No Exit – 14 – Mistrz

— Mm… Idziesz biegać? — wymruczał Marvin, gdy przebudził się przy wstawaniu Jaza z łóżka. Uchylił przy tym powieki i mocniej zagarnął do siebie poduszkę.
— Ta — odmruknął Jasper, przeciągając się, aż mięśnie mu zadrżały. — A ty jeszcze będziesz spać?
— Nie, już się zbieram. Muszę skoczyć po piwo i coś do żarcia — odparł Marvin zaspanym głosem, choć wciąż miał przymknięte powieki. — Napisać do Deana, kiedy będzie… Dobrze, że dopiero jutro mamy ćwiczyć… — Ziewnął.
— Czyli w końcu pracowity dzień. — Jaz uśmiechnął się szeroko. Jakoś lżej mu było po wczorajszym wieczorze.
— Mmm… — mruknął Marvin i znowu się przeciągnął, przewracając się na plecy. — Daj buziaka i spadaj, tygrysie — zażądał, wreszcie patrząc na swojego kochanka. On też był bardziej rozleniwiony.
— Władcza bestia — odparł jego umięśniony mężczyzna z żartobliwą pretensją w głosie, ale i tak pochylił się i spełnił jego prośbę. Przynajmniej w pierwszej części.
Marvin przedłużył nieco pieszczotę, aż w końcu poklepał go po policzku.
— To idź biegać, ja się porozciągam, jak wrócisz zjemy śniadanie i dopiero pójdę na zakupy. Chyba, że Dean napisze, że będzie szybciej.
— Jasne. — Jaz znowu się uśmiechnął i cmoknął go krótko. Wyprostował się, aby ubrać się w dres i czapkę, by nie zmarzły mu uszy.
Po tym, jak pokręcił się przez chwilę po mieszkaniu, wyszedł, aby pobiegać. Jak co rano już od kilku lat.
Marvin tymczasem sięgnął po swój telefon z szafki nocnej i jeszcze nie kłopocząc się wstawaniem czy ubieraniem, odblokował go. Podłożył sobie rękę pod głowę, po czym napisał do Deana: „Jak tam, mistrzu? Wyjechałeś? Kiedy będziesz?”.
Dość długu czekał na odpowiedź zwrotną. Na tyle długo, że nawet miał czas pobawić się telefonem i poprzeglądać zdjęcia, czy sprawdzić wiadomości. W końcu jednak nadeszła odpowiedź.
„Stary… Jest rano. Nie wiem, zaraz się zbieram. Już tak tęsknisz?”
„Sam w łóżku, nagi… Może i tęsknię, pytanie do kogo.” Uśmiechnął się do siebie, pisząc, ale przypomniał sobie, że na drugą po południu ma być u Orvela i od razu uśmiech zastąpił grymas. Dopisał jeszcze, nim wysłał: „Będziesz popołudniu raczej? O drugiej mój pasożyt mnie chce.”.
Dean tym razem odpisał prawie od razu.
„Nie no, stary, to kawałek, takiej fury odrzutowej to ja nie mam. Zaszyj się gdzieś albo poinformuj go, że masz rozwolnienie.”
Marvin nie potrafił powstrzymać się przed lekkim uśmiechem po takiej poradzie. „To stwierdzi, że ustami nie sram. Okej, coś wymyślę. Budweiser, jak zawsze?”.
„Si, amigo. W tej kwestii nic się nie zmieniło.” — brzmiał kolejny sms od starego kumpla.
„Dobra, to ogarniaj się i do zobaczenia, mistrzu.” — odpisał, wysłał i dopiero potem ściągnął brwi w konsternacji. Powinien chyba rzeczywiście uprzedzić Orvela, że nie może przyjść, zamiast po prostu nie przyjść. Wtedy mogłoby być bardzo źle.
Oblizał usta i napisał wiadomość tekstową: „Nie mogę dzisiaj, manager kazał przyjść na próbę, za tydzień występuję. Przyjdę w wolny dzień, nic nie publikuj.”. Wysłał i raptownie wstał z łóżka. Musiał się trochę porozciągać, poruszać. I do tego muzyka powinna pomóc mu się jakoś rozluźnić.
Wyciągnął sobie matę, ubrał się w luźne ciuchy do ćwiczeń, włączył dobrą, satelitarną stację muzyczną z klubowymi rytmami i bez częstych reklam. Tak przygotowany zaczął rozciągać mięśnie. Powoli, nie spiesząc się, aby wszystko było dokładnie i aby nic sobie nie uszkodzić. Był dzięki temu giętki, sprężysty i jakby Jaz chciał, mógłby przećwiczy z nim każdą pozycję z Kamasutry i co by tam jeszcze chciał.
Kiedy już wyginał się mocno w plecach do tyłu i naciągał rozgrzane mięśnie nóg, jego telefon znowu powiadomił go, że dostał smsa. Obejrzał się w kierunku kanapy, na którą go rzucił i zanim wstał, skończył kilka kolejnych skłonów. Odetchnął, wstał, napił się wody i dopiero sięgnął po komórkę. Sprawdził smsa, mając nadzieję, że to Jaz albo Dean. Ten jednak był od Orvela. Chwilę myślał, czy go w ogóle otwierać, ale w końcu usiadł na kanapie i to zrobił.
Wiadomość była treściwa, chociaż zaskakująca: „Okej. Nie myśl jednak, że ci się upiecze.”.
Wypuścił głośno powietrze z płuc i odrzucił na bok komórkę. Zdecydowanie za bardzo się przez tę sytuację stresował. Teraz jednak po jego twarzy przemknął cień uśmiechu. Miał wolny dzień, Dean miał przyjechać, nie musi nic ukrywać przed Jazem…
Z nową energią wrócił do ćwiczeń i rozciągał się, tak aż nie usłyszał otwierania drzwi w mieszkaniu. Był już mocno zmęczony, ale przyjemnie rozluźniony i rozgrzany. Odwalił swoje, a nawet więcej. Zaczął więc zwijać z powrotem matę, zastanawiając się, co mogą zjeść z kochankiem na śniadanie, kiedy nagle usłyszał za sobą niskie mruczenie, a następnie poczuł dłoń na biodrze.
Nim się odwrócił, uśmiechnął się lekko.
— Co mruczysz? Polujesz? — zagadał, wreszcie się prostując i oglądając na kochanka. Od razu wiedział, że to on. Któż by inny?
— Bo się tak wypiąłeś — odparł Jaz, a Marvin może odrobinę zbyt dosłownie go za sobą czuł. Był strasznie gorący i spocony.
— Więc postanowiłeś pomacać? Jak masz ochotę na mięso, to zrobimy boczek smażony — zamruczał Marvin i okręcił się w miejscu, po czym przesunął dłonią po klatce piersiowej kochanka.
— Mi pasuje. Skoczę się tylko odświeżyć. — Jaz cmoknął go w usta, przyjemnie zmęczony.
Marvin przytaknął i już miał pozwolić mu odejść, ale zacisnął dłoń na jego ramieniu i rzucił:
— Orvel pisał.
Jasper od razu się zatrzymał, stężał i zbliżył się, łapiąc kochanka za nadgarstek jego drugiej ręki.
— I? — dopytał z naciskiem.
— Chciał, bym przyszedł o drugiej. Napisałem, że Harley kazał wpaść do klubu i… dał spokój. — Marvin uśmiechnął się lekko, głaszcząc Jaza po karku. Samo podzielenie się tą dobrą nowiną podziałało na niego rozluźniająco. Naprawdę, posiadanie w tym wszystkim Jaspera pomagało mu dużo bardziej, niż mógłby się spodziewać.
— Tak po prostu?
— Z dopiskiem, że mi nie daruje, ale dzisiaj mamy spokój. A teraz idź, ja sprzątnę, umyję się po tobie i zjemy.
Jaz chwilę myślał nad tym, z jakiej okazji niby ten facet ot tak mu dziś odpuścił. Nie śmiał jednak narzekać na taki uśmiech losu, więc sam też się lekko uśmiechnął.
— A nie chcesz iść ze mną?
— Zmieszczę się? Jak tak rośniesz? — Marvin oblizał się teatralnie, lustrując jego ramiona.
Młodszy mężczyzna prychnął pod nosem.
— Głupi. Nie przesadzaj. Chodź lepiej.
Marvin potaknął i podążył za nim, gdy tylko schował matę i wyłączył muzykę.

