Across The Cursed Lands II – 34 – Zagadkowe miejsce X

Za oknem było już zupełnie ciemno i cicho. Chyba rzeczywiście każdy szanował tu ciszę nocną i jak szeryf kazał się rozejść, tak się stało. Musieli więc uważać, bo każdy dźwięk mógłby kogoś zainteresować.
Lekarz nie był pewien, co może mu się w tej wyprawie przydać i już miał sobie przewiązać kaburę z bronią, kiedy się spostrzegł, że nie miał już magazynku. No tak, wszystko wystrzelał, ćwicząc. Zdał się więc całkowicie na Jeffersona i wyszedł z nim cichcem z gospody, prosto na puste, szerokie ulice miasteczka.
Szybko przeszli w wąskie uliczki między domami, aby już tamtędy, mniej zauważalni, dotrzeć do domu zmarłego już Edmunda Rise, gdzie Jefferson zostawił im drogę wejścia w postaci otwartego okna. Tam, podstawiwszy sobie pod nie skrzynkę, wślizgnęli się do środka.
William w tym wszystkim czuł się dość specyficznie i obco. Nigdy nigdzie się nie włamywał, a teraz spokój ducha w dużej mierze zapewniała mu odznaka, którą Jefferson miał przy sobie. Nie miał jednak wyrzutów sumienia, że robi coś nielegalnego. Miał duży dystans do prawa, od kiedy spostrzegł się o swoich homoseksualnych skłonnościach, które uważał za naturalne, a które były, ogólnie rzecz ujmując, tępione.
— Masz zapalniczkę? — zapytał, w ciemności wymacując przenośną lampkę naftową.
— Tak, ale zmniejsz od razu na najmniejszy ogień — poradził mu młodszy mężczyzna, który nawet będąc przedstawicielem prawa, nie troskał się o to, że je łamie.
William zgodził się i przyjąwszy od niego zapalniczkę, odpalił małą lampkę. Zadbał o to, by płomień był nieduży, ale wystarczający, aby oświetlać im drogę.
— Gdzie chcesz najpierw pójść? — zapytał, idąc przodem, skoro on dzierżył oświetlenie.
— Na razie chcę się rozejrzeć, bo może coś nam umknęło. Może coś trzyma w tych pozamykanych szufladach biurka albo między książkami. Trzeba się przyjrzeć. I ogólnie zbadać dom, strych, piwnicę. Ostatnio sporo ciekawych rzeczy znaleźliśmy w takich miejscach — zaśmiał się Jefferson, wspominając słoje z organami na strychu i potwora w piwnicy w ośrodku zdrowia.
Dlatego też William długo wahał się z tym, o czym pomyślał, ale w końcu to powiedział:
— W takim razie rozdzielmy się. Odpal sobie jeszcze jedną lampkę i sprawdź parter i piwnicę, a ja zobaczę, co jest na górze.
— Jesteś pewien? — Jefferson zatrzymał lekarza za łokieć. — Będziesz umiał się włamać do szuflad?
— Tak. Dam sobie radę. Nie mamy wiele czasu, więc tak będzie lepiej — głos Williama być dość pewny i stanowczy.
— W takim razie jak chcesz. Idź na górę, przejrzyj dobrze jego dokumenty, sprawdź, czy coś nie jest ukryte, cholera, przeszukaj mu nawet sypialnię. Ja poszukam jakiegoś światła i sprawdzę dół. Idź — Jefferson klepnął go w ramię i już nie czekając na odpowiedź, zawrócił do kuchni, aby tam poszukać jakiejś lampy czy świecy.
William w tym czasie podążył na górę po skrzypiących miejscami schodach. Na piętrze znajdowała się sypialnia, gabinet oraz łazienka. Najpierw skierował się do gabinetu, w którym nieboszczyk wyzionął ducha. Jego jednak tam nie dostrzegł. Szeryf musiał zadbać, żeby go gdzieś przetransportowano. Na szczęście nie wynajął nikogo do posprzątania gabinetu, więc wszystkie dokumenty wciąż były porozrzucane. William zebrał je w jeden plik. Lampkę postawił na biurku, żeby dawała mu dobre światło.
Czekała na niego dłuższa chwila poświęcona przeglądaniu dokumentów, książek i włamywaniu się do biurka nieboszczyka.
W międzyczasie jego towarzysz zajmował się czymś, czemu nie trzeba było poświęcać aż tak dużo uwagi w zapamiętywanie nazwisk i kojarzenie substancji, za to co wymagało większej ostrożności.
Pierwsze, co zauważył po przejściu parteru, to ciało Edmunda Rise leżące na długim stole w jadalni i przykryte białym obrusem. Szeryf musiał przy czyjejś pomocy zadbać o zniesienie nieboszczyka na dół, żeby nie przeleżało całej nocy pokracznie na podłodze gabinetu. Mimo to jednak bawił go fakt, że kłopotał się ze znoszeniem go tylko po to, aby i tak zostawić nieboszczyka w domu. Nie wnikał za bardzo. Ani w motywy działania szeryfa, ani w to, jak teraz wygląda Edmund.
Rozejrzał się po salonie. Obejrzał wiszące tam obrazy, potężne świeczniki i zawartość małego stoliczka z szufladą stojącego obok fotela, który w chłodne wieczory musiał zajmować pan domu, grzejąc się przy kominku. Nic jednak godnego uwagi nie znalazł.
Pokierował się więc do drzwi pod schodami, które musiały wieść do piwnicy. Z góry William nie nawoływał, że ma jakieś godne nagłej uwagi odkrycie, więc Jefferson spokojnie mógł sam zająć się resztą obserwacji i dzierżąc w jednej dłoni lampkę naftową, skierował się po drewnianych schodkach w dół.
Nie skrzypiały nawet tak niemiłosiernie, jak myślał, że będą. Pajęczyny jednak go nie ominęły. Znajdowały się niemalże w każdym rogu sporego podpiwniczenia. A na dole, na surowym kamieniu, stały drewniane skrzynie, worki z warzywami oraz garnki, skórzane torby, zniszczone meble. Nic specjalnie nie wyróżniało tej piwnicy poza wyjątkowo imponującym zbiorem butelek alkoholi ustawionych pod jedną ze ścian. Jefferson wręcz podszedł bliżej, aby im się przyjrzeć.
