodał, wskazując brodą na konia.
— Will strasznie bał się wszystkiego, co ma cztery nogi i nie jest stołem.
Ranger wybuchnął głośnym śmiechem na taką docinkę.
— No! To dobre porównanie! — wskazał mężczyznę, dalej się śmiejąc i komplementując go za te słowa. — Ale w końcu nauczył się nawet strzelać. Chociaż szczytem jest raczej strzał w drzwi stodoły.
— Co…? — tym razem Castor nie dowierzał. — Strzela, jeździ konno… Jeszcze niech mi pan powie, że pije deszczówkę ze śladów po końskich kopytach, to wybiorę się w podróż szukać mojego prawdziwego syna — skomentował z lekkim uśmiechem, niespiesznie, ale zdecydowanie ze smakiem jedząc suszone mięso.
Lampka naftowa nad ich głowami dawała blade światło, a ćmy chętnie się do niej zlatywały. Bujała się specyficznie, no i panował tu bardziej znajomy Jeffersonowi zapach, niż chociażby ten w domu.
— Nie, do tego mu jeszcze daleko, ale w miarę przywykł do nocowania pod gołym niebem. Boi się dalej tak samo wszystkiego, czego nie oświetla ognisko, ale odkąd spotkałem go w Galveston, na zjeździe naukowców, trochę się ogarnął. Co nie zmienia tego, że piszczał jak opętany, kiedy udało mu się ustrzelić furkę.
— To małe, futrzaste? — Castor pokręcił głową.
— Ta, to małe, co jest takie pokraczne.
— Dwa lata syna nie widziałem, a inny człowiek mi do domu wrócił. A jeśli o tym mowa, zostajecie na dłużej?
Jefferson wzruszył ramionami.
— Nie wiemy, na ile, bo to zależy, jak przebiegną wyniki badań, czego ja się dowiem, czy dostaniemy nowe wytyczne. Nic nie jest ściśle ustalone — wyjaśnił i wpakował ostatni kęs mięsa do ust. Zaklął, kiedy jeszcze miał je pełne. — Miałem głupią nadzieję, że w mieście zjem w końcu coś normalnego, a nie dziczyznę i suszone mięso.
— Dużo nowych barów postawili. Coś na pewno znajdziecie, gdy będziecie rankiem miasto oglądać — zapewnił Castor, samemu też kończąc jedzenie. Materiał, w który zawinięte było mięso, zwinął i wcisnął do szerokiej kieszeni pobrudzonych spodni. — To co? Upewnił się pan, że konie mają dobrze i możemy wracać? Pewnie padnięci jesteście po podróży.
— Tak, chociaż przypuszczam, że i tak zabiorę jutro Oficera. Niby jak mielibyśmy zwiedzać miasto? Przecież nie piechotą — zaśmiał się i obejrzawszy się jeszcze na swojego ogiera, wyszedł ze stajni za ojcem Williama.
Wymienili jeszcze kilka zdań na temat zmian w mieście, szczególnie w zakresie transportu, co wynikło z rozmowy o koniach. A w holu pożegnali się, gdy Castor zamierzał udać się do łazienki, a Jefferson już na górę, do swojej sypialni. Ten wielki dom nadal go przytłaczał, ale wizja wygodnego łóżka mogła nie okazać się wcale taka zła.
Gdy tylko dotarł do swojego pokoju i zaczął się przebierać, usłyszał pukanie i po chwili w progu pojawił się William — już w białym stroju do spania.
— Przyszedłem życzyć miłej nocy — powiedział, wchodząc na chwilę i zamykając za sobą drzwi. — Widziałeś stajnię?
— Tak, jest ogromna. Twój ojciec chyba lubi konie — odparł Jefferson, rozbierając się w tym czasie. Mimo zmienionych warunków, nie krępował się obecnością Williama. Już tyle czasu podróżowali razem. Ten nie raz musiał widzieć go nago, nawet jakby nie dzielili między sobą pragnień. A teraz dodatkowo oglądał jego ciało, przysiadając na miękkim fotelu obok komody. Pokój był bardzo podobny do jego sypialni, ale w odrobinę ciemniejszych barwach.
— To prawda, lubi. Lubi też polowania i kolekcjonuje bronie, więc może ci któregoś dnia pokaże.
