Across The Cursed Ladns II – 35 – Coś z nią nie tak

William już obiema dłońmi trzymał przed sobą mapę. Nóż od Rangera zatknął za pas i śledził wzrokiem miejsca, które mijali. Droga wiodła na północ i wyglądało na to, że punkt oznaczony „X” nie znajdował się w granicach miasta, a kawałek poza.
Gdzieś w oddali słyszeli pohukiwanie sowy z granicy lasu, w stronę którego zmierzali.
— Nie wiem, co tam znajdziemy, więc bądź czujny — rzucił Jefferson do towarzysza w połowie drogi. Mijane przez nich budynki, były coraz biedniejsze. Niektóre nawet opuszczone, co miałoby sens, skoro miasto swego czasu zdziesiątkowała cholera.
— Od kiedy wyszliśmy z pokoju w gospodzie, nie przestaję być czujny. Kiedy emocje opadną, jestem pewien, że będę gotów zasnąć nawet na czyimś ganku — odpowiedział lekarz i wskazał mu zakręt. — Teraz tam. Powinniśmy minąć ostatnie trzy budynki.
Jefferson mruknął tylko w odpowiedzi, już wiedząc, że będzie musiał odreagować dzisiejszą noc.
Szli jeszcze chwilę, aż powoli do ich uszu zaczęło dobiegać podobne jęczenie, jakie słyszeli w podziemiach. Ich oczom też w ciemności powoli ukazywała się… mgła. Zbierała się w obniżeniu terenu i odbijała blask lampy, którą nieśli.
— Bo, kurwa, nie może być łatwiej, co? — Ranger mruknął do siebie, już sięgając po broń. Tak na wszelki wypadek.
William trzymał się blisko niego i kiedy wkroczyli na mglisty teren, schował mapę. W końcu to właśnie miejsce było oznaczone jako „X”. Wolał więc mieć wolne ręce, by móc trzymać nóż.
— To cmentarz — rzucił nagle, kiedy ich oczom, pod mglistą peleryną zaczęły ukazywać się drewniane krzyże. Na pewno w dzień okolica wcale nie wyglądała na aż tak upiorną, ale teraz nawet ostry zarys drzew na skraju lasu wydawał się Williamowi przerażający.
— O ile zakład, że to ten po cholerze? — spytał szeptem Jefferson, chociaż wierzył, że jedynie nieboszczyki mogą ich teraz słyszeć. A i tak szeptał. To nie mówiło dobrze o jego pewności siebie, chociaż i tak był dużo bardziej odważny niż towarzysz. — Postukaj w ziemię, musimy znaleźć kominy tych pieców. Może znajdziemy i tę osobę z beczki.
— Dobrze, ale nie oddalaj się za bardzo — uprzedził go jeszcze William i zaczął krążyć wokół, szukając jakiegokolwiek śladu ujścia kominów.
W skupieniu nie pomagał mu chłód, mgła i atmosfera tego miejsca, ale starał się skupić na wykonaniu zadania. Może gdyby nie istniało prawdopodobieństwo, że jedna z więzionych przez Edmunda osób może gdzieś tu być, odłożyliby tę eskapadę na później, ale teraz rzeczywiście liczył się czas. Poza tym ta osoba mogła im powiedzieć dokładnie, co też doktor Rise wyczyniał.
— Nie planuję — odparł Jefferson, samemu chodząc nie dalej niż w granicy widzenia od Williama. Przyglądał się ziemi, mijając rozpadające się, gęsto ustawione krzyże i nagrobki. Nie podobało mu się tu.
Po chwili znalazł specyficzne miejsce. Jęki i piski palonego upiorytu były tu głośniejsze, a ziemia cieplejsza i jakby spod niej wydobywał się dym.
— Chyba mam jeden z kominów.
— Czyli to rzeczywiście to miejsce. — William zbliżył się do niego szybko i kucnął przy wylocie, który znalazł Jefferson.
Ten, nie patyczkując się, uderzył w kratkę nogą. Obaj usłyszeli metaliczny pogłos, upewniający ich we własnej teorii.
— Niedaleko powinny być jeszcze trzy pozostałe. Ten jest cały, tędy nikt nie wyszedł — dodał, oceniając ziemię wokół.
— Poszukajmy reszty — odpowiedział William, który uważał, że jeśli ktoś próbował uciec wylotem z komina, mógł przy nim leżeć i konać. W końcu wnętrze kominów wciąż musiało być gorące, więc ta zdesperowana osoba musiałaby się mocno poparzyć.
Zaczął więc ponownie chodzić po terenie cmentarza, bardziej stopami niż wzrokiem szukając kolejnego wylotu. Uważał przy tym bardzo, bo jeszcze gotów by był wpaść do środka, gdyby krata była otwarta. Tak jak teraz, kiedy nagle cofnął się, gdy nie poczuł pod stopami podłoża.
— Tutaj! — zawołał do swojego towarzysza, kucając przy wylocie.
Jefferson podbiegł do niego, ale na tyle cicho i ostrożnie, aby nikomu nic się nie stało. Będąc bliżej towarzysza, rozejrzał się uważnie wokół.
— Nikogo nie widzę… Jesteś pewien, że tędy? — spytał, nadal się rozglądając. Poza wyciem z komina, które niewątpliwie mogło przypominać odgłosy z nawiedzonego cmentarza, nie słyszał niczego innego.
— Nie ma innego wyjścia. Jest otwarte i krata jest odsunięta — zauważył lekarz, który przy pomocy lampki Jeffersona przyjrzał się jej dokładnie. Nie miał pewności, ale chyba widział na niej krew. — Tak. Myślę, że tędy ta osoba uciekła, ale wciąż nie rozumiem, jak podążyła dalej. Musiała się bardzo mocno poparzyć. Chociaż strach i instynkt przeżycia na wiele pozwala — zawahał się, wciąż kucając przy zakrwawionej kracie, ale w końcu skończył swoją myśl: — Ja również mimo wypalonego oka wybiegłem o własnych siłach z biblioteki.
Jefferson zerknął na niego, a potem na otwór komina. Był dość wąski, dla niego nawet mógł być za wąski.
— Pytanie, czy z całym poparzonym ciałem byś też się z niej wydostał. — Westchnął ciężko, znowu się rozglądając. — Nie ma co zwlekać! Poszukajmy uciekiniera, może czegoś się dowiemy poza tym, że ten cmentarz wcale nie jest nawiedzony.
William spojrzał na niebo, nim się uniósł. Było bardzo późno, a oni nie spali już od co najmniej dwudziestu godzin. Był zmęczony, ale musiał się zgodzić z Jeffersonem. Sprawa nie cierpiała zwłoki, tym bardziej, że ten, kto uciekł, mógł im zdradzić, co Edmund robił. Nieżywy na pewno nic nie wydusi, więc musieli go znaleźć.
