Across The Cursed Lands II – 37 – Podłóżkowe doświadczenia

Naprzeciwko dużego, choć nie do końca luksusowego hotelu, przy wodopoju dla koni siedziała pewna para. Szerokie ronda kapeluszy ukrywały ich twarze, choć gdy ktoś bliżej się im przyjrzał, ujrzał, że mężczyzna był Azjatą, a kobieta miała długi, czarny warkocz. Wyglądali na młodych i spokojnych, a może po prostu teraz z jakiegoś powodu bardziej czujnych. Nie wymieniali między sobą wiele słów i cały ranek przesiedzieli w tym samym miejscu. Kobieta tylko raz obeszła budynek i wróciła z nowymi informacjami. Potem upewniła się, czy ma pełne magazynki w swoich dwóch rewolwerach.
— Licz na to, że wyszli na długo, bo nie chce mi się pieprzyć z jakimiś kłopotami — rzuciła naturalnie donośnym głosem, który jednak w tym momencie starała się ściszać. Była profesjonalistką, psia kość. Miała wygodne, przylegające do szczupłych nóg spodnie, wysokie buty na miękkiej podeszwie, które nie robiły nadmiernego hałasu. Granatowa koszula z bufiastymi ramionami ściśnięta była na brzuchu, pod biustem, skórzaną kamizelką, a na rękach od łokci długimi rękawiczkami.
Mężczyzna, który obok niej siedział, spojrzał na nią swoimi wąskimi oczami. Był spokojniejszy od niej, a przynajmniej na to wskazywała jego postawa. W dużej mierze była skrywana przez długi płaszcz, pod którym krył się niemalże całkowicie czarny skrój. Długie spodnie, płaskie buty, koszula oraz chusta pod szyją. Nie pasował do swojej towarzyszki i bynajmniej nie pretendował do jej umiejętności dobierania części garderoby.
— Mogłaś za nimi iść — rzucił obojętnym tonem i spojrzał w prawo, gdzie kawałek dalej przy wodopoju stały dwa konie. Jeden z nich miał tarantowate brązowe umaszczenie, drugi zaś był typowym gniadoszem o smukłej budowie ciała.
— I zostawić cię z tym zadaniem samego? Jeszcze czego…? — odpowiedziała z prychnięciem kobieta i postukała piętą w suchą ziemię.
Indianapolis było dużym miastem, pełnym ludzi, więc ich przesiadywanie w jednym miejscu tyle czasu i obserwowanie hotelu, nie zwróciło niczyjej uwagi. No, może poza uwagą kota, który obserwował ich z jednego z ganków. Poza nim każdy był w ruchu. Było też sporo konnych, wozów i kilka razy przemknął im przed oczami automobil. Budynki też były wyższe niż te, które spotykano na południu. Nie licząc fabryk oczywiście. Para nie była zaskoczona, że dwójka jeźdźców, których obserwowała, zatrzymała się tutaj. Szkoda było omijać miejsce, w którym można odpowiednio uzupełnić zapasy i dowiedzieć się, co dzieje się w kraju. Jakby nie patrzeć, w ciągłej drodze ciężko było być na bieżąco z wszelkimi wydarzeniami.
— Jak zawsze uparta — stwierdził mężczyzna, kręcąc głową i ruszył do koni. — Zostawię płaszcz i idziemy. Słońce jest wysoko — zakomunikował tę niewątpliwą oczywistość i nie obejrzał się na towarzyszkę, czy idzie za nim. Przy tym oglądał chodzących wokół ludzi, samemu unikając ich spojrzeń.
Kobieta również śledziła innych czujnymi, brązowymi oczami, w których jednak było mniej spokoju i opanowania jej towarzysza, a więcej zadziorności i może nawet podjudzania do zaczepki.
— Ta, idę, nie ma na co czekać — uznała i podążyła za towarzyszem przez szeroką ulicę, w stronę wejścia do hotelu.
Już wcześniej sprawdzili, czy jest możliwość wkradnięcia się na górę, zostając niezauważonymi. Była. Wszystko dzięki temu, że parter stanowiła spora jadłodajnia, w której cały czas, nawet o tej porze, odbywały się jakieś tańce. Jak się okazało po wejściu do środka i zasłyszeniu kilku okrzyków, ktoś świętował urodziny. Od wczoraj. Było głośno i tłocznie, więc para mogła chyłkiem wkroczyć na schody, a potem w stronę upatrzonego pokoju. Tam Azjata wysunął się na przód. Nie było po co robić zamieszania, więc jego zdolności były w tej chwili nieocenione. Zza pasa wyjął zaczepiony na kółeczku zestaw blaszek i drucików. Z tym przymierzył się do zamka i nie minęła nawet chwila, a drzwi stały przed nimi otworem, jakby zostały otworzone kluczem. Azjata obejrzał futrynę i zaprosił towarzyszkę przodem.
— Damy pierwsze — rzucił prześmiewczo.
— Damy… — kobieta prychnęła i przechodząc przez próg, dała mu mało delikatnego kuksańca w bok. — Bierzemy się do pracy, bez żartów — postanowiła już głośniej, kiedy mężczyzna zamknął za nimi drzwi.
Od razu dostrzegli juki Texas Rangera i lekarza, które zostały rzucone przy jednym z dwóch, prostych łóżek. Stały blisko siebie, a dalej było wyjście na maleńki balkonik. Widać było, że zdążyli już przemyć twarze, bo dzban z wodą na kredensie był prawie pusty. Nie zrobili dużego bałaganu, bo nie spędzili tu wiele czasu. Wczoraj, kiedy para śledziła ich na drodze, dojechali do Indianapolis późnym wieczorem. Wykupili pokój i dosłownie kwadrans później już pogasili światło. Jedynie dzisiejszy poranek posiedzieli tu chwilę, a następnie wyszli w nieznanym parze celu. Nie było to jednak tym razem ważne, bo przecież wrócą po swoje rzeczy. A dzięki temu para mogła przejrzeć dokładnie, co posiadają.
