Across The Cursed Lands II – 33 – Ożywianie

— Kim był Edmund? — Ranger spytał wprost zebranych mężczyzn.
Wąsacz i oberżysta wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a reszta zebranych zwyczajnie milczała, obserwując. Głos jako pierwszy zabrał oberżysta. Oparł się przy tym o ciężki regał z butelkami, który miał za plecami, a potem zarzucił sobie szmatkę przez ramię.
— Ten Smith, coś mnie pan o niego pytał — zwrócił się do lekarza — był u niego. Widać, że mu źle z oczu patrzyło, ale… jak jeden z nas widział, dogadywali się. Bo oni to… — zacmokał — chyba po jednych pieniądzach. U nich to się tak jak u pana lekarza brak oka, to chciwość w oczy rzucała.
— Edmund sprowadził się tu kilka lat temu. Przyszedł już z pieniędzmi, a potem jeszcze się wzbogacił i ożenił z miejscową. Związał się tu z tym miejscem. Miał pieniądze, ta oberża zresztą jego jest. Była, ki czort! — wąsaty machnął ręką kontynuując opowieść. — Potem jeszcze więcej tych pieniędzy miał. Jakie interesy tu robił, co jakiś czas pojawiali się tu jacy ludzie. Szeryf jednak mówił, że to wszystko normalne. Edmund też był życzliwy dla tutejszych kobiet i dzieci. Co było więc się interesować?
— Ale dziewczyna mówiła, że nie zajmował się już za bardzo przyjmowaniem pacjentów. Więc z czego żył i z czego miał te pieniądze? — dopytywał się William, popijając co jakiś czas bursztynowy trunek.
— Pewnie z tych interesów, co to prowadził. Jakie badania czy coś takiego. Szeryf wie więcej. My tu tyle co pracujemy — odparł kąśliwie oberżysta. Niby był pomocny, ale jednak nie za bardzo.
Jefferson powstrzymał się od komentarza, że prawdopodobnie ich szeryf też święty nie jest, ale nie było sensu podburzać ludzi. Efekt mógł być zgoła przeciwny, niż by zechciał.
— Od szeryfa się raczej nie dowiemy — skomentował oschle lekarz, który teraz, wiedząc, że nieboszczyk miał powiązanie ze Smithem, uważał sprawę za wręcz priorytetową. Musieli ją rozwiązać, a on musiał poznać przyczyny jego śmierci. — Gdzie grzebiecie zmarłych? — zapytał.
— Na nowym cmentarzu — odparł jeden z mężczyzn siedzących do tej pory w milczeniu. Był chudy i stary.
— Na nowym cmentarzu? — Jefferson zdziwił się i ostentacyjnie się rozejrzał. — Nie jest to duże miasto, a już macie nowy cmentarz?
— W mieście była cholera. Trzeba było założyć nowy cmentarz, na starym już nie było gdzie chować. Zresztą ziemia jest skażona.
— I straszy — mruknął pod nosem oberżysta, a tym razem zdziwił się William. Nie był z tych, którzy wierzyli w duchy.
— Straszy? — rzucił z powątpiewaniem.
— No mówię, że straszy, to straszy! Nie chodzimy już tam, odkąd dzieciaki słyszały jakieś jęki i zawodzenie. A i nie tylko dzieciaki.
— Zresztą zawsze unosi się tam mgła i czuć śmiercią. Cholera jeszcze tam krąży, a śmierć sypia — dodał kolejny mężczyzna. Postawny jegomość o gęstej brodzie i łapach jak szufle.
Jefferson wymienił z Williamem porozumiewawcze spojrzenia. Mogło się okazać, że jakieś zmutowane zwierzę obrało sobie teren cmentarza za siedlisko.
William szybko podjął w myślach decyzję i zwrócił się poważnym, stanowczym tonem do zebranych ludzi.
— Proszę nie grzebać pana Edmunda. Sprawdzę, na co zmarł, to przynajmniej dowiemy się, czy zaraza do miasta nie wróciła — uważał, że to najbezpieczniejszy argument. Wolał jednak ukryć, że może ta śmierć znowu miała coś wspólnego z Johnem Smithem. I domyślił się po spojrzeniu Jeffersona, że będą też musieli sprawdzić tamten cmentarz. Zaczynało być coraz bardziej interesująco…
Po wypowiedzi Williama od razu w przybytku zrobiło się głośno. Ci, którzy przeżyli epidemię, zaczęli żywiej dyskutować o jej skutkach, ci, którzy byli nowi, wypytywali gorączkowo o przebieg choroby.
Jefferson już chciał uspokoić zebranych, kiedy do środka wparował szeryf. Na jego widok zebrani od razu zamilkli. Nie umknęło uwadze dwójki towarzyszy, że nie obrzucili go takimi spojrzeniami, jak ich — czyli pełnymi jakiejś nadziei na wyjaśnienie sprawy. Ich wzrok był zdystansowany i dość nieufny. Szeryf zresztą podobnie na wszystkich patrzył, za to na lekarza i Texas Rangera z otwartą niechęcią.
— Już pewno wiecie, że wydarzyła się tragedia — burknął do wszystkich. — Inaczej to by ci się nie szlajali, gdzie nie trzeba — machnął na dwójkę gości przy barze. — Ale koniec tej zbieraniny! Ogłaszam godzinę policyjną i proszę się dzisiaj nie wychylać z domów. Uczcijmy ciszą śmierć naszego mieszkańca.
— Wiadomo co z Edmundem? — oberżysta jako jedyny spytał głośno, kiedy reszta zebranych albo leniwie podnosiła się ze swoich miejsc, albo mamrotała między sobą.
Jefferson profilaktycznie postanowił się nie odzywać. Burdy nikomu tu nie było trzeba.