— Będę wkupywał się w łaski twojego staruszka jak pan młody? Zresztą, nie taki zły byś miał ten posag — zażartował Jefferson, ściągając już spodnie z twardych pośladków i ud, na których spoczęło łakome spojrzenie Williama. Och, jak on miał ochotę ich dotknąć!
— Nie jestem pewien, czy rodzice byliby zadowoleni z takiego pana młodego. A raczej w ogóle z „pana” młodego — odpowiedział z delikatnym uśmiechem. — Chociaż mi się taki… bardzo podoba — dodał, przesuwając wzrokiem po rowku mężczyzny.
— Na tyle, że założyłbyś suknię ślubną, aby potem skonsumować małżeństwo? — zadrwił Jefferson i sięgnął po bieliznę, aby ubrać ją do snu, chociaż wątpił, aby jej potrzebował. W domu było gorąco, a nie tak jak na trawie przy ognisku.
— Nie, Jeff, nie ubrałbym sukni ślubnej. To niedorzeczne — William pokręcił głową i kiedy mężczyzna już się ubrał, podniósł się z fotela i zbliżył się do niego. — Cieszę się, że udało nam się tu dotrzeć żywymi — powiedział i objął go od tyłu.
Ranger spojrzał najpierw na jego dłonie, potem na twarz lekarza przez ramię. Odwrócił się w jego ramionach i pocałował go krótko. Potem podwinął mu opaskę na oku i tam też go cmoknął. Jakoś lubił to miejsce, mimo że było dla samego Williama czymś negatywnym, co nie powinno się pokazywać światu.
— Ja też. Chociaż bardziej, że udało nam się dotrzeć żywymi, niż że tu konkretnie — dodał wymownie i nim lekarz odpowiedział, znowu go pocałował. — Ale teraz na nic nie licz. Padam. Nie spałem dobrze od prawie tygodnia.
Ujrzał zrozumienie na twarzy swojego towarzysza i domyślał się, że ten czuł się podobnie. A może nawet gorzej, bo przecież był znacznie gorzej przystosowany do takiej drogi niż Ranger.
— Też jestem zmęczony. Poprosiłem, by nie budzić nas, póki sami nie wstaniemy. Jestem pewien, że lepiej będzie się nam pracować, gdy będziemy wypoczęci — odpowiedział, chociaż nie odsunął się od razu. Skoro nie mógł spać z Jeffersonem, chciał przynajmniej na chwilę przed snem poczuć tak blisko jego ciało.
— Raz możemy się dobrze wyspać. Nie zaszkodzi nam — przytaknął Jefferson, także obejmując Williama w talii. — Synek mamusi — zadrwił jeszcze z ciepłym uśmiechem.
— Tak, nie da się ukryć podobieństwa, wiem. I teraz cieszę się, że mój ojciec nie jest do mnie podobny. Przynajmniej z jego strony nie nasłuchasz się o medycynie i wegetarianizmie — odpowiedział William, oddychając spokojnie. Całą drogę do Chicago był napięty i czujny, a teraz wreszcie mógł się zrelaksować. Chociaż tak, był wyjątkowo zmęczony, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie tą ciągłą niepewnością o swoje życie i szokiem związanym ze zmianą rodzinnego miasta.
— Właśnie, jutro idziemy coś normalnego zjeść. Lubię suche mięso, ale muszę zjeść coś zjadliwego — Jefferson stuknął lekarza palcem w klatkę piersiową. — I nie ma przebacz. Ale teraz… — pocałował go znowu — idziemy spać. Im swobodniej się czuję, tym bardziej odpływam.
— Dobrze, dobranoc. Mam nadzieję, że będzie ci wygodnie — dodał jeszcze lekarz, oglądając się na tę wręcz luksusową sypialnię i z niechęcią go puścił. Przy tym jeszcze delikatnie musnął jego dłoń palcami.
Gdy był już w progu, jeszcze obejrzał się na Jeffersona i uśmiechnął się do niego delikatnie. Wyglądał teraz w tej białej, bufiastej piżamie jak nieletnia córka gospodarza umykająca chyłkiem w nocy z sypialni swojego kochanka. A Jefferson, silny, śniady mężczyzna z południa, był jej nocnym marzeniem. W tej kwestii wiele było prawdy.
— Dobranoc — rzucił jeszcze, nim drzwi za młodym Lockerbie się zamknęły, a Ranger został sam w eleganckim, przestronnym pokoju, sam na sam z łóżkiem.
Mógł zasnąć. W końcu.