— Podejrzewam, że dziewczynka mogła pokierować się do miasta — powiedział, uznając, że nikt inny w wylocie by się nie zmieścił, więc zapewne szukali właśnie jednej z porwanych dziewcząt. — Nie wiem tylko, jak chcesz ją znaleźć bez pomocy szeryfa.
— Bezpiecznie, William. Nie ufam temu człowiekowi. Zatrzymał nas, aby nie kręcić się po tym domu. Jeśli nie wie wszystkiego, to chociaż część informacji i możliwe, że będzie starał się je zata… — Jefferson urwał, kiedy jeden z dźwięków, jakie usłyszał, wydał mu się niepasujący do wycia tlącego się upiorytu.
— Hm? — Lekarz rozejrzał się czujniej, bo sam nic nie usłyszał.
— Może zabrzmi to mało zabawnie, ale… coś słyszałem. — Jefferson zerknął krótko na towarzysza i uśmiechnął się wymuszenie.
— Mógłbyś sprecyzować co i skąd? — William stanął bliżej niego, w jednej dłoni trzymając lampkę, a w drugiej mocniej ściskając nóż. Naprawdę coraz bardziej żałował, że nie miał amunicji do swojego colta. Przejmujący chłód i upiorne kształty drzew za granicą cmentarza wcale nie poprawiały mu samopoczucia.
— Jakby mamrotanie i kroki stamtąd — odparł Ranger, wskazując kierunek brodą. Ciekawe w nim było jednak to, że nie był on przeciwny do miasteczka.
Jefferson ruszył powoli i skinął na lekarza. Przez głowę tego drugiego przemknęła myśl, że przy sobie nie miał żadnej apteczki i jeśli by znaleźli ranną dziewczynkę, musieliby biec z nią na złamanie karku do miasta. Ale i tak wolał, aby była to rzeczywiście ta dziewczynka, a nie jakaś krwiożercza bestia.
— Coś się ruszyło! — wydusił głośnym szeptem, kiedy po przejściu kilku kroków nagle ujrzeli jakiś cień, który przemknął pomiędzy krzywo wbitymi w ziemię krzyżami.
Jefferson także się zatrzymał, a potem obaj usłyszeli trzaśniecie. Głośne i dobiegające z bardzo bliska. Ktoś musiał właśnie łamać coś drewnianego.
Ranger przełknął ślinę, ale podszedł bliżej, oświetlając sobie drogę, kiedy zobaczył skuloną w klęczkach, tuż przy ziemi postać, z dużą gałęzią w dłoniach, po których sączyła się krew. Postać nie zauważyła ich, tylko uderzyła jeszcze raz w dół, w wykopaną, płytką dziurę. Znowu usłyszeli ten sam dźwięk, a dopiero po nim postać puściła konar i schyliła się, rozszarpując gołymi dłońmi spróchniałe wieko trumny.
Obaj stali przez chwilę jak wcięci, patrząc, jak około dziesięcioletnia dziewczynka z potarganymi włosami, ledwie wiszącymi na jej drobnym ciele resztami sukienki… grzebie w grobie. Mimo słabego światła obaj zobaczyli, jak mocno jej ciało jest poparzone. Były na nim liczne bąble i zadrapania. A mimo to, jakby nic ją nie bolało, dobierała się do trumny, aby po chwili wyciągnąć z niej… kawałek ręki.
— Panienko… — Wiliam w końcu odezwał się jako pierwszy, by nawiązać z dzieckiem jakikolwiek kontakt.
Dziecko chwilę nie odpowiadało, aż w końcu przekręciło w ich stronę głowę. Jeśli nie myliły ich oczy, to te należące do dziewczynki były zasnute mgłą, a w kąciku jednego był duży, krwawy strup. Jej twarz też nie wyglądała zdrowo. Była szara, brudna i pokrwawiona. Niepokojące było w tym też, że prawie wszystkie jej rany były zasklepione strupami.
Z gardła dziecka wydobył się dziwny dźwięk… gulgoczący, niczym osoby dławiącej się, bądź pozbawionej języka.
— William… nie jestem pewien…
— Trzeba jej pomóc… — odpowiedział lekarz zarówno z wahaniem, jak i dziwnie pewnie. Pewność wynikała z jego nabytej skłonności do automatycznego podejścia do rannej osoby, ale wahanie wywołane było dziwnym zachowaniem dziewczynki. — Może porwał obłąkane dziecko — dodał i trzymając wysoko lampkę, zrobił dwa kroki do dziecka.
Dziewczynka znowu zagulgotała i spojrzała na rękę nieboszczyka, którą trzymała w dłoni. Machnęła nią w stronę Williama, a kiedy ten, zamiast ustąpić, zrobił jeszcze jeden krok w jej stronę, do drugiej ręki wzięła odrzucony konar. Przedramię wygrzebane z ziemi chwyciła między zęby i już z gałęzią w obu rzuciła się na lekarza.
Ten momentalnie cofnął się o kilka kroków, wpadając na Rangera i wypuszczając z rąk lampkę naftową. Krzyknął przy tym i odchylił głowę dosłownie na ramię Jeffersona, kiedy dziewczynka zamachnęła się konarem, o mało nie trafiając go prosto w twarz.
Jefferson uskoczył zaraz i nie mając wolnej ręki, nie pociągnął lekarza za sobą. Gdyby obaj upuścili lampy, byliby w straconej pozycji. Nawet jeśli lampa Williama tylko się rozbiła, ale na ich szczęście nie zgasła.
Dziewczyna w tym czasie obserwowała ich swoimi jasnymi oczami. Była szybka, sprawna i bardzo niepokojowo nastawiona mimo licznych obrażeń… i martwej reki w ustach.
— I co, kurwa, teraz?! — wydarł się do lekarza Jefferson, czekając, aż dziecko zdecyduje, którego teraz zaatakuje.
— Nie wiem… nie wiem… Obezwładnij ją? — zasugerował lekarz, odsuwając się szybko i mocno ściskając trzonek noża. Nie miał pojęcia, dlaczego dziecko patrzyło na nich tak nieprzytomnie i jakim cudem w ogóle było w stanie się poruszać mimo tylu ran!
Nieprzyjemne charczenie wydobywało się z ust dziewczynki, która machała konarem na lewo i prawo, bujając przy tym swoim ciałem i nie okazując strachu czy bólu.
— To pytanie czy… kurwa! — Jefferson nie skończył, bo dziecko podbiegło w jego stronę. Wpadł podczas uniku na jeden z nagrobków. W następnej chwili wyminął go, a w kamień uderzył konar, którym był atakowany. — Kurwa, jak to plan, to sam to zrób! To mnie pogryzie jak tę rękę!
William stał bez ruchu dosłownie przez sekundę. Potem podbiegł do dziewczynki, która już zamachnęła się po raz kolejny na Jeffersona i… uderzył ją trzonkiem noża w tył głowy.