*

— Nie pojmuję tego ruchu. Jest… jest… komiczny. Co seksownego w tym faceci widzą? Nawet zagorzali heterycy? — Jasper siedział na kanapie z nogami na stoliku i palił papierosa, racząc się przy okazji ciepłą herbatą. Oglądał program muzyczny i teledyski, aby może znaleźć gdzieś jakąś inspirację.
Czekali na Deana. Po śniadaniu obejrzeli nawet razem jakiś film, ale teraz nic nie zaczynali, nie wiedząc, kiedy ten przyjedzie. Marvin zdążył wcześniej skoczyć po piwo i jakieś jedzenie, a teraz trzymał nogi przełożone przez uda kochanka, głowę na podłokietniku kanapy i obserwował ekran bokiem.
— Mnie nie pytaj, nie mam pojęcia. Więc… inspiracji w tym, stary, nie znajdziesz — odpowiedział.
— To w czym mam znaleźć? Już kończą mi się pomysły. Czuję się wyprany! — Jaz jęknął żałośnie, wznosząc ręce ku niebu.
— Na szczęście mamy jeszcze choreografa — pocieszył go Marvin, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że Peter nie wykonuje wszystkich swoich obowiązków i zwyczajnie czasem przygotowanie występu jest całkowicie na ich głowie. — I mam nadzieję, że tańczenie ze mną ci się nie znudzi… — dodał, odwracając na moment wzrok od ekranu, by rzucić kochankowi zalotne spojrzenie.
— A co tak nagle pytasz?
— Bo skoro poczujesz się „wyprany”, jak mówisz, tańcząc ze mną, to zacznę się zastanawiać, czy coś ze mną nie tak.
Jasper ściągnął brwi, potem uniósł je wysoko i znowu ściągnął. Robił przez to dość głupią minę.
— Eee… Jestem wyprany z pomysłów, a nie, że tańczę z tobą.
Marvin uśmiechnął się, unosząc wyżej jeden z kącików ust. Bardzo zalotnie i figlarnie.
— Już się nie tłumacz — dodał, szturchając go piętą w udo i znowu odwrócił głowę do telewizora.
— Nie tłumaczę się! — zarzekł się naburmuszony Jasper.
— Mhm… — odparł Marvin na odczepnego, choć tak naprawdę w duchu się uśmiechał.
— Ej, no! — Jaz popukał go po nogach.
— Mmm? — Marvin zerknął na niego. — Jak mnie przekonasz, że się mną nie nudzisz? Bo to brzmiało… — zacmokał — jakby już cię scena nie kręciła. A ja jestem jej częścią, hm?
Jaz chwilę na niego patrzył, ale w końcu uśmiechnął się. Marvin czasami był głupi, ale chyba on też, skoro dawał mi się tak łatwo podpuszczać.
— Ale ostatnio coś ta scena stateczna.
— Już niedługo wracam do gry… — zapewnił Marvin, unosząc się nieco i pocałował kochanka w usta.
Jaz przewrócił oczami i wzruszył ramionami z rozbawieniem, odsuwając się od niego.
— Niedługo, niedługo, a ja nie wiem, czy jeszcze coś z tego pamiętasz. — Zaśmiał się, we własny i bardzo oczywisty sposób podpuszczając Marvina.
— Mam ci tu mały pokaz zrobić, jak się umiem ruszać? — zamruczał starszy mężczyzna, patrząc mu w oczy. Od wczorajszego wieczoru było mu tak dziwnie lekko, mimo że nadal w podświadomości mu tkwiło, że nie pozbyli się problemu.
— Jeśli jeszcze umiesz.
Marvin oblizał usta, jeszcze chwilę tylko mierząc go świdrującym spojrzeniem, ale gdy w stacji muzycznej poleciał jakiś bardziej odpowiedni do tańca kawałek, uniósł się z kanapy. Nic też nie odpowiedział, tylko przełożył jedną stopę przez oparte o stolik nogi kochanka, stając przez to w rozkroku i zaczął ruszać tyłkiem. Powoli, zmysłowo i nawet zrzucił bluzę, by zaprezentować kochankowi opięte czarnym, obcisłym podkoszulkiem ciało.
Jasper w myślach się uśmiechnął, na twarzy jednak miał znużony wyraz.
— Tylko tyle? — prychnął, chociaż oczy i tak go zdradzały. Wodził nimi łakomie po ciele Marvina, jakby obserwował talerze pełen smakowitego jedzenia.
— Tylko? — powtórzył jego kochanek, po czym powoli, wciąż kusząco falując swoim ciałem, pochylił się do Jaza. Położył jedną dłoń na oparciu kanapy, obok jego głowy, a drugą złapał go za nadgarstek i położył jego rękę na swoim pośladku. I machnął nim lekko, wpasowując się w przyspieszenie rytmu piosenki w tle.
Młodszy mężczyzna ścisnął go, delektując się tą przyjemną sprężystością. Ciało Marvina było po prostu za dobre. Nie miał pojęcia, jak dużo trzeba by było mieć samozaparcia, żeby nie dać się skusić temu mężczyźnie. Jak sam miał tak dużo samozaparcia, że tańcząc z nim tak długo, byli tylko kumplami. Na szczęście to się zmieniło, a ich życie w pracy na tym nie ucierpiało, jak początkowo się obawiał.
— No… Już trochę lepiej — wymruczał z łaską, mimowolnie zaczynając się podniecać.
— Trochę, mówisz…? — odparł Marvin, najpierw zsuwając dłoń po kanapie na jego ramię, tors i brzuch, po czym wyprostował się znowu i wyprężył kilka razy do tyłu, niemalże falując swoim ciałem. Było naprawdę strasznie giętkie, przez co ruchy nabierały na płynności.
Jaz w bardzo scenicznym ruchu przesunął mu rękę najpierw na uda, potem na pośladki, zrównując w ten sposób obie dłonie na ciele kochanka. Potem uniósł się z oparcia i wodząc palcami po jego ciele, w końcu zacisnął je na szyi starszego mężczyzny.
