No Exit – 12 – Kumpel z Montany

Godziny mijały niezwykle powoli. Ruch nie był wyjątkowo duży, chociaż i tak klub No Exit cieszył się sporą popularnością w okolicy. Jasper Moseley i Marvin Milligan, wspólnie obsługując ludzi za barem, mieli więc mniej roboty i wydawało im się, że koniec pracy nie nadchodzi ani nawet jakakolwiek przerwa. Nie rozmawiali też wiele, bo warunki niespecjalnie temu sprzyjały. Za to już po pierwszej przerwie, gdy minęła północ i Marvin właśnie nalewał piwo do kufla, a Jaz robił jakiegoś cytrynowego drinka, zobaczyli, jak na zaplecze zmierza Karl. Rzucił im obu krótkie, niepewne spojrzenie, ale nie podszedł, tylko zniknął za drzwiami dla personelu.
Jaz, kiedy tylko obsłużył klienta, podszedł do kochanka.
— Idę z nim pogadać. Poradzisz sobie sam?
Marvin spojrzał krótko to na drzwi na zaplecze, to na Jaspera i podał klientowi kufel.
— Tylko bez nerwów, stary — rzucił do młodszego mężczyzny i odebrał należność.
— Spoko, przecież wiesz, że jestem spokojnym człowiekiem — Jaz rzucił z lekką kpiną i wycofał się, aby przejść na zaplecze. Po drodze odłożył na bok fartuch i ścierkę.
Karla nie musiał długo szukać, bo ten był w trzeciej i ostatniej garderobie. Pierwsza należała do Marvina, druga do Jaspera, a ta trzecia służyła całej reszcie tancerzy i była nieco większa. Była też oddzielona od pozostałych dwóch mających przejście między sobą.
Blondyn właśnie szperał po wieszakach na metalowym stelażu w poszukiwaniu ubrania, które miał założyć do tańczenia, więc nie usłyszał nadejścia Jaspera.
— Cześć — przywitał się ten, zamykając za sobą drzwi, gdy tylko wszedł do pomieszczenia.
Karl drgnął i obejrzał się na niego, a potem na drzwi. Przełknął ślinę.
— Hej, czemu zamykasz? — zapytał od razu i dość nerwowo. Cały wyglądał na napiętego i dość wycofanego, czego nie maskował nawet zadziorny image, charakteryzujący się chociażby ciężkimi, wręcz wojskowymi bojówkami.
Jaz obejrzał się za siebie.
— Ee… bo to drzwi. Je się zwykle za sobą zamyka, jak się wchodzi do pokoju. Nie zamknąłem ich na zamek. Mam otworzyć? — spytał głupio. Był nieprzyjemnie zaskoczony. Co ten pojeb Orvel mu nagadał, że chłopak bał się być z nim w jednym pomieszczeniu? Jeszcze przecież niedawno sam chciałby się z nim zamknąć gdzieś i pieprzyć.
— Uchyl — poprosił Karl i odetchnął, znowu sięgając do wieszaków, ale patrzył przy tym kątem oka na Jaspera, chyłkiem obserwując każdy jego ruch. — Co tam? — zagadał, jakby nigdy nic. — Myślałem, że dzisiaj cię tu nie będzie.
Jaz jęknął w duchu i uchylił drzwi. Odsunął się też od nich, załamany stanem, w jakim to wszystko było. Doszedł do wniosku, że jakkolwiek by się nie starał wieść spokojnego życia, nie narzucać się ludziom i nie prosić się o kłopoty, tak te zawsze ich znajdowały. Na spokój ducha musiał chyba poczekać do emerytury. Nie chcąc być zupełnym pesymistą, miał nadzieję, że nie dłużej.
— Przyszedłem z Marvinem, aby mu trochę pomóc za barem — odparł szczerze i usiadł na jednym z taborecików. Garderoba była nieźle zagracona. Korzystało z niej w końcu więcej osób, bo wszyscy tancerze poza główną dwójką. Przez to czasami ciężko było tu znaleźć konkretne przebranie, dlatego nieraz ci skazani na to pomieszczenie patrzyli z zazdrością na to należące do Marvina i Jaza. — A ty co? Teraz się mnie boisz, że się na ciebie rzucę, nie wiem, pobiję, czy coś jeszcze? Serio, stary, znasz go dłużej i lepiej niż nas?
— Nie, ale… Jaz, to chujowe jest wszystko. I jeszcze mam nic Patsy’emu nie mówić, bo będzie histeryzował… Zresztą, gadałeś z Marvinem? — Karl obejrzał się na niego krótko, gdy wreszcie znalazł wieszak z jakimś krawatem w złoto-czarną kratkę i podobnymi, świecącymi slipkami.
— Tak. I mu wierzę, mimo że wiem, ile razy mnie zdradził, wiem, jaki jest. Ale i tak mu wierzę. Chociaż… — wzruszył ramionami — to pewnie żaden argument dla ciebie. Lepiej trzymać się wersji kogoś, kogo się pewnie prawie zna, co? Bo znasz go? Chodzicie we trójkę po klubach, spotykacie się na piwku u niego?
— Ja pierdolę, jego wersja po prostu jest bardziej prawdopodobna! — wybuchnął Karl i zaczął dosłownie zrzucać z siebie ubrania. — Nie zaprzeczysz, że byłeś u niego w domu, groziłeś jemu i Patsy’emu. A on jest moim przyjacielem, więc stoję po jego stronie. Sorry, Jaz, ale znam go dłużej niż ciebie — burknął.
Mężczyzna uniósł dłonie w obrony geście.
— Poniosło mnie. Przyznaję. Ale ciebie by nie poniosło, jakbyś dowiedział się, że twoje prywatne filmy, gdzie się masturbujesz, mają wyciec do Internetu, a do tego stajesz w obliczu szantażu? Ach, i jeszcze nadmienię, że filmy nie zostały wykonane przez ciebie, Karl — syknął, jednocześnie sobie o czymś przypominając. Nie oddał przecież telefonu Marvinowi. Sięgnął od razu do swojej kieszeni. — A i jeszcze jedno. Skąd miałbym mieć niby adres tego kolesia, hm? I nawet jeśli nic na nas nie ma, to na pewno nie jest święty, bo widywał się z Marvinem. Czyli zdradza twojego ukochanego przyjaciela. Dociera cokolwiek w ogóle do ciebie?
