Across The Cursed Lands II – 39 – Wilk i zając

Miał ściśnięty żołądek. Nicholasa tak samo to bawiło, jak i martwiło. Kiedy wracał na ranczo, do swojego partnera, czuł się tak samo, jak kiedy wyjeżdżał. A teraz był zmuszony już wyjechać i zostawić Mavericka samego z naturą, bydłem, Nacomą i Flapem, któremu nie ufał.
Siedział na ganku i patrzył w przestrzeń, czekając na zachód słońca. To miała być jego ostatnia noc, rankiem miał ruszać z powrotem do Kansas City i jakby byli zwyczajną, normalnie funkcjonującą parą, to teraz powinni pieprzyć się w stodole do upadłego. Zamiast tego on patrzył się na rozlegle tereny, a Maverick czyścił sierść swojej klaczy przed stodołą, jakby udawał, że nic się nie dzieje. Że jutro jego partner nie ma wyjechać, że wszystko jest w porządku. A nic nie było w porządku. Znowu czuł, jakby ukochany go opuszczał, wracał do swojego lepszego życia. Bo odbębnił obowiązek przyjechania na chwilę i może znowu wrócić do bycia sobą, bycia gdzieś, gdzie czuł się ważny i spełniony.
Nastrój między nimi był wręcz wisielczy i żaden z nich nie umiał znaleźć na to remedium. A nawet jeśli wiedział, jakie jest, to bał się go zastosować. Bo jak niby miał podejść do partnera i zwyczajnie z nim porozmawiać? To było trudniejsze niż ubicie skorpiona. Mógł tylko patrzeć, jak Maverick szczotkuje już i tak lśniącą sierść Nacomy, robiąc to z takim skupieniem, jakby rzeczywiście tylko nad tym myślał. A wcale tak nie było. W jego głowie była masa myśli o tym, że jutro zostanie sam. Myślał, co Nicholas będzie robił w kwaterze, z kim będzie dzielił łoże, jak będzie spędzał swój czas wolny…
Z początku więc nawet nie usłyszał, że jego partner wstaje i kieruje się w jego stronę przy zachodzącym słońcu. A kiedy Nick stanął przy pysku klaczy, pogłaskał ją z dziwną melancholią na twarzy.
— Napiszę, kiedy dojadę.
Maverick nie spojrzał na niego, a kapelusz na głowie dodatkowo skrywał jego oczy.
— Jak nie zapomnisz.
— Nie zapomnę. Długo idzie — odparł młodszy mężczyzna z niskim burknięciem. Czemu miałby zapomnieć?
— Ta… Pewnie tak. Myślisz, że coś ruszy ze sprawą Ośrodka? — Maverick zmienił temat na mniej kłopotliwy.
— Mam nadzieję. Nie chciałbym, aby wszystko było po moim powrocie tak, jak to zostawiłem. To… złożona sprawa — wyjaśnił, nadal dotykając pysk Nacomy. — Zastanawiam się, gdzie już dotarli.
— Może Lund coś odkryje z tymi kamieniami — na swój sposób Maverick spróbował go pocieszyć. Wiedział o wszystkim z ust generała, bo oczywiście sam nie fatygował się do kwatery. Nie widział w tej sprawie nic dla siebie, a przynajmniej obecnie. Zajmował się wynaturzeniami, a z tym sprawa Ośrodka Zdrowia i dziwnych zgonów się nie łączyła.
— Może — westchnął Nick ciężko. — Myślę też, czy nie udadzą się na północ. Ten lekarz jest z Chicago, a wielką stratą by było, jakby tam nawet nie dotarli. Wiesz, co się dzieje na północy.
— Wiem. Dzieje się wiele. Chciałbym to kiedyś zobaczyć na własne oczy — przyznał Maverick, na chwilę zatrzymując się ze szczotkowaniem grzbietu swojej klaczy. Słońce grzało go w plecy, a on zamyślił się nad podróżami, które kiedyś uskuteczniali z Showem i dziewczynami. Wtedy też mieli wiele do czynienia z dzikimi zwierzętami, ale zdawał sobie sprawę z tego, że obecnie na północy mutacji jest znacznie więcej niż pamiętał.
Nick podchwycił jego słowa i z lekką nadzieją w głosie rzucił:
— Nic nie stoi na przeszkodzie. Moglibyśmy kiedyś ruszyć na północ do Chicago.
Brązowe oczy Mavericka krótko na niego zerknęły, a mężczyzna w końcu dał spokój swojej klaczy.
— Może. Jak przestaniesz tyle pracować. Teraz nie masz czasu — fuknął i pociągnął Nacomę za uzdę do stajni.
Nick został z wyciągniętą ręką i zastygłą miną.
— To go znajdę. Tak jak znajduję go, aby tu do ciebie przyjechać! — odparł od razu głośniej, bo partner się oddalał od niego.
Maverick nic nie odpowiedział. Nie obejrzał się nawet na niego. Zaprowadził tylko klacz do stajni, a kiedy z niej wyszedł, miał ponurą minę. Dłonie zahaczył o pasek spodni i powoli zbliżył się do Nicholasa.
— Sam mówisz, że to, co się teraz dzieje z tą sprawą was przytłacza. Że KKK dalej działa i gra wam na nosie. Kiedy chcesz znaleźć czas? Jak do mnie przyjeżdżasz na tydzień, a w pracy jesteś miesiącami?
— Bo ty się od niej odsunąłeś — burknął. — Ty też do mnie nie przyjeżdżasz nawet na ten krótki tydzień, a ode mnie oczekujesz. Zresztą, jeśli nie chcesz jechać do Kansas City, to pojedź gdzieś ze mną w trasę.
— A gdzie ty jeździsz w trasę? Do Little Rock po mój dziennik, nawet mi nie mówiąc, że tam jedziesz? — fuknął Maverick, marszcząc nieprzyjemnie brwi i nos. — Bo bym „marudził”? Jak chcesz ze mną jechać, jak tak do tego podchodzisz?!
— Bo zawsze masz jakieś „ale”, nawet teraz!
— Bo sugerujesz, że mamy gdzieś razem pojechać, a jak przyjdzie co do czego, to nawet mnie nie poinformujesz!
— Bo to była inna sytuacja. Chciałem ci zrobić niespodziankę! — Nick z każdym słowem podnosił głos coraz bardziej, wręcz nie mogąc uwierzyć, że za swoją przysługę dostawał naganę.
— A ja się zastanawiałem, czy o mnie nie zapomniałeś! Nie chcę takich niespodzianek, nie chcę, żeby cię nie było… — Maverick zaciął się po tych słowach i rzucił w niego kapeluszem. Prosto w jego tors. — Jak zrobisz mi niespodziankę kiedyś swoim odejściem… to… to… — oddychał ciężej i na koniec po prostu pospiesznie wyminął partnera, aby wejść do domu i… sam nie wiedział.