13 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 41 – Niczym pan młody

  1. TigramIngrow pisze:

    Hahahahaha „Kiedy dopiero zaczynał swoją przygodę z medycyną, raz przytargał nam do holu zwłoki.
    — Tato, nie…
    — Które chwilę temu koń staranował na ulicy.(…)
    — Ale nie były to te… zwłoki? — spytał z oporem i niepokojem, kojarząc jedną historię z nieboszczykiem i koniem, jaką opowiadał mu lekarz.(…)
    — I nie, to nie te zwłoki, o których myślisz. To inne.
    Zanim Ranger zdążył z osłupieniem zapytać „to ile ich było…?””
    Piękna scena!

  2. Katka pisze:

    Basia, istnieje duże prawdopodobieństwo, że kochana żona wie, co wyprawia jej mąż poza domem i jakie ma przygody z mięskiem XD Ale jest kochany, więc niech mu będzie ;) Hehe, a tekst ze stołem to faktycznie niezły wyszedł, pojazd po synku po całości XD Ojciec nie zna litości. Także życzymy wesołych i spokojnych świąt! :)

  3. Basia pisze:

    Witam,
    pan Carter jest naprawdę zdziwiony zmianą jaka zaszła w Williamie… hahah on także jak widać nie przepada za warzywkami i ma ukryte mięso, choć podejrzewam, że jego żona o tym wie i tylko przymyka na to oko, przecież nic się przed kobietą nie ukryje ;] rozbawił mnie tekst, że Will boi się wszystkiego co ma cztery nogi i nie jest stołem..
    chciałam wam dziewczyny życzyć wesołych i spokojnych świąt
    sporo weny życzę
    Pozdrawiam serdecznie

  4. O. pisze:

    Ale słodko! Mój brat żenił się 20go września! <33333333333 Soł Jeff bierz przykład! W sensie, nie żeń się ale bądź jak pan młody! ;D
    Ha! Czekam na to rozdziewiczenie sypialni! Ogólnie podobało mi się to, że Will jest niczym swoja matka a Jeff jak jego ojciec :D W sensie, że mogą stworzyć podobny do nich związek ;D

  5. Katka pisze:

    Illita, hahahaa, omg, jaki żarcik XD „Bo moja mi się już znudziła” XD Boże, co za argument, rządzi! Mam ubaw. Ale ooooch w jakiejś rzeczywistości strasznie chciałabym zobaczyć, jak Jefferson prosi Castora o rękę Willa! :D Strasznie słodkie by to mogło być i szkoda, że jest takie nierealne… Och, a co do mentalnego wsparcia… Ile razy mi się marzy, by w jakichś sytuacjach życiowych rzeczywiście któraś postać mogła przynieść wsparcie… Życie byłoby takie łatwiejsze z mózgiem Alexa u boku XD Ale Willuś na pewno Ci pomoże :D

  6. Illita pisze:

    Wyłam ze śmiechu XD Rozmowa Jeffa z ojcem Willa i to ostatnie porównanie mnie po prostu zabiło! Ale dobrze, niech Jeff się wkupuje w łaski, czekam tylko na scenę jak przychodzi do Castora i mówi że chciałby prosić o rękę jego syna XD I jak w tym dowcipie
    „-A czemu?
    -Bo moja mi się już znudziła”
    To trochę głupie z własnych żartów się śmiać ale ta wizja mnie zabija XD Nie mogę się doczekać aż na biologii dojdziemy do anatomii, posadzę sobie mentalnie po jednej stronie Willa, po drugiej jego mamę i zaliczone wszystko na 100% :D No i nie mogę się doczekać tego rozdziewiczania sypialni, chociaż te ich małe czułości są taaaakie słodkie!

