No Exit – 11 – Bez wyjścia

Jasper siedział w parku z łokciami opartymi o kolana. Nie miał pojęcia, którego papierosa już pali, ale właśnie, kiedy sięgnął po kolejnego, w środku znalazł dwa ostatnie. A wydawało mu się, że jeszcze tak niedawno ma pełną paczkę.
— Kurwa — zaklął pod nosem, a w skroniach lekko mu zapulsowało.
Był wciąż tak samo zdenerwowany jak podczas wyjścia, mimo że już trząsł się z zimna od długiego siedzenia. Nie miał ani rękawiczek, ani czapki, a nie ruszając się, coraz bardziej się wychładzał. Pomimo tego, nie wstawał z miejsca i zerkał co raz na telefon Marvina, który trzymał w dłoni, obracając w palcach nerwowo.
Przez cały ten czas przyszedł na niego tylko jeden sms od kontaktu podpisanego jako Mike Davidson. Facet pisał: „Naprawiłem to sam, styk był pieprznięty, więc już problem z głowy. Pozdrawiam.”. Mogło to tylko znaczyć, że mężczyzna już faktycznie mieszka w starym mieszkaniu Marvina. Albo że był jego mechanikiem i mówił o jego motorze, który był już schowany na zimę.
Jasper chciał ufać kochankowi, ale teraz trudniej było mu uwierzyć w cokolwiek. W ludzi, o których mówił Marvin i w to, kim faktycznie byli. Przeszukał mu też skrzynkę odbiorczą, szukając jakiegoś kontaktu z tym fagasem, który go szantażował. Znalazł go po chwili, a przynajmniej tak podejrzewał. Nazwą nadawcy było tylko „O.”, a w treści wiadomości zobaczył jakiś adres.
Długo nad tym myślał. Zdecydował się dopiero, kiedy już zupełnie zmarzł i kiedy skończyły mu się papierosy.
Wstał i udał się pod adres z telefonu. Nie spieszył się, a przed budynkiem jeszcze chwilę myślał. Mógł wszystko jeszcze bardziej skomplikować. Może powinien iść na policję, a nie strugać bohatera, może zwyczajnie wrócić do domu, do Marvina i go objąć…
Zamiast tego zadzwonił do domofonu.
— Tak? — usłyszał po dłuższej chwili.
— Przesyłka.
— Proszę.
Drzwi zabrzęczały i mógł wejść na klatkę schodową, zdecydowanie bardziej zadbaną niż ta w ich budynku.
Wbiegł po schodach na odpowiednie piętro, darując sobie windę. Miał za dużo energii, a wciąż nie znalazł dla niej ujścia. Wątpił, aby tym razem pomógł mu jogging czy dawanie z siebie wszystkiego podczas prób na następne występy. To było zupełnie coś innego. Zupełnie inny, gorszy rodzaj negatywnej energii, z którą musiał się zmierzyć.
Kiedy stanął już pod drzwiami i zadzwonił bezpośrednio do nich, odwrócił się, aby widać było wyłącznie jego tył głowy w judaszu. Na wszelki wypadek, jakby facet okazał się ostrożniejszy niż przeciętny człowiek.
Usłyszał nawet poruszenie za drzwiami, potem przez moment trwała cisza, ale wreszcie drzwi się otworzyły i zobaczył mężczyznę ze zdjęcia na zagięciu okładki książki. Ten ściągnął brwi, widząc Jaza, w jego oczach pojawiło się niemałe zaskoczenie, a potem na ułamek sekundy paskudny uśmiech. Szybko jednak zastąpił go wyraz uprzejmego zainteresowania.
— Dzień dobry i gdzie moja przesyłka? — zapytał niewinnie.
— Ach, o tutaj. — Jaz widząc jego minę, sam uśmiechnął się paskudnie i wyjął puste opakowanie po papierosach, które zmiażdżył kolesiowi na klatce piersiowej, jednocześnie wpychając go do środka mieszkania. — Zaskoczony? — syknął, przybierając srogi wyraz twarzy. Był większy od Orvela i na pewno od niego silniejszy. Nie miał jednak zamiaru stłuc go na kwaśne jabłko. Aż taki głupi nie był, aby nie domyślić się, że to przyniesie złe konsekwencje.
— Chyba nie rozumiem… — Orvel ewidentnie udawał idiotę, najwyraźniej przybierając taką strategię. — A to… — wskazał na niego — jest najście.
— Tak? — Jasper rozejrzał się po przedpokoju. — Nie zauważyłem, wiesz? To tylko takie tam niewinne wpieprzanie się w czyjeś życie, co nie? Bo co? Zbierasz może jakieś materiały do książki czy coś? — ciągnął dalej, górując nad nim i sprawdzając jednocześnie, czy gdzieś nie ma kamery czy czegoś w tym stylu. Na pewno była na klatce schodowej, więc tak czy tak został na niej uchwycony.
Orvel też wyglądał na dosyć pewnego, więc zapewne czuł się bezpiecznie w swoim mieszkaniu. Pytanie, czy bezpodstawnie, czy nie.
— Czytałeś którąś? Może ci się gdzieś podpisać, panie miśku? — zagadał, patrząc na niego z obleśną satysfakcją na twarzy, a równocześnie niemal niewinnym wyrazem.
— Och tak, z chęcią. Najlepiej z dedykacją, że odpierdolisz się od mojego faceta i ode mnie. Z drobnym post scriptum, że wykasujesz wszystko, co na nas masz — Jasper wycedził, starając się za wszelką cenę nie przywalić facetowi. Ta jego uśmiechnięta morda doprowadzała go do białej gorączki, a sama myśl, że jego kutas tkwił w ustach Marvina, przyprawiał go o nerwowe drżenie rąk. Te, zresztą, z chęcią zacisnąłby na jego szyi.
— Ale ja zupełnie nie wiem, o czym mówisz. A zakładając, że… — Orvel zawiesił głos, przesuwając w zamyśleniu palcami po podbródku — że na przykład wcześniej faktycznie przypierdoliłbym się do twojego faceta, to czy twój facet nie poprosiłby o to samo, co ty teraz? A jeśli tak, to czy, skoro jesteś tutaj teraz ty, nie znaczy, że bym takiej prośbie odmówił? Miałbym więc dla ciebie zmienić zdanie? Oczywiście zakładając, że cokolwiek zrobiłem, co jest całkowitą bzdurą.
Jasper od razu odsunął się od mężczyzny, udając przestrach.