— Zmarł. Tyle wiadomo. Nie czuł się dobrze ostatnio, pewnie chory był na coś, ale roztrząsać tego nie będziemy. Zamykaj przybytek, Patrick. Jak mówiłem. Godzina policyjna — burknął szeryf, stojąc w drzwiach, by najpewniej zadbać o to, aby każdy opuścił salun.
Mężczyzna nazwany Patrickiem skinął głową, ale jeszcze spojrzał na przyjezdnych. Nic jednak nie powiedział i pogonił gości szmatą, aby wychodzili. Ci, nadal rozmawiając ze sobą, podopijali na raz pozostałości swoich trunków i powoli zaczęli wychodzić. Każdemu z osobna szeryf się przyglądał, a Jefferson skorzystał z okazji i wzrokiem i gestem spytał oberżysty, czy spisał wszystkich. Ten dość niechętnie podał mu ukradkiem świstek, uważając przy tym, czy szeryf nie patrzy.
— Tylko szzz… Tutaj szeryf nie lubi, jak współpracujemy z inną władzą — mruknął, a William położył na blacie należność za swoją i Jeffersona whisky.
Ranger w tym czasie odszedł kawałek w stronę schodów na piętro i gwizdnął na palcach. Kiedy szeryf odwrócił się na nich ze srogą miną, pomachał mu.
— Dobranoc.
Szeryf jedynie zmarszczył swoje krzaczaste brwi i nie odpowiedział ani werbalnie, ale gestem. Stał tylko przy drzwiach, patrząc na nich spod ronda kapelusza niczym kogut na czele kurnika.
William dołączył do swojego przyjaciela i wszedł za nim na piętro. Nie był jeszcze w pokoju, nie wiedział, czy jest tam wygodne łóżko, ale ważne dla niego było, że jest jakiekolwiek. Był zmęczony, ale też jego umysł działał obecnie na wzmożonych obrotach, analizując całą tę sprawę.
Jefferson miał ze sobą klucz, więc otworzył pokój i usiadł od razu na brzegu łóżka. Ich rzeczy dalej leżały pod oknem, bo pomieszczenie nie było zbyt bogato wyposażone. Jedynie mały stoliczek z szufladą, na którym stała miednica. Do tego przestrzeń była bardzo niewielka, a łóżko piętrowe.
William spojrzał na górę, na dół i zapytał:
— Gdzie wolisz spać? — przy tym położył kapelusz na szafce i od razu zdjął opaskę, by przemyć twarz.
— Gdziekolwiek. I tak w nocy trzeba wstać, aby przeszukać ten dom. Nie daje mi spokoju ten szeryf. On coś ukrywa.
William zastygł na moment z dłońmi przy misie i w końcu odwrócił się do Jeffersona. Z widoczną blizną w miejscu prawego oka wyglądał na jeszcze poważniejszego niż zwykle.
— Na pewno nie może to zaczekać do jutra?
— A mamy czas, aby to czekało do jutra? — spojrzenie Jeffersona przy wypowiadanych słowach było jednoznaczne. — John Smith jest dzień drogi od nas. Musimy wykorzystać tę szansę.
William musiał się z nim zgodzić. Tutaj najbardziej liczył się czas. Smith był dosłownie na rzut kamieniem od nich, a do tego szeryf znacznie utrudniał im pracę, więc jutro mogliby nie mieć szans nic sprawdzić.
Po krótkiej chwili milczenia znowu odwrócił się przodem do misy i wznowił obmywanie się.
— Więc czeka nas niedługo wycieczka do domu nieboszczyka — rzucił ciężkim tonem.
— Niestety tak. On jednak nie powinien mam zagrażać. Myślałem też, aby udać się na cmentarz. Bo, Will, w tobie też wzbudziło podejrzenia, że oni wszyscy jakoś za bardzo boją się tego cmentarza? Czy to przez cholerę? — Jefferson mówił i jednocześnie zdejmował spodnie i buty, aby chociaż chwilę się przespać.
— Nie jestem pewien… Wyglądali, jakby bali się czegoś innego, a nie choroby — lekarz miał wrażenie, że jakby wierzył w jakiekolwiek siły nadprzyrodzone, to teraz właśnie przeszedłby go dreszcz. — Ale cmentarz zostawmy sobie na jutro może… Dziś sprawdźmy, czy znajdziemy w domu nieboszczyka jakieś powiązanie ze Smithem — zaproponował i wytarł twarz w świeży ręcznik, który leżał obok na szafce.
Ranger mruknął potakująco i rozłożył się na posłaniu.
— Mhm… Ej, właśnie. Włamywałeś się już kiedyś gdzieś? — spytał, przymykając jedno oko i kładąc ręce pod głową.
William, który właśnie zawiązywał opaskę na oku, uśmiechnął się leciutko.
— Wyglądam na takiego, który z jakiegoś powodu gdzieś się włamuje?
— Nie wyglądasz też na takiego, co trzyma zawartość żołądka na widok wybebeszonych, stęchłych zwłok.
William znowu się uśmiechnął i gdy pozbył się butów i płaszcza, podążył do łóżka.
— Nie, nigdy nigdzie się nie włamywałem — odpowiedział i zamiast wejść na górne łóżko, położył się tuż przy Jeffersonie. — Właściwie większe nielegalne czyny, których się dopuściłem, to kupno upiorytu i kontakty homoseksualne.
— I których się dopuszczasz — Jefferson uśmiechnął się pod nosem i przyciągnął do siebie mężczyznę. Pocałował go w usta. Zachowawczo, spokojnie. W ogóle nie marudził na to, że William położył się przy nim. Jeśli miał być wobec siebie szczery, to musiał przyznać, że wolał, kiedy ten mężczyzna z nim spał. Przyzwyczaił się do tego i… w jakiś sposób to polubił. — A dziś w nocy dojdzie ci kolejna zbrodnia.