Zanim z ciekawością sięgnął po zakurzoną butelkę, jego wzrok przykuło coś innego. Tuż za skrzyniami ujrzał jeszcze jedne drzwi, ale te wcale nie wyglądały na tak łatwe do pokonania i stare, jak te wiodące do piwnicy. Od razu nachodziło skojarzenie z piwnicą w Ośrodku Zdrowia Karmazynowa Rzeka, w których za drzwiami spotkali potwora. Te drzwi jednak nie były metalowe. Były za to obłożone cienkimi kamieniami, podobnymi do tych na ścianach. Przez to nie rzucały się od razu w oczy. Wyglądały wręcz na ukryte, bo jeszcze jeden regał, dość mały, w którym ustawione były karafki i słoje z przetworami, był przesunięty, o czym świadczyły rysy na ziemi.
To było niewątpliwie intrygujące, więc Jefferson długo nie zastanawiał się przed podejściem do nich. Profilaktycznie położył dłoń na kaburze, ale kiedy nacisnął klamkę, drzwi okazały się być zamknięte. Nie było to specjalnym zaskoczeniem, ale na pewno zawiodło go to, że kiedy spróbował je wyważyć, też na niewiele się to zdało. Były solidnie zbudowane.
Po dobrych pięciu minutach szukania łomu lub innego ciężkiego narzędzia postanowił poszukać innej drogi, aby dostać się do środka. Oczywistym bowiem było, że za zamkniętymi, ukrytymi drzwiami musi kryć się coś godnego uwagi. Tym bardziej w domu nieboszczyka o złej renomie.
Kiedy wyszedł z piwnicy, najpierw skierował się na piętro, aby zapytać Williama, czy może znalazł w szufladach jakiś kluczyk. Zobaczył lekarza siedzącego za biurkiem ze skupioną miną, przy słabym świetle lampki naftowej i przeglądającego jakieś dokumenty. Gdy tylko usłyszał kroki, uniósł wzrok na Rangera i skinął na niego dłonią.
— Chodź, zobacz — powiedział pełnym napięcia, choć spokojnym głosem i sięgnął po leżący obok kuferek. Otworzył go i obrócił do Jeffersona, a ten w środku mógł ujrzeć kilka małych, niebieskich kamyczków, które dobrze kojarzył.
— To takie, jak tam, gdzie utknęła twoja kobieta. Czyli tu też mógł być Smith, ślad jest dość przekonywający — Jefferson pochylił się nad szkatułką z zaciekawieniem. — Ciekawe czy coś w kwaterze znaleźli na ten temat.
— Myślę, że trzeba będzie przesłać wiadomość, że tutaj również znaleźliśmy ślad Smitha i tych minerałów. W dokumentach za to znalazłem kilka ciekawych papierów… Podejrzewam, że ten mężczyzna robił jakieś eksperymenty. A tutaj… — William sięgnął do sporej popielniczki na popiół z cygar i wyciągnął częściowo spaloną kartkę. — To musiał być list do kogoś, z kim powiązanie chciał ukryć. Zobacz, można przeczytać… — zmrużył oko i zacytował: — „… są zadowalające. Czy będę wreszcie mógł przyjechać do…” ta część na nieszczęście jest spalona. Dalej pisze: „to niemal jak rezurekcja”. Nie widać niestety adresata.
Jefferson ściągnął brwi, drapiąc się przy okazji po karku.
— Rezurekcja? I nie masz pojęcia, co jest zadowalające? Właśnie, nie znalazłeś żadnego klucza?
— Klucza? Nie… Dlaczego pytasz? — William ostrożnie schował przypalone skrawki listu pomiędzy resztę dokumentów, które zamierzał stąd zabrać.
— Bo, o niespodzianko, w piwnicy są jakieś drzwi. Wcześniej musiały być ukryte, a i tak są zamaskowane. Nie mogłem ich wyważyć, dlatego zastanawiam się, czy nie ma tu do nich klucza.
Błękitne oko Williama od razu się zwęziło, a jego ciało całe się spięło.
— Nie jestem pewien, czy po ostatnim razie rozsądne jest otwieranie jakichkolwiek drzwi w piwnicy…
— Ta praca nie jest rozsądna, ale może dowiedzielibyśmy się, co jest zadowalające — prychnął Jefferson, prostując się i zakładając ręce na klatce piersiowej. Patrzył przy tym wymownie na Williama, już nie upominając się, że nie wyjaśnił mu tego, o co pytał.
— Nie mam jednak klucza. Mógł być przy zwłokach, ale jak widzisz, nie ma ich już. Szeryf musiał je stąd zabrać.
— Są na dole w jadalni na stole. Zejdę i sprawdzę — zaoferował Ranger, a jego ton specyficznie kojarzył się z wytknięciem faktu, że na dole stygnie zimny obiad na stole.
Lekarz od razu bardziej się tym zainteresował, bo bardzo chętnie poszedłby zająć się zwłokami zamiast przeglądać te dokumenty, jednak wiedział, że w tej chwili to jest bardziej istotne. Tym bardziej, że nie może ot tak zrobić sobie sekcji zwłok, bo jeszcze szeryf lub żona nieboszczyka gotowi by byli oskarżyć go o zbezczeszczenie zwłok.
— Dobrze. Ja posegreguję to, co chciałbym ze sobą zabrać i zaraz do ciebie zejdę.
— Dobra! Przeszukiwanie nieboszczyka to to, o czym marzyłem… — Jeff westchnął ciężko i znowu wyszedł z gabinetu, aby na dole sprawdzić kieszenie denata.
Lampkę naftową postawił sobie na stoliku obok jego głowy i zdjąwszy z niego prześcieradło, zaczął przeszukiwać kieszenie. Nie zwracał szczególnej uwagi na twarz nieboszczyka, chociaż teraz, ze świadomością, że mógł wykorzystywać małe dziewczynki, wydawała mu się jeszcze bardziej nieprzyjemna niż wcześniej. Na szczęście porzucił te rozmyślania, kiedy tylko poczuł na palcach chłód metalu w kieszonce przy marynarce. Tak jak się spodziewał, wyciągnął z niej dość spory klucz.
Na tym jednak nie poprzestał. Ludzie przecież przy sobie nosili najczęściej wartościowe rzeczy. Nie, nie chodziło mu o obrabianie zwłok, a raczej o znalezienie jakiegoś tropu. Czegoś, co mogło być związane ze Smithem, jeśli ten faktycznie tu był. Rozpiął więc kolejną warstwę ubrania mężczyzny i w wewnętrznej kieszeni kamizelki znalazł, jak początkowo sadził, złożoną na pół kartkę. Kiedy ją rozprostował, okazała się być kopertą. Lak był złamany i zostały po nim tylko ślady na papierze i mały kawałeczek. W środku niczego nie było, ale na kopercie widniało napisane eleganckim pismem „Wielki Czarownik”.