Nick z bólem, który zignorował, pochylił się po kapelusz partnera, bo ten spadł głucho na ziemię.
— Nie mam zamiaru, do diabła, cię zostawiać. Ty nie zostawiłeś kaleki, to czemu ja miałbym cię zostawiać?! — krzyknął, ruszając jego śladami.
— Zachowujesz się, jakbyś zamierzał! — Maverick obejrzał się na niego z ganku. — Wolisz pracę ode mnie!
— Nie wolę jej od ciebie, ale ktoś ją musi wykonywać, kiedy ty tu siedzisz z tym potworem i zaznajesz uroków przyrody! — młodszego mężczyznę tym razem poniosło. Nie chciał być z dala od ukochanego, ale też musiał dbać o bezpieczeństwo państwa. I dzięki temu chociaż czuł, że nie jest bezużyteczny.
Maverick momentalnie zacisnął wargi w wąską linię i sięgnął po gliniany kubeczek, który stał na drewnianej barierce, a następnie cisnął nim w stronę partnera. Ten był jednak na tyle daleko, że Zwierzak nie wymierzył odpowiednio i naczynie rozbiło się tuż przy jego metalowej nodze na suchej ziemi.
— Nie kpij ze mnie i nie gardź mną!
Nick mimo niecelności rzutu i tak cofnął się o krok.
— Nie kpię, do stu diabłów! Nie pojmuję cię tylko, że zamiast faceta bez połowy ciała ty tu zapuściłeś korzenie!
— Nie będę ci się tłumaczył! Pewnie bym tylko „marudził”! — Maverick zacisnął dłonie na barierce, ewidentnie żałując, że nie ma pod ręką już nic, czym mógłby cisnąć w Nicholasa.
Ten odetchnął ciężko, kontrolując wzbierającą w nim złość. Gdyby pozwolił jej wybuchnąć, mógłby zrobić coś bardzo złego, czego mocno by żałował.
— Tak bardzo boli cię jedno, jedno — podkreślił — słowo, jakie powiedziałem?
— Nie, boli mnie to, co o mnie myślisz! Jak patrzysz z pogardą, kiedy mówisz, że tu osiadłem! Jak wytykasz mi, że nie chcę się stąd ruszyć! Jak wracasz tu z litością, tak jak z litością mnie pieprzysz i z litością mówisz, że mnie kochasz! — wyrzucił z siebie na jednym wydechu Maverick, a z grymasu złości jego mimika przerodziła się w grymas strasznego bólu. Dlatego właśnie odwrócił się szybko i wpadł do domu.
Nick zawarczał, a w nim samym aż się gotowało. Bulgotało wręcz, jak lawa na dnie wulkanu gotowego wybuchnąć.
Szybko, na ile mógł, ruszył do drzwi, które zostały przed nim zatrzaśnięte.
— Maverick! Do cholery, rozmawiaj ze mną, a nie oczerniasz mnie, nie mając zdania racji! — wydarł się i wparował do domku, niemalże z drzwiami. Te na ich szczęście nie były zaryglowane, bo gdyby tak było, wyrwałby je z zawiasów swoją siłą.
Po szybkim rozejrzeniu się, zobaczył swojego partnera w sypialni, stojącego przy uchylonym oknie, opierającego dłonie o parapet, z głową mocno opuszczoną. Nie odwrócił się do Nicholasa ani nie odpowiedział.
Generał wziął głęboki oddech i zatrzymał się w progu. Bał się, że bardziej go poniesie i zrobi coś Maverickowi.
— Więc? — syknął. — Czemu mnie oczerniasz i mi nie wierzysz? Nazywasz mnie kłamcą, nie mając do tego żadnych, żadnych cholernych podstaw.
— Wiem, co widzę — wycedził Maverick, ale ciszej, niż gdy krzyczał do niego z ganku.
— Czyli co niby?
— Że nie chcesz tu wracać, Nick — tym razem odwrócił się do niego. Miał ciężki oddech, trochę zaczerwienione oczy, ale i pewność w głosie, jakby był w pełni przekonany do tego, co mówi.
Nicholas poczuł, jak coś bolesnego wbija mu się w serce. Dlaczego Maverick tak myślał…? Dlaczego?
— Jak w ogóle śmiesz tak mówić? — wydusił, a jego mechaniczna dłoń zacisnęła się na framudze drzwi, zostawiając na niej ślady metalowych palców.
Usta jego partnera znowu zacisnęły się w wąską linię, ale tym razem mężczyzna już nie odpowiedział. Patrzył tylko w oczy Nicholasa, jakby czekał na werbalny atak, potwierdzenie tego, co mówił, pobrzmiewającego w jego myślach niczym wyrok.
Nicholas odetchnął za to kilka razy, uspokajając się, a raczej łapiąc opanowanie. Uspokoić swojego serca i nerwów nie był w stanie.
— Dobrze więc. Inaczej — wycedził. — Powiedz mi, abym został, to zostanę. Jeśli nie… cóż, udam, że tej rozmowy — prychnął z pogardą do użytego słowa — nie było. Rano wyruszę do Kansas City, a potem do ciebie wrócę, jak zawsze to robię. A na razie możesz mnie znaleźć w stodole — dodał na koniec, wiedząc, że nie jest w stanie patrzeć i czekać na reakcję Mavericka, która wcale mogła nie nadejść, a patrzenie na jego milczenie było zbyt bolesne.
Na razie zobaczył, jak ten zaciska mocno usta, aż jego żuchwa drżała pod skórą. Potem mężczyzna otarł jedną wilgotne oko wierzchem zabandażowanej dłoni i skinął głową. Czekał, aż Nick wreszcie wyjdzie, bo w małej przestrzeni nie lubił się z nim kłócić, a już wiedział, że znowu jest gorąco. Nicholas był silny, duży i niebezpieczny, gdy się denerwował. A on nie był w stanie wydusić z siebie nic pokojowego, bo buzowały w nim wszystkie emocje, które uświadamiały go, że jest coraz gorzej.
Młodszy mężczyzna więc wycofał się wpierw z pokoju, a następnie z całego domu. Mocno utykał z nerwów, kiedy szedł w stronę stodoły ze swoimi rzeczami i kocem, aby na nim i na sianie spędzić noc. Już wiedział, że ponownie rozstaną się w negatywnym nastroju. Pełnym cichych wyrzutów, nieporozumienia i napięcia przed tym, co będzie następnym razem. A przecież niby wystarczyło jedno słowo, jeden gest zatrzymujący partnera przy sobie.