— Dwie z nich popełniam z twojej winy… panie władzo — William odpowiedział z nagle dziwną dozą poczucia humoru, które teoretycznie nie powinno go nachodzić po obejrzeniu zwłok i dowiedzeniu się o tej całej podejrzanej sprawie. A jednak bliskość Jeffersona sprawiła, że poczuł się bardziej lekko i bezproblemowo. Do tego ten mężczyzna dzielił już z nim niejednokrotnie czarny humor, więc nie obawiał się, że go zniesmaczy.
— Powinienem więc cię aresztować za podżeganie. A może siebie? Bo mam nadzieję, że nie Edmunda. I że to nie przez niego albo szeryfa jesteś teraz taki „panie władzo”? — Ranger zaśmiał się, potwierdzając przeczucia lekarza.
— Nie, kiedy tu z tobą jestem, ani na chwilę nie myślę o szeryfie — odparł William, obejmując go w pasie i przytulając się lekko do jego boku. — Edmunda aresztować nie ma potrzeby, chociaż przydałoby się go przesłuchać. Szkoda, że zwłoki nie mogą mówić…
— Nie rozpracowałeś jeszcze tego, doktorku? — Jefferson drażnił się z nim, nadal podpierając się pod głową jedną ręką, a drugą także obejmując Williama w talii.
— Wciąż pracuję nad tym, jak wprawić w ruch gnijący język. Może powinienem zacząć od tych dopiero co zmarłych, a nie wykopywać już zgniłych nieboszczyków z ziemi… — William udał lekkie zamyślenie, choć uśmiech błąkał się po jego twarzy.
Jefferson skrzywił się ostentacyjnie.
— Aż nie chcę widzieć, po co ci akurat ruszający się język. Usta do mowy też przecież się przydają — zaśmiał się pod nosem.
— Przydają się też do czegoś innego — odparł lekarz i podniósłszy się, pocałował Rangera mocno. Stęknął przy tym cicho, bo przyjemnie było mu czuć ciepło drugiego ciała i wilgoć jego warg po tej męczącej drodze i pełnym atrakcji wieczorze.
Jefferson odpowiedział na pocałunek, przesuwając dłoń z talii lekarza na tył jego głowy. Wsunął palce między jasne włosy i nie pozwolił mu się odsunąć, kiedy przesuwał językiem po jego wnętrzu ust.
Poczuł w pasie mocniej zaciskające się palce Williama i ujrzał, że ten przymyka powiekę. Przez to, że zahaczył o wstążkę palcami, opaska nieco przekrzywiła mu się na głowie, ale blondyn dalej tęsknie odpowiadał na pocałunek, delektując się tym, co czuł.
Jefferson uśmiechnął się w jego usta i jeszcze trochę, delikatnie odsunął przepaskę. Może i był wredny, ale kawałek po kawałku sprawdzał, jak długo blondyn nie zareaguje na coś, na co kiedyś od razu się odsuwał.
William tylko przycisnął się do niego mocniej i całował się z nim, zanim nie poczuł, że kolejne milimetry materiału się obsuwają. Odetchnął głębiej przez nos i rozchylił powiekę, by spojrzeć na oblicze Jeffersona.
— Robisz to naumyślnie?
Ranger uśmiechnął się, mrużąc przy tym oczy.
— Może.
— A myślałem, że władza powinna być przyjazna cywilom… — odmruknął William, równocześnie powoli wsuwając mu palce za pasek bielizny.
— Tobie już daleko do zwykłego cywila. Jesteś rządowym tajniakiem — Ranger zaśmiał się i zerknął w dół swojego ciała. — Nie chciałeś spać?
— Chciałem. Ale to nie jest moje jedyne pragnienie w tej chwili — lekarz zerknął na jego twarz, już wyczuwając palcami włoski na kroczu, które dotykał. Podniecało go, że jego towarzysz był taki naturalny, męski i odpowiednio owłosiony. Nie za dużo, nie za mało.
Jefferson prychnął pod nosem, nadal wygodnie rozłożony, ale już z szybciej bijącym sercem.
— Mmm… Czego innego się po tobie spodziewałem? A co chcesz?
William nie umiał w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie, bo nie planował nigdy stosunków w jakiś szczegółowy sposób, a tym bardziej teraz zwyczajnie dawał się ponieść.
— Najpierw wyciągnąć twojego penisa i zobaczyć, jakie on ma zdanie o takiej rozrywce przed snem — odpowiedział więc, pocałował Jeffersona w kącik ust i wyciągnął dłoń, by rozpiąć mu pasek.
Jeff uśmiechnął się kącikiem ust.
— Porozmawiasz z nim o tym? I może go ożywisz w ten sposób. Jak nieboszczyków nie umiesz, tak może chociaż chuja ci się uda?
— Tak myślisz? Może uda mi się sprawić, że się zarumieni? — rzucił z powagą w głosie William i wsunąwszy dłoń pod bieliznę Jeffersona, wydobył jego członek na zewnątrz.
— Może. Próbuj. Jest szansa, że znajdziesz swoje powołanie. Przywracanie do życia chujów. W ogóle, powinieneś od nich zacząć, a nie od języka! — zarechotał Jefferson.
— Twoje rady są nieocenione — stwierdził rozbawiony lekarz i w końcu przeniósł się wygodniej na tyły łóżka. Musiał przy tym się mocniej pochylać, by nie uderzyć głową o spód tego powyżej. Usiadł jednak w końcu pomiędzy łydkami Jeffersona i pochylił się do jego krocza. Dla wygody obsunął mu niżej bieliznę i polizał jego członek od spodu aż po czubek.