Łoskot przy tym był dość duży, ale większy, kiedy dziecko upadło na twardą ziemię. Lekarz odetchnął, mając nadzieję, że tak jak zamierzał, jedynie ogłuszył dziecko. I już miał powiedzieć do swojego towarzysza, żeby na wszelki wypadek związał dziewczynkę, ale ta nagle się uniosła i wciąż dziwnie gulgocząc, dopadła do jego łydki, a następnie mocno ugryzła. W kolejnej sekundzie zawyła, bo Jefferson, odłożywszy pospiesznie lampę i rewolwer do kabury, chwycił jej nogi, aby ją odciągnąć.
— Kopnij ją! — krzyknął do lekarza, który, czując ból, dał temu świadectwo głośnym krzykiem.
Szybko wykonał polecenie, a ból skłonił go do tego, żeby nie być przesadnie delikatnym. Kopnął więc to dziesięcioletnie dziecko w głowę, aż to puściło jego nogę. Nie straciło jednak przytomności, tylko zaczęło się wyrywać i jęczeć niezrozumiale. Robiło to wszystko z taką siłą, że wręcz ciężko było uwierzyć, że w ogóle jest tak bardzo ranne.
— Zastrzel ją! Coś z nią nie tak! — krzyknął lekarz, upadając na ziemię kawałek dalej i łapiąc się za łydkę.
Jefferson spojrzał na lekarza niepewnie. Miał zabić dziecko? Co prawda argument, że z tym było coś poważnie nie tak, był przekonywujący, jednak miał chwilę wątpliwości. Do momentu, kiedy nie usłyszał chrupnięcia, które oznajmiło wyłamanie sobie kolana przez dziewczynkę, aby móc sięgnąć do trzymającego ją Jeffersona. Wtedy i ten wrzasnął, odskakując od niej i patrząc, jak ta znowu chwyta gałąź i nieporadnie wstaje. Nie było co się dłużej zastanawiać, tym bardziej, że nawet nie mieli czym jej związać.
— Stój! — Jefferson ostatni raz ostrzegł dziewczynkę o pustych oczach, nim ta się na niego rzuciła, a on wystrzelił jej wprost między oczy.
Dopiero wtedy miał pewność, że ta nie wstanie. Upadła głucho, już bez żadnego dźwięku wydobywającego się z jej gardła. Konar spadł obok niej, a krew zaczęła nasiąkać w suchą ziemię.
William patrzył na to wszystko z szokiem, siedząc kawałek dalej. Oddychał nierówno, był cały spocony i… wystraszony tym, co ich spotkało. To, co ujrzał, było wbrew wszystkiemu, co dotychczas poznał. Widywał obłąkane osoby, ale nigdy nie zachowywał się aż tak absurdalnie. To dziecko w ogóle nie reagowało na ból, wręcz nie myślało i nie czuło. Nie rozumiał.
— Ja pierdolę…. — to był jedyny komentarz, jaki wydobył się z ust Jeffersona, kiedy ten usiadł na jeden z nagrobków. Dawno nie był aż tak zdenerwowany. To, co się tu wydarzyło, było tak absurdalne, jak przerażające.
Obaj patrzyli na ciało martwego dziecka. Było tak bardzo poranione, połamane, poparzone… A do tego wykopana przez nie ręka leżała kawałek dalej, przypominając im obraz tego, jak dziecko trzymało ją w ustach.
William przez to wszystko nawet nie czuł bólu w nodze. Dopiero kiedy spostrzegł, że spodnie namokły krwią, podwinął je i spojrzał na ranę po zębach.
— Muszę się tym zająć. Gryzła trupa — rzucił głucho, choć niezbyt trzeźwym tonem.
— Więc musimy wrócić do zajazdu. Bierzemy ją, czy niech tu leży z nadzieją, że już nie wstanie? — Jefferson spytał, jeszcze raz biorąc głęboki oddech i z bezpiecznym dystansem obchodząc nieżywe dziecko. Podniósł swoją lampę.
— Wrzuć ją do tego grobu, który otworzyła. Nawet jeśli znaleźlibyśmy jej rodziców, na pewno nie chcieliby widzieć, w jakim była stanie — zasugerował lekarz, również się podnosząc.
— Najchętniej bym jej nie dotykał, ale jak uważasz. — Jeff nie był przekonany, ale jedną ręką chwycił nadgarstek dziewczynki i pociągnął ją po ziemi w stronę rozgrzebanego przez nią grobu. W drugiej dłoni trzymał rewolwer, nie ufając całkowicie, że dziecko jest absolutnie martwe.
W tym wszystkim przez myśl Williama przeszło, że dobrze by było zbadać ciało tej dziewczynki. Doszedł jednak do wniosku, że tutaj nie ma do tego warunków, a by je odpowiednio przewieźć brakowało chociażby galarety, w jakiej obecnie spoczywały dwa serca. Zresztą, gdziekolwiek się nie znajdowali, pojawiał się jakiś trup czy narząd, jaki chciałby zbadać, a gdyby tak to wszystko ze sobą zabierał, do Chicago przybyliby z wielkim wozem pełnym zwłok i flaków. Nawet on sam wiedział, że to już byłoby niewłaściwe. Uznał więc, że dokumenty Edmunda musiały mu wystarczyć. No i sam Edmund, którego sekcję musiał przeprowadzić.
— Co teraz? Może znaleźć szeryfa i go przycisnąć? I rodziców tej małej i reszty, aby poinformować ich, że dziecka już nie mają? Czy nie? — Williama z zamyślenia wyrwał głos Jeffersona, który pozbywszy się ciała, wrócił do lekarza.
— Najpierw muszę wrócić do pokoju i opatrzyć sobie ranę. Możesz w tym czasie poszukać szeryfa, ale rodzicami się nie kłopoczmy. Przekażę w gospodzie, co znaleźliśmy i na pewno wieść o tym, że dzieci nie ma, szybko rozniesie się po miasteczku — stwierdził lekarz, idąc u boku Jeffersona w stronę miasteczka. Cieszył się, że ma ze sobą dokumenty znalezione w domu nieboszczyka i nie muszą po nie wracać.
— Może być — padła odpowiedź, a po chwili Ranger, poza rozglądaniem się w mgle za jakimś nowym zagrożeniem, zwrócił też uwagę na lekarza. — Mocno cię ujebała?
— Na tyle, że jest sporo krwi, ale jak widzisz, nie kuleję, więc myślę, że to niegroźnie.
— Oby. Żebyś sam w coś podobnego się nie zamienił — Jefferson prychnął pod nosem, szczerze mając taką nadzieję, ale czarny humor jakoś go nie opuszczał.
W każdym innym przypadku William obrzuciłby go chłodnym spojrzeniem i zbył jego słowa, opierając się całkowicie na swojej wiedzy medycznej i nieprawdopodobności takich zdarzeń. Jednak po tym, co dzisiaj ujrzeli, zwątpił odrobinę.
Nie chciał pokazywać, że trochę się wystraszył po tych słowa, więc nie spojrzał na swojego towarzysza.
— Nie gadaj głupot — mruknął.
— Uwierz, też mam nadzieję, że to głupoty — odparł Ranger z krzywą miną, ale już nic więcej nie dodał, kierując się do wyjścia z cmentarza. Musieli dotrzeć jak najszybciej do salunu, a potem Jeff musiał posunąć się o krok za daleko i oskarżyć bez procesu tutejszego szeryfa.