Nie był głupi. Wiedział, co to oznaczało i od razu przypomniało mu się, co dziwka z Nashville mówiła na temat Johna Smitha. Ponoć z pogardą traktował czarnoskórą dziewczynę. A teraz ten Wielki Czarownik. Hierarchia Ku Klux Klanu była dość specyficzna i na jej czele stał właśnie symbolicznie nazywany Wielki Czarownik. To było dość niepokojące. Tym bardziej, że dwa lata temu, po podpisanej przez prezydenta Granta ustawie klanowej sporo członków KKK aresztowano. Teoretycznie więc Klan upadł, chociaż do tej pory zdarzały się pogłoski o ich dalszej działalności, jednak nie na wielką skalę. A teraz… teraz ta koperta nie wyglądała dobrze, tym bardziej w kontekście całej tej tajemniczej sprawy, która musiała mieć dużą wagę, skoro tajna rządowa agencja postanowiła się nią zająć.
Schował w bezpieczne miejsce pod kamizelką kopertę i wrócił do przedpokoju, by sprawdzić, czy William idzie. Nie szedł, więc gwizdnął na niego krótko, mając nadzieję. że tak nikogo nie zaalarmuje bardziej niż światłem lampy, które nosili i które można było przez przypadek dojrzeć z okien.
Usłyszał tupot jego butów, kiedy lekarz wreszcie zszedł na dół. Trzymał pod pachą rulon dokumentów, a w dłoni lampkę.
— Znalazłeś klucz? — zapytał, zbliżywszy się do Jeffersona.
— I nie tylko. Jeśli nie należał do białych kapturów, to miał z nimi kontakty. Idziesz ze mną do piwnicy?
— Tak. I… skąd to przypuszczenie? — William ściągnął swoje jasne brwi, zaglądając przy okazji przez ramię Jeffersona. Tak bardzo żałował, że nie może zobaczyć, w jakim stanie są płuca mężczyzny… albo wątroba… a może chociaż nerka…
— Bo poza kluczem znalazłem kopertę. Listu już w nim niej nie było, lecz poza zniszczoną pieczęcią była od albo do „Wielkiego Czarownika”.
— Och… — Ta informacja od razu sprawiła, że uwaga Williama od stanu narządów nieboszczyka skierowała się na Jeffersona. — Musimy o tym niezwłocznie poinformować agencję. To sprawa wyższej wagi, a i dla nas to duży krok w przód, bo jeśli Smith również miał z tym coś wspólnego, to jest to już jakiś ślad, jakie przekonania mogą się kryć pod tą całą zagadką z narządami.
— Wiem, jednak najpierw chcę sprawdzić tę piwnicę. Jeśli ten facet coś ukrywał, to najmniej w swoich kieszeniach, a właśnie tam — odparł Jefferson, pokazując klucz i kierując się do drzwi i schodów wiodących na dół. — Miejmy nadzieję, że skurczybyk pasuje.
William tylko odetchnął cichutko, podążając za swoim towarzyszem. Podskórnie czuł pewne obawy, gdy tylko wspominał potwora z piwnicy w ośrodku. Musieliby mieć jednak bardzo dużego pecha, żeby trafić na coś takiego ponownie.
Kiedy dotarli na dół, okazało się ku uciesze Jeffersona, że klucz pasuje. Nie otworzył jednak zaraz po tym drzwi z beztroskim entuzjazmem, tylko wyjął rewolwer i świecąc sobie lampą, zajrzał do środka. Nic na nich nie wyskoczyło, ale mimo to obaj byli czujni. Podkręcili przy tym płomienie w lampkach, bo tutaj nie było okien, więc nikt nie mógł zauważyć intruzów.
— Wygląda na… jakąś pracownię — ocenił William, rozglądając się po sporym pomieszczeniu.
Na samym środku stał bardzo duży, prosty stół pełen narzędzi, materiałów i buteleczek opisanych jedynie cyferkami, a nie słowami. Pod ścianami były regały, za to najbardziej wzrok Rangera i lekarza przykuły… kajdany. Leżały pod jedną ze ścian i to nie w liczbie pojedynczej. Obok nawet była miska z resztkami już śmierdzącego jedzenia. To jednak nie było aż tak stare, aby zalęgły się w nim owady. Po drugiej stronie były za to maszyny, wiele prądnic wytwarzających energię, gruby mur, a w nim żelazne drzwi. Przewody wiły się pod sufitem, a na ziemi były kanaliki, promieniście odprowadzające ciecze zarówno spod miejsca z kajdanami, jak i spod stołu.
— Ja pierdolę… — Jefferson z rosnącym szokiem oglądał pomieszczenie. Źle mu się kojarzyło. Tym bardziej, że i tu znaleźli regał ze słojami wypełnionymi narządami.
William nie skomentował tego tak, jak Ranger, ale podobne słowa przeszły mu przez myśl. Zbliżył się w ciszy do regałów i zaczął przeglądać pudła. Było tam sporo surowców, w tym te same, niebieskie kamyczki, które widzieli nad jeziorem Laurel River. Była też masa innych minerałów, różne medykamenty i więcej narzędzi. I tak zapełniona była większość regałów, ale na półce jednego William znalazł teczkę, a w niej jakieś plany.
— Jeff, spójrz tutaj — rzucił do Rangera, podchodząc z dokumentami do stołu i rozkładając je. — Wygląda jak plan jakiejś budowy.
— Jakiejś? — Jefferson zainteresował się i tylko z niesmakiem powiódł wzrokiem po czających się w ciemności łańcuchach, kajdanach i narzędziach przypominających te do zadawania tortur.
— Jest mapa miasteczka i okolic… — William rozłożył plan wyglądający na najbardziej główny. Oznaczenia były prowizoryczne, więc nie był w stanie stwierdzić, co jest na miejscu oznaczonym „X”, które usytuowane było nie w samym miasteczku, a kawałek poza. — Tutaj najpewniej jest to, czego plan narysowany został tu… — rozłożył kolejną kartkę, już przedstawiającą szczegóły samego… pomieszczenia? A raczej zespołu pomieszczeń. O ile dane nie kłamały, było to coś zbudowanego pod ziemią.
— Domyślasz się, czym to może być? I… — Jefferson przekręcił pierwszy plan, aby mu się przyjrzeć. — Tu może być główna ulica. Tu więc salun i dom, w którym jesteśmy — wskazywał kolejne punkty na mapie. — Jak myślisz, co on tu oznaczył?
— Jeśli wszystkie te plany dotyczą jednej budowy, to pod „X” kryje się umiejscowienie tego… czegoś. Możemy wziąć mapę i zapytać oberżysty, gdzie to jest.
— W środku nocy? — Jefferson wyraził z cieniem rozbawienia swój brak przekonania do tego pomysłu, a William obdarzył go chłodnym spojrzeniem.
— Nie powiedziałem, że musimy to robić teraz.