— Wiem, to chujowe, jestem przez to w największej kropce, bo bym Patsy’emu najchętniej powiedział! Ale, kurwa, tak racjonalnie patrząc… wiesz sam, jak się Marvin rusza… Jakbym był w związku i mnie taki facet kusił, też bym pewnie poleciał z nim do łóżka — wyburczał już cały nagi Karl i zaczął zakładać na siebie nikły strój. Kiedy tańczyli na podwyższeniach porozmieszczanych w prawie całym klubie, mieli, jak to zwykle bywało, jak najmniej. Zresztą, w dużej mierze z uwag na wygodę. W mniejszej ilości ciuchów było też zwyczajnie chłodniej.
— Och, czyli popierasz zdradę? Brawo, Karl, Brawo. Powinszować. Teraz zaczynam coraz lepiej rozumieć, czemu nie byłem jakoś tobą zainteresowany — burknął Jaz i wyciągnął do niego rękę, z komórką, na której ekranie widoczny był sms od „O.”, gdzie zapisany był adres Orvela.
— Zobacz sobie datę. To następny wieczór, jak tu byli. Szybkiego ma faceta ten twój przyjaciel. Jest co ochraniać — zakpił.
— Nie chcę na to patrzeć, nie chcę się w to mieszać! W ogóle, co? Marvin ci powiedział, że niby was szantażuje? Serio? Widziałeś jego mieszkanie! Jak z Zajebistolandii jakiejś! — odparł Karl, wyraźnie mocno skonfundowany i podszedł do lustra, by zawiązać sobie krawat.
Jaz na moment zacisnął szczękę. Tracił nad sobą panowanie. Jak ten gnojek mógł tak ślepo wierzyć temu facetowi?!
— No i? To, że koleś jest bogaty, to znaczy, że jest święty? Tylko tacy jak my, tańczący na scenie i zarabiający kręceniem dupą jesteśmy tym pospólstwem, którym można pomiatać i które może być skurwielami? Serio, Karl, załamujesz mnie. Gdyby koleś chciał kasy, to wziąłbym wydruki z banku, a potem zwyczajnie poszedł na policję. Marvina jednak nie zmuszę, aby poszedł zeznawać, jak ten… — uciął, czując, że się gotuje. Nawet nie zauważył, kiedy wstał. Wziął kilka głębszych oddechów, przetarł twarz dłonią i znowu usiadł. — A ciebie będę w to mieszał, bo to twoja wina na samym początku.
Karl jęknął i wreszcie udało mu się zawiązać do końca krawat. Był więc już gotowy. Odwrócił się przodem do Jaza i przetarł swoje jasne włosy palcami, roztrzepując je przy tym i tym samym przybierając wygląd niesfornego, ale niewinnego chłopca.
— To co? Czemu mi to wszystko mówisz, co ja niby, do chuja pana, mam zrobić?
— Powiedzieć prawdę Patsy’emu? Że jego facet go zdradza. Niech sprawdzi go, przypilnuje. Cholera wie co, nawet niech zabawi się w małego agenta. Chuj mnie to, kurwa. Jest twoim przyjacielem, to skurwysyństwo trzymanie go w kłamstwie z kolesiem, który za jego plecami bawi się czyimś kosztem w tak obleśny sposób. Użyj, do cholery, mózgu, Karl.
— Jeśli to w ogóle prawda, a niewymyślona przez Marvina historia — podkreślił ponuro Karl. — Nie wiem… Muszę się z tym przespać. Nie chcę też Patsy’emu robić chaosu w głowie i problemów ze związkiem. No, pomyślę o tym. Teraz muszę już iść machać tyłkiem, okej?
— Ta… Jasne… Sorry — kompletne zdegustowany tą rozmową Jasper odburknął, patrząc, jak chłopak wychodzi po sekundzie wahania na scenę. Poczekał jeszcze chwilę, po czym raptownie wstał i dopadł do spodni Karla, aby znaleźć w nich jego telefon. Może źle robił, ale kończyły mu się pomysły. Zresztą, jeśli Karl im nie ufał, to mężczyzna uznał, że grzebanie w jego rzeczach to wyłącznie jego własna wina.
Komórka była w tylnej kieszeni w bojówkach chłopaka, na szczęście tylko wyciszona i niezabezpieczona żadnym hasłem. Jasper szybko przeszukał listę kontaktów, aby znaleźć numer do przyjaciela Karla. Coś czuł, że może być mu potrzebny.
Niestety nie znalazł go pod P. Było tam tylko dwóch Peterów, jedna Pamela i Patricia. Choć… mimo że Patsy było skrótem od Patricka, to z uwagi na fakt, jak Patsy wyglądał, Karl mógł go zapisać żeńską formą.
Jaz szybko zapisał na telefonie numer Patricii i jeszcze przejrzał telefon w poszukiwaniu jakichś innych numerów. Coś na kształt słoneczek, misiaczków i ukochanych przyjaciół na wieki. Nic takiego nie znalazł. Nawet niczego w stylu „młoda Amanda”. Wszystkie kontakty u Karla zapisane były imionami bądź nazwiskami, żadnych ksywek. Jedynie jego brat był zapisany pod „brat”. Jakże trafnie, przemknęło Jasperowi przez myśl. Miał więc nadzieję, że faktycznie chłopak myśli o przyjacielu jako o dziewczynie. To była jego ostatnia szansa.
Zablokował telefon i wsunął go ponownie do kieszeni spodni, po czym wyszedł z garderoby spokojnie, bez nerwów, licząc na to, że nie wygląda, jakby coś ukradł.
Na sali zobaczył Karla na jednym z okrągłych, małych podwyższeń, jak tańczył, opierając się co raz dłońmi o pozłacane barierki i prężąc do spozierających na niego gości. Marvin za to stał przy blacie, pochylony o niego łokciami i rozmawiał z Harleyem, managerem, który najwyraźniej na moment zszedł na dół.
Jasper wrócił szybko za bar, przedzierając się przez tłum. Podszedł do rozmawiających mężczyzn i zagadał, mając nadzieję, że to nic prywatnego.
— Co tam? — Uśmiechnął się do managera, jeszcze krótko zerkając na kochanka.
— Mówię Marvinowi, który występ macie za te półtorej tygodnia — odparł krótko Harley, pijąc z butelki colę. Siedział na okrągłym stołeczku w swoim czarnym, gładkim garniturze oraz oczywiście niezbędnym krawacie. Jak zwykle miał lekki zarost na twarzy i dłuższy pas ciemnych włosów zaczesany do tyłu. Swoją posturą kojarzył się bardziej z ochroniarzami zatrudnionymi w klubie niż z faktyczną funkcją, którą pełnił.