— Och, fakt. Jak mogłem o tym nie pomyśleć? Teraz zaczniesz i mnie szantażować, że to wszystko pójdzie w obieg, tak? Kurwa no, nie pomyślałem! — udał zatroskanie, po czym niewiele myśląc, chwycił Orvela za przód ubrania i przytrząsnął go do ściany. — Tylko że ja nie jestem, mój złoty chłopcze, moim facetem — wycedził. — Wiem, gdzie jest twoja kruszyna w tej chwili — skłamał gładko. — Wiem, jak zrobić mu krzywdę, aby psy nigdy się nie zainteresowały, wiem, gdzie, skurwielu, pracujesz i uwierz mi, wiem, jak działa ten cały system. Jeśli więc jesteś aż takim kozakiem, że myślisz, że możesz tę zabawę ciągnąć w nieskończoność, to się grubo mylisz. Dobiorę ci się do dupy i jeśli nie wsadzę cię do pierdla, to na pewno zafunduję ci operację plastyczną. A i… — zawahał się, zmarszczył w złości, po czym sięgnął w stronę jego kieszeni — dawaj ten jebany telefon — syknął, a Orvel, jak do tej pory bezczelnie się uśmiechał, nagle spoważniał i zaczął się z nim szarpać.
— Jeszcze mnie okradniesz?! Za ten szantaż już pójdziesz siedzieć, pojebany misiu! — Pewność w jego głosie zmalała, a i mężczyzna zaczął się mocniej wyrywać.
Jasper zmierzył go wzrokiem, na sekundę go puścił, po czym strzelił go w brzuch, aż ten się skulił i wydał z siebie bardzo nieprzyjemny dźwięk. W międzyczasie wyjął mu telefon z kieszeni. Jak się domyślił, koleś, nim otworzył drzwi, włączył nagrywanie w komórce. Wykasował więc plik i wyjął dodatkowo kartę pamięci z jego smartfona.
— Chuj… Opublikuję to.
— Powodzenia — odwarknął Jasper. — Tylko, że wtedy już nic mnie nie powstrzyma, aby zająć się zarówno twoją ciotą, jak i twoją krzywą mordą i jebaną pseudo karierą pisarza — dodał, chowając kartę SD do kieszeni. Cofnął się do drzwi. — A i… książka była do dupy — burknął, wychodząc z mieszkania.
Gdy już dochodził do schodów, usłyszał jeszcze za sobą:
— Nie myśl, misiu, że się wystraszyłem! I jak coś, nie wiem, w czyje słowa prędzej uwierzą, więc wsadź je sobie choćby w rozjebaną dupę swojej kurewki!
Jasper nie miał szans odwrócić się i coś odpowiedzieć, bo Orvel zatrzasnął za sobą drzwi do mieszkania. Zaklął tylko pod nosem i zbiegł na dół. Wyszedł z budynku i od razu zadzwonił do Karla. Musiał znaleźć tę pizdę Orvela, mając chociaż nadzieję, że zasiał w nim ziarenko niepewności.
Okazało się, że telefon Karla jest zajęty. I jak z początku nie wydawało mu się to dziwne, tak po kilku sekundach doszło do niego, że może Orvel faktycznie nie był taki głupi, jaki się wydawał…
Zaklął znowu, krzywiąc się i zaciskając boleśnie zęby. Spróbował zadzwonić ponownie, aż do skutku. Wreszcie Karl odebrał i w jego głosie słychać było lekkie wahane.
— Cześć, Jaz…
— Dzwonił do ciebie facet tego twojego przyjaciela? Karl, pytam serio, bez wykręcania.
— Skąd wiesz? Kuźwa… A ty po co dzwonisz…?
— Muszę z tobą porozmawiać i to natychmiast. Karl, to ważne, bo masz w tym niestety udział — mówił szybko i nerwowo. Dosłownie chodził w kółko po chodniku.
— Nie, nie, Jaz, weź mnie w to, kurwa mać, nie mieszaj. To wasza sprawa. I nie powiem ci, gdzie jest Patsy! I… weźcie to załatwcie między sobą, z Marvinem, a nie mnie i mojego kumpla w to wciskacie! — głos blondyna był mocno rozemocjonowany, więc ciężko było powiedzieć, co Orvel mu nawciskał.
Jasper zaklął w duchu i zatrzymał się, aby uspokoić nerwy. Jako bodziec na odreagowanie na sekundę, boleśnie zagryzł wnętrze dolnej wargi.
— Wysłałeś swojemu przyjacielowi filmik, jak z Marvinem pieprzymy się na twojej — specjalnie podkreślił to słowo — jebanej kanapie. Jesteś w to, do cholery, zamieszany, czy chcesz, czy nie. Bo przez ciebie i twoją głupotę nasze życie może być skończone! Karl, myśl, do cholery! I co ten koleś ci, do diabła, nagadał?!
— Ty się lepiej, do chuja, zastanów, co ci Marvin nagadał! Wiesz, jaki jest, podobno puszcza się na lewo i prawo! To… no, żeby odsunąć od siebie winę, to ci nagadał to wszystko. I jeszcze, kurwa, na faceta mojego przyjaciela wszystko zwala, bo kozła ofiarnego nie ma, tak? — Karl wyrzucił z siebie i dodał już nieco spokojniej: — Ty… Mówię serio, pogadajcie ze sobą, bo przez niego takie akcje potem chore są…
Jaz odetchnął ciężej, wiedząc, że coś w tym, co chłopak mówi, może być prawdą. Może, ale nie musi. Z drugiej, bardziej obiektywnej strony, ten cały mieszaniec nie nagrywałby go i nie mówił tego, co mówił, jakby wersja Marvina nie była tą prawdziwą.
— Może. Nie wykluczam tej opcji, Karl, i na pewno porozmawiam z Marvinem, jednak powiedz mi szczerze, przysięgając na to, na czym najbardziej w życiu ci zależy. Wysłałeś swojemu przyjacielowi filmik, jak się pieprzymy u ciebie na kanapie?
Tym razem przez krótki moment odpowiedziała mu cisza, ale wreszcie blondyn jęknął i odparł:
— Tak, żeby się pochwalić… Sorry, Jaz, serio mi głupio. Ale mówię ci serio, ty się opanuj i weź pogadaj z Marvinem… Kręci i widzisz, jak się porobiło…
— Nawet jeśli, to użyj trochę mózgu i pomyśl, jak w takim razie my się czujemy, jeśli nasza wersja jest tą prawdziwą. I jeśli nic nie mam do twojego kumpla, to, Karl, serio zastanów się nad tym, komu wolisz wierzyć. Zjebałeś i jeśli to pójdzie na policję, to zwykłe „sorry” nie wystarczy — burknął, czując się w kropce. Już nie wiedział, jak i co mówić do tego chłopaka.