  7. Shivunia pisze:

    Whisper >> Nie, studiowałam geografię a przez to przerabianiałam też meteo (chociaż nie kochałam jej na tyle by iść na specjalizację), wiem więc mniej więcej o czym mówisz i jestem ciekawa pracy. Życzę Ci pomyślnych wiatrów ;-)
    A zbolałe serce tez rozumiem i aż dziwie się sobie, że niektóre nasze postacie częściej nie cierpią na syndrom „wszystko kur*a na raz”.

  8. Whisper pisze:

    Katka, czyżby Shiv studiowała meteorologie? Jak trochę posiędzę nad pracą to jak kładę się to mam przed oczami mapy synoptyczne, te wszystkie izobary i inne pierdoły :/ Jeszcze nie wiem czyto mnie jeszcze śmieszy, czy już przeraża.

    Co do prawnika i profesorka to aż nie moge się doczekać. Ja wręcz ich uwielbiałam. Mam nadzieję, że to już niedługo. To by było jak miód na me zbolałe serce po tych dniach zapieprzu. ^^

  9. Katka pisze:

    Whisper, ooo, to praca w pokrewnym temacie do studiów Shiv! Fajnie :) Oby profesorek Peterson pomógł mentalnie. Czuj się przez niego wspierana XD Trzymamy kciuki! A James i Walter na pewno jeszcze na stronie zawitają :)

  10. Whisper pisze:

    Przez te porównania Jeffersona do pana młodego i nocnego marzenia oraz Wlliama do „niewinnej córki gospodarza” na koniec rozdziału, po prostu padłam ze śmiechu.

    Co do pracy, to musze wprowadzić jeszcze małe poprawki i będę mogła się tego pozbyć w poniedziałek. Temat jest z meteorologii o analizie występowania wiatrów sztormowych. Dlatego myśle, że też moge porosić słodkiego profesorka (nawet mi tęskno za nim i za Walterem :'( ) o błogosławienstwo i trzymanie za mnie kciuków.

  11. Katka pisze:

    Whisper, prace dyplomowa zawsze sprawiają, że człowiek ma ochotę umrzeć XD Mam nadzieję, że z Twoją wszystko okej! Trzymam mocno kciuki! A i nie wiem, jak to wygląda z inżynierskimi, ale pochwal się po obronie, jak poszło ;) I może zdradź temat? Cobyśmy wsparcie od jakiejś postaci wysłali XD Tak jak James z IOI mentalnie wspierał Shiv XD

    Tigram, niestety Jefferson to nie William, nie może zawsze XD Ale myślę, że nadejdzie czas, aby ponownie rozdziewiczyć sypialnię Williama i będzie to dużo bardziej… specyficzne i ciekawe niż seks, który mógłby być teraz… ;)

  12. TigramIngrow pisze:

    Kurde. A już liczyłam na jakieś przyjemne zbliżenie! I ten pan młody niósł ze sobą nadzieję na noc poślubną, a tu… „Ale teraz na nic nie licz. Padam.” Smuteczek.

  13. Whisper pisze:

    Niestety przeczytanie rozdziału poczeka do jutra dziewczęta. Dzisiejsza nocka i tak zostanie zarwana . . . Trzymajcie za mnie wszyscy kciuki, dzisiaj muszę wprowadzić wszystkie poprawki promotora do pracy inżynierskiej, jutro dać mu do ponownego sprawdzenia i w tym samym dniu ją oprawić i oczywiście zdać w dziekanacie. . . ;_;
    Pomocy, ja chcę tylko położyć się spać przed piątą :(

    Dobra, pożaliłam się, trochę mi ulżyło wracam pisać! :/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s