Ranger zamruczał nisko i pomasował jedną ręką swoją klatkę piersiową, drugą nadal trzymając pod głową. Czuł ciepło i wilgoć na swoim członku, słyszał też ciche westchnienia zajmującego się nim mężczyzny. Jego dłonie też bynajmniej nie były bierne, a właśnie przesuwały się po łydkach w górę i w dół, masując je z dużą wprawą. I z każdym liźnięciem, westchnięciem i dotykiem było mu coraz lepiej.
— Mm… Tak ożywiłbyś każdego.
— Może jeśli udałoby mi się przetrwać odór, jaki wydaje gnijące ciało — stwierdził William, pocałował czubek i zaciągnął się zapachem Jeffersona. — Lepiej pachniesz po kąpieli, kiedy nie czuć od ciebie koni.
— Ale i tak wolisz tego chuja niż martwego. Czy — Jeff zarechotał, podnosząc się i opierając na łokciach — też Edmunda chcesz spróbować ożywić?
— A myślisz, że dlaczego kazałem go nie grzebać? — William dalej ciągnął tę niedorzeczną, ale z jakiegoś powodu bawiącą go konwersację, na przemian z lizaniem i masturbowaniem penisa Rangera. Zupełnie mu ten temat nie przeszkadzał w oddawaniu się tej intymnej czynności.
Jeff skrzywił się ostentacyjnie.
— Obrzydliwy jesteś! — zaśmiał się, sam bardziej rozbawiony niż zniesmaczony tym jednak bardzo niesmacznym tematem. — Ale possij go już.
William już nie odpowiedział, tylko wziął do ust członek Rangera i wprowadził go sobie głęboko do gardła. Zaczął poruszać głową w górę i w dół, przymykając ze skupieniem oko.
Jefferson stęknął głośniej i odchylił głowę do tyłu, na kark. Och tak, tego było mu trzeba. Usta lekarza doprawdy były mistrzowskie.
Robiło się coraz później, mieli dużo pracy i mało czasu, a jednak teraz oddawali się przyjemnościom. A może właśnie było to dobrym pomysłem, by nie byli zdominowani przez podenerwowanie i intelektualny wysiłek, który musieli wkładać w rozwikłanie tej zagadki.
Usta lekarza nie były jedynym doznaniem, jakie blondyn postanowił zapewnić Jeffersonowi. Ten bowiem po chwili poczuł, jak dłoń Williama powoli wsuwa się pod jego ciało, obsuwa niżej bieliznę i okrężnie masuje jego dziurkę. Ranger wciągnął świszcząco powietrze i popatrzył czujniej na lekarza. Mieli mało czasu, on nie chciał być bardziej zmęczony niż do tej pory, musiał więc znaleźć rozwiązanie.
— Zdejmij spodnie i się odwróć.
William, który dopiero co zaczął go tam dotykać, uniósł na niego spojrzenie znad jego wilgotnego od śliny penisa. Otarł wargi wierzchem dłoni i bez słowa zaczął się rozbierać.
Jefferson przełknął ślinę, nawet nie myśląc o tym i także się bardziej rozebrał. A konkretnie rozpiął koszulę i zupełnie pozbył się bielizny.
Obaj zrzucili ubrania na podłogę, a William nie mógł powstrzymać się przed pocałowaniem mocno Rangera i otarciem się o jego udo kroczem. Nie było zaskoczeniem, że sam był już sztywny.
Jefferson łakomie odpowiedział na pocałunek, po czym ścisnął biodro lekarza.
— Odwróć się — przypomniał mu, znowu instynktownie oblizując usta.
Blondyn odwrócił się wreszcie na skołtunionej, ale na szczęście świeżej pościeli i obejrzał się na Jeffersona gorącym spojrzeniem. Zupełnie zapomniał o tej niedorzecznej rozmowie o ożywianiu nieboszczyków. Miał za sobą żywego, seksownego mężczyznę, który był w jego oczach niemalże ideałem. A ten, nadal leżąc z rozsuniętymi nogami, zamiast się podnieść do klęczek i objąć blondyna w pasie, klepnął go w pośladek wierzchem dłoni.
— Cofnij się tu do mnie z tym tyłkiem.
William rzucił mu pytające spojrzenie, a kiedy cofnął się nieco i znalazł się przez to twarzą na wysokości jego krocza, zrozumiał, o jaką pozycję Jeffersonowi chodziło. Jak nie miałby nic przeciwko penetracji, tak musiał przyznać, że taki wybór był zdrowszy dla ich aktualnie zmęczonego stanu i braku czasu.
Odetchnął gorącym powietrzem na jego penisa i nim wziął go do ust, nie wiedzieć czemu, rzucił:
— Na pewno masz większego niż szeryf — i dopiero potem zaczął go ssać.
— A jakaś mniejsza oczywistość? — Jefferson zaśmiał się i popatrzył łakomie na penisa, którego w tej chwili miał nad twarzą. Dla niepoznaki jednak zamiast niego złapał pośladki Williama i ścisnął je w dłoniach. — Poprzednia pozycja byłaby bardzo dobra, jakby czas nas nie gonił.
— M… mhm — odmruknął William, który już nie zamierzał odsuwać się od członka Rangera, a dać mu teraz dużo mokrej przyjemności. Nie martwił się o brak takowej ze strony Jeffersona. Miał świadomość, że ten lubi obciągać i wczuwał się w to bardzo dobrze, kiedy już dał się ponieść.
Jeff prychnął jeszcze pod nosem i klepnął mocno jasne pośladki, nim w końcu zogniskował swoją uwagę na penisie. Oblizał się łakomie i wyciągnął język do wiszącego nad nim czubeczka. Aż drgnął na całym ciele i William w swoich ustach też musiał to poczuć.