— Bo ty nie znasz się na żartach — podsumował mężczyzna z cieniem uśmiechu. Jego wąskie, ciemne oczy obiegły szybko pokój. — Tylko nie nabałagań. Nie chcemy, aby wiedzieli, że tu byliśmy — dodał pro forma i kucnął przy bagażach. Sprawdził wiązanie, aby potem je powtórzyć i rozwiązał torbę Rangera.
W środku wpierw zaatakowała go brudna bielizna, potem reszta ubrań, koce, pudełka z nabojami do broni, narzędzia na samym dnie, ściereczki do czyszczenia Coltów. Upewniwszy się, czy niczego nie pominął, zawiązał bagaż i zabrał się za drugi. Tam było jeszcze mniej rzeczy. Resztki prowiantu, puszki z fasolą i… słój.
Jego towarzyszka nie dostrzegła jeszcze tego ewenementu, bo właśnie przeglądała rzeczy lekarza. Były bardziej uporządkowane i poskładane. Znalazła narzędzia i zaczęła się głupio śmiać, kiedy wyciągnęła metalowego pajączka.
— Te, Hibiki, zobacz jaka zabawka — zawołała z bardzo ładnym uśmiechem, który wręcz nie pasował do jej zadziornego i złośliwego sposobu bycia. — Może aby mu nóżkę ułamać? — kucając przy torbach Williama Lockerbie, pomachała pajączkiem.
Azjata obejrzał się na nią, aby wybić jej ten pomysł z głowy, ale kiedy zobaczył pajączka, szybko wstał i wyjął go z jej dłoni.
— Uważaj, to nie jest tylko zabawka — ostrzegł ją i ostrożnie zaczął go oglądać. Już widział podobne wymysły i wiedział, że mogły być równie zabawne co niebezpieczne.
Przekonał się o tym w momencie, kiedy przypadkiem coś przekręcił i pajączek, na dosłownie kilka cali obok jego lewego ucha, wystrzelił małą igiełkę. Ta pofrunęła dalej i wbiła się w ścianę obok lustra. Rozległ się przy tym cichy pisk, a kobieta zareagowała opadnięciem na tyłek i błyskawicznym wyciągnięciem rewolweru. Zastygła jednak z jedną ręką podpartą za plecami, a drugą dzierżącą broń i ukierunkowaną na mechanicznego stwora.
— No mi gadasz, że nie zabawka, a patrz, co żeś zrobił! — zawołała. — Pewnie to zatrute było, a ja nie będę twojego cielska nosić potem za sobą, jak cię sparaliżuje!
Hibiki spojrzał na nią z pretensją.
— Po pierwsze, nie celuj we mnie, a po drugie, jakbym ci tego z rąk nie zabrał, to ja ciebie bym nosił — fuknął i ostrożnie odłożył pajączka na bok. Po tym wyjął zza pazuchy skórzaną rękawiczkę, nałożył ją na dłoń i wyjął ze ściany igłę. Obejrzał ją dokładnie. Była wykonana z igieł pustych w środku i zapewne pochodzenia naturalnego. Dzięki temu była w stanie zmagazynować więcej substancji.
Ostrożnie schował igiełkę do małego flakoniku, który miał w swojej torbie przymocowanej na biodrze.
Kobieta odetchnęła ciężko, odrzuciła warkocz na plecy i schowała rewolwer.
— Co za kretyn nosi takie rzeczy w jukach…? Jakby w konia wystrzeliło, to dopiero by mieli po podróży — fuczała pod nosem, unosząc się na kolana, żeby dalej poszperać w bagażach lekarza.
— Może taki, który nie umie strzelać i lubuje się w technologii. Lepiej zobacz, co jest u tego drugiego, a ja sprawdzę te, bo coś czuję, że może być tu więcej takich „skarbów” — Azjata westchnął, ciekaw, jak młoda kobieta zareaguje na słój, który znalazł. — Tylko nie upuść — dodał tak na wszelki wypadek.
— Kurwa mać! — zaklęła, wielkimi oczami wgapiając się w naczynie z trzema, gnijącymi sercami w środku. Zdjęła kapelusz, przetarła czoło i zabrała od mężczyzny słój. — To tak wyglądają na samym końcu… — mruknęła już ciszej, z trwogą przyglądając się sercom.
Azjata kiwnął głową i obejrzał się na towarzyszkę.
— Na to wygląda. Gorzej, że je mają. Znaczy, że czegoś się domyślają — mruknął z niezadowoleniem w głosie.
— Ej! To weźmy je ze sobą! — kobieta od razu zareagowała żywiej, przyciskając słój do piersi, uwydatnionych przez ściśniętą mocno u dołu kamizelkę. — Nie połapią się aż tak szybko, że zniknęły, nie?
Hibiki uniósł wysoko brwi w niedowierzaniu na propozycję.
— Oczywiście, przecież to nie zajmuje połowy bagażu tego Rangera — zakpił, jednak z poważną miną.
Kobieta od razu pokwaśniała na twarzy i odłożyła słój na podłogę obok juków lekarza.
— Jak wolisz, żeby się dowiedzieli, co je łączy… — odpowiedziała z pozornym lekceważeniem w głosie. — Niech jeszcze się wrócą i posprawdzają zwłoki pracowników Ośrodka Karmazynowa Rzeka albo niech jeszcze trafią na kogoś z listy. Na pewno nic nie odkryją, jak będą mieć dwa tuziny takich gnijących serc — fuczała, przeglądając bagaż lekarza, ale nie znalazła tam nic poza ubraniami, butami, narzędziami i lekarstwami.