— To w takim razie zgarnij do reszty te papierzyska i rozejrzyj się, czy nie ma tu czegoś, co jest ci znajome. Bo dla mnie to jak jakaś sala tortur — odparł Ranger, unosząc lampę i rozglądając się po mrocznym wnętrzu.
William zwinął plany i dołączył je do dokumentów, które już ze sobą zabrał. Postanowił wysłać je wszystkie do kwatery. Potem rzeczywiście rozejrzał się po sali, przejrzał do końca zawartość regałów, ale nie znalazł nic, co mogłoby być jasne i wskazujące na zamiary gospodarza.
— Myślę, że mógł tu prowadzić eksperymenty, a niekoniecznie torturować… Zastanawia mnie tylko, czy jego dobór dziewczynek jako obiekty był podyktowany jakimiś wymogami tych badań, czy rzeczywiście miał pewne skłonności.
— Nie mam pojęcia, która z tych opcji jest gorsza. Ale… aby cię bardziej zmartwić, mamy jeszcze jedne drzwi. — Jefferson wskazał ręką, w której trzymał lampkę, metalowe drzwi. Wokół nich ze ściany, w której były osadzone, wychodziły liczne rury i przewody.
Lekarz spojrzał na nie tak, jakby za nimi kryły się jakieś jego najgorsze koszmary z dzieciństwa, ale też ze swoistą fascynacją. Nie mógł ukryć, że to wszystko wyjątkowo go intrygowało. Oczywistym było, że to jakaś medyczna, biologiczna, czy mechaniczna zagadka, która wręcz prosiła się o rozwiązanie.
— Zobacz, czy są otwarte — zasugerował, ale nie ruszył się z miejsca.
Jefferson spojrzał na lekarza z lekkim politowaniem, za którym jednak krył niepokój. Drzwi były bowiem bardzo nietypowe. Miały półkolistą górę i nie były największe. Takie akurat, aby można było nimi iść. A kiedy podszedł bliżej, spostrzegł, że na ziemi były dwa rowki prowadzące aż do środka sali, gdzie znajdował się stół operacyjny z pasami.
Odchrząknął, aby dodać sobie odwagi i zasłaniając się drzwiami, szarpnął za klamkę. Zazgrzytało, a potem Jeff z mozołem mógł uchylić ciężkie drzwi. Zajrzał do środka i… zobaczył długi, ciemny, kamienny korytarz.
William obserwował to wszystko i po chwili się spostrzegł, że wstrzymał powietrze. Czuł powoli wchodzące po ciele ciarki i naprawdę żałował, że wystrzelał całą amunicję.
Sięgnął po lampkę ze stołu i zbliżył się do Jeffersona.
— Rozumiem… że tam idziemy?
— A widzisz inną opcję? — spytał ten, wsłuchując się, czy z głębi niczego nie słychać. Miał wrażenie, że słyszy cienki pisk i zawodzenie, ale równie dobrze mogło mu się wydawać przez ciemność, jaka tam panowała. Umysł dorabiał sobie kolejne fakty.
— Zamknięcie tych drzwi, mówienie sobie, że ich nie widzieliśmy i wrócenie do ciepłego łóżka w gospodzie… Ale prowadź — odpowiedział ciężkim głosem William i uniósł wyżej lampkę, aby widzieć… cokolwiek. Miał wrażenie, jakby ciemność tu była jakaś… gęstsza, jakkolwiek nie było to absurdalne.
— Dzięki… — mruknął Jefferson bez specjalnego zadowolenia i nim ruszył, jeszcze wskazał towarzyszowi te specyficzne szyny. — Jeśli robił tu jakieś eksperymenty, może tam zwoził ich efekty?
— Bardzo prawdopodobne, chociaż mało pocieszające — skomentował William i delikatnie go pchnął, chcąc mieć to już za sobą. Miał wrażenie, że czuje śmierć i jak zazwyczaj mu to nie przeszkadzało, tak teraz czuł strach. Głównie dlatego, że nie miał pojęcia, jaką postać tym razem przyjmie.
Jefferson wrogo spojrzał na towarzysza za ten gest, jednak ruszył jako pierwszy w głąb korytarza. Trzymał przygotowany rewolwer i świecił przed siebie, a z każdym kolejnym krokiem miał wrażenie, że piszczenie jest coraz silniejsze, tak samo jak echo ich kroków.
Kroczyli dłuższy czas w ciszy, słysząc poza tymi odgłosami jedynie swoje głębokie oddechy i stąpanie butów, aż nagle obaj drgnęli i zatrzymali się, kiedy za ich plecami rozległ się trzask. Powieka Williama rozszerzyła się gwałtownie, a on sam poczuł się jak zagubiony w jakiejś dziczy, której granic nie jest w stanie dostrzec.
— Czy to przypadkiem nie brzmiało jak zamykanie drzwi…? — rzucił głucho, stojąc bardzo blisko Jeffersona. Nie mówił tego głośno i starał się tego nie okazywać, ale bał się.
— Najwyraźniej — Jefferson zachował większy spokój, chociaż jego serce biło dużo szybciej w klatce piersiowej. — Myślisz, że ktoś tam jest?
Lekarz nie odpowiadał chwilę, ale w końcu pokręcił głową.
— Nie słychać kroków. Albo ktoś zamknął nas od zewnątrz, albo jest tu jakiś mechanizm, który sam zamyka drzwi.
— Nie wiem, czy bardziej liczę na pierwszą, czy na drugą opcję. Idziemy dalej, czy sprawdzamy to? — Ranger spytał, nie wycofując się na razie. Korytarz był na tyle wąski, że musieliby się przecisnąć, aby zamienić miejscami.
— Cokolwiek by się nie okazało i tak musielibyśmy iść dalej, więc… idziemy dalej — zdecydował blondyn, stając jeszcze bliżej Rangera, tak że ten już czuł jego ciało na swoich plecach.
Obejrzał się na lekarza z groźnym błyskiem w oczach.
— Tylko nie przyklejaj się za bardzo, bo nie będę miał jak iść. Wysłuchuj, czy nic nam z tyłu nie zagraża — dodał jeszcze, idąc dalej w kompletną ciemność. Każdy krok przy tym wydawał mu się wiecznością. Tym bardziej, że je liczył i już bardzo dawno przekroczył setkę.
Jego towarzysz wręcz nie dowierzał, że jeszcze kilkanaście godzin temu jechali do tego miasta względnie beztrosko, nie spodziewając się takich atrakcji. A teraz, w środku nocy, kroczyli jakimś podejrzanym korytarzem wiodącym z piwnicy nienormalnego naukowca Bóg wie gdzie.
Cały czas skupiając się na pilnowaniu tyłów, nie zauważył, kiedy Jefferson zatrzymał się nagle. Przed nimi były kolejne drzwi. Młodszy mężczyzna obejrzał się na blondyna i nic nie mówiąc, spróbował je otworzyć. Zachrzęściło, a kiedy zajrzał za nie, zobaczył dalej taki sam korytarz, jakim tu przyszli.