— Trochę — powtórzył z niskim warkotem i kiedy już miał przyciągnąć te soczyste usta do pocałunku, z niedaleka rozdzwonił się telefon.
Marvin aż sapnął, patrząc mu w oczy i wysunąwszy język, delikatnie polizał jego wargi.
— To kara za twoje zwątpienie — szepnął i odsunął się od niego sprawnie, sięgając po telefon. Odebrał: — Słucham?
— Nie mam zielonego, kurwa, pojęcia, gdzie mam niby zaparować — usłyszał w słuchawce głos Deana.
Marvin nawet nie pomyślał chyba, że mógłby być to Orvel, który nagle zmienił zdanie. Szybko podszedł do okna i spojrzał przez nie na dół. Rzeczywiście, miejsca na parkingu naprzeciwko kamienicy, po drugiej strony ulicy były zastawione.
— Chyba musisz szukać kawałek dalej. Potem się przestawi, ta ekipa od remontu wyjedzie do piątej — odpowiedział do słuchawki.
— Cholera, no, trudno. Będę za chwilę. Podciągnij spodnie. — Dean zaśmiał się jeszcze w słuchawkę i rozłączył się.
Marvin uśmiechnął się do siebie i odłożył telefon na szafkę, nim obejrzał się na Jaza.
— Dean już jest.
— To dobrze, że dzwoni teraz, a nie za chwilę, bo znowu by poszła woda na prysznic — odparł Jasper, zerkając na swoje krocze, a potem z kpiącym uśmieszkiem na Marvina. — Powinienem coś o nim wiedzieć? Jeszcze?
— Też gej, mój pierwszy, świetnie tańczy, siedział… Mówiłem ci o większości. Mam nadzieję, że się polubicie. — Marvin podszedł do leżącej na podłodze bluzy i zarzucił ją tylko na ramiona, nie zapinając zamka.
Jaz skinął głową, dalej siedząc na kanapie. Wyłączył jednak telewizor, bo naprawdę leciał straszny chłam, a nie chciał sobie lasować mózgu. Pozostało mu tylko czekać na gościa, którego miał nadzieję polubić.
— Trzy gejowskie divy pod jednym dachem. A on taki mały. Może być ciekawie! — Zaśmiał się z lekką kpiną, bo bynajmniej siebie za divę nie uważał, a tego całego Deana zwyczajnie nie znał, aby już tak osądzać.
Marvin musiał się z tym zgodzić, tworzyli razem dość specyficzne środowisko. Jakoś przez myśl mu przeszło zaproponowanie trójkąta, choć powstrzymał się, samemu nie wiedząc, jak się odnieść do tej myśli. Ostatnie wydarzenia mocno nadszarpnęły jego pewność w takich kwestiach.
— Wyjdę na klatkę, żeby trafił — poinformował Jaspera ruszając do wyjścia.
— Spoko.
Otworzył drzwi wejściowe i stanął przy czarnej, metalowej barierce na schodach, patrząc w dół i czekając na starego kumpla. Odruchowo oparł się biodrem o poręcz, tym samym nieco wypinając bok, ale naturalnie, a nie w przegięty sposób.
Po chwili drzwi na dole się otworzyły i zobaczył, jak do środka wchodzi jakiś wysoki mężczyzna w pikowanej, krótkiej, pomarańczowej kamizelce, nałożonej na obciskającą jego szczupłe ramiona niebieskiej bluzie z kapturem, który miał zarzucony na głowę. I jeśli dobrze widział pod tym kątem, to był w czarnych, bardzo szerokich spodniach i ciężkich butach.
Dean uniósł głowę, patrząc, ile ma pięter do przejścia, a widząc Marvina, uśmiechnął się.
— Joł, miszczu! — Pomachał do niego. Miał skórzane rękawice, dziwnie zwinięte, tak że sięgały ledwo nad kciuk. — Tak, kurwa, wysoko? — jęknął i ściągnął kaptur z głowy, ukazując swoje jasne, popielate włosy. Marvin mógłby przysiąc, że te były ciemniejsze, gdy ostatnio je widział. To jednak było mniej interesujące, bo to oryginalna fryzura przyciągała wzrok. Stanowiła dobierany, długi warkocz, przechodzący jedynie przez środkowy pas głowy mężczyzny. Boki czaszki były wygolone do krótkiej szczecinki.
— Jaz lubi ruch, ty też powinieneś! — odkrzyknął Marvin, patrząc w dół na zbliżającego się mężczyznę. Nie widział go już kilka miesięcy, a kiedyś spędzał z nim każdy wolny wieczór i popołudnie. Czasami i poranki, kiedy razem spędzili noc. Gdy ujrzał go już na półpiętrze, zszedł do niego i objął go przyjacielsko po męsku. — Hej.
— No siema, siema. — Dean poklepał go po ramieniu. Był naprawdę wysoki. Bo obejmując Marvina, stał na stopniu niżej, a i tak sięgał do niego. Do tego był od niego dużo szczuplejszy. Przy Jazie na pewno będzie wyglądał wręcz chudo, przemknęło przez myśl młodszego mężczyzny. — Trochę zmarniałeś, pyszczek — zadrwił gość, uśmiechając się specyficznie.
Marvin od razu zauważył, że ma spiłowane zęby, a przynajmniej część, którą było widać w uśmiechu.
— Pieprzysz, wciąż równie seksowna ze mnie suczka — prychnął, przyglądając się jego twarzy. Cóż, Dean w tych ciuchach i z tym image’em wyglądał na młodszego niż był, ale Marvin wiedział, że trzydziestkę już przekroczył. — Ty za to masz nowe dodatki, widzę. — Skinął głową na jego szczękę, przypatrując się jej z zaciekawieniem.
Dean od razu uśmiechnął się, szczerząc zęby. Wszystkie były ostre jak szpilki, ale nie takie krótkie jak zwykle, kiedy piłuje się zęby. Przy jego ostrych rysach twarzy wyglądało to naprawdę imponująco.