Nie rozmawiali wiele po drodze, bo obaj byli rozkojarzeni tymi wydarzeniami i musieli sami to sobie poukładać w głowie. William dodatkowo miał nadzieję, że dokumenty Edmunda pozwolą mu to wszystko zrozumieć, bo na ten moment nawet nie wiedział, czego się uczepić. Od jakiej strony zacząć to analizować.
— Postaraj się nie dać zamknąć — powiedział do Jeffersona, kiedy dotarli pod drzwi gospody.
Jefferson przytaknął, wchodząc pierwszy do środka. Musiał się dowiedzieć od oberżysty, gdzie mieszkał szeryf.
Dzwoneczek nad drzwiami zadzwonił, ale wnętrze było puste i ciemne. Dobrze więc, że mieli ze sobą lampkę, bo inaczej wpadliby na jeden z licznych stoliczków.
— Trzeba kogoś obudzić… — rzucił William, ale Jefferson nie zdążył odpowiedzieć, bo naraz po schodach ciężko zbiegł właściciel przybytku.
— Kto to… Ach… To panowie — wydusił, wpierw celując w nich ze strzelby, ale teraz już ją opuścił. Ubrany był w koszulę nocną i wyglądał na świeżo zbudzonego ze snu. Musiał mieć pokój blisko drzwi, skoro usłyszał nadejście. Albo zwyczajnie lekki sen.
— Tak, musimy znaleźć szeryfa. Proszę nam wskazać, gdzie mieszka — Jefferson od razu przeszedł do rzeczy. Nie było czasu na zwłokę. Bo jeśli faktycznie miejscowy stróż prawa współpracował z Edmundem, to właśnie mógł zacierać dowody.
— Teraz…? Jest trzecia w nocy… — mruknął oszołomiony gospodarz, a William już pokierował się do schodów, na środku których ten stał.
— Tak, byłoby dobrze, gdyby pan udzielił informacji mojemu towarzyszowi. Ja w tym czasie zajmę się swoimi obrażeniami i opowiem panu, czego się dowiedzieliśmy.
— Obrażeniami? Od czego, do chuja?! — zdziwił się oberżysta, rozbudzając z każdym słowem.
— Zaraz się pan dowie. Gdzie mieszka szeryf? — Jefferson przypomniał już głośniej i mocniejszym tonem.
Gospodarz popatrzył po nich wielkimi ślepiami i w końcu, wymijając lekarza już powoli podążającego na piętro, zbiegł na dół.
— Już, już… — wymamrotał, zbliżając się do drzwi przybytku i otwierając je. — Tam! — wskazał dom znajdujący się w polu widzenia. — Ten zaraz za sklepem z czerwono-białym daszkiem.
Jefferson wytężył wzrok. Nie było tu tak ponuro, jak chociażby na cmentarzu, ale jednak było ciemno. Miał nadzieję, że podana wskazówka oberżysty pomoże mu w dotarciu „tam!”.
— Mhm, dobra. Idę tam, niech pan się odzieje, a potem doktor Lockerbie wszystko panu wyjaśni — dodał, sprawdzając, ile jeszcze oliwy ma w lampie i dopiero ruszył we wskazanym kierunku.
Nie obejrzał się, ale usłyszał po chwili zamykanie drzwi gospody. Sam podążył przez zupełnie pustą, szeroką drogę w stronę wskazanego budynku. Cieszył się, że nie było chmur i nie tylko lampka oświecała mu drogę.
W domu szeryfa nie paliło się światło. Po wejściu na ganek już miał zapukać, ale coś go zatrzymało. Bo oto drzwi były delikatnie uchylone.
Jak już od samego początku był w pogotowiu, tak teraz wyjął rewolwer i już lufą nieznacznie uchylił drzwi, zaglądając do środka. Było ciemno i głucho. Czuć było też jedynie lekki swąd z kuchni po palonym drewnie.
Mały już płomień lampki oświetlał mu jedynie najbliższe miejsca w domu. To regalik z książkami, to stolik, to wytartą kanapę. O mało nie potknął się przez podwinięty dywan. Było cicho, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Nie tylko niedomknięte drzwi.
Wszedł głębiej, nasłuchując. Już łamał tym sposobem prawo i wiedział, że ryzykuje też życie, włamując się tak do czyjegoś domu, a co dopiero do szeryfa, ale intuicja podpowiadała mu, aby nie krzyczeć i nie dopytywać, czy ktoś jest w środku.
O tym, że słusznie robi, dowiedział się po niespełna minucie, kiedy uniknął nadepnięcia na leżące na ziemi ciało.
Od razu poświecił sobie mocniej i ujrzał zaschniętą plamę krwi na podłodze. Częściowo wsiąknęła w dywan położony nieopodal. Żadne meble jednak nie były poprzewracane, nie było widać śladów walki. Ale niewątpliwie szeryf tej mieściny miał zagłębiony w czaszce młotek.
— Zajebiście — wyszeptał do siebie i niczego nie ruszając, ale przesadzając dużym krokiem nieboszczyka, zaczął przeszukiwać mieszkanie. Równie dobrze w sypialni mogła spać niczego nieświadoma małżonka albo napastnik mógł wciąż tu być.
W kuchni było czysto. Może nawet zbyt czysto. I trochę pusto. Uznał jednak, że nie jest to szczegół godny głębszej analizy, bo wciąż nie odnalazł sypialni. Ruszył więc dalej, aż dotarł do otwartych drzwi. Łóżko w środku uświadomiło go, że dotarł do celu, ale już brak drugiej osoby na nim bardziej go zaskoczył. Zajrzał jeszcze do szuflad, szafy i kufra z butami, ale wszędzie były tylko i wyłącznie męskie ubrania. Nawet biżuterii nie znalazł, czy jakichś wyszydełkowanych serwetek. Nie było nic, co mogłoby świadczyć o obecności czy istnieniu żony szeryfa.
Uszczypnął się w wierzch dłoni. Nic mu nie pasowało! Wszyscy przecież mówili o żonie szeryfa, a na podłodze niewątpliwie leżał właśnie szeryf, więc w jego domu musiał się właśnie znajdować. Po żonie jednak nie było śladu.
Przeszukawszy resztę domostwa, pozapalał światła i przyjrzał się nieboszczykowi. Wyglądał zdrowo, jeśli nie liczyć faktu, że był martwy. Nie był jednak jakoś poharatany czy nietypowy, w porównaniu do dziewczynki z cmentarza.
Musiał zapytać, czy miał konia lub konie i czy jakiegoś nie brakowało. Może sprawca ukradł jakiegoś i uciekł? Ciężko było powiedzieć, ale zbieżność okoliczności aż biła w oczy. Dlaczego szeryf zginął tej samej nocy, w której umarł też Edmund? Czemu nie było żadnych świadków ani żony szeryfa, a towarzyszka Edmunda była niczego nieświadoma? Albo udawała, że nic nie wie?