— To… no, do przemyślenia jest sprawa… Ale nie ruszaj Patsy’ego. Orvel mówił, że mu groziłeś. I jak coś mu się stanie, to ja pierwszy będę tym, który cokolwiek na policji powie — chłopak mruknął twardo, stanowczo i pewnie, jakby nie był tylko dzieciakiem w porównaniu do Jaza i Marvina.
— Nie mam zamiaru go ruszać teraz i nie zamierzałem chwilę temu. Nie jestem chujem, jak ten cały pseudo-Indianiec, nie jebię facetów kogoś innego, nie każę im płacić i nie szantażuję ich dla rozrywki. Chciałem się pozbyć kolesia… ale widać, że ten jest cwańszy niż wyższy i nawet ciebie już przekabacił na swoją stronę. Brawo, Karl, dzięki z zjabanie nam życia tylko po to, aby się pochwalić przed przyjaciółeczką! — Jasper syknął, po czym nie mając ani ochoty, ani siły dłużej z nim rozmawiać, po prostu się rozłączył. Czuł się tak dławiąco bezsilny.
Stał na środku chodnika, przy rzadko uczęszczanej drodze i chciało mu się wyć. Musiał się zebrać i porozmawiać z Marvinem. I zdecydować, czy pójdą z tym na policję. W końcu to on musiałby wszystko im opowiedzieć, najpewniej ze szczegółami. Nie był pewny, czy będzie go na to stać, a nawet jeśli, to czy im uwierzą.
Po powrocie do domu, nie zastał Marvina w sypialni. Kiedy już rozebrał się z wierzchnich ubrań i wszedł głębiej do mieszkania, zobaczył, że światło w szparce pod drzwiami łazienki się świeci. Podszedł do nich i zapukał.
— Marvin?
— Otwarte jest — usłyszał w odpowiedzi głos kochanka, więc nacisnął klamkę i wsunął się do środka. Uśmiechnął się od progu łagodnie.
Mężczyzna właśnie powoli wychodził z wanny i sięgał po ręcznik, a widząc uśmiech Jaza, odetchnął cicho.
— Gdzie byłeś? — zapytał, zaczynając się wycierać. Robił to topornie i ostrożnie, nie wykonując zbyt wielu ruchów. Wciąż był lekko pobladły, a białka miał wyraźnie przekrwione.
Jasper podszedł do niego bliżej i wyciągnął rękę po ręcznik.
— Mogę? — spytał, chcąc go wytrzeć. — Byłem się przejść i… rozmawiałem z Karlem.
Marvin zwęził lekko powieki, oddając mu ręcznik.
— Nie powiedziałeś mu… — ni to spytaj, ni stwierdził.
— Twierdzi, że się puszczasz i że mnie okłamujesz. Że to wymyśliłeś, aby odciągnąć od siebie podejrzenia — Jaz odpowiedział ze spokojem, zaczynając powoli wycierać mu ciało. Bardzo, bardzo nieznacznie go to relaksowało.
Marvin zacisnął zęby i oparł się jedną ręką o jego ramię.
— Wierzysz mu? — spytał głucho.
— Wierzę tylko w to, że mnie okłamujesz. Nie w to jednak, że z własnej woli się puszczałeś z tym kolesiem — głos Jaspera był dziwnie pusty.
— Nie chciałem cię w to mieszać, stary… — Marvin też brzmiał na zmęczonego i może nawet zrezygnowanego.
— I na pewno miałeś genialny pomysł, jak to skończyć i wyjść na prostą, abym się nigdy nie dowiedział, że jakiś chuj cię szantażuje i… wykorzystuje — czym więcej słów wydobywało się z ust Jaza, tym te były ostrzejsze.
— Dlatego szukałem o nim informacji. Musimy coś na niego znaleźć. — Marvin spojrzał na twarz kochanka, gdy ten już całkiem go wytarł. — Taki sukinkot jak on musi mieć coś na sumieniu, Jaz. Cokolwiek i jak najszybciej. Nie… nie chcę tego robić — dodał, a jego dłoń na ramieniu mężczyzny lekko zadrżała.
— I nie będziesz. Nie pójdziesz do niego i nie ma żadnego „ale” — zadecydował młodszy mężczyzna i cmoknął go w policzek. — A teraz chodź do łóżka. Dam ci coś mocniejszego do napicia się i pójdziesz spać.
— Spałem. Obudziłem się, wziąłem kąpiel i za dwie godziny muszę być w robocie. Ty w tym czasie poszukaj coś na Orvela, może będzie pod tym pseudonimem więcej — poradził mu Marvin, odsuwając się powoli od Jaza, by pójść się ubrać.
Ten zaklął pod nosem i złapał go za ramię. Musiał być spokojny i cierpliwy, ale był tylko coraz bardziej roztrojony.
— Zostań, pójdę za ciebie. Zmęczony jesteś i rozkojarzony. Ty coś na niego poszukaj najwyżej… i może… — zawahał się. — Zastanów się, aby zgłosić to na policję. Wiem, że to dla ciebie ciężkie, ale pomyśl.
— Policję? — Marvin obejrzał się na niego, mocno ściągając brwi. — Serio, stary? Policję? Jaja se robisz? Dwóch facetów machających tyłkami w gejowskim klubie, z czego jeden przeleciał i dał się przelecieć w przeciągu trzech miesięcy kilkunastu facetom przeciwko pisarzowi z metropolii? Zgadnij, kto wygra.
— Tylko zasugerowałem! — warknął Jasper, wcale nie chcąc tak naprawdę tego robić. Był zdenerwowany. Bardzo. Nie panował nad sobą tak, jakby sobie tego życzył.
Marvin odetchnął, chwilę milcząc. Chciał jakoś tak automatycznie przylgnąć do Jaza, objąć go i pogłaskać po karku. Czuł się jednak dziwnie skrępowany tą potrzebą, więc nie zrobił tego.
— To zły pomysł. Tylko pogorszyłby sprawę — mruknął i wyszedł z łazienki.
— Sprawa i tak jest już pogorszona — prychnął Jasper, wychodząc za nim i przechodząc do salonu. Tam zwalił się ciężko na kanapę. — Chodź tu lepiej do mnie i pomyślmy, co mamy z tym zrobić. Karl już zabronił mi się do niego zbliżać, bo ponoć pójdzie na policję.
— Świetnie. Bo to ja jemu pchałem fiuta do gardła — warknął Marvin i dodał, ruszając do sypialni: — Ubiorę tylko coś na dół.
— Do tego jego chudzielca, Patsy’ego, czy jak mu tam — sprecyzował Jasper, oglądając się za kochankiem. Nie miał siły się ruszyć i w sumie pomysł z ubraniem nie był taki zły.