— Niezłe, co nie? Przespałem się z dentystą, to dostałem zniżkę na licówki, aby nie były tak żałośnie krótkie. — Zaśmiał się. — Ale trochę na początku chujowo się jadło, więc wyglądam jak prawdziwy artysta. Masz żarcie, co nie? — dodał i ruszył w górę schodów, oglądając się na starego kumpla z pogodnym wyrazem twarzy i roziskrzonymi, jasnymi oczami.
— Jest, trzeba tylko odgrzać. Nie było problemów z urlopem? — zapytał Marvin, idąc za nim i gdy weszli do mieszkania, zamknął drzwi.
— Nie. Jestem sam sobie panem… No i może jeszcze kogoś… nade mną… Ale nawet jak mnie wyleją, to będę miał poczucie, że spełniłem dobry uczynek, co nie? — dodał z uśmiechem. W jego przypadku był naprawdę specyficzny. Niby przyjazny, ale chwilę trzeba było pomyśleć, czy nie jest po prostu dobrym aktorem. Jego jasna cera, lekko piegowata pod oczami, wiecznie delikatnie podkrążonymi, szczęka pociągła o mocnych kościach policzkowych, nie wspominając o kłach, a nie zębach, sprawiały, że był zdecydowanie oryginalną jednostką, prezentującą sobą zadziorność, a może i coś więcej, coś bardziej niebezpiecznego.
Jasper wstał z kanapy, aby zobaczyć gościa. Poczekał jednak, aż Marvin mu go przedstawi i odwiesi mu kamizelkę na wieszaczek przy drzwiach.
— A potem będę przez wyrzuty sumienia cię utrzymywać — Marvin skomentował słowa przyjaciela i gdy ten wreszcie rozebrał się z wierzchniego ubrania, dodał: — Poznaj Jaza, mojego faceta. A to… — wskazał ich sobie, gdy jego kochanek się zbliżył — jest Dean.
— Jasper Moseley, miło mi poznać. — Jaz wyciągnął rękę do gościa, który był od niego całkiem sporo wyższy, ale przy tym taki szczupły. Tym bardziej bez tej puchowej kamizelki. — Mam nadzieję, że zmieścisz się na kanapie, bo… — zmierzył go wzrokiem — Marvin nie mówił, że jesteś taki wysoki.
Dean zaśmiał się, ukazując swoje zaostrzone zęby. Było w jego ustach jeszcze coś dziwnego, czego Jasper nie wyłapał do końca. Coś jednak nie zgadzało mu się poza tymi kłami.
— Dean Boyer. Mi też miło jest poznać sidła Marvina. Nie przypuszczałem, że dożyję takiego dnia. A co do kanapy, to nie musisz się tak martwić. Podłoga, jeśli nie macie karaluchów, w razie czego też mi styknie. — Potrząsnął dłonią Jaza i dopiero ją puścił. Wydawał się sympatyczny, ale… specyficzny.
— Rozgość się, Jaz ci pokaże mieszkanie, a ja idę zrobić żarcie — zaproponował Marvin, po czym dodał do Deana pół żartem: — Mamy świeczki, jak chcesz pozapalać. Pomyślałem o tobie.
Dean spojrzał na niego i szerzej się uśmiechnął, po czym wykonał taniec zwycięstwa, kręcąc się w kółko, a na końcu klęknął na jedno kolano i stęknął niskim, ochrypłym głosem.
— Tak, kurwa! — Dodatkowo wykonał odpowiedni do tego ruch zwycięstwa. Nim też skończył to swoiste przedstawienie, jakie im wystawił.
Jaz zamrugał. A miał kiedyś wrażenie, że to on jest dziwny… Widocznie mylił się całe życie.
— To… ten, pokażę ci wszystko. I gdzie masz rzeczy? — spytał, a gość uśmiechnął się do niego znowu, nie tylko ostrymi zębami, ale i jasnymi, niebieskimi oczami, wydającymi się specyficznie wypranymi, albo wypłowiałymi na słońcu. Zupełnie jak jego włosy.
— W bagażniku. Nie chciało mi się nosić, skoro mam grata potem przeparkować.
Marvin tylko uśmiechnął się do siebie. Już zapomniał, jak z Deanem bywało… zabawnie. Nie zawsze oczywiście, kiedy ten odwalał bardziej chore akcje, ale podpalanie śmietników było śmieszne.
Gdy jego kochanek z gościem przeszli do salonu, sam zaczął przygotowywać mięsno-warzywną mieszankę z ostrym, gęstym sosem, którą zrobił wcześniej, a teraz musiał tylko mocno zagrzać. Domyślał się, że Dean mógł zmarznąć. Pachniało dobrze i na pewno po kilku minutach nie tylko w kuchni, ale w całym mieszkaniu. Nałożył wszystko na trzy talerze, bo z Jazem jeszcze nie jedli obiadu i udało mu się to zabrać na raz. Do tylnej kieszeni w jeansach wcisnął sztućce i przeszedł do salonu.
— Piwo jak przestawisz samochód — rzucił do Deana, stawiając ostrożnie talerze na niskim stoliku.
Dean akurat opalał sobie dłoń nad świeczką stojącą na środku stoliczka. Jasper siedział na oparciu kanapy i patrzył na przybysza dużymi oczami. Ogromnymi wręcz. Nie ośmielił się jednak nic mówić, bo był trochę… zafascynowany. Dean wydawał mu się taki pozbawiony skrępowania, zupełnie wyluzowany i nieprzejmujący się tym, co ktoś inny może sobie o nim pomyśleć.
Gość na moment przestał swojej zabawy i zerknął na Marvina.
— To kawałek… Nie zgarną mnie na tym zadupiu za jedno piwo. A ja muszę coś w końcu tu uhodować — dodał z pełną powagą, klepiąc się po brzuchu rozgrzaną nad świeczką dłonią.
— Na twoją odpowiedzialność, czyli jak zawsze ci podkreślałem — odparł Marvin, kładąc sztućce, nim wyszedł do kuchni po piwo.