Nie bacząc, że jest nadal środek nocy, poszedł do sypialni, zabrał jedno prześcieradło i zakrył nieboszczyka. Od razu wyszedł z domu i pokierował się pospiesznie do gospody. Musieli jeszcze raz przesłuchać Carlę i sprawdzić, co się stało z żoną szeryfa.
W gospodzie na parterze były pozapalane światła, ale nikogo tam nie znalazł. Może oberżysta rozmawiał z Williamem, a może już poszedł szerzyć wieść? Nie wiedział, więc szybko wszedł na piętro, a potem do pokoju, który wynajął z lekarzem.
Zastał mężczyznę w lnianych, białych spodniach od bielizny sięgających kolan. Siedział na skraju łóżka i właśnie kończy opatrywać swoją łydkę. Biały bandaż oplatał ją wokół, a lekarz uniósł na niego spojrzenie.
— Co z szeryfem? — zapytał, nim Jefferson zdążył się odezwać.
— Nie zgadniesz. Nie żyje. Zatłukł go, kurwa, ktoś młotkiem — odparł z krzywym uśmiechem. — I… powiedz mi, kurwa, czy ty też słyszałeś, że szeryf miał wkurwiającą, despotyczną żonę?
— Tak… Ktoś o tym mówił — przyznał William ze ściągniętymi brwiami i jakoś odruchowo zlustrował wzrokiem ciało Jeffersona. Tym razem bynajmniej nie z tego powodu jak zwykle, czyli z uwielbienia do tego, jak wyglądał, a z troski. Wydarzenia, które ich spotykały, sprawiały, że obawiał się nie tylko o swoje życie.
— No, to ja nie wiem, gdzie ona mieszkała, ale w domu szeryfa nie ma żadnych, rozumiesz, żadnych kobiecych rzeczy. Nie wiem, co tu się dzieje, ale to jakiś burdel. Kto mówił o tej żonie? I ta Edmunda… trzeba ją przesłuchać. I gdzie jest oberżysta? — Jefferson mówił szybko i jawnie pokazywał po sobie swoje zdenerwowanie. Skoro byli sami, tu chociaż mógł się uzewnętrznić.
— Nie pamiętam, kto mówił o żonie, ale pewnie większość ją zna, skoro była żoną szeryfa… Oberżysta za to poszedł do rodziców dziewczynek. Nie mówiłem jednak o tej, którą spotkaliśmy na cmentarzu. I Jeff… — William zmienił odrobinę ton głosu. — Podejdź tu.
Ranger spojrzał na lekarza, czując kumulującą mu się w żołądku niecierpliwość. Nie dodał jednak ani słowa, tylko z głębokim, wieloznacznym westchnieniem zbliżył się do swojego jasnowłosego, zranionego towarzysza.
Ten właśnie schował do apteczki małe nożyczki, którymi przeciął chwilę temu bandaż, by go odpowiednio związać. Potem uniósł się i… mocno przytulił Jeffersona, który stęknął z zaskoczenia. W odpowiedzi jednak objął lekarza w pasie pewnie.
— No już, będzie w porządku. — Poklepał go uspokajająco, przysięgając sobie, aby następnym razem lepiej go pilnować. Może i William się przystosowywał, ale wciąż był raczej bezbronnym lekarzem, który nie zawsze umiał odpowiednio się obronić w takich sytuacjach.
Usłyszał, jak odetchnął cichutko i jeszcze chwilę tylko tak stał przy nim. W samej koszuli, bieliźnie i opasce na oko. Był boso.
— A ty masz amunicję? — rzucił po chwili, nie odsuwając się bynajmniej.
— Mam jeszcze. Na szczęście zawsze mam spory zapas. Ubierasz się? Trzeba się dowiedzieć, co tu się dzieje.
— Tak… Już — zgodził się William i dopiero odsunął. Obejrzał się za siebie, gdzie miał spodnie i sięgnął po nie. Już nawet nie myślał o śnie. Chciał to rozwiązać, zrozumieć, ale też poczuć jakoś bardziej… pewnie. Bezpiecznie. A żeby tak się czuć, na pewno nie mógł pozwolić Jeffersonowi samemu się pałętać. — Gdzie najpierw chcesz pójść?
— Trzeba ściągnąć tu wszystkie osoby, które mogą coś wiedzieć i je jeszcze raz przesłuchać. Albo chociaż na razie żonę pierwszego nieboszczyka. Jeśli ta jeszcze nie wyparowała.
— Myślisz, że może coś wiedzieć o jego postępkach? — zapytał lekarz, ubierając się przy tym sprawnie. Mimo ogólnego podenerwowania jego palce nie drżały i jak zwykle szybko radziły sobie z guzikami.
Jefferson odetchnął ciężko i usiadł na jednym z łóżek. Wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Kończą mi się pomysły. Równie dobrze moglibyśmy teraz jeszcze raz przejrzeć te dokumenty, ale nie wiem, czy do rana ktoś nie zwieje. Albo nie umrze. Bo wszyscy, którzy mogliby coś wiedzieć tak na pierwszy rzut oka, są martwi albo wyparowali. Jutro zresztą trzeba za dnia lepiej przejrzeć te piwnice. Jeśli nie ma szeryfa, to teraz możemy zrobić to legalnie.
William przytaknął, zarzucając na siebie już kamizelkę. Rana na łydce trochę go piekła, ale nie stanowiła zagrożenia. Obejrzał się jeszcze na leżące na pościeli obok zwinięte w rulon dokumenty i zawahał się.
— Może w takim razie dla oszczędzenia czasu ja zejdę na dół z dokumentami i zacznę je analizować, a ty sprowadzisz tutaj żonę Edmunda i innych pomocnych ludzi? Mógłbyś ich tutaj przesłuchać, a ja może coś jeszcze wyciągnę z tych danych?
— Może być — Jeff podniósł się i przeciągnął. Kręgosłup w odcinku szyjnym chrupnął. — Może natknę się po drodze na właściciela.
— Tylko uważaj — William powiedział szybko, od razu kierując na niego spojrzenie swojego błękitnego oka. — Jak wpadniecie na kolejną… oszalałą dziewczynkę, bądź czujny.
Jefferson mruknął na znak, że rozumie, ale przy tym zawiesił się w widoczny dla lekarza sposób. Ten więc sam zastygł i wbił w niego wyczekujące spojrzenie.
— Hm? — mruknął po chwili, kiedy nie było odpowiedzi.
Dopiero wtedy Jefferson spojrzał na niego i skrzywił się.
— Nie wiem… Myślę o tej dziewczynce. To dziecko mimo wszystko było. Trochę to… popierdolone.
— Dlatego chcę przeanalizować dokumenty, bo może one wyjaśnią mi, do czego dążył Edmund. Mam nadzieję, że to się szybko rozwikła.
— Mam nadzieję, że kolejnej nie spotkam teraz, bo nie wiem, jak zareaguje — Jefferson westchnął w odpowiedzi i spojrzał na Williama. Był gotowy, więc wyszedł z ich sypialni, z której dzisiejszej nocy niewiele co skorzystali.