— Mamy ten stylizowany na walkę anioła z człowiekiem, który zrobił taką furorę dwa lata temu. Harley twierdzi, że lepiej coś starego i sprawdzonego, skoro nie ma za bardzo kiedy przećwiczyć nic nowego. Dopiero następny będzie nowy — wyjaśnił Marvin spokojnie. Nie był dziś specjalnie ruchliwy, ale nawet nieźle udawało mu się to ukrywać. Nikomu jednak nie wspomniał, że przed zaczęciem zmiany łyknął sobie zdrowo z butelki na rozluźnienie. Na jego szczęście picie w pracy nie było zupełnie zabronione, więc nie musiał tego zagryzać opakowaniem gum do żucia.
— Spoko, ten numer był dobry. No i już trochę czasu od niego minęło, ludzie nie powinni mieć pretensji, że odświeży się im pamięć, a i nowym się spodoba — skomentował Jasper.
— Tylko przyjdźcie w poniedziałek i wtorek poćwiczyć to na scenie. Ekipa będzie wtedy załączać nowe głośniki nad barem, więc klub jest zamknięty do piątej popołudniu, będziecie mieć spokój — nakazał im manager.
— Spoko. Nie ma problemu. Wstanie się tylko trochę wcześniej — odparł młodszy mężczyzna ze swoim zwykłym, beztroskim uśmiechem, o którym Marvin wiedział, że dziś na pewno był maską. Całkiem niezłą, trzeba było przyznać.
— A masz tu gdzieś na wierzchu muzykę do tego występu? I co z resztą głośników, trzeba będzie jakieś mniejsze radio na próby podłączyć? — dopytał się Marvin, a Harley dopił colę i wstał.
— Muzyka jest w magazynie, archiwalnie znajdziesz. Robiliście chyba w kwietniu, poszukacie, na bank będzie. Ale małe radio musicie se podłączyć, każę wam zostawić też w magazynie. Dobra, chłopcy, róbcie drinki, ja idę pogonić leniwych do roboty — odparł i skinąwszy im głową, ruszył do schodów wiodących na piętro.
— Spoko! — Jaz zawołał za nim, a kiedy ten już zniknął w tłumie, z jego ust zniknął radosny uśmiech, który miał do tej pory. — Karl jest idiotą — rzucił grobowym tonem, po czym się odsunął, bo jakiś klient chciał piwo.
— Co mówił? — zapytał od razu Marvin, sięgając po szmatkę, by wytrzeć w tym czasie blat. Coś musiał robić, bo Harley potrafił się czasem przyczepić do wszystkiego. Szczególnie lenistwa.
— Trzyma się pierwszej zasłyszanej wersji, ot co. A i nie chce nic powiedzieć przyjaciółeczce, aby nie zaszkodzić ich związkowi — zrelacjonował Jasper, jednocześnie nalewając piwo. Podał je zaraz klientowi. — Proszę.
Brodaty mężczyzna przyjął kufel, zapłacił i odwrócił się do faceta, z którym tu przyszedł i który objął go właśnie za szyję. Marvin rzucił im krótkie spojrzenie, a potem pokręcił głową.
— Jakby ta indiańska szuja była niewinna, to by pogadali i nic by ich związkowi takie ostrzeżenie nie zaszkodziło. Ale Karl… rzeczywiście jest idiotą — mruknął. — Czyli nic nie wskórałeś?
— Tyle, że pomyśli. I cały czas pierdoli, że nie chce się w to mieszać. Nie wiem, Marvin, on chyba myśli, że cię bronię, jak pierwszy naiwny — burknął Jaz, sięgając pod bar, aby wyjąć sobie kieliszek. Nalał tam Burbon i wypił na jeden raz. Charakterystyczne gorąco płynu trochę zmniejszyło chęć zapalenia.
— Ale jak ma myśleć, to niech myśli szybko. Orvel może jutro zadzwonić — odparł Marvin, opierając się plecami o lodówkę z napojami. Tyłek już nieco mniej go bolał niż wcześniej, choć wciąż nie mógł prosto chodzić. Piekło przy gwałtowniejszych ruchach.
Jaz przetarł twarz, rozglądając się następnie, czy nikt niczego od nich nie chce. Na szczęście każdy był zajęty sobą, tańczeniem i rozmowami. Ewentualnie wgapianiem się w zgrabny tyłeczek Karla na podwyższeniu.
— Może nie zadzwoni. A nawet jeśli, to nie myśl o tym i nie odbieraj.
— Właśnie… — Marvin ściągnął brwi i skinął na niego. — Masz mój telefon?
— Ach, taa, już. — Jaz wyjął z kieszeni komórkę kochanka. Przy okazji wypadła mu z niej karta SD, którą wyjął z telefonu Orvela. Od razu się po nią schylił.
— Co to? — zapytał Marvin, przyjmując od Jaza komórkę i wskazując na kartę. Przy okazji sprawdził, czy nikt nie pisał albo nie dzwonił. Był tylko odebrany sms od faceta, któremu wynajął mieszkanie i za które kasa poszła na Orvela.
— Karta SD, którą wyjąłem z telefonu dupka. Chciał mnie nagrać fagas.
Marvin aż sapnął głośniej.
— Sukinkot. Zapobiegawczy. Ma więcej oleju we łbie niż Karl, co nie jest specjalnie na naszą korzyść — prychnął, coraz intensywniej myśląc o napisaniu do kumpla z Montany, o którym wspominał Jazowi. Żałował tylko, że ten nie jest do tego zbytnio pozytywnie nastawiony.
— No, nie… ale… — Jasper spojrzał na kochanka, trzymając kartę pamięci pomiędzy palcami. — Powiedz mi, jaka jest nadzieja, że jest tam coś poza zdjęciami z wakacji?
— Ty mi powiedz, czy bardzo się wystraszył, że mu to zabrałeś. Jak nie, to chyba nikła. — Marvin wzruszył ramionami i gdy ktoś zawołał w jego kierunku „ej, Marv, pokręć dupcią!”, cmoknął na odczepnego do właściciela głosu ponad głowami innych i znowu spojrzał na Jaza.
— Wkurzył się chyba, że mnie nie nagrał. Chociaż… — zastanowił się. Reakcje Orvela były ciężkie do odczytania. To wyglądało jak typowa obrona przez zabraniem mu jego własności.
Marvin westchnął i poklepał Jaza po ramieniu.
— Przejrzymy to w domu — rzucił ciężko i podszedł do trójki młodszych chłopaków, którzy właśnie dopadli do baru i zaczęli głośno myśleć, jakie chcą drinki. — Dobry wieczór, chłopcy…
— No… — Jaz mruknął do siebie i schował kartę do kieszeni, by wrócić do pracy. Teraz nic nie wymyśli.