Sam nie był zupełnie zaskoczony czy negatywnie nastawiony do zachowania kumpla. Ten był w końcu dorosły, umiał odpowiadać za swoje czyny. Lubił go takiego, jaki był. W więzieniu zresztą też często go odwiedzał i cieszył się, że mimo murów ich znajomość przetrwała. Na całe szczęście, izolacja nie trwała okrutnie długo. A ten mężczyzna miał dla niego bardzo duże znaczenie. Nie tylko dlatego, że był jego pierwszym kochankiem, że wprowadził go w świat seksu i tańca i właściwie uformował go takiego, jakim teraz był. Cenił go za to, jakim był człowiekiem i jak dobrze potrafiło im się nie raz spędzać razem czas.
— Ta, idź, idź. — Dean pogonił go, po czym zatarł ręce i popatrzył na posiłek, a następnie na Jaza. — Zawsze ci tak gotuje, czy jebnął mnie zaszczyt, a jutro będzie odmrażany kurczak?
Jasper potarł się po karku i w końcu zsunął się z oparcia na siedzisko kanapy.
— Nie zawsze jest czas gotować — wyjaśnił, mając wrażenie, że zachowuje się jakoś nieswojo. Niby był przyzwyczajony do ludzi z mniejszości, ale miał wrażenie, że Dean jest zupełnie inny. Jakby należał do jeszcze mniejszej, węższej grupy, której nawet nie znał.
— I Jaz też gotuje, kiedy mamy czas — dodał Marvin, przynosząc czteropak budweisera, który postawił na stoliku. Usiadł zaraz po tym obok kochanka i sięgnął po swoje sztućce. — I najpierw mów czy dobre, a potem czy to zaszczyt.
— Pamiętam, że chujowo gotowałeś, a to nie wygląda jak spalenizna… — Dean zawahał się, zapatrując się gdzieś w przestrzeń swoimi bardzo jasnymi oczami. — A może to nie ty, tylko inna dupa… — zadumał się, po czym pokręcił do siebie głową i zabrał się jakby nigdy nic za jedzenie.
Jasper aż uniósł górną wargę w geście niedowierzania, gapiąc się na gościa. Ten chyba był do tego tak przyzwyczajony, że nie reagował na reakcje zaskoczenia wokół siebie.
— Ta dupa… — Marvin zamruczał, wskazując na siebie widelcem i przesunął po nim językiem zmysłowo — zawsze miała dobre wyczucie smaku. — Po tych słowach sam zabrał się za obiad, a to, jak kusił i nęcił chyba dla niego samego też było wręcz naturalne i odruchowe, bo nie zwrócił uwagi na to, że zrobił to w obecności kochanka. Zresztą, robił to w jego obecności za każdym razem, jak byli na scenie czy nawet ostatnio za barem.
Jaz jednak, świadom, że jego kochanek i Dean byli ze sobą kiedyś w łóżku, i tak poczuł cień zazdrości wspinający mu się po plecach. Rozchylił nogi na boki, aby kolanem dotknąć kolana Marvina. Kiedy ten zerknął na niego, Jaz rzucił mu krótkie spojrzenie, aby się nie zapędzał i wrócił do jedzenia.
Dean katem oka ich oglądał, udając, że tego nie robi. W jego opinii to było dość zabawne na swój sposób. Chociaż też miłe, że Marvin w końcu sobie kogoś znalazł. Jeszcze do niedawna dałby głowę, że skończy jak on — pieprzący się z przygodnymi kolesiami, z którymi potem bez słowa mijał się na ulicy. Wielu w ogóle nawet nie pamiętał.
— Mmm. No, nawet, nawet niezłe. Dodałbym jeszcze dwa piruety i trochę chili, ale dobre — rzucił żartobliwie, gryząc w zabawny sposób kawałek mięsa.
Marvin tylko skinął głową, bo miał pełne usta i lekko poruszył nogą, by potrzeć nią o nogę kochanka. Sięgnął przy tym po piwo i otworzył butelki otwieraczem, który też przyniósł. Podsunął po jednej pozostałej dwójce i uniósł swoją.
— Za to, żeby pseudo-Indiański pasożyt poczuł, jak mu się dupa fajczy. W ten czy inny sposób.
Dean pierwszy chwycił i uniósł piwo.
— Jestem za! Głównie za ten fragment o fajczeniu. — Zaśmiał się, a siedzący blisko niego Jaz znowu zobaczył, że z jego ustami coś jest nie tak. Tak mu się przynajmniej wydawało.
— A ja za tym, żeby się odwalił — dodał poważniej i stuknął się z resztą szyjkami butelek. — Na zdrowie.
Napili się zdrowo. Marvin wręcz połowę na raz, gdy wyobraził sobie kwiczącego z bólu Orvela. Nawet nie zrobiło mu się niedobrze na wyobrażenie jego twarzy, gdy była w takim cierpiącym stanie. Zwykle, kiedy w ogóle o nim myślał, mdłości podchodziły mu do gardła.
Odstawił piwo i wrócił do jedzenia, mając nadzieję, że obecność Deana rzeczywiście coś da. Podejrzewał, że Orvel niebawem się odezwie, więc nie zamierzał tego przeciągać dłużej. Nie chciał mu dawać ani swoich ust, ani dupy.
— Tańczysz? — zagadał Deana, by na razie o tym nie myśleć.
— W szensze czo? — spytał z pełnymi policzkami.
— Czy zarabiasz kręceniem tyłkiem, mistrzu.
Dean zamknął usta i pokręcił głową.
— Nie — odparł, kiedy przełknął. — Aktualnie dorabiam… dorabiałem. Wiesz, o co chodzi, sprzątając ogródki, sadząc kwiatki w parkach i takie, wiesz. Dawałem też jakiś czas lekcje tańca dla dzieciaków, ale po protestach matek mnie wyjebali.
— Czemu? Podpaliłeś jakiegoś pięciolatka? — Marvin uśmiechnął się do niego bokiem ust, maczając mięso w sosie. Dawno nie jadł nic na ostro, więc popijał często zimnym piwem.
— Bo im się zęby i język nie podobał — Dean wyjaśnił już z powagą w głosie, także pijąc, ale miał jeszcze dużo więcej piwa do jedzenia. Jadł też wolniej.