11 thoughts on “Across The Cursed Ladns II – 35 – Coś z nią nie tak

  1. Katka pisze:

    Basia, mhm, na pewno mutacje są w kręgu zainteresowań wroga. Wszystko na to wskazuje, ale pytanie w jakim stopniu chcą się tym zająć i co na tym zyskać. A zacieranie śladów niestety wychodzi im bardzo dobrze, bo Jeff i Will w sumie dostają trochę ochłapy w postaci poszlak, ale dają radę :) Muszą coś zdziałać, do tego zależą losy świata! XD Pozdrowionka :)

  2. Basia pisze:

    Hej,
    no, no nasi panowie mieli noc pełną wrażeń… tak sobie myślę, gdybam i dochodzę na podstawie tej dziewczynki i jej zachowania do czegoś takiego jak mutacje ludzi, może właśnie ta grupa do tego dąży… i coś mi się wydaje, ze ktoś poczuł się zagrożony i zaciera ślady, może właśnie przez to, że w miasteczku pojawił się teksas renger i lekarz na usługach państwa….
    pomysłów, weny życzę….
    Pozdrawiam serdecznie

  3. saki2709 pisze:

    To prostu niedopuszczalne, żebym jeszcze nie skomentowała tego rozdziału. Ostatnio w ogóle jakaś się leniwa zrobiłam.
    Więc to miejsce X to jednak stary cmentarz. W sumie co innego to mogło być. Ten cmentarz od początku był podejrzany. Ta dziewczynka była straszna. Trochę miałam skojarzenie z bombie, jak o niej czytałam. Taki bezmyślny chodzący trup. A jak Willa użarla w nogę, to aż się wystraszyłam, że coś poważniejszego mu się stanie.
    Rozwaliła mnie wizja doktorka taszczącego za sobą mini cmentarzyk. Najgorsze jest to, że to niepokojąco mi do niego pasuje i mam wrażenie, że gdyby mu warunki na to pozwalały i nie wzbudzało to podejrzeń ludzi w okół, to Willcio nie miałby żadnych oporów, żeby coś takiego poczynić XD. Jeff miałby chyba dużo przeciwko takiemu przedsięwzięciu. Ja też bym miała na jego miejscu. Ta pasja Willa jest dosyć niepokojąca. Żeby nie mieć żadnych oporów prędkości oglądającym się trupem… brrr. Mnie na samą myśl skręca.