Cudem powstrzymał się przed jękiem, który chciał się z niego wydobyć. Uwielbiał, kiedy Jefferson tak reagował na tak, jakby nie patrzeć, mało intensywne doznanie, jakim było jedynie zetknięcie języka z członkiem. Uwielbiał w nim tę słabość do oralnego seksu. Tak męski mężczyzna z wręcz rozkoszą ssący genitalia partnera był bardzo przyjemnym widokiem. Dlatego też lekarz żałował, że nie widzi jego twarzy, ale na szczęście wszystko czuł innymi zmysłami. Chociażby to, jak Jefferson oddycha ciężko na jego żołądź, a potem powoli obejmuje ją wargami. Jak ściąga jego biodra niżej, aby więcej wziąć do ust. Słyszał, jak ten mlaszcząco liże jego członek, jak go ssie. Przez to kilka razy sam zadrżał i musiał na moment odsunąć usta od jego członka, by móc głębiej wziąć powietrze. Potrzebował tego, bo było mu aż duszno, a przez to, że od dwóch stron miał ścianę, a z góry jeszcze materac drugiego łóżka, miał wrażenie zamknięcia w jakimś bardzo gorącym, ciasnym i dusznym miejscu.
— Jesteś w tym… doskonały — wydyszał, oblizał usta i złapał penisa Jeffersona, szybko poruszając po nim dłonią.
Tym razem to młodszy mężczyzna nie odpowiedział, bo był zassany na penisie partnera. Mruczał tylko i stękał, ssąc i liżąc gorącego i jakże żywego penisa Williama. Przy tym ściskał jego pośladki oraz uda, zostawiając na skórze ślady palców.
— Nie… nie hamuję się… Będzie… szybko — William powiadomił go z przerwami na głębsze oddechy i znowu wziął do ust jego penisa. Czuł, że to wszystko szybko prowadzi go do spełnienia, któremu… och, jak bardzo chciał się poddać. Potrzebował tego.
Jefferson najwidoczniej zachęcony jego słowami wypiął biodra w górę, samemu wsuwając się w ciepłe usta lekarza. Jednocześnie z zapałem ssał go i mruczał z zadowoleniem, czując przyjemnie twardego i gorącego penisa na swoim języku i między swoimi wargami. Sztywniał bardzo szybko, aż w końcu Jefferson poczuł w gardle i na języku smak spermy. Pulsowanie członka było też wyraźnie wyczuwane, a przy tym wszystkim lekarz mocno zacisnął powiekę i nie wydał z siebie dźwięku tylko dlatego, że miał pełne usta.
Ranger poczuł duży ładunek w ustach i bez oporów go przełknął, smakując przy okazji i ssąc jeszcze delikatnie genitalia Williama. Sam przez smak spermy w ustach i drżenie członka mocniej drgnął. Poruszył biodrami desperacko i sam także doszedł.
Lekarz również spił z niego nasienie, chociaż nie z tak wielkim entuzjazmem jak Ranger. Zadbał jednak o to, by wycisnąć z niego wszystko i wreszcie opadł na niego zupełnie, przed oczami mając jego członek.
— Mmm… Mógłbym tak teraz zasnąć — rzucił zmęczonym, ale pełnym satysfakcji głosem.
— Nawet mimo zapachu konia? — Jeff prychnął spomiędzy jego nóg, a lekarz czuł, jak jeszcze liże go albo całuje po kroczu.
Przemyślał chwilę odpowiedź, ale w końcu mruknął na potwierdzenie.
— Mhm.
I nagle, zupełnie niespodziewanie rozległo się głośne pukanie do drzwi.
Jefferson zamarł, po czym odsunął, a raczej niemalże zrzucił z siebie Williama na bok. Spojrzał też na niego pytająco, przecierając jednocześnie usta. Lekarz też nie wyglądał na opanowanego, kiedy zebrał się nagle z łóżka i sięgnął po swoje białe spodnie od bielizny.
— Kto tam? — zawołał w stronę drzwi, pospiesznie się ubierając. Miał nadzieję, że kimkolwiek był osobnik za drzwiami, nie otworzy ich nagle, tylko poczeka na zaproszenie.
— Bonnie. Kelnerka. Jeśli jeszcze nie śpicie… chciałabym o czymś porozmawiać — usłyszeli głos dziewczyny, która zaprowadziła ich do domu nieboszczyka.
— Spaliśmy… Cholera… Czekaj już — skłamał gładko Jefferson, tak tłumacząc swój niewyjściowy stan. Naciągnął tylko spodnie na tyłek, ale koszuli już nie zapinał, nim otworzył dziewczynie drzwi. — Hmm?
Bonnie już nie miała na sobie stroju kelnerki, a zwykłą, białą sukienkę, miejscami trochę pobrudzoną. Popatrywała na niego niepewnie, podobnie jak na Wiliama, który dla niepoznaki wszedł chwilę temu na górną pryczę.
— Bo… Wy nie jesteście stąd i… chcecie pomóc, więc chciałam powiedzieć coś o Edmundzie, o czym się nie mówi… Mogę wejść?
Jefferson odwrócił się do wnętrza pomieszczenia. Nie było możliwości, aby dziewczyna nie poczuła specyficznego zapachu, jaki wciąż się tu unosił.
— William ma gazy i capi… ale wejdź — zaprosił ją, mimo wszystko domyślając się, że chodziło o dotrzymanie tajemnicy. Jego towarzysz też stał się ofiarą i powodem, aby nocny gość za bardzo nie węszył.
William rzucił mu z górnej pryczy mordercze spojrzenie, dosłownie osłupiały tym, jak wytłumaczył ten stan rzeczy Jefferson. Jego usta leciutko się przy tym rozchyliły, podobnie jak oko i wręcz nie umiał skomentować tej impertynencji.