Jasper tylko im się przysłuchiwał, ale kiedy usłyszał o języku, zbystrzał. Wiedział, że mu coś nie pasuje!
— Pokaż.
Dean zerknął na niego, przełknął dobrze kęs, po czym popił piwem, płucząc nim usta i dopiero wystawił język na brodę. Był przecięty, niby jak u węża, a każda końcówka poruszała się w inną stronę. Ten szczegół Marvin już widział.
— Dobrze całuje — rzucił, przesuwając językiem po zębach i lokując wzrok w języku kumpla. Umiał też kilka innych sztuczek, ale to już było oczywiste, więc nie musiał denerwować Jaspera wspominaniem o tym.
Ten i tak od razu odwrócił wzrok na kochanka, nie chcąc chyba od niego słyszeć takiej opinii.
— Dowiaduję się coraz więcej.
Dean w tym czasie schował język i wrócił do jedzenia.
— Ty lepiej, tygrysie — dodał Marvin, złapawszy podbródek Jaza i wychyliwszy się do niego delikatnie, koniuszkiem języka zlizał mu odrobinę sosu z kącika ust. Patrzył mu przy tym w oczy swoim seksownym spojrzeniem.
Jasper zaburczał, po czym pocałował kochanka mocno, stanowczo i mimo że krótko, to bardzo seksownie.
— Dobrze mówisz — pochwalił go i potarł dłonią jego udo, nim wrócił do jedzenia.
Dean chwilę pozwolił im jeść w spokoju, póki nie spytał, a raczej stwierdził:
— No, długo to to nie trwa.
— Mmm? — Marvin spojrzał na Deana, kiedy poruszając nogą ot tak raz po raz i ocierając się nią o nogę kochanka, również wrócił do jedzenia.
— Wasze szczęśliwe pożycie.
— Kilka miesięcy. Ale jeśli chcesz mi powiedzieć, że zjebie się z czasem, to nie wiem, co by miało to zjebać, bo dotychczas dużo przeszkód się pokonało — odparł Marvin.
Tak naprawdę to już dawno ten związek by się rozpadł, gdyby Jaz nie był taki uparty i tak… dobrze nie znosił skoków w bok Marvina. Ten o tym wiedział i w duchu nie raz dziwił się, że Jaz chce być z takim facetem jak on. Takim… żyjącym chwilą, niemyślącym o jutrze i korzystającym z życia na różne sposoby. A jednak Jaz z nim był, chciał go mimo wszystko i przez jakiś czas dużo przez niego cierpiał.
Dean wzruszył ramionami, unosząc do tego ręce na boki. Założył też nogę na nogę, pochylając się do przodu nad swoim obiadem. Niski stolik był ładny jak na męskie mieszkanie, ale wyjątkowo niepraktyczny. Jaz dlatego już miał talerz na kolanach.
— Ja nie mówię, że ma się zjebać, stwierdzam tylko fakty. Chociaż… — Zerknął na Jaspera, który nie mógł się wtrącić, bo przeżuwał. — Śmiem sądzić, że po prostu znalazłeś swój ulubiony układ i ruch — zarzucił jakimś tanecznym odniesieniem, poprawiając warkocz na plecy i wyciągając kawałek mięsa nabity na widelec nad świeczkę.
— Szpalisz — burknął najmłodszy z obecnych.
— Taki jest plan — odparł od razu Dean z szalonym uśmiechem, a Jaz lekko zwątpił. Może jednak ten psychol nie podpala swoich…?
Marvin tego nie skomentował. Przyzwyczaił się przez te wszystkie lata.
— Znalazłem swoje — stwierdził jedynie, patrząc na Jaspera, a nie na podpalającego mięso Deana. Jego kochanek był seksowny nawet z wypchanymi policzkami. Choć najbardziej seksownie wypchane były, kiedy brał jego jądra do ust…
Około szóstej wieczór Dean wyszedł z mieszkania, żeby przestawić samochód. W tym czasie Marvin zabrał puste butelki do wyrzucenia oraz brudne talerze do kuchni i zaczął je myć w zlewie. Miał jeszcze w lodówce cztery piwa, więc podejrzewał, że Dean się skusi na jeszcze jedną kolejkę. Wieczór z piwem, w domu, bez konieczności pójścia pracy, wydawał mu się dość przyjemną wizją. Szczególnie, gdy miał go spędzić ze swoim kumplem i kochankiem.
Ten drugi znalazł go w kuchni, objął w pasie i pocałował pomiędzy łopatkami.
— Z niezłym wariatem się zadawałeś. Też byłeś taki… szalony?
Marvin obejrzał się na niego przez ramię, ale nie odsunął się od zlewu, bo miał mokre ręce i całe z piany.
— Ja się wiele nie zmieniłem od tamtego czasu. Wydoroślałem, ale nie miałem innych zapędów niż te aktualne — odpowiedział z cieniem uśmiechu i poruszył lekko tyłkiem, ocierając go o krocze Jaza. Mył dalej przy tym talerze, jakby nigdy nic.
Jasper zaśmiał się pod nosem.
— Ciekawe, jak wyglądałeś taki młodszy w babskiej bieliźnie? — spytał zaczepnym tonem, odpowiadając biodrami na ruch kochanka. — A tak serio… naprawdę myślisz, że Dean nam pomoże? W sensie, jak chcecie to, coś… — Wzruszył ramionami. — Macie jakiś pomysł poza „prowadzę się z szajbusem”?
— Myślałem, żeby zaryzykować — odpowiedział Marvin już poważniejszym tonem i odłożył za suszarkę kolejny talerz, po czym zabrał się za sztućce. — Kiedy następnym razem Orvel zadzwoni, żebym przyszedł, pójdę już Deanem. Zrobimy przedstawienie, potem może sobie wygoogla, z kim miał do czynienia… Pytanie, czy najpierw wygoogla, czy najpierw opublikuje.
— To… trochę ryzykowne podejście, wiesz?
— Może Dean ma lepszy pomysł. Ale, stary, kurwa… — Marvin odłożył umyte sztućce, po czym odwrócił się w jego ramionach, wycierając dłonie w ścierkę. — Nie mogę w nieskończoność mu wciskać, że mam próby. Więc… albo to, albo pójdę i dam mu dupy dla zyskania czasu — prychnął. — Chyba, że widzisz trzecią opcję.