— Możemy sprawić, aby się zepsuły, nim dojadą na miejsce. — Hibiki uśmiechnął się. Paskudnie. I już było wiadomo, czemu dotychczas zachowywał tylko pogodny wygląd, ale nie uśmiechał się szczerze. Miał drobne, niezbyt równe zęby, a kiedy kąciki jego ust szły w górę, oczy jeszcze bardziej się mrużyły i wyglądał jak warczące zwierzę.
Spojrzenie piwnych oczu kobiety od razu uniosły się znad bagaży i zmrużyły w uśmiechu.
— Dobre, dobreee… jak chcesz to zrobić? — zapytała i szybko zaczęła wiązać bagaże.
Azjata skinął głową na dzban z wodą stojący za plecami towarzyszki.
— Rozcieńczymy to, w czym je przewożą.
Kobieta pokiwała głową i poderwała się na równe nogi. Przeniosła dzban z wodą na podłogę i kucnęła obok swojego towarzysza. Przy tym trąciła go łokciem z uśmieszkiem.
— No, czasem dobrze kombinujesz.
— Czasami myślę, jak ci się udało zdobyć taką reputację — pokręcił głową i naciągnął chustkę spod szyi na usta i nos, nim zabrał się za odkręcanie słoika.
Kobieta tym razem obdarzyła go sceptycznym spojrzeniem i poklepała się po kaburach.
— Tak — wyjaśniła krótko i skupiła wzrok na słoju. Był bardzo mocno zakręcony. Naprawdę mocno. Hibiki więc miał chwilę problemów, ale kiedy już pokrywka miała ustąpić, kobieta nagle położyła mu dłoń na przedramieniu i zatrzymała go. — Cicho! Słyszę ich…! — powiedziała głośnym szeptem, a po sekundzie, która upewniła ją, że to głośny śmiech Rangera, poderwała się. — Do szafy!
— Pod łóżko, do szafy mogą zajrzeć — Hibiki był innego zdania, jeśli chodziło o miejsce do schowania się przed intruzami. Szybko też przełożył słój z sercami do bagażu Rangera i wzrokiem ogarnął pokój, czy nie zostawili po sobie żadnych śladów. Było czysto.
Kobieta zdążyła jeszcze odstawić dzban z wodą na szafkę i dosłownie wturlała się pod jedno z łóżek. Było bardzo niskie, więc tyłkiem czuła drewniany spód, ale ważne, że się zmieściła. Hibiki też nie był postawnym mężczyzną, więc bez szczególnego problemu zmieścił się pod drugie łóżko. Skulił tylko nogi, aby na pewno nie było go widać w tej ciasnej i zakurzonej przestrzeni. Odetchnął razem z dziewczyną ostatni raz głośniej, zaraz przed tym, jak drzwi się otworzyły.
— Kto by pomyślał, że za wyjęcie drzazgi z palca dziecka dostaniemy za darmo owies dla koni — rozległ się głos lekarza zaraz po jego wejściu z Rangerem do pokoju.
Para pod łóżkami zobaczyła dwie pary butów idące po podłodze, a do tego usłyszała jeszcze szeleszczenie papierowej torby i mlaskanie.
— Weź, dobrze, te pokoje były w czort drogie, to chociaż na koniach przyoszczędziliśmy, nie oszczędzając na nich. I jak ich nastraszyłeś z tym… co to było, co on niby mógł dostać? — spytał Ranger i zwalił się ciężko na łóżko, pod którym chowała się kobieta.
— Gangreny — wytłumaczył lekarz i odrzucił buty na bok. — Nawet mała rana może spowodować wiele komplikacji — dodał i podszedł do tego samego łóżka.
Ranger trzymał nogi na ziemi, ale plecami oparł się o ścianę, więc jego pozycja była wpół leżąca. Podpierał się jeszcze na jednym łokciu, bo drugą rękę miał zajętą wyjadaniem mocno pachnących, prażonych orzechów, które kupił lekarz i których woreczek leżał młodszemu mężczyźnie na brzuchu.
William wszedł na łóżko, usiadł na udach towarzysza i sięgnął po kilka orzeszków.
— Brakowało mi takiej chwili oddechu jak dzisiaj — powiedział spokojnym tonem i zachrupał przekąską w ustach. — Czuję się tutaj bezpieczniejszy. Zwykle takie dziwne sytuacje jak ostatnia przydarzają się nam w małych miastach. W Indianapolis nie przewiduję spotkać wściekłych dziewczynek.
— Mam nadzieję, że nic innego wściekłego też nie spotkamy — Ranger zabrał jeszcze jednego orzeszka do ust, czego dowodem były jego dość niewyraźne słowa.
Młoda kobieta pod łóżkiem nie tylko słyszała całą rozmowę, ale była lekko dociskana do podłogi przez uginające się deski i materac. Zrobiła głupią minę, nie mając pojęcia, dlaczego ci mężczyźni siedzą razem na łóżku i wręcz popatrzyła pytająco na Hibikiego po drugiej stronie.
— Co najwyżej wściekłą karczmarkę, która nie dostanie od kogoś zapłaty za pokój albo pisk kelnerki, gdy ktoś złapie ją za tyłek tak, jak ty teraz mnie za nogę — odpowiedział lekarz, a kobieta pod łóżkiem wytrzeszczyła oczy.
— Mogę chwycić też coś wyżej, jeśli tak nalegasz — młodszy mężczyzna zaśmiał się, a po tym w pokoju słychać było głośny dźwięk klapsa.
Hibiki, który widział przerażenie swojej towarzyszki, przystawił palec do ust, nakazując jej milczenie.