Bonnie na szczęście tylko nerwowo się zaśmiała i zamknęła za sobą drzwi.
— To otworzymy okno — zaproponowała, obrzucając spojrzeniem kupkę ubrań lekarza i Rangera na podłodze oraz podchodząc do okiennicy.
Jefferson zamknął za nią drzwi i spojrzał jeszcze na lekarza. Widząc jego minę, uśmiechnął się durnowato pod nosem, po czym zwrócił się do dziewczyny:
— O co chodzi, co chcesz nam powiedzieć?
Kelnerka po uchyleniu okna odwróciła się do nich i odetchnęła głęboko.
— Nie chciałam nic mówić przy Carli, a tym bardziej przy szeryfie. Wszystko sprowadza się do tego, że od jakiegoś czasu zdarza się, że w miasteczku giną dziewczynki.
— Jak to giną dziewczynki? I co ważniejsze, czemu nie chcesz mówić o tym przy szeryfie? Czy on ma z tym coś wspólnego? — spytał Jefferson, nie siadając, bo nie miałby czego zaoferować dziewczynie, aby i ta mogła przysiąść.
— Mówi się, że szeryf brał łapówki, żeby Edmund Rise mógł zapraszać dziewczynki do siebie do domu — Bonnie odpowiedziała z obrzydzeniem na twarzy. Zaczęła przy tym nerwowo skubać troczki od swojej sukienki.
William wyglądał na równie zniesmaczonego tym wszystkim, a może nawet bardziej faktem, że tutejsza władza babrała się w ukrywanie takiej zbrodni.
— Wszyscy w miasteczku o tym wiedzieli? — Jefferson, ukrywając swoje obrzydzenie po usłyszeniu tych informacji, dalej wypytywał dziewczynę, skoro ta sama przyszła im pomóc.
— To nie jest aż tak małe miasteczko, że każdy tu się zna, ale wieści chodziły. Tylko nic nie można z tym było zrobić… Dlatego myślę, że to może któryś z rodziców zaginionej dziewczynki otruł Edmunda…
— Też mi przeszło to przez myśl. Ile jest takich rodzin, co im zaginęło dziecko? — Jefferson pytał i jeszcze spojrzał na lekarza, czy taka możliwość istniała.
Ten tylko skinął głową, bo od początku podejrzewał poza chorobą otrucie lub narkotyki.
— Sporo… Ale to wszystko działo się na przestrzeni lat. Najpierw tylko mówiło się, że wykorzystuje dziewczynki, jednak zaczęły ginąć dopiero od jakichś dwóch lat… Łącznie zaginęło ich chyba czternaście.
— I tylko dziewczynki ginęły? — upewnił się jeszcze Ranger.
— Nie… — dziewczyna spojrzała to na Rangera, to na wciąż siedzącego na górnej pryczy lekarza. Jęknęła i rozłożyła ramiona. — To wszystko jest bardzo skomplikowane. Nie wiem też, czy można to powiązać. Raz zaginął brat jednego z rodziców pewnej dziewczynki, innym razem pewien przejezdny, który bardziej się tym zainteresował. Zaginął też kiedyś pewien pisarzyna, co do gazety stanowej pisał. Ale wszystko jakoś dziwnie… cichło. Szeryf nie robił nic, by to rozwiązać.
— To najpewniej współpracował z Edmundem. Jeśli ten był bogaty, a tamten łasy, to nie mogło być to trudne. Teraz zapewne próbuje zatrzeć ślady. Coś jeszcze możesz nam powiedzieć? I czy wiesz, gdzie teraz może być szeryf?
— Nie, nie wiem. Myślę, że mógł kazać zamknąć ciało w trumnie i pewno jutro będziemy je grzebać. Ale szeryf ma jędzę za żonę, na pewno nie pozwoli mu się szwendać po nocy — odpowiedziała szybko dziewczyna. — Dlatego przyszłam teraz… Bo jeśli wciąż chcecie, by zapanowała sprawiedliwość… to teraz jest czas.
— Przynajmniej w tej kwestii spotkał go zasłużony los — mruknął pod nosem Jefferson i skinął dziewczynie głową. — Jeśli to wszystko, to bardzo ci dziękujemy. W razie czego gdzie mieszkasz? Pytam, gdybyśmy potrzebowali z tobą porozmawiać.
— W domu zaraz obok tej karczmy. Po prawej, gdzie drzwi są pomalowane na biało. I wybaczcie, że przeszkodziłam we śnie — dodała jeszcze. Wyglądała na dość zasmuconą, zafrasowaną, ale też zdeterminowaną. Ewidentnie bolało ją, że tyle nieszczęścia się tu wydarzyło i nikt nic z tym nie robił. — Dobranoc — dodała, wymijając Jeffersona i ruszając do drzwi.
— Dobranoc. Uważaj na siebie i nie mów o naszym spotkaniu — ten przestrzegł ją jeszcze.
Bonnie skinęła głową i wyszła, a William mściwie cisnął w Jeffersona poduszką.
— „William ma gazy i capi”?!
Jefferson zaśmiał się krótko, podnosząc z ziemi poduszkę.
— Coś musiałem wymyślić. Śmierdzi tu seksem.
— Wymyśliłeś bardzo zły — podkreślił lekarz — argument. Naprawdę, Jeff… — zmierzył go kolejnym pełnym wyrzutu spojrzeniem i zszedł z łóżka. — W każdym razie sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana…
— Jadasz zielone, to tak pomyślałem, co? Już nie bocz się, każdy przecież pierdzi — odparł Jefferson, wracając do ubierania się i nie biorąc pod uwagę, że po tylko mięsnej diecie ma się dużo gorsze, a na pewno bardziej śmierdzące gazy.
— Jeff… Czy mógłbyś już przestać rozdrapywać tę ranę?
— To aż rana? — Ranger zaśmiał się, ale też wzruszył ramionami. — Ale jak chcesz. Ubieraj się! Idziemy włamać się do tego domu.