Chwilę musiał poczekać, aż Marvin, już w czarnych bokserkach, przyszedł do niego i bardzo powoli i ostrożnie usiadł na kanapie obok.
— Co ma do tego Patsy? — zapytał.
— Jest jego… — Jasper zawahał się przed powiedzeniem „chłopakiem”. — No, jest z nim.
— Wiem… Ale dlaczego Karl miałby lecieć na policję, jak się do niego zbliżymy? — Marvin wciąż nie rozumiał, a Jasper przewrócił oczami. Nie zamierzał kłamać.
— Bo kazałem się temu chujowi odpierdolić, a ten zadzwonił do Karla, że im groziłem — burknął, na co od razu Marvin sapnął głośno i pokręcił głową.
— Dureń, po chuja u niego byłeś? Myślisz, że mu nie groziłem i nie mówiłem, że ma to pokasować? Tym nic nie zdziałasz. Nie obiłeś go, prawda?
— Nie. Ale warto było sprawdzić, czy na tej plastikowej lalce mu zależy. Chociaż… przez to nagadał Karlowi. Głupi gnojek! — Jaz warknął, nie precyzując dokładnie, o kogo mu chodzi. Na końcu aż zacisnął dłoń w pieść.
Marvin myślał chwilę nad tym, co powiedział mu kochanek i coraz bardziej popadał w złość i bezradność.
— Więc teraz Karl myśli, że to my grozimy Orvelowi i jego facetowi, bo ja się puściłem i to wszystko wymyśliłem?
— W dużym skrócie. Tak — odparł Jaz, nie mając jakoś siły go pocieszać. Tym bardziej, że mężczyzna tak długo go okłamywał i… sam nie wiedział, co myślał. Że sobie sam poradzi, da kilka razy dupy, poudaje zadowolonego, zadłuży się, a potem co? Nie chciał, ale był na niego zły. Siedział więc jak siedział, nisko, z dłońmi pomiędzy udami i karkiem odchylonym na oparcie kanapy.
Marvin nie podsuwał się do niego, ani nie robił wobec niego żadnych gestów, wyczuwając niechęć kochanka. Nie był tylko pewien, czy jest spowodowana tym, że ten brzydzi się tym, co zrobił. W końcu wcześniej insynuował mu, że zachowuje się jak dziwka. Czy może to przez to, że tak go oszukiwał. Sam tak naprawdę uważał, że Jaz i tak jest mu za bardzo oddany. Nie zdziwiłby się, gdyby po tym wszystkim mężczyzna odszedł. Ale cholernie tego nie chciał. Kochał go.
Milczenie przedłużało się, a atmosfera była wręcz przygniatająca. I w końcu Marvin znowu się odezwał, rzucając gdzieś w przestrzeń:
— Co mam zrobić, jak znowu po mnie zadzwoni…?
— Nie odbieraj — padła natychmiastowa, burkliwa odpowiedź. Jasper nawet nie miał w planie ciągnąć tej durnej gry. Nie była to kwestia podchodząca pod jakąkolwiek dyskusję. Jeśli nawet koleś to upubliczni, to już wtedy będą musieli się tym martwić, a nie teraz.
Marvin jednak najwyraźniej inaczej na to patrzył. Odwrócił głowę bardziej do kochanka, by spojrzeć mu poważnie w oczy.
— I wtedy wrzuci to wszystko do neta i nie wiadomo gdzie jeszcze. Do twojej rodziny, naszej pracy, na portale albo nawet na strony z gejowskim porno.
Jasper też na niego spojrzał i z chłodnym, zdegustowanym wyrazem twarzy wzruszył ramionami.
— I? — spytał wpierw bez emocji, po czym dodał już żywiej: — Marvin, tańczymy w gejowskim klubie, pieprząc się na scenie przez bieliznę. Jedyną osobą, która w moim przypadku we mnie wierzy, że kiedykolwiek jeszcze z tego się wyrwę, będę miał cholerny domek na cholernych przedmieściach, a może i nawet psa, jestem ja sam. Nie wiem jak ty, ale ja na pewno ci nie pozwolę już się z tym kolesiem spotykać i z nim w żaden sposób układać.
Marvin zacisnął zęby i mocno chwycił kochanka za szczękę.
— Ja wierzę — wycedził twardo. — Ja wierzę, że będziesz miał duży dom, dobrą pracę niepolegającą na wyginaniu się przed publicznością podjaranych facetów, psa i wielkie łóżko. I nie pozwolę, by przez moją chcicę, moje naciąganie cię na seks przy Karlu i ogólnie przez to, jaki jestem, cokolwiek taką postać twojej przyszłości rozjebało.
Jaz uśmiechnął się lekko i pocałował kochanka w policzek.
— Ale ja się zgodziłem. Nie obwiniaj się i nie odbieraj już od niego telefonów, ani nie czytaj wiadomości. Zrób to dla mnie, bo poza tą „moją rozjebaną przyszłością” na tę chwilę bardziej ty się liczysz i rzygać mi się chce na myśl, że jakiś skurwysyn cię do czegokolwiek zmuszał. Nie odbieraj więc, rozumiesz? — syknął na koniec, decydując w swoim mniemaniu ostatecznie, jaką strategię podejmują.
Marvin zamknął na moment oczy, bo aż bolało go to, jak Jaz na niego patrzył. Tak ciepło i miękko. Nie zasługiwał na to.
— Okej — zgodził się wreszcie i rozchylił powieki tylko po to, by spojrzeć na dłonie kochanka. — I jeśli cię to jakoś interesuje, nie przeleciał mnie.
Jaz od razu ściągnął brwi, trochę nie rozumiejąc. Przecież Marvin sam powiedział, że go boli. I widział, jak się rusza. Był skołowany.
— Hm?
Marvin ponownie wciągnął do płuc więcej powietrza, bo było mu mdło na samo przypominanie sobie tego, co działo się dzisiaj w salonie u Orvela. Podejrzewał jednak, że dla Jaza mogło to mieć duże znaczenie. Może nie będzie tak się wzdrygał przed pieprzeniem go, jak się dowie, że Orvel tego nie robił.
— Użył czegoś innego — wyjaśnił więc spokojnie, a przynajmniej pozornie.
Jaz przekręcił się trochę na bok, poprawił się na kanapie, patrząc na kochanka i mając ciarki na plecach. Chwilę nie wiedział, co zrobić, w końcu jednak ostrożnie położył mu dłoń na ramieniu.
— W… sensie… czegoś… um… nienadającego się… do tego? — wydusił przez ściśnięte gardło.