— Widzę, że wcale nie trzeba było cię zachęcać — stwierdził lekarz swoim poważnym głosem, w którym dało się jednak słyszeć nutę rozbawienia. Cały czas przy tym rozlegało się pochrupywanie. — Hm… Jeśli nie zwolnimy tempa, będziemy w Chicago za jakieś dziesięć dni, prawda?
— Prawda. Dlatego nie możesz zawieść. Twoje uda, tyłek, nogi całe nie mogą cię zawieść. Musimy trzymać tempo. Tym bardziej, że coraz więcej tu mutacji, mmm? — głos drugiego mężczyzny był z każdym słowem coraz niższy, a do tego coraz częściej było słychać kapnięcia czy szelest ubrań. — Daj jednego.
— Proszę — po tym ponownie pojawił się niespodziewany dźwięk, bo gdy tylko Ranger zachrupał kolejnym orzeszkiem, rozległo się cmoknięcie. I jeszcze jedno. — I dlatego wolę duże miasta. Tutaj na ulicy nie spotkamy czegoś takiego, jak ten wczorajszy… pozbawiony futra twór, którego wziąłbym za łasicę z wadą wrodzoną, gdyby nie miała zamiast tylnych łap płetwo-podobnego czegoś.
— Mmm… i nie dało się z niego zrobić futra na zimę. Byś mógł w nim grzać tyłek! — Ranger znowu się roześmiał i w końcu zamruczał nisko, a Hibiki i dziewczyna pod jego łóżkiem mogli się tylko domyślać, gdzie właśnie wsunął spragnioną cudzego ciała dłoń.
William jęknął cicho, a szelest powiadomił ukrywającą się parę, że siatka z orzeszkami została odstawiona na bok.
— Myślisz, że takie masowanie pomoże mi w dalszym utrzymywaniu tempa? Bardzo się poczuwasz ostatnio do mojej poprawy…
— Bo chyba muszę. Mówiłem przecież, że muszę takiego jednego chronić, bo w drodze do Chicago coś mu łeb… a może i główkę użre! — rozległ się głośny śmiech, a kobieta spod łóżka usłyszała, jak się na nim wiercą. Hibiki widział za to, że nogi Rangera wysuwają się bardziej poza krawędź materaca. — Byś mógł już dziś trochę potrenować. Kłus, galop?
— Och… — w tym krótkim dźwięku wydanym przez lekarza od razu dało się słyszeć spięcie. Ale równocześnie wciąż rozlegał się szelest ubrań i pościeli. — Myślisz, że jestem w stanie to przetrwać…? Wolałbym najpierw spróbować z tobą na jednym koniu. Na Pigmencie oczywiście.
— A ja myślałem, że wolisz najpierw przetrenować to… wiesz, na moim koniu? — młodszy mężczyzna znowu się zaśmiał, a ukrywająca się para usłyszała i zobaczyła, jak ten spina nogi i kilka razy unosi w górę biodra. Wszystko to w akompaniamencie głośnego śmiechu. I jak Hibiki był w głębokim szoku, tak jego towarzyszka wpierw czerwieniała na twarzy, potem bladła i robiła większe oczy. Miała ochotę zasłonić sobie uszy!
— Jeff… — lekarz jęknął kilka razy, a ciężki wydech, jaki temu towarzyszył, świadczył o tym, że działania Rangera, jakkolwiek są głupie, to dają efekt. — Nie sądzisz, że najpierw powinieneś dać mi lekcję i pokazać, jak się to robi?
— Na razie bardzo dobrze idzie ci nauka w praktyce. A pokazać nie mam jak. Ty… ty jeszcze nie udasz konika dostatecznie dobrze — w głosie Jeffersona dało się usłyszeć lekkie zawahanie i spięcie. Ale tylko przez chwilę. Obaj bowiem byli mocno rozochoceni. Niemalże tak samo, jak zażenowani byli ci, którzy ukrywali się pod ich łóżkami po wcześniejszym przeszukiwaniu pokoju.
— Ty nawet pachniesz swoim, mimo że jeździliśmy na nich wczoraj — ocenił lekarz, a kobieta pod łóżkiem coraz bardziej zaczęła żałować, że wybrała jako kryjówkę właśnie to. Ugięło się znowu, a na podłogę została rzucona jasna koszula. — Ale naga skóra już pachnie tobą — dodał ciszej i zaraz potem dało się słyszeć kilka cmoknięć. Do nich dołączyło mruczenia, a potem kolejna koszula na podłodze.
Po tym intruzi długo słyszeli tylko dźwięki całowania się, mruczenie i jeszcze więcej cmoknięć, aż w końcu Jefferson spytał:
— Więc… jak?
— Dzisiaj nie chcę tak… Skoro mamy dzień odpoczynku od drogi, wolę dla odmiany się położyć zamiast siedzenia i podskakiwania — odpowiedział lekarz, którego głos świadczył o tym, że jest mocno pobudzony.
Para pod łóżkami mogła się tylko domyślać, jak bardzo mężczyźni na górze się dotykali i gdzie się dotykali. Było to dla nich chyba bardziej traumatyczne niż znalezienie trzech serc w słoju.
— To się kładź? — zasugerował Jeff i znowu było słychać pocałunek, a następnie kobieta pod łóżkiem o mały włos nie pisnęła, kiedy nad jej głową czyjeś ciało przewaliło się na bok.
Rzuciła Hibikiemu przerażone spojrzenie i wydała bezgłośne „kurwa!”. Wyglądała, jakby nie wierzyła w to, w jakiej sytuacji się znalazła. Znowu otworzyła szerzej usta i oczy, kiedy usłyszała coś na temat nawilżenia, a potem rozległ się cichy jęk i „mm, delikatnie”. Zaraz po tym jak obok koszuli wylądowały spodnie oczywiście.
Jej towarzysz miał lepiej. Nic nie widział i nic nie czuł nad sobą, a jedynie głosy, jęki, dźwięki pocałunków zmuszały jego wyobraźnię do działania i wyobrażenia sobie, co się dzieje na sąsiednim łóżku.