  4. Katka pisze:

    Illita, nooo, mrocznie się zrobiło XD A kto by się spodziewał? To miała być tylko kolejna mieścina na drodze, w ktorej mieli się zatrzymać na noc i pojechać dalej. A takie kwiatki wyszły. Myślę, że generał Orkenzy będzie miał nad czym dumać, jak chłopcy wyślą mu wszystkie informacje. Och i tak, tulanie jest dobre. To taka inna bliskość niż seks czy całowanie się. Bardziej świadczy właśnie o tym, że siebie potrzebują :D

  5. Illita pisze:

    O.Mój.Boże. To jest… niesamowite! Aż mi się gorąco od emocji zrobiło! Te wszystkie podejrzane rzeczy w tym domu, śmierć szeryfa, dziewczynka-zombie, powiązania z Ku Klux Klanem… Robi się z tego taka afera że strach się bać! Co robili z tymi dziećmi, dlaczego akurat małe dziewczynki, czemu szeryf zginął, co z jego żoną, czy mieszkańcy miasteczka są w to zamieszani? Aż mi się przypomniał horror który ostatnio oglądałam… Oby tylko Willowi nic się nie stało przez to ugryzienie… I to przytulenie było urocze, naprawdę widać że mimo wszystko się potrzebują :3 Będę siedzieć jak na szpilkach do następnego rozdziału :D

  6. Katka pisze:

    Sharon, chandra dopada każdego. Ja bym też tak chciała na kanapie, z jedzonkiem… mrrr, brzmi tak leniwie… Ale obecnie warunki mi na to nie pozwalają. A wiesz, jakiś czas temu myślałam o horrorze :D Fakty, fajnie by było tak zrobić coś stricte creepy, z jakimś psychopatą, w takiej fajnej otoczce, może trochę gore. Na ten moment niestety mamy za dużo projektów (i za mało czasu), ale myślę, że horror kiedyś też nas dopadnie :D Jak już szkolne opko jest (przed czym długo się wzbraniałyśmy), to może i na horror przyjdzie czas. Co do KKK, taaa, trochę ich pomysły brzmią jak wyjęte z piaskownicy. No cóż, najwyraźniej nie byli specjalnie oryginalni, czy wykształceni, ale przynajmniej jest ciekawie. I nie chcę pytać, co to jest 3-stopniowa analiza XD Brzmi strasznie a i jeszcze bardziej creepy, ze robiłaś to w oparciu o FDTS XD No ale, ale, lecz się grzecznie XD

  7. Sharon d'Arc pisze:

    Mnie ostatnio w ogóle jakaś taka chandra łapie. Nie chce mi się pisać komentarzy, co przecież zawsze sprawia mi wiele radochy, a co dopiero pisać opowiadania… Najchętniej bym leżała na kanapie i jadła…
    Ta wędrówka po korytarzach i te „zwiedzanie” faktycznie są w stanie wywołać ciary. Ale film to co innego, tam dochodzi jeszcze muzyka, która także przyczynia się do budowania napięcia i człowiek ma wszystko jak na dłoni, nie musi sobie wszystkiego wyobrażać. Może skusiłybyście się na napisanie takiego opowiadania, typowego horroru…? Fajnie byłoby poczytać sobie coś takiego męsko-męskiego w aurze strachu, zagrożenia życia i woli przetrwania… Z psychopatycznym mordercą albo czymś podobnym. Ostatnio oglądałam Grotesque/Gurotesuku i tak jakoś mnie trzyma jeszcze po tym filmie. A teraz jeszcze Jeff i Will łażą po korytarzach w domu jakiegoś perwersyjnego psychopaty, który robił jakieś eksperymenty na małych dziewczynkach. I nie wiadomo czy tylko to. Zasłużył na gorszą śmierć: wydanie rodzicom tych dziewczynek.
    Ci z KKK musieli mieć dobry towar, że takie rzeczy wymyślali. Jak byłam młodsza to na podwórku też sobie takie tajne klany/kluby wymyślaliśmy, z tajemnymi spotkaniami w tajemnych skrytkach czyli krzakach, ksywkami zamiast imion…ale bez zabijania ludzi. Poczytam sobie o nich trochę. Wiedzy nigdy za mało.
    Betty ma dziwny zwyczaj pojawiania się tam, gdzie nikt jej nie chce, a już raz, w kopalni, na nią trafili. Ale od kiedy wie, że u doktorka raczej szans nie ma, to już nie jest takie zabawne jak było na początku…
    Mojego toku rozumowania raczej wiele osób nie rozumie. Ale to przez 12 lat kształcenia w kierunku humanistycznym przez wyjątkowo rygorystycznych nauczycieli. Raczej mi nie uwierzysz jak ci powiem, że przez pewien czas robiłam 3-stopniową analizę i interpretację rozdziałów FDTS…. Szczęśliwie teraz na studiach informatycznych się z tego leczę :D

  8. Katka pisze:

    Kan, nooo, długa ta noc, nie? XD Mają dużo roboty, nie ma czasu na spanie. Biedaki. Chyba tylko adrenalina trzyma ich na nogach. I masz rację, zrodził się tu związek, choć oni chyba jeszcze nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Ale troszczą się o siebie i Jefferson mógłby mieć większe wyrzuty sumienia gdyby Williamowi stało się coś gorszego od ugryzienia w nóżkę niż że zabił dziewczynkę.