— Dildo — uspokoił go od razu Marvin, ale nie uniósł spojrzenia. Czuł, jak nabiera rumieńców na twarzy i jak ciężej mu się oddycha. — Ale było duże, nie mogłem się przy nim rozluźnić. Siedział tuż… tuż przede mną. A na koniec we… pchnął na siłę i chyba wtedy najbardziej zabolało — wyrzucił z siebie dość szybko, przez ściśnięte gardło.
Jaz zaklął szpetnie pod nosem, zaciskając pięść na materiale swoich spodni. Szybko jednak ją rozluźnił, aby bardziej nie denerwować Marvina swoim niepokojem.
— A… — Pogładził go lekko po ramieniu, nie będąc pewnym, czy ten chce się przytulić, czy źle czuje się w ogóle z jakimkolwiek kontaktem. — Myślisz, że… coś ci tam zrobił, w sensie… tak, aby lekarz to zobaczył?
Marvin od razu pokręcił głową, mając ochotę chociaż policzkiem wtulić się w jego ciepłą dłoń, którą czuł na ramieniu. Siedział jednak wciąż dość sztywno i odpowiedział:
— Poboli i przestanie.
— Jesteś pewien? — upewnił się Jaz, z wolna przesuwając dłoń z jego ramienia na szyję.
Gdyby nie te wszystkie wcześniejsze zdrady kochanka, nie wiedziałby chyba, jak sobie teraz poradzić z przebijającą się przez świadomość myślą, że ktoś wsadzał pod naciskiem penisa w te ładne usta jego faceta, że wciskał w niego dildo na siłę. Oczywiście to było po stokroć gorsze i aż krew go zalewała, ale przynajmniej nad sobą panował. Częściowo rzecz jasna, bo w takiej sytuacji nie wiedział, jakim trzeba by było być człowiekiem, aby w pełni się kontrolować.
Zobaczył, jak Marvin tylko kiwa głową na potwierdzenie i jak wreszcie unosi lekko spojrzenie. Było pełne wstydu, ale i dziwnie proszące, co mogło się wiązać z tym, że po chwili wychylił się do niego nieco i jakby z wahaniem wtulił twarz w jego szyję.
Jasper zerknął na niego i uniósł klatkę piersiową, napełniając ją powietrzem, kiedy wziął głęboki, pełen zmęczenia wdech.
— Objąć cię? — spytał na wszelki wypadek.
— Tak, tygrysie — odparł Marvin stłumionym na jego szyi głosem. Jego oddech był ciepły i rozedrgany, on czuł na nosie ciepło skóry Jaspera, jego zapach.
Mężczyzna objął go ciasno jedną ręką na wysokości talii, a drugą przycisnął jego głowę i tors bardziej do siebie. Pocałował go w skroń trochę automatycznie. Czuł się przy tym jednak jakiś wyprany z emocji, zmęczony, a może właśnie wręcz przeciwnie, stłamszony tym wszystkim, co mu się kotłowało w głowie. Nie wiedział, co robić. Martwił się naprawdę, jak już chyba dawno, a może nigdy. Ciężar, jaki emocjonalnie spadł im obu na ramiona, był dobijający.
Przynajmniej oddech jego kochanka po chwili nieco się uspokoił. Cisza za to nie była aż tak ciężka, choć i tak nieprzyjemna. Teraz przynajmniej miał Marvina w objęciach, bezpiecznie, a ten nie był u tamtego suczegosyna i nie obciągał jego obleśnego kutasa.
— Jaz, myślałeś nad mniej moralnymi sposobami pozbycia się problemu? — rzucił wreszcie Marvin, ale nie odsunął się od niego.
Jaspera na ta słowa trochę zmroziło. Kiedy był dzieckiem, nigdy nie był specjalnie lubiany. Wiele pracował na to, aby teraz wyglądać, jak wygląda. Aby pozbyć się ze swoich pleców wszystkich tych prześladowców i dupków, którzy zwyczajnie nabijali się z jego trochę bardzo zaokrąglonego brzucha. Miał więc swoisty uraz i nigdy nie uważał, żeby przemoc była dobrym wyjściem. Ucieczka zresztą też. Umiał się postawić, ale… Mniej moralny sposób? To go poważnie zaniepokoiło.
— Co masz na myśli? — spytał jednak łagodnie.
— Skupienie się na Orvelu, nie Patsy’m, jak już o grożeniu mowa. Mam… kumpla — odparł Marvin z nutą zawahania. Sam nie był przekonany, nie chciał w to iść, ale nie widział innego sposobu. A wiedział, że jakby Orvel mu napisał, że albo do niego przyjdzie, albo wrzuci ich foty i film w neta, to by przyszedł. Nawet jeśli obiecał. Nie chciał zjebać Jazowi życia. I przy okazji swojego.
Jasper od razu odciągnął kochanka od siebie i spojrzał na niego ostro.
— Kumpla? Jakiego niby… kumpla?
Marvin widząc jego minę, uśmiechnął się bokiem ust.
— Czyli odpada — ocenił po tej reakcji.
— Jakiego kumpla?
— Stary, to nie ma znaczenia teraz. Nałogowy piroman, lubi też ostre rzeczy. Nauczył mnie tańczyć, odsiedział pięć czy sześć lat. Mieszka teraz w Montanie.
— I co? Myślałeś, aby z jego pomocą zagrozić temu sukinsynowi, że podpalimy mu mieszkanie? — Jasper mocno zironizował. Tracił panowanie szybciej, niż traci się pieniądze w kasynie.
— Jaz, jedyne, o czym myślałem, starając się wcisnąć w siebie zabawkę na jego oczach, to jego jądra podsmażane na patelni. Nie wiem, stary… Szukam sposobów. A ich nie ma — Marvin odparł głucho i wstał z kanapy ostrożnie, żeby pójść ubrać się w całości i móc wyjść do pracy.
Jasper zaklął pod nosem i wstał za nim od razu. Nie pomyślał, nie powinien być taki agresywny przy nim. Objął szybko Marvina w pasie.
— Wybacz. Nie denerwuj się, wymyślimy coś razem i… — zawahał się. — Może masz rację z tym kumplem.
— Nie chcę robić nic impulsywnie. To… do przemyślenia, okej? Mm? — Marvin pogłaskał go po ramionach, patrząc mu w oczy. Sam był mocno podenerwowany, ale wiedział, że trzeba działać z przemyśleniem. Choć zależało mu na czasie. Nie chciał czekać do kolejnego telefonu.
— Mhm. — Jaz cmoknął go w policzek. Lekko szorstki od zarostu, dobrze pachnący i ciepły. Jego. — A teraz chodź, napijesz się czegoś mocnego i trochę jeszcze się prześpij, ja wrócę… nieważne, standardowo, jak kończy się zmiana.