— O kurwa… — Jeff po chwili wypowiedział na głos słowo, jakie w głowie cały czas powtarzała kobieta pod jego łóżkiem. — Ostatnio nie było… źle? Co nie?
— Mm… mhm… Z tobą zawsze jest dobrze… Masz naturalny dar docierania odpowiednio głęboko i odpowiednio przyjemnie — pochwalił lekarz zduszonym głosem i znowu pościel zaszeleściła. — Och… Chyba będziesz mógł wsunąć… Tylko przytul się do mnie od razu — poprosił, a kobieta pod łóżkiem kilka razy bezgłośnie stuknęła czołem o podłogę.
— Jak zawsze zachłanny — drugi mężczyzna zaśmiał się nisko, ale już inaczej, dużo bardziej seksownie niż robił to wcześniej. Po chwili słychać było w pomieszczeniu głośne westchnienie przyjemności i ulgi. — Jak kurwa… gorący…
— O… och… uwierz mi, Jeff… Twój penis też jest gorący i sztywny jak… kukurydza świeżo wyjęta z garnka — odpowiedział William z głośnym jękiem i dodał: — To za te wszystkie porównania do… och, do zwierząt.
— Głupi kartofel! — mężczyzna nazywany Jeffem roześmiał się znowu mocno zduszonym przez przyjemność głosem. — Aż widzę… jak se taką, kurwa, wsadzałeś — zadrwił i mocniej pchnął biodrami, co poczuła leżąca pod nimi kobieta.
— Nie kukurydzę… marchewkę — wyjęczał lekarz, a łóżko coraz bardziej się poruszało i odrobinę skrzypiało.
— Kartofel nadziewany marchewką… jaki… mmm… jakiś pomysł — drugiego mężczyznę nadal nie opuszczało poczucie humoru, ale też siła, bo skrzypienie łóżka i jego ruchy zamiast słabnąć, były coraz silniejsze.
Hibiki, nawet nie będąc pod uprawiającymi seks mężczyznami, doskonale to słyszał i tylko patrzył naprzeciwko, czy jego towarzyszka to wytrzymuje. Było ciężko, bo była cała czerwona na twarzy, a aktualnie zakrywała sobie z szoku usta. Starała się maksymalnie przyciskać do podłogi, bo kiedy łóżko się poruszało, wręcz na własnych pośladkach odczuwała ruchy frykcyjne Rangera. Wchodzącego w innego mężczyznę! Miała wrażenie, że trwa to już niesamowicie długo, ale nadzieja, że szybko skończą jej nie opuszczała. Nie chciała tylko słyszeć ich orgazmu, ale na to chyba miała marne szanse. Lekarz postękiwał przy każdym skrzypnięciu łóżka, a potem wspomniał coś o tym, że przekręci się na bok. Chwilę panowała cisza, podczas której kobieta przeżegnała się w podzięce, że może to jednak koniec i skończą ręką… ale skrzypienie znowu się rozległo więc zaczęła bezgłośnie kląć, marszcząc się przy tym cała.
Hibiki najchętniej też by się ulotnił, jednak zachowywał spokój i jakoś gestami starał się uspokoić towarzyszkę. Nie mieli wyboru. Musieli przeczekać i liczyć, że mężczyźni po stosunku usną albo jeszcze gdzieś wyjdą. Na razie jednak musieli słuchać i, w przypadku kobiety, czuć, jak uprawiają seks.
— Nnnn…! Oo… och… — lekarz nagle wydał z siebie kilka cichych, ale wypełnionych rozkoszą dźwięków, którym akompaniowały ciężkie oddechy Rangera.
— Mmm… już prawie — dodał ten, a ruchy łóżka stały się krótsze, bardziej chaotyczne. Partnerzy przewożący słój z sercami, śledzeni przez parę ukrywającą się pod łóżkami, byli na skraju spełnienia.
Kobieta pod łóżkiem zatkała sobie mocno uszy oraz powieki, żeby całkowicie się od tego odsunąć. Jej świadomość ciężko to znosiła i najchętniej jeszcze by coś pomruczała, aby zagłuszyć dźwięki z góry. Opanowała się jednak, a kiedy po chwili odważyła się odsunąć dłonie od głowy, słyszała już tylko głębokie oddechy.
— Odpoczywamy, hm…? Do kolacji… Potem możemy przejść się do miasta na… na zakupy — zasugerował słaby głos lekarza. Brzmiał też na zadowolony, bo poza nim z góry dochodziły także dźwięki mlaskania i pocałunków.
— Mmm… Na kolację też możemy gdzieś iść. Śniadanie nie było tu najlepsze — zadecydował drugi mężczyzna, nie ruszając się już, a tylko chyba układając wygodniej obok lekarza.
— Pewnie przy tym świętowaniu urodzin któregoś z jegomości nie mieli czasu robić nic świeżego… Więc możemy zjeść coś nad rzeką… Było tam kilka knajpek — lekarz zgodził się z mężczyzną, który chwilę temu go przeleciał i też musiał się nie ruszać, bo łóżko już stało spokojnie i nawet pościel nie szeleściła.
— Może być. Zamówisz sobie kukurydzę? Czy marchew? — Jeff znowu się zaśmiał, lecz dużo spokojniej i ciszej, niż kiedy tu przyszli.
Hibiki w tym czasie znowu spojrzał na partnerkę i nakazał jej gestem, aby się nie ruszała. Może i wycierpieli dużo, ona więcej, ale teraz była okazja, aby czegoś się dowiedzieć. Jeśli oczywiście mężczyźni zmienią temat.
Kobieta, która wyglądała wręcz na fizycznie zmęczoną tym zajściem, pokiwała tylko głową i odetchnęła cicho.
— Jeszcze nie wiem, ale jestem tak pełny po tym seksie, że może skuszę się tylko na groszek — odpowiedział mu również delikatnie rozbawiony głos. — Dobrze by było jeszcze podejść na pocztę, aby przesłać ten raport, który wczoraj napisałem. Razem z dokumentami, które znaleźliśmy.