15 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 33 – Ożywianie

  1. TigramIngrow pisze:

    Nie mogę! Ahahahaha! „— William ma gazy i capi… ale wejdź” Hahahahaha! Oj, oj. „— Jeff… Czy mógłbyś już przestać rozdrapywać tę ranę?
    — To aż rana?”
    O ja cię! Hihihihihi :D

  2. Katka pisze:

    Basia, dobrze kminisz, szeryf tez jest w to zamieszany. Zresztą w ogóle wiele osób jest w to zamieszanych, a biedny Will i Jeff sami we dwójkę. No dobra, mają Nicka, ale tak daleko! ;(

  3. Basia pisze:

    Hej,
    seks wspaniały, Jefferson już przyzwyczaił się do spania razem z Williamem, tak podejrzewam, że Edmunt i ta jego tajemnicza śmierć może być związana z tym Smithem, no i jeszcze szeryf, który jest najpewniej we wszystko zamieszany… dobrze, że Willl zabrał ta kartkę z tym zamówieniem, bo może się okazać na przykład, że znajdują się tam składniki do stworzenia tej „galarety” w której prze chowywują narządy…
    Dużo weny życzę Wam…
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Katka pisze:

    Saki, jeśli chodzi o pozycje, to na pewno jeszcze panowie będą kombinować :D jak już było nawet macanko na koniu, to jestem pewna, że kiedyś wyobraźnie poniesie ich do czegoś innowacyjnego. No i oczywiście masz rację, że następnym razem może ich podejrzeć ktoś mniej przyjazny niż kelnerka i będą mieli przejebane… no ale z drugiej strony nie mogą się nie kochać tylko z tego powodu. A że nie mają własnego miejsca zamieszkania… hotele to najbezpieczniejsze miejsca i tak. Muszą liczyć na szczęście… No i ani szeryf ani Edmund nie są ludźmi do rany przyłóż. Gruba sprawa do rozwiązania czeka naszych chłopaków ;) Dzięki za literówki! Pozdrawiamy serdecznie ;)

  5. saki2709 pisze:

    Widzę, że chłopcy testują nowe pozycje XD Dziś 69, a następnym razem? Klasycznie, czy może znowu coś nowego? XD Nie powiem, podobało mi się. Jeffowi chyba też – w końcu mógł sobie possać bez obawy, że Will będzie na niego patrzeć XD
    Oryginalna nie będę, jak powiem, że rozwalił mnie tekst o gazach, ale co tam. Normalnie nie mogłam się nie roześmiać. Nie sądzę, żeby ta kelnerka dała się nabrać XD Gdyby przyszła choćby minutę wcześniej, mogłaby ich przyłapać. A kto wie? Może stała za tymi drzwiami i czekała aż skończą? Nigdy nic nie wiadomo. Zachowywała się troszku dziwnie, jak dla mnie. Chyba że z reguły jest taka nieśmiała dla obcych. Nawet jeśli dziewczyna się nie domyśliła… powinni być ostrożniejsi, bo serio kiedyś wpadną. Pół biedy, jak to będzie ktoś typu tej kelnerki, która jest po ich stronie i jakoś przecierpiałaby taką informację, albo nawet panna Betty czy jak tam było tej złodziejce od przepiórek,albo jak ją Jeff nazywa „twoja (Willa) kobieta XD. Ale co by było, jakby to był ktoś nieprzychylny, nienawidzący homoseksualistów i dodatkowo nie pałający sympatią do Willa i Jeffa. Na pewno nie skończyłoby się to szczęśliwie.
    Ten szeryf… zdecydowanie czystego sumienia nie ma. Nie wiem, jak głęboko w tym wszystkim siedzi – czy w tym uczestniczy bezpośrednio, czy tylko pilnuje, żeby nic nie wyszło na jaw i siedzi cicho. Obie opcje są możliwe.
    Ten Edmund był okropnym człowiekiem. Nie wiem, czy można nienawidzić trupa. Jeśli tak, to szczerze go nienawidzę. Małe dziewczynki… toż to zakrawa o pomstę!

    „William już nie odpowiedział, tylko wziął go ust członek Rangera i wprowadził go sobie głęboko do gardła.” – „do” nie „go”.
    „Usta lekarze nie były jedynym doznaniem, jakie blondyn postanowił zapewnić Jeffersonowi.” – „lekarza”.

  6. Katka pisze:

    Illita, yey, nadrobiłaś! :D Fajnie :D I widzę, że nawet szybciutko Ci to poszło. Tutaj odniosę się do wszystkich ostatnich komentarzy (w ogóle fajnie, że komentowałaś na bieżąco!). Co do zdrady – nooo, smutno i w ogóle, ale właśnie chyba takie sytuacje popychają dalej ich związek. Trochę na zasadzie „albo się rozjebie, albo pójdzie w dobrym kierunku”. Tym razem było to drugie, bo w sumie gdyby nie ten wyczyn, to nie wiadomo kiedy ustaliliby sobie wyłączność. A jak wiemy, wyłączność to jednak jakiś stopień do nazwania siebie parą.
    Błąd z Wściekłym Jeffem zajebisty XD Ale już poprawiony, hehe. No Jeffko na pewno bywa wściekłe i bardzo to okazuje, więc może nawet nie był to aż taki błąd XD A co do tego wpadania na Boosę, w sumie się sama zastanawiałam, czy to nie jest ZBYT duża zbieżność przypadków, ale jednak doszłam do wniosku, że jest po prostu wynik tego, że częściowo pracują z członkami Boosy (choć o tym nie wiedzą). Więc po prostu muszą na nich wpadać. I fajnie, że sprawia to dobre wrażenie :D
    Co do Adeli, rzeczywiście jest twardą babką i wie czego chce. A Nicholas jest uparty jak nie wiem co, chociaż Zwierzak nie mniej, może dlatego się tak nie mogą pogodzić… Nick i Maverick powinni pogadać, ale nic tego nie zwiastuje, bo kiedy tylko próbują, to wychodzi zdecydowanie niefajnie. Ktoś taki jak Adela powinien z nimi na dłużej zostać jako mediator.
    Hehehe, Edmundzik zdecydowanie robi coś, co wymaga głębszej analizy i intryga jest, taaaak, raczej spora. Chłopaki mają co rozwikłać, tym bardziej, że nie sam Edmund jest w to zamieszany… :D

  7. Illita pisze:

    Uhuhu, zrobiło się groźnie i tajemniczo… Jestem ciekawa co za szemrane rzeczy naprawdę robił Edmund, ale czuję w tym większą intrygę :D