Jaz jęknął żałośnie. Był trochę zrezygnowany.
— Na pewno nie chcę drugiej opcji. Ale… — zawahał się, po czym uśmiechnął na siłę. — Może jeszcze do jutra jego panienka się odezwie albo jeszcze coś do niej napiszemy?
— Poczekajmy, aż się sama odezwie. I zapytamy Deana, co myśli o całej sprawie. — Marvin odrzucił ścierkę i objął kochanka za szyję, po czym położył mu czoło na mostku. — Jest już lepiej, mamy chodzącą pochodnię w zanadrzu, mm?
— Szkoda w sumie, że nie hakera. — Jaz potarł plecy kochanka nisko nad pośladkami. — Mmm… Nawet nie umiem być na ciebie zły, ale… — Trącił brodą policzek kochanka, aby ten uniósł głowę i na niego spojrzał. — Wiesz, że dobrze zrobiłeś, że mi powiedziałeś?
Zielone oczy Marvina, w lekko migdałowym kształcie i otoczone ciemnymi, długimi rzęsami, ulokowały swoje spojrzenie w jego twarzy.
— Wiem. Wybacz, że to ukrywałem… Wstyd, niechęć do zrzucania tego na twoją głowę i te rzeczy… — spróbował jakoś wytłumaczyć, a Jaz cmoknął go w skroń.
— Już. Dzielimy się teraz tym sześćdziesiąt do czterdziestu, więc mam nadzieję, że na razie nie żałujesz. Ale teraz chodź do salonu, bo zaraz ten twój „mistrz” wróci. Ciekawe, czy ma dużo rzeczy. — Uniósł brwi w sugestywnym geście i jeszcze poklepał Marvina po pośladku, nim go puścił.
Ten nie zaoponował, ale zabrał jeszcze z lodówki drugi czteropak i dopiero podążył z Jazem do gościnnego pokoju. Postawił na stoliku butelki, po czym podszedł do wieży stereo, by puścić jakąś muzykę.
— Zabierzemy go jutro na próbę, mm? — mruknął przy tym, szukając odpowiedniej stacji.
— Tak? — Jaz sięgnął po jedno piwo. Ciche pstryknięcie oznajmiło jego sukcesywne otwarcie.
— Chcę mu pokazać klub i że jeszcze nie straciłem wprawy. I to, jak ty się umiesz ruszać… — zamruczał na koniec, oglądając się na niego krótko i lustrując go wzrokiem.
Jaz żachnął się, gdy już przełknął łyk.
— Chyba nie chcesz się chwalić facetem?
— Nie? A nie mam czym…? — Marvin wreszcie wyprostował i powoli do niego podszedł. Położył mu dłonie na biodrach, a potem zsunął je nieco w dół, na umięśnione uda kochanka. — Mmmm… Jak mnie zniewalasz na scenie… Tym bardziej w tym występie.
Jasper zaśmiał się, kręcąc na boki głową. Jego facet był czasami niemożliwy.
— Ale mnie strasznie dopieszczasz. Strasznie, strasznie. Nie ucieknę — zarzekł się akurat w momencie, kiedy do mieszkania wparował ich gość.
— Kończyny odpadają, zimno tu u was w porównaniu z tym, jak sami się — uśmiechnął się pod nosem — ogrzewacie sobą — skończył, trzęsąc się, a i tak się rozbierając.
— Dostaniesz ciepłą kołderkę — zapewnił go Marvin, obejmując Jaza w pasie i lekko się z nim bujając do muzyki. — Wiem, że jesteś ciepłolubny.
— Mam za mało na sobie ciała i — Dean spojrzał na źródło muzyki — da się pod to podłączyć USB? — zaciekawił się, tracąc przy okazji wątek i dosłownie podtruchtał do wieży grającej.
— No… — odparł Jaz. — Musisz nacisnąć tę zaślepkę.
— Masz coś swojego? — zapytał Marvin, oglądając się za kumplem.
— Zawsze!
— To pochwal się, co tym razem — odparł i puścił Jaza, by otworzyć sobie piwo.
Dean podciągnął jeszcze spodnie i kucnął przy sprzęcie. Uprzednio wyciągnął z przytaszczonej torby empetrójkę z długą smyczą z japońskimi, słodkimi, różowymi zwierzątkami. Ani Marvin, ani Jasper nie dopytywali, skąd miał taką brzęczącą kolekcję. Dean za to z drobną pomocą gospodarza uporał się z włączeniem sprzętu i po chwili z głośników wydobyła się muzyka. Spokojna, ale specyficzna, bo dość ciężka, wydawała się, jakby nie nadawała się do tańczenia, ale z każdą nutą nabierała barwy i charakterystycznego, rytmicznego brzmienia.
Marvin chwilę się wsłuchiwał, stojąc przy stoliku i sącząc powoli budweisera. Mrużył przy tym oczy, jakby w wyrazie skupienia.
— Mm… Pokaż, co umiesz, mistrzu — zachęcił w końcu, przysiadając na podłokietniku kanapy.
Dean pokazał mu swój rozdwojony język.
— O nie, nie, aż taki głupi to ja nie jestem. Wiesz, rozciąganie i cała ta reszta. Może później. Teraz rozkoszuj się wyśmienitą muzą. — Zaśmiał się, wnosząc ręce ku sufitowi, jakby składał komuś cześć. W sumie tak naprawdę nie miał ochoty tańczyć przed nimi i wytłumaczenie było bardziej wymówką niż prawdziwą troską o swoje mięśnie. Już nie umiał tyle co kiedyś. W pierdlu zresztą nie tańczył. Był biały, a biali nie tańczyli. Gdy już wyszedł, to też było na tyle krucho z gotówką i czasem, że nie poświęcał na treningi tyle czasu, ile by chciał.
Marvin przyjrzał się czujniej jego twarzy i skinął głową. Sięgnął do stolika, wziął z niego jedną butelkę i wyciągnął ją do kumpla.
— To chociaż się napij i… — Zerknął na kochanka. — Pogadaj z nami o naszym małym, indiańskim problemie.