    Bebok, no cóż, parodię z tej dziewczynki tez na pewno by się dało zrobić XD Ale nooo, jak już pokazuje ząbki, to nie jest zabawnie. Do Chicago mają jeszcze kawałeczek, ale cóż, już bliżej niż dalej. W ogóle niby Will taszczący za sobą cmentarzyk, jak to fajnie ujęłaś, jest faktycznie zabawny, ale mnie osobiści wydaje się ta wizja bardzo prawdopodobna XD Bo jakby nic nie stało na przeszkodzie, to nasz doktorek chętnie by taki cmentarzyk ze sobą miał. I widzę, że masz wiele pytań, które na razie niestety pozostają bez odpowiedzi…

    Sharon, pozwól, że tutaj odniosę się Twoich ostatnich trzech, cudnie twórczych komentarzy. Wpierw – Nick i Zwierzak. Och tak, Jason by się im przydał. Ale w ogóle zauważyłam, że za każdym razem, jak ktoś ma problem z dogadaniem się, to sugerujecie Jaya XD On naprawdę się minął z powołaniem! Ale niestety, w tej rzeczywistości Jason urodzi się za 107 lat (jeśli dobrze liczę). Więc raczej się go nie doczekają… No ale tak, da się pokłócić o komplement jak widać. Wszystko zależy od podejścia do samego siebie. Niestety to Mavericka nie jest zdrowe.
    Wątek Jeffa i Willa: haha, taaa, zamiłowanie do horrorów, też je lubię. W ogóle myślę, ze mimo braku obecności zmasakrowanych dziewczynek w beczkach, jakby tę scenę przełożyć na film i zrobić go dobrze, to by i tak ciarki były XD A co do KKK, ich historia jest baaaardzo ciekawa, nie tylko oparta na nienawiści do czarnych. Kurcze, poleciłabym książkę, którą czytałam o nich, ale nie pamiętam tytułu… W każdym razie jeśli chodzi o Czarownika, to właśnie dość ciekawy aspekt, bo tak „fajnie” hierarchię sobie układali. Przywódcy niższego szczebla to byli np. Wielki Smok, Wielki Tytan. Mieli numery zamiast nazwisk, porozumiewali się gwizdaniem i tak dalej. Dużo by pisać, więc lepiej samemu zgłębić :) Haha na Betty czekasz, mówisz? No, ona ich może jeszcze kiedyś prześladować… Chociaż Will by tego bardzo nie chciał, a Jeff pewnie znowu miałby ubaw.
    Dzięki za komentarze, bardzo miło, że dajesz pod każdym rozdziałem znać o swoich przemyśleniach (nie raz rozbrajających XD). Pozdrawiamy serdecznie i mamy nadzieję również, że wena z nami zostanie XD

  9. Sharon d'Arc pisze:

    Brrr z tym dzieckiem. Może oni przeprowadzali eksperymenty pt. „ludzie + upioryt/dziwne kamienie”? Ale czemu dziewczynki… Tyle pytań, żadnej odpowiedzi T.T Mam nadzieję, że żadna gangrena nie przyczepi się do doktorka. I moje podejrzenia co do szeryfa były nawet trafne. Nie żyje, czyli był w to zamieszany. Tyle rzeczy dzieje się w mieście a główny zły jest prawie na wyciągnięcie ręki… Normalnie czekam tylko aż znowu pojawi się ta babka od ptaków… Betty? Jakoś tak. Ciekawi mnie ta żona. Trochę dziwne by było jakby nie mieszkała z mężem… A może po prostu ktoś się za nią podawał. Jakoś nie mam weny do pisania konstruktywnych komentarzy… Nie wiem czy to przez pogodę czy głęboko zakorzenione lenistwo, przepraszam -.-‚ . Wam w każdym razie życzę weny, cobyście nie musiały się potem mierzyć z masą złych fanów :D

  10. Bebok pisze:

    Uwaaa… nareszcie mogę coś napisać. Rano nie zdążyłam :(
    Miałam ciary jak to czytałam… znaczy… do pewnego momentu i od pewnego momentu miałam ciary xd Wybaczcie, ale dziewczynka była na tyle absurdalna że nie mogłam powstrzymać śmiechu choć jak dobrała się do Williamowej nóżki przestało być zabawnie :( Biedny doktorek! Mam nadzieję że nie złapie od tego jakiegoś paskudztwa a cała ta sprawa wreszcie się skończy i dotrą w miarę bezpiecznie do Chicago.
    William taszczący ze sobą prywatny mini cmentarzyk jawi mi się jako dość zabawny widok ale dobrze że jednak zdecydowali zostawić te szurniętą smarkulę na cmentarzu.
    Podoba mi się to że Jeff i Will tak się o siebie martwią i troszczą. To dobrze wróży :) I to jak Will się wtulił w Jeffa <3 Rozczulające :)
    Szeryf padł! HA!! Z jednej strony dobrzeee! Z drugiej ciekawie a z trzeciej dziwnie! Kto go zabił? Co z jego żoną? Co było nie tak z tą dziewczynką (poza tym że ewidentnie zalatywało zombiakiem xd) Co się do cholery dzieje?! Jestem ciekawa! Bardzo ciekawa. Czekam na następną część :)
    Pozdrawiam!

  11. kan pisze:

    Niech ta przeklęta noc już się skończy i pójdą wreszcie spać ;d Ciągnie się i ciągnie ;d Pocieszające jest to, że ujawnia się sympatia Jeffa do Williama ta myśl, że musi bardziej pilnować lekarza daje do myślenia, że to może nie tylko przyjaźń, tak analizując ostatnie rozdziały doszedłem do wniosku, że zrodził się związek. Co prawda nadal kruchy i na niepewnym gruncie, jednak związek, co bardzo mnie cieszy. Jakoś tak aż chciałoby się przytulic Jeffa, tak bardzo męczy go to, że zabił dziewczynkę, biedny Jeffik, mam nadzieję, że Will go jakoś pocieszy ;d

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s