  8. Katka pisze:

    Aoi, hehehe, zajęte usta, taaa, Jefferson szczególnie to lubi. I rzeczywiście, wychodzi im to coraz bardziej naturalnie, nie ma już jakichś większych podchodów. Obaj wiedzą, że jest ciśnienie, że tego chcą i wykorzystują czas. Hehe, a akcja faktycznie się szykuje, wszystko jest bardzo zagadkowe i zdecydowanie trupy są kluczem. Jak widać nie tylko w zagadce związanej z Edmundem, ale też w rozmowach chłopaków XD Normalnie żyją pracą XD Dzięki za wenę :D

    Gordon, no właśnie widzę, że przebiło XD Aż się zastanawiam, czy nie powinno to być tytułem rozdziału XD Poczucie humoru to zdecydowanie coś, co ich łączy XD Fajnie, że rozdzialik się podobał, a co do następnego, to zapewniam, że Twoje oczekiwania będą spełnione ;)

  9. Gordon pisze:

    Buahahahaha William ma gazy i capi xD to przebilo ich wczesniejsza rozmowe o ozywianiu xD A cala sytuacja odlotowo pasuje do klimatu z tym calym Edmundem. To jest genialne jak sie dogaduja w kwestii poczucia humoru ;p Goracy i zabawny rozdzial. Nastepny mam nadzieje ze bedzie zagadkowy i z akcja.

  10. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    no to ten dawno mnie nie było, strasznie leniłam się z komentowaniem za co z całego mojego serduszka przepraszam i obiecuję poprawę. :)
    Ahhhhh uwielbiam jak Jeff i Will maja bardzo zajęte usta :D, naprawdę się cieszę że wszystko wychodzi im tak naturalnie i bez większego nacisku. Całują się, przytulają i zabawiają oralnie, lubię to!
    Szykuje się ładna akcja, małe miasteczka, trupy, zaginięcia czego można chcieć więcej :D. Podobała mi się rozmowa Jeffa i Willa ohh te dwuznaczne trupie pogawędki xD.
    Weny życzę :*

  11. Katka pisze:

    Arashaya, przysięgam, że nie mamy żadnego dilera, a nawet jeśli, to ma na imię Wena XD Uwierz, jak to pisałyśmy i ujrzałam tę kwestię Jeffa to też miałam polew XD hehe, no cóż, przeczucie masz dobre, bo COŚ się musi stać. Ale pytanie, jak duże „coś” to będzie, jak bardzo niebezpieczne i jak bardzo prowadzące ich do rozwikłania zagadki ;)

    Dante, takie „Jeff, you made my day.” XD Haha, a nakrycie na seksie… no dla ich dobra, dobrze by było, gdyby to był ktoś im przyjazny… ewentualnie ktoś taki, jak tamten mężczyzna, który po podejrzeniu Williama wpadł pod końskie kopytka XD Bo w tych czasach… nasi panowie mieliby ogólnie rzecz biorąc przejebane XD

    O., Will na pewno wie, że to naturalne, ale bardzo mu się nie podoba, że Jefferson tak niefrasobliwie o tym powiedział, tym bardziej, że była to wierutna bzdura i niegrzecznie wykorzystał jego osobę do wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Koszmar! A po co dziewczynki były… hehe, tego dowiecie się niebawem :D

    Bebok, taaa, to chyba tekst dnia, jak widzę XD Nie, żebym była zdziwiona. „Cud chłop tylko trochę nieokrzesany :D” idealne podsumowanie osoby Jeffersona XD William podpisuje się pod tym wszystkimi łapkami. A informacji więcej już niebawem się pojawi :D Chłopcy mieli przerwę na figle, ale teraz… czas się brać do pracy!

  12. Bebok pisze:

    Hahaha xd Umarłam ;P „William ma gazy i capi” Chyba każdy ma z tego polew ^^ Ale rzut poduszką w ramach zemsty to trochę słaby odwet w zamian za kompromitację ;P Ach ten Jeff :d Cud chłop tylko trochę nieokrzesany :D
    Co do samego rozdziału, mam niedosyt! Potrzebuje informacji! Więcej!!!! Ciekawa jestem rozwiązania zagadki. Z szeryfem zdecydowanie coś jest nie tak, zaginięcia dziewczynek i wgl. No i ten cmentarz! Ooooch! Chcę kolejny rozdział!

  13. O. pisze:

    Hahaha dobrze, że był lodzik xD Pewnie po tym tekście o gazach Will będzie mieć jakiegoś foszka, no ale jako lekarz powinien wiedzieć, że to przecież jest normalne xDD Krew dziewic jest jakimś lekiem na coś?:D Czy po co im te dziewczynki były? Tj Edmundowi.. Trzeba poczekać 9 dni xD Damy radę xD <333

  14. Dante pisze:

    „— William ma gazy i capi… ale wejdź „. Mój dzień od razu stał się weselszy xD. Hmmm… rozdział fajny ;), się wszystko rozkręca, pasuje mi to jak najbardziej. Jestem ciekawy kiedy ich w końcu ktoś na tym seksie nakryje i jaka będzie reakcja Jeffersona ;p. Nie pozostaje mi nic innego niż czekać na następny rozdział;).

  15. arashaya pisze:

    Hahahah, Wiliam ma gazy i capi XDD Teraz będę to sobie przypominać co chwila i śmiać z tego jak głupia XD Dziewczyny, dajcie mi adres do swojego dilera. Bo, albo jesteście takie genialne w pisaniu, albo po prostu coś bierzecie XD

    A tak bardziej na poważnie, to już nie mogę się doczekać nowego rozdziału. Ciekawa jestem, aż za bardzo, jak to wszystko się potoczy, a mam jakieś dziwne przeczucie, że coś się stanie… Ale, liczę, że to tylko przeczucie, a większą drakę zostawicie na Chicago :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s