10 thoughts on “No Exit – 14 – Mistrz

  1. Katka pisze:

    Basia, Deanek chyba ma coś w sobie, że tak szybko zrównuje sobie ludzi XD Chłopcy też mają nadzieję, że jego pomoc coś da…

  2. Basia pisze:

    Witam,
    mam nadzieję, że pojawienie się Deana coś da na pozbycie się problemu zwanego „Orvrel”, a Deana to juz polubiłam od razu, jest fanją postacią…
    Dużo weny Wam życzę…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Shivunia pisze:

    Saki >> YEEEY, Dean dostaje punkty zaufania. Będzie je chował do słoika z ciastkami :3 I się na pewno postara aż tak bardzo wszystkich nie rozczarować. Chociaż, z tym wariatem… czasami robi na przekór i nam i sobie XD Eh, za dużo gadam.
    Orvel to na bank by nie odpuścił. Patsy ehem „czuwa”. I w ogóle „postanowić” zachorować, to tak kojarzy mi się z „mamo, to nie tak, że źle się czuje bo dziś jest w szkole sprawdzian”.
    Dzięki za wyczekiwanie ;) My się cieszymy, że się podoba ;) i także pozdrawiamy cieplutko :*

  4. saki2709 pisze:

    Muszę przyznać, że ciekawa osóbka z tego Dean’a. Jak na razie go lubię. Zobaczymy, co będzie dalej. Mam nadzieję, że coś pomoże w sprawie indiańskiego problemu. A jak nie, to że przynajmniej nie pogorszy sytuacji, w której się znajduje Marvin i Jaz.
    Orvel by pewnie tak łatwo nie odpuścił, gdyby nie to, że jego Patricia postanowiła się rozchorować i zostać w domu XD
    Już się nie mogę doczekać następnego rozdziału.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

  5. Katka pisze:

    Bebok, chyba każdego bolała tak samo śmierć Syriusza XD Tego się zwyczajnie nie dało olać, Rowling trafiła w czuły punkt. Ale to tak na marginesie. Co do sielanki, to kurcze ona czasami jest przyjemna, szczególnie jak normalnie w życiu człowiek ma dość, to popisanie sielanki jest mega relaksujące. A co, niech chociaż bohaterowie mają XD Ale wiadomo, dla dobra realizmu nie może ona trwać wiecznie. Staramy się tego trzymać. Autografy chętnie rozdamy, jeśli masz być na jakimś spotkaniu :D Ale siniaki to ja też nowe nabyłam, więc łącze się z Tobą w bólu XD

  6. Bebok pisze:

    Ups, czyżby zły dobór słów? ;D To „zdupczy” nie było celowe ale jak tak o tym wspomniałaś to mnie tez to rozbawiło xd Co do postaci i realizmu… no cóż… chyba to jest to co mnie tu tak przyciąga :d Dobrze czyta się coś, co można sobie łatwo wyobrazić, co wywołuje emocje, nie tylko te pozytywne. Lubię wczuwać się w role bohaterów jak czytam, przeżywać razem z nimi i tak dalej. (dlatego zawsze czytam w samotności, od czasu jak czytałam HP i wyszłam zapłakana z pokoju bo Syriusz umarł, a matka prawie dostała zawału bo nie wiedziała co mi się stało xd No cóż, zazwyczaj przeżywam dość mocno śmierci ulubionych bohaterów ;P) To że postaci nie są idealne i nieśmiertelne, że nie wiodą non stop sielankowego życia bez problemów tylko jednak borykają się z problemami, które tak na prawdę mogą się przydarzyć każdemu (w większości xd) jest bardzo na plus i jak najbardziej mi się podoba. Uwaaa… rozgadałam się znowu, wybaczcie ;D
    Generalnie chylę czoła dziewczyny, szczyt moich możliwości to napisanie wypracowania tudzież pracy na studia xd Jestem waszą fanką, na spotkaniu (jak w końcu na któreś dotrę ;/ ) poproszę o autograf xd
    Co do dnia to taaa, dość przyjemnie jeśli nie liczyć przysypiania w pracy co poskutkowało kilkoma nowymi siniakami ^_^ Mam nadzieję że wasz dzień również był przyjemny lecz pozbawiony siniaczków ;P
    Pozdrawiam :D

  7. Katka pisze:

    Bebok, nie wiem czemu, ale spodobało mi się Twoje „jak czegoś przypadkiem nie zdupczy” – weź poprawkę na to, że jest gejem XD Więc „zdupczyć” może wiele, hhehehehe. A tak na serio, to zgadzam się, że postać im bardziej specyficzna, tym bardziej może przyciągnąć. Tak naturalnie intryguje, a tutaj rzeczywiście dochodzi nietypowy look. Jak się to rozegra, to się okaże, ale cieszy mnie, że na starcie Dean ma u Ciebie zielone światło :D A w ogóle to w jakiś abstrakcyjny sposób ucieszyło mnie to, co napisałaś, ze każdy tutaj Cię trochę drażni, mimo jakiejś tam sympatii. Bo to trochę oznacza, że postacie nie są białe albo czarne, ale że mają jednak wady, a tak jest bliżej realizmu, w który staramy się uderzać. To cieszy. Dzięki za komenta w ogóle :D I mam nadzieje, że dzień minął Ci przyjemnie ;)

    O., hehehe, Orvel pewnie miał ambiwalentne odczucia – smutek, że jego Patsiątko słodkie choruje, a z drugiej strony irytacja, że przez niego nie może powykorzystywać swojej „dziwki na telefon”. No cóż, shit happens XD

  8. O. pisze:

    Ja mam nadzieję, że do kolejnej próby trójkąta nie dojdzie ;D Ale szkoda, że nie było o tym jak Orvel zareagował na to, że Patsy został w domu xD

  9. Bebok pisze:

    Leniwy poranek i wieczór z wariatem :d To mi się podoba ^^ Jak już mówiłam – lubię Deana :d Mistrz jest dość specyficzną postacią, a takie zawsze mi najbardziej podchodzą. Do tego oryginalny look, jak czegoś przypadkiem nie zdupczy i nie będzie jakiś wyjątkowo wulgarny/chamski itp to ma szanse załapać się na ulubieńca z NE :D Ale, ale… jeszcze za wcześnie na takie gadanie, choć mimo mojej sympatii do Jaspera chyba nie mam ulubionej postaci w tym opowiadaniu, każdy mnie w jakiś sposób drażni ^^ Zaczynam się obawiać o własną przyszłość skoro coraz bardziej kręci mnie tym bad boya z przeszłością w pierdlu xd Trochę smutne ;P
    Marvin miał dzień wolny bo Patricia postanowiła się rozchorować :D Chociaż tu mu się usrało. Pytanie jak długo i kto w końcu jakoś tę chorą sytuację rozwiąże?
    Jasper chyba nie jest do końca przekonany do mistrza, zazdrosny ciut o Marvina ale tak w sumie słodko. Może jeszcze jakoś Dean zapunktuje ^^ Jak na razie Jaz podchodzi do gościa dość ostrożnie ;P No cóż… chyba się nie dziwię ^^
    Nie wiem w sumie co jeszcze mogłabym napisać choć pewna jestem, że coś chciałam ale zapomniałam xd Trudno ;P
    Nie wiem czy cokolwiek ma tu sens bo co by nie mówić trochę się nie wyspałam. Robota wzywa a poczytać najlepiej od razu ^^ No nic, miłego dnia, weny życzę i żywię nadzieje że Dean zapunktuje również u mnie ;D

  10. Bebok pisze:

    Lubię Deana jak na razie :D A coś więcej naskrobię później bo nie mam na to teraz siły ^^ Dobranoc ;D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s