— Czyżbyśmy byli w połowie drogi?
— Zapewne. Coraz bardziej mnie dręczy, jak wiele osób brało udział w tym przedsięwzięciu. Sam Edmund Rise nie mógł przecież tego zbudować — William zauważył trzeźwo, kiedy ruszyli z Jeffersonem dalej.
— Raczej nie. I nie mogło to trwać roku — dodał, idąc chwilę w ciszy. — Też to słyszysz?
— To wycie? — William przełknął ślinę.
— Mhm.
— Słyszę… — odetchnął głębiej, ciesząc się, że nie ma problemów z małymi przestrzeniami. Kiedyś miał pacjenta, który nie był w stanie wytrzymać w małych pomieszczeniach, a w tym ciasnym korytarzu pewnie umarłby albo ze strachu, albo by się udusił. Było naprawdę ciasno, co raz ocierali się ramionami o ścianki, a przez brak dobrego światła nie mieli pojęcia, ile drogi jeszcze przed nimi. Ani za nimi. Wrażenie było przytłaczające i nieprzyjemne, szczególnie że też głębokość korytarza była zagadką.
— Jest coraz głośniejsze. Aż zaczynam żałować, że nie masz rewolweru. Na coś może by się przydał.
— Nie masz innej broni pod ręką? Może chociaż nóż mi daj? — zapytał William z trudem wymawiając słowa przez ściśnięte gardło.
Jefferson przystanął i wyciągnął z cholewy buta sztylet. Podał go towarzyszowi.
— Na niewiele może się zda, ale trzymaj.
— Dziękuję — William ujął go nie tak umiejętnie, jak jeszcze niedawno trzymał penisa Rangera, ale poczuł się lepiej, mając jakąkolwiek broń. — I wiesz, co przeszło mi przez myśl? — dodał, kiedy ruszyli dalej, ostrożnie stąpając po nierównej nawierzchni.
— Co?
— Że może to zawodzenie, o którym wspominano na temat cmentarza… to właśnie to. A my zmierzamy do jakiegoś grobu — wyjaśnił i dodał z czarnym, w tej chwili wręcz wyjątkowo mrocznym humorem: — Może nawet do naszego własnego.
— Ha, ha… ha… nieśmieszne — Jefferson zaśmiał się sztucznie, a skończył z grobową powagą, która też wydawała mu się nieprzyjemnie na miejscu. — Tylko co tam tak wyje? Te dziewczyny?
Lekarz ściągnął brwi i pokręcił głową, oddychając gorącym powietrzem na skórę Rangera.
— Myślę, że to upioryt…
— Obyś się nie mylił.
Podążali dalej, mając coraz większą nadzieję, że cokolwiek czeka ich na końcu, pojawi się szybko, bo sama ta droga przysparzała im sporo nerwów. I rzeczywiście, dotarcie do kolejnych drzwi trwało mniej więcej tyle samo, ile do poprzednich.
— Mam nadzieję, że to ostatnie — rzucił blondyn, kiedy stanęli przed nimi i poświecili na nie światłem z lampek naftowych.
— A ja, że nie będzie za nimi żadnej niespodzianki. Wiesz, co mam na myśli — Ranger dodał, zerkając krótko na towarzysza za plecami.
Po tym pchnął drzwi, otworzył je i zajrzał do środka. Ku jego zaskoczeniu było tu nieznacznie jaśniej. Nikły poblask bił z jednego z czterech kotłów, które ustawione były w rogach kamiennej komnaty, a raczej lochu. Pomiędzy kotłami widać było okratowane cele, na środku odpływ ściekowy, kawałek po prawej roztrzaskaną beczkę. Poza piskiem i wyciem, jakie wydobywały się z ostatniego palącego się kotła, nie było słychać niczego więcej.
Sami nie wiedzieli, czy cieszyć się, że cele były puste. Gdyby ktoś tu jeszcze był, mogliby tego kogoś uratować.
— Nic z tego nie rozumiem — przyznał lekarz, wchodząc głębiej do pomieszczenia, z lampką w jednej dłoni i sztyletem w drugiej. Poświecił na otwartą beczkę, stojącą obok czterech innych. Jednak to ta otwarta wzbudziła jego zainteresowanie, bo… — wydaje mi się, że tu jest krew — powiadomił Jeffersona, świecąc sobie mocniej na oderwaną pokrywę.
Jefferson, nim do niego podszedł, zajrzał jeszcze do cel. Jedna była otwarta, ale tak jak i pozostałe, pusta. Unosił się tu dość nieprzyjemny zapach. Trochę zgnilizny, trochę moczu, a trochę dymu i ziemi.
— Te obok są puste? — spytał, także zaglądając do najbardziej zniszczonej beczki. Reszta wyglądała na nowe. Ta jednak miała złamaną deskę… od środka. A na wieku faktycznie poza wystającymi gwoździami, którymi to było przybite, widać było porysowania i ślady krwi. Nagle Jeffersonowi zrobiło bardziej słabo. Nie był wrażliwcem, ale to, co widział, wyglądało jak wyrwany paznokieć, wbity między drzazgi. — O kurwa…
— Musiał tu kogoś trzymać… — William powiedział głośno to, co obaj pomyśleli. — Najpewniej jakąś dziewczynkę.
Jefferson skrzywił się, czując coraz większą niechęć do tego miejsca i nieboszczyka.
— W tej beczce? To zaczyna być coraz bardziej chore. Po co on miał tu w ogóle te cele?
— Może najpierw je tu trzymał. Albo część trzymał w beczkach, a część w celi. Nie wiem, Jeff. Zastanawia mnie teraz jednak, gdzie jest ta dziewczynka — William odpowiedział z naciskiem, rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu innych drzwi albo chociaż jakiejś dziury, którą ktoś mógłby uciec.
— Nie uciekła raczej tędy. — Ranger wskazał za siebie, po czym skinął głową na dwie pozostałe beczki. — Daj ten nóż i potrzymaj lampę. Trzeba też je sprawdzić. Może są tam jakieś ślady.
Lekarz oddał mu sztylet i poświecił nad najbliższą beczką. Były sporej wielkości i rzeczywiście mógłby się tam zmieścić człowiek.
— Dorosły człowiek musiałby być bardzo mocno skulony, ale mała dziewczynka spokojnie by się tu zmieściła. Może dlatego je wybierał — zauważył.
— Jakkolwiek źle to nie brzmi, to mam nadzieję, że faktycznie taki był tego powód. Bo nie wyobrażam sobie, aby robił z nimi… — Ranger aż się wzdrygnął i wsunął nóż pod pokrywę. Po tym, pomagając sobie drugą ręką, podważył wieko.