— Harley mnie wyjebie, jak się będę ciągle kimś wyręczał. Pójdę do roboty, to moja fucha teraz, ja mam stać za barem, ty na scenie. Albo jak się upierasz, pójdźmy razem. Niech chociaż będę tam obecny — stwierdził Marvin dość stanowczo, ale szukając kompromisu.
— Bym powiedział, że jesteś chory… ale jak chcesz. To się ubieraj — odparł młodszy mężczyzna, puszczając w końcu kochanka. Sam przy tym poczuł, że dziś za barem i tak będzie musiał wychylić chociaż jeden kieliszek czegoś mocniejszego, aby ręce mu się nie trzęsły albo aby nie przywalić pierwszemu awanturującemu się delikwentowi, jaki się trafi.
Marvin jedynie skinął głową i zniknął w sypialni, by się ubrać i pójść z nim do pracy. Starał się nie ociągać, choć i tak szło mu to dosyć opornie. Dlatego wolał wyjść wcześniej. I chyba miał nadzieję, że nie będzie dzisiaj w klubie Karla. Nie wiedział, jakby się zachował w jego obecności.
Po kilku minutach był już gotowy i wyszedł z Jazem z mieszkania.
— Nie musiałeś mnie tu zamykać, wiesz? — rzucił do niego, gdy wyszli z kamienicy.
— A gdzieś chciałeś wyjść? — Jasper odbił piłeczkę, z tego akurat nie zamierzając się tłumaczyć. Miał dziś i tak dość skrajne emocje. Od takich, kiedy nie chciał Marvina w ogóle wpuszczać do mieszkania i miał teorie identyczne z tymi, jakie w tej chwili wyznawał Karl, a jakie wcisnął mu do głowy Orvel, po takie, kiedy najchętniej zabrałby Marvinowi nawet telefon, by ten siedział w domu bez możliwości wyjścia i bez Internetu. Aby, nie daj Boże, nie skontaktował się w jakikolwiek sposób z tym skończonym, jebniętym szantażystą o chyba kompleksie etnicznym.
— Tak, po krem — odparł krótko Marvin, wciskając ręce w kieszenie skórzanej kurtki kiedy tylko wyszli z budynku. Było zimno. — Po co mnie zamknąłeś?
— Abyś nie wychodził — odparł krótko Jaz, idąc tuż obok kochanka w stronę przystanku, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie. Nie palił. Musiał jeszcze zawinąć gdzieś po drodze, aby kupić sobie papierosy, bo wszystko wypalił.
— Złota klatka? — Marvin zerknął na niego bokiem i… wyciągnął z kieszeni fajki. Co prawda Jaz był tym częściej palącym, ale on też nie raz sięgał po papierosa.
— Nie złota klatka, tylko chciałem mieć pewność, że jak wrócę, będziesz w domu, a nie znowu gdzieś znikniesz — syknął młodszy tancerz, po czym spojrzał na opakowanie. — Poczęstujesz?
Marvin właśnie wsadzał między wargi papierosa, więc tylko mruknął na potwierdzenie i podał mu jednego. Potem wyciągnął zapalniczkę i wychylił się, by mu odpalić, przystając na moment.
— I tak teraz będzie cały czas, czy się będę mógł zerwać ze smyczy? — mruknął przy tym.
Jasper najpierw się zaciągnął, po czym spojrzał sceptycznie na przystojną twarz kochanka.
— Tylko nie rób ze mnie teraz tego złego.
— A ty nie odpowiadasz na pytanie — odparł Marvin, chowając paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym oparł się tyłkiem o słup przy przystanku, na którym się zatrzymali.
Jaz prychnął pod nosem. Co to, kurwa, miało niby być?
— Nie będę musiał, jak będziesz dotrzymywał słowa.
— Od czasu, kiedy ci obiecałem wyłączność, nie zdradziłem cię. Chyba, że liczysz molestowanie — prychnął Marvin, zaciągając się mocno i długo oraz patrząc w kierunku ulicy za autobusem, na który czekali.
— Nie liczę — odparł sucho Jasper, mając nadzieję, że Marvin ma też zamiar dotrzymać obietnicy nieodpowiadania na groźby tego całego Orvela.
Marvin wreszcie spojrzał na niego i przesunął językiem po zębach z zamyśleniem. Rzucił niedopałek na ziemię, przydeptał i powoli, by nie naruszać za bardzo piekącego tyłka, zbliżył się do niego.
— Nie chcę się z tobą teraz żreć. Sorry, stary. Po tym wszystkim zapewnię ci taki seks, że odlecisz — powiedział, patrząc mu w oczy i głaszcząc po boku twarzy.
Jasper psyknął i odsunął twarz od jego dłoni. Chwycił ją swoją w rękawiczce i pocałował w jej wnętrze.
— Nie chce, abyś mi obiecywał takie rzeczy. Nie jestem, do cholery, z tobą dla seksu, tylko dla ciebie. Bo cię, do kurwy nędzy, kocham i nie chcę, aby jakiś skurwiel cię dotykał. Umiesz to pojąć? Nie rób już po prostu nic durnego, jak chociażby kłamanie mi dla mojego dobra, bo to mi jest na wała potrzebne — warknął groźnie, patrząc przeszywająco na kochanka.
Powieki Marvina aż się delikatnie rozszerzyły na te słowa. Mężczyzna odetchnął głęboko, czując napływające gorąco do ciała, które niemalże wydawało się koić wszelki ból, nawet ten w dolnych partiach ciała, jak i ten psychiczny.
— Kocham cię za to — odparł tylko i mocno, niemalże żarłocznie pocałował go w usta, wydychając głośno powietrze nosem.
Jaz westchnął ciężko pod nosem i krótko oddał pocałunek, po czym się odsunął i włożył mu dłoń, którą wciąż trzymał, do kieszeni jego własnej kurtki.
— Schowaj, bo ci zmarznie.
Marvin uśmiechnął się lekko, skrywając to odwróceniem głowy w kierunku drogi. Akurat jechał autobus, więc powoli ruszył do krawężnika. A gdy zajęli miejsce na tyłach pojazdu, rzucił do kochanka:
— Skąd masz jeszcze książki byłej?
Jaz zerknął na niego dziwnie. Co to było za pytanie w takiej chwili?
— Skąd? Jak to skąd? No od niej.
— Mówiłeś, że to jej książka, a nie, że dała ci tę książkę. Zapomniała zabrać, jak ją rzuciłeś?