— Mhm… Zastanawiam się tylko czasami, czy wszystkie te dokumenty dochodzą. Trochę się obawiam… wiesz, szeryf, jego małżonka i to wszystko. Był niby szeryfem, to od razu nasuwa się pytanie, komu ufać.
— Nie wiem, dlaczego teraz pomyślałem o Isaaku Hamiltonie… Ale sam generał Orkenzy był bardzo poruszony tą sprawą. Sądzę, że bardzo zależy mu na jej rozwikłaniu.
Po usłyszeniu tych słów kobieta pod łóżkiem spięła się i popatrzyła poważniejszym wzrokiem na swojego towarzysza schowanego pod drugim łóżkiem.
Ten znowu przyłożył palec do swoich ust, aby ją chociaż w ten sposób z daleka kontrolować. Innej możliwości nie miał.
— Może więc bezpośrednio zaadresować ten raport?— spytał Jeff i przekręcił się trochę na łóżku. — Zresztą, to nie tylko to z teraz, ale ogólnie. Nie mówiłem ci wcześniej, ale mam czasami wrażenie, że zaczynają zagrażać nam nie tylko zmutowane zwierzęta.
— Co… masz na myśli? — w głosie lekarza zabrzmiało napięcie.
— Mam na myśli, że możemy mieć ogon. Że ktoś może się interesować tym, co robimy i po co zmierzamy do Chicago.
— Och… Podejrzewasz to? Widziałeś kogoś śledzącego nas? — zdecydowanie rozmówca i kochanek Rangera był mocno zaniepokojony tymi słowami.
Kobieta pod łóżkiem za to przełknęła ciężko ślinę, jakby same słowa Rangera miały sprawić, że ich obecność stanie się oczywista i dla pary na łóżku.
— Właśnie nie. Dlatego tylko to podejrzewam, ale… mówię ci, czasami niektóre rzeczy się czuje. Czasami to zbędna ostrożność, czasami wręcz całkowity jej brak, dlatego dobrze jest wyśrodkować. Musimy być czujni, kiedy rozmawiamy o sprawach agencji poza tym, kiedy jesteśmy sami — Jeff zdecydował z pewnością w głosie.
— Oczywiście. Cieszę się, że niebawem będziemy w Chicago, bo chyba na drodze łatwiej kogoś zaatakować niż gdy już osiądzie, w mieście. To wymaga chyba większego sprytu. Mam nadzieję, że nic nam nie zagraża, chociaż… odkąd wyjechaliśmy z Galveston cały czas coś niebezpiecznego nas spotyka.
— Czym bardziej na północ, tym może być gorzej. — Ranger westchnął ciężko, po czym kobieta pod jego łóżkiem usłyszała, jak wstaje. — Przyniosę trochę ciepłej wody i ręcznik, to się wytrzesz i pójdziemy?
— Tak, myślę, że możemy pójść. Kupię zapas amunicji, bo zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej, żebym jednak nosił broń cały czas przy sobie, po tym, co powiedziałeś.
— Już ci dawno to powtarzałem. Zresztą, poza tym jednym rewolwerem możemy coś jeszcze kupić. Ja może swoją strzelbę odkurzę — młodszy mężczyzna zaśmiał się, a po chwili para spod łóżek zobaczyła jego nogi i rękę pochylającą się do ubrań. Na ich szczęście, za jednym razem zabrał wszystkie i część rzucił towarzyszowi z rozbawionym „masz!”. Zaczął się ubierać, a potem wstał, oznajmiając, że idzie po tę ciepłą wodę.
Kobieta schowana pod łóżkiem cudem powstrzymała się przed ciężkim westchnieniem. Pozycja, w której się znajdowała, zaczęła się robić coraz bardziej niewygodna, ale jeszcze wytrzymywała. Wyglądało na to, że nie potrwa to długo, skoro Ranger i lekarz mieli wyjść. I rzeczywiście, po kilku chwilach ten pierwszy wrócił z ciepłą wodą, a jego towarzysz obmył się nią i ubrał. Nie krzątali się zbyt wiele, zabrali jedynie broń, laseczkę i pieniądze i wyszli z pokoju.
Para pod łóżkami jeszcze odczekała, aż odgłosy butów na korytarzu całkowicie ucichną, nim zaczęła się wydobywać spod łóżek. Kobieta szybciej, jakby się tam paliło, a ona bała się, że spłonie razem z łóżkiem.
— Kurwa, kuuurwa mać, ledwo zdzierżyłam! — wybuchła, otrzepując się.
Hibiki także pozbywał się kurzu z ubrania. Wyglądał na zniesmaczonego, ale nie tak jak jego towarzyszka. Trudno się dziwić. Była pod niewłaściwym łóżkiem.
— Na szczęście ci się udało, bo inaczej by nas przyłapali.
— Chodź stąd! Już nie mogę na to pa… — odwróciła się, aby zerknąć na „miejsce zbrodni”, ale widząc tam plamy spermy, skrzywiła się i wzdrygnęła. — Wybacz, Hibiki, ale nic tu po mnie! — pomachała energicznie ręką i wypadła z pokoju.
Ten odetchnął ciężko i spojrzał za bagażami, gdzie spoczywał słój z sercami. Nie mógł zostać tu sam, więc wyszedł za partnerką i zatroszczył się jeszcze tylko, aby zamknąć drzwi. Misja nie była szczególnie udana, ale dowiedzieli się czegoś kosztem zdobycia traumatycznej dla kobiety informacji. Dobre i to. Ważne, że mieli co przekazać swoim przełożonym. Kobieta cały czas powtarzała to sobie w głowie, gdy zbiegała po schodkach w dół hotelu, ale i tak dominował w niej obraz, jaki wyobrażała sobie, że ma miejsce na łóżku. I to bynajmniej nie z tą dwójką mężczyzn.