*

Schody ruchome poruszały się jakoś dziwnie mozolnie. Marvinowi do tego wydawało się, że ludzie wokół biegają jak mrówki, a on tylko stoi na stopniu, jadąc w dół i patrząc, jak powoli zbliża się do parteru. Miał dziwne skojarzenie ze snami, w których chce się ruszyć, ale nie można, a wręcz porusza się do tyłu. Uczucie było równie nieprzyjemne, a on wiedział, że to wynik utrzymującego mu się od wczoraj podłego humoru. A właściwie od czasu, kiedy pierwszy raz zobaczył w klubie Orvela Arroyo.
Wyciągnął z kieszeni emptrójkę i przewinął kawałek, który właśnie zaczął lecieć, a którego nie chciał słuchać. Następnie włączył Awolnation i stanął wreszcie na kamiennej posadzce w średniej wielkości centrum handlowym.
Przeszedł kilka metrów i wszedł do kawiarni połączonej z kafejką internetową. Zamówił jedno stanowisko, zapłacił za małe espresso i podszedł do kwadratowego stoliczka usytuowanego tuż przy szybie wychodzącej na korytarz centrum. Postawił sobie kawę obok, a potem z lekko ściśniętym gardłem wyciągnął telefon z kieszeni.
Gdy spojrzał na ekran i nie zobaczył nieodebranych połączeń, odetchnął i położył go obok filiżanki. Pogłośnił muzykę w słuchawkach i włączył komputer, który stał na stoliku i który zaczął mu od razu naliczać, ile czasu tu siedzi. Na szczęście kafejka nie była droga, a on w niedzielne popołudnie zamierzał trochę tu posiedzieć i się zrelaksować. Oraz napisać do kumpla z Montany.
Jaspera widział rano, w sumie tylko przez chwilę, bo ten nie dość, że rano zrobił im obu śniadanie, to potem dosłownie wybiegł z mieszkania w swoich dresach. Jego bieganie teraz, kiedy już wiedział, że nie zawsze był szczupły i wysportowany, miało więcej sensu. I ta systematyczność w tym… Potem, kiedy ten już miał wracać, napisał do niego wiadomość, że dobiegł aż do ich klubu i skorzystał z wolnej sali.
Marvin napisał mu, żeby się nie spieszył i dał sobie czas, bo sam chce wyjść do miasta. Potem zabrał klucze i od dwóch godzin krążył po mieście i centrum. A teraz właśnie otwierał pocztę, żeby sprawdzić, czy na czacie jest jego kumpel. Siorbnął przy tym kawę i ulokował zielone spojrzenie na liście dostępnych kontaktów. Zobaczył swojego kumpla, więc od razu do niego napisał:
Marvin: Hej :) Co tam?
Dean: O Boże, pan przystojny! No co tam, co tam? — ten odpisał od razu i dosłownie dwie sekundy po tym, jak wysłał pierwszą wiadomość, napisał kolejną: — Żyję, jak widzisz, chyba że jestem zombie hehehe.
Marvin: 2012 przetrwany, apokalipsy nie było. Co najwyżej możesz mieć popalone łapy, jak znowu odwaliłeś coś… gorącego. Dziwnie brzmi „pan” w twoich ustach, starcze — odpisał, rozsiadając luźniej na obrotowy, wysokim krzesełku.
Dean: Eh, od razu starcze.
Dean: Na ciebie też przyjdzie pora, dzieciaku.
Dean: No, ale co tam? Co mojego najzdolniejszego ucznia i kręcidupę do mnie sprowadza po takim czasie? ;)
Marvin: Mówisz, jakbym nie pisał kilka lat, a składałem ci życzenia na walentynki.
Marvin: Mam mały problem i chcę z kimś pogadać, ale przy okazji zapytać, jak żyjesz i czy jesteś w domu, czy za kratkami.
Dean: Nieeee no, co za brak wiary! ;/ W domu siedzę. Na swoim nawet XD
Dean: I jaki problem? Tylko nie mów, że cię wywalili z roboty, bo zwątpię w dzisiejsze upodobania.
Marvin: Kadzisz mi. Dziwnie, bo nic na tym nie ugrasz — odpisał, kręcąc do siebie głową z lekkim uśmieszkiem i znowu napił się kawy. Nawet nie odwracał głowy, by spojrzeć na leżący obok telefon.
Marvin: Problemem jest pewien pseudo-Indianin, który dorwał się do nie tego co trzeba.
Dean:
Dean: Znaczy?
Marvin: Ma nagrany na telefonie film, na którym pieprzę się z moim facetem plus kilka seks-fotek.
Miał wrażenie, że lepiej mu się o tym pisze niż mówi. Nie widział twarzy rozmówcy, a poza tym to był Dean. Widział i wiedział więcej niż ktokolwiek, kogo znał. Nie miał się co obawiać jakiejś dziwnej reakcji. I nawet fakt, że właśnie przysiadła się do stolika obok jakaś kobieta w garsonce, nie krępował go. Nikt nie widział, co pisze i jaki ma problem.