— Skąd przypuszczenie, że ja ją rzuciłem? — Jaz lekko się uśmiechnął kącikiem ust. — I kilka pierdół mi po niej zostało — wyjaśnił w końcu, mając dziś emocje jak w kalejdoskopie.
— Ona by miała ciebie rzucić? Takiego faceta? Musiałaby być głupia — stwierdził Marvin i spojrzał na niego uważniej. — To jak to było?
— Było kilka zgrzytów, plus jej rodzice i wiesz… „taki facet” nie dla każdego znaczy to samo — Jasper odparł dość oględnie, nie żałując poprzedniego związku. Był w nim szczęśliwy.
— Była twoim pierwszym związkiem? — pytał dalej Marvin, czując, że ta niezobowiązująca rozmowa o czymś zupełnie niedotyczącym ich aktualnego problemu go rozluźnia. No i dowiadywał się czegoś nowego o swojej miłości siedzącej obok.
— Takim związkiem, a nie randką? Tak. Trochę to trwało i powiem ci szczerze, że miałaby ci na pewno o czym opowiadać. Takim, o czym nie chciałbym, abyś słuchał. — Jaz zaśmiał się pod nosem, wspominając same ich początki. Było z perspektywy czasu zabawnie.
— Ćpaliście na torach i urządzaliście orgie w piwnicach? — Marvin uśmiechnął się lekko.
— Wyglądam ci na takiego? — odparł drugi mężczyzna, naprawdę rozbawiony tą wizją. Chyba dobrze, że Marvin zmienił temat. Przejażdżka autobusem okazywała się coraz milszym elementem dzisiejszego dnia.
— Ćpanie…? Nie. Orgie… Kto wie? Pamiętasz nasz występ z zeszłego roku w styczniu? Byłem tylko jednym z twoich kochanków na scenie, lordzie — zamruczał nisko, choć dziwnie się poczuł na takie spoufalanie i w ogóle myślenie o seksie w tym momencie, więc przywrócił swój normalny ton. — To jak? Co to takiego strasznego było, że nie mogę wiedzieć, co mój tygrys kiedyś odwalał?
Jaz zerknął na niego kątem oka, po czym pochylił się na siedzeniu do przodu i potarł nasadę nosa palcami, kiedy tylko zdjął rękawiczkę.
— Widziałeś kiedyś moje zdjęcia sprzed tego, jak zacząłem tańczyć? — spytał z cieniem rozbawienia w głosie.
— Nie pokazywałeś mi, nie wiedziałem, że jakieś masz.
— Mam kilka. Trzymam je, bo na niektórych jestem z byłą. Ale serio, nie jest się czym chwalić. Zamiast tygryska był hipcio. — Zaśmiał się, ale i tak poczuł cień zdenerwowania na to, jak Marvin zareaguje. To też dało się usłyszeć w jego głosie.
Ten uniósł lekko brwi, po czym wyciągnął dłoń i wsunął ją na brzuch kochanka pod kurtkę.
— Tu było więcej? Serio? Dlatego zacząłeś ćwiczyć?
— Coś w tym stylu. — Jaz nagle poczuł się dziwnie skrępowany. — No i kilku tam… wiesz, którzy uważali, że fajnie gnębić kogoś, kto nie wygląda jak oni, presja społeczna, te sprawy. — Wzruszył ramionami, jakby na usprawiedliwienie.
Marvin cofnął dłoń i przesunął siekaczami po dolnej wardze. Pokiwał głową i wbił dłonie w kieszenie.
— Widzieli cię po tym, jak się zmieniłeś?
— Mhm — mruknął. — Odwalili się. Znaczy po części, bo wtedy zaczęli nabijać się z Christine, a jakiś czas później ze mną zerwała. Ot, cała historia.
— Znam ich? — Marvin zerknął na niego bokiem krótko.
— Nie wiem. Ale nie wydaje mi się.
— To ta twoja dziewczyna, to szkolny związek, mm? — dopytywał się, patrząc na mijany krajobraz. Ciemniało już, jak zwykle, gdy wybierali się do pracy. Byli już do tego przyzwyczajeni. Życie nocą, przesypianie przedpołudni… Standardowo.
— Taaa… Fajna dziewczyna, taka wiesz, trochę jedyna w swoim rodzaju i nie mówię tego górnolotnie.
— Mów mi tak dalej, a zacznę być zazdrosny o kobietę.
— Rzuciła mnie, pamiętaj. Nie ma o co być już zazdrosnym. Plus, pewnie i tak, jakbyś ją zobaczył, to wątpię, abyś poczuł się zagrożony. No, chyba, że też się zmieniła.
— Ale pieprzyliście się? — zapytał Marvin, unosząc się powoli, bo już wiedział, że zaraz się zatrzymają. Skrzywił się lekko, czując, że nie będzie dzisiaj w pracy specjalnie ruchliwy.
Jasper wstał za nim i zamrugał, zaskoczony pytaniem.
— No… Tak. Co to za pytanie?
— Nie mówiłeś, kiedy się rozeszliście, a skoro to szkolny związek, to nie jest jednoznaczne z tym, że się bzykaliście. O dziwo nie wszystkie nastolatki się pieprzą — odparł Marvin, mimo że on zaczął jeszcze przed liceum.
— Trzy lata razem i bez seksu, z całym szacunkiem, ale ciężko by było. — Młodszy mężczyzna zaśmiał się, idąc do wyjścia za kochankiem. Autobus akurat się zatrzymał z typowym stęknięciem, a drzwi z przodu się otworzyły.
— I jak ci lepiej? Mieć kobietę w łóżku czy faceta? — Marvin spojrzał na niego krótko już na zewnątrz. W założeniu chciał rzucić mu zalotne, kuszące spojrzenie, ale nie miał do tego dzisiaj animuszu. Dlatego też tego nie zrobił, tylko odwrócił się do niego na chodniku.
Jaz jeszcze zerknął, jak drzwi autobusu się zamykają, ten odjeżdża i dopiero spojrzał na kochanka.
— Ciebie.
Marvin skierował na niego swoje zielone oczy, po czym odwrócił twarz, ruszając powoli i nieco krzywo w kierunku niskiego, podpiwniczonego budynku, a potem zejścia do podziemia, gdzie mieścił się klub No Exit. Mimo chłodnego wieczoru, zrobiło mu się przyjemnie ciepło po takiej odpowiedzi, jakby dostał kubek ciepłego kakao albo koc na plecy.
— Chodź, tygrysie, wdziejemy nasze śliczne, seksowne uniformy i zapieprzamy do roboty — rzucił tylko.
Jaz jęknął i przeciągnął się. Miła przejażdżka autobusem się skończyła. Czas było wracać do szarej rzeczywistości.
— Taaa, życie — mruknął i wszedł za Marvinem do klubu.