William poświecił mocniej, kiedy tylko Jefferson odgiął wieko i odrzucił je na bok. Wnętrze beczki jednak było zupełnie puste.
— Hm… — lekarz mruknął go siebie, rozglądając się wokół.
Po chwili otworzyli resztę beczek, ale te też okazały się puste. Jedynie w jednej musiał ktoś być, sądząc po krwi w środku, podrapanym wnętrzu z kawałkami skóry czy paznokci na poszarpanym drewnie.
— Nie wyparowała przecież, a ten odpływ też jest za mały. — Jefferson westchnął ciężko, wymieniając się na powrót z lekarzem lampą i nożem.
Wszedł do pierwszej po prawo celi, szukając jakiegoś tajnego przejścia, ale nic tam nie było. Same cele były w ogóle bardzo małe i tam również Jefferson zobaczył kajdany oraz miski na jedzenie. Niestety czuć też było, że ktokolwiek był tu zamknięty, nie był wyprowadzany w celu zrealizowania potrzeb fizjologicznych.
— Może przecisnęła się tędy? — William rzucił pytająco, zbliżając się do jednego z kotłów i zaglądając do środka. Przecież gdzieś para musiała uchodzić, więc podejrzewał, że komin wychodził na zewnątrz.
Jefferson wyjrzał z ostatniej oglądanej przez siebie celi.
— Przecież to kotły. Ten jeszcze dogasa — wskazał na ciepły kocioł, z którego wydobywał się stłumiony syk.
— Którędyś musiała uciec. Chyba że zakładamy, że lekarz zdążył ją złapać i coś z nią zrobić przed śmiercią…
Jefferson rozłożył bezradnie ręce. Nie miał pojęcia, jak to wszystko ma wytłumaczyć.
— Nie wiem, otwórz, zobacz, może gdzieś jest krew — zasugerował, samemu idąc do drugiego pieca i świecąc sobie lepiej, przyjrzał się sporemu włazowi i rączce od niego.
William, który już spojrzał do wewnątrz, zobaczył rozkopane popioły. A kiedy zadarł głowę, uznał, że w tej przestrzeni mogłaby się zmieścić nieduża osoba.
— Dobrze by było wiedzieć, gdzie dokładnie jesteśmy. Moglibyśmy z zewnątrz sprawdzić, czy nie ma tam jakiegoś ujścia — powiedział, kiedy wysunął głowę z pieca.
Jefferson w pozostałych piecach nie znalazł nic poza popiołem. Jednak kiedy podszedł do Williama i dotknął dłonią pieca, przy którym stali, ten jeszcze był nieznacznie ciepły. Coś mu tu poważnie nie pasowało i postanowił podzielić się z tym z towarzyszem.
— Coś tam jest tak? — spytał, samemu zaglądając do środka. — Tu się nic nie trzyma kupy. Nawet jeśli wyszła tędy, to musiała się poparzyć. I to mocno. Piece są jeszcze ciepłe. To jeszcze niedawno działało, a krew już skrzepła, więc to nie stało się pięć minut przed naszym przyjściem.
— Może to desperacja? Może nie miała innego wyjścia? A może to, co ten mężczyzna z nią robił, wyłączyło w niej jakieś funkcje. Bywają osoby chore, na które wielu duchownych lubi mówić „opętane”. Potrafią uderzać z całej siły głową o ściany, zupełnie nie zważając na ból — William rzucił jako swoistą ciekawostkę, chociaż sam był mocno zaintrygowany i skonfundowany tym wszystkim. Niewiele z tego rozumiał.
Jefferson wzruszył ramionami. Kończyły mu się pomysły.
— Trzeba to rozwalić i zobaczyć, gdzie idzie komin. Chodź ze mną znowu do tej sali tortur, może coś tam jeszcze znajdziemy albo na tych planach. Właśnie, może według nich jakoś znajdziemy to miejsce?
— Na pewno. W końcu było tam zaznaczone miejsce na prowizorycznej mapie miasta. Myślę, że to właśnie to, w którym jesteśmy — stwierdził lekarz i zawrócił w stronę drzwi. Bardzo podobał mu się pomysł Jeffersona, bo nie chciał tu już dłużej przebywać. Miał wrażenie, jakby sam był w klatce.
— To chodź, mam nadzieję, że zaraz je znajdziemy — Ranger zadecydował twardszym tonem, ostatni raz odwracając się w stronę zniszczonej od środka beczki. Palce aż go zabolały na myśl o zdartych na deskach paznokciach.
Zawrócili korytarzem, którym tu przyszli i tym razem podążali dużo szybszym krokiem. Wiedzieli przynajmniej, dokąd zmierzają. W tym momencie nawet nie myśleli o zmęczeniu ani o tym, że był środek nocy i przydałoby się im trochę snu. Ich umysły pracowały na wzmożonych obrotach, a cała ta sprawa wręcz prosiła się o wyjaśnienie. Ze zdeterminowaniem więc wrócili do piwnicy Edmunda Rise, gdzie William zostawił dokumenty oraz plany, które chciał zabrać.
— Zobaczmy… — rzucił do siebie, stawiając lampkę na stoliku i szukając w planach tego najbardziej ogólnego z „X” w konkretnym miejscu.
— Trzeba to zabrać, wyjść na zewnątrz i iść za planem. Nie widzę innej opcji, skoro wiemy wyłącznie, gdzie jest salun — zdecydował Jefferson, samemu stukając palcem w enigmatyczne „X” na mapie.
— Mhm. Chodźmy — William zgodził się z nim i wziął całą resztę planów. Nie miał pojęcia, czy szeryf nie zawita tu z rana i wszystkiego nie weźmie, więc wolał teraz to zabrać. — I z samego rana zamierzam kupić amunicję do mojej broni — poinformował nagle swojego towarzysza, kiedy podążył za nim do wyjścia z piwnicy.
— Nagle poczułeś, że może się przydać? — zakpił Ranger, chociaż jego ton był bardziej odruchowy niż intencjonalny. Sam był podenerwowany tym, co tu znaleźli i jak już Ośrodek Zdrowia Karmazynowa Rzeka wzbudził w nim spore zniesmaczenie, to podziemia tego domu przyprawiały go o dreszcze. Miał ochotę nakłonić tutejszych ludzi, aby nie chowali Edmunda na poświęconej ziemi.
— Tak, mimo że główny sprawca już nie żyje, to jednak chętnie zabezpieczę się chociażby psychicznie na następną, podobną wyprawę — odpowiedział lekarz i zgasił swoją lampkę już w przedpokoju.
Jefferson tego nie uczynił, aby mogli cokolwiek widzieć na mapie w mrokach nocy. Upewniwszy się jeszcze, że nieboszczyk leży na swoim miejscu na jadalnianym stole, wyszli na zewnątrz, świecąc sobie w celu odnalezienia drogi.

13 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 34 – Zagadkowe miejsce X

  1. Katka pisze:

    Basia, sprawa jest zawiła i będzie się zwijać jeszcze bardziej. Niestety komplikacji jest wiele. A z korytarzem kminisz bardzo dobrze! ;) Dzięki za wenę i tez pozdrawiamy! :)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    no tego co znaleźli to się pewnie nie spodziewali, sprawa wydaje się dość zawiła, a ja myślę, że ten spalony list to właśnie list z tej koperty, i tym korytarzem którym szli dostali się pod sam cmentarz
    multum weny…
    Pozdrawiam serdecznie i cieplutko

  3. Sharon d'Arc pisze:

    Jak tylko brak naboi został wspomniany to sobie pomyślałam, że się baaardzo przyda w tym rozdziale. Prawdopodobnie na szczęście się myliłam.
    Ale sceny jak w dobrym horrorze. Mam dziwne wrażenie, że dziewczynki wylądowały w tych kotłach… A przewożono je uśpione w beczkach, żeby nie rzucały się w oczy. Potem jak trzeba było się śpieszyć to zostawiało się je w beczkach, bo z nich raczej by nie uciekły. Jak to czytałam to tylko takie „nie zaglądajcie tam… nie znajdźcie zmasakrowanych ciał małych dziewczynek…”, po przeczytaniu: „dlaczego nie znaleźliście zmasakrowanych ciał małych dziewczynek?!” Ale to może tylko moje skrzywienie psychiczne wywołane oglądaniem horrorów. Nie zwracajcie na to uwagi.
    I te niebieskie kamyki. Coraz bardziej ciekawi mnie co to jest, a raczej do czego służy. Raczej nie okaże się, że mają zadziwiające właściwości masujące… A KKK to już w ogóle WTF. Chyba trzeba będzie trochę o tym poczytać. Mam wrażenie, że podstawowe informacje typu „łazili w śmiesznych, sterczących kapturach i nie lubili czarnych” raczej ie wystarczy…Mnie się ten Wielki Czarownik” od razu z Magnusem Banem skojarzył -.-‚
    Ale serio, takie zabieranie dowodów z miejsca zbrodni… Biedny szeryf. Nic nie ogarnie. Chyba, że sam jest w to zamieszany. Jakiś podejrzany mi się wydaje od kiedy wydarł się na Jeffa. Nikt nie ma prawa drzeć się na Jeffa….

  4. Katka pisze:

    Another, haha, no czasem trzeba, fajnie że komcisz ;) I to jak komcisz! Nam się nigdy nie znudzi docenianie ATCL XD Bo masz rację, jest to opko, w którym strasznie pilnujemy szczegółów, staramy się szukać, jak coś wyglądało w tamtych czasach (włącznie z mapami miast na drodze czy informacjami o tym, czy dany produkt spożywczy był wtedy znany czy nie). Więc no, pracujemy nad tym dużo i przyznam, że też uważam to opowiadanie za najbardziej warte wydania. Ale czy to się stanie, nie mamy pojęcia niestety… Może kiedyś :) Do tego niestety trzeba pieniążków, hehe. Dziękujemy baaaardzo za miłe słowa! Pozdrawiamy serdecznie i do następnego razu ;)

    Saki, noo, fakt, jak nie ma okien, to jest creepy. Chociaż jeszcze bardziej, jak nie ma okien, jest to pod ziemią i trzeba się przeciskać, by się zmieścić XD Warunki, które Edmund zapewnił dziewczynkom są zdecydowanie chujowe. Raczej nie miał na względzie ich długiego żywota. Ale co dokładnie robił to tego się muszą nasi chłopcy dowiedzieć. I to może już niedługo. Sprawa zdecydowanie jest gruba – a tam, gdzie jest KKK, nie ma żartów. Co prawda nie są to czasy świetności tej, ekhem, organizacji, ale wciąż działają, wciąż gdzieś są i się okaże, jaką mają rolę w rzeczywistości ATCL. Dziękuję za błędy i serdecznie pozdrawiam ;)

  5. saki2709 pisze:

    Podziwiam ich normalnie. Ja na ich miejscu chybabym spanikowała ze strachu, a na pewno nie weszłabym do tego ciasnego korytarza. Jakoś nieszczególnie czuję się w małych pomieszczeniach bez okien. A te pomieszczenia (zarówno to, gdzie prowadziły zamknięte na klucz drzwi, jak i to, gdzie prowadził ten wąski, ciemny korytarz) były straszne. Aż się boję myśleć, co ten Edmund robił z tymi biednymi dziewczynkami. Jak sobie wyobrażę takie dziecko w drewnianej beczce, to aż mi się coś robi. Jakim draniem trzeba być, żeby coś takiego robić. I te wszystkie cele… Warunki gorsze niż w więzieniu – tam się nie musisz obawiać, że ktoś pozbawi cię narządów (bo domyślam się, że skoro tylko te dziewczynki ginęły, a facet dawno w zawodzie lekarza nie pracował – co do stanu narządów nie jestem pewna, bo było wspomniane tylko, że są owe słoiki z narządami… chyba że do niego były dostarczane te słoiki, a on je badał… sama nie wiem, możliwości jest dużo i każda prawdopodobna). Nie mam pojęcia, co on robił z tymi dziewczynkami, może chłopcy a coś wpadną. Jak dla mnie były jakimiś królikami doświadczalnymi, obiektami badań czy coś w tym stylu.
    Skoro siedzi w tym organizacja KKK, to jakaś grubsza sprawa – nie mówię, że sama ta akcja z narządami i ginącymi ludźmi nie jest grubą sprawą.
    Robi się coraz straszniej, a im całkiem sporo jeszcze brakuje do rozwiązania tej kryminalnej zagadki. Widać te niebieskie kamyczki mają z tą sprawą więcej wspólnego, niż im się na początku wydawało. Aż jestem ciekawa, co to za kamyczki i jakie mają zastosowanie. Czy są czymś w stylu upiorytu i są jakimś źródłem energii, czy mają jakieś właściwości wpływające na ludzki organizm. Może agencja coś wyjaśni…

    „Szeryf musiał zadbać, żeby go gdzieś przetransportowało.” – a nie „przetransportowano”?
    „Lampkę postawił na biurku, żeby dawał mu dobre światło.” – „dawała”.
    „A kiedy podszedł bliżej, spostrzegł, że na ziemi były dwa rowki prowadzące aż do środka sali, gdzie znajdowało się stół operacyjny z pasami.” – „znajdował”.
    „Jefferson tego nie uczynił, aby w mogli cokolwiek widzieć na mapie w mrokach nocy.” – bez tego pierwszego „w”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  6. Another69 pisze:

    Cholera, czasem trzeba skomentować.
    Jak dla mnie, dzięki takim rozdziałom jak ten, to opowiadanie można uznać za najbardziej nadające się do wydania jako książkę, Umówmy się, każdy z nas chce seksu chłopaków i uwielbiamy gdy dzieje się coś ciekawego między nimi, ale to opowiadanie ma przy tym fabułę, ciekawą i przemyślaną, co zdarza się raczej rzadko jeśli chodzi o opowiadania homoerotyczne. W tym rodzaju opowiadań często dominuje lekkość i prostota, na pierwszym miejscu seks, potem jakaś fabuła, byle było ciekawie. A tutaj mamy lochy i, chyba, doświadczenia na ludziach, być może tych dziewczynkach, gdzie w tle dziwki, słoiki z organami i mutacje xD W ATCL dajecie niezły popis, podoba mi się to, że opisy są lepsze (może to tylko mi się tak wydaje) niż w reszcie opowiadań na stronie i że fabuła jest tak skonstruowana, że co jakiś czas muszę zaglądać wstecz by sobie przypomnieć, co to była za organizacja, albo kogo spotkali w drodze nasi faceci kochani. Bo niektóre niby nic nie znaczące wątki okazują się być wskazówką. Uwielbiam to, naprawdę. Byle do 27, byle do kolejnego rozdziału. Chociaż nie pogardziłabym też naszą drugą parką xD W sumie, tutaj każdy wątek mnie ciekawi.
    To opko jest najbardziej profesjonalne jak dla mnie, widać, że dbacie o szczegóły. Byle tak dalej, albo nie, byle coraz lepiej wam szło. Kto wie, może kiedyś, nareszcie u mnie na półce stanie książka o tematyce gejowskiej? A przy okazji westernowej, o co też u mnie ciężko xD
    (Na FDTS nie starczyłoby półki – jedynie jakbym miała oddzielne tomiki z Rynną…)

    O, to już północ.
    Pozdrawiam xD

  7. Katka pisze:

    Aoi, uwierz, nie tylko Ty… mnie nawet nie tak przeraża myśl, że nie wiadomo, czym jest ten tunel, jak jego ciasnota! Pewnie bym się w tym udusiła. Koszmar. No ale panowie są dzielni :D Prawdziwi mężczyźni! (co by Jeff nie mówił o Willu) Dzięki za wenę :)

  8. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    o matko boska i wszyscy święci, czy tylko ja za cholerę bym nie weszła do takiego ciemnego, zimnego i strasznego tunelu, na końcu którego nie wiadomo co mnie czeka? Gratuluje Jeffowi i Willowi odwagi :D. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Weny dziewczyny :)

  9. Katka pisze:

    Hoshii, nooo, dobra intuicja, hehe.

    Gordon, i bardzo dobrze! Bo niebezpieczeństwo czyha na nich z każdej strony, a tym bardziej teraz, kiedy nawet nie wiedzą, w co się pakują, a pewne jest, że to nic bezpiecznego. I kamyczki rzeczywiście, niby takie malutkie, a są niezbitym dowodem na to powiązanie. Mieli chłopcy szczęście.

    Dante, yey, dzięki! :D Miło strasznie widzieć takie docenienie ;) Starałyśmy się XD Oby udawało się to napięcie utrzymać ;) Choć sądzę, że im więcej chłopcy będą wiedzieć i składać wszystko w całość, tym zrobi się jeszcze ciekawiej i… niebezpieczniej.

    Bebok, dobrze, że przeczucie nie opuszcza, bo wciąż nie są bezpieczni, a pakują się w to coraz głębiej i głębiej. Bardzo nas cieszy, że się za nich boisz ;) Wiesz, to zawsze fajne, jak się przeżywa z bohaterami przygodę i chwile grozy wzbudzają emocje. Haha, a piwniczka tak, niczego sobie. Chyba tylko doktorek z Ośrodka Zdrowia, w którym już Jeff i Will byli może się czymś równie „uroczym” poszczycić XD Pozdrawiamy również ;)

  10. Bebok pisze:

    O matko! Mistrzostwo. Cała się pospinałam z obawy o Jeffa i Willa ^^ Złe przeczucie dalej mnie nie opuszcza. Napięcie towarzyszyło przez cały rozdział a ciekawość jak to wszystko dalej się potoczy jest aż przytłaczająca! Niezła piwniczka swoją drogą, aż mnie ciarki przechodziły jak opisy czytałam. I te kajdany, beczki, kotły, klatki! Masakra. Mam tylko nadzieję, że nic złego się nie stanie choć niewątpliwie jeszcze większy dreszczyk emocji nie zaszkodzi ;D
    Pozdrawiam!

  11. Dante pisze:

    Jakie napięcie… Świetny rozdział wyszedł. Wydaje mi się że jeden z najlepszych w opowiadaniu;). Opisy są zadowalające i bardzo dobre. Jestem meeeega zadowolony i dumny z was :P. Aż chciało by się czytać dalej no ale trzeba poczekać;).

  12. Gordon pisze:

    Sprawilyscie ze cholernie sie o nim teraz boje xD Oby tam w tym miejscu Edmund sie nie postaral o ochrone w postaci jakis pilnujacych zmutowanym psow ;p Jestem ciekaw co znajda ale podoba mi sie to powiazanie do KKK, jest odlotowe. Teraz jeszcze przez te kamyki maja dowod ze to ma cos wspolnego ze Smithem. Genialny rozdzial i czekam na wiecej.

  13. Hoshii. pisze:

    w którymś z poprzednich komentarzy wspominałam o Ku Klux Klanie. jestem geniuszem! :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s