Dean: Och, dorobiłeś się w końcu faceta? Ale takiego… jednego?
Dean: A długo cię szantażuje?
Nie rozczarował się. Odpowiedź przyjaciela była bardzo… spokojna. Wręcz jakby obwieścił mu, że dorobił się opryszczki, a nie szantażysty.
Marvin: Od początku tygodnia. Musiałem mu wysłać kasę, którą dostałem za wynajem mieszkania. Potem chciał więcej i co innego.
Marvin: A faceta tak, jednego. Mieszkamy razem, nazywa się Jasper. Młodszy.
Dean: To nieciekawie. Twój wie, że masz pasożyta, czy sprawa jest jeszcze utajniona?
Marvin ściągnął brwi i z westchnieniem pochylił się bardziej nad stolikiem. Spojrzał przez szybę na przechodniów spacerujących po korytarzu centrum handlowego. Dojrzał nawet jednego ze stałych klientów z No Exit. Nie skupił jednak na nim uwagi, tylko odpisał kumplowi.
Marvin: Wczoraj wyszło nieplanowanie. Ale ciężko udawać, że jest okej, jak się ledwo stoi. Nie uwierzyłby, jakbym powiedział, że nadziałem się na kij bilardowy.
Dean: Uuu… No, kiepsko by było. No, ale pewnie nie piszesz mi tego, bo nie masz się komu wyżalić. Chociaż i tak czułbym się doceniony. ;)
Dean: Co mogę dla ciebie zrobić?
Dean: Poza kupnem czegoś na… odniesione szkody. Xoxo
Marvin: Co byś zrobił w mojej sytuacji? Jakiś pomysł, jak to rozwiązać?
Kiedy nacisnął enter, podeszła do niego kelnerka w biało-różowym fartuszku z ekspresem kawy.
— Dolać panu? — Uśmiechnęła się do niego uroczo, a Marvin zerknął do swojej filiżanki i pokiwał głową.
— Poproszę. I dzięki — odparł, po czym odprowadził dziewczynę spojrzeniem, nim sięgnął po kawę i spojrzał znowu na ekran laptopa. Tam już czekała na niego odpowiedź Deana.
Dean: Jako porządny obywatel proponowałbym zgłosić to glinom, a jako nieporządny obywatel wynająć kogoś, kto by go sprał, tak by nie wiedział, gdzie ma, kurwa, dupę.
Dean: Nie są to jednak pomysły, jakimi mógłbym cię zszokować.
Marvin: Nie wymyśliłeś nic, czego bym do tej pory nie wymyślił sam. Pierwsza odpada. Nikt mi nie uwierzy, za dużo przeciwko mnie, za wiele na korzyść tego sukinkota.
Marvin: Pomyślałem, że mógłbyś mi pomóc, bo było o tobie w kilku gazetach, po tym co odwaliłeś wtedy. Można by mu podesłać je jakoś, poczytałby sobie o twoich widowiskowych poczynaniach, a potem zobaczyłby cię ze mną i wiedziałby, że ma być grzeczny.
Marvin: Taka groźba, której by mi nie udowodnił.
Marvin napisał to wszystko dość szybko, bo nie był całkiem pewien, czy taka strategia by zadziałała. Ale jakby nie znał Deana, to od nasłuchania się o nim tych rzeczy, jakie się o nim mówiło, powiedziałby, że jest jakimś psychicznie skrzywionym pojebem. Cóż, może trochę był, ale przy tym i zajebistym kolesiem.
Dean: Czyli byś chciał, abym przyjechał do miasta i się trochę z tobą poprowadzał?
Dean: Sam nie wiem, stary, to trochę naciągana historia, ale może faktycznie bezpieczniejsza niż podfajczenie mu chaty.
Marvin: Na pewno bezpieczniejsza, bo ma się przestraszyć i to pokasować, a nie sam ucierpieć specjalnie. Ma to gdzieś zapisane i jeśli nie blefuje, to jak nie zatrzyma czegoś tam, to wrzuci filmik w sieć.
Marvin: Nie wiem jaką masz teraz robotę, ale jakbyś znalazł kilka dni, to byśmy cię przenocowali. Mamy występ niedługo z Jazem, przy okazji zobaczysz, czy wciąż się ruszam, jak mnie uczyłeś.
Dean: Ej, to chwyt poniżej pasa. Ale spoko. Masz mój numer jeszcze?
Marvin: Jak nie zmieniałeś od walentynek, mam.
Dean: To napisz mi adres, nie mam żadnej kartki, to wpadnę jutro czy pojutrze. Od czasu do czasu warto zmieniać duporejony, hehehe.
Dean: A i postaraj się w tym czasie nie zrobić nic durnego.
Marvin: Dzięki, stary. Daj znać, kiedy będziesz.
Marvin od razu po wciśnięciu entera sięgnął po telefon i napisał Deanowi adres mieszkania Jaza. Wysłał i napił się kawy.
Marvin: Wysłałem adres.
Dean: Dobra, dzięki. Wezmę se kilka dni wolnego, to wpadnę, przy okazji może zrobimy jakieś ognicho na przedmieściach. Co ty na to? :D:D:D
Marvin: Popieram. Nam się też przyda trochę relaksu, o ile jasna sprawa nie będziesz kręcić nosem na obecność mojego faceta?
Dean: Och, a nie pozbędziesz się go dla mnie do tego czasu?
Marvin: Spali się z zazdrości. To świetny koleś, polubisz go. Tańczy ze mną, wpadniesz do nas na próbę, sam zobaczysz, jaki jest seksowny.
Dean: To shit. A już miałem nadzieję hehe.
Dean: A tak serio, wykaż się i chociaż powiedz mu, że wpadnę. Sam mówiłeś, że to jego lokum.
Marvin: Zaraz do niego zadzwonię, powiem, że przyjeżdża mój mistrz.
Marvin uśmiechnął się do siebie i sięgnął po kawę, którą dopił już do końca, bo zostały same resztki.
Marvin: A ty jesteś wolny? Nie wyciągam cię z czyichś rąk na te kilka dni?
Dean: Wolny jak ptaszek niesiony wiaterkiem. Albo latawiec… wiesz ciepłym powietrzem, hehehe. Jeśli wiesz, co mam na myśli. :D
Marvin: Domyślam się.
Marvin: Dobrze będzie cię zobaczyć, stary. A teraz spadam do domu, kawa mi się skończyła, siedzę w kafejce. Czekam na wiadomość, mistrzu.
Dean: Nie postarzaj mnie. Wiecznie młody jestem i będę. A i mistrzem to ja już dawno nie jestem. Spadaj!
Dean: Pozdrów tego swojego i uważaj na siebie. xoxo
Marvin: Dzięki, na razie. Cmok.
Odpisał i wyłączył okienko czata, a potem komputer, by przestał mu nabijać minuty. Wstał od stołu, sięgnął po telefon i jeszcze poszedł zapłacić za Internet. Gdy tylko to zrobił i wyszedł już z centrum handlowego w kierunku przystanku, wykręcił numer kochanka.
Po kilku chwilach, kiedy już miał się rozłączyć, bo ten nie odbierał, w słuchawce usłyszał jego zdyszany głos.
— Och… Hej! Co jest?
— Gdzie jesteś? Ćwiczysz?
— Ta, jestem na scenie. Nikogo nie ma poza Harleyem w biurze, to trochę wykorzystuję… przestrzeń. Co tam?
— Gadałem z tym kumplem z Montany. Co ty na to, by wpadł jutro albo pojutrze i trochę z nami spędził czasu? Postraszy się Orvela trochę.
— Hę? Ale… po co? Chyba nie łapię. Chyba nie wpadłeś z nim na jakiś… zły pomysł, co?
— Stary, nie mamy zamiaru uszkodzić Orvela, tylko wbić mu do świadomości, kim jest Dean i że Dean mnie dobrze zna — wyjaśnił Marvin, przystając blisko przystanku i oglądając się na drewnianą ławeczkę pod wiatą, która nie była pusta. Obejrzał przy okazji swoją prawą dłoń, która już nie bolała, a opatrunek mógł zdjąć wczoraj. Teraz tylko miał nadzieję, że aktualnie mocno czerwona blizna z czasem zblednie. Była dość długa, ale dziękował losowi, że upadł właśnie na dłoń, a nie na coś innego. — Jak się nie przestraszy, to może Dean z nim pogada, ale bez rękoczynów. Grzecznie, ale dobitnie. A i to dodatkowa głowa do myślenia w razie czego.
— Sam nie wiem, no, ale spoko. Ma do nas wpaść czy do miasta? I jak tam? Nie dzwonił?
— Nie — odparł krótko Marvin. — A wpadnie do nas, nie będę go ciągać po hotelach, jak robi to dla nas.
— To chyba nie jest jakiś typ, co mu będzie wadzić kanapa, hm?
— Doceni, na pewno jest wygodniejsza niż prycza więzienna. Dean nie jest z cukru, przeżyje. Czyli pasuje, tak?
— No, chyba nie mam nic przeciwko. Zresztą lepszego pomysłu też nie. Nie wiem tylko, czy nie zadzwonić, czy… wiesz, jak będę wracać, kupię starter do telefonu i napiszemy może do tego Patsy’ego? Bo nie sprawdzałeś jeszcze tej karty SD?
— Wracam właśnie do domu, więc sprawdzę. Jak nic nie znajdziemy, zadzwonimy do tego ciotka — poparł go Marvin, wstając, bo autobus pojawił się na horyzoncie.
— Dobra, to ja skończę i będę do godziny. Trzymaj się. I nie odbieraj, jak coś — Jaz dodał swoje, uciążliwie o tym przypominając Marvinowi, który tylko potarł nasadę nosa palcami i pokiwał do siebie głową.
— Nie będę — obiecał. — Do zobaczenia w domu, tygrysku — dodał, siadając w końcu obok jakiegoś faceta w podeszłym wieku, który aż zmierzył go dziwnym spojrzeniem na ostatnie słowa.

14 thoughts on “No Exit – 12 – Kumpel z Montany

  1. Katka pisze:

    Basia, Dean na pewno zrobi dużo zamieszania, ale pytanie czy pozytywnego, czy negatywnego. Hehe i Karl zdobywa kolejnych antagonistów XD Biedactwo, a on taki niewinny… XD Też pozdrawiamy :)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    ciekawa jestem tego całego Deana no i czy Jasper nie będzie w jakimś stopniu zazdrosny, a Karl do idiota
    Dużo weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Rehab-e, jak się w coś nie chce wierzyć, to się nie uwierzy, nieważne ile by dowodów nie było. Karl dodatkowo stara się całkiem odizolować od sprawy, więc niewiele przyjmuje do wiadomości. Niestety. Haha i jesteś kolejną osobą, której skojarzył się Dean Winchester XD No nie mogę zapewnić, czy będzie równie zajebisty, bo to jest względne, ale mam nadzieję, że jego kreacja przypadnie do gustu. Mogę zapewnić że jest nietuzinkowy XD

  4. rehab-e pisze:

    KARL TO KRETYN.
    Jasper miał argumenty w postaci esów z tel. Marvina, a ten mu pieprzy, że on by mu nie ufał… bla bla bla. Poza tym to, co powiedział, że zdrada jest ok…. nosz w mordę by dostał ode mnie i tyle!
    On chyba jest zbyt tępy, żeby zrozumieć, że nawywijał i teraz inni mają problemy -.-
    Dean… pierwsze skojarzenie – Dean Winchester. Mam nadzieję, że ten będzie równie zajebisty i nie narobi im dodatkowych problemów ;p
    Ach, i muszę zamanifestować swoją miłość do Jaspera, ponieważ aż mu się dziwię, że on jeszcze wytrzymuje to wszystko nerwowo.
    Także ten…
    JASPER! <333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333333
    .
    .
    … a Marvin wciąż mnie nie przekonał.

  5. Katka pisze:

    Inertia, biedny Karl, tak mu się obrywa XD No ale słusznie, słusznie, chłopak stanął po totalnie złej stronie. Ale biedny jest skonfundowany, nie wie co się dzieje. I słoooodko, że tak za Jasperem szalejesz :D Już to wiele razy chyba mówiłam, ale uważam, że to bardzo dobra partia. Jak widzę, zgadzasz się ze mną, hehe. No i tak, nadszedł czas Deana… :)

  6. Inertia pisze:

    To nic, że przeczytałam już całe opowiadanie, zawsze miło przeczytać od nowa :D Tak więc, w tym rozdziale mój ukochany Jasper znowu pokazał, że szczwana z niego bestia jest! Mrau <3
    A Karl mnie rozbraja po prostu. No nie mogę z kolesia. Czy on na prawdę nie może pojąć, jakiego bałaganu narobił? Ta scena z drzwiami mnie znokautowała normalnie. Tak to sobie wali po nocach i fantazjuje o Jazie, a wystarczyło, że Orvel nagadał mu głupot i już traktuje go jak najgorszego zbira.
    Muszę się podpisać pod słowami Hoshii, bo też uwielbiam gdy mówią do siebie "stary", a przede wszystkim Marvin.
    Takie małe rzeczy, sprawiają, że wasze opowiadania nie są tylko "kolejnymi" opowiadaniami o grzmocących się na potęgę facetach, ale mają to coś. Taki swój własny klimat. Kreowanie charakterów i trzymanie się tego co wytworzyłyście opanowałyście już do perfekcji.
    Wracając do rozdziału, to nareszcie pojawił się Dean! :D Moja ulubiona po Jazie postać, bo niestety, ale mojej platonicznej miłości do tego tygryska nic nie przebije :D
    Pozdrawiam ;)

  7. Shivunia pisze:

    Saki >> Dzięki za komentarz ;) Dziś wyjątkowo poprawiają mi humor miłe słowa i zaciekawienie dalszymi losami bohaterów. Kumpel z Montany… hm, co by o nim powiedzieć, aby nic nie powiedzieć XD. No trochę zamiesza, ale na pewno priorytetem dla niego będzie dobro kumpla.
    Co do Karla, to z nim jest ciężka sprawa. Sama powinnam go nie lubić… a jednak wychodzi inaczej. Jest przez swoje niezdecydowanie, a raczej błędne zdecydowanie taką hahaha, pokraką. Mam zawsze wrażenie, ze jakby mógł, to by się rozdwoił, ale jakoś mu to nie wychodzi. I w ogóle, ciekawie podeszłaś do sprawy, czemu postępuje, tak a nie inaczej. I określiłaś. Co mnie zawsze w nim najbardziej „bawiło”, to co napisałaś, że go to NIBY „nie dotyczy”, taaa…
    Co do karty pamięci to się okaże. To w sumie taka duża niewiadoma, bo może być tam MASA informacji, albo NIC. Albo jeszcze Orvel coś z nią odwali. Tak samo sprawa jest skomplikowana z tym nr telefonu. Może być sukces, może być wtopa. Ogólnie chodzą po cienkim lodzie.
    Miłego czekania ;) Jak to mawiają, te wzmaga apetyt, i także pozdrawiamy :*

  8. saki2709 pisze:

    Ten kumpel z Montany zapowiada się całkiem ciekawie. Mam nadzieję, że im jakoś pomoże, a nie przysporzy jeszcze więcej problemów.
    Karl mnie wkurza. Niech się on w końcu ogarnie, bo przestanę go lubić. Coś czuję, że on wierzy w to, co mu wygodniej. Gościa prawie nie zna, ale to nic, bo Patsy nie może być z kimś złym. Łatwiej uwierzyć facetowi swojej przyjaciółki, niż komuś, kogo się zna. No dobra, Marvin był, jaki był, ale się zmienił. Może nie łatwo uwierzyć w tak nagłą przemianę, ale on nawet nie próbuje. Twardo trzyma się wersji usłyszanej przez Orvela, bo jest dla niego wygodniejsza. Nie chce się mieszać w coś, co sam rozpętał, tchórz jeden. Mówi, że to go nie dotyczy, chociaż gdyby nie jego durne pomysły, to by się nic nie stało, a Marvin i Jaz nie mieliby na karku pseudo-indianca, któremu zachciało się bawić w szantażystę.
    Ciekawe, czy jest coś ciekawego na tej karcie pamięci, którą zwinął Jaz, Może być tam coś, co mogą wykorzystać przeciwko niemu, a może nie być żadnych pożytecznych danych. Przy tym gościu niczego nie można być pewnym.
    A co do tego numeru… Jazowi by nie zaszkodziło, jakby wziął też numer do Patricka, bo mimo że Karl określa swojego kumpla żeńską formą, to mógł zapisać go pod prawdziwym imieniem, a ta „Patricia” może być rzeczywiście kobietą. Nigdy nic nie wiadomo, ale może będzie miał farta i trafił z tym numerem. Czekam niecierpliwie na następny rozdział :)
    Pozdrawiam i życzę weny.

  9. Katka pisze:

    Arashaya, hehehe, Deanek taaaa… Nadszedł ten moment.

    Sharon, ach ta Twoja miłość do Karla XD No ale nie ma chłopak pewności, co jest prawdą, co jest kłamstwem i staje po stronie lepiej sobie znanej. A Marvin, no niby mógłby, ale to też jakieś ryzyko, do tego nie pomyślał o tym zawczasu, sprawa się komplikuje i w ogóle lipa. Haha Winchester XD No niestety ten Dean jest inny od Supernaturalowego Deana pod każdym względem, ale i tak słodkie skojarzenie. Mam nadzieję, że jego kreacja przypadnie Ci do gustu. Ale ładnie ogólnie kombinujesz. Chłopcy tez starają się być kreatywni, ale ciężko idzie XD

  10. Sharon d'Arc pisze:

    Karl. Jest. Rudy. (w dalszym ciągu nie obrażając rudowłosych) Toż to totalny idiota! Z jednej strony rozumiem, że nie może twierdzić, co jest prawdą,bo to jest słowo przeciw słowu. Ale w takim wypadku należy należy zebrać całą ekipę i zrobić konfrontację stron. Marvin też inteligencją nie grzeszy, mógłby nagrać tego i miałby dowód jak nie na policji to dla tej innej wersji Chrisa z FDTS i Karla. Nigdy nie lubiłam tego imienia i teraz mam jeden powód więcej, by się tego trzymać… Mam tylko nadzieję, że nigdy nie będzie miał dzieci, zrobi przysługę światu nie poszerzając swojej głupoty T.T
    Ciekawam tego Deana… Z wiadomych względów kojarzy mi się z Winchesterem :D Mam nadzieję, że będzie tak samo zajebisty… A sądząc po tej rozmowie na czacie: będzie. Może niekoniecznie niech mu spalą chatę, ale mogliby mu wysłać wiadomość z odbitą czerwoną farbą dłonią i napisem „we’re watching you”. Mroczne Bractwo przestraszy każdego :D
    No ale serio, Patsy czy jak temu tam, jest na tyle charakterystyczny, że na pewno ktoś jeszcze go zna. Niech Marvin popyta w klubie, jemu to odpowiedzą z pocałowaniem ręki. No i od czego jest Fejkbuk?

  11. Katka pisze:

    Hoshii, zgaaadzam się co do tego „stary”. Takie luzackie i właśnie męskie. Matko, a ta rozmowa i w ogóle cała sytuacja… Staruszki są pocieszne, w ogóle jak się na takie sytuacje z boku patrzy, to idzie się nieźle uśmiać. Co do babć i autobusów to jedyne zabawne skojarzenie to ich odmawianie modlitw na widok mojego kumpla ze studiów (taki duży, mroczny i „zły”). No a Wy przynajmniej przygodę mieliście XD

    Bebok, nom, chłopcy bardzo powoli ogarniają sytuację, bo tkwią w martwym punkcie i biedaki nie wiedzą, co robić. Może Dean pomoże? Ale fakt, może też zaszkodzić… Co to będzie, co to będzie… Dzięki za te kilka słów :) Większość ludków nie komentuje, bo sporo osób kupiło ebooka, naprawdę sporo, więc pewnie im się nie chce XD Dlatego każdy komentarz jest na wagę złota :)

  12. Bebok pisze:

    Karl jest idiotą xd poważnie…. nie ogarniam go ;P Ciekawa jestem tego Dean’a ^^
    W sumie jak na razie nie wiele się działo więc nie ma co się rozpisywać, zobaczymy jak się rozwinie sytuacja. Wciąż szkoda mi Jaspera …. same problemy ma przez Marvina jakby nie patrzeć, oby wizyta tego kumpla bardziej pomogła niż zaszkodziła. Ciekawi mnie też zawartość tej karty bo niby ją zabrał, ciągle gdzieś tam się przewija ale dalej nie wiadomo czy coś na niej ciekawego jest, czy nie :D No cóż… jak zwykle nie pozostaje mi nic innego jak czekać ;D

  13. Hoshii. pisze:

    wielbię to, gdy oni mówią do siebie „stary” :3 to takie naturalne i samcze :3
    końcówka mi przypomniała moje rozmowy w autobusie – „no ale Michał, co poradzisz, że Twój facet sypia ze wszystkim, co da się przelecieć?” i oburzone spojrzenia starszych babć. na nieszczęście trafiliśmy na jakąś linię okołocmentarną i cały autobus był wypełniony staruszkami. ojć, nasłuchałam się na siebie, jaka to ja jestem, bo mam krótką spódniczkę i jakie to „szemrane” towarzystwo z nas w ogóle xDDD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s