8 thoughts on “No Exit – 11 – Bez wyjścia

  1. Basia pisze:

    Witam,
    Jaz w końcu poszedł do Orvela, ale co z niego za sukinkot już Karlowi nagadał jakiś bzdur… Jasper mógł powiedzieć, że manager chce dać mu szansę, ale teraz on powie że nie… weny..
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Katka pisze:

    Saki, kurcze, muszę przyznać, że fajnie, że Karl wzbudza takie emocje. Bo niby go nie ma, niby nic nie robi, a jednak jest tym czynnikiem zapalnym. I fajnie, naprawdę fajnie, że tak na niego reagujecie. Niepozorny blondasek z dużą siłą sprawczą, mimo że się o nią nie prosił XD Zgadzam się, że jest trochę stronniczy, zna się z Patsy’m długo i lubi go, więc raczej jest po jego stronie – a do tego Orvel to naprawdę dobry manipulator. Umie zakręcić sobie ludzi wokół palca, jak widać nie tylko szantażem… Ale kto wie, że Karl jeszcze przejrzy. Wszystko jest możliwe. Póki co to nie w nim Marvin i Jaz widzą nadzieję, a w kumplu Marvina. Dzięki za pozdrowienia, też je przesyłamy! :)

  3. saki2709 pisze:

    Nie wiem, czy Jaz dobrze zrobił, idąc do tego pseudo-indianca, ale po prostu czułam, że to zrobi. Że wykorzysta adres, który Orvel wysłał Marvinowi smsem.
    Karl mnie wkurza, ale mimo wszystko nie potrafię go znienawidzić. Nie mogę jednak ścierpieć, że jest taki głupi (bo wybaczcie, ale nic mądrego nie zrobił do tej pory). Staje murem za tym swoim Patsym, nie zważając na to, co inni, których ta sprawa dotyczy, mają do powiedzenia. Ten Orvel mu jakieś pranie mózgu zrobił. Grrr. Karl, otrząśnij się. Spójrz na to obiektywnie. Taka stronniczość… nie lubię czegoś takiego. Mam nadzieję, że jeśli już im nie pomoże (chociaż powinien, bo to przede wszystkim jego wina – nie mówię, że Jaz i Marv nie zawinili, też mają w tym trochę winy) to chociaż im nie zaszkodzi. Wkurzyła mnie ta jego postawa. Tak się bezczelnie wszystkiego wyprzeć i zwalić całą winę na biednego Marvina. Ja wiem, że aniołkiem nie był, ale się zmienił! On może tego nie widzieć, ale nie powinien tak bezpodstawnie oskarżać ludzi. Nie wiem, co jest w tym Orvelu, czy jakieś sygnały podprogowe wysyła, czy co, a może to Karl jest taki naiwny?
    Ciekawa jestem tego kumpla. Czy coś pomoże? A może jeszcze bardziej zaszkodzi? A może ani to, ani to? Wszystko trzeba brać pod uwagę… No nic. Ciekawa jestem, jak to się rozwiąże.
    Mam nadzieję, że chłopcy znajdą wyjście z tej sytuacji bez wyjścia i wszystko się dobrze skończy.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

  4. Katka pisze:

    Inertia, miłość do Jaspera nieograniczona, jak widzę XD Ale oczywiście zgadzam się! To cud chłopak! Chociaż czy ja wiem, czy pójście do Orvela było takie mądre… w końcu niewiele zyskał, a i sprać go dobrze nie mógł, choć na pewno chciał. Karl to w ogóle inna bajka, jest takim chyba dziwnym elementem tej sprawy, bo niby w niczym tak bezpośrednio nie miał udziału, a wszystko tak naprawdę kręci się wokół niego… I jak widać, przy jego nikłych chęciach by się bardziej zaangażować, na ten moment na pewno taką postacią pozostanie. Och, a Marvinek i jego wiara w marzenia Jaspera… Nom, wierz w nie, chce, żeby Jasper do nich dążył i ma wrażenie, ze sam jest przeszkodą… No ale Jaz to Jaz, nie opuści swojego faceta, by być tym, kim sam by chciał być ;) Haha a rzucenie Jaspera przez laskę – no, dziwne, dziwne, choć też nie wiemy, jak wtedy wyglądał ich związek, jacy byli i w ogóle, więc to trochę inna rzeczywistość była. Ale cóż, zgadzam się, że jakbym sama miała takiego Jaza, to bym go nie wypuściła XD Dzięki za komenta! I cieplutko pozdrawiamy :)

  5. Inertia pisze:

    Moja miłość do Jaza jest bezgraniczna i aż brak mi słów by to opisać, więc może przejdę do konkretów :D
    Dobrze zrobił, że poszedł do tej szui -.- i w ogóle jaka cwana bestia z niego :D Jasper jestem z ciebie dumna <3 Jedyne co to powinien go mocniej sprać :)
    Brak mi też słów na Karla. Taka ci*a z niego O_o, ja rozumiem, Marvin to Marvin, a Patsy to psiapsióła, ale jak można być idiotą do tego stopnia, by dać się aż tak zmanipulować? Czy on nie ma własnego mózgu? Narobił bałaganu, a teraz co? Rączki umywa? I jemu po pysku się należy :D
    Marvin źle zrobił, że wcześniej o wszystkim nie powiedział Jazowi wcześniej. Chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
    Strasznie, ale to straaaasznie podobało mi się co powiedział do Jaza, o tym że wierzy w jego marzenia. To było takie romantyczne <3
    I ta troska Jaza o dupę Marvina :D Nie wiem czemu ale rozbawiło mnie to jak zapytał o to czy Orvel użył "czegoś nienadającego się do tego" xD
    No i czekam na tego kumpla z Montany :D
    W ogóle to też się zdziwiłam, że to Jaza laska rzuciła a nie na odwrót :O Przecież on jest taki kochany! :D
    No nic, czekam na to jak chłopaki rozwiążą problem i życzę Marvinowi, by spełniło się jego marzenie o jądrach Orvela podsmażanych na patelni :D
    Pozdrawiam ;)

  6. Katka pisze:

    Gordon, no nie mam co nawet zaprzeczać, tytuły mówią same o sobie XD Ale jak bardzo ważna będzie ta postać… i czy w ogóle coś pomoże, właaaaśnie, To dość kluczowe dla obecnego problemu chłopaków. Bo fakt, Orvel umie to wszystko rozegrać pod siebie, a oni mogą tylko dumać nad możliwymi wyjściami – których de facto w tej chwili nie ma :( Dzięki za miłe słowa :D

  7. Gordon pisze:

    Bedzie nowa wazna postac? Kumpla chyba zaangazuja jak teraz Marvin z tym wyskoczyl a nastepny rozdzial nazywa sie Kumpel z Montany. Ciekawe czy cos pomoze ;p bo nawet jakby teraz Orvela cos potracilo, to film sie sam wrzuci nie? Maja przerypane a Orvel wyglada na doswiadczonego w takich wystepkach ;p Nie odpusci im chyba bo ma z tego duzo zabawy. Karl sie powinien schowac. Narobil bajzlu i jeszcze nie dowierza, ale i tak go lubie xD opo zajebiscie trzyma w napieciu, laski.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s