*

Cały dzień był spokojny i pozostawało liczyć, że i wieczór oraz noc takie będą. Cóż to jednak było za rozczarowanie, kiedy wraz z zachodem słońca w powietrzu poza graniem owadów zaczęło być słychać nawoływanie wilków! To było jasne, że są w pobliżu. Zawsze były, ale kiedy się je słyszało, ta świadomość wracała ze zdwojoną siłą. I nie tylko człowiek sobie o tym przypominał, ale i bydło, którym się opiekował.
Zwierzęta przeszywał niepokój za każdym razem, gdy słyszały drapieżnika, a przecież nie pierwszy raz się to zdarzało, ba, zapewne nie ostatni. Ale widać było po pyskach krów, byków i cieląt, że czują strach, że wiedzą, że może przyjść śmierć. Że jeden z członków stada nie dożyje poranka. Skupiały się więc ciasno przy sobie w obawie, co może nadejść i w obawie o utratę młodych. Lecz tej nocy, ku ich szczęściu, nikt nie odniósł ran ani nie stracił życia. A wszystko to dzięki żartowi losu. Bo który wilk, podchodzący i czający się na bydło pasterza, przypuszczałby, że poniesie klęskę i odejdzie z pustym żołądkiem dlatego, że stanie mu na drodze zając? Chichotem losu był fakt, że ten zając nie jest byle jaki. Wielkości konia, o mocno wyprostowanych nogach, niekucający, a stojący jak prawdziwy wierzchowiec. Co z tego, że z króliczą, chociaż dłuższą i bardziej kwadratową mordką, długimi uszami i puchatym ogonkiem? Jego tylne nogi może trochę schodziły ku ziemi, ale pozwalały jeźdźcowi wygodnie usiedzieć. Jeśli jeździec wiedział jak, rzecz jasna, i ku szczęściu bydła, wiedział. Niełatwo było zrobić uzdę i siodło, bo kto siodła zające? Kupić? Jeszcze ciężej. Tym razem los nie chciał, żeby jakiś pasek się poluzował, by coś się zerwało. Wilkom nie było to na rękę. I jak każdy w Stanach wie, jak szybkie są zające, to tylko można wyobrazić sobie, jak szybkie są tak wielkie zające. Siedzenie nad ich łopatkami i trzymanie się mocno lejców to już połowa sukcesu, aby pokierować to duże zwierzę. I chociaż duże, nadal dość płochliwe, dlatego pod dosiad nadają się wyłącznie samce. Ich wola walki jest większa niż u samic, a i temperament dużo bardziej zadziorny. Dlatego też wilki nie miały wiele szczęścia tamtej nocy. Najpierw szybka szarża, potem zamieszanie, a w końcu stójka na tylnych łapach i próba boksowania drapieżnika. A dla jeźdźca… jest to niewątpliwie jak rodeo.
Wilki spłoszone, bydło uratowane, a zając znowu spełnił swój obowiązek. Nie pierwszy raz, choć pewnie wielu sceptyków z początku nie wierzyłoby, że takie zwierzę jest zdolne do obrony bydła. Mutacje były różne, udomowić dało się bardzo małą część. Trzeba do tego smykałki. No cóż, obronione bydło, a i spłoszone wilki, gdyby mogły mówić, pewno by powiedziały, że ten jeździec do tego smykałkę miał.
— Niewątpliwie, ale też i wiele pewności siebie — Jefferson przerwał opowieść mężczyzny, który siedział naprzeciwko niego i Williama przy ognisku.
Spotkali go, kiedy pilnował bydła, siedząc na przerośniętym zającu. Zwierzę było podobne do zająca wielkouchego, który występował trochę na zachód stąd i który był jednym z większych zajęcy, jakie Ranger znał. I tak samo jak jego gospodarz mówił, zwierzę było anormalnie duże, a jego kończyny były chyba jeszcze dłuższe niż zazwyczaj. Chyba też nieznacznie grubsze. Pysk w opinii Jeffersona miał zwyczajny, chociaż nie znał się na gryzoniach, a tym bardziej na zmutowanych, które, jak pies z założonymi na siebie łapkami, na boku, leżały za plecami szczupłego, trochę żylastego pasterza.
I tak, jak Jefferson był nawet zasłuchany w tę opowieść, William tylko spozierał w oczy zająca, wręcz nie dowierzając, że widzi takiego stwora. Nie miał nawet pojęcia, jak się takie coś nazywa. Bo na pewno nie „zając”. Obawiał się takich stworzeń i coraz bardziej doceniał swojego Pigmenta.
— Ile więc lat pan go ma? To jakaś starsza mutacja? — zapytał, bo im bardziej na północ jechali, tym więcej było mutacji. Niektóre były bardzo liczne, więc domyślał się, że ich rozród musiał trwać od lat, aby rozrosły się do rozmiarów takich ilości.
To wszystko, co obserwowali na drodze do Chicago, sprawiało, że chętniej podszedł do nauki strzelania. I do tego nie tylko z rewolweru, ale i strzelby, którą w Newport kupił mu Jefferson. Ćwiczył każdego dnia, a Jefferson był bardzo dobrym nauczycielem.
— Jacka mam już pięć lat. Od maleńkości. Był podkradziony dzikim osobnikom. Tu wołamy na nie lesusy. Jak gdzieś są zwierzęta, co robią większe susy, to się poważnie zdziwię! — mężczyzna zaśmiał się i z dumą potarł swoją kozią bródkę. Był dość drobny jak na pasterza i kowboja. Nie przerastał nawet Williama. Przez to jego zwierzak pod dosiad wyglądał na naprawdę sporego. Postura pasterza musiała pomagać lesusowi w zwinnym pokonywaniu odległości.
— Ciekawe — skomentował lakonicznie lekarz, nie wnikając za bardzo w pochodzenie tych zwierzaków i woląc nie dopytywać, czy aby nie były mięsożerne i czy miały jakieś techniki zabijania. — Ma ich pan więcej?
— Nie, tylko Jacka. Chociaż myślę, aby go rozmnożyć. Nie wiem, ile lesusy żyją, chociaż pewne jest już, że dłużej niż zające — wyjaśnił pasterz, a Jefferson przyglądał się zwierzęciu za jego plecami. Wyglądało na naprawdę spokojne, ale też bardzo czujne. Długie jak jego ramiona uszy sterczały wysoko w górę, poruszając się to na prawo, to na lewo.
— Chyba nie zdarza się, żeby ktoś was podszedł? Jeśli są takie, jak zające, to są czujne cały dzień? — dopytał Jefferson, zastanawiając się, co jeszcze ich spotka w drodze do Chicago i czy utrzymałby się na takim zającu. Nie żeby planował zmieniać Oficera, ale zawsze lubił rodeo.
— Sami widzicie, że żyję w dziczy, pełno wokół zagrożenia, a jednak wciąż dycham. To duża zasługa Jacka.
William po raz kolejny żałował, że oddali dziennik Zwierzaka w ręce braci Dog. Nie mógł sobie przypomnieć, czy było w nim coś podobnego do tego stwora, ale całkiem możliwe. Był pewien, że widział gdzieś w rysunkach zajęcze uszy.
— Do naszego celu mamy jeszcze pięć, siedem dni drogi. Mam nadzieję, że nie spotkamy nic bardziej groźnego niż wilki i bardziej zmutowanego niż pański… pojazd — stwierdził z pełną powagą William, nazywając w ten sposób zwierzę, które towarzyszyło ich rozmówcy na ten dzisiejszy wieczór. Miło mu było, że w ogóle spotkali kogoś w drodze, bo w Indianapolis nie zatrzymali się na tak długo, jakby chciał i tęsknił do poczucia, że żyje wśród ludzi, a nie zwierząt.
Pasterza Barta spotkali dzisiaj późnym popołudniem. Jefferson już rozglądał się za miejscem na postój, kiedy natknęli się na stado krów. Zaraz po nich mieli okazję poznać jeźdźca lesusa, Jacka.
— Raczej spotkacie. Ja z bydłem przesuwam się na południe, bo tam już… — urwał i machnął ręką. — Chociaż pod koniec sezonu i tak muszę tam wracać, aby zarobić na życie. Ale trudno jest. Od kiedy są kopalnie, jest chyba jeszcze gorzej — westchnął ciężko i dorzucił gałąź do ogniska, które leniwie tliło się obok nich.
Nad ogniem latały owady, a okolica wcale nie była tak cicha, jak mieli okazję słyszeć, nocując na południu. Dźwięki nocnych ptaków, sporadyczne wycie i trzask łamanych gałęzi był tu na porządku dziennym. Dlatego William widział jedną wadę w spotkaniu Barta — nie będzie mógł spać przy Jeffersonie, który swoją obecnością zawsze dawał mu poczucie bezpieczeństwa.
— Pewnie wiele się zmieniło, nim ostatnio byłem w Chicago, mimo że to zaledwie dwa lata. Mieszkając tam, nie słyszałem też zbyt wiele o zmutowanych zwierzętach. Choć może to dlatego, że interesowałem się głównie ludźmi.
— Bo ja tak cały czas o sobie, a ty jesteś lekarzem, tak? — spytał z zaciekawieniem mężczyzna, który gościł ich tej nocy przy swoim ognisku.
Jefferson tylko słuchał ich rozmowy. Sam był z Teksasu, na północ nigdy aż tak się nie zapuszczał i nie powiedziałby tego Williamowi, ale z każdym dniem jego pewność siebie była coraz mniejsza, a czujność wzmagała się jak u zająca podczas żerowania.
— Tak. I mechanikiem amatorem.
— A teraz nie wszyscy są amatorami w tej dziedzinie? Wszyscy, którzy nie są z Chicago rzecz jasna. Tam sami eksperci — gospodarz zaśmiał się z lekką kpiną na koniec.
— Niestety, mimo że jestem z Chicago, do bycia ekspertem mi wiele brakuje. Moim największym osiągnięciem póki co jest Goefrey — odpowiedział z chęcią William, zadowolony, że ktoś go słucha na tym polu. Uniósł się nawet i podszedł do złożonych pod jednym z licznych drzew juków. Stamtąd wyciągnął swojego mechanicznego pajączka, aby pochwalić się nim przed pasterzem. Usiadł pomiędzy nim, a Jeffersonem i postawił go na dłoni. — Nie będę wykorzystywał upiorytu, który ma w środku, ale zapewniam, że się rusza i… — urwał, bo kiedy tak mówił i patrzył na mechanicznego pupila, coś mu się nie zgadzało. — Och… to dziwne… — mruknął cicho do siebie, odchylając maleńką płytkę przy jego przednich nóżkach. Była zazwyczaj zamknięta, a za nią znajdowała się strzałka z trucizną.
— Hm? Co? — rozmówca lekarza zaciekawił się już i tak z wielkim zafrasowaniem i podziwem w oczach dla takiej złożonej pracy.
— Brakuje mu igiełki… — mruknął William, ściągając swoje jasne brwi. Nie wyciągał go dawno z bagażu. — To dziwne…
— Może wypadła — rzucił Jeff pierwsze, co przyszło mu do głowy. Nożem obkrajał suche mięso, pojadając je i żując.
— Nie mogła samoistnie wypaść. Żeby ją wystrzelił, trzeba tutaj przekręcić, a trzymam go tak zabezpieczonego, żeby nic o niego nie zahaczało — stwierdził William, niepocieszony tym, co zauważył. Igiełki były bardzo maleńkie, a nie wszędzie dało się takie kupić, aby pasowały do jego pajączka. Westchnął cichutko i postawił go sobie na ramieniu. — Widzi pan, nóżki są odpowiednio przyczepne. Nie spadłby nawet przy jeździe konnej.
— Ale czy to wygodne? — spytał Bart z zafrasowaniem na twarzy i powątpiewaniem, czy taki twór wytrzymałby jazdę na jego ramieniu, kiedy dosiadałby swojego lesusa.
— Ja ci go nie ruszałem — do rozmowy mimochodem wtrącił się Jefferson, dając jednak obu towarzyszom się wygadać.
William rzucił Rangerowi krótkie spojrzenie, zastanawiając się już tylko w duchu, jak jego ukochany Goefrey mógł stracić igiełkę. Do pasterza za to powiedział:
— Jest dość lekki jak na swój rozmiar, więc nie przeszkadza. Dodatkowo umie strzelać igiełkami, które można nasączyć dosłownie każdą trucizną. Jest więc i pupilem, i bronią w jednym — pochwalił i delikatnie pogłaskał pajączka, jakby ten był żywy.
— No, nie powiem, ciekawa zabawka. Zakładam, że niektórym mądrym głowom może się spodobać. Tym bardziej, że ostatnio dziwne mody się pojawiają, że broń to niby niemodna. Kobiety głównie tak mówią. Więc takie trucizny, to jako że to ich metody, by się im spodobały. Będziesz chciał pan to sprzedać w Chicago?
— Nie myślałem o tym… Ale może warto by było go opatentować… — William zaczął myśleć głośno, ale potem zerknął na Jeffersona porozumiewawczo. — Mamy jednak sporo pracy z moim przyjacielem. Nie wiem, czy znajdę czas na swoje mniej ważne zainteresowania.
— Się zobaczy — odparł pobłażliwie Jefferson. Nie wiedział jeszcze, czy dotrą w jednym kawałku do Chicago, więc planowanie tam pobytu odłożył na później.
Lekarz przytaknął i oparł się wygodniej o pieniek, który wcześniej sobie podłożył pod plecy. Już się tak nie wzdrygał na każdy szmer, jak kiedy zaczynał swoją podróż z Jeffersonem. Nawet polubił ciepło ogniska, które było dziwnie inne i bardziej… nastrojowe niż to z piecyków.
— Chociaż patrząc na to, do czego zmierza nasza obecna protetyka i mechanika, podejrzewam, że niedługo mechaniczny pajączek nie będzie ewenementem, a może i mechaniczne lesusy będą chodzić po ulicach — rzucił po chwili, wskazując na spokojnie leżącego, przerośniętego zająca, który jakby słysząc, że o nim mowa, zerknął na niego jednym, czarnym ślepiem. Było duże, szeroko otwarte, a w nim odbijał się blask ognia.
Bart uśmiechnął się pod nosem i wyciągnął dłoń do zwierzęcia, aby pogłaskać jego puszystą sierść.
— Chyba bym nie chciał. Zwierzęta jednak mają osobowość. Może nie są wieczne, ale ma się przynajmniej wrażenie, że rozumieją, co się do nich mówi. Z maszynami to… nierealne.
Jefferson aż przytaknął, bo pasterz bardzo dobrze ujął w słowa to, co i on sam myślał.
— Chyba mam wrażenie, że już to gdzieś słyszałem… — rzucił z delikatnym uśmiechem William, spozierając na swojego towarzysza.
Po tym wstał i poszedł odłożyć Goefreya do juków. Chociaż może spanie z nim tej nocy nie byłoby takie głupie, skoro nie mógł mieć pod ręką Jeffersona… Mimo tych myśli zapakował swojego pupila i wróciwszy do ogniska, dyskretnie odetchnął głęboko. Był zmęczony, ale im bliżej był domu, tym większe czuł napięcie. Dość przyjemne, bo jednak było to jego rodzinne miasto. Nostalgia go tam przyciągała. Nie był jednak w stanie przewidzieć, ile rzeczy zmieniło się w Chicago i jak będzie się czuł, kiedy już tam będą. I w sumie na trochę się wyłączył, rozmyślając o swoim domu, bo kiedy znów był myślami na miejscu, tam gdzie ciało, Jefferson rozmawiał z Bartem o polowaniach i rodeo. Teraz on mógł dać chwilę odpocząć ustom i się po przysłuchiwać. O tym jak dywagują o linach, splotach, o otarciach na dłoniach, kiedy zwierzę się wyrywa, a jeździec musi się na nim utrzymać.
Miał w tym zerowe doświadczenie, a jako że żył w dużym mieście na północy, nie miał okazji oglądać takiego widowiska. Samo wyobrażenie sobie Jeffersona w takiej sytuacji jednak podziałało na niego na tyle mocno, że ta scena wręcz stanęła mu przed oczami tak, jakby właśnie ją oglądał. To zacięcie na twarzy Rangera, mocno spięte uda, pocące się ciało, wyraźny zarys mięśni pod skórą, intensywny zapach, siła, odwaga…
Odetchnął cichutko i uniósł się, zadowolony, że płomień w ognisku był nieduży i nie oświetlał dobrze jego postawy.
— Panowie wybaczą na chwilę, udam się na stronę — poinformował ich kulturalnie i pokierował się do chaszczy, by dać upust swojemu gwałtownemu podnieceniu.
— Tylko niech cię co nie ukąsi! — rzucił jeszcze za nim Jefferson i wrócił do rozmowy z właścicielem bydła. Dobrze mu się rozmawiało, mieli chwilę wytchnienia i dodatkową parę oczu, która czuwała nad snem. Z Williamem podróżowało mu się coraz lepiej, ale czasami miła była chwila wytchnienia.
Miał tylko nadzieję, że w Chicago nie spotkają ich żadne problemy i tych chwil wytchnienia znajdzie się więcej. Ale im więcej słyszał o tym mieście, tym bardziej obawiał się, że nie będzie mógł spać przez wrzaski upiorytu z fabryk, ogólny hałas i buchy pary widziane zza okna. Nie lubił miast. Ale skoro praca tego wymagała…
Kiedy jednak zerknął na Jacka, lesusa swojego rozmówcy, doszedł do wniosku, że to nie czas, by martwić się miastem. W końcu najpierw musieli do niego dotrzeć we względnej całości, żywi.

*

Spieszyli się. Do Chicago mieli już co prawda blisko, ale William obawiał się o serca w słoiku, obawiał się wszechobecnych mutacji i chciał już być w bezpiecznym miejscu. Ale jak zwykle Jefferson naciskał, aby szybko ruszać z rana, tak dzisiaj było inaczej. Najwyraźniej nie mógł sobie odmówić sprawdzenia własnych sił i z rana, po śniadaniu, podążył ze spotkanym wczoraj pasterzem na większą polanę, aby dosiąść lesusa.
Lekarz na samym początku obserwował to niczym zaczarowany. I nie, bynajmniej nie podziwiał przy tym podskoków Jacka, próbującego zrzucić niechcianego i nieznanego sobie jeźdźca. Co prawda te były bardzo żywe, nieraz niesamowicie wysokie i nagłe, ale to jeździec wzbudzał w Williamie podziw. Nie było zaskoczeniem to, jak bardzo Jefferson fascynował blondyna, więc Jefferson nawet nie musiał się odwracać w stronę siedzącego w bezpiecznej odległości na pieńku towarzysza, aby być pewnym, że jest obserwowany. Zresztą, nie miał nawet kiedy. To przeklęte zwierzę było zacięte i zdeterminowane, aby pozbyć się go z grzbietu. Ranger czuł, jak silne jest, jak jego mięśnie mocno się napinają, jak są twarde i wyćwiczone. Rozmawiał trochę z pasterzem na ten temat i dowiedział się, że te zwierzęta po prostu tak mają — są bardzo wytrzymałe i silne. Wzbudzało to w jakiś sposób jego podziw, chociaż nie wymieniłby swojego wierzchowca na nic innego.
Nieprędko znudziło Williama to widowisko, które dostarczało mu nie tylko wrażeń wizualnych, ale też obaw o zdrowie przyjaciela. W końcu wystarczyłoby, żeby ten słabiej chwycił się siodła, stracił równowagę i niefortunnie upadł, aby doznać obrażeń. William osobiście uważał, że Jefferson jest wybitnie lekkomyślnym mężczyzną.
W końcu i Jeffersonowi znudziła się ta zabawa, a może raczej uznał, że już udowodnił sobie i pokazał obserwującej go dwójce, że jest w stanie ujarzmić takie zwierzę. Naładowało go to pozytywnymi emocjami, więc już około południa, gdy słońce akurat schowało się za wyjątkowo gęstymi chmurami, mogli ruszyć dalej. Mieli być w Chicago już za jakieś sześć dni…

9 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 39 – Wilk i zając

  1. Basia pisze:

    Witam,
    i co było tak pięknie, jedno słowo wystarczy aby było między nimi dobrze, Will zdziwiony, ze jego pajączek nie ma igiełki z trucizną… niech wpadną na pomysł, że ktoś grzebał im w jukach…
    weny, dużo weny życzę….
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Shivunia pisze:

    Bebok >>> Te „prawie” jest taaaaaaaakie kluczowe. Bo tak jak piszesz niby coś do przodu, a jednak i tak stoją w miejscu. Trochę jak efekt jojo w odchudzaniu. Niby starasz się schudnąć, a jednak tyjesz albo w najlepszym razie stoisz w miejscu jeśli nic nie zmienisz drastycznie w życiu. U nich cały czas jest to samo i cały czas te same problemu do nich wracają jak bumerang. I efekty są takie jak widać. Tak jak piszesz, nadal leży im coś na wątrobie. Biedna wątroba, powinni mieć lżejszą dietę albo brać te tabletki ziołowe co reklamują XD (ah ten komizm środka nocy)
    Co też sama zauważasz, sama znasz podobne sytuacje. Bo najtrudniej powiedzieć coś komuś na kim najbardziej nam zależy. Jak to było. Że ta osoba która czyni są silnym jest naszą największą słabością? Jakoś tak. W ich przypadku też się to sprawdza.
    Hahaha, a bierzemy internet. Dużo internetu. No może nie aż tak dużo jakbyśmy chciały XD Ale przedawkowanie ponoć szkodzi. Co nie zmienia faktu, że zając jest dość popularny w kulturze. Chociażby rogate zające. Które btw powstały w umyśle ludzi przez wirus brodawczaka. Ale odbiegłam od tematu. Dzięki bardzo za komentarz i nie musisz się… chyba… „aż” tak o nich bać. Chyba XD

    Gordon >> Taa, u nich jeszcze długo chyba nie będzie dobrze. Czasami jest nadzieja, a potem… eh. A niby dorośli ludzie. Niby. Okazuje się, że w sprawach uczuć, czasami dzieciom idzie lepiej ich wyjawianie. Bo nie szukają wszędzie drugiego dna. A czy im damy drugą szanse…. się okaże XD Moja odpowiedz na pewno pomogła.
    Co do bestiariusza, to szykuje się kilka zwierzątek, ale jestem leniwa i nie mam weny, dlatego stoi to w miejscu. Niczym relacje uczuciowe miedzy Zwierzakiem a Nickiem. I dziękujemy że podobał się opis. Teraz jeszcze bardziej jest presja, aby i rysunek jako tako wyglądał w porównaniu do opisu ;p
    Willuś na 100% by na to nie wsiadł. Jak on miał problem z koniem. Hahaha. Jeff to co innego. Tylko ciekawe kto by go potem składał. Oj, nie, może by się nie połamał. Próbował rodeo. Ja na bank bym nawet się na to puszyste stworzonko nie wdrapała ;p

    Saki >> Nasze Staruchy (tak ich pieszczotliwie nazywamy, chociaż Maverick pewnie by się przez to jeszcze bardziej zdołował) naprawdę są ciężkim tematem. Ta stodoła nie pomaga. Oni nie powinni mieć miejsca gdzie można uciec. Ale już znają wszystkie możliwe drogi ucieczki. Do tego obaj boją się konfrontacji. Bo jeśli by się tak serio pokłócili, może by coś faktycznie z tego było, ale im puszczają nerwy, ale potem zauważają że źle robią i wieją. Do tego Nick boi się, że go ponosi i coś … no zniszczy jak się za bardzo wkurzy, a Maverick także nie podchodzi do tego najlepiej. Nie wiem, może coś się wydarzyło wcześniej, ale też trzyma dystans od wielkiej siły swojego faceta. Eh, mogli by obaj w końcu tak w 100% zrozumieć, że są swoi. Ale… są uparci. Stare zrzędy.
    Rodeo na króliku było by… wyskokowe. ( ah, te moje dzisiejsze żarciki). I jestem pewna, że żadne lądowanie nie było by miękkie, po tym jak taki skoczek by wyrzucił jeźdźca w powietrze.
    A odnośnie ogona. Po pierwsze fajnie, że komentujesz zaległy rozdział :D To miłe mrrrr :3 I w ogóle bawi mnie także cała ta sytuacja. Większość z nas chciała by się z ogonem zamienić, a jednak ich to przeraziło. Szczególnie kobietę. Cóż, może to było dla niej jak przyłapanie rodziców na seksie. To zawsze jest traumatyczne hahaha Chociaż inni mogli by to uznać za coś seksownego, tym bardziej jeśli rodzice by byli młodzi. I seksowni…. Ok, ta rozkmina posunęła się ciut za daleko. Wybacz.
    I także uważam, że chłopcy powinni bardziej uważać, nie wiadomo co zdesperowana kobieta, straumatyzowana do tego może zrobić. A już raz jej się upiekło razem ze swoim kolegą uciec, więc kto powiedział, że ci nie mają za dużo szczęścia. Z drugiej strony, pytanie kto szybciej chwycił by w tej sypialni za broń jakby się wydało, że w pokoju są karaluchy? Uuu… było by ostro. Ah te hipotezy!
    Także cieplutko pozdrawiamy :)

  3. saki2709 pisze:

    Tak blisko, a tak daleko. Plus jest taki, że zaczęli w końcu wyrażać swoje myśli. Szkoda tylko, że nie wyjaśnili sobie wszystkiego do końca, tylko, jak zwykle, któryś musiał strzelić focha i pójść do stodoły. Mam nadzieję, że takie niedokończone „rozmowy” jeszcze bardziej nie pogorszą sytuacji między nimi. To jest takie frustrujące, że nie mogą się dogadać, pomimo tego, że tak bardzo się kochają i praktycznie żyć bez siebie nie mogą. W jednej chwili się kochają, jest cud, miód i orzeszki, seksownie i gorąco, że człowiek myśli, że wszystko jest na dobrej drodze i zmierza ku lepszemu, a w drugiej któryś wyskoczy z jakąś bzdurą, która przeradza się w awanturę, atmosfera siada i znowu są w punkcie wyjścia, jakby nic się nie stało. Zaczynają mnie już wkurzać z tym „jaki to ja jestem beznadziejny (stary/kaleka – niepotrzebne skreślić), on na pewno jest ze mną z litości itp”. Żeby jeszcze z tych awantur coś wynikło, ale nie. Jak już zaczynają powoli zmierzać do meritum, to albo jeden, albo drugi robi uniki i ucieka do tej stodoły. Mogliby ją wykorzystać do czegoś innego niż trzymania koni i mocowania, gdy się pokłócą.

    Rodeo na króliku wymiata XD Wiedziałam, że Jeff nie odpuści i będzie chciał dosiąść przerośniętego, zmutowanego gryzonia (czy czymkolwiek te zające są).
    Co do pajączka, to zastanawiałam się, kiedy Will do niego zajrzy i zauważy brak igiełki. I czy skłoni go to do głębszych rozmyślań. Skoro Jeff czuje, że ktoś im siedzi na ogonie, to nie powinni bagatelizować takiego niepokojącego sygnału i zwiększyć czujność. Ciekawe czy ten ich ogon nie zostawił jakichś śladów na słoiku oprócz odcisków palców, czego chłopcy nie mają szans zbadać. Może jakoś inaczej go zakręcili albo coś…
    A skoro już jestem przy tym ogonie, a nie komentowałam rozdziału z nimi, to powiem, że goście są strasznie wkurzający (dla ścisłości, wkurzający jest każdy, kto przeszkadza w pracy – i nie tylko – Jeffowi i Willowi) i powiem jedno: dobrze im tak (choć chętnie bym się z nimi zamieniła). Mało się nie popłakałam że śmiechu przy tym rozdziale. Mają chłopcy wyczucie, nie powiem. Tak ich zgnębili psychicznie, że tamci nie myśleli o niczym innym jak o tym, żeby jak najszybciej wydostać się z tego pomieszczenia XD. Ale gdyby chłopcy odkryli ich obecność, to karaluchy, które zagnieździły się pod ich łóżkami, z pewnością żywi nie opuściliby tego pomieszczenia.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  4. Gordon pisze:

    Znowu sie pieprzy u generala i zwierzaka a wydawalo sie ze moze byc dobrze :/ Ja bym normalnie nie widzial dla nich ratunku ale moze sie cos stanie ze im dacie szanse :p Zwierzak sie marnuje na tym zadupiu. Bedzie ten zajac w bestiariuszu? Tak go opisalyscie ze mam wrazenie ze wyglada odlotowo. Doktorek by zdechl jakby mial dosiasc tego zajaca xD Albo od zawalu albo przyrypania glowa w ziemie buahaha a pewnie Jeff by najpierw zlewal z tego a dopiero potem sie polapal ze nalezy pomoc xD

  5. Bebok pisze:

    Uwaaa! Małe kroczki chłopcy, małe kroczki! Jestem prawie pod wrażenie bo prawie pogadali. Tyle że w sumie znowu trochę jak grochem o ścianę, niby sobie odpowiadają ale generalnie mam wrażenie że cały sens wypowiedzi pierwszego jakoś magicznie umyka temu drugiemu. Błędne koło. Niby coś ruszyło, ale koniec końców nawet jeśli wywalili część tego syfu co to im na wątrobie zalega to wciąż sporo tego zostało a Nick zrobił unik i postanowił się obrazić! Ot co! Pan i władca… szczerze powiem że robi się to śmieszne, żeby dwoje dorosłych ludzi… a nie, poczekajcie… Ludzie są śmieszni. Jakby tak pomyśleć, to w sumie znamy podobne sytuacje. Ech… Może oni kogoś postronnego potrzebują coby im pomógł ponaprawiać? Hmmmm…..
    Osiodłany Zając Gigant….. Ujeżdżanie Gigantycznego zająca…. Rodeo na Zającu… WTF!? Przez chwilę zastanawiałam się czy aby na pewno czytam dalej to opo, potem myślałam już tylko nad tym co wy bierzecie i dlaczego ja tego nie mam ;D
    Boję się co jeszcze po drodze spotkają xd Jakoś ciągle mam mema od Tigram przed oczami jak mowa o królikach ;P trochę przerażająco :P
    No nic, miłego dnia ;D Do pracy rodacy, niestety trzeba się zbierać ;/

    btw. „Niczym Goku z Dragon Balla.” -> Nieśmiertelność level up ;P

  6. Katka pisze:

    O., taaa, taka dojrzałość XD No ale lepiej takie wykrzyczenie niż żadne, niech chociaż trochę ruszą do przodu z tymi swoimi problemami… No a Willuś niestety na dłużej się nie zastanowił, a szkoda, szkoda. Chociaż już i tak mają przeczucie, że coś im na ogonie siedzi… Ale mogliby się bardziej ogarnąć. Hehhehe, a pasterz na szczęście nie jest zły. Dobrych ludzi na drodze też im się zdarza spotykać XD

    Illita, „prawie” taaaa, robi jednak wielką różnicę XD Bo coś tam ruszyło, ale nie do końca i znowu utkwili w martwym punkcie. Och, och, rodeo na królikach w ogóle może bym nie chciała spróbować, ale obejrzałabym XD Wizja iście zabawna. Chociaż rodeo na króliku jeszcze Jeff może potrenować z Williamem XD

    Sharon, boże, jak to się dzieje, ze niemal za każdym razem jak komentujesz, mam polew XD Jakoś tak mnie rozbawiła wizja z tymi garami. Wszystkiemu winien rozdział, aaaale przynajmniej gary dobrze umyte XD W ogóle hahaha „święta krowa nr 2” XD Tym razem to Nickowi się oberwało, hehe. Bo to tak różnie chyba, raz ten zjebie, raz ten. Ostatnio Maverickowi się chyba dostawało. Uuu, a jeśli śmierć taka co nawet Deana Winchestera zabije… A ja myślałam, że tak się nie da, on zawsze wraca XD Niczym Goku z Dragon Balla. I oj tam, więcej scen było, nie tylko jedna XD

  7. Sharon d'Arc pisze:

    Ach te dylemat: wstaję rano, za godzinę do pracy, a tu nowy rozdział! (Na śmierć zapomniałam!) I tylko takie czytać czy nie czytać, oto jest pytanie! Ale jak zobaczyłam, że początek jest o jednej z moich ulubionych par to odpowiedź była oczywista XD A potem w robocie wyjątkowo energicznie zmywam gary, podchodzi koleżanka „co, zły dzień?” a ja na to „nope, zły rozdział” No normalnie fhgdjfesmfqmriwedjw jak oni tak mogli?! To już była pawie rozmowa, którą powinni przeprowadzić stulecia temu! Maverick powiedział co mu leży na wątrobie, ale święta krowa nr 2 unosi się honorem i zamiast przytulić, utulić, pocałować i się seksić do białego rana w stodole na sianku to idzie spać forever alone wielce obrażony. Przynajmniej miejsce się zgadza. Geez, zabiłabym ich obu normalnie. Tak na śmierć, taką 100%, że nawet Dean Winchester by tego nie przeżył. Normalnie wszech-hejt. Na 39 rozdziałów JEDNA scena. Jeszcze trochę i Sterek ich przegoni -.- Normalnie emo foch z przytupem.
    P.S Królik wymiatał XD

  8. Illita pisze:

    Nooo, to była prawie jak rozmowa XD przynajmniej wyrzucili z siebie co im na sercu leżało, ale jeszcze daleka droga przed nimi… Szkoda że Will nie zastanowił się bardziej nad tą igiełką… ale dobrze że to zauważył, może później coś skojarzą, zanim nie daj boże będzie za późno… A wizja rodeo na królikach zostanie ze mną do końca dni moich XD

  9. O. pisze:

    Wow Nick i Marvi coś do siebie wykrzyczeli ;D Co za dojrzałość! Stodoła zamiast kanapy w salonie, no, kto co lubi :D
    Szkoda, że Will dłużej się nie zastanawiał nad zaginioną igiełką, może by rozejrzeli się bardziej wkoło siebie i może wtedy zauważyliby że nie są sami? Że jakieś ptaszysko im towarzyszy/ło ;D Myślałam na początku, że ten Pasterz to nie po ich stronie jest, że podczas snu im spróbuje coś zrobić xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s