19 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 37 – Podłóżkowe doświadczenia

  1. Katka pisze:

    Adela, Will ma pajaczka już od czasów przed poznaniem Jeffa. Stworzył go sobie kiedys i z nim podróżował :)

  2. TigramIngrow pisze:

    Tess, haha, „Cóż, miejsce może niezbyt wygodne, ale jakie wrażenia! Jakie wspomnienia! ” trafne spostrzeżenia. Dobrze, że zniszczenie serc nie doszło do skutku. I dobrze, że Jeff coś podejrzewa.

  3. Katka pisze:

    Basia, ogon ma baaaardzo ciekawe doświadczenia, ale na pewno nie takie, jakie chciałby mieć XD Chociaż ja bym tam nie pogardziła takim doświadczeniem, mrrr… A co do zdrajcy – jak się czyta między wierszami, to można dojść do tego, kim jest ;) Pozdrawiamy również! ;)

  4. Basia pisze:

    Witam,
    czyżby zdrajcą był Hamilton, mam nadzieję, że zauważyli, że coś się w tym pokoju zmieniło, i na przykład czekają za rogiem i obserwują kto wychodzi… hahhah ogon ma teraz wielka traume…
    weny i pomysłów…
    Pozdrawiam serdecznie i cieplutko

  5. Katka pisze:

    Tess, niestety kobitka nie doceniła tego, co uświadczyła, ale to zawsze norma, że ci, którzy czegoś chcą, tego nie mają, a ci, którym to niepotrzebne, dostają to za darmo… Punch from life. Hehe no i fajnie, ze tyle wiary w nich pokładasz :) Grunt to widzieć pozytywy XD A co do marchewki… wiesz, ludzie różnych rzeczy próbują, a że marchewka ma odpowiedni kształt… XD

  6. Tess pisze:

    No nie… I ta baba ma jeszcze czelność narzekać? :D
    Cóż, miejsce może niezbyt wygodne, ale jakie wrażenia! Jakie wspomnienia! Ech… Nie docenia tego co dostała w „prezencie” od losu.

    Na początku myślałam, że to będą tylko tacy zwykli złodzieje, a tu się okazuje, że chłopcy mają większy problem. Ale co tam! Z dziewczynką zombie sobie poradzili, to i z tymi sobie poradzą.
    No i okazało się, że seks był w tym momencie zbawienny. Przynajmniej trzy serduszka się zachowały w zamian za ich prywatność ;)
    Zawsze coś.

    I jeszcze jedno… Z tą marchewką to tak serio? xD Czy to taka aluzja, że Will jest królikiem? :D
    Lepiej się upewnić!

  7. Katka pisze:

    Fanuviel, pierwszy komentarz całkiem ciekawy XD nooo i w ogóle niby korbary i cała reszta mutacji są baaardzo niebezpieczne, to jednak mam wrażenie, że ludzie czasem mogą narobić więcej szkód… Więc Jeff i William powinni się mieć na baczności. Oooch, a Willuś i marchewka, haha, mam wrażenie, że Jeff miałby z tego więcej śmiechu niż erekcji XD Bardzo, bardzo się cieszymy, że się przełamałaś i napisałaś! Tym bardziej, jak czytasz długo :D Lubimy to, ooooj lubimy! Mamy nadzieję, ze naprawdę jeszcze usłyszymy od Ciebie kilka słów o postępach w czytaniu i śledzeniu opka :) Pozdrawiamy cieplutko :)

  8. Fanuviel pisze:

    Ups, za szybko wcisnalem ‚dodaj komentarz’…. ._. Oz szlag, jak cały czas to lekarz i ranger kogoś ścigali, tak teraz oni zostali namierzeni i to nie przez kobary czy inne brzydkie, źle zwierzątka a przez ludzi, lasie i skosnego ;o Biedni, po tym seksie będą mieli traumę do końca życia, szkoda, że łóżko się nie zarwalo xD Ciekawe kiedy się kapna że są śledzeni i ze te ich serca w słoikach sind Kaputt. William i marchewka XDDDDDDDD dobry patent, trzeba wypróbować XDDDDDDDD czekam z niecierpliwością na nowy rozdział, czytam już długo to opowiadanie i w końcu przelamalem się i od teraz będę zawsze komentować ;*

  9. Katka pisze:

    SilencedUnknown, tyle pytań, tyyyyle pytań XD Dlaczego? Bo życie jest przewrotne i niestety nie uśmiecha się zawsze do Jeffa i Willa, a czasami rzuca im kłody pod nogi. Ewentualnie pod łóżko. Dobrze by było, żeby chłopaki się zorientowali, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że jednak nie trafili na pierwszych lepszych słabeuszy. Teraz już widać, że sprawa zaczyna dotykać bezpośrednio ich… Pozdrawiamy również! :)

    Gordon, w wersji, w której się orientują, to się może rzeczywiście różnie skończyć. Albo zwłokami, albo ucieczką, albo w ogóle jeszcze inaczej. Byłoby na pewno mniej zabawnie XD Mimo wszystko. I oczywiście masz rację – to żadni randomowi obserwatorzy. Mają mocny ogon i biedacy muszą sobie z tym poradzić… o ile się dowiedzą, że ktoś ich śledzi!

  10. Gordon pisze:

    Nie bede wyjatkiem i tez lasce zazdroszcze ;p Cala ta akcja wymiata buahahaha bym zobaczyl jakas inna wersje w ktorej sie orientuja ze maja intruzow pod lozkiem xD Ale poza tym ze wszystko rozbrajajace to maja niezly problem. Sa sledzeni i to pozadnie. Gdyby to byl jakis przypadkowy ogon to by postacie nie byly tak dokladnie opisane chyba. Beda klopoty. Wietrze wiele akcji z nimi i nie bede sie mogl doczekac konfrontacji. Rozdzial odlot. Jak zwykle ;p

  11. SilencedUnknown pisze:

    …Ja mam chyba jakiś poważny problem: kolejny raz nie wiem co mam powiedzieć/napisać. Kompletnie mnie zatkało…
    To jest takie… takie złe… Dlaczego oni ich śledzą? No dlaczego są takimi złymi ludźmi? No i dlaczego w ogóle są? Źle mi.
    Dlaczego nie ziściły się moje pragnienia co do tej dwójki? Dlaczego Jeff się nie schylił, nie zobaczył ich i nie powystrzelał? Dlaczego nie zaczęli mocniejszej orgietki na tym łóżku, tak by tak całkowicie przez przypadek rozgnieść dziewczynie głowę? Nie to żebym życzyła tej dwójce źle… ale ja tak bardzo chciałam żeby oni zginęli… Niczym pięciolatka pluszowego TinkyWinky’iego.
    O! Albo pajączek mógł trafić tą igłą w oko Azjaty i w jakiś tajemniczy sposób zatrzymać akcję serca tych obojga? Czyż to nie byłoby aż nazbyt realistyczne?
    Ech… przepraszam, ale jestem wyjątkowo sfrustrowana. Obiecuję już nie nadużywać słowa „dlaczego”. ;)
    Oby chłopaki zawczasu zorientowali się, że są śledzeni czy bardziej: monitorowani. Chyba bym emocjonalnie umarła, gdyby stało się któremuś z nich coś poważniejszego.^^
    Pozdrawiam! ;)

  12. Katka pisze:

    Illita, zgadzam się, że jest niewdzięczna! Tyle szczęścia, a tak nie docenia. Ale to jest norma, zawsze takie rzeczy przytrafiają się osobom, które tego nie doceniają. A misja, och tak, niby cały czas coś się dzieje złego… ale tym razem to coś złego było pod ich łóżkami!

    Sharon, haha, chciałabyś, by spojrzeli pod łóżko? XD Mam nadzieję, że nie w momencie, kiedy by obaj byli nadzy i napaleni, bo by się chyba naboje posypały XD Och, a generał rzeczywiście mógłby się zająć swoją „ważniejszą” sprawą, ale no… jak nie zajmie się fanatycznymi szajbusami, to Jeff i Will mogą mieć kłopot. Tacy biedni zdani sami na siebie… A i cieszę się, że imię Mavericka się podoba :D Też uważam je za całkiem spoko i raczej oryginalne :D Winter is coming… Och tak…

    Another, haha, jesteś kolejną i na pewno nie ostatnią osóbką, która by chciała, żeby ją coś takiego spotkało jak naszą nową parę podłóżkową. Ciekawe tylko, czy utrzymalibyście tak emocje na wodzy jak ta kobitka. Hahaha i zawsze mnie takie cos bawi, jak właśnie to, co mowisz, że mama coś odnośnie seksu gejów, a Ty poker face. Och, gdyby wiedziała, jak bardzo jest to hot, a nie ohydne XD A i nie wiem z czego się to bierze… Cóż, takie upodobanie po prostu. Sama nie wiem, nie chcę gdybać nawet, ale taaa, na bank nie genetyczne XD

    Bebok, hahaha, taaa, było to raczej zabawne niż podniecające, taki trochę był zamiar (poza faktem, że pod łóżkami mają dwie osoby, które mocno mogą im zaszkodzić). No i tak, myślę, że ta dwójka może zaszkodzić, ale pytanie w jaki sposób i czy Jeff i Will sobie poradzą… Niezbyt pomaga im brak świadomości, że są tak bardzo śledzeni i obserwowani… Och, a Nick i Mav denerwujący? Czeeemu? XD Nie no, łapię czemu, ale ja bym to nazwała bardziej frustracją, a może to ja tak to odczuwam. Ale będą niebawem, będą :D

  13. Bebok pisze:

    Haha xd ogólnie rzecz biorąc… gdyby nie ta żenująca rozmowa o ziemniaku nadzianym marchewką to całkiem podniecająco by było xd Ale niestety albo i sterty dzięki ich paplaninie miałam polew xd No i wyobraziłam sobie przerażoną twarz tej kobiety xddd Ogólnie warzywniak do mnie nie trafia i raczej słabe tematy na taką okazję ale co tam ;D
    Było zabawnie ale ta dwójka która wyczyściła podłogę pod hotelowymi łóżkami zdecydowanie mi się nie podoba. Namieszają. Będą kłopoty. Ale wierzę że Jeff i Will sobie z nimi poradzą.
    Popieram Shadon d’Arc jeśli chodzi o Mavericka i Nicholasa, chętnie bym o nich poczytała choć są denerwujący xd Chociaż mnie imię Maverick się nie szczególnie podoba ;p wolę Nicka ;D

  14. Another69 pisze:

    Ostatnio zaczęłam nazywać kolegę Kartofel, teraz dopiero zrozumiałam jak zabawnie to brzmi… xD
    I cholera, takie coś mogłoby spotkać mnie, ile moje życie by barw dostało!
    Ostatnio moja mama coś mówiła, przy oglądaniu wiadomości, że nic nie ma do geji, ale nie może sobie wyobrazić ich seksu bo to takie ohydne i w ogóle… A ja tak siedzę i poker face na twarz xD Czy ze mną jest coś nie tak, że tak bardzo mnie to podnieca? Pewnie tak. Ale jakoś nie śpieszy mi się, by to zmieniać. W ogóle, ciekawe skąd mi i wielu innym dziewczynom się to wzięło, bo genetyczne to bynajmniej nie jest xD
    W sumie jest też dużo facetów lubiących lesbijki, nawet więcej niż nas… A może po prostu dziewczyny są bardziej wstydliwe i się nie przyznają?

    Ach, i nie zmienia to faktu, że rozdział był seksownie-żenujący i zabawny xD

  15. Sharon d'Arc pisze:

    mwahahaha dobre. Ja chyba przez cały rozdział gadałam do laptopa: „spójrzcie pod łóżko, pod łóżko, wy napalone ludzkie… pod łóżko! Nie, nie NA łóżko…” I niech nie śmią zawracać głowę generałowi, ma ważniejsze rzeczy na głowie niż zajmowanie się jakimiś fanatycznymi szajbusami robiącymi eksperymenty na ludziach. Maverick T.T W ogóle, podoba mi się to imię… Maverick… Ja chcę rozdział z nimi T.T
    No i biedna kobieta. No, ale cóż, jej wina, ma za swoje szuja jedna. Niech umrze. I ten gościu też. Szykują się duże kłopoty… Winter is coming …

  16. Illita pisze:

    Hahahahah o matko XD Co za niewdzięczna kobieta, część czytających dałaby się pokroić za taką okazję a ona narzeka! Ja osobiście duszę bym oddała :D I ta rozmowa o ziemniaku i kukurydzy <3 Po prostu bezcenne! Ale misja się zaczyna robić niebezpieczna, jeśli za wszelką cenę nie chcą żeby dowiedzieli się co się tam wyrabia… Mówiłam już jak wielbię to